Ravenscar: Doris (Smok Wawelski) Brak ocen

23 min. czytania
ravenscar_doris2

Andre Aprilino (Whiteand), „Still waiting”, CC BY-NC-ND 3.0

Zapadał zmrok. Na peronie gorączkowo uwijali się tragarze, popędzani przez nadzorcę. Zostało im zaledwie 25 minut do przyjazdu wieczornego pociągu z Yorku. Gruby i spocony mężczyzna w pożółkłej w okolicach kołnierzyka koszuli wydawał więc stanowcze polecenia, które natychmiast były wykonywane przez uwijających się jak mrówki pracowników kolei w Scarborough. Ktoś obserwujący całą sytuację z zewnątrz mógłby pomyśleć, że to standard na każdym dworcu w północnej Anglii. Bardziej doświadczeni pracownicy przewoźnika wiedzieli jednak, że to głównie podejście ich nadzorcy ma wpływ na ilość potu pozostawionego przez nich na brukowanym peronie.

Bardziej leciwi, którzy pamiętali jeszcze czasy starego Pana Moore’a, który pełnił tę funkcję wcześniej, wiedzieli, że to polityka władz dworca oraz osoba nadzorcy ma wpływ na to, jak wielu podróżnych zmierzających w weekendy nad morze zapamięta ich miejscowość. Pan Moore zanim przeszedł na emeryturę pełnił funkcję nadzorcy, czy jak to się kiedyś nazywało, opiekuna kolei przez ponad 30 lat. Traktował to miejsce jak własny dom, a wszystkich przyjezdnych jak swoich gości. Nie mógł pogodzić się z decyzją dyrekcji, która wysłała go na emeryturę. Zasłużonym wypoczynkiem się jednak nie nacieszył. Przed trzema laty podczas łowienia ryb na otwartym morzu zastał go sztorm. Jego łódź wyrzuciło na brzeg po trzech dniach, ciała jednak nigdy nie odnaleziono. Nawet jeśli dotarło do brzegu, to okoliczne kraby i mewy potrafią poradzić sobie z gnijącym mięsem w ciągu kilku godzin. Lisy, których w okolicy Scarborough jest ostatnio bardzo dużo, pewnie dopełniły dzieła.

Stary Pan Moore był przeciwieństwem swego następcy. Zdawało się, że obecny nadzorca czerpie przyjemność nie z dobrze wykonanej przez podwładnych pracy, ale z możliwości gonienia ich i poniżania. Między tragarzami rozprzestrzeniła się też plotka, że nadzorca nie odpuści żadnej podwładnej, która mu się spodoba. Podobno jeden z pracowników peronu widział go w ciemnym zakątku, kiedy udzielał swoim sposobem lekcji posłuszeństwa młodej sprzątaczce. Ile w tym prawdy nikt nie wie, ale dziewczyna następnego dnia porzuciła pracę i nigdy więcej nie pokazała się w Scarborough.

Takich opowieści, mniej lub bardziej prawdopodobnych, dworzec słyszał wiele. Nawet jego pracownicy zastanawiali się czasami, które z nich są prawdziwe, a które są jedynie wytworem chorej fantazji ich autorów. Prawdą jednak było, że budynek, w którym znajdowała się poczekalnia i kasy biletowe, zbudowany jeszcze w epoce wiktoriańskiej, pełen był zaułków, zakamarków i innych osłoniętych przed ciekawskimi oczyma miejsc, w których te opowieści nabierały większego prawdopodobieństwa.

Nadzorca włożył rękę do kieszeni granatowej kamizelki i wyciągnął duży, pomalowany złotą farbą zegarek. Spojrzał na niego uważnie mrużąc oczy, gdyż ostatnie promienie słońca, które znikały za horyzontem, zdążyły odbić się w taki sposób od szklanej tarczy, że oślepiły mężczyznę. Po upewnieniu się ile czasu pozostało do przyjazdu pociągu delikatnie odłożył go z powrotem na miejsce. Z kieszeni wystawał teraz tylko łańcuszek, który utrudniał zgubienie czasomierza. Podszedł do jednego z tragarzy, w tej chwili zajętego ustawianiem wózków, na których przewożone są walizki przyjeżdżających i stanowczym głosem wydał mu polecenie zapalenia lamp na peronach. Dworzec pomimo swojego wieku był zelektryfikowany. Jakiś czas wcześniej ekipa, która odnawiała fasadę budynku pociągnęła też kable i założyła lampy.

Dochodziła godzina przyjazdu pociągu z Yorku. Widać to było po wzmożonym ruchu zarówno pracowników jak i podróżnych, których o tej porze roku było sporo. Była niedziela wieczór, więc dużo ludzi kończyło weekendowe wyjazdy nad morze, a skład, który miał nadjechać, był od razu po przyjeździe przestawiany tak, by mógł ruszyć w drogę powrotną do Yorku.

Zniknięcie ostatnich promieni słońca za horyzontem zbiegło się z pojawieniem się w oddali jasnego światła, które zapowiadało nadjeżdżający pociąg. Lokomotywy spalinowe, które były wtedy jeszcze w powszechnym użytku, miały tylko jedno mocne światło umieszczone centralnie na lokomotywie. Właśnie dzięki temu reflektorowi i kłębom czarnego dymu, które wydobywały się z komina, można było poznać, że pociąg już swoje lata wysłużył. Było ustaloną praktyką, że do pociągów z taką jednostką napędową dołączano równie przechodzone wagony.

Pociąg zaczął swój wjazd na stację w Scarborough. Za każdym razem zajmowało to trochę czasu, gdyż maszyniści musieli znacznie zredukować prędkość przed pojawieniem się peronu. Były to nowe wytyczne po wypadku, który wiosną zdarzył się na King Crossie w Londynie. Teraz także skład ospale wtaczał się w przestrzeń dworca. Podenerwowani pasażerowie kręcili się już, gotowi zerwać się do biegu niczym charty goniące za królikiem, byle tylko zająć najlepsze miejsca siedzące w wagonie. Pomimo swojej angielskiej ogłady oraz nienagannych manier na salonach, w wielu z podróżnych wsiadanie do pociągu wyzwalało najdziksze, zwierzęce instynkty. Dlatego też pracownicy przewoźnika bacznie zwracali uwagę, czy przypadkiem któryś z pasażerów nie podchodzi zbyt blisko krawędzi peronu. Za brak reakcji na takie zachowanie groziło im obcięcie premii, a nadzorca skrupulatnie przyglądał się, czy dobrze wykonują swoje obowiązki.

Pociąg zatrzymał się. Podróżni niczym stado spłoszonych gazeli zaczęli swój pęd w stronę drzwi. Co szczęśliwsi trafili na wagony, z których nikt nie wysiadał i mogli znaleźć się w środku nieco wcześniej. Inni musieli przepuścić wychodzących pasażerów. Nie było ich dużo, gdyż skład przeznaczony był przede wszystkim dla ludzi wracających po weekendzie nad morzem. Tym razem wysiadło z niego pięć osób. Trójka pracowników przetwórni sardynek w Scarborough, którzy spieszyli się na nocną zmianę, ubrany w ciemną marynarkę dżentelmen w średnim wieku oraz młoda dziewczyna. Pracownicy dworca, zajęci swoimi obowiązkami nie zwracali uwagi na przechodzącego dżentelmena i trudno nawet zgadnąć, jakim cudem udało mu się przejść pomiędzy nimi bez żadnej kolizji. Przeciskając się pomiędzy tłumem wampirycznych podróżnych wciskającym się do pociągu oraz wózkami z walizkami, które czekały na załadunek do wagonu bagażowego, przez przypadek zahaczył jednak ramieniem dziewczynę, która podobnie jak on opuściła chwilę wcześniej pociąg.
– Najmocniej panią przepraszam, proszę wybaczyć – powiedział mile brzmiącym głosem.

– Nic się nie stało. W tym tłumie nietrudno o coś takiego – odparła, poprawiając torebkę, której pasek zsunął się jej z ramienia.

– Czy mogę jakoś pomóc, wydaje się pani być nieco zagubiona.

– Aż tak to widać? Rzeczywiście jestem w Scarborough po raz pierwszy. Czy mógłby mi pan wskazać miejsce, w którym jest postój taksówek, dalej sobie poradzę – na twarzy dziewczyny pojawił się lekki uśmiech, z którego dało się wyczytać, że ktoś zdjął jej z barków duży problem.

– Proszę wyjść przed dworzec, następnie przejść na drugą stronę skweru. Tam powinny stać dwie taryfy. Proponuję skorzystać z usług Pana Morrisa. Jeździ mercedesem i podróż z nim jest zdecydowanie wygodniejsza – mężczyzna nie krył, że dobrze zna okolicę i jej mieszkańców.

Dziewczyna podziękowała za pomoc i skierowała się w stronę wyjścia do miasta. Przez całą drogę czuła na sobie jego wzrok. Schlebiało jej to, że dobrze sytuowany mężczyzna, bo na takiego wyglądał jegomość w marynarce, wodzi wzrokiem za krągłościami dwudziestolatki.

Wychodząc z dworca ostrożnie zeszła po trzech wysokich kamiennych schodach i pewnie poczuła się dopiero stając na płycie chodnikowej. Postój taksówek, zgodnie z tym co mówił mężczyzna, powinien znajdować się po drugiej stronie skweru. Ruszyła więc pewnym krokiem alejką, którą otaczały kwitnące o tej porze roku kolorowe kwiaty. Nie znała ich nazw, jednak bardzo jej się podobały. Obiecała sobie, że gdy będzie stąd wyjeżdżać, jeśli przypadkiem zastanie na skwerze jakiegoś pracownika miejskiego odpowiedzialnego na tereny zielone, koniecznie zapyta o ich nazwy.

Minąwszy skwer stanęła przy starym, obdrapanym i pordzewiałym znaku, na którym widniał namalowany czarną farbą napis TAXI. Zdziwiła się, że jest on tak zaniedbany. W końcu zatrzymującym się tu taksówkarzom powinno zależeć na dobrej opinii pasażerów. Znak natomiast nie zachęcał do korzystania z ich usług. Na postoju nie było żadnego samochodu. Dziewczyna stwierdziła jednak, że za chwile na pewno coś się pojawi. Pomimo tego, że była niedziela wieczór, przyjazd pociągu z pewnością sprawi, że taksówkarze wyczują możliwy zarobek.

Stała tak około pięciu minut. Zaczęło się już ściemniać, a na oświetlonym zachodzącym słońcem niebie, róż zaczął ustępować odcieniom granatu. Chłodna bryza, która wieczorami wieje w stronę morza sprawiła, że przez ciało dziewczyny przeszedł dreszcz. W końcu było jeszcze lato, więc ubrała się dość lekko. Chwilę później w stronę postoju skierował się samochód. Ucieszyła się, że będzie mogła dokończyć podróż w ciepłej taksówce. Scarborough nie było jej celem. Zależało jej, żeby zatrzymać się w motelu w jakiejś małej wiosce rybackiej, gdzie życie płynie naprawdę wolno i nacieszyć się spokojem, odbudować wewnętrzną równowagę przed wyjazdem do Londynu, który czekał ją od nowego roku akademickiego.

Kiedy samochód zatrzymał się przy niej spostrzegła, że nie ma on charakterystycznego napisu TAXI na dachu. Był to stary, czarny Rover, który swoją budową przypominał charakterystyczne londyńskie taksówki, stąd nietrudno było go z nimi pomylić. Za szybą zobaczyła znajomą twarz. Pojazdem kierował mężczyzna, którego spotkała na peronie. Opuszczał właśnie szybę.

– Niech pani wsiada, podwiozę panią. Przynajmniej tak mogę się odpłacić za moją nieuwagę na dworcu.

– Nie trzeba, poczekam na taksówkę, nie będę robiła panu kłopotu – pomimo chłodu dziewczyna postanowiła nie wsiadać do samochodu obcego, bądź co bądź, faceta. Mężczyzna chyba to zauważył.

– Niech się pani nie obawia. Naprawdę chciałbym pomóc. Skoro nie ma tu w tej chwili żadnej taksówki to znaczy, że nie pojawią się do jutrzejszego ranka. Przecież nie będzie pani tu tak długo siedziała.

Z pewnym wahaniem musiała w końcu uznać uznając argumenty kierowcy za logiczne. Postanowiła skorzystać z jego propozycji. Uśmiechnęła się zatrzaskując drzwi za sobą. Pierwsze co poczuła w samochodzie, to przenikający go zapach skóry. Wszystkie fotele Rovera były wyłożone czarną, zadbaną, skórzaną tapicerką. Samochód musiał przez większą część dnia stać w zacienionym miejscu. Kiedy dotknęła tapicerki nagim ramieniem, poczuła dreszcz, podobny do tego, który chwilę wcześniej spowodował u niej podmuch wieczornej bryzy. Mężczyzna chyba to zauważył.
– Włączę ogrzewanie, bo na dworze zrobiło się już dosyć chłodno i chyba pani zmarzła.
– Doris, nazywam się Doris Monroe – rzuciła z uśmiechem.

– Proszę wybaczyć mój nietakt. Już drugi raz dzisiaj zawodzę panią… Doris, jako dżentelmen. Nazywam się Henry Stevenson – mężczyzna ściągnął skórzaną rękawiczkę i wyciągnął dłoń w kierunku Doris. Odpowiedziała uściskiem dłoni i uśmiechem.

– Powiedz mi Doris, dokąd cię zawieźć?

Właśnie wtedy uświadomiła sobie, że sama nie wie, gdzie dokładnie chciała spędzić najbliższe dni. Nie miała nic zarezerwowanego, pojechała w ciemno i liczyła na to, że taksówkarz podpowie jej jakieś ciekawe miejsce, motel czy jakiś zajazd, w którym mogłaby odpocząć i nabrać sił.

– Właściwie to nie wiem. Nie znam tu nikogo – wypowiedziawszy te ostatnie słowa ugryzła się w język. W końcu nic nie wie o tym facecie, dobrze byłoby zatem, gdyby on nie wiedział, że jest tu zupełnie sama i nikt na nią nie czeka. No ale stało się. – Szukam jakiegoś skromnego hotelu czy innego miejsca, w którym mogłabym spędzić kilka dni. Najlepiej blisko morza.

– W takim razie nie mogę polecić nic innego niż Ravenscar. To dosłownie dziesięć mil od Scarborough i leży nad samym morzem. O tej porze roku jest tam na pewno niedużo ludzi. Może nawet zdarzyć się, że będziesz jedynym gościem. Hotel nie jest duży, ale jest bardzo przytulny. Mój brat prowadzi go razem z matką. Zawsze, kiedy jestem w okolicy odwiedzam rodzinę. Miałem tam wpaść jutro, a dzisiaj jechać dalej na północ do Whitby, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żebym zmienił plany i podwiózł cię do Ravenscar – zakończył promowanie rodzinnego interesu Henry.

– Naprawdę nie chcę robić problemu – głos Doris nie brzmiał przekonująco – i tak dużo dla mnie robisz.

– To żaden problem – natychmiast zripostował mężczyzna. – Ja odwiedzę brata i matkę, a ty będziesz miała spokój, którego tak szukasz. Zresztą, możesz traktować to jako propozycję czysto biznesową, bo przecież dasz zarobić trochę mojej rodzinie. W ramach promocji za moje dzisiejsze gafy, pierwsza doba gratis. Biorę to na siebie. Matka obedrze mnie ze skóry, ale co tam, taki obowiązek dżentelmena – zażartował Henry. – To co, postanowione? Jedziemy do Ravenscar?

Doris długo się nie zastanawiała. Perspektywa spędzenia kilku dni nad samym morzem była kusząca. Dodatkowo pierwszą dobę udało jej się „wynegocjować” w gratisie. Najwyżej, jak mi się nie spodoba to jutro się ulotnie – myślała. Uśmiechnęła się do Henry’ego, kiwnęła głową i ruszyli.

Podróż do Ravenscar rzeczywiście nie trwała długo. Ich droga wiodła przez las, który o tej porze był już naprawdę ciemny i przerażający. Doris wpatrując się w boczną szybę samochodu pomyślała, że nie chciałaby się znaleźć sama w głębi tej głuszy, w tej ciemności, gdzie zza każdego drzewa może wyłonić się nieznane jej niebezpieczeństwo. Jedynym drogowskazem do bezpieczeństwa i cywilizacji były latarnie, które trupim światłem oświetlały drogę co paręset metrów. Ktoś miał świetny pomysł, żeby je tu ustawić. Dzięki nim droga wydawała się bezpieczniejsza. Pomimo tego, że rozstawione były rzadko, to jednak kierowca mijając jedną lampę, widzi już kolejną, wie zatem dokąd zmierza droga. Po drodze dwa razy wynurzali się z lasu i przez chwilę jechali wśród łąk. Doris zapadły w pamięci szczególnie gęste mgły, które zawisły nad wysoką trawą i niebezpiecznie wdzierały się na jezdnię, ograniczając widoczność czasem niemal do zera. W pewnym momencie Henry Stevenson pokazał palcem w kierunku jednego ze wzgórz w oddali.

– O tam widzisz? To Ravenscar. Widać nawet palące się światło w jednym z okien.
Doris wytężyła wzrok w kierunku, który wskazywał mężczyzna, ale nie mogła nic dostrzec. Pewnie po części miało to związek z ciemnościami, które już zapadły, po części winna była na pewno mgła, a także i zmęczenie, które zaczynało dawać o sobie znać po całodniowej podróży. Żeby nie urazić kierowcy, przytaknęła tylko.

Po około dwudziestu minutach jazdy przy jednej z przydrożnych lamp Doris dostrzegła tabliczkę z nazwą miejscowości. Jechali dosyć szybko, ale zdążyła w świetle rzuconym przez reflektory Rovera dostrzec napis Ravenscar.

– Jesteśmy praktycznie na miejscu – zakomunikował Henry. – Jeszcze niecała mila i dojedziemy do hotelu.

Rzeczywiście, w pewnym momencie Henry mocno przyhamował i skręcił nagle w boczną drogę, przy której stał stary słup, z którego zwisała tabliczka z napisem „Hotel Ravenscar ZAPRASZAMY”. Tabliczka kiedyś wisiała na dwóch łańcuszkach, ale obecnie jeden z nich był zerwany, bo przechyliła się tak, że narysowana na niej strzałka wskazywała nie w stronę budynku, ale pod ziemię. Doris to nawet rozbawiło, gdyż przypomniała sobie czasy dzieciństwa, kiedy myślała, że jak będzie kopała w głąb ziemi, to dokopie się w końcu do Chin. Ot taka głupia, dziecięca logika.
Niedaleko za skrętem z głównej drogi dojechali do wysokiej, kutej ręcznie bramy. Była zamknięta, ale kiedy samochód zaczął się do niej zbliżać, skrzydła poruszyły się i zaczęły się otwierać. Doris była pod wrażeniem, bo pierwszy raz widziała bramę, która działała automatycznie. Przecież w Anglii ciągle było można znaleźć miejsca, w których jeszcze nie zelektryfikowano, a tu, na odludziu mają takie cuda.

Wyjechali z lasu i znaleźli się na sporym, okrągłym dziedzińcu. Dopiero wtedy Doris zobaczyła Ravenscar w całej okazałości. Była to spora, trzykondygnacyjna posiadłość zbudowana w stylu wiktoriańskim. Na rogach budynku wznosiły się, nieco wyższe od reszty domu, kwadratowe wieżyczki. Budynek miał dwa rzędy okien w bryle oraz trzeci rząd już na wysokości dachu. Widok całego domu mogła podziwiać tylko przez chwilę, gdy był oświetlony przez reflektory samochodu, kiedy jednak Henry zajechał pod drzwi, widziała już tylko jedno okno, zasłonięte czerwoną zasłoną, za którą paliła się lampka oraz, oświetlone dwoma przymocowanymi do fasady budynku świetlikami, drzwi wejściowe.

– Chodźmy. Jest już dosyć późno. Mam nadzieję, że zostało coś z kolacji – zarządził Henry. Doris bardzo liczyła na to, że będzie jeszcze szansa na jakiś posiłek, gdyż od niezbyt dużego obiadu w wagonie restauracyjnym nie miała nic w ustach.

Podeszli do drzwi. Henry nacisnął dużą, ciężką, mosiężną klamkę i pchnął ogromne drzwi z taką łatwością, jakby były zrobione z kartonu. Wcześniej nie podejrzewała, że może dysponować taką siłą, teraz zrobiło to na niej naprawdę duże wrażenie. Przez głowę przebiegła jej nawet myśl, jak czułaby się w objęciach tak silnego mężczyzny. Szybko jednak wróciła do rzeczywistości. Tymczasem wkroczyli do obszernego hallu. Urządzone gustownie pomieszczenie stwarzało miły klimat. Drewniana, starannie wycyklinowana, lakierowana podłoga była nieskazitelnie czysta. Schody prowadzące na piętro wyłożone były długim purpurowym dywanem, w rogu hallu stał kominek, który dawał przyjemne ciepło. Aż dziw, że taki mały, w porównaniu do całego, wysokiego na trzy piętra pomieszczenia, dawał tyle ciepła.

Henry złapał Doris za rękę i ruszył pewnym krokiem w lewą stronę. Nie znając ułożenia domu, posłusznie udała się za nim. Trochę ją zdziwiło takie zachowanie mężczyzny, ale jednocześnie przypomniała sobie myśl, która pojawiła się w jej głowie, gdy Henry otwierał drzwi i bez sprzeciwu podążyła za swoim silnym przewodnikiem. Przeszli do kolejnego pomieszczenia między rozsuwanymi drzwiami, w tej chwili całkowicie otwartymi. Ta sala pełniła funkcję salonu. Henry poprosił dziewczynę, żeby się rozgościła i chwilę poczekała, on natomiast pójdzie sprawdzić, gdzie jest brat lub matka i spróbuje skombinować coś do jedzenia.

Doris usiadła w wysokim, głębokim fotelu, a kiedy mężczyzna zniknął za kolejnymi drzwiami, zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Jej wzrok zatrzymał się na kominku. Był dużo większy niż ten w hallu. Marmurowa obudowa powiększała go optycznie, tak, że sprawiał wrażenie, jakby zajmował większą część ściany. Jej uwagę przykuło jednak najbardziej to, co znajdowało się nad kominkiem. Wyglądało to trochę jak drzewo rodowe. Na samej górze znajdował się portret kobiety posuniętej już w czasie, jednak ciągle pięknej. Doris przez chwilę zastanawiała się, czy dama na obrazie rzeczywiście wyglądała tak, jak została namalowana, czy też to inwencja autora, który chciał się przypodobać swojej zleceniodawczyni. Kobieta miała długie, ciemne włosy, bladą cerę i krwiście czerwone usta. Jednak centralnym punktem portretu były jej oczy. Przeszywający wzrok sprawiał, że Doris poczuła się jakoś nieswojo. Nawet kiedy na chwilę spojrzała w inną część pokoju, miała wrażenie, że oczy z obrazu obserwują ją.

Nieco niżej znajdowały się dwie kolejne ramy. W jednej z nich znajdował się portret młodego człowieka, podobnego nieco do Henry’ego, jednak to z pewnością nie był on. Rysy twarzy nie mogą zmienić się aż tak bardzo. Poza tym, mężczyzna na obrazie miał wyraźną bliznę w okolicy oka. Blizna rozpoczynała się nad brwią i szła pionowo w dół, kończąc się na policzku. Z pewnością był to ślad po jakimś głębokim zadrapaniu. Druga rama zawierała płótno, jednak było ono puste. Doris od razu skojarzyła, że pewnie powinna być tutaj podobizna Henry’ego, a kobieta na samej górze to matka obydwu mężczyzn. Nie zastanawiając się jednak nad sensem wieszania pustego płótna spojrzała nieco niżej, obiecując sobie, że przy dogodnej sposobności zapyta o to Henry’ego.

Poniżej dużych portretów znajdowało się wiele mniejszych. Doris podeszła do kominka, aby przyjrzeć się im bliżej. Wszystkie przedstawiały młode, urodziwe kobiety. Ostatnie dwie ramy nie zawierały obrazów, a zdjęcia, a uwiecznione na nich ubrane były w miarę współcześnie.

– To wszystko nasze podwładne – powiedział Henry, który właśnie pojawił się z powrotem w drzwiach, niosąc tacę z jedzeniem. – To taki pomysł mojej matki, aby uhonorować wszystkie kobiety, które w pocie czoła służyły w Ravenscar. Można powiedzieć, że zostały naznaczone Ravenscar.

Doris nie do końca rozumiała, co Henry miał na myśli, ale uznała, że to w sumie piękny zwyczaj. Rzadko w dzisiejszych czasach zdarza się, by pracodawcy tak doceniali pracowników, że umieszczali ich portrety obok swoich w centralnym miejscu w salonie. W sumie to nawet logiczne, że same kobiety są na zdjęciach, pewnie w większości były to pokojówki, kucharki, sprzątaczki. Taki hotel przecież wymaga dużo kobiecych rąk, żeby dobrze funkcjonować.

– Przyniosłem to, co udało mi się znaleźć w kuchni – powiedział Henry. Matki i brata nigdzie nie mogę znaleźć, ale pewnie krzątają się gdzieś po pokojach, przygotowując je na przyjazd gości i sami się wkrótce odnajdą. Jedzmy.

– Doris podeszła do długiego stołu, na którym Henry postawił tacę z kawałkiem pieczonej kaczki, gotowanymi, niestety już nieco chłodnymi warzywami i chlebem. Nie był to szczyt jej marzeń, ale w tej chwili najważniejsze było, żeby zjeść cokolwiek, bo głód doskwierał jej już naprawdę mocno.

Kiedy zaczęła jeść, Henry podszedł do barku, wyciągnął butelkę czerwonego wina, dwa kieliszki i wrócił do stołu.

– Koniecznie musisz spróbować. To przysmak z naszej własnej winnicy. Smakuje niesamowicie, zupełnie inaczej niż sklepowe, z przemysłowych produkcji. Tutaj w Ravenscar panują idealne warunki dla uprawy winogron, gdyż gleba jest bogata w składniki mineralne naniesione przez morze. Nigdzie indziej wino nie smakuje tak jak tutaj.

Wino było jedną z rzeczy, której Doris nigdy nie odmawiała. Nawet teraz, mimo zmęczenia i głodu chętnie przechyliła duży kieliszek i wlała do ust półwytrawny trunek. Napój rozlał się po ciele Doris i od razu zrobiło jej się cieplej. Wino było mocne, ale delikatne w smaku. Alkohol był ledwie wyczuwalny, ale po reakcji organizmu Doris wiedziała, że do słabych nie należy. Dokończyła posiłek, odłożyła srebrne sztućce i złapała ponownie za kieliszek.

– Proponuję, żebyśmy przenieśli się bliżej kominka, chyba, że chcesz udać się już do pokoju, a ja się naprzykrzam – Henry zreflektował się, że zajmuje swojej towarzyszce i tak już dużo czasu, a ona może wcale nie mieć ochoty na jego towarzystwo.

– Możemy jeszcze posiedzieć, jeśli to nie kłopot. Tu jest tak pięknie. Zawsze marzyłam o takim wielkim domu. Poza tym, wasze wino jest rzeczywiście fenomenalne. Chętnie dokończę ten kieliszek.

Wstając, Doris poczuła, że długa podróż i kilka łyków mocnego trunku dały o sobie znać. Lekki zawrót głowy na szczęście nie skończył się upadkiem. Złapała się krzesła i nie dała po sobie poznać, że coś jest nie tak. To wino było tak pyszne, że nie mogła sobie darować dokończenia go, nawet za cenę zataczania się na schodach.
Ciepło płynące od paleniska ogrzewało zarumienione policzki Doris. Siedzieli i pili  niemal w milczeniu. Po części, aby nie psuć nastroju, który panował w pokoju, po części ze względu na zmęczenie Doris, której każdy kolejny łyk wina Stevensonów odbierał kolejny fragment zmysłów. W panującej ciszy dało się słychać każde trzaśnięcie palącego się drewna. Dopijając ostatni łyk z kieliszka, Doris poczuła, że odpływa na dobre. Nie wiedziała, czy spała przez minutę, czy sześć godzin. Raczej to pierwsze, bo gdy zaczęła odzyskiwać przytomność, wciąż była ciemna noc. Ogień nadal się palił w kominku, więc albo Henry dorzucał co chwilę kolejne polana, albo, i miała nadzieję, że tak właśnie jest, straciła świadomość na krótką chwilę.

– Chodź Doris, zaprowadzę cię do twojego pokoju – powiedział Henry, gdy tylko spostrzegł, że dziewczyna się przebudziła.

Złapał dziewczynę za rękę i pomógł jej wstać. Doris z trudem udało się podnieść z fotela. W głowie wirowało jej jeszcze wino. Obrazy mieszały się ze sobą. Kiedy odchodzili od kominka spojrzała jeszcze na portrety. Jej stan nie pozwalał jej ocenić, który obraz jest pusty, a na którym znajduje się brat Henry’ego. Wszystkie zlewały się w jedno.
Henry złapał ją pod rękę i ostrożnie prowadził po schodach. Kazał przy tym trzymać się poręczy. Pijana Doris była rozczulona jego troską. Pomimo wirującego dookoła świata czuła olbrzymią przyjemność z tego, że ten silny mężczyzna trzymał ją i prowadził bezpiecznie do pokoju. Korytarz na pierwszym piętrze nie był długi. Doris cieszyła się, że nie muszą pokonywać kolejnych schodów. Henry wprawnym ruchem otworzył drzwi od jednego z pokoi i wprowadził dziewczynę do środka. Jedyne co Doris była w stanie zauważyć to duże łóżko, którego rzeźbione wezgłowie połączone było ze ścianą. Jedyne światło, które rozjaśniało pokój wpadało przez okno. Była pełnia i jasny księżyc, który górował na bezchmurnym niebie, dawał dużo niebieskiego blasku w pokoju. Nie było go jednak aż tak wiele, aby oświetlić wszystkie zakamarki. Jedna ze ścian była całkowicie zacieniona. Pijanej Doris wydawało się, że pokój nie ma końca, a przechodzi w bezkresną ciemną przestrzeń.

Henry posadził dziewczynę na łóżku.

– Dalej już sobie poradzisz – powiedział i już chciał wychodzić, kiedy Doris złapała go za rękę.

– Nie tak szybko Henry. Byłeś dla mnie taki dobry, teraz ja chcę być dobra dla ciebie – Doris sama nie wierzyła w to co mówi. Nigdy nie była tak otwarta, tak naprawdę dopiero co poznała tego faceta, a tu taka propozycja. Alkohol jednak rozwiązywał język, pobudzał fantazję i tłumił zdrowy rozsądek.

– Doris, jesteś pijana, nie myślisz trzeźwo. Pogadamy rano, dobranoc –
Henry już miał robić krok w stronę drzwi, kiedy Doris pociągnęła go mocno za rękę. Drugą położyła mu w okolicach rozporka.

– Chyba nie odmówisz sobie zerżnięcia młodej, napalonej, nie do końca trzeźwej studentki. Co z ciebie za facet. Pokaż, że masz jaja.

Mężczyzna zastygł w bezruchu. Wpatrywał się w zacienioną ścianę, jakby w niej chciał znaleźć odpowiedź na pytanie: zerżnąć czy zostawić? Po chwili takiego zawieszenia odwrócił się do siedzącej na łóżku Doris i wycedził:

– Sama się o to prosiłaś mała zdziro. Już ja ci pokażę kto jest twoim Panem.

Doris zaśmiała się, nie mogąc uwierzyć w tak nagłą zmianę Henry’ego. Przed chwilą jeszcze dżentelmen, odprowadzający ją pijaną do pokoju, teraz miał stać się samcem alfa, który będzie rżnął wszystko jak leci. Jej śmiech nie trwał długo. Henry energicznie złapał ją za ramiona i postawił na nogach. Wprawnym ruchem obu rąk złapał jej bluzkę w okolicy biustu i rozerwał z ogromną siłą. Guziczki bluzki wystrzeliły po całym pokoju, docierając w najdalsze jego zakamarki. Doris nieco się wystraszyła, bo nikt jezcze tak się za nią nie zabierał. Sytuacja, w której się znalazła, trochę ją otrzeźwiła.
– Na kolana dziwko – zagrzmiał głos Henry’ego. Jednocześnie silnymi rękoma nacisnął na jej barki tak mocno, że dziewczyna nie miała wyjścia, musiała skapitulować. Posłusznie uklękła i znalazła się na wysokości jego krocza. Krocza, które przed chwilą jeszcze dotykała w zapraszającym geście, a które teraz budziło w niej lęk.

– Rozpinaj, natychmiast – rozkaz mężczyzny został wykonany niezwłocznie. Doris bała się sprzeciwić, ale jednocześnie władczy ton podniecał ją. Penis mężczyzny był duży. Dziewczyna dotychczas spotykała facetów nieco gorzej obdarzonych przez naturę. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć czy zaproponować, dłoń Henry’ego przyciągnęła jej głowę w kierunku męskości.

Nawet nie musiał wydawać żadnych poleceń. Po prostu bez ceregieli wepchnął członka w usta Doris. Uprawiała już wcześniej seks oralny, jednak, to co robiła teraz bardziej można było porównać do mechanicznego pieprzenia jej ust niż pieszczot, które znała. Penis zanurzał się głęboko między nieprzygotowane wargi i sięgał gardła dziewczyny. Oczywiście pierwszą jej reakcją było krztuszenie się i próba ucieczki.

– Co to kurwa ma być! – zaprotestowała Doris, która wytrzeźwiała już całkowicie. Po chwili zaniosła się kaszlem, gdyż agresywne ruchy Henry’ego bardzo podrażniły jej gardło.

– Nie chcesz po dobroci? To zrobimy to standardowo. JEST WASZA! – to mówiąc, Henry skierował wzrok w kierunku całkowicie zacienionej części pokoju.
Doris przeszył dreszcz przerażenia. Dopiero teraz zauważyła, że w cieniu pojawiły się dwa kształty. Nie była w stanie stwierdzić, czy były tam wcześniej, alkohol i nocne cienie zrobiły swoje. W tej chwili jednak wyglądało to tak, jakby postacie wynurzyły się z odmętów ciemności. Kiedy zbliżyły się do łóżka, Doris wyraźnie rzuciły się w oczy dwie rzeczy. Mężczyzna, który stał teraz obok łóżka miał dużą bliznę na prawym oku, kobieta natomiast – krwistoczerwone usta.

– Co to ma znaczyć? O co tu chodzi? – zdezorientowana Doris rzucała pytania w przestrzeń.
– Żegnaj Doris, miło było cię poznać – to były ostatnie słowa Henry’ego, które usłyszała, zanim mężczyzna zniknął za drzwiami. W tym momencie dwie postaci dopadły do dziewczyny. Mężczyzna złapał Doris w pasie i podniósł ją jedną ręką, jak gdyby była piórkiem. Zrobił to jednak na tyle brutalnie, że dziewczyna poczuła przeszywający ból na brzuchu, na którym zacisnęła się ręka mężczyzny. Rzucił nią o łóżko tak, że leżała teraz na brzuchu na brzegu posłania, a jej nogi nadal klęczały na podłodze. W tym momencie kobieta o czerwonych ustach doskoczyła do Doris i złapała ją z całej siły za ręce. Wbiła swoje długie paznokcie w nadgarstki dziewczyny,  tak, że ta zawyła z bólu.

– Oszczędzaj głos dziewczyno. Boleć dopiero będzie – zarechotała kobieta.
W tym czasie brat Henry’ego bez trudu poradził sobie ze spódnicą Doris. Nawet nie zauważyła, że się do niej dobiera, gdyż ból w nadgarstkach całkowicie absorbował jej zmysły. Kiedy zorientowała się co dzieje się z tyłu zaczęła wyrywać się, krzyczeć, a w końcu błagać o litość. Jej szarpanina sprawiała, że paznokcie kobiety wbijały się coraz głębiej. Upewniwszy się, że Doris jest dobrze trzymana przez matkę, brat Henry’ego zdarł niemal z niej białe majtki i odsłonił różowe łono.

Kobieta zbliżyła głowę do twarzy Doris i zaczęła coś mówić, ale w tym momencie pokój wypełniło wycie dziewczyny, w którą mężczyzna wbił swoje pokaźne prącie. Nigdy jeszcze tak nie cierpiała, nigdy nie była tak upokorzona jak teraz, kiedy obcy facet gwałcił jej nieprzygotowaną do penetracji pochwę. Pokój, w którym odbywał się horror wypełniały głośne wycia dziewczyny, bezceremonialnie zapinanej od tyłu przez gwałciciela i przytrzymywanej i kaleczonej przez jego matkę. W końcu jęki ofiary zaczęły cichnąć i przerodziły się w gorzki, niepohamowany płacz. Oprawców jednak bardzo podniecał krzyk dziewczyny, bo gdy ten ucichł, matka nakazała:

– Daj jej więcej bólu, daj jej więcej upokorzenia. Niech ta mała kurwa czuje się całkiem zeszmacona.

Kobieta złapała dziewczynę za przedramiona i najbłębiej jak tylko mogła, wbiła w nie swoje pazury.

– Teraz dostaniesz za swoje, dziwko – wycedziła i spojrzała porozumiewawczo na syna. Doris poczuła dotyk jego penisa i zamarła. Mężczyzna kierował się między jej pośladki. Nikt nigdy tam nie był i nigdy nie chciała tam nikogo wpuszczać.

– Proszę NIE, tylko nie TO – myślała.

Jej wola nie miała jednak żadnego znaczenia. Oprawcy wyraźnie zależało, żeby dostać się do jej tyłka. Poczuła nieprzyjemny nacisk na wejście do pupy. Oczywiście stawiła opór. Zacisnęła zwieracz najmocniej jak potrafiła. Mężczyzna wpychał się jak tylko mógł, ale nie potrafił przedrzeć przez zaciśnięte mięśnie Doris. Już jej się zdawało, że odpuści, może zrezygnuje, kiedy poczuła ogłuszający cios w skroń. Mężczyzna uderzył ją tak mocno, że zakręciło się jej w głowie i nie wiedziała przez dłuższą chwilę, co się dzieje i gdzie się znajduje.

Z otępienia wyrwał ją przeszywający, kłujący ból w okolicach odbytu. Dotarło do niej, że skurwiel ogłuszył ją, żeby straciła na chwilę kontrolę nad zwieraczem i wykorzystał ten moment na wepchnięcie się do środka. Po Ravenscar rozległ się skowyt głośniejszy niż wszystkie dotychczas. Doris czuła, jakby ktoś ostrym narzędziem rozcinał całe jej krocze. Gwałciciel nie zważał na jej cierpienie, gdyż jego ruchy stały się agresywne, silne i szybkie. Największy ból sprawiały jednak dziewczynie głębokie pchnięcia. Całe jej nogi drżały. Łóżko w okolicach jej głowy było mokre od zmieszanych łez, śliny i potu. Mężczyzna bawił się w najlepsze jej tyłkiem, każdym pchnięciem zadając jej niewysłowione tortury. Doszła do momentu, kiedy było jej wszystko jedno, co się z nią stanie, myślała, że już gorzej być nie może. Wtedy poczuła rozrywający jej wnętrzności ból. To jej oprawca tryskał gorącym nasieniem w głąb jej pupy, a ona czuła każdy pulsacyjne wyrzucenie spermy. Mężczyzna po ostatnim wystrzale wysunął się z dziewczyny, uderzył z całej siły otwartą dłonią w jej pośladki.

– Dobra, ciasna suka. Jeśli ci się podobało, to zapraszamy częściej do Ravenscar. Przygotujemy dla ciebie więcej atrakcji.

Sperma oprawcy zaczęła wypływać z obolałego tyłka Doris. Po zaciśniętej, ciasnej pupie pozostało jedynie wspomnienie. Teraz między jej pośladkami można było zobaczyć rozciągnięty popękany otwór, brutalnie pozbawiony dziewictwa przez gwałciciela. Nasienie ściekało po czerwonej, obtartej cipce i dalej po udach na podłogę. Dziewczyna płakała. Kobieta nadal wbijała się w jej nadgarstki.

– To jeszcze nie koniec. Mamy dla ciebie małą pamiątkę, żebyś nigdy nie zapomniała o nas i o tym, co się tutaj wydarzyło – powiedziała śmiejąc się szyderczo.
Mężczyzna wyjął coś z kieszeni spodni. Zbliżył się do dziewczyny. Odgarnął jej posklejane od potu włosy i przyłożył przedmiot do karku Doris. Dziewczyna poczuła oparzenie i swąd palącej się skóry. Wydała z siebie jeszcze jeden jęk bólu. Kiedy oprawca cofnął narzędzie z jej szyi, kobieta rozluźniła uścisk. Doris wykorzystała ten moment i ostatkiem sił poderwała się do ucieczki. Para nawet nie zamierzała jej gonić. Stali tylko przy łóżku i śmiali się niemiłosiernie. Ich głosy słychać było w całym domu.

Doris przebiegającej przez salon wydawało się tylko, że na ścianie pojawił się portret Henry’ego, a dwa, na których widniały podobizny pozostałych właścicieli hotelu były teraz puste. W portretach kobiet, pracownic hotelu dostrzegła grymas bólu, przerażenia i cierpienia, podobnego do tego, który jej towarzyszył. Równie dobrze mogło być to tylko złudzenie, gdyż oczy miała całe zalane łzami. Z trudem powstrzymywała omdlenie. Dopadła do drzwi. Nacisnęła ostatkiem sił ciężką klamkę i rzuciła się w stronę lasu. Tego samego, o którym dojeżdżając do Ravenscar myślała jak o niebezpiecznym i nieprzyjaznym miejscu. Teraz miał okazać się dla niej ratunkiem, ucieczką od koszmaru, który spotkał ją w hotelu oraz ludzi lub czymkolwiek innym byli. Przebiegła kilkaset metrów przez gęsto zarośnięty las i dobiegła do drogi. Nie zdziwiło jej nawet, że nie napotkała żadnego płotu oddzielającego posiadłość Ravenscar od reszty lasu. Wycieńczenie i ból sprawiły, że wbiegła na środek ulicy i straciła przytomność.

Obudziła się w szpitalu miejskim w Scarborough. Ubrane na biało starsze pielęgniarki uwijały się przy pacjentkach. Kiedy spostrzegły, że Doris się obudziła jedna z nich podeszła do niej.

– Jak się pani czuje? – zapytała.

– Co się stało? – zapytała półprzytomna Doris.

– Znaleziono panią na drodze, pomiędzy Scarborough a Whitby. Była pani nieprzytomna i miała alkohol we krwi. Miejscowy przywiózł panią do naszego szpitala. Jak się pani nazywa?

– Doris, nazywam się Doris Monroe. Siostro, czy ze mną wszystko w porządku. Zostałam w nocy zgwałcona – gdy wypowiedziała te słowa, po policzkach Doris zaczęły spływać łzy.

– Pani Monroe, pani doktor badała panią zaraz po przywiezieniu do szpitala i nie zauważyła żadnych oznak przemocy. Natychmiast powtórzymy badanie.

– No ale chociażby te rany na rękach? – w tym momencie Doris chciała je pokazać, ale jej ręce były całkiem zdrowe, nie było na nich śladu po jakimkolwiek zadrapaniu. – Ale siostro, wiem, że to dziwnie zabrzmi, ale wczoraj Henry Stevenson zabrał mnie do swojego hotelu w Ravenscar i tam zostałam zgwałcona przez jego brata.

– Pani Monroe, co też pani opowiada. Nie wiem skąd pani zna to nazwisko, ale rzeczywiście żyła kiedyś rodzina Stevensonów w Ravenscar. Nie prowadzili hotelu tylko dom publiczny. Dwadzieścia lat temu jedna z pań tam pracujących, nie mogąc znieść upokorzenia przez jednego z synów właścicielki, podpaliła w nocy dom. W pożarze zginęła cała rodzina Stevensonów, a z budynku zostały jedynie zgliszcza. Sprawa została wyciszona, żeby nie straszyć turystów. Nie wiem, gdzie pani się o niej dowiedziała, ale będzie lepiej, jeśli nie będzie pani tego rozpowiadać dalej. Niech to zostanie między nami. Ale muszę powiedzieć, że miała pani naprawdę dużo szczęścia, pani Monroe. W zeszłym miesiącu zaginęły w okolicach Ravenscar dwie studentki, mniej więcej w pani wieku. Do dziś nie zostały odnalezione.

– Może to był tylko zły sen. Naprawdę nie mam żadnych obrażeń? – spytała z niedowierzaniem Doris.

– Jedyne co zauważyła pani doktor, to świeża blizna po oparzeniu na karku – to mówiąc pielęgniarka podała dziewczynie lusterko tak, żeby mogła zobaczyć swój kark. Na jego środku znajdowała się świeża czerwona blizna w kształcie kruka. 

Przejdź do następnej części – Ravenscar: Marie i Kate

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobry wieczór!

Dziś na Najlepszej Erotyce mamy kolejny powód do świętowania. Oto dołączył do nas trzydziesty Autor! Tym razem jest to Smok Wawelski, twórca uprawiający gatunek, który stosunkowo rzadko pojawia się na naszej stronie: horror, czy też mówiąc bardziej staroświecko, opowieść grozy. Na naszych łamach debiutuje pierwszą częścią cyklu "Ravenscar" – o tajemniczym domu położonym niedaleko angielskiego miasta Scarborough. Jak się domyślacie, nie jest to taki zwyczajny dom… chcecie wiedzieć, jakie skrywa tajemnice? I gdzie w tym wszystkim erotyka? Cóż, w takim razie polecam Wam lekturę niniejszego opowiadania 🙂

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Dzięki Megasie za wprowadzenie. Zobaczmy co czytelnicy na to 🙂

Witajcie!
UWAGA – ODROBINA SPOILERÓW!
Cieszę się, że dołącza do nas kolejny Autor i to specjalizujący się w dziedzinie dotychczas u nas nieobecnej. Groza wyziera z tekstów Smoka, ale – jak to u nas – jest to groza zabarwiona na różowo. Choć w przypadku tych tekstów, raczej na czerwono 😉
Też jestem ciekaw, jak czytelnicy przyjmą Twoje opowiadania. Myślę, że im się spodobają, także nie musisz się niepokoić, Smoku!
Kilka uwag:
– nie wiem czemu, ale miejscami tekst rozjeżdża się, dzieląc na zaskakujące akapity – tutaj chyba edytor Bloggera oszalał;
– wiem, że Doris widziała portrety matki i brata Henry'ego, ale zabrakło może jednego zdania, pokazującego, że ich rozpoznała. Nagle pojawia się stwierdzenie, że to ten mężczyzna i ta kobieta, bez słowa wyjaśnienia/wprowadzenia. Zapewne jest to samo jądro tajemnicy, ale słowo zaskoczenia, zdziwienia ze strony bohaterki byłoby – IMO – wskazane;
– za dużo tych Doris i Henry'ów – zaimki są publicznym wrogiem numer jeden, ale można by jakoś te imiona zastąpić, bo miejscami tekst się od nich roi;
– i na koniec coś, za co Karel dałby Ci po łapkach, Smoku – "cipka". Wiem, że język polski jest dość trudny, jeśli chodzi o plastyczne opisy erotyczne, ale zdrobnieniom mówimy nie.

Powyższe to drobiazgi, nie psujące w żaden sposób obrazu całości tekstu, lecz myślę, że warto na nie zwrócić uwagę.

Pozdrawiam Cie serdecznie, raz jeszcze witając w naszych skromnych progach.

Seaman.

Dzięki za uwagi. Wezmę je sobie do serca :). Mam nadzieję, że kolejne będzie miało mniej błędów

Moze to i horror, ale strach jaki budzi jest bardzo przyjemny:) a Doris niech sie cieszy, ze uszla calo i jeszcze pewnie troche przyjemnosci miala (czego na pewno nie przyzna:) Devon

Nie do końca jestem przekonany o tej przyjemności, ale kto wie 😀

Twoja wypowiedź jest dosyć niepokojąca. Szczególnie że masz wgląd do glowy/emocji/odczuć Doris.

Mocna rzecz! Horrory uwielbiam. A jeszcze groza i erotyka w dobrych proporcjach… Kiedy kontynuacja?

Dzięki za komentarz. Następna część Ravenscar w drugiej połowie maja.

Klimatyczne! Atmosfera skojarzyła mi się z Hitchcokiem i Psychozą… Do tego wiktoriańskie budowle, angielskie mgły – I like it!
Jednakże po obszernym wstępie i opisie dworca spodziewałam się większego stopniowania napięcia podczas wieczornej uczty i dalszego ciągu wieczoru…
Doris faktycznie miała sporo szczęścia w tym wszystkim – czy przyjemności, no cóż, chyba nie do końca:-)

Innymi słowy powtarzając odczucia Miss, mnie przy czytaniu przychodzi na myśl proza brytyjska z lat 30-70 zeszłego wieku i jej specyficzna narracja. Czy to świadomy pastisz, nie wiem, ale wrażenie wyraźne i nie ma z nim nic wspólnego wzmianka o bramie automatycznej, etc.
Fragment erotyczny miał być, jak mogę domniemać, pewnym kontrastem, niemniej zamiar się raczej nie udał. Tu przydałoby się więcej pracy, potu i tak dalej.
Zaleciłbym też Redakcji trochę uważniejszą korektę kolejnych tekstów, bo … nie widać, by w ogóle proces poprawienia oczywistych literówek i usterek miała miejsce, a szkoda.

to prawda przejście było jak dla mnie zbyt gwałtowne. Wcześniej pojawiła się dopiero zapowiedź grozy.
W myślach wręcz podzieliłam opowiadanie na dwie części, przed sceną erotyczną i po.
Pierwsza jest opisowa, ot małe miasteczko i małomiasteczkowe rozleniwienie.
Wręcz oczekiwałam że akcja będzie się rozwijać, powoli, wolniutko.
A tu nagle : booom!
Osobiście jestem za straszeniem czytelnika domysłami i nagła zmiana konwencji przestraszyć mi się nie pozwoliła.
Możliwe jednak że to przez to że podświadomie oczekiwałam że zagrożenie przyjdzie z innej strony. Ze pomocy nieznajomy to zmyłka i zbytnia oczywistość.
No ale ja tu jak zwykle narzekam a tekst trzyma bardzo poziom 🙂
Zaskoczenie czytelnika też jest jakąś drogą.

Karel, ciekawi mnie, co tak specyficznego do narracji brytyjskiej dostrzegasz w tym co napisałem? Faktem jest, że szczególnie ten wstęp napisałem pod wpływem Drapieżców Mastertona, ale to już zgoła inny okres niż lata 30-70 XX wieku. Czy był to pastisz. Może to za dużo powiedziane, ale próba naśladownictwa napewno (w tym początkowym opisie). Przykro słyszeć, że nie przypadło Ci do gustu, ale cóż. Takie moje prawo autora, aby się mylić i Twoje jako czytelnika, aby to dostrzec i zwrócić uwagę. Mam nadzieję, że kolejne opowiadanie będzie Ci się bardziej podobać.
Myślę, że taka ocena bierze się między innymi z tego, że opis dworca na wstępie miał być preludium do czegoś bardziej obszernego, co dopiero po jego napisaniu postanowiłem podzielić na krótsze części.

Ja nic, ciekaw jestem skąd spodziewałaś się zagrożenia. Może to będzie pomysł na kolejną część Ravenscar.

Trudno powiedzieć, Szanowny Smoku
Sposób narracji kojarzy mi się z tym okresem, taki nieśpieszny, bez agresywnej akcji, jaką narzucają pisarzom wydawnictwa w pogoni za zyskiem, bez "kluczowej pierwszej sceny" wg Hollywoodzkiej szkoły kręcenia kasowych filmów, które to podejście przeniosło się też na literaturę.

"Nie przypadło Ci do gustu". Hmm, raczej nie kieruję się gustem, a przynajmniej staram się nie kierować. Po prostu są obszary, gdzie warto się doskonalić.
Natomiast kontrast, o którym wspominam, nie wynika z fabuły, tylko z, moim zdanie, znacznie gorzej literacko, stylowo, warsztatowo, itp. napisanego fragmentu. Potem jest zakończenie, scena szpitalna i ona z powrotem jest dobra.

Owszem rozumiem, że wstęp daje też możliwości do kontynuacji jednego czy dwóch innych wątków, ale okaże się w przyszłości, czy moje przewidywania się potwierdzą.

Spokojnie czekam na kolejne części, wierząc, iż będą coraz lepsze. A Tobie, jeśli masz czas i chęć, zalecam przejrzenie kolejnych tekstów i ewentualne drobne bądź większe autokorekty. Praca nad tekstem nie musi się kończyć, zawsze można coś poprawić. Nawet po premierze.

Dobre opowiadanie. Gratulacje dla debiutanta na NE.

Mustafa

Dzięki

Jestem zawiedziony.
1. Narracja początkowa dała asumpt to dużych oczekiwań. Rzeczywiście wolno i niespiesznie – świetny początek.
2. Grzech wytknięty już przez Seamana wcześniej z nadmiarem Dorisów i Henrych.
3. Liczebniki piszemy słownie nie cyframi.
4. Opis hotelu klimatyczny choć motyw z tabliczką i bramą jest już bardzo ograny.
5. Wnętrze przedstawione odrobinę zbyt szczegółowo, ale konwencja nieśpiesznej narracji może usprawiedliwiać dbałość o szczegóły.
6. Scena erotyczna sztampowa i nudna. Niestety. Emocji, strachu, bólu, przerażenia, prób ucieczki, tego wszystkiego co wiązać się może z gwałtem jest jak na lekarstwo. No i oczywiście demony muszą gwałcić analnie. Kolejna sztampa porno-opowieści.
7. Scena w szpitalu… A co ze wstydem zgwałconej kobiety? Emocjami?

I na koniec dorzucę jeszcze brak konsekwencji. Czy dziewczyna w tych czasach podróżowałby sama? Czy nie miałaby miejsca w hotelu? Czy przeszłaby tak szybko na zwracanie się po imieniu? Czy rzeczywiście miałaby tak bogate doświadczenie ze sfery erotycznej?

Napisz to jeszcze raz.Nie bój się dłuższej formy. Piszesz sprawnie, choć ja w scenie gwałtu pozwoliłbym sobie na więcej…

Mówili, że mam się bać Barmana, ale myślałem, że bardziej pojedziesz. Z wieloma rzeczami, które napisałeś akurat się zgadzam. Co do niekoonsekwencji to nie zaznaczyłem dokładnego czasu akcji, jednak datuję to na lata sześćdziesiąte, siedemdziesiąte XX wieku. Nie wydaje mi się by był to czas kiedy kobiety nie mogą w Anglii podróżować same. Reszta to kwestia tak naprawdę człowieka, a nie czasów

Czepiam się tylko wtedy, gdy dostaję do ręki szmirę. Ta opowieść ma potencjał.

Barmanie, aż się wzruszyłem :). Idę się pochwalić reszcie.

Jestem pod wrażeniem tego, jak dobrze jest to napisane. Nie nudziłam się ani przez chwilę.
Chce się czytać więcej i więcej!

Dzięki Lejdi :-). Dla takich opinii warto siadać przed klawiaturą i pisać kolejne opowiadania. Mam nadzieję, że inne też przypadły Ci do gustu :-).

Napisz komentarz