Na ławce (Santi)  4.5/5 (4)

9 min. czytania
Pavel Kiselev (Photoport), bez tytułu, CC BY-NC-ND 3.0

Pavel Kiselev (Photoport), bez tytułu, CC BY-NC-ND 3.0

Nie pasowała do tych wszystkich etykiet, którymi zwyczajowo opisuje się spragnione życia studentki. W niczym nie przypominała młodych i roznegliżowanych dziewcząt, które grupowo okupują uniwersyteckie trawniki. Była z tych, co chodzą z książkami pod pachą zamiast prezerwatyw w portfelu. Choć w jej wypadku raczej z poczucia braku alternatywy niż palącej pasji. Na studia teologiczne trafiła przypadkiem, szukając odpowiedzi na te tak zwane ważne pytania. „Skąd?“, „dokąd?“, „dlaczego?“ i jeszcze „po co?“. Należąc raczej do tych wierzących, wybrała tak jakby z rozpędu. Doradził jej to też ksiądz, który chodził po kolędzie. Przy okazji matury poważnie z nią rozmawiał. Nie próbując nareszcie sadzać jej na uświęconych kolanach. Co robił rok w rok z uporem maniaka, od kiedy skończyła chyba lat dziesięć. Mimo jej nieśmiałych protestów, powtarzanych jak mantra, że jest już za duża. Potraktowała radę poważnie, tym bardziej, że i ją chyba po raz pierwszy tak ktoś potraktował. I to nie jakiś tam ktoś, ale szanowana osoba – przez rodzinę i całą parafię. Na domiar wszystkiego babcia przyklasnęła takiemu projektowi, mówiąc, że nic jej przed śmiercią bardziej nie uszczęśliwi. Matka dorzuciła, że praca zawsze będzie, bo ludziom jak chleba trzeba zbawienia.
Ostatecznie zdecydowała się więc na teologię, sama wierząc, że studia te lepiej od innych poprowadzą ją ku skarbom mądrości. A co ważniejsze uczynią szczęśliwą. Bardzo tego chciała, bo szczęścia akurat jej stale w życiu brakowało. Miała jego przeczucie pod opuszkami palców. Było o tak, na wyciągnięcie ręki. Blisko, tuż, tuż, za rogiem, zaraz. Lecz nigdy nie w garści, a na dachu sąsiadów.

Świat zawsze lokował ją na samym środku skali – posiadanych talentów, doświadczanych emocji, entuzjazmu czy szaleństwa. Marzyła o pisaniu wielkich rozpraw, a pisała zaledwie pamiętnik. Fantazjowała o pięknych mężczyznach i ekstatycznych orgazmach, a wciąż była dziewicą. Czekała na wielką miłość, a nikt się nie zjawiał. No może prócz Grześka z krzywymi zębami. Chodzili kiedyś razem do szkoły. Wtedy ciągnął ją za włosy. Teraz było inaczej, choć niewiele lepiej. W zeszłą niedzielę, krzyczał, że „miałaby w sobie coś fajnego, gdyby dała mu to wsadzić“. Ale to całkiem inna historia…

Czytała kiedyś o teście Cyprysa, serii abstrakcyjnych pytań, na które odpowiedzi katalogowano, by później mierzyć, jak bardzo jest przeciętny respondent. Nowy wynik wpisywany był jako kolejne badanie. Genialne. Choć nigdy testu nie wykonała, to była święcie przekonana, że okazałaby się idealnie szara, boleśnie średnia. Jak wszyscy i nikt jednocześnie. Żadna od czubków palców u nóg po końcówki włosów na głowie.

Uczelnia również nie rozbudziła w niej wielkich namiętności, rozmieniona na ćwiczenia, wykłady i egzaminy jak gruby banknot na drobne monety. Miała swoje ulubione zajęcia, profesorów i książki. Lubiła chodzić na wykłady z teologii pastoralnej, a wieczorami czytać mistyków. Nie było źle, choć miała poczucie, że dostaje zaledwie namiastkę tego, czego oczekiwała. Nie pierwszy raz. Nie ostatni najpewniej.

Jej strój był taki jak ona – szaro–granatowo–czarny. Nie eksponowała dekoltu, choć piersi miała fajne. Takie, co idealnie mieszczą się w męskich dłoniach, choć sama tego nie wiedziała, bo i skąd. Nie pokazywała też nóg, choć były długie, z masywnymi, kobiecymi udami. I mimo, że jak szczęścia chciała krótkich, kolorowych spódniczek czy wzorzystych, ciasnych koszul, tak w sklepie nie potrafiła po nie sięgnąć. Nie mogła się zdobyć, przemóc, zaryzykować. Miasto ją w tej postawie wspierało. Ze swym zamkiem i urokliwymi uliczkami. Piękne, ale nie na tyle, by przyciągać turystów lub by wzbudzić dumę, że jest się jego mieszkańcem. Choć wiosną kwitnące drzewa zawsze na nowo rozbudzały nadzieję na lepszą przyszłość i odganiały myśl, że to kraniec świata.

Czasami pozwalała sobie wśród tych jasnych barw i intensywnych zapachów na marzenia. Najczęściej całkiem dziewczyńskie – o miłości, szybszym biciu serca czy pierwszej ekstazie. Przymykała wtedy oczy, dając się porwać dłoniom niewidzialnych kochanków, ich ustom i słodkim obietnicom. Miała swoją ulubioną fantazję. O wysokim, śniadym przystojniaku, który pewnego dnia porwany namiętnością, wziąłby ją na jakiejś łące. Wszedłby w nią zdecydowanie, ucząc wcześniej przyjemności seksu krok po kroku. Uwrażliwiając jej ciało, dotykając piersi, bioder, pośladków. Pieszcząc łechtaczkę, najpierw palcem, a potem językiem. Ssąc jej cipkę jak małże. Widziała to na filmach porno, które czasami oglądała w tajemnicy na stancji. Zawsze z wyłączonym głosem, żeby nikt się nie dowiedział. Nikt jej nie przyłapał. Dotykała się wtedy „tam“ sama, zalewając majtki i dłonie swoimi sokami. Włączając kolejny film, brudziła klawiaturę komputera ejakulatem. Przez co zapach własnego orgazmu czuła jeszcze długo, długo potem. Za dnia i w miejscach publicznych – na ławce, na polanie, w kawiarni – wszystko działo się jedynie w jej głowie. Gdyby ją później zapytać, o czym wtedy myślała, odpowiedziałaby, że o niczym zupełnie, oblewając się cała rumieńcem.

Właśnie nadeszła kolejna taka wiosna. Z pąkami kwiatów, co tylko czekają na rozkwitnięcie. Spacerowała teraz dłużej po zajęciach, z podbrzuszem rozpulsowanym grzesznymi marzeniami. Najchętniej bywała w dużym parku nazwanym na cześć jakiegoś generała. Chadzało tam sporo ludzi, ale i było dość ścieżek, na których łatwo mogła się zgubić. Wśród roześmianych czy zatroskanych, biegnących czy zabieganych kobiet i mężczyzn. Łowiła wzrokiem podobnych jej samej – samotnych przeciętniaków. Takich, co przez lata przyczajeni, wciąż w duchu wierzyli, że cały ten świat będzie jeszcze ich. Tylko musi nadarzyć się właściwy moment, ta jedna jedyna okazja. A wtedy los się odmieni. Będą sławni. Będą piękni. I będą co wieczór szczytować.

Tego dnia usiadła na ławce z książką w ręku, dając się porozpieszczać słońcu. Wczytywała się w św. Teresę Benedyktę i jej metafory krzyża, spoglądając raz po raz na niebo. Chyba czekała na jakieś poruszenie umysłu lub serca. Choćby najmniejsze, coś co porwałoby ją o centymetr nad ziemię. Gdy tak zawieszona była między chmurami a słowami, z zamyślenia wyrwał ją męski głos:

– Nie będzie miała pani nic przeciwko, jeśli się przysiądę? – zapytał mężczyzna.

– Nie. Proszę, proszę – odparła, przesuwając się jeszcze bardziej ku przeciwnemu krańcowi ławki i robiąc przesadnie dużo miejsca.

Usiadł. Wydał jej się taki swój, bo ubrany w odcienie grafitu i czerni. Ze śmiesznym kaszkietem na głowie i torbą, która wyglądała na damską. Miał okulary przeciwsłoneczne w kształcie takich, które widziała u wielu kolarzy. Swoim niedopasowaniem przełamywały powagę ubioru. Rysy jego twarzy były łagodne, choć sam nos orli, co skojarzyło jej się z profilem klasycystycznych rzeźb. Niemal przystojny. Był najwyraźniej w nastroju do pogawędki. Zajrzał jej nawet przez ramię, by zobaczyć, co czyta. Ciekawa była, na jaki temat się zdecyduje: książka, pogoda czy zieleń trawników.

– Przepraszam, nie mogę tego nie skomentować. Czyta pani Edytę Stein. Ciekawe. Był z niej niezły filozof jak na kobietę.

Więc książka. Spodobało jej się, że wiedział. Być może nie tylko był szary jak ona, ale jeszcze brał udział w tej samej pogoni za szczęściem.

– Pan zna. To miłe. Student teologii? Mam nadzieję, że mogę panu mówić „ty“?

– Bardziej filozof. A więc podobny straceniec. „Ty“ jest jak najbardziej na miejscu. A właściwie, mam na imię Adam.

– Marysia.

„Maria“, oczywiście, jej imię też musiało pobrzękiwać przeciętnością. Na szczęście „Adam“ wcale nie było daleko bardziej oryginalne. Pierwszy pakt przez podobieństwo został zawarty. Przypieczętowany tym dłuższym spojrzeniem, które przypasowuje imię do twarzy nowo poznanej osoby. Uśmiechnęła się do niego lekko. W kategorii parkowych znajomości właśnie zostali przyjaciółmi. Rozmawiali więc dalej, jak to przyjaciele mają w zwyczaju. O filozofii oraz codziennych spacerach odbywanych właśnie w tym parku. Zawsze koło czwartej po południu. Gdy się uśmiechał, odsłaniał zęby. Ona w odpowiedzi błyszczała włosami, odrzucając je co jakiś czas szybkim ruchem głowy w tył. Nie mówili o niczym ważnym, a jednak czuli, że to bardzo istotne. Dla obojga. Umówili się na tej samej ławce następnego dnia. „Być może“, bo przecież nic nie jest na pewno. Jednocześnie wiedząc, że będą. Nie z jakiejś szalonej miłości od pierwszego wejrzenia, lecz z braku lepszych okazji. I tej tęsknoty za nową historią na wiosnę.

Spotkali się po raz drugi. Śmiali się głośno i wspólnie, w opowiadaniach wracając do kolonijnych wyjazdów, piosenek i ognisk. Odkrywali przed sobą marzenia: o podróżach, miejscach oraz chwilach nie do zapomnienia. On chciał polecieć balonem, ona popłynąć w długi rejs. Oboje pragnęli zobaczyć Laos. A może mieć kiedyś psa, dom i rodzinę.

Na trzecim spotkaniu dotknął jej dłoni. Przesunął opuszkami palców zmysłowo po skórze. Przy następnej okazji całowali się już namiętnie, pozwalając językom zatańczyć frywolny taniec. A że historie takie mają w zwyczaju wydarzać się szybko lub wcale, był to jedynie początek. Niewinne preludium. Gra wstępna. Oboje chętni, oboje rozmarzeni, oboje spragnieni seksu jak odmiany losu. Gdy kolejnym razem wepchnął jej język do ust, ona położyła dłoń na jego kroczu. Czuła twarde pożądanie. Nawet bez doświadczenia, nie mogła się mylić. Gdy on milczał, jego ciało zdawało się mówić: „wziąłbym cię, tutaj i teraz, wsunął mocno członka do twojej ciasnej szparki“.  Zaczęła czytać więcej. Nie mistyków, a erotyczne powieści. Podniecać się przy byle okazji. Stojąc w kolejce w sklepie, na zbyt długim wykładzie. Oglądać swoje ciało w lustrze. Dotykać się przed snem. Masturbować tak długo, aż przyjemność zmieni się w ból. Wstydziła się trochę tego wszystkiego, choć wreszcie czuła, że żyje. W rytmie orgazmów.

Po dwóch tygodniach on zaproponował wieczorny spacer. Taki po zmierzchu, romantyczny. Przyniósł butelkę wina, które wypili w ukryciu na pustym placu zabaw. Nie mieli kieliszków, nie miało to znaczenia. Wtedy, i dla opowieści. Byli wdzięczni, że zmrok otula ich ciasno i ciaśniej, tworząc przestrzeń dla wstydliwych kochanków.

– Chyba się w tobie zakochałam – wyszeptała.

– Pragnę cię – odpowiedział.

Pociągnął ją w kąt placyku. W stronę stojącej w rogu zjeżdżalni. Kazał odwrócić się tyłem do niego, oprzeć o drabinki. Zrobiła to. Bezceremonialnie zadarł jej spódnicę. Jego delikatność czy niezdecydowanie zniknęły. Pożądanie obudziło bestię. Tą tkwiącą na co dzień w nogawce spodni. Chyba była nawet zadowolona. Nie musiała przyzwalać. A protestować nie chciała na pewno. Gwałtowność jego ruchów wywołała w niej falę gorąca, która przetoczyła się przez całe ciało. Odpowiedziało ono czystym pożądaniem na ten zwierzęcy zew do spółkowania. Jej bielizna zaszła wilgocią, sutki stanęły, usta lekko się rozchyliły. Wsunął palce pomiędzy jej uda, pocierając mocno łechtaczkę. Koralik napęczniał. Przyciskał ją swoim ciałem, by czuć wijące się ruchy i słyszeć kobiecy, przyspieszony oddech. Dołożył jeszcze jeden palec i wszedł w ciasną cipkę. Nie przypuszczał, że może być aż tak niewinna i że właśnie przebija jej dziewiczą błonę. Nie zauważył też krwi na palcach. Opuścił spodnie i jednym pchnięciem znalazł się głęboko w niej. Zajęczała. Najpierw z bólu. Po chwili z rozkoszy.

Pieprzył ją tak przez chwilę. Wchodząc i wychodząc. Dając nabijać się jej biodrom na wystający korzeń penisa. Obrabiał ją szybko, tak by krzyczała. Bez prezerwatywy, więc musiał przestać przed końcem. A ten nadchodził prędko. Słodkie gorąco dziewczęcej muszelki potrafi zdziałać cuda. Wyciągnął z niej penisa. Obrócił całą ku sobie. Zamiast całować, popchnął jednak na kolana.

– Obciągnij. Chcę skończyć w twoich ustach.

Był bardzo konkretny. Nie dyskutowała z nim. W stanie seksualnego transu wzięła członek w usta i próbowała dać mu przyjemność, tak jak sobie wyobrażała, że powinno to wyglądać. Zaciskała wargi wokół nabrzmiałego organu, poruszając miarowo głową w przód i w tył. Mimo niezdarności nowicjuszki doszedł bardzo szybko i trysnął wprost w do jej gardła. Zakrztusiła się. Może z przerażenia, zdziwienia smakiem, czy po prostu dlatego, że jej przełyk zalała jakaś ciecz.

Po finiszu stał się znowu miękki i delikatny. Uniósł ją z kolan i przytulił. Stali tak jeszcze przez chwilę. Szeptał jej do ucha, że jest piękna i cudowna, że tak bardzo na to czekał. I jeszcze, że to wspaniały początek na drodze do spełniania tych wszystkich marzeń, o których mówili. Dopiero teraz zobaczył jej dziewiczą krew. Rozczulił się jeszcze bardziej, pytając kilka razy, czy wszystko jest w porządku i jak się czuje. Poprosiła tylko, by ją odprowadził. Nie chciała być sama, tym bardziej, że noc i ciemno. Zgodził się. Szli razem przez to niemal piękne miasto. Trzymała go za rękę. Wiedziała, że teraz los się odmieni. Że sięgnie po te wszystkie kolorowe spódniczki oraz wzorzyste koszule. Bo jeśli oczekiwała od siebie odwagi, to właśnie ją pokazała, na tamtym placu zabaw. Była teraz pełną miłości kochanką, oblubienicą. Chwilę wcześniej rżnęła się w sumie jak szmata, ale i to napawało ją dumą.

– To najpierw lot balonem czy rejs statkiem? – zapytała pogodnie, przerywając ciszę.

Nie zdążył odpowiedzieć. Z naprzeciwka szła starsza para pod rękę. Równie słodki widok, co oni, młodzi. On jednak odsunął się od niej, jakby w sekundę stała się trędowata. Szeroki uśmiech sędziwego mężczyzny tym bardziej ją zdezorientował. Staruszka pochyliła głowę i powiedziała:

– Szczęść Boże! Piękne kazanie dał ksiądz zeszłej niedzieli.

Zamarła. On skinął tylko głową.

– Muszę już iść – rzucił.

Odwrócił się na pięcie i przyspieszył kroku. Nie zdążyła zareagować. Ani na słowa starszej pani, ani na jego ucieczkę. Stała bez ruchu i jak już nie mógł jej usłyszeć, wyszeptała cicho:

– Ale Adam… nasze marzenia…

Nigdy więcej go nie zobaczyła. Nie spacerował po parku. A ona nie miała odwagi szukać go po kościołach. Dalej nosiła długie i szare spódnice. Bo przecież los się kiedyś odmieni. Musi.

Santi (nieswieta.pl)

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobry wieczór,

mamy dziś przyjemność powitać trzydziestą drugą Autorkę Najlepszej Erotyki – Nieświętą Santi 🙂 Znaną już w polskim necie z innego projektu (do którego odwołanie znajdziecie zarówno w Jej podpisie, jak i w rubryce "Zaprzyjaźnione Strony") postanowiła wesprzeć nas swoim piórem. Jej debiut na NE jest zarazem poetycki, jak i mocny. No i niedługi, więc można go przeczytać kilka razy, zachwycając się urodą niektórych zdań. Albo dumając nad dalszymi losami bohaterki, bardzo zresztą nietypowej, jeśli chodzi o gatunek, jakim jest erotyczne opowiadanie.

Zapraszamy zatem do lektury!
M.A.

czuję się profesjonalnie połechtana. dziękuję za to wprowadzenie, jak i przychylny komentarz.

Witam!
Bardzo niezwykłe opowiadanie. Klimat, bohaterka, zakończenie – interesujące podejście do tematu. Może trochę za krótko, przez co przejście pomiędzy kolejnymi etapami znajomości opisywanej dwójki było zbyt szybkie, ale w końcu nie każdy musi pisać takie epopeje jak Megas.
Nie zaglądałem wcześniej na Twój blog, Santi, a teraz chyba to zrobię.

Jedyna uwaga: żadnych koralików, plizzz 😉

Polecając wszystkim, pozdrawiam Autorkę.

Seaman.

ps. A trzecie zdanie od końca – chyba najsmutniejsze, jakie czytałem na NE. Pięknie, Santi!
s.

dziękuję. pracuje nad poszerzaniem słownika, jeśli chodzi o nazewnictwo organów obu płci (bo jak napisałam o penisie "narzędzie", to dostałam komentarz, że to nie grabie ;)) także to nie lada wyzwanie. czekam na wszelkie propozycje zastąpienia koralika 😉 swoja drogą byłby to interesujący projekt – zebrania i spisania nazw wszelakich dla genitaliów.

Siedzę i myślę co napisać koleżance. Nie jest to łatwe, bo człowiek chciałby jak najlepiej oddać to co ma na myśli. Opowiadanie Santi przeczytałem dziś po raz drugi i zrobiło na mnie równie dobre wrażenie co ostatnio. Podoba mi się język autorki, podoba mi się niespieszne prowadzenie akcji do punktu kulminacyjnego, podoba mi się opóźnianie jej rozpoczęcia przez ciekawe opisy, a nade wszystko podoba mi się zakończenie, choć w moim przypadku o zaskoczeniu raczej mowy nie było. Rozgryzłem Cię Santi bardzo szybko 😀
Na pewno przeczytam kolejne Twoje opowiadania, choć liczę, że będą nieco dłuższe.

Hmm, podobnie jak Smok, tak sobie siedzę i myślę, co by tu nagryzmolić.
W pierwszej kolejności należałoby powitać nową Autorkę i pogratulować udanego debiutu na łamach NE, co niniejszym czynię.

Wybór tematu, trochę wstydliwego, trochę objętego nierozumianym przeze mnie tabu, bardzo przypadł mi do gust.
Będąc na chwilę przed komunią, uczęszczałam na nauki przygotowujące. I mimo, że rozum i postrzeganie świata były typowo dziecinne zauważałam pewne zależności. Mamy koleżanek i kolegów, na co dzień chadzające w spłowiałych jeansach, na wizyty w kościele ubierały się nader elegancko, ba, wyzywająco. A wszystko za sprawą księdza T.
Młody, chyba przystojny, łasy na komplementy z przyjemnością, tak sądzę, pławił się w jawnie okazywanym uwielbieniu.
Trzy lata po komunii wybuchła afera, skrzętnie skrywana, ale Babcia należąca do kółka różańcowego miała zawsze świeże i sprawdzone wiadomości. Ksiądz T. okazał się być ojcem czworga dzieci, każde z inną kobietą. Aby uciszyć sprawę został przeniesiony do jakiejś pipidówy, szkoda, tak dobrze się zapowiadał…

Wracając do tekstu, Adam to wredny typ. Na swą ofiarę wybrał typową szarą podfruwajkę. Perfidnie uwodził. Odebrał marzenia. Mówił to, co chciała usłyszeć. Robił to, czego oczekiwała.
Ciekawa jestem, jak przebyte doświadczenie wpłynie na wiarę Marysi i jej podejście do zgłębiania filozoficznych zagadnień, w którą stronę pójdzie.
Bardzo, nie wiem, czy wypada użyć tego sformułowania w kontekście opisanej historii, przyjemna lektura.
Zarzuty, że za krótko… Teoretycznie można się z nimi zgodzić. Z drugiej strony Autorce w tym krótkim tekście udało się zgrabnie zarysować temat, zaciekawić czytelnika, nakreślić emocje.
Zobaczymy, co zaserwuje nam Santi następnym razem. Tym opowiadaniem, samym pomysłem, wzbudziła mój apetyt.

@Smok – jaką Ty masz przyjemność z czytania, skoro "biorąc tekst do ręki" już wiesz jaki będzie finał? Syndrom dorosłego Dana Torranc'a 😉

kenaarf

Bez przesady, Kenaarf, można mieć przyjemność z czytania (oglądania, słuchania) doskonale znając finał. Inaczej nie czytalibyśmy choćby Szekspira czy Goethego. A przecież to czynimy. Niektórzy nawet robią to, nie będąc zmuszonymi przez obowiązek szkolny 🙂

Pozdrawiam
M.A.

I znów mówisz o wybitnych autorach. Szkoda, że tym razem nie padło nazwisko Jelinek, bo musiałabym się uśmiechnąć.
Tak, z chęcią powracam do przeczytanych już pozycji. Przeważnie są to chociażby Baśnie Andersena.

To, o czym piszesz, nijak się ma do tego, co miałam na myśli. Jest subtelna różnica pomiędzy odkrywaniem nowego tekstu, opowieści (i możliwość wydedukowania ich zakończenia) a wracanie do czegoś doskonale znanego, jednak urzekającego, czy to fabułą, czy to językiem i świadome rozsmakowywanie się tym, co nas ujęło przy pierwszym czytaniu.

kenaarf

Ale niektóre teksty już za pierwszym razem nie czyta się dla zakończenia (bo np. ich urok nie opiera się na jakiejś strasznie suspensowej fabule), ale właśnie na stylu, języku, urodzie tekstu. Więc całkowicie rozumiem, że można pochłaniać z przyjemnością opowiadanie, spodziewając się jednocześnie, jak to się wszystko skończy.

Pozdrawiam
M.A.

Wybacz, najwyraźniej oczekujemy od czytanych pozycji zupełnie innych wrażeń. A i autorzy dzielą nas w poglądach.

kenaarf

Nie ma za bardzo czego wybaczać. Dla mnie w prozie najważniejsza jest (zwykle) fabuła i "przesłanie". Tylko czasem znajduję coś, co zachwyci mnie językiem. Tak więc podejrzewam, że w 4 przypadkach na 3 moglibyśmy znaleźć nić porozumienia 🙂

M.A.

Kenaaef – przede wszystkim dziękuję za historię o księdzu. tę zupełnie nie zmyśloną. lubię słuchać opowieści. i sądzę, że ich opowiadanie jest dla nas ważne – na różnych poziomach. od wspierania językiem (sic!) naszego życia erotycznego, po wpływ na społeczną świadomość.

a co do spodziewane/niespodziewane… sama lubię być zaskakiwana, ale o to najzwyczajniej trudno. traktuje to jako wartość dodaną. jak jest – super. jak nie ma – i tak jest po co czytać, nawet kilka razy to samo. bo przecież ja jako czytelnik w różnych momentach, nastrojach rozumiem słowa zawsze inaczej…inaczej pozwalam im działać na siebie.

a zaskoczenie w wypadku tego opowiadania? może jeszcze nadejdzie. bo naprawsza się jego kontynuacja… 😉

Chciałoby się powiedzieć here's Johny 🙂
A poważnie to nie rozumiem dlaczego nie miałbym czerpać przyjemności z czytania, nawet jeśli znam zakończenie. To tak jak z filmami, są takie, które można oglądać wielokrotnie z równie dużą przyjemnością. Nie ma już co prawda zaskoczenia na końcu, ale jak pisałem, tutaj też nie było – rozgryzłem co się dzieje dużo wcześniej. Czytając tekst po raz wtóry, człowiek zwraca uwagę nie tylko na warstwę fabularną utworu, ale chociażby bardziej przygląda się konstrukcji zdań, czy zabiegom, które autor stosował, żeby wywołać ten efekt zaskoczenia na końcu. Szuka się wtedy szczegółów, niuansów, które pozwalają na dostrzeżenie, że autor świadomie "wodził za nos" czytelnika i bawił się ukrywając przed nim prawdę, a rzucając tylko niejasne ochłapy informacji, z których jak już się doczyta do końca, wyłania się spójny obraz postaci, zgoła inny niż ten, widziany przez nas wcześniej. Dlatego lubię czytać/oglądać niektóre rzeczy po kilka razy. Dlatego też z pewnością wróce do ostatniego tekstu Barmana, bo ta cholera wodziła mnie za nos do samego końca i nie daje mi spokoju, czy przeoczyłem jakieś delikatne sugestie i podpowiedzi autora.
Pozdrawiam
Smok

Bardzo ładne.Wpisuje się w serię wspomnieniowo-prowincjonalną ,którą tak lubię u "moich "autorów.

Nieźle. Szkoda tylko że tak krótko. Scena seksu napisana jakby w pośpiechu. A po co z tym pędzić? 🙂 trzeba mieć czas by się rozsmakować!

A po co?Zauroczyć,zaliczyć i zrejterować 😉

Kochana Santi..Jak zwykle wspaniały tekst..
Nie da się nie pokochać twojego pióra.
WSPANIAŁE!

Daję nowej autorce lubika. Tekst czytałem w wersji nadesłanej. Mam nadzieję, że po korekcie jest jeszcze doskonalszy (choć jakbym się uparł znalazłbym elementy, do których można się przyczepić, ale to może przy następnym tekście). Nie wiem, co Seaman widzi złego w koralikach. Mnie rażą daleko mniej, niż inne popularne tu określenia fragmentów anatomii.
Ukłony dla Czytelników,
Karel

Chyba najlepsze opowiadanie, jakie tu przeczytałem. Genialna narracja. Serdeczne gratulacje dla Autorki. Coś niezwykłego jest w tej szarości.

Jak zwykle, od Santi, głębokie w przesłaniu, cudowne w narracji, jednym słowem wzorowe.

Napisz komentarz