Opowieść helleńska: Demetriusz XXX (Megas Alexandros)  4.24/5 (44)

35 min. czytania
R.XXX_2

Eduard Daege, Odkrycie malarstwa”

Zbocza Olimpu były płowe, strome i nagie. Nieznośne upały, które od wielu tygodni pustoszyły Grecję, niszcząc zasiewy, wysuszając rzeki, powodując śmierć ludzi oraz bydła, nie oszczędziły również świętej góry. Na wyniosłym Panteonie, najwyższym szczycie masywu, dawno już stopniały ostatnie śniegi. Olimp był dobrze widoczny z położonej na wybrzeżu Pydny. Wznosił się na południe od miasta i piął aż pod niebiosa. Mieszkańcy byli dumni z tego, że za sąsiadów mają samych bogów, którzy – jeśli wierzyć kapłanom – tam właśnie urządzili swą siedzibę. Lubili spoglądać w tamtą stronę, sycić oczy surowym pięknem masywu i zastanawiać się, czy Zeus, Demeter albo Hera odwzajemniają ich zainteresowanie.

Dziś jednak mało kto trawił swój czas na kontemplacji świętej góry. Oto bowiem do portu zawitali od dawna wyczekiwani i nadzwyczaj liczni goście. Ateny, najpotężniejsza spośród helleńskich poleis, przybywała Macedonii z odsieczą. Przystań wypełniły pękate statki transportowe i smukłe, wojenne trójrzędowce. Setki obładowanych różnorakim sprzętem ludzi schodziły po trapach na ląd. Tragarze mieli pełne ręce roboty, podobnie jak i kupcy. Niektórzy z nich, szczególnie przezorni, rozstawili stragany tuż przy samym nabrzeżu. Tawerny przeżywały istne oblężenie, podobnie zresztą jak domy rozkoszy. Ladacznice, dla których zabrakło miejsca w owych lokalach, przechadzały się wśród nowoprzybyłych, uwodzicielsko kołysząc biodrami. Gdy tylko którejś z nich udało się złapać klienta, ciągnęła go w jeden z ciasnych zaułków, których pełno było w nadmorskiej dzielnicy, i tam mu się oddawała, lubieżnie wypięta, z rękoma wspartymi o mur pobliskiego domu.

Miasto rozbrzmiewało pokrzykiwaniem zachwalających swe towary kupców, warknięciami targujących się o nie klientów, jękami udawanej rozkoszy dziwek, pomrukami szczytujących żołnierzy. Cuchnęło zaś nieodmiennie solą, wilgocią oraz rybami.

Demetriusz, Menander i Raisa stali na nabrzeżu i rozglądali się wokół, czekając, aż tragarze wyładują ich dobytek z transportowca. Pierwszy raz byli w Macedonii, o której tyle przedtem słyszeli. W kraju, który rzucił na kolana zarówno Ateny, jak i Ilirów. Pierwszy kontakt z owym mocarstwem nie był szczególnie zachęcający. Pydna nie robiła bowiem zbyt wielkiego wrażenia. W ostatnich dekadach znacznie się rozrosła, lecz nie towarzyszył temu żaden precyzyjny plan. Domy nowszych mieszkańców były ubogie i ciasne, uliczki, przy których się tłoczyły – kręte i tonące w nieczystościach. Sama przystań nie mogła się równać ani z Pireusem, ani nawet znacznie mniejszym Faleronem. Z trudem pomieściła ateńską flotyllę oraz kilka rybackich łajb.

– Nie chcę być krytykantem – stwierdził poeta – lecz póki co nie potrafię z siebie wykrzesać zachwytu.

– Wcale ci się nie dziwię – odparł Demetriusz. Nawet Raisa, która wychowała się przecież w małej wiosce w Ilirii, spoglądała na portowe miasto z chłodnym dystansem. Poznała wszak najwspanialsze klejnoty Hellady: Korynt oraz Ateny. Pydna nie była nawet ich nędznym cieniem.

– Liczę, że nie spędzimy tu zbyt wiele czasu. – Menander skrzywił się, wciągając w nozdrza woń bijącą od pobliskiego magazynu, wypełnionego bez wątpienia niezbyt świeżymi rybami.

– Mamy rozbić obozowisko na północ od miasta. – Falerończyk podzielił się tym, co usłyszał od Demadesa, dowódcy wyprawy. – Będziemy tu zaglądać tylko po to, by kupić prowiant. Możliwe zresztą, że kupcy pofatygują się do obozu. To znacznie uprości sprawę.

Dwaj tragarze załadowali na plecy ekwipunek Demetriusza i Menandra, a także ich podróżne koce i sprzęt do rozbicia namiotu. Młodzieniec kazał im podążać za sobą. Macedoński oficer – jeden z wielu, którzy przebywali w porcie i nadzorowali zejście na ląd Ateńczyków – zaprowadził ich do wyznaczonego na dzisiejszy odpoczynek miejsca.

– Wyśpijcie się dobrze – rzekł na odchodnym. – Jutro wszyscy wyruszamy na wojnę.

* * *

– O czym myślisz, Aratosie?

Drgnął. Niespodziewane pytanie wyrwało go z zadumy. Obrócił się i ujrzał Ismenę. Wiatr od strony urwiska owiewał z obu stron wysoki głaz, przed którym stali. Wprawiał w ruch poły płaszcza kapłanki, a także rozwiewał jej włosy. Jego szum musiał sprawić, że Kreteńczyk nie słyszał nadejścia kobiety. Albo też – po prostu stracił czujność. Gdyby to był nieprzyjaciel, spokojnie zdążyłby pchnąć go w plecy. Zresztą, nawet gdyby fechmistrz dostrzegł zagrożenie… to przecież i tak nie byłby się w stanie bronić. Jestem słaby jak dziecko, pomyślał ze smutkiem. Nawet przyjście tutaj wiele mnie kosztowało.

– Witaj, Ismeno. Zaskoczyłaś mnie. Myślałem, że prowadzisz wieczorne modły.

– Fedra powiedziała, że dzisiaj pierwszy raz poszedłeś bez niej na spacer. Chciałam zobaczyć, jak sobie radzisz.

– Jak widzisz, nienajgorzej.

Mimo ponurych myśli, starał się robić dobrą minę do złej gry. Ona jednak nie dała się tak łatwo zwieść. Przyglądała mu się z uwagą. W jej oczach widział niepokój.

– Z każdym dniem jest lepiej. – Próbował ją pocieszyć. – Moje siły wracają. Tak samo było po tym, gdy zostałem otruty. Wiesz przecież, że nie tak łatwo zabić Aratosa z Hierapytny.

Wyszczerzył do niej zęby, by dodać swoim słowom wiarygodności. Odpowiedziała mu bladym, ledwo dostrzegalnym uśmiechem. Boi się o Korinnę, skonstatował Kreteńczyk. Na bogów Olimpu, ja także drżę o jej życie. Oboje wiemy, że nie będzie ze mnie wielkiego pożytku. Nie przez najbliższe tygodnie. Do tego czasu wszelkie misje ratunkowe z góry skazane są na niepowodzenie. Tak więc czekamy. I to czekanie ją wykańcza.

Nawet przed sobą nie chciał się przyznać, że jego również.

Milczenie przedłużało się. Wreszcie Ismena zmieniła temat.

– Więc? O czym tak myślałeś?

Odwrócił się w stronę wysokiego głazu i dał znak, by stanęła obok niego. U ich stóp znajdowały się rozmieszczone w dwóch szeregach proste, ziemne groby. Górowała nad nimi wbita w ziemię marmurowa tablica z wypisanymi imionami pochowanych.

– O tym, że niecodziennie można przeczytać własne imię na nagrobku.

– To było konieczne. W razie gdyby Dionizjusz znowu kogoś nam przysłał. On musi uwierzyć, że Aratos z Hierapytny zginął podczas ataku na święty okręg.

– Nie musisz się przede mną tłumaczyć, Ismeno. Nie żywię urazy. Nie traktuję też tego jako zapowiedzi rychłej śmierci. To po prostu zabawne stać nad własną mogiłą.

Pierwsza kapłanka wzdrygnęła się.

– Kiedy uwolnimy Korinnę, kiedy nie będziemy już potrzebować tego kłamstwa, rozkażę skuć twe imię z tablicy.

Jeśli uwolnimy, pomyślał gorzko. Nie pozwolił jednak wybrzmieć owym słowom. Rozumiał, że musi być silny. Jeśli nie ciałem, to chociaż duchem. Tego właśnie potrzebowała Ismena.

– Z rozkoszą wrócę między żywych – stwierdził i objął kobietę ramieniem. Na krótką chwilę zastygła w bezruchu. Ale gdy tylko dotarło do niej, że są tutaj sami, skryci przed obcymi spojrzeniami, ufnie się w niego wtuliła.

– Tak bardzo za nią tęsknię – szepnęła, zamykając oczy.

– Wróci do ciebie cała i zdrowa – zapewnił. – Masz świeże wieści z Aten?

Westchnęła.

– Jak dotąd nic się tam nie zmieniło. Korinna pozostaje w areszcie domowym, razem z ojcem. Dionizjusz musi mieć wobec nich jakieś plany… lecz nie potrafię ich przeniknąć. Zamierzam napisać do niego, by pozwolił mi korespondować z byłą podopieczną.

– To ryzykowne – zauważył Kreteńczyk. – Bez wątpienia wasze listy będą czytane. Jeśli nie będzie ostrożna…

– Znam Korinnę. Jest zbyt inteligentna, by nas wydać. – Ismena uniosła powieki.

Zastanowił się nad tym. Tak, z pewnością dziewczyna była nad wiek rozumna. Powinien jej zaufać. Niepokoiło go wszakże coś innego: napisany przez Korinnę list, który powierzył kapitanowi „Chyżoskrzydłego”. Czy został dostarczony do Demostenesa, zanim ten wpadł w ręce oligarchów? Jeśli tak, Dionizjusz wie już o zdradzie Ismeny. Jak dotąd nie zareagował, ale mógł przecież nie postrzegać jej jako poważnego zagrożenia… Jeśli tak w istocie było, prośba, którą zamierzała mu wysłać pierwsza kapłanka, ponownie skupi na niej uwagę stratega.

Gra, którą mieli dopiero rozpocząć, już stała się niezwykle ryzykowna. A przecież oboje wiedzieli, że nie ma innej drogi. Nie zostawią Korinny w ateńskiej pułapce. Zrobią wszystko, co w ich mocy, by ją ocalić. Otwartą kwestią pozostawało, jaką cenę przyjdzie im za to zapłacić.

* * *

Falerończyk zapłacił tragarzom dopiero wtedy, gdy pomogli mu oraz poecie rozbić namiot. Wokół powstawało wiele podobnych konstrukcji. Kawalerzyści mieli przywilej nocowania w mniejszych namiotach, jedynie ze swym giermkiem i służbą – dla piechoty wznoszono duże, wieloosobowe. Próżno w nich było szukać nawet odrobiny prywatności. Posłania układano jedno obok drugiego, zaś miejsca między nimi starczyło tylko dla pancerza oraz broni. Demetriusz wolał nie myśleć, na jakie zaczepki byłaby tam narażona jego niewolnica. On zaś nie mógłby się beztrosko raczyć jej wdziękami. No chyba że pogodziłby się z faktem, że za każdym razem kibicowałyby mu trzy tuziny współtowarzyszy. Niektórzy zresztą chcieliby się pewnie przyłączyć do zabawy i posiąść Raisę zaraz po nim. A może nawet nie czekając na swoją kolej.

Potrząsnął głową, by pozbyć się tych nieprzyjemnych myśli. Nic takiego się nie wydarzy. Jasnowłosa należy tylko i wyłącznie do niego, nie zamierza się nią z nikim dzielić. Co do Menandra, jego obecność wcale mu nie przeszkadzała. Nieraz przecież oglądał poetę zabawiającego się z którąś z flecistek i był przezeń oglądany w podobnej sytuacji. Nie wstydził się swego przyjaciela i nie zamierzał wypraszać go z namiotu podczas igraszek z Iliryjką.

Położona na północ od miasta równina ograniczona była od wschodu drogą wiodącą do Methone, od zachodu zaś pasmem niewysokich wzgórz. Prędko zapełniała się namiotami, w miarę jak docierali tu kolejni Ateńczycy. Ustawiano je coraz ciaśniej, by jak najefektywniej wykorzystać dostępne miejsce. Rozlokowanie grubo ponad czterech tysięcy ludzi na niewielkiej przestrzeni stanowiło nie lada wyzwanie. Po drugiej stronie drogi, nieopodal wybrzeża, rozstawiali swe zagrody handlarze koni. Nazajutrz miały je wypełnić stada pędzonych z południa zwierząt. Ateńscy kawalerzyści przybyli do Pydny bez wierzchowców, te bowiem słabo znosiły trudy morskiej podróży. Jutro będą mogli przebierać w rumakach z najbardziej dumnych tesalskich oraz macedońskich ras.

Słońce chyliło się powoli ku zachodowi. Jego promienie nie parzyły już tak mocno, jak przez większą część tego dnia. Spoglądając na nagie szczyty Olimpu, Falerończyk poprosił bogów o chłodną, przynoszącą wytchnienie noc.

– Pójdę poszukać czegoś na wieczerzę – zaproponowała Raisa.

– Wolę, byś nie chodziła sama po obozowisku pełnym żołnierzy.

– Będę jej towarzyszył – wtrącił Menander. – Możesz być spokojny, Demetriuszu, ze mną nic jej się nie stanie.

Falerończyk skinął głową. Wręczył poecie kilka monet i dodał:

– Wracajcie prędko.

Kiedy ruszyli w drogę, usiadł przed namiotem z bukłakiem rozwodnionego wina. Pił je powoli, patrząc na pracujących przy rozbijaniu obozu mężczyzn. Niedługo cieszył się samotnością. Wtem ktoś wykrzyknął jego imię rozradowanym głosem. Rozejrzał się z niedowierzaniem. Biegł ku niemu przyjaciel, którego nie spodziewał się ujrzeć w tych stronach.

– Mathaiosie! – zawołał, podnosząc się na równe nogi. Uścisnęli się serdecznie, jakby ich spotkanie nastąpiło po wieloletniej rozłące. W istocie zaś ledwie przed tygodniem rozmawiali w Likejonie. – Co tutaj robisz? Nie wiedziałem, że zaciągnąłeś się do armii.

– To był impuls! – rzekł tamten, wciąż trzymając Falerończyka w ramionach. – Zainspirowała mnie twoja decyzja. Nie czekając, aż pierwszy entuzjazm przeminie, czym prędzej zgłosiłem się do Demadesa. Myślałem, że nie będzie już dla mnie miejsca, ale akurat się zwolniło. Jeden z adiutantów stratega ciężko się rozchorował. No to objąłem jego funkcję.

– Powinienem się domyślić – stwierdził Demetriusz z lekką kpiną w głosie – że zadekujesz się przy dowództwie.

Mathaios nie przejął się jego słowami.

– Mówię ci, że tylko tam było dla mnie miejsce. Zresztą, kiedy Dardanowie zajrzą nam w oczy, nie będzie miało znaczenia, kto stanie w pierwszym, a kto w ostatnim szeregu. Wszyscy napatrzymy się na nich z bliska!

– Pewnie masz rację – odparł pojednawczo Falerończyk. – Cieszę się z naszego spotkania. Zostaniesz na wieczerzę?

– Chętnie, bo jestem piekielnie głodny. Nie byłem w stanie nic przełknąć na statku. Masz może wino?

– Tylko to, co zostało w bukłaku. Ale Menander i Raisa poszli na zakupy.

Oczy jego druha rozbłysły.

– Czyżbyś zabrał na wojnę iliryjską ślicznotkę, o której tyle nam opowiadałeś?

– Nalegała, bym nie zostawiał jej w Atenach.

– Posłuchałeś niewolnej dziewki?

– Była bardzo przekonująca.

Kąciki ust Mathaiosa uniosły się w lubieżnym uśmiechu.

– Nie wątpię.

Nie ciągnął wszakże tematu, tylko sięgnął po bukłak. Demetriusz skwapliwie mu go przekazał.

* * *

Trzy państwowe trójrzędowce, „Sfakteria”, „Tetyda” oraz „Strzała”, odbiły od brzegów Pireusu i skierowały się na pełne morze. Napędzane pracą mięśni setek wioślarzy, cięły dziobami wysokie fale, które obryzgiwały ich burty pianą. Po jakimś czasie skręciły w lewo. Złapały pomyślny, wieczorny wiatr, po kolei postawiły żagle i ruszyły jeszcze szybciej. Dionizjusz patrzył za nimi, dopóki całkiem nie znikły mu z oczu.

Na pokładzie „Tetydy” płynął najznamienitszy spośród ateńskich wodzów, Fokion. Dwa pozostałe okręty stanowiły eskortę dla jego czcigodnej osoby. Celem ich podróży była baza ateńskiej marynarki wojennej na wyspie Samos. Coraz liczniejsze wieści o buntujących się tam żeglarzach upewniły kolegium strategów, że oligarcha Ejschines, któremu powierzono pieczę nad flotą, nie jest w stanie zapanować nad podwładnymi. Ludzie morza tradycyjnie sprzyjali demokracji i pogłoski o krwawym stłumieniu rewolty ludowej nie mogły poprawić im nastroju. Jeśli ktoś potrafił nad nimi jeszcze zapanować, to był to właśnie Fokion.

Najpierw Demades, teraz ten słaby i obciążony wyrzutami sumienia starzec, pomyślał Dionizjusz. Nareszcie pozbyłem się ich wszystkich z Aten. Nareszcie mogę tutaj zaprowadzić swoje porządki. U jego boku stanął polemarcha Lizander, dowódca straży przybocznej stratega oraz wszystkich najemników w mieście.

– Macedoński ambasador przyjął zaproszenie – oznajmił Spartanin. – Dziś wieczorem stawi się w twej nowej rezydencji.

– Ten lis Meleager doskonale wyczuwa, skąd wieje wiatr – odparł Ateńczyk, po czym odwrócił się od brzegu i spojrzał na swego człowieka. – Musimy działać szybko, by zrobić na jego ekscelencji jeszcze większe wrażenie. Upewnić go, że od tej chwili niepodzielnie władam Miastem.

– Cokolwiek rozkażesz.

– Podwoisz straże przy wszystkich bramach, a także w portach. Do rana Pireus i Faleron mają być szczelnie zamknięte. Nikt nie może wyślizgnąć się z Aten bez mojej zgody.

– Ręczę za to, że nikomu się to nie uda.

– Donosy, które ostatnio płynęły do nas szerokim strumieniem… Kazałem mojemu sekretarzowi sporządzić z nich listy proskrypcyjne. Dziś w nocy dokonasz aresztowań obywateli, o których wiemy, że przejawiali demokratyczne sympatie. A także tych, którzy niepochlebnie wypowiadali się o arystokratycznych rządach. Wszyscy oni mają w kajdanach trafić do jaskiń pod Akropolem. Potem przeprowadzimy śledztwo, oddzielimy prawdę od pomówień. Na razie nie możemy ryzykować błędu.

Lizander skinął głową.

– Jest jeszcze jedna lista – rzekł po krótkim milczeniu Dionizjusz. – Na niej znaleźli się nieprzychylni nam metojkowie. Przekaż ją Deimosowi. On będzie wiedział, co z nią zrobić.

Oblicze Spartanina pozostało niewzruszone. Panował nad swymi emocjami, potrafił też doskonale taić myśli. Półmartwy Deimos. Król ateńskich skrytobójców. Metojków nie chronił status obywatela, gwarantujący choćby namiastkę uczciwego procesu. Mało kto będzie za nimi tęsknił, zwłaszcza za tymi najbardziej zamożnymi. Bez wątpienia to właśnie oni trafili na drugą listę. Wyglądało na to, że Dionizjusz planował upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.

* * *

Wraz z nastaniem zmierzchu w obozie rozpalono kilka wielkich oraz mnóstwo małych ognisk, wokół których stłoczyli się żołnierze. Kupione w Pydnie mięso skwierczało na rożnach, z rąk do rąk podawano sobie chleb, z którego każdy oddzierał po kawałku. Niewolnicy krążyli wśród wieczerzających z amforami wina, napełniając kubki lub służące za nie hełmy, a czasem nawet i puchary (jeśli ktoś był na tyle ekstrawagancki, by zabrać na wojnę tak kosztowne naczynie). Śpiewano pieśni i dyskutowano o zakończonym właśnie rejsie, o dumnym Olimpie, który wznosił się na południu, a także o niepewnej przyszłości. Niektórzy wymykali się do miasta, by zakosztować jego przyjemności. Zresztą, przedsiębiorczym hoplitom udało się przemycić do obozowiska kilkanaście prostytutek obojga płci. Ukryte w wielkich piechociarskich namiotach obsługiwały już pierwszych klientów. Nadchodząca prędko noc miała się dla nich okazać bardzo wyczerpująca, ale też niezwykle dochodowa.

Demetriusz oraz jego przyjaciele posilali się wokół ogniska, które rozpalili nieopodal namiotu Falerończyka. Menander i Raisa dobrze wydali powierzone im pieniądze. Jagnięcina, podobnie jak ser, była świeża, chleb dopiero co opuścił piec, a wino, choć nie najwyższego sortu, bynajmniej nie wykrzywiało ust. Drewno na opał załatwił obrotny Mathaios – po prostu wykradł je z zapasów dowództwa. W ilościach wystarczających, by ogień mógł płonąć do późnej nocy.

Kiedy Mathaios ujrzał Iliryjkę, o której dotąd tylko słyszał, przez dłuższą chwilę nie potrafił oderwać od niej wzroku. Zmęczenie wywołane kilkudniową morską podróżą nie było w stanie zatrzeć jej urody. Jasna cera, typowa dla północnych ludów, długie włosy w kolorze słomy i duże błękitne oczy wciąż przyciągały uwagę młodzieńca, podobnie jak obfite piersi i przyjemnie zaokrąglone biodra, których nie był w stanie zamaskować przylegający do ciała biały peplos. Raisa instynktownie wyczuła jego zainteresowanie, ale robiła wszystko, by je ignorować. Jej mężczyzną był Demetriusz. Nie chciała i nie potrzebowała nikogo więcej. Zaznaczała to wymownie, siedząc u boku Falerończyka i przytulając się do jego ramienia. Naprzeciw, po drugiej stronie ogniska, zajmował miejsce Menander, a po lewicy Iliryjki zasiadł jej najnowszy adorator.

Płomień trzaskał wesoło, iskry strzelały pod ciemniejące niebo. Poeta pracowicie mieszał wodę z winem w przeznaczonym do tego naczyniu, a następnie czerpał z niego glinianymi kubkami, które podawał pozostałym. Popijali ów trunek powoli – przynajmniej na początku wieczerzy – by nie skompromitować się przed przyjaciółmi brakiem umiaru. Po skosztowaniu kilku pierwszych łyków Mathaios cmoknął z zadowoleniem.

– Rodyjskie – zawyrokował. – Bez wątpienia rodyjskie. Mają tam zdecydowanie najlepszą winorośl.

– Rodyjskie, powiadasz. – Menander uśmiechnął się tajemniczo. – A jak ty sądzisz, Demetriuszu?

Falerończyk milczał przez dłuższą chwilę, próbując ocenić smak napoju. W końcu zaryzykował:

– Nasze, attyckie. Nie podejmuję się wskazania, z którego demu.

– Zapytałbym i Raisę, ale ona kupowała je ze mną – odparł poeta. – Niestety, obaj się mylicie. Ów napój bogów, którym się raczymy, pochodzi stąd, z winnic u podnóża Olimpu. Muszę wam rzec, drodzy przyjaciele, że coraz bardziej cenię tych macedońskich barbarzyńców. Kraj, w którym jest takie wino, i to w niewygórowanej cenie, nie może być całkiem zły!

Demetriusz parsknął śmiechem, a Mathaios rzekł:

– Niedługo będziesz mógł dać Macedończykom dowody swej sympatii. Poczekaj jeszcze parę dni.

Menander przełknął ślinę. Dobrze wiedział, o co chodzi tamtemu.

– Kto wie – wtrącił Falerończyk – może do bitwy wcale nie dojdzie. Kiedy Dardanowie zobaczą, jak liczne wojska zgromadził Antypater, może wrócą tam, skąd przyszli…

– Nie liczyłbym na to. Mówisz o krwiożerczych dzikusach, wielbiących ponad wszystko szczęk żelaza. Ich ulubioną muzyką są krzyki mordowanych, a najmilszym widokiem dym unoszący się znad zgliszczy spalonych wiosek. Słyszałem od mężów, którzy podróżowali do Dardanii i jakimś cudem wrócili, że ci barbarzyńcy gardzą wszelkimi zwyczajami cywilizowanych ludzi. Spółkują i wypróżniają się publicznie, nie widząc w tym nic zdrożnego. Piją wino z czaszek pokonanych wrogów, a niekiedy nawet zjadają ich ciała. Najgorsi są zaś dla schwytanych kobiet. Ponoć Macedonki z północy wolą odebrać sobie życie, niż stać się dardańskimi brankami…

Mówiąc to, Mathaios zerkał co pewien czas na Raisę, jakby sprawdzał, czy zdołał ją już porządnie przestraszyć. Iliryjka odwzajemniała jego spojrzenia, lecz zamiast lęku rosła w niej irytacja. W końcu, zniecierpliwiona, weszła mu w słowo:

– Niektórzy wierzą we wszystkie bzdury, które usłyszą.

Młodzieńca zatkało. Nie spodziewał się, że usłyszy coś takiego od dziewczyny, w dodatku niewolnicy przyjaciela. Popatrzył na Demetriusza w nadziei, że ją zdyscyplinuje, ten jednak nie miał podobnego zamiaru. Ona zaś mówiła dalej:

– Lud, z którego pochodzę, jest blisko spokrewniony z Dardanami. Utrzymujemy bliskie kontakty, handlujemy, wspólnie wyruszamy na wyprawy. I mogę zapewnić, że nikt z nas nie pije wina z ludzkich czaszek. Nie kosztowałam też ludzkiego mięsa, jeśli ktoś jest tego ciekawy. Za to w mojej wiosce mieszkało kilka dziewcząt uprowadzonych z Macedonii. Żadna nie popełniła samobójstwa, a dwie nawet poślubiły swoich porywaczy. Ich synów zaś przyjęto do plemienia i wychowywali się razem z pełnokrwistymi Ilirami!

 – Widzisz, mój miły druhu? – zapytał rozbawiony Falerończyk. – Nikt nie przerobi twojej głowy na ekscentryczny puchar do wina. Dardanowie nie są aż tacy straszni. To zwykli ludzie, a nie potwory z Tartaru.

Na oblicze Mathaiosa wystąpiły rumieńce wstydu oraz gniewu.

 – Co może wiedzieć ta twoja dzikuska? Bardziej ufam Grekom, z którymi o tym rozmawiałem.

– Ona z pewnością tam była – wtrącił poeta, któremu słowa Raisy przyniosły widoczną ulgę. – Na własne oczy oglądała zwyczaje ludów, o których mowa. Co do twoich informatorów, sprawa jest co najmniej wątpliwa.

– Nazywasz mnie kłamcą?

– W żadnym razie. To oni mogli wprowadzić cię w błąd. Niektórzy lubią ubarwiać swoje opowieści. Zwłaszcza, gdy same w sobie nie są one zbyt pasjonujące.

– Więc masz mnie za głupca, który dał się nabrać!

– Jedno albo drugie – przytaknęła Iliryjka. Jej słowa całkiem wyprowadziły młodzieńca z równowagi. Cisnął swój kubek w ognisko. Wino zasyczało, zetknąwszy się z rozżarzonym drewnem.

– Nie będę słuchał obelg zwykłej niewolnicy! Demetriuszu, ukarz ją wreszcie albo ja to uczynię!

– Za cóż miałbym ją karać?

– Za przerywanie lepszym od siebie!

– Miałeś niesprawdzone informacje. Raisa próbowała je tylko sprostować. Powinieneś być jej wdzięczny, Mathaiosie.

Tamten zerwał się z ziemi. Spoglądając z góry na Falerończyka oraz Iliryjkę, drżał z furii.

– Widzę, że nie kiwniesz palcem, by ją uciszyć – wycedził. – Nawet gdy w grę wchodzi honor twego przyjaciela. Ta niebieskooka dziewka całkiem cię opętała. Nie jestem już nawet pewien, kto tu jest czyim niewolnikiem!

Zaatakowany zmarszczył brwi i otworzył usta. Nim jednak zdążył odpowiedzieć, ubiegła go Raisa:

– Ciągle podkreślasz, że jestem dzikuską, niewolnicą, a nade wszystko dziewczyną. Ale to ty powtarzasz plotki niczym przekupka na agorze. A kiedy ktoś cię poprawi, zaczynasz się awanturować. Sam zachowujesz się jak Dardan!

Twarz młodzieńca pociemniała. Gniew całkowicie odebrał mu rozsądek. Postąpił krok w stronę Iliryjki. I uniósł rękę do ciosu.

– Mathaiosie!

Głos, który dobył się z gardła Demetriusza, nie był jego własnym. Menander zadrżał, słysząc rozbrzmiewającą w nim stanowczość oraz siłę woli. Mathaios zamarł w bezruchu.

Falerończyk nie podnosił się z ziemi. Nie było takiej konieczności. Choć patrzył na swego druha z dołu, nie sposób było wątpić, kto ma tutaj przewagę.

– Powiem to tylko raz, więc zapamiętaj dobrze. Nigdy, ale to nigdy nie waż się tknąć mojej kobiety. Jeśli to zrobisz, zapomnę o łączącej nas przyjaźni.

Mathaios znowu drżał, lecz już nie z furii, a z lęku i szoku. W końcu wykrztusił:

– Mówisz tym samym tonem co twój ojciec!

– Więc lepiej mnie nie prowokuj. Może się okazać, że odziedziczyłem po nim coś więcej niż tylko ton głosu.

Przez chwilę jeszcze mierzyli się wzrokiem. A potem Mathaios uznał swą porażkę. Odwrócił się na pięcie i odszedł w mrok nocy.

Menander, do tej pory milczący świadek zajścia, teraz również nie skomentował. Uniósł ponownie napełniony kubek do ust i z zamyśloną miną zaczął pić trunek, który przedtem tak zachwalał. Raisa zaś mocniej wtuliła się w ramię Demetriusza.

– Nazwałeś mnie „swoją kobietą” – szepnęła mu do ucha. – Nie mówi się tak o pospolitej niewolnicy… lecz o konkubinie.

– Nigdy nie byłaś dla mnie tylko niewolnicą. A już na pewno nie pospolitą. Kocham cię, Raiso i nie pozwolę, by stała ci się krzywda.

Uniosła głowę i spojrzała na niego. Policzki miała zarumienione, zaś w oczach płonął ogień.

– Chodź do namiotu, najdroższy – poprosiła. – Chcę ci podziękować…

Momentalnie poczuł w lędźwiach przyjemne pobudzenie.

– Podziękować? – spytał jeszcze, na krótki moment opierając się przemożnej sile pożądania. – Za to, żem stanął w twojej obronie?

– Za wszystko, Demetriuszu. Za to, jakim jesteś człowiekiem. I za to, kim ja jestem przy tobie.

* * *

Filona czuła rosnącą niecierpliwość. Od ponad klepsydry czekała na Spartanina, wyciągnięta na łożu w kuszącej pozie. Naga i wyperfumowana, chętna i spragniona. Gotowa, by przyjąć go w sobie i obdarzyć najwyższą rozkoszą. Już dwukrotnie musiała sięgać między uda, by zręcznymi ruchami palców pobudzić swe źródło wilgoci. Chciała być mokra, gdy tylko przyjdzie. Ale on wciąż nie pojawiał się w progach jej komnaty.

Wiedziała dobrze, gdzie teraz przebywa. W sali sympozjonów – towarzyszy Dionizjuszowi z Faleronu podczas spotkania z macedońskim ambasadorem. A przecież obiecał jej, że wyrwie się stamtąd, kiedy tylko zdoła! Wyglądało jednak na to, że zbytnio się nie spieszył. Frustracja dziewczyny pogłębiała się z każdym ziarnkiem piasku przesypującym się w klepsydrze. Chciała, by wreszcie do niej przyszedł! By przycisnął do łoża i nabił na swą męskość! Łaknęła ich zespolenia, potrzebowała go i sądziła, że Lizander podziela jej żądze. Lecz jego wciąż nie było przy jej boku. Na niej. W niej.

Zirytowana porzuciła w końcu zmysłowe, acz niezbyt wygodne ułożenie ciała i podniosła się z posłania. Nie zadając sobie trudu, by okryć swą nagość, przez dłuższą chwilę krążyła po komnacie. W końcu przystanęła przy niewysokiej komodzie. Stał na niej szczelnie zamknięty dzban ozdobiony czerwono figurowym malowidłem. Przedstawiało ono greckiego hoplitę, na chwilę przed śmiercią z rąk dwóch innych żołnierzy. Jeden od tyłu wbijał mu włócznię w udo, drugi unosił miecz nad jego pochyloną głową. Klinga niemal dotykała ozdobnego pióropusza hełmu. Czy tak to się właśnie wydarzyło, pomyślała Filona. Czy to istotne? Zginął w męczarniach i już nigdy jej nie skrzywdzi. W gruncie rzeczy tylko to się liczyło.

Uniosła pokrywę dzbana i w jej nozdrza uderzył trupi odór. W naczyniu było sucho, ale nie mogło to powstrzymać już rozpoczętych procesów rozkładu. Zmarszczyła nos, lecz tylko na chwilę. Nie cofnęła się, nie krzyknęła z odrazy. Wiedziała przecież, co tam znajdzie. Sięgnęła dłonią w głąb dzbana, uchwyciła pewnie za włosy. A potem wydobyła głowę.

– Tęskniłeś za mną? – spytała z jadowitą słodyczą w głosie. – Bo ja bardzo.

Uśmiechnęła się, spoglądając w skrwawione, puste oczodoły Rzeźnika Elidy. Ten widok zawsze poprawiał jej humor. Koił nerwy i powodował, że odzyskiwała pogodę ducha.

– Śmiałeś się, słuchając moich błagań o litość – szepnęła, nachylając się ku bezokiej twarzy. – Czy nadal jest ci wesoło, gdy błąkasz się bez celu wzdłuż brzegów Styksu? Wiedząc, że nie przekroczysz owej rzeki aż po kres czasu?

Lizander powiedział jej, że niepogrzebane zwłoki Alkajosa ciśnięto na śmietnik, gdzie zajęły się nim psy oraz ptaki żywiące się padliną. Jego odrąbana głowa była zaś tutaj. Nikt nie położył mu oboli na powiekach, nikt nie podpalił stosu, na którym ciało zmieniłoby się w popiół. Jego duch nie miał więc czym zapłacić Charonowi, strażnikowi przeprawy. Przez wieczność będzie się zatem tułać na granicy między światami żywych i umarłych. Nigdy nie zazna spokoju.

– Miałam nadzieję, że będę mogła dłużej cieszyć się twym towarzystwem – ciągnęła dziewczyna. – Niestety, wkrótce przyjdzie nam się rozstać. Musisz posłużyć do jeszcze jednego aktu zemsty. Na pocieszenie mogę ci obiecać, że ujrzysz swego kompana, Kritiasa. A raczej ujrzałbyś… gdybyś miał choć jedno oko!

Rzeźnik Elidy nie odpowiadał. Jego twarz pozostała trupio spokojna. Za to cuchnął coraz gorzej. W końcu Filona włożyła go z powrotem do dzbana i szczelnie nasunęła pokrywę.

– Ostatnia misja Alkajosa – rzekła, przesuwając palcami po zdobiącym naczynie malunku. – Ostatni raz wzbudzisz grozę. Ostatni raz przyczynisz się do cierpień oraz śmierci. Lecz w tym wypadku groza, cierpienia i śmierć będą całkowicie zasłużone.

Opłukała dłonie w misie z wodą, która stała nieopodal. Wtedy właśnie usłyszała na korytarzu kroki. Ledwie zdążyła dobiec do łoża i spocząć na nim w poprzedniej, rozbudzającej zmysły pozie. Po chwili drzwi otworzyły się i do komnaty wszedł Lizander. Zatrzymał się w progu, a jego oczy rozbłysły. Filona doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co właśnie ujrzał. Uniosła ręce i skrzyżowała je nad głową, jednocześnie wypinając do przodu piersi. Niech się napatrzy. Zaraz potem, jakby dla skontrowania efektu, który wywarła, ugięła nogi w kolanach i skrzyżowała łydki, tak by zasłonić przed wzrokiem Spartanina swoje łono. Niech będzie ciekaw tajemnic, które ona przed nim skrywa.

Polemarcha zamknął za sobą drzwi, zazdrosny o widoki, które mógłby dostrzec ktoś przechodzący właśnie korytarzem. Postąpił kilka kroków w stronę łóżka. Znać było, że z każdym następnym ogień jego pożądania rozpala się coraz jaśniej. Filona obserwowała mężczyznę spod zmrużonych leniwie powiek. Z satysfakcją zauważyła, że choć wrócił z sympozjonu, nie był pijany. To dobrze. Tej nocy będzie potrzebować jego wigoru. Nie chciała, by osłabił go alkohol.

Kiedy stanął nad nią, powoli uniosła nogę i dotknęła stopą jego uda, tuż poniżej brzegu szaty. A potem zaczęła posuwać ją w górę. Kiedy palce jej stopy dotarły do męskości, Lizander łapczywie zaczerpnął tchu. Członek szybko twardniał. Wystarczyło otrzeć się o niego parę razy, a zaczął w widoczny sposób wypychać przód tuniki.

– Czemu tak długo? – spytała, przypominając sobie o zniecierpliwieniu i frustracji, których niedawno doświadczała. – Nie mogłam się już ciebie doczekać…

– Miałem obowiązki – odparł z typowo spartańską lapidarnością. W tonie głosu rozbrzmiewało napięcie, które odczuwał. Topnieje w moich dłoniach jak wosk, pomyślała Filona. Ciekawe, jak dalece mogłabym go ukształtować.

– Meleager… czy przyniósł ci list?

– Tak. Dał mi go na progu willi, nim zaprowadziłem go do Dionizjusza…

Bardzo dobrze, oceniła. Im mniej wie strateg z Faleronu, im mniej podejrzewa, tym lepiej dla niej. I dla intrygi, którą snuła z Lizandrem, a za jego pośrednictwem – z macedońskim ambasadorem.

– Pokaż mi go – zażądała, tak jednak modulując głos, by nie zabrzmiało to jak żądanie. W oczach Lizandra, tak zwykle obojętnych i spokojnych, dostrzegła cierpienie, które rodzi się z niezaspokojonego pragnienia. Skosztuj i ty przysmaku, którym mnie uraczyłeś, pomyślała nie bez złośliwości. Chciał coś powiedzieć, dać wyraz żądzy, która paliła jego lędźwie. Filona była jednak zdeterminowana.

Najpierw interesy, potem przyjemności.

– Pokaż mi go – powtórzyła, obracając się na plecy, skrywając przed Spartaninem biust oraz łono, zamiast tego wypinając ku niemu pupę. – Potem zrobisz ze mną, na co tylko przyjdzie ci ochota.

Po tych słowach nie zwlekał już ani chwili. Wydobył spod tuniki zwinięty ciasno i przewiązany czarną wstążką papirus. Podał go Filonie, nie odrywając spojrzenia od krągłości jej pośladków. Dziewczyna szybko ściągnęła wstążkę i rozwinęła list. Gdy przeczytała wstęp, ogarnęła ją euforia. „Kritiasowi, przełożonemu delfickiego sanktuarium Apollina, Meleager, ambasador Macedonii w Atenach. Bez pozdrowień”. A potem było tylko lepiej.

– Chciałabym zobaczyć minę Kritiasa, gdy to przeczyta – powiedziała.

– I gdy otrzyma załączony dar – dodał Lizander.

Filona popatrzyła ku stojącemu na komodzie dzbanowi. Tak, wiele by dała, by ujrzeć grymas strachu i obrzydzenia, który zeszpeci piękną twarz kapłana. Niestety, będzie musiała to sobie wyobrazić.

Nigdy bowiem nie spotka już Kritiasa. Jej zemsta doścignie go daleko od Aten. Lecz będzie równie okrutna, bo wymierzona bezlitosną ręką. Kto wie, czy w ostatnich chwilach swego życia Delifjczyk nie pozazdrości Rzeźnikowi Elidy.

Filona oddała Spartaninowi list. A potem obróciła się na plecy i rozchyliła szeroko nogi, ukazując mu się w całej okazałości. Niczego już nie kryjąc.

– Teraz, Lizandrze, jestem cała twoja.

* * *

Gdy tylko znaleźli się w namiocie, podążająca przodem Raisa obróciła się ku Demetriuszowi i zarzuciła mu ramiona na szyję. Nim zdążył zareagować, jej wargi już wpiły się w jego własne. Chwycił oburącz biodra niewolnicy i tuląc ją ku sobie, tak by poczuła jego podniecenie, oddał pocałunek, mocno i zapamiętale. Przesunął jedną dłoń na jej pośladek, ścisnął go przez materiał peplosu. Przez krótki moment języki kochanków ścierały się ze sobą, jakby walcząc o to, który zyska przewagę. Wreszcie Iliryjka skapitulowała, wpuszczając język Falerończyka do swych ust.

Powoli, nie szczędząc sobie nawzajem pieszczot, opadli na koce, które zaścielały podłoże. Demetriusz przywarł wargami do szyi Raisy. Ona wplotła palce w jego włosy. Od chwili, gdy opadła zasłona w otworze wejściowym, w namiocie zapanował nieprzenikniony mrok, lecz im zupełnie to nie przeszkadzało. Po omacku odnajdywali wiązania peplosu i rozplątywali je niecierpliwymi ruchami. Usta młodzieńca zawędrowały z szyi na dopiero co obnażone ramię. A potem niżej, na dekolt oraz obfitą pierś. Zacisnęły się wokół nabrzmiałej podnieceniem brodawki. Dziewczyna wydała z siebie głośny jęk.

Jasnowłosa uniosła biodra, pomagając w ten sposób Falerończykowi, który do końca ściągnął suknię z jej ciała. Zaraz potem sam pozbył się tuniki. Ubrania trafiły w najdalszy kąt namiotu. Całkiem już nadzy, kochankowie przywarli do siebie spragnieni i płonący pożądaniem. Demetriusz znów całował biust Iliryjki, co chwila znacząc go namiętnymi ukąszeniami. Rozchyliła uda, wpuszczając go między nie. Sięgnął dłonią w dół, odnalazł palcami źródło gorąca i wilgoci. Zanurzył w nie od razu dwa palce. Kolejny jęk, bardziej przeciągły. Niemal rozpaczliwy, a przecież wyrażał coś wręcz przeciwnego.

Usta Falerończyka zeszły w dolinę między wyniosłymi wzgórzami, zaś palce zagłębiły się w mokry tunel. Kciukiem bezbłędnie odszukał niewielkie wybrzuszenie, którego potarcie wywarło na dziewczynie piorunujący skutek. Wyprężyła się podniecona do granic możliwości. Dreszcz rozkoszy wstrząsnął jej ciałem, raz, drugi, trzeci. Demetriusz wtulał twarz między jej piersi, uparcie poruszając dłonią. Słyszał narastający w gardle Raisy krzyk, który skłaniał do zwielokrotnienia wysiłków. Jego wciąż niezaspokojona męskość mogła zaczekać jeszcze parę chwil. Teraz chciał podarować niewolnicy coś, czego długo nie zapomni.

I wreszcie to otrzymała. Potężny orgazm wstrząsnął Iliryjką. Jej krzyk przeszedł w kwilenie. Młodzieniec poczuł, jak jego dłoń aż po nadgarstek zalewają miłosne soki. Było ich więcej, niż kiedykolwiek przedtem. Zaskoczyło go to, lecz mimo to nie zaprzestawał okrężnych ruchów kciuka na łechtaczce. Kolejne strumienie rozbijały się o jego rękę. Kobiecy wytrysk, pomyślał zdumiony, nie sądziłem, że coś takiego w ogóle istnieje… Kiedy jasnowłosa osunęła się bezwładnie na koc, wycofał z niej palce i dał spokój najwrażliwszemu miejscu na jej ciele. Pochylił się, po omacku odnalazł jej twarz, złożył na wargach czuły pocałunek.

– Co… co się stało? – spytała zdezorientowana. – Ja nigdy dotąd… – W jej głosie można było wyczytać głębokie zawstydzenie.

– Nie mam pojęcia – odparł z uśmiechem – ale było bardzo ciekawie. Musimy to czym prędzej powtórzyć! Naprawdę mi się spodobało.

Miał nadzieję, że jego słowa trochę ją uspokoiły. Uniósł swe palce do ust i zlizał z nich krople wilgoci. Niemal natychmiast przypomniał sobie, jak bardzo sam jest podniecony. Najwyraźniej Raisa czytała mu w myślach, bo powiedziała już pewniejszym tonem:

– Przecież to ja miałam tobie podziękować…

– Z pewnością nie będę się temu sprzeciwiał.

– Ułóż się… wygodnie.

Uczynił tak, jak sobie życzyła. Leżał na wznak, z rozchylonymi lekko nogami i rękoma pod głową. Dłoń dziewczyny przesunęła się w dół jego brzucha, poszukując wyprężonego dumnie penisa. Kiedy go napotkała, palce zacisnęły się wokół trzonu. Demetriusz zamknął oczy. Przecież i tak nie sposób było nic dostrzec. Usłyszał, jak Raisa przesuwa się niżej, a w końcu zajmuje miejsce między jego kolanami. Ręka na jego męskości zaczęła przesuwać się w górę i w dół, na przemian wzmacniając i luzując uścisk. Spodziewał się, że lada moment poczuje usta kochanki na odsłoniętej już żołędzi, ale znów udało jej się go zaskoczyć, tym razem z premedytacją. Ucałowała wewnętrzną stronę jego uda, nieco poniżej pachwiny. Sunęła po wrażliwej skórze to wargami, to językiem. Drugą ręką objęła mu jądra. Delikatność, z jaką je pieściła, współgrała z lekkimi, niemal ledwo wyczuwalnymi pocałunkami. Westchnął, czując, że jego żądza jeszcze się nasila, a członek zaczyna pulsować.

Pocałunki przeniosły się na drugie udo. Obie dłonie pracowały usilnie na męskości Falerończyka. Szarpnął niespokojnie biodrami. Iliryjka zadawała mu arcyprzyjemne katusze. Zupełnie jakby sprawdzała, jak mocno uda jej się go rozpalić, nim w końcu ugasi płomień swą własną wilgocią. Spomiędzy warg Demetriusza wyrwał się jęk, a potem prośba. Nie rozkaz – nie miał siły, by go wydać. Poprosił więc dziewczynę, by dała mu to, czego pragnie ponad wszystko inne.

Podniosła się i ukucnęła nad jego biodrami. Wciąż trzymając penisa w dłoni, nakierowała go na siebie. Żołądź zanurzyła się w rozkosznie mokrą ciasność. Raisa dyszała cicho, osuwając się w dół, pochłaniając go coraz łapczywiej. W końcu jej łono przywarło do podbrzusza młodzieńca. Ręce wsparła na jego torsie. Na krótką chwilę zastygła w bezruchu, dzięki czemu zdołał odnaleźć w ciemnościach jej piersi. Zagarnął je i zamknął na nich dłonie. Były tak miękkie i jędrne zarazem… Różowe brodawki – bez trudu wyobrażał sobie ich widok – ocierały się o jego palce, twarde niczym pestki oliwek.

Zaczęła się poruszać – z początku powoli, nieomal leniwie. Unosiła się i opadała, wzdychając przy tym cicho, on zaś masował jej biust i lekko szczypał brodawki. Oboje wciągali w nozdrza intensywną woń spółkowania, która wypełniła namiot po brzegi. Ich podniecenie wzmagało się z każdą chwilą. Miecz Demetriusza zagłębiał się w dobrze nawilżonej pochwie Raisy, jego dłonie stawały się coraz bardziej natarczywe. W końcu złapała go za nadgarstki i odsunęła od swych obolałych już piersi. Pochyliła się do przodu, unieruchomiła mu ręce nad głową, on zaś nie próbował się wyswobodzić, choć przecież mógłby to zrobić bez większego trudu. Zamiast tego wprawił w ruch swoje biodra. Wchodził w niewolnicę szybciej i głębiej, dając upust młodzieńczej niecierpliwości.

Oddechy kochanków przyspieszyły, westchnienia stały się bardziej łapczywe. W nieprzeniknionym mroku ich biodra uderzały o siebie z coraz większym impetem. Iliryjka opuściła głowę. Jej włosy opadały teraz na szyję i twarz Falerończyka.

W pewnej chwili zapragnął zmienić pozycję. Uwolnił ramiona, chwycił Raisę za boki i nabił na siebie raz jeszcze. Jęknęła głośno, odrzuciła głowę w tył. Wysunął się z jej wnętrza i stanowczo pchnął na koc. Opadła na plecy, zaskoczona niespodziewaną stanowczością. Położył dłonie na jej kolanach i rozwarł je szeroko. Poczuła na sobie jego ciężar, a zaraz potem – jak znów wciska się w jej pochwę. Jedyne, co mogła zrobić, to przyjąć go w sobie, jednocześnie obejmując za szyję i jęcząc prosto do ucha.

Teraz to on nadawał tempo ich zbliżeniu. I nie zamierzał szczędzić sił. Piersi Iliryjki rozpłaszczyły się pod jego torsem, jej uda ocierały mu się o boki. Mocno pracował biodrami, wchodząc w nią aż po jądra. Poczuł, jak dziewczyna oburącz chwyta go za pośladki i zaciska na nich palce. Przyspieszył jeszcze, coraz gwałtowniej szukając własnej rozkoszy.

I znalazł ją głęboko między udami niewolnicy. Ostatnie sztychy były szczególnie silne. Raisa przyciągała go jeszcze do siebie, sprawiając, że wchodził w nią do samego końca. Nagłe uderzenie ekstazy wstrząsnęło jego ciałem. Wydał z siebie ochrypły krzyk i wbił się raz jeszcze. A potem niemal całkiem znieruchomiał. Drżał tylko lekko z dogasającej w nim przyjemności.

Iliryjka oddychała głęboko, odpoczywając po tym, co właśnie przeżyli. Jej dłonie przeniosły się z pośladków młodzieńca nieco wyżej. Wciąż czuła go w sobie i chciała, by pozostał tu jak najdłużej. Głaskała go po pokrytych stygnącym potem plecach, szepcząc do ucha jakieś słowa. Nie rozumiał ich, bo mówiła w swym ojczystym języku. Lecz mimo to doskonale pojmował, co chciała mu przekazać. Z wysiłkiem uniósł głowę i złożył wilgotny pocałunek na jej szyi.

– Ja też cię kocham, Raiso – wyszeptał.

* * *

Menander podniósł się z ziemi i na palcach zbliżył do namiotu. Przez chwilę nasłuchiwał. Odgłosy, które docierały z wnętrza, nie pozwalały wątpić, co się tam dzieje. W najbliższym czasie ani Demetriusz, ani Raisa nie będą go szukać. Miał co najmniej klepsydrę, by znaleźć odpowiedź na nurtujące go pytanie. Podjąwszy decyzję, energicznym krokiem ruszył w głąb obozu – w ślad za Mathaiosem.

Odnalazł go przy dużym ognisku, pośród hoplitów i towarzyszących im pornai. Młodzieniec pił wino prosto z amfory, strużki ciekły mu po podbródku oraz szyi, czerwone niczym krew. Żołnierze dopingowali go gromkimi okrzykami, a siedząca u jego boku półnaga dziwka napierała nań swym bujnym biustem. W końcu opróżnił amforę i odsunął ją od ust. Przetarł je nadgarstkiem i donośnie beknął, co wywołało wybuch powszechnego entuzjazmu.

– Nasz chłop! – ryknął któryś z wojaków. – Dajcie mu jeszcze dzban! Zobaczymy, czy z nim również sobie poradzi!

Mathaios wydawał się chętny, by podjąć i tę próbę. Poeta wolał nie czekać na jej wynik. Ukucnął obok kolegi i chwycił go za ramię.

– Chodź ze mną – szepnął mu do ucha. – Musimy pogadać.

– Nie widzisz, że jestem wśród kompanów? – odburknął tamten. – Jeśli przysyła cię Demetriusz, powiedz mu, by się pierdolił. Jeśli przychodzisz sam, siadaj z nami i pij. Znajdź sobie dziewczynę. Ale mnie zostaw w spokoju.

Chciał wyszarpnąć rękę, lecz Menander nie zwolnił uścisku.

– Pomówimy – rzekł z naciskiem. – I to na osobności. Chyba że wolisz zrobić to tutaj. Lecz słowa, które padną, mogą się nie spodobać twym nowym kompanom.

O dziwo, tym razem młodzieniec usłuchał. Strząsnął z barków ramiona nachalnej porne, odmówił przyjęcia wypełnionego winem dzbana. Wokół rozległy się jęki zawodu, lecz mimo to podniósł się i oznajmił:

– Wybaczcie, przyjaciele. Wzywa mnie strateg Demades. Wrócę do was, gdy tylko się z nim rozmówię.

Menander nie próbował prostować owej wypowiedzi. Tym bardziej że wywarła ona spore wrażenie na podpitych żołnierzach. Już nie próbowali zatrzymywać Mathaiosa. Co więcej, spoglądali na niego z większym niż przed chwilą respektem. Wielu wiedziało, że służy przy dowództwie. Nikt jednak nie wyobrażał sobie, że dyskutuje ze strategiem jak równy z równym. Niech ma swój moment dumy, pomyślał poeta. Zaraz zrobi mu się mniej przyjemnie.

Odeszli od ogniska, by zniknąć z oczu biesiadującej tam grupie. Wino zaczęło działać: Mathaios lekko się zataczał. Udali się na skraj obozu, w okolice drogi wiodącej z Pydny do Methone. Menander chciał być pewien, że nikt nie podsłucha ich rozmowy. Stanęli w mroku nocy, pod gwiazdami.

– Podczas twej kłótni z Demetriuszem coś przyciągnęło mą uwagę – przeszedł do sedna poeta. – W pierwszej chwili zignorowałem to zdanie, lecz im dłużej nad nim myślałem, tym bardziej rósł we mnie niepokój.

– O czym ty gadasz?

– Kiedy zabronił ci dotykać Raisy, zawołałeś: „Mówisz tym samym tonem co twój ojciec!” To mnie zastanowiło. Z początku tłumaczyłem sobie, że słuchałeś kiedyś Dionizjusza z Faleronu na Zgromadzeniu Ludowym i stąd znasz jego ton. Potem jednak zrozumiałem, że to głupie. Demetriusz zwrócił się do ciebie cicho i dobitnie, lodowatym głosem. Na Zgromadzeniu przemawia się głośno, udaje serdeczność i nie szczędzi retorycznych figur. Musiałeś więc słuchać głosu stratega przy innej, bardziej kameralnej okazji… Może wydał ci jakiś rozkaz albo oznajmił, czego od ciebie potrzebuje…

Mathaios zmarszczył brwi, lecz w jego oczach nie było gniewu, tylko strach.

– Nie podoba mi się twój tok rozumowania…

– W pełni to rozumiem – odparł Menander. – Bo mi też się nie podoba. Zadam ci teraz pytanie i chcę, byś odpowiedział szczerze. Czy kontaktowałeś się z Dionizjuszem za plecami jego syna?

– To oburzające oskarżenie! Nie zamierzam nawet odpowiadać…

– Odpowiesz albo mi, albo jemu. Jeśli zaraz nie usłyszę prawdy, pójdę do Demetriusza i podzielę się z nim moim podejrzeniem. Chcesz tego, Mathaiosie?

Czyniąc ową groźbę, poeta wątpił, by mogła być skuteczna. Jego rozmówca mógł przecież wszystkiemu zaprzeczyć. Sam zresztą nie miał ochoty rzucać nań oskarżeń bez żadnego dowodu. Dlatego zaskoczyła go reakcja Mathaiosa. Młodzieniec zgarbił się, jakby otrzymał cios w brzuch. Pochylił głowę, w widoczny sposób zawstydzony. A potem z jego ust wylał się istny potok słów:

– To było zimą… zaraz po wypłynięciu macedońskiej armii z Pireusu. Zaproszono mnie na spotkanie z ważną osobistością… Byłem podekscytowany, nigdy przedtem nie rozmawiałem z nikim z wyższych sfer… Okazało się, że był to sam strateg Dionizjusz. Rozmawiał ze mną stanowczo, lecz szczerze. Martwił się o syna. Dopiero co odkrył i położył kres romansowi Demetriusza z Hiperejdesem. Chciał zapobiec takim niespodziankom w przyszłości. Uchronić chłopaka przed kompromitacją, która przekreśliłaby jego przyszłą karierę. Byłem zaszczycony, że zwraca się z tym właśnie do mnie. Poza tym mogłem pomóc przyjacielowi… nawet jeśli on nigdy nie miał się o tym dowiedzieć. Do moich obowiązków należało relacjonowanie Dionizjuszowi wszystkiego, co dotyczyło jego syna. Co robi, z kim się spotyka, czy się w kimś kocha, jeśli tak, to w dziewczętach czy efebach…

Menander postanowił przerwać tę chaotyczną przemowę. Musiał ustalić szczegół, który zadecyduje o jego ocenie Mathaiosa.

– Czy brałeś za to pieniądze? Albo inną formę zapłaty?

– Z początku się przed tym wzbraniałem. Ale sam wiesz, młody człowiek w Atenach zawsze ma potrzeby… Przyjąłem raz, drugi, trzeci, weszło mi to w zwyczaj. Wciąż jednak najważniejszy dla mnie był interes Demetriusza. Naprawdę chciałem mu dopomóc… Wiesz, jaki to człowiek. Jest godzien najwyższych zaszczytów, jakie można otrzymać w naszym Mieście. Szkoda by było, gdyby postradał szansę…

Poeta cieszył się, że mrok nocy skrywa pogardę, która wykrzywiała mu twarz. Przyjaciel jego i Demetriusza okazał się zwykłym sprzedawczykiem. Szpiegiem. Płatnym informatorem. Wciąż jednak nie mógł zakończyć rozmowy.

– Czy dlatego właśnie dołączyłeś do naszego korpusu? By nadal informować Dionizjusza o poczynaniach jego syna?

– Gdy tylko Demetriusz zaciągnął się do armii, zostałem ponownie wezwany przed oblicze stratega. Nakazał mi zrobić to samo. Załatwił bezpieczne stanowisko przy dowództwie korpusu. W ten sposób nie ryzykowałem zbyt wiele, a wciąż mogłem służyć…

Nie dość, że zdrajca, to jeszcze tchórz, pomyślał Menander. Tymczasem Mathaios umilkł. Kołysał się lekko na nogach i ciężko dyszał, jak po wzmożonym wysiłku. Cisza, która zaległa między nim i poetą, przeciągała się. W końcu nie wytrzymał i zadał pytanie:

– Co zrobisz z tym, co powiedziałem?

Co mogę zrobić, zapytał sam siebie Menander. Czuł, że nie może powiedzieć Demetriuszowi prawdy. Wiarołomność przyjaciela złamałaby mu serce. I znowu, być może już ostatecznie, poróżniłaby go z ojcem. Nie było innej rady – musiał milczeć. Ale to nie znaczyło, że nie może ochraniać syna Dionizjusza.

– Zachowam twój postępek w tajemnicy – rzekł powoli, ostrożnie dobierając słowa – pod dwoma wszelako warunkami. Po pierwsze, do końca wyprawy wojennej będziesz się trzymał z dala od Demetriusza. Skoro się pokłóciliście, masz ku temu dobry powód. Nie rozmawiaj z nim, nie siadaj przy jednym ognisku, nie szukaj kontaktu. Unikaj go, gdyby sam chciał z tobą pomówić. Jeśli będzie jechał w konnej forpoczcie, ty masz być w tylnej straży. Nie muszę chyba dodawać, że nie sporządzisz już ani jednego raportu dla jego ojca. To rozumie się samo przez się.

Mathaios skinął głową.

– Po drugie, gdy tylko wrócimy do Aten, udasz się do Dionizjusza z Faleronu i powiesz mu, że odmawiasz dalszej współpracy. Niech szuka sobie innych szpicli. Oddasz mu również wszelkie pieniądze, jakie ci zapłacił i których jeszcze nie zdążyłeś wydać. Musisz zerwać wszystkie więzy, które łączą cię ze strategiem.

– Nie możesz tego żądać! Nie wiesz, jaki on jest. Jeśli wpadnie w gniew, może mi zrobić krzywdę…

– Mój warunek nie podlega negocjacjom. – Poeta był bezlitosny. – Albo stawisz czoło Dionizjuszowi, albo Demetriuszowi. Tak czy inaczej, będzie nieprzyjemnie. Ale wybór należy do ciebie. Mi już wszystko jedno.

Ostatnie zdanie nie było prawdziwe. Ale i tak wywołało pożądany skutek.

– Dobrze – zrezygnowanym tonem rzekł Mathaios. – Zrobię, jak każesz.

– W takim razie pozostaje nam się pożegnać. Zobaczymy się najwcześniej w Atenach. Bywaj!

Menander odwrócił się od człowieka, który jeszcze niedawno był mu przyjacielem i ruszył przed siebie. Nie miał więcej słów dla sprzedawczyka. Tej nocy stracił nie tylko druha, ale i sporą część wiary w ludzi. Czuł się, jakby sandałem wdepnął w łajno i w żaden sposób nie mógł pozbyć się smrodu.

Przez pewien czas błądził po obozie. W końcu zdecydował, że musi się upić. Przypomniał sobie o żołnierzach przy dużym ognisku. Może wciąż mają ten dzban wina, którym chcieli uraczyć Mathaiosa? Nigdy nie zaszkodzi sprawdzić.

Świat schodzi na psy, skonstatował poeta. Przyjaźń gnije, wszelkie wartości obracają się wniwecz. Cóż więc pozostaje? Ukojenie w winie.

* * *

Noc, która właśnie dobiegła kresu, nie była w Atenach czasem odpoczynku po ciężkiej, całodziennej pracy. Była czasem trwożliwego wyczekiwania, szlochu, błagań o litość, przepełnionych cierpieniem krzyków. Wielu spędziło ją, kuląc się z lęku w swych sypialniach, nasłuchując dobiegających z ulicy odgłosów, w każdej chwili spodziewając się, że czyjaś pięść lub drzewce włóczni zadudni w drzwi. Miasto przeczesywały patrole składające się z najemników oraz scytyjskich strażników miejskich. Zbrojni wdzierali się do domów, wywlekali z łóżek kobiety oraz mężczyzn, krępowali ich powrozami i wiedli za sobą – na akropolskie wzgórze. Nieliczni, którzy próbowali stawiać opór, byli okrutnie bici.

Po Atenach krążyły również inne bandy – złożone z ubranych w zgrzebne tuniki plebejuszy, uzbrojonych w kije, pałki i sztylety. Żołnierze i Scytowie zdawali się ich nie zauważać. Grupy mijały się bez słowa, nie wchodząc sobie w drogę. Każdy miał własne zadania. Ludzie Deimosa Półmartwego obrali sobie za cel szczególnie zamożne rezydencje metojków. Szturmowali je z uporem i odwagą, o jaką trudno było posądzać tych obdartusów. Bogacze ginęli, zatłuczeni lub przeszyci ostrzami, ich żony oraz córki gwałcono na dziedzińcach zdobytych willi, a potem podrzynano im gardła. Po dokonaniu mordu zbrodniarze ogołacali domostwa z wszelkich ruchomości, które przedstawiały sobą jakąś wartość i dały się wynieść. Do worków, które przezornie ze sobą przynieśli, trafiały srebrne monety i złote pierścienie, kolie z rubinami i brązowe statuetki przedstawiające olimpijskich bogów.

Aresztowania i zabójstwa trwały aż do bladego świtu. Gdy ten wreszcie nastał, sparaliżowane strachem Miasto odetchnęło z ulgą. Wszyscy jednak – zarówno obywatele, jak i pozostali przy życiu metojkowie – czuli, że to dopiero początek ich nieszczęść. Tym razem nie podzielili losu swych przyjaciół i sąsiadów. Lecz po słonecznym dniu znów zapadnie zmrok.

I wtedy koszmar powróci.

Pierwszą część owej strasznej nocy Dionizjusz spędził, ucztując z Meleagrem. Druga zaś upłynęła mu w łożu – w objęciach młodego i przystojnego Eneasza. Strateg z Faleronu, obecnie zaś jedynowładca Aten, do późna sycił się uległością Macedończyka. Ogarnięty szałem namiętności, raz po raz zdobywał jego szczupłe, lecz muskularne ciało, szczytował w ustach oraz między pośladkami oblubieńca. Dopiero nad ranem jego nienasycona, jak się zdawało, żądza w końcu się wypaliła. Zasnął zaraz po ostatnim orgazmie, nie zdążywszy nawet wysunąć się ze swego kochanka.

Rano obudził się w doskonałym humorze. Wiedział, jaka jest tego przyczyna – zatriumfował wszak i nad Eneaszem, i nad Miastem. Dowiódł swojej męskiej siły, zarówno w alkowie, jak i w bezwzględnym świecie polityki. Jednym potężnym ciosem zdruzgotał wszelką opozycję, która mogła przeciw niemu wyrosnąć w Atenach. Jego wrogowie znajdowali się poza obrębem Murów Temistoklesa, w Eleuzis i być może na Samos. Tych, którzy mogli stanowić wewnętrzne zagrożenie, zgładził albo wtrącił do lochów pod Akropolem. Teraz pozostało już tylko przyjęcie należnych mu hołdów oraz deklaracji lojalności. No i rozpoczęcie samodzielnych rządów.

Kochanek jeszcze utwierdził go w tym stanie ducha. Powitał Dionizjusza długim i namiętnym pocałunkiem, następnie zaczął schodzić ustami niżej – po jego torsie i brzuchu, kierując się w stronę coraz bardziej pobudzonej męskości. Spoglądając na nagie ciało młodzieńca, strateg poczuł silny przypływ pożądania. Zapragnął znów go posiąść, mocno i gwałtownie, ale Eneasz nie zamierzał oddać mu inicjatywy. Błądził teraz wargami po podbrzuszu Ateńczyka. Jednocześnie objął dłonią jego penisa i miarowymi ruchami masował trzon. Starszy mężczyzna poddał się tym zabiegom. Opuścił powieki, szykując się na nadchodzącą rozkosz. Nie spotkał go zawód. Miękkie wargi otuliły żołądź, zsuwając z niej napletek. Język pobudzał nabrzmiałe epicentrum podniecenia. Druga dłoń zeszła niżej, na jądra. Gładziła je delikatnie, co stanowiło idealne dopełnienie innych pieszczot.

Trwało to przez dłuższy czas. Dionizjusz unosił się na wzbierających powoli falach przyjemności, przyjmując wszystko, co ofiarował mu oblubieniec. To był najsłodszy z hołdów, które miano mu dziś złożyć. Oddech stratega przyspieszył, dłonie na przemian zaciskały się i rozluźniały. Jego myśli były chaotyczne i rozgorączkowane. W pewnej chwili wydawało mu się, że to nie Eneasz ssie i liże jego przyrodzenie, lecz że czynią to same Ateny. Całe Miasto, podbite i zmuszone do uległości, pochyla się nad jego podbrzuszem i obciąga mu penisa ustami swoich niezliczonych mieszkańców. Poczuł narastającą euforię. Nareszcie, po stuleciach konfliktów między demokracją i oligarchią, jego ojczyzna znowu miała króla. Niekoronowanego wprawdzie, lecz równie potężnego jak mityczny Tezeusz. Słońce znów wschodziło nad Attyką. On przywróci jej wielkość, na którą zasługuje!

Upajał się swą władzą i coraz intensywniejszymi pieszczotami. Nagle uświadomił sobie, że przecież Eneasz symbolizuje również Macedonię. Tego bękarta Hellady, na wpół barbarzyńskie państwo, niesłusznie wyniesione do rangi hegemona. A teraz owa Macedonia… Nie otwierając oczu, sięgnął ręką w dół. Chwycił oblubieńca za włosy i szarpnął biodrami, wpychając mu członek niemal do gardła. Chłopak nie był na to przygotowany, zakrztusił się i próbował cofnąć głowę. Dionizjusz mu na to nie pozwolił. W końcu przejął inicjatywę. Silnymi ruchami bioder wnikał w usta kochanka, szybko, mocno i głęboko. Ślina spływała po trzonie penisa, sklejała mu włosy łonowe. Ateńczyk nie ustawał. Macedonia również musi zaakceptować jego dominację.

 Po kilkunastu sztychach dotarł do granic ekstazy. Jego kochanek już się wtedy nie bronił. Jakimś cudem udało mu się złapać oddech. Zacisnął dłonie na udach Dionizjusza i przyjmował jego członek między wargami, które ciasno otulały to żołądź, to trzon. Był posłuszny i uległy, w pełni skupiony na dawaniu przyjemności. Strateg wyprężył się i głośno jęknął. Raz jeszcze przyciągnął głowę Eneasza ku swemu podbrzuszu. Doszedł głęboko w jego ustach. Młodzieniec przełykał pospiesznie, by znów się nie zakrztusić.

Kiedy uchwyt Ateńczyka zelżał, Eneasz uniósł głowę i spojrzał na niego. Na wilgotnych wciąż wargach błądził delikatny uśmiech.

– Jak się czujesz, panie? – zapytał cichym, dźwięcznym głosem.

– Zadowolony. Spełniony. Pełen życia – odparł Dionizjusz, unosząc powieki. – To ostatnie szczególnie mnie zaskakuje. Zwykle po skończonym zbliżeniu odczuwam jakiś nieuchwytny smutek… ale z tobą jest inaczej.

– Miło mi to słyszeć, panie. Czy życzysz sobie, bym towarzyszył ci również dzisiejszej nocy?

– Nie życzę sobie, byś opuszczał mnie nawet w dzień – strateg westchnął i wsparł się na łokciu. – Niestety, wzywają mnie obowiązki niecierpiące zwłoki. Ktoś musi rządzić tym przeklętym miastem.

– Szczęśliwe są Ateny, mając ciebie za władcę.

Władca Aten, powtórzył w myślach Dionizjusz. Dwa tak miło brzmiące słowa. Uniósł rękę, pieszczotliwie przesunął dłoń po policzku młodzieńca.

– Będę niecierpliwie wyczekiwał zmierzchu, Eneaszu.

– Ja również, panie. Ja również.

Przejdź do kolejnej części – Opowieść helleńska: Demetriusz XXXI

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobry wieczór,

trwało to nieco dłużej niż zwykle, ale w końcu jest – jubileuszowy, 30 rozdział przygód Demetriusza z Faleronu! Fabuła, zazwyczaj skupiona w Atenach, teraz rozdziela się na kilka równoległych wątków. Zbliża się wojna. Konflikt o rządy w Atenach wchodzi w nową fazę.

Dziękuję Arei Athene, która doprowadziła ten tekst do obecnego, bardzo zadowalającego mnie stanu. No i zapraszam do lektury! Ciąg dalszy obiecuję dać w maju.

Pozdrawiam
M.A.

No, przyszedł zajączek na święta! I to jaki!
Ciekawi mnie, jak poprowadzisz wątek Filony i co stanie się z Raisą i Demetriuszem.
Eileen

Mam nadzieję, że zajączek przypadnie do gustu 🙂 Wprawdzie żaden z wątków, o których wspomniałaś nie znajduje tutaj rozstrzygnięcia, ale powoli w tę stronę zmierzamy.

Pozdrawiam
M.A.

No, udało się :), obiecałem, że nadrobię zaległości i poczyniłem pierwsze kroki. Na pierwszy ogień poszła najnowsza część i muszę przyznać, że jestem zaskoczony. Moja wizja "Opowieści…" upadła. Bardzo dobrze się czyta. To o czym wspominałem Ci ostatnio zupełnie się nie potwierdziło. Nie wiem jeszcze jak inne części (przyjdzie na to czas jeszcze), ale tą czyta się jak coś z gatunku przygody, szpiegostwa i polityki. Naprawdę jestem pełen uznania i cofam to co twierdziłem wcześniej. Co mi się bardzo spodobało to to, że pomimo tego, że było to pierwsze opowiadanie z tej serii, które przeczytałem, to bez problemu się w nim połapałem. Wydarzenia, które pojawiły się we wcześniejszych seriach, a tu miały ciąg dalszy zostały w taki sposób przedstawione, że ma się pewien spójny obraz tego co było wcześniej. Czekam z niecierpliwością na kolejne, a do tego czasu będę zapoznawał się z wcześniejszymi częściami (o ile czas pozwoli, bo u mnie doba ma niestety tylko 24 godziny).

Witaj, Smoku!

Cieszę się, że Opowieść helleńska zyskała sobie nowego Czytelnika 🙂 Chciałbym jednak zasugerować, że najlepiej poznaje się ją od początku do końca. Poszczególne cykle (pierwszy, "kassandryjski", "Tais", "Demetriusz" oraz "Blondynka", czyli samodzielne opowiadanie poświęcone Likajnie) są ze sobą powiązane i uzupełniają się wzajemnie. Bohaterowie z jednych pojawiają się w drugich. Wynikają z tego niespodziewane spotkania i niecodzienne sytuacje. Myślę, że najwięcej wyciągniesz z tej historii, jeśli będziesz szedł wskazaną przeze mnie ścieżką. Choć oczywiście wybór należy do Ciebie 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Tak też myślałem. Nie myślałeś o napisaniu opowiadania o budowie szkatułkowej? Próbowałem kiedyś czegoś takiego, ale umiejętności wtedy nie pozwalały. Teraz znowu za mną to chodzi, po podobnie jak Ty piszę serię opowiadań (choć nie tak rozbudowaną, jeszcze :D) i wydaje mi się, że od czegoś takiego do budowy szkatułkowej to już niedaleka droga i podobne umiejętności. Można wtedy popłynąć i stworzyć opowiadanie na wielu poziomach quasi-rzeczywistości.

Przyznam, że tworzenie narracji szkatułkowej to coś, co jest dopiero przede mną. Może się za to zabiorę, na razie jednak mam do dokończenia całkiem sporą opowieść prowadzoną w miarę tradycyjnymi sposobami 🙂 Choć i tutaj czasem bawię się czasem akcji, skaczę w przód i w tył. No, ale daleko temu do szkatułki.

Pozdrawiam
M.A.

Na dobrą sprawę, Megasie, właśnie coś takiego stworzyłeś 😉
Eileen

Niezupełnie, Eileen. Zgadzam się, że Opowieść helleńska to rzecz narracyjnie bardzo rozbudowana. Jest tu co najmniej kilkadziesiąt postaci, które wchodzą w różnorodne interakcje. Fabuła rozgrywa się w kilkunastu miejscach i dość często ociera się o wielką historię. Ale przy tych wszystkich zastrzeżeniach, konstrukcja tego cyklu jest dość konserwatywna. Kolejne sceny zazwyczaj umieszczone są na kontinuum czasowym, 3-osobowy narrator jest zazwyczaj wiarygodny. Staram się, by mimo wszystkich komplikacji historia ta była zrozumiała. Powieść szkatułkowa ma inną, bardziej wywrotową konstrukcję. Dąży do tego, by zmylić Czytelnika, wprowadzić go w stan konfuzji. Zawiera opowieści w opowieściach, a także sytuacje opisane z perspektywy niewiarygodnego narratora (który myli się, przedstawia swój punkt widzenia, kłamie), czasem konfrontując go z innym niewiarygodnym narratorem. To dużo bardziej skomplikowana całość. Może kiedyś się za to wezmę, bo jest to pasjonujące wyzwanie. Ale jeszcze nie dziś, ani nie jutro 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Może wyjdę na kompletną ignorantkę, ale wydaje mi się, że powieść-szkatułka to opowieść w opowieści, a na myśl przychodzi mi "Rękopis znaleziony w Saragossie" Potockiego i np. opowieść Paszeki, który zaryczał straszliwie itd… Ale zgadzam się ze Smokiem. Jeśli którykolwiek z Autorów NE jest w stanie stworzyć szkatułkę, to tylko Megas Alexandros.

A ja, na podstawie udostępnianych mi do korekty tekstów (nie tylko erotycznych) pokuszę się o stwierdzenie, że jeszcze przynajmniej dwóch, jeśli nawet nie trzech Autorów spośród naszego grona by to potrafiło.
Alex najpełniej dotychczas pokazał natomiast, jak wielowątkową i wielopłaszczyznową opowieść jest w stanie stworzyć, prowadząc spójną narrację i pewnie poruszając się w wykreowanym przez siebie świecie. Już nie mówiąc o tym, jak bardzo przez te lata (cztery czy nawet pięć, jeśli się nie mylę) ten świat rozwinął i udoskonalił. Dla mnie naprawdę fenomen…

Dobry wieczór,

zgadzam się z Artimar – ja w żadnym razie nie tworzę opowieści szkatułkowej (so far). Natomiast podobnie jak Miss.Swiss uważam, że jest tu co najmniej kilku Autorów zdolnych do skonstruowania takiego tekstu. Mnie na razie bardziej interesuje tworzenie barokowej fabuły niż tworzenie konstrukcyjnych zagadek. Ale znając skłonności niektórych Koleżanek i Kolegów do eksperymentowania, nie zdziwiłbym się wcale, gdyby na NE pojawiła się za jakiś czas taka właśnie szkatułka 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Spieszę nadrabiać zaległości 🙂

Również uważam że powieść szkatułkową jest w stanie napisać co najmniej kilka osób. Megas Alexandros w swoich Opowieściach używa dużo interakcji, powiązań, łączy fakty, bohaterów i zdarzenia i pewnie stąd przeświadczenie że tylko On mógłby napisać szkatułkę ;).Zapewniam Cię Droga artimar, że jeśli wczystasz się w naszego bloga zobaczysz grono autorów, które również lubi bawić się w tworzenie zawiłych historii ;).

A wracając do komentowania tekstów a nie typu opowieści:

W jubileuszowej części najbardziej podobał mi się Menander i jego wnikliwa analiza zachowania Mathaiosa. Rozgryzł go niczym detektywi z CSI ;). Tyrania Dionizjusza przybiera na sile. Filona kombinuje z Lizandrem jak zemścić się na człowieku uważającym się za wcielenie boga. Aratos, który jednak żyje zastanawia się jak wydostać Korrinę z Aten, nękanych przez Dionizjusza, Na tle tych poruszających wydarzeń spotkanie Demetriusza i Raisy wydaje się idyllyczne, wzięte z innego świata, w którym wszyscy są szczęśliwi, panuje miłość i brak w nim jest zagrożeń.

Witaj, Daeone!

Długo szukałem pomysłu, jak zdemaskować Mathaiosa i ten wydał mi się najwłaściwszy. Przy okazji Menander mógł błysnąć swym analitycznym umysłem. Co do Dionizjusza – ciekaw jestem, jakim byłby władcą, gdyby nie przejścia ostatnich miesięcy. Dwa razy próbowano go zamordować, za pierwszym razem poległ jego ulubiony niewolnik Kleantis, który zasłonił go własną piersią. Za drugim razem niewolnica Kleopatra, również będąca jego faworytą, wypiła przeznaczony dlań kielich trucizny. Te przeżycia jeszcze umocniły jego bezwzględność i odebrały mu resztki łaskawości. Można powiedzieć, że swoimi atakami agenci Olimpias stworzyli tyrana.

A co do idyllicznego wątku Demetriusza i Raisy… cóż, George R.R. Martin w takich chwilach donośnie rechocze. Ja uśmiechnę się tylko złowieszczo 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Alexandros uśmiecha się złowieszczo – no, cóż, na kartach Opowieści Helleńskiej niewielu bohaterom dane jest trwałe szczęście, życie też jest krótkie i często pełne cierpienia.
Tak więc nie zdziwi mnie, gdy i tej parze, Raisie i Demetriuszowi, nie będzie ono dane… ale na razie nie ma co uprzedzać faktów i pomysłów Autora, ja tylko tak sobie myślę, że w Mathaiosie Raisa ma teraz zagorzałego wroga…

Ponieważ Demetriusz i Raisa są parą od dawna, dla mnie duetem o wiele gorętszym są Filona (od dawna moja czarnocharakterna ulubienica) i Lizander i cieszę się z ich obecności w OH. Swietne sceny – zresztą, gdzie jest Filona na pewno nie będzie nudno. No, oprócz zawartości tego naczynia… ale co kto lubi…

Troszkę brakuje mi wieści o rezolutnej Korinnie i scen z udziałem jej i zmysłowej Ismeny… ale mam nadzieję, że Autor jeszcze ich nie poskąpi, zanim zamknie wszystkie wątki.

Ja nadal nie wiem, jaki finał M.A. przewiduje dla swoich bohaterów, jedyne, co podejrzewam, to wątek Dionizjusza… jakoś mam wrażenie, że brnie w ślepą uliczkę i to się dobrze nie może skończyć…
Ciekawam bardzo co z Kritiasem, co z Korinną – ale o tę ostatnią boję się pytać:-)

Jak zwykle trzymająca w napięciu i doskonale napisana część, czekam na to teraz, czy moje teorie się potwierdzą, czy też zostanę zaskoczona rozwojem akcji.

Witaj, Miss!

To prawda, że życie w Opowieści helleńskiej jest ciężkie i nierzadko kończy się bardzo wcześnie. Starałem się w ten sposób oddać niepewność antycznej egzystencji. Nie bez powodu to właśnie wtedy narodził się stoicyzm, filozofia pogodzenia się z nieuniknionym. Wprawdzie niewielu moich bohaterów wyznaje tę filozofię, dzięki czemu wciąż walczą o swoje miejsce w świecie, ale to już inna kwestia…

W następnym rozdziale pojawi się zarówno Filona, jak i Lizander, więc powinnaś być ukontentowana 🙂 Tym bardziej, że pokażę co nieco z ich podstępnego planu rozprawy z pewnym samozwańczym synem Apollina…ale nie mówię już nic więcej! I tak zrobił się zbyt duży spoiler…

No, to może jeszcze jeden 🙂 Zgadzam się w pełni, że wątek Dionizjusza nie może się dobrze skończyć – albo dla niego, albo dla Aten. I na tym naprawdę już kończę spoilowanie własnej Opowieści… tak więc pozostaje mi tylko poprosić o odrobinę cierpliwości (nowy rozdział nadchodzi wielkimi krokami) i mieć nadzieję, że uda mi się ponownie nie zawieść 🙂

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

A mnie zaskoczyła w tej części Raisa. Pokazała lwi pazur, zyskując uznanie Demetriusza, ale też i wroga. Może niezbyt odważnego, ale za to zawistnego. Z pewnością za swoje wszystkie upokorzenia winić będzie właśnie Raisę, bo tak najłatwiej i na niej może odważy się mścić… I, oczywiscie, czekam na wątek upadku Kritiasa.

Bądź cierpliwy, Neferze!

Ktoś taki jak Kritias nie może upaść szybko. To musi być proces rozpisany na wiele scen, a może nawet aktów 🙂 A co do Raisy… cóż, okazała się mieć całkiem spory temperament. Nie tylko w łóżkowych zapasach.

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz