Watching Over Me (Frodli) Brak ocen

15 min. czytania

Zamieszczone w tekście czterowersowe strofki to fragmenty utworu, który był bezpośrednią inspiracją do napisania utworu. Planuję kilka takich opowiadań. Miłego czytania 🙂

* * *

I had a friend many years ago

One tragic night he died

The saddest time of my life

For weeks and weeks I cried

Witajcie, mam na imię Janis. Po Janis Joplin, ulubionej wokalistce moich rodziców. Mam dwadzieścia siedem lat, pracuję jako projektantka w jednej z dużych, amerykańskich sieci sklepów odzieżowych. Żadna awangarda, ubrania mają być tanie, ładne i funkcjonalne. Gustowne, dla eleganckich, aczkolwiek nie wyzywających kobiet w moim wieku.

Ukończyłam politologię na Harvardzie, ale zrobiłam to tylko ze względu na moich rodziców, którzy harowali na moje studia całe życie. Taki już los jedynaczki, nie mogłam zawieść pokładanych we mnie nadziei… Po studiach nie miałam ochoty na karierę naukową. Zajęłam się na poważnie moją pielęgnowaną od dzieciństwa pasją, czyli projektowaniem. Rodzice jakoś to przełknęli, że nie zostałam wziętą dziennikarką z CNN. Po kilkunastu miesiącach wykonywania „fuch” i projektowania „do szuflady” udało mi się zaczepić w obecnej firmie. Najwspanialszy dzień mojego życia, po której nastała najgorsza noc.

Chyba każdy z Was miał w dzieciństwie przyjaciela. Kogoś, z kim można było konie kraść i uskuteczniać najbardziej lekkomyślne figle. Niestety, znajomość często urywa się po obraniu własnej drogi życiowej… Wiąże się to z przeprowadzkami, nierzadko z powodu studiów lub pracy. Kimś takim dla mnie był Robert. Był… I to nie dlatego, że nasza znajomość nie wytrzymała próby czasu. Studiował na sąsiedniej, niezbyt popularnej uczelni (niestety, jego rodzice nie przykładali takiej wagi do wykształcenia potomka) i dzięki temu widywaliśmy się regularnie. Nie, nie sypialiśmy ze sobą. Lubiłam seks, ale nie na tyle, by kochać się już po kilku tygodniach znajomości. Miałam kilku facetów, ostatniemu z nich nawet oddałam cnotę, ale później srogo się na nim zawiodłam i od tego czasu byłam singielką.

Po studiach zamieszkaliśmy w Nowym Jorku. Małe, dwupokojowe mieszkanko pary, którą łączy tylko przyjaźń i nic poza tym. Nie krępowaliśmy się, by chodzić przed sobą nago. Nie zamykaliśmy przed sobą łazienki, jedno drugiemu bez zażenowania mogło umyć plecy, a w razie, gdyby któreś z nas wróciło z firmowego rautu w stanie ewidentnego zgonu, rozebrać, wykąpać i położyć do łóżka (rzecz jasna, ja miałam z nim trudniej). Idealna miłość platoniczna? Braterskie uczucie dwójki jedynaków? Sama nie wiem. Nigdy do niczego między nami nie doszło.

Tamten wieczór miał być szczególny. Dostałam moją obecną posadę i czekałam na Roberta z kolacją i szampanem. Pracował na dwie zmiany i akurat wypadła mu popołudniowa, toteż gdy wybiła północ i jeszcze się nie pojawił, nie zdziwiłam się tym zbytnio. Był pracoholikiem gotowym wracać w środku nocy, jeśli dostał ambitne zadanie. W zawodzie architekta nie trudno o to; nawet po uczelni o niewyrobionej renomie przebierał w ofertach pracy, ponieważ pracował w deficytowym fachu. Minuty mijały niemiłosiernie i dłużyły się w nieskończoność. W końcu nie wytrzymałam i zadzwoniłam. Wyłączył komórkę. Przysnęłam na sofie, zapadając w niespokojną drzemkę. Po chwili odezwał się telefon. Dzwoniła matka Roberta. Płakała. Kilka przecznic od naszego mieszkania miał wypadek samochodowy. Zginął na miejscu.

Through the anger and through the tears

I”ve felt his spirit through the years

I”d swear, He”s watching me

Guiding me through hard times

Przepłakałam całą noc. Dopiero po stracie Roberta uświadomiłam sobie, że był miłością mojego życia. Kimś, kto był przy mnie zawsze wtedy, gdy go potrzebowałam. Kto pocieszał mnie po każdym niepowodzeniu. Przytulił, gdy wymagałam ciepła, bezpieczeństwa i zrozumienia. Wszystko prysło. Zostałam sama w wielkim mieście.

Pierwszy dzień w nowej pracy okazał się istną udręką. Kierowniczka wycisnęła ze mnie siódme poty, a mimo to i tak nie była zadowolona z owoców mojej inwencji. Obiecałam sobie, że po kolejnej, przespanej nocy zaprezentuję się lepiej. Na szczęście reszta zespołu okazała się bardziej wyrozumiała. Szybko znalazłam wspólny język z Martą i Davidem, dwiema najsympatyczniejszymi osobami w grupie. Chcieli wyciągnąć mnie po pracy na piwo, ale bez ogródek wyłożyłam im swoje kontrargumenty. Zafrapowani zaczęli przepraszać. Obiecali mi pomoc na miarę swoich możliwości, co w zasadzie oznaczało chęć zaprzyjaźnienia się ze mną, jeśli będę tego chciała. Naprawdę wspaniali ludzie.

Nie lubię zimy. Nie dość, że pogoda nie dopisuje, to jeszcze wcześnie zapada zmrok. Nie, żebym się bała, ale nie lubię klimatu rozświetlonego neonami miasta, nad którym góruje księżyc w pełni. To w takie noce giną z rąk seryjnych morderców amerykańskie nastolatki z horrorów klasy B. Jest na tyle zimno, że trzeba nosić płaszcz, ale jednocześnie ciepło spalin i para wydobywająca się z rynsztoków sprawiają, że sweterek i spodnie wręcz przylepiają się do mojej skóry.

W ciągu dnia zdążyłam jakoś się pozbierać, ale wciąż miałam mętlik w głowie. Być może to właśnie było przyczyną wkroczenia na pasy na czerwonym świetle bez zwrócenia uwagi na ruch uliczny. Co za głupota z mojej strony. Klakson, pisk opon, szarpnięcie w tył. Czy już umarłam? Jeśli tak, to śmierć nie boli. No, może poza odbitą kością ogonową i kilkoma wykwitającymi pod ubraniem siniakami. W mgnieniu oka zdałam sobie sprawę, że wciąż żyję. Ktoś w ostatniej chwili wciągnął mnie za rękę z powrotem na chodnik. Otworzyłam oczy spodziewając się ujrzeć wybawcę. Poza kierowcą, który ruszył dalej, na ulicy nie było żywego ducha.

I feel it once again

It”s overwhelming me

His spirit”s like the wind

The angel guarding me

Znajomość z sympatyczną parą szybko przerodziła się w przyjaźń. Dzięki ich towarzystwu powoli dochodziłam do siebie. Po pracy często chadzaliśmy do kina, pubów lub klubów. W końcu jednak musiałam się z nimi rozstać i wracałam do pustego mieszkania. Wciąż nie mogłam się zdecydować, czy poszukać sublokatora, czy przeprowadzić się do którejś z eleganckich kawalerek, na co mogłam sobie dzięki nowej pracy pozwolić. Tutaj wszystko przypominało mi Roberta. Było to jednocześnie melancholijne, nostalgiczne i dołujące, ale też stanowiło jedyny łącznik między moim „starym” życiem obracającym się dokoła rodziny i przyjaciela, a nowym, skoncentrowanym na pracy i współuczestniczeniu w wielkomiejskim zgiełku.

Pamiętam, jak ciężką chwilą była wizyta rodziców Roba. Spakowali do kilkunastu kartonów pamiątki po nim – dyplomy, nagrody i puchary wywalczone z siatkarską drużyną uniwersytecką. Pomagając im w porządkowaniu pokoju zmarłego, nie wytrzymałam i jak co dzień wybuchłam płaczem spowodowanym tęsknotą i uczuciem, którego nie zdążyłam mu wyznać. Na szczęście mama Roberta okazała się wyrozumiała, w jej ramionach znalazłam ukojenie i spokój. Wzięłam sobie tydzień wolnego i razem z nimi wróciłam w rodzinne strony. W rodzinnym gronie podreperowałam potargane nerwy i przełamałam depresję. Od tego czasu staram się pozytywnie patrzeć w przyszłość.

Powrót do pracy okazał się ostatecznym wybrnięciem z doła. W ciągu kilku tygodni dostałam parę pochwał za zaangażowanie w projektowanie nowej kolekcji. Nawiązałam bliższą znajomość z Martą i Davidem. To właśnie po spotkaniu z nimi przydarzył mi się incydent, który na długo dał mi do myślenia i stanowił kolejną przesłankę, że nie zostałam sama.

Z klubu „Tropico” do domu miałam pół godziny piechotą, ale wracać musiałam przez niezbyt ciekawą okolicę. A konkretnie – przez park. Co prawda alejki były oświetlone, ale nie czułam się tam do końca bezpiecznie. Zazwyczaj maszerowałam przyspieszonym krokiem i z duszą na ramieniu, ale tym razem byłam trochę podpita, toteż nie spieszyło mi się. Sam fakt, że byłam kompletnie sama, powinien wzmóc moją czujność. Być może wtedy zdążyłabym w porę wrócić do klubu i zamówić taksówkę. Kilkadziesiąt metrów w głębi parku była kępa krzaków, koło których trzeba było, chcąc nie chcąc, przejść. Minęłam je nie przyglądając im się bacznie (co zawsze robiłam, ponieważ kilka razy dochodziły z nich podejrzane szelesty, wtedy to zawracałam i łapałam taksówkę). Po chwili silna ręka objęła mnie od tyłu w pasie, zaś druga, nasączona jakimś płynem, przywarła do mych ust. Zamroczyło mnie.

Ocknęłam się kilkanaście sekund później. Leżałam wśród zarośli ze związanymi na plecach rękoma. Było niemal kompletnie ciemno, docierało tu tylko światło księżyca. Nade mną klęczała postać w kominiarce odsłaniającej tylko oczy i usta.

– Nie próbuj krzyczeć, bo poderżnę ci tę zgrabną szyję – zagroził, pokazując na potwierdzenie swych słów długi, żołnierski nóż.

Strach ścisnął mnie za gardło. Próbowałam się wyrwać, gdy zaczął majstrować przy rozporku moich obcisłych dżinsów, ale warknął złowrogo i przystawił mi ostrze do brzucha, toteż poddałam się. „Co za parszywe życie”, pomyślałam.

Nagle mój napastnik upadł na mnie, jakby otrzymał cios od tyłu. Zerwał się i pchnął nożem w nicość. Byliśmy sami. Po chwili jęknął i padł na ziemię. Z nosa ciekła strużka krwi, zaczął wierzgać i rzęzić jakby ktoś go dusił. Zdezorientowana, z trudem dźwignęłam się na nogi i ze związanymi rękoma oraz opuszczonymi do połowy ud spodniami rzuciłam się do ucieczki. Wybiegłam na ulicę i dopadłam pierwszej spotkanej taksówki. Kierowcą okazał się sympatyczny starszy pan. Wezwał policję i pomógł mi wyswobodzić się z więzów. Podczas ponownego zakładania spodni zauważyłam, że jedna z nogawek nosi ślady krwi. Przybyły na miejsce oficer spisał moje zeznania. Niedoszły gwałciciel okazał się notowanym narkomanem. Jego martwe ciało zabrał ambulans, a mnie zawieziono na komendę. Pobrano ode mnie odciski palców i próbkę DNA. Zapewniono mnie, że nic mi nie grozi, ponieważ miałam prawo do obrony własnej. Laboratorium zażądało też zakrwawionego kawałka mojej nogawki.

Kilka dni później przyszły wyniki. Badania wykazały, że to nie ja zabiłam przestępcę (co było zgodne z prawdą i mymi zeznaniami). Ciało napastnika nie nosiło na szyi żadnych śladów, chociaż biegli stwierdzili zgon przez uduszenie. W końcu doszłam do momentu, w którym orzeczono, że ślady krwi na moich spodniach należały do Roberta. Zakręciło mi się w głowie i upadłam na podłogę we własnym hallu.

It still hurts me to this day

Am I selfish for feeling this way?

I know he”s an angel now

Together we”ll be someday.

Szybko odzyskałam przytomność. Robert? Jak to? Przecież on nie żyje! Zaczęłam kojarzyć fakty. Ratunek przed wypadkiem, teraz zabójstwo gwałciciela… Nie dowierzałam swym przypuszczeniom. To jest życie, nie jakieś pieprzone „Uwierz w ducha”! Postanowiłam nie myśleć o tym, wziąć szybki prysznic i oddać się w objęcia Morfeusza.

Ciężko było mi zasnąć. Dziwnie się czułam. Jakby ktoś na mnie patrzył. Wiedziałam jednak, że jestem sama w całym mieszkaniu. W końcu zmorzył mnie sen. W środku nocy obudziło mnie uporczywe swędzenie stopy, jakby ktoś mnie łaskotał. Po chwili irytujące uczucie ustało. Nim zasnęłam ponownie, poczułam muśnięcie na udzie. Czyżby karaluch? Zerwałam kołdrę. Ujrzałam tylko skąpą koszulę nocną kryjącą najintymniejsze zakamarki mego ciała i zgrabne nogi. Dotknęłam miejsca, na którym poczułam dotyk. Nic. Kolejne łaskotanie stopy. Poruszyłam nią. Wtedy niewidoczna dłoń pogładziła moją łydkę. Zdębiałam. Uniosłam się na łokciach i spojrzałam w kierunku niewidzialnego masażysty.

– Robert? – wyszeptałam. Jakby na powierzenie mych słów nakreślił palcem szkolnego „ptaszka” na masowanej skórze. Odczytałam znak. Czyżbym zwariowała?

Nie dał mi czasu do namysłu. Odniosłam wrażenie, jakby całował i lizał wewnętrzne strony moich ud. Rozłożyłam nogi i ostatnim wysiłkiem woli powstrzymywałam się, by nie zrobić sobie dobrze. Może to tylko sen? Albo sygnały wysyłane przez podświadomość? Czułam się jak zbudzona z którejś z erotycznych fantazji, po których byłam cała wilgotna i zawsze zaspokajałam się łapczywie, niczym napalona nastolatka albo niepoprawna nimfomanka. W przeciwieństwie do tych snów, teraz nie spałam, a mimo to działy się rzeczy irracjonalne i podniecające do potęgi. Niewidzialne usta pieściły moją skórę, jak żadne do tej pory. Bo też doświadczenia w ars amandi zbytniego nie posiadałam. Szczypanie, mrowienie, swędzenie i łaskotanie napędzało moją wyobraźnię. Gryzł? Tarmosił? Ssał? Lizał? Całował?

Podciągnęłam koszulę aż do szyi. Nieskrępowane piersi zakołysały się i rozsunęły nieco na boki. Od pewnego czasu mnie to irytowało, ale czasu nie oszukam. Naprężone, kształtne półkule przyozdabiały jasnobrązowe, stwardniałe sutki. Chwyciłam swoje skarby i ścisnęłam ze sobą, pocierając je o siebie. Uwielbiam tę pieszczotę. Jedna ręka instynktownie powędrowała między uda, ale szybko zreflektowałam się i zaciskając wargi, czekałam na rozwój wydarzeń.

Robert nie próżnował. Niewidocznymi (a może wyimaginowanymi?) ustami całował wargi kryjące w sobie jaskinię rozkoszy. Niematerialne palce gładziły moje uda, brzuch i łono. W pewnej chwili poczułam, że mam coś w szparce. Zapewne palec. Poruszał się energicznie do przodu i do tyłu, kręcąc w środku małe młynki. Szybko jednak mnie opuścił. Nie wiedziałam, co jest grane, dopóki nie poczułam parcia z zewnątrz na odbyt. Uniosłam biodra, jakbym chciała ułatwić dostęp prawdziwemu kochankowi. Tymczasem zabawiał mnie duch, albo co gorsza, miałam urojenia!

Pieszczoty analne należały do moich ulubionych, o czym wiedział mój przyjaciel. Nic więc dziwnego, że gdy wniknął we mnie jego palec, aż jęknęłam z rozkoszy. A co mi tam. Będę leżała trzymając się za cycki i jęczała z rozłożonymi nogami, wyglądając jak idiotka. Nieważne. Gdy już zadomowił się we mnie na dobre, spróbował wcisnąć we mnie drugi palec. Po dłuższej chwili udało mu się. Poczułam się, jakby zginał je w moim tyłeczku. Totalna ekstaza. Piszcząc i jęcząc sięgnęłam dłonią do krocza, ale niewidzialna ręka odtrąciła ją. Wzbierająca rozkosz uzmysłowiła mi, że zamknął usta na łechtaczce i ruszył od ofensywy ze swoim delikatnym językiem.

Odlatywałam. Na pewno podglądał mnie przez ostatnie tygodnie, obserwując jak bawię się swoim ciałem. Wyśledził, gdzie szczególnie lubię błądzić dłońmi w poszukiwaniu ekstatycznych doznań. Wykorzystał to przeciw mnie i ku mej uciesze. Miałam wrażenie, że palcem wskazującym i środkowym grzebie w pulsującym odbycie, a kciukiem tej samej dłoni gładzi szparkę, wchodząc w nią, na ile był w stanie. Jakby chciał chwycić mnie za obie dziurki. Dosłownie wypływały ze mnie soki. Targały mną coraz częstsze i silniejsze spazmy. Nie wytrzymałam długo i eksplodowałam. Przeżywałam orgazm całym ciałem, każdym mięśniem. Rozwierał palce w tyłeczku, opierając się skurczom zwieraczy, co wyprowadzało mnie niemal na orbitę. W ostatnim przebłysku racjonalnego myślenia przycisnęłam poduszkę do twarzy, żeby jękami i krzykami nie obudzić całego pionu. Zalewała mnie fala powoli opadającej rozkoszy. Dochodziłam do siebie kilkanaście minut. Chciałam prosić Roberta o jeszcze, ale już go nie było. W każdym bądź razie, nie czułam jego obecności i sam jej nie ujawniał.

We shared dreams like all best friends

Blood brothers at the age of ten

We lived reckless, he paid the price

But why? Why did he have to die?

Dopiero rano dotarło do mnie, co się stało. Robert żyje! Dokładniej mówiąc, jego duch. A może po prostu miałam przywidzenie? Albo sen? Podczas porannego prysznica dotarła do mnie prawda. Malinka na udzie dowodziła prawdziwości nocnych zdarzeń. Ledwie poradziłam sobie z burzą myśli po śmierci przyjaciela, musiałam stawić czoła faktowi egzystowania jego ducha po „tej” stronie życia. Rzecz jasna, przez najbliższe kilka dni znów nie mogłam się skupić na pracy. Nieoceniona okazała się pomoc przyjaciół, którzy taktownie nie drążyli tematu śmierci Roberta i podtrzymywali mnie na duchu.

Cosobotnie wyjście do klubu przypłaciłam tym razem doprowadzeniem się do stanu kompletnej nieużywalności. David zamówił dla mnie kawę z cytryną, która momentalnie postawiła mnie na nogi. Zalałam robaka, co sfinalizowane zostało kilkunastoma minutami spędzonymi w łazience. Gdy już zwróciłam wódkę, sok i zakąski, mogłam wracać do domu. Myślałam dość trzeźwo, ale ciało niespecjalnie chciało mnie słuchać.

– Janis, wszystko w porządku? – zatroskał się Dave.

– E… tak, ale jestem już… zmęczona. – wybełkotałam. Dziwiłam się własnemu pijaństwu, widocznie jeszcze dużo alkoholu krążyło w mym ciele, na szczęście nie uderzając do głowy.

– Może odprowadzę cię do domu? – zadeklarował się.

– Byłoby… miło… – odpowiedziałam, przestępując z nogi na nogę. Wyszliśmy razem z Martą.

Na dworze, oczekując na taksówkę, znów rzygałam. Przytrzymał mnie, bym się nie pobrudziła. Wsiedliśmy do samochodu, zostawiając Martę mieszkającą dwie przecznice dalej. Trochę drżałam, toteż przygarnął mnie do siebie.

– Chyba dziś przesadziłaś… – wyszeptał prosto do mojego ucha.

– Tak… Ale teraz jakoś mi lżej… Po prostu… Lepiej – wydukałam.

– Rozumiem cię. Gdy byłem mały, miałem przyjaciela. Niestety, ciężko zachorował i jego rodzice musieli się przeprowadzić do innego stanu, gdzie mogli go leczyć. Pisywaliśmy do siebie, aż kontakt urwał się po kilku miesiącach. Później przypadkiem podsłuchałem kłótnię rodziców spierających się o to, czy powiedzieć mi o jego śmierci. Miałem dziewięć lat…

W ramionach Davida czułam się bezpieczna. Bratnia dusza? Reinkarnacja Roberta? Nie, to niemożliwe. Pewnie bym usnęła kołysana jazdą i otulona ciepłem bijącym od siedzącego koło mnie mężczyzny, ale moje mieszkanie było blisko i wkrótce pod nie podjechaliśmy.

– Wdrapiesz się sama na górę? – dopytywał, pomagając mi wysiąść.

– Po co masz tracić na taksówkę? – odpowiedziałam pytaniem. Może mój stan tak mnie ośmielił, ale postanowiłam zaryzykować i zaprosić kolegę z pracy do siebie – Zostań u mnie…

– Na pewno tego chcesz? Jesteś pijana, nie chcę, byś później miała kaca moralnego.

Zamiast odpowiedzieć, objęłam go i zamknęłam na wpół otwarte usta krótkim, namiętnym pocałunkiem.

– Drugi raz nie będziesz miał okazji… – kusiłam go.

Bez zastanowienia zapłacił za kurs i wszedł ze mną na klatkę schodową.

Drzwi do mojego mieszkania otwarły się z impetem. Wepchnął mnie do środka, zamykając je za sobą. Jeszcze nigdy nie byłam tak napalona na faceta. Zerwałam z nas kurtki. Uwiesiłam się na nim i objęłam nogami w pasie. Wniósł mnie do mego pokoju, rzucając na łóżko. Zdjął mi szpilki, całując i masując przy tym stopy. Musiał mocno się zdziwić, gdy popchnęłam go obiema dłońmi tak, że położył się na podłodze.

– Jeszcze się mną nacieszysz, teraz chcę po prostu, żebyś mnie przeleciał. – powiedziałam namiętnie. Nie pozwoliłam mu zareagować. Usiadłam na nim okrakiem. Miałam sukienkę do połowy ud, którą zadarłam, by rozerwać zasłaniające moje łono rajstopy i koronkowe figi. W tym czasie zdążył tylko rozpiąć rozporek i zsunąć spodnie ze slipami na tyle, by jego mały rycerz zdołał wydostać się na zewnątrz. Mały to może złe określenie, ale nie imponował rozmiarami. Tym lepiej. Nie było problemów, bym nadziała się na niego od razu do końca. Nakierowałam nabrzmiałego członka na szparkę i opadłam na biodra kochanka. Wślizgnął się cały. Dopiero teraz, podrygując na nim i kołysząc tyłeczkiem na boki, zaczęłam się rozbierać. Obcisła bluzeczka zapinana na rząd guziczków poddała się pod gwałtownym szarpnięciem. Szybko zdjęłam stanik.

Chciał złapać mnie za piersi, ale przełożyłam jego dłonie na swoje ramiona i pochyliłam się nad nim. Rozpięłam mu koszulę. Pod spodem ujrzałam zroszony potem, umięśniony tors i napięty brzuch. W pępku utworzyło się jeziorko słonych kropli. Przyspieszając ruchy przywarłam do ust Davida. Długi, zapierający dech w piersiach pocałunek wzmógł nasze pożądanie.

– Włóż mi paluszek do pupci – poprosiłam, sącząc te słowa wprost do jego ucha.

Jakby na zachętę, chwyciłam jego dłoń i possałam jeden z palców, zwilżając go śliną. Po chwili penetrował już obie moje dziurki. Uniosłam się, chwytając swoje długie, ciemne włosy. Przycisnęłam dłonie do piersi i zaczęłam masować pocierając je miękkimi, puszystymi puklami. On w tym czasie posuwał mnie palcem w odbyt i trzymał drugą dłonią za biodro.

– Och, tak, jeszcze! – krzyknęłam, wydobywając trzy słowa spośród nieartykułowanych dźwięków płynących z mych ust. Wspólnym wysiłkiem doszłam na sam szczyt. Seria spazmów ścisnęła jego penisa i palec. Wygięłam się w pałąk, opierając dłonie na goleniach Davida. Miał idealny widok na moją zaciskającą się w namiętnym szale szparkę. Spełnienie przyszło i odeszło, zostawiając po sobie pozytywne wrażenia i niepohamowaną żądzę kochania się do upadłego.

W nocy obudziło mnie znajome łaskotanie. Po dwóch godzinach harców miałam nasienie Davida w obu dziurkach, poznałam też jego smak. Kompletnie nasycona, nie miałam ochoty na zabawy z niewidzialnym partnerem. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że to przecież Robert!

– To ty? – zapytałam dla pewności. Ptaszek.

– Nie mogę teraz, przyjdź jutro – odmówiłam z żalem. Nakreślił na mojej nodze zygzak i kółeczko. NO.

– Wybacz, ale nie mam ochoty, poza tym nie jestem sama – próbowałam dalej.

W odpowiedzi pocałował mnie w muszelkę.

–No dobra, ale tym razem szybko, nie chcę go obudzić. – zdecydowałam.

Rozwarłam nogi na tyle, na ile pozwalało szerokie, ale jednoosobowe łóżko dzielone z kochankiem. Tym razem poprzestał na pieszczotach łona i ud. Żałowałam, że tego nie widzę. Zamknęłam więc oczy i wyobrażałam sobie tę scenę. Leżę przed nim, a on klęczy na czworaka i robi mi mistrzowską minetkę. Inaczej nie mogłam tego określić. Chociaż moja wilgotna norka ociekała wprost rozkoszą, to jej zachowanie przeczyło fizyce zjawiska, jakim są pieszczoty oralne. Tkwiła w bezruchu niczym pączek róży o świcie, pulsując z przyjemności. Lizał mnie wierzchem języka, nic nie robiąc sobie z rozgrzanego wnętrza i głodnej doznań łechtaczki. Czasem wsunął we mnie czubek nosa (tak mi się wydaje) albo pobawił się chwilę palcem. Soki powoli wyciekały ze mnie, a on chyba próbował je zlizywać. Czy czuł ich smak? Jęknęłam cicho. Niepomna na śpiącego obok Davida zatraciłam się w rozkoszy. Ogarnęło mnie bezbrzeżne zdziwienie, gdy nagle zamiast łona zajął się moimi piersiami. Nie dopuszczałam do siebie myśli o takim przebiegu wypadków. Nie spodziewałam się tego. Jednak stało się. Wypełnił mnie twardy, długi przedmiot. Był we mnie. Krzyknęłam. Tego było za wiele. Kilka szybkich ruchów wystarczyło, bym wiła się pod nim z ekstazy.

– Janis? Co się dzieje? – usłyszałam jak przez mgłę przestraszony głos Davida.

– Tak! – jęknęłam.

– Wszystko w porządku?

– Bierz mnie, szybciej, mocniej!

Poczułam, jak targa mnie za ramiona, bym się obudziła. Akurat wtedy doszłam. Znienacka przytuliłam się do niego. Wpiłam się w jego plecy paznokciami, a ustami wgryzłam w jego wargi. Pewnie uznał by to za preludium do dalszych zabaw, gdybym nie szczytowała w jego ramionach. Drżałam, a moje nogi i biodra rzucały się po całym łóżku. W kilka sekund ochłonęłam. W ciemności moje oczy spotkały się z jego pytającym spojrzeniem.

– Och, David… – powiedziałam łamiącym się głosem i rozpłakałam się.

Oh, I know, oh, I know

He”s watching over me

Oh, I know, oh, I know

He”s watching over me

Byłam pacjentką numer 250 345. Ośrodek dla umysłowo chorych przy Trzydziestej Alei był moim domem od tygodnia. Zwierzyłam się nowemu przyjacielowi, ale uznał mnie za niebezpieczną nimfomankę i mitomankę. Nikt nie wierzył w moje zapewnienia; uznano je za urojenia z tęsknoty za bliską osobą.

Jakież więc musiało być ich zdziwienie, gdy siódmej nocy po prostu wyszłam stamtąd. Kamery wszystko nagrały. Kroczyłam w kierunku wyjścia, a drzwi otwierały się przede mną same. W tym czasie strażnicy siłowali się z zatrzaśniętymi na ich drodze zamkami. Godzinę później jechałam wynajętym samochodem na sąsiednie wybrzeże. Drugi raz otwierały się przede mną nowe perspektywy. Tym razem zamierzałam być sama. Załatwiłam sobie przeniesienie do filii w stanie, gdzie za moje nocne fantazje nie zamkną mnie w psychiatryku. Nie było to proste zważywszy na fakt, że od tygodnia nie zjawiłam się w pracy. Na szczęście osobista interwencja u pana prezesa odniosła właściwy skutek. Pytacie, co z moimi ideami? Oddałam się z miłości. Teraz nic nie stało na przeszkodzie, bym mogła być z Robertem.

Człowiekowi wolno mieć marzenia. Gwarantuje mi to amerykańska konstytucja. Jeśli w moim przypadku marzenia pokrywają się z pragnieniami, któż może ich zabronić?

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

"Uwierz w ducha" w wersji erotycznej:) Duch daje orgazmy jak nikt inny, a w krytycznym momencie zabija bandziora w parku (aspekt nieco horrorowy). Generalnie fajne opowiadanie. Luki fabularne i logiczne absolutnie do zniesienia.

Mustafa

Opowiadanie mocno w klimatach Ravenhearta. Szczypta realizmu, sporo fantastyki, nawet wpleciona w tekst piosenka jest. Inspiracja bardzo widoczna, ale to dobrze – to wszak wybitny pisarz, jeden z lepszych na starym i nowym portalu. Zasadniczo – bardzo wskazany kierunek autorskiej ewolucji:)

Absent absynt

Mnie ciutkę zmierziły namiętne całusy zaraz po rzyganiu. 😉

Też zwróciłem na to uwagę. Wprawdzie w starych, licealnych czasach na suto zakrapianych spirytusem imprezach zdarzały mi się takie namiętne pocałunki, ale jednak teraz na myśl o nich trochę mdli 🙂 Kiedyś w ogóle człowiekowi mniej przeszkadzało. A teraz – ludzie dorośli, zrobili się miękcy i wszystko zawadza 😉

Pozdrawiam
M.A.

Nie, to po prostu jest ohydne 🙂
Eileen

O, to to to. Poza tym – nienajgorzej.

Skojarzenie z Ravenheartem jest jak najbardziej uzasadnione, wszak "Październikowa niespodzianka" wykorzystuje ten sam motyw. Ale nie jestem pewna, które opowiadanie było pierwsze, tak więc nie wiem, czy Autor faktycznie inspirował się Ravenheartem, czy po prostu obaj wpadli na podobny pomysł.
Podobało mi się, choć odczuwam niedosyt – opowiadanie wydaje mi się miejscami zbyt oszczędne i skrótowe. Poza tym miejscami grzeszy zbyt infantylnym słownictwem psującym wcale gorące scenki erotyczne. Ale któż z autorów nie popełnił już tego grzechu, więc nie będę się czepiać, bo i tak przeczytałam z przyjemnością.
Szkoda, że Janis nie zdążyła nacieszyć się Robertem, kiedy jeszcze chadzał po tym padole.

Co do pocałunków po rzyganiu – nie praktykowałam, ale może Janis jeszcze zdążyła umyć zęby w knajpie, albo chociaż użyć odświeżacza oddechu:-) Nie wszystko musi być napisane w końcu:D

Opowiedziana historia, ale nie jest to opowiadanie. To jest zaledwie ćwierć opowiadania: bez emocji, choć z ich opisem; bez dramaturgii. Stylistycznie super. Tylko gdzie te brakujące siedemdziesiąt pięć procent? Erotyka tej pustki nie wypełni.

Zgadzam się z przedmówcą. Jest potencjał ale trzeba to rozwinąć:)

Napisz komentarz