Pan Samochodzik i Złoty Orzeł III (seaman)  3.06/5 (32)

19 min. czytania

Dwaj mężczyźni pojawili się w mieszkaniu Marty trochę później, niż zapowiadał Adam. Całe dwie godziny później. Wyglądało na to, że coś między nimi zaszło, bo obydwaj weszli z zachmurzonymi minami. Nie reagując na pytające spojrzenie dziewczyny, Adam rzucił dwa słowa na pożegnanie i wybiegł, jakby goniło go sto diabłów. Pan Tomasz z kolei, gdy tylko Dobrzański znikł za drzwiami, wyraźnie się ożywił i poweselał. Do tego stopnia, że wydusił z siebie pozbawiony złośliwości komplement na temat wyglądu Marty, po czym z uśmiechem przystał na ofertę kawy.

Wyglądał dużo lepiej. Ogolony i z przystrzyżonymi włosami, sprawiał wrażenie wypoczętego i ponownie ucywilizowanego. Miał na sobie modnie skrojony, jasnoszary garnitur i bladobłękitną koszulę. Marta nie musiała pytać, domyśliła się, że Adam zajął się odświeżeniem garderoby i wizerunku Pana Samochodzika. Mężczyzna jakby odmłodniał, nie spuszczał już głowy jak przy pierwszym spotkaniu, nie unikał wzroku dziewczyny.

Marta szybko spieniła mleko i po chwili postawiła dwie filiżanki z aromatycznym cappucino, siadając po przeciwnej stronie stołu.

– Co się stało? – spytała, słodząc kawę. – Czemu byliście tacy… spięci?

Tomasz ostrożnie upił łyk i przymknął oczy. Milczał przez chwilę, dziewczynie wydawało się, że zastanawia się nad odpowiedzią.

– Nie chcę być niekulturalny – odparł po chwili. – Niestety nie potrafię za dobrze kłamać, więc powiem tylko, że wynikła pewna różnica zdań. Jako dżentelmeni nie pozwolimy oczywiście, by stanęła ona między nami jak ta kość niezgody – mrugnął z lekkim uśmiechem – ale pozwolę sobie przemilczeć powód owej różnicy. Proszę wybaczyć, ale tak chyba będzie najlepiej.

Marta westchnęła ciężko. Wszyscy mamy sekrety, pomyślała.

– Dobrze – zgodziła się. – Ale tylko dlatego, by nie zepsuć smaku kawy.

– Nad wyraz smakowitej – podchwycił Nowicki. – Parzy pani kawę równie dobrze, jak urządza mieszkanie.

– Cieszę się, że odzyskał pan wigor. Ostatnio nie wyglądał pan… najlepiej.

– Cóż, każdy miewa słabszy dzień, prawda? – rzucił, patrząc na nią znad filiżanki. – Poza tym, wraz ze starością człowiek nabywa prawo, które utracił dorastając. Prawo do szczerości.

– Której panu zabrakło, by powiedzieć mi czemu pokłóciliście się z Adamem – zauważyła kąśliwie.

– Ależ dokładnie na odwrót – odparł swobodnie. – Powiedziałem szczerze. Nie chcę pani okłamywać, a z drugiej strony uważam, że lepiej będzie, jeśli nie powiem wszystkiego. Bycie szczerym nie oznacza braku dyskrecji.

– Ach, dyskrecja – mruknęła. – Mężczyźni są dyskretni jedynie, jeśli chodzi o kobiety.

Zerknął na nią z zaciekawieniem.

– Powiem tylko, że trafiła pani w sedno. W pewnym sensie rozmawialiśmy o pani. I proszę nie pytać o nic więcej. Będę milczał jak grób.

– Tak, pamiętam – westchnęła. – Dżentelmeńska umowa.

– Coś w tym stylu.

Zła była na Adama, że nie porozmawiał z nią przed wyjściem. Nie wiedziała, co zdążył już powiedzieć panu Tomaszowi. Miała wrażenie, że będzie musiała brnąć po omacku, starając się wyczuć nastawienie dawnego kustosza. Zgodził się im pomóc, to prawda. Ale co go do tego skłoniło? Czym się kieruje? Chęcią zemsty? Czy mogą mu zaufać na tyle, by móc z nim otwarcie rozmawiać? Otwarcie, dobre sobie, pomyślała z drwiną. Zresztą, nie mam wyboru, Batura chce mieć Nowickiego na miejscu wymiany tak, czy inaczej.

– Jak się panu podoba pański garnitur? – spytała, zmieniając temat. Chciała wygonić z głowy niewesołe myśli. – Dobrze na panu leży.

– Ach, dziękuję – uśmiechnął się szeroko. – Nie spodziewałem się już, że młoda kobieta skomplementuje mnie za wygląd. To pan Adam… – mężczyzna zawahał się na moment. – Ten człowiek ma nie lada koneksje. Pod tym względem może zaimponować takiemu emerytowi, jak ja. Nie mam pojęcia, ile kosztuje taki strój, ale sądząc z wyglądu sklepu, na pewno niemało. Nie widziałem jednak, by ktokolwiek płacił komukolwiek za cokolwiek. Że się tak wyrażę.

Marta wzruszyła ramionami.

– Tu, powiem szczerze, nie jestem w stanie nic powiedzieć. Mimo, że jesteśmy razem, to nie za dużo wiem o tym, jak zarabia na życie.

– Jesteśmy razem – westchnął Nowicki. – Jaki ładny kolokwializm. Cóż, świat idzie do przodu, narzeczeństwo wymarło jak pozostałe dinozaury.

– Proszę nie robić z siebie starego dziada – rzuciła, nim zdążyła ugryźć się w język. Ale w tym stroju, z twarzą rozjaśnioną uśmiechem, Pan Samochodzik wyglądał na młodszego o dziesięć lat i na chwilę zapomniała, że jest już pięćdziesięcioletnim mężczyzną.

– Ale ja właśnie nim jestem – odparł cicho mężczyzna. – Starym dziadem.

– Absolutnie nie – zaprotestowała, chcąc zatrzeć ślady własnej gafy. – Gdyby pan nim był, już dawno zasnęłabym z nudów. A pan razem ze mną. Zamiast tego, prowadzę z panem interesującą konwersację przy pysznej kawie.

Podziękował jej skinieniem głowy. Spojrzał przez okno.

– Wie pani co? – spytał po chwili, obracając głowę w jej stronę. – Jeśli naprawdę nie jestem takim dziadem, to proszę pozwolić zaprosić się na spacer. Coś w rodzaju randki. Chcę coś pani pokazać.

Zgodziła się bez chwili wahania. Zaczynała lubić tego człowieka.

***

Powoli szli ulicami Warszawy, ciesząc się ciepłymi promieniami słońca. Metamorfoza Pana Samochodzika zakrawała wprost na cud; Nowicki cały czas mówił, z rzadka dopuszczając Martę do głosu. Opowiadał o znajomości z Baturą, co na początku lekko usztywniło dziewczynę. Po chwili rozluźniła się, gdy zorientowała się, że starszy mężczyzna nie zadaje pytań, a sam mówi, jakby chciał coś z siebie wyrzucić. Długo rozpamiętywał okres studiów podczas których obydwaj byli niemal przyjaciółmi.

– Na każdym kroku rywalizowaliśmy, lecz wynikało to raczej z jego postawy. Mi nie zależało tak bardzo na byciu najlepszym. On musiał. Jeśli nawet nie dążył do pobicia wszystkich, musiał zatryumfować nade mną – mówił Nowicki. W jego opowieściach wyczuwała może nie szacunek dla późniejszego rywala, ale na pewno nutę nostalgii. Zaprawioną odrobiną zazdrości.

– On zawsze miał wszystko. Nie wspominał o rodzicach, to nie oni fundowali mu studia czy modne ubrania, którymi zdobywał dziewczyny. – Pan Samochodzik zamyślił się na chwilę. – Nie chodziło tylko o ubrania. Zawsze był swobodny przy kobietach, w tym bił mnie na głowę – uśmiechnął się lekko. – Ja… nauczyłem się tego dużo później. I chyba dlatego, że za młodych lat nie miałem takiego powodzenia jak on, w dorosłym życiu, jakby gwoli wyrównania rachunków, zawsze podobałem się młodszym koleżankom. Nie wiem, może była to tylko kwestia postrzegania mnie jako pewnego rodzaju mentora… Nie to, żebym się przechwalał, ale bywały chwile, kiedy tak mnie postrzegano. – Zerknął na Martę, która nie wiedzieć czemu poczuła rumieniec na policzkach. – Ale nie o tym mówiłem. O Baturze. Już jako student był bardzo… zaradny. Wtedy tak o nim myślałem. Potem zrozumiałem, że już na uczelni poznał ludzi, którzy żyli na bakier z prawem. A to chyba zawsze go pociągało.

Zamilkł na chwilę.

– Z tego, co wiem, wiele razy krzyżowaliście szpady – podjęła dziewczyna. Ten pełen rywalizacji układ, jaki przez wiele lat panował między obydwoma mężczyznami, bardzo ją interesował.

– O, jak miło to pani ujęła – pochwalił Nowicki. – Tak, wiele razy. Nie ukrywam, kilka z naszych spotkań zakończyło się dla niego nieprzyjemnie. Udało mi się popsuć mu szyki raz czy dwa. Ale on zawsze dążył do konfrontacji ze mną. Przecież mógłby zająć się czymś innym. Porzucić poszukiwanie dzieł sztuki i uniknąć kolejnego spotkania. Traktował to jako swoiste wyzwanie.

– Czy kiedykolwiek pan przegrał?

Pan Samochodzik wykrzywił usta w niewesołym grymasie.

– Nie chodzi o to, by wygrywać bitwy. Liczy się wiktoria na wojnie – stwierdził nostalgicznie. – A to zwycięstwo bez dwóch zdań przypadło jemu.

Szli bez słowa, pogrążeni w zamyśleniu.

– Cóż, jedno muszę mu przyznać – podjął po chwili mężczyzna. – Batura na pewno posiada lepsze zdolności adaptacyjne.

– Jak znalazł się pan w tym mieszkaniu na Pradze?

– Och, po prostu je wynająłem. To nie jest takie trudne, moje dziecko – mrugnął do niej porozumiewawczo. Sapnęła z oburzenia. – Dobrze, dobrze. Pax. Wie pani, pewne zmiany zachodzą bardzo powoli, niemal niezauważalnie. Oczywiście, Okrągłego Stołu nie przegapiłem. Ale potem… wydawało mi się, że przecież nie mam się o co martwić. Jestem tylko zwykłym historykiem sztuki. Detektywem–amatorem. Wiadomo, żyłem z posady państwowej, wiele razy przekazywałem milicji przestępców, lecz byli to zwykli złodzieje, źli ludzie z każdego punktu widzenia. Bez względu na to, po której stronie owego stołu się siedzi.

Zamilkł na moment.

– Chyba grubo się pomyliłem. Nagle władza się zmieniła i okazało się, że mój długoletni przyjaciel i przełożony jest człowiekiem starego systemu. Odwołano go na dwa lata przed emeryturą, co złamało w nim to wszystko, co w człowieku najlepsze. W atmosferze upokorzenia i z piętnem konfidenta został odstawiony na taką bocznicę, że niedługo później postanowił, że nie chce żyć. Tak ja na to patrzę. Byłem na jego pogrzebie. Smutny moment. – Marta wyczuła żal w głosie swojego rozmówcy. – Cóż, taki los. Kilka miesięcy po dymisji Marczaka przypomnieli sobie o mnie. Okazało się, że ja też jestem konfidentem bezpieki. Że gdzieś tam istnieje jakaś teczka z moim nazwiskiem.

Zerknął na dziewczynę, która z uczuciem wstydu wpatrywała się przed siebie. Teraz też ma pan taką teczkę, pomyślała. Choć nie wynika z niej, że jest pan donosicielem, to jednak ona istnieje. Zastanowiła się nad zawartością własnego dossier, które na pewno powstało i posłużyło Sporowskiemu do wybrania właśnie jej do tego zadania.

– Potem sprawy potoczyły się bardzo szybko – głos Nowickiego przerwał tok jej myśli. – O wiele łatwiej toczyć się w dół zbocza, niż wspinać na nie. Zanim się zorientowałem, byłem już bez pracy i z plamą na życiorysie. Wprawdzie kilka lat później człowiek, który odpowiadał za zwolnienie Marczaka i moje, stracił władzę, ale ja… byłem skończony. Nie było dla mnie pracy. Przynajmniej takiej, jaką zgodziłbym się wykonywać. A dalej… samo poszło. Na Pradze mają bardzo dobre ceny za wynajem. Choć okolicę odradzam. Bardzo osobliwy mikroklimat, nie wszystkim odpowiada.

– Żałuje pan? Że nie potrafił się przystosować tak, jak Batura? – spytała Marta.

Pokiwał głową w zamyśleniu.

– Chyba nie do końca. Chociaż żałuję wielu rzeczy – odparł. – Zresztą, nie miałem najmniejszych szans w rywalizacji z Baturą w nowej rzeczywistości. Nagle okazało się, że oprócz bycia paserem dzieł sztuki i przemytnikiem współpracował z z bardzo wpływowymi ludźmi z opozycji. Komuś wywiózł rodzinę podczas stanu wojennego, innemu pomagał podczas odsiadki w komunistycznym więzieniu. – Pan Tomasz wzruszył ramionami i wyraźnie weselszym głosem dodał: – Zaskakujące jest to, jak czasem złe postępki łatwo przekuć na czyny godne pochwały.

– Myśli pan, że to nieprawda? Te historie o pomocy, jakiej Batura udzielał ludziom podziemia?

– Nie – zaprzeczył żywo. – Jestem pewien, że tak postępował. Powstaje jednak pytanie: dlaczego? Czym się kierował? To był przecież bardzo ryzykowny i, według tamtejszych realiów, mało opłacalny interes. Czy widział dalej, niż my wszyscy? Czy już wtedy potrafił dostrzec upadek muru w Berlinie? Czy też po prostu lubi ryzyko?

Nie znała odpowiedzi na te pytania. Zastanawiała się nad czymś innym. Ze zdziwieniem stwierdziła, że, podobnie jak Batura, Pan Samochodzik wciąż czuł jakąś więź, łączącą go z dawnym przyjacielem, a późniejszym przeciwnikiem. Czy to świadomie, czy nie, obydwaj zdawali się przez cały czas mierzyć własne sukcesy i porażki, porównując je do osiągnięć i klęsk tego drugiego. Tym bardziej gorzka musiała być nowa rzeczywistość dla Nowickiego. I tym ciekawsze i bardziej zastanawiające były motywy, jakimi kierował się Batura. Czy chciał wyciągnąć swego arcywroga z niebytu, by go ostatecznie pogrążyć, wplątując w nielegalny handel numizmatycznymi bibelotami? Z drugiej strony, co kierowało Nowickim, że przystał na udział w tym całym bałaganie? Czyżby kusiła go myśl, że utrze nosa temu, który wbrew wszelkim przesłankom zatryumfował w ich rywalizacji? A może miał jakieś inne powody?

Do Marty zaczęło docierać, że być może wplątała się w zbyt poważną aferę. Muszę uważać, by nie zostać na końcu z ręką w nocniku, pomyślała. Żeby oni wszyscy nie zostawili mnie na końcu samej, rzucając na stos powszechnego potępienia, przy okazji załatwiając jakieś własne rozrachunki, pomyślała,

A jednak… idący obok niej mężczyzna wydawał się niezdolny do jakichkolwiek dwulicowych knowań. Wprawdzie twarz Nowickiego pocięły bruzdy zmarszczek, tak często oznaczających zmartwienia i ból, wprawdzie odnalazła go niemal na dnie, jednak czuła, że wszyscy mogą kłamać, ale nie Pan Samochodzik. Już otwierała usta, chcąc zapytać Tomasza, dlaczego do niej zadzwonił, zgadzając się na całą tę kabałę, gdy ten, nieświadomy rozterek dziewczyny, uniósł raptownie rękę.

– O! – wykrzyknął radośnie, wskazując ciemnoszary budynek, stojący w głębi jednego z wielu okolicznych podwórek. – Jesteśmy na miejscu.

– Warsztat samochodowy? – zdumiała się Marta. – O co tu chodzi?

***

Pan Tomasz przywitał się serdecznie z pomarszczonym, siwowłosym staruszkiem, pracującym w warsztacie.

– Pan Henio – przedstawił go Marcie, po czym poprowadził dziewczynę na zaplecze zakładu. Stało tam kilka samochodów, każdy z nich w innym stadium rozkładu. Z tyłu, za nimi, znajdował się jeszcze jeden pojazd, przykryty zakurzoną, burą plandeką. Jeszcze zanim Pan Samochodzik zamaszystym ruchem ściągnął gruby materiał, Marta domyśliła się, co pod nim ukryto.

– Pańskie auto – szepnęła, ze zdumieniem przyglądając się dziwacznemu wehikułowi. Kanciasta konstrukcja, kształtem przypominająca łódź, obleczona była ciemnym, niemal czarnym materiałem, który w wielu miejscach popękał lub został rozdarty. Składany, brezentowy dach był postawiony, a przez zakurzone, brudne szyby nie sposób było dostrzec jego wnętrza. Jednak dziewczyna doskonale wiedziała, że tego samochodu nie należy oceniać po wyglądzie. – Myślałam, że to tylko legenda…

Mężczyzna uśmiechnął się z błyskiem smutku w wyblakłych oczach.

– Wiele z tego, co przeżyłem, wydaje się legendą. Mi też, zwłaszcza teraz. Ale nie on. – Pogładził ciemny materiał powolnym, niemal pieszczotliwym ruchem. Jak kobietę, pomyślała młoda dziennikarka. Albo przyjaciela, poprawiła się po chwili. – Nie on. Jeśli cokolwiek z tego, co przeżyłem, było prawdą, byłem tam razem z nim.

Marta rzuciła mu długie spojrzenie.

– Co się stało? Czemu pański samochód stoi tutaj? W takim… stanie? – spytała po chwili.

Wzruszył ramionami. Jego dłoń nadal spoczywała na kanciastej krawędzi nietypowej karoserii. Jakby się stęsknił, przemknęło dziewczynie przez głowę.

– Syndrom siedmiu chudych lat, jak sądzę – mruknął. – Nie miałem już stałych dochodów, nie byłem w stanie utrzymywać go w należytym stanie. Zaczął się starzeć, a ja nie mogłem zapewnić mu odpowiedniej opieki. Przeglądy, części; wszystko kosztuje. A mnie nie było na to stać – dorzucił z goryczą. – Nie wiem, czy zauważyłaś, ale od jakiegoś już czasu tkwimy w szponach kapitalistycznych wyzyskiwaczy. Bez odpowiedniej ilości gotówki nie jesteś w stanie zrobić niczego. Henryk, przyjaciel z dawnych czasów, zajmował się samochodem tak długo, jak były pieniądze. Potem nie mogłem już nawet wykupić go z warsztatu… Na moje szczęście zgodził się przetrzymać auto do momentu, w którym będę mógł je odebrać. Kiedyś to zrobię. A potem wymienię te wszystkie części, które należy wymienić. – Powoli, z czułością, dotknął jednego z rozdarć. – Naprawię to, co trzeba. I zabiorę go na przejażdżkę. Powoli, bez pośpiechu. Jak należy.

Marta milczała. Zamarła, bojąc się wykonać najmniejszy ruch, jakby w ten sposób mogła rozbić w drobne kawałki marzenie tego siwiejącego, dojrzałego mężczyzny. Nie wiedziała, jak długo tak stali, każde z nich pogrążone we własnych myślach, aż w końcu Nowicki drgnął, chowając dłoń w kieszeni spodni. Spojrzał na dziewczynę z przestrachem, jakby bał się, że ta go wyśmieje.

– Tak zrobię – rzucił sucho, po czym powoli nasunął plandekę na samochód. Urzekła ją delikatność tego gestu, który skojarzył jej się z opiekuńczością matki, przykrywającej śpiące dziecko. Miała szczerą nadzieję, że uda mu się wypełnić złożoną dziś obietnicę. Kiedyś, najlepiej jeszcze w tym życiu, westchnęła z duchu.

***

– Właśnie dlatego się zgodziłem.

Milczeli przez dłuższy czas, wracając piechotą do mieszkania Marty. Pierwszy ciszę przerwał Pan Samochodzik.

– Widzi pani, to jest dla mnie szansa – ciągnął cicho, wpatrując się w ciemniejące niebo. – Mam nadzieję, że dzięki tej monecie uda mi się odnaleźć swoje miejsce na ziemi.

Zerknęła na niego pytająco. Nie zwracał na nią uwagi, pogrążony we własnych myślach.

– Nie chodzi mi nawet o Baturę. Jego nazwisko oznacza jednak, że faktycznie coś jest na rzeczy. Ten człowiek nie angażowałby się w niepewny interes. Istnieje więc podstawa podejrzewać, że chodzi o oryginały.

Wzruszył ramionami. Rzucił dziewczynie krótkie spojrzenie.

– Nie chodzi mi o odegranie się na Waldemarze – powtórzył. – Nie obwiniam go za swoje niepowodzenia. Nie porównuję się z Baturą, prezesem potężnej fundacji. Mam tylko nadzieję, że moje siedem chudych lat dobiega właśnie końca. Jeśli rzeczywiście na stole pojawią się prawdziwe Double Eagle… chociaż jedna sztuka… to mogę dzięki niej odzyskać dobre imię. Odrobinę zależy od pani, nie ukrywam.

– Ode mnie? – zdziwiła się Marta. Czyżby wiedział? Przemknęło jej przez głowę.

– Wiem, dlaczego pani się w to zaangażowała. – Jego słowa zdawały się potwierdzać jej obawy. – Pokusa jest zbyt wielka. Doskonale panią rozumiem.

– Naprawdę? – spytała. Trochę z nadzieją, bo bardzo ją męczyły te wszystkie kłamstwa, którymi musiała się zasłaniać. Opowiadane Adamowi, panu Tomaszowi. Stwierdziła, że czuje większe wyrzuty sumienia w odniesieniu do Pana Samochodzika. Nie wiedziała, czemu – być może chodziło o to, jak nisko się stoczył. A może o jego wiek. Nagle wydało jej się, że Nowicki wszystkiego się domyślił. I jednym ruchem dłoni, wybaczając jej oszustwo, usunie ten ciężar, jaki leżał jej na sercu od samego początku tej afery. Chyba nie mogłabym być szpiegiem, pomyślała młoda dziennikarka. Przytłoczyłoby mnie to całe oszukiwanie.

– Oczywiście – odparł starszy mężczyzna. – To nie jest wstyd. Każde z nas, zapewniam panią, bierze w tym udział dla własnych profitów. Nie wahając się przy tym wykorzystać pozostałych. – Wzruszył ramionami. – Być może jedni z nas bardziej od reszty, ale nie mnie to oceniać.

Miała ochotę go wyściskać. Rozumiał ją!

– Pani – podjął po chwili – chce dzięki temu wszystkiemu wyrobić sobie nazwisko. To doskonała okazja. Dobry artykuł zapewni pani sukces, jestem tego pewien. Prezes Batura, kryształowa postać nowej rzeczywistości, zamieszany w paserstwo i przemyt unikatowych numizmatyków. Co za sensacja!

Marcie opadła szczęka. Nie, chciała krzyknąć, to nie tak!

– Pan Adam… diabli wiedzą, czym kieruje się ten młody człowiek, bo ja nie jestem w stanie tego pojąć – mruknął pan Tomasz. – Starał się wyjaśnić mi pewne rzeczy dzisiaj rano, ale to nie jest na moją głowę. – Znów spojrzał na dziewczynę. – Wydaje mi się, że zależy mu na pani… I dlatego nie wiem… Nieważne – przerwał raptem. Dziennikarka była tak zdziwiona tym, że tak bardzo się pomylił, że nie docierały do niej słowa starszego mężczyzny. – A ja? Cóż, mam nadzieję, że opisze mnie pani w dobrym świetle. Na tyle, by ktoś sobie o mnie przypomniał. Kustoszem już nie będę… – Głos załamał mu się na chwilę, cichym chrząknięciem chciał ukryć emocje. – Ale swojego rodzaju detektywem… Kto to wie?

Zatrzymał się na moment, zmuszając Martę do stanięcia w miejscu. Uśmiechnął się nieznacznie, patrząc na kobietę.

– Tak, jak mówiłem, to nie jest nic złego – powiedział miękko. – Jeśli nie zapomnimy o odrobinie godności, wszystko będzie dobrze. Ale proszę o mnie pamiętać w swoim artykule. Może dzięki niemu będę mógł naprawić mój stary samochód i zabrać go na przejażdżkę.

Nie mogła wydusić z siebie słowa, skinęła tylko głową. Zrobię wszystko, co tylko będę mogła, by do tego doszło, pomyślała, nie zdając sobie sprawy z tego, jak naiwne było jej postanowienie.

***

Pan Samochodzik odprowadził ją pod drzwi domu. Uprzejmie odrzucił zaproszenie na kolację, grzecznie pożegnał dziewczynę i odszedł opustoszałą ulicą, kierując się w stronę przystanku autobusowego. Marta weszła do mieszkania. Adama jeszcze nie było. Sprawdziła telefon komórkowy. Nie dzwonił, nie pisał. Przepadł na cały dzień, nie dając znaku życia. Czasem tak robił, ale bardzo rzadko. Wzruszyła ramionami. Nie będę się o niego martwić, to duży chłopiec, pomyślała. Wiedziała jednak, że to nieprawda. Będzie się martwić.

Nastawiła wodę na herbatę, włączyła telewizor. Zaczęła zrzucać z siebie ciuchy, chcąc wziąć prysznic, gdy raptem zawibrowała komórka. Złapała za torebkę z nadzieją, że to Adam. W pół kroku zamarła, patrząc na telefon. To nie ten aparat. Nacisnęła przycisk, odbierając połączenie.

– Tak, słucham? – spytała ostrożnie, nie będąc pewną, z kim będzie rozmawiać.

– Dobry wieczór – rozległ się głos Sporowskiego. – Jak minął dzień?

– Bardzo miło – odparła sucho. Dobrze, że to nie Batura, przemknęło jej przez głowę. Jemu nie potrafiłaby odmówić. – Odpadam. Nie dam rady. To nie dla mnie.

– Rozumiem pani wahania – wyczuła uśmiech w głosie rozmówcy. – Naprawdę. Jednak nie mogę przyjąć pani rezygnacji. Sprawy zaszły zbyt daleko. Dziś mamy sobotę, tak? termin przeprowadzenia transakcji wyznaczono godzinę temu. Środa, przyszły tydzień. Miejsce również ustalono, ale o tym poinformuje panią kolega Dobrzański.

– Nie słyszy pan, co mówię?! – wydarła się na całe gardło. – Mam dość! Nie potrafię kłamać i oszukiwać. To nie dla mnie.

– Zdaję sobie sprawę, jaki to dla pani ciężar – odparł uspokajająco. – Ale nie możemy już się wycofać. Ani fundacja, ani pani. Pan Adam również poczynił zbyt duże inwestycje w tę sprawę.

Sporowski zamilkł na chwilę, po czym ciągnął dalej:

– Z tego co wiem, pan Nowicki również wiąże z całym tym zamieszaniem pewne nadzieje. Chyba pokazał pani dziś coś, z czym mocno się związał?

Zadrżała. Zerknęła na trzymany w dłoni telefon, jakby był to wielki, żywy skorpion.

– Skąd… skąd pan wie?

– Pani Marto – westchnął mężczyzna. – Moją pracą jest wiedzieć. Jeśli przestanę wykonywać ją należycie, nie będę potrzebny. Ja muszę wiedzieć. Tak czy siak, chciałbym, żeby zrozumiała pani jedno: jeśli wycofa się pani w tym momencie, wszyscy przegracie. Pani przekreśli wspaniałą karierę dziennikarską. Pan Dobrzański ryzykuje równie dużo, zapewniam panią. A Nowicki? Cóż, on przegra chyba najwięcej. Wie pani, ile kosztuje utrata być może ostatniego z marzeń? Dla człowieka, który przegrał tak wiele? Może mi pani nie wierzyć, ale interes pana Tomasza leży prezesowi Baturze na sercu. Dlatego właśnie nie mogę przyjąć pani rezygnacji. Musimy to dociągnąć do końca, bez względu na nasze emocje.

Milczała. Cóż mogła powiedzieć?

– Doskonale – stwierdził Sporowski po chwili. – Cieszę się, że wyjaśniliśmy niejasności. Jesteśmy więc umówieni. Środa. Proszę się nie martwić. Już wkrótce będzie po wszystkim.

– Gdzie? – zapytała sucho.

– Pan Dobrzański zna wszelkie szczegóły. Tym również proszę się nie kłopotać. Wszystko zostało już odpowiednio zaaranżowane.

Na pewno, pomyślała, słysząc jak Sporowski kończy połączenie. Kto jak kto, ale wy potraficie wszystko załatwić należycie. Nagle poczuła dreszcz niepokoju. Co on powiedział? Dlaczego Adam miałby wiedzieć, gdzie zaplanowano sprzedaż?

Nic już nie rozumiała.

***

Jeszcze długo siedziała przy stole, z kubkiem wystygłej herbaty w dłoni. Czekała na Adama. Potrzebowała jego obecności. Miała nadzieję, że będzie umiał wyjaśnić wszystko, czego nie rozumiała. Gdyby był obok w tym właśnie momencie, wyjawiłaby mu każdą tajemnicę. Miała już dość. Telefon Sporowskiego ostatecznie złamał jej wolę. Nie miała już sił zastanawiać się nad tym, kto kogo i dlaczego wykorzystuje, gdzie leży prawda i słuszność. Tylko Adam mógłby pomóc jej zrozumieć te zawiłości, przebrnąć przez labirynt ambicji, marzeń i chęci zysku. Ale chłopak się nie zjawił.

Głowę Marty zaczęły wypełniać coraz mroczniejsze myśli. Coś się stało. Dowiedział się o moich kłamstwach, stwierdziła z przerażeniem. Nie ode mnie, więc na pewno jest wściekły i nie chce mnie widzieć. Nie dziś! Tego wieczoru potrzebuję przewodnika, silnej ręki, która przeprowadziłaby mnie przez ciemny las rozterek i wątpliwości. W końcu zrozumiała, że Adam dziś nie przyjdzie. Trudno, spędzi tę noc samotnie. Ale nie mogła przestać myśleć o Dobrzańskim. Co się z nimi stanie po zakończeniu tej kabały? Czy, gdy opadnie już bitewny kurz, będą jeszcze mogli spojrzeć sobie w oczy?

Nie wiedziała.

Ale zdawała sobie sprawę, że musi podporządkować się nurtowi zdarzeń. Usłuchać Sporowskiego. Doprowadzi to do końca. Postara się, by Nowickiemu nie stała się krzywda. A jeśli przy tym uda się uratować to, co łączy ją i Adama, choćby był to tylko miraż prawdziwego uczucia, będzie szczęśliwa.

Z takim postanowieniem położyła się do łóżka i zasnęła ciężkim, niespokojnym snem.

***

W pierwszej chwili musiała zamrugać, oślepiona mocnym światłem reflektorów. Opanowała odruch, nakazujący unieść dłoń do oczu, i rozejrzała się dookoła. Przez moment nie rozpoznawała sali, ze zdziwieniem wyławiała z mroku dziwaczne kształty: owal dużego stołu do pokera, okrągłą ruletkę, masywną bryłę baru. I stoliki. Kilka, nie – kilkanaście stołów, przy każdym siedzieli ludzie, z uwagą wpatrujący się w Martę. Ale dlaczego tak się gapią?, przemknęło jej przez głowę, po czym zadała sobie ważniejsze pytanie. Gdzie ja, do kurwy nędzy, jestem? I wtedy zrozumiała. Karmazynowa sala w Crystalu. Zerknęła na boki, potem, czując na ramionach powiew chłodnego powietrza, spuściła wzrok. Matko święta, jestem goła, jęknęła w duchu. Bo, choć technicznie miała na sobie malusieńkie majtki, z ledwością skrywające trójkąt przystrzyżonych włosów tam, na dole, to czuła się kompletnie naga. Zebrała odwagę, potrzebną do szybkiej i raptownej rejterady, gdy nagle, z niewidocznych w półmroku głośników, popłynęła znana jej, nastrojowa muzyka. Marta zamarła, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu, a wtedy odezwał się jakiś mężczyzna, ukazując się w kręgu światła tuż obok zmartwiałej ze strachu dziewczyny. Rozpoznała w nim tego samego konferansjera, który zapowiadał występ tancerki z wężem-albinosem. Ja śnię, pomyślała Marta. I nagle ten wyświechtany frazes wyjaśnił jej wszystko. Oczywiście. To sen, a raczej jakiś koszmar. Jeśli tylko będzie chciała, obudzi się i przerwie ten koszmar.

– … zaprosić na przedstawienie – usłyszała słowa szczerzącego śnieżnobiałe zęby konferansjera. – W roli głównej znana nam wszystkim wspaniała artystka, jedyna w swoim rodzaju… Oto przed państwem: Marta Lewandowska!

Dziewczynie wydawało się, jakby stała na zalanej różowym światłem scenie, a jednocześnie znajdowała się gdzieś obok, bezpiecznie ukryta przed wzrokiem widzów.

– Pani Marta zaprezentuje dziś swoje wspaniałe wdzięki, a za asystenta posłuży jej nikt inny, jak sam słynny Tomasz „Pan Samochodzik” Nowicki!

Z przerażeniem odwróciła się i rzuciła paniczne spojrzenie na drugiego człowieka, który wszedł na scenę. Mój Boże, co za koszmar, jęknęła w duchu. Bo to naprawdę był pan Tomasz. No, może nie do końca. Wprawdzie miał twarz człowieka, z którym spędziła niemal całą sobotę, ale ciało, nagie i błyszczące od olejku, na pewno nie należało do pięćdziesięciolatka. „Asystent” z gracją wyminął zmartwiałą dziewczynę i stanął u jej drugiego boku. Chwycił za bezwładna dłoń Marty i pochylił się publiczności, która odpowiedziała hucznymi brawami. Zgięty mężczyzna zerknął na nią i mruknął przez wykrzywione w uśmiechu usta:

– Dalej, Marta. Przecież obiecałaś zrobić wszystko, by mi pomóc. Pomagaj więc!
I nagle usłuchała jego szeptu, kiwając głową klaszczącym widzom. Nie chciała tego zrobić, ale nie potrafiła zapanować nad własnym ciałem. Straciła nad nim kontrolę. Przestał się liczyć jej strach i zawstydzenie. Czuła się, jakby była marionetką, zawieszoną na niewidocznych żyłkach. Ktoś sterował każdym ruchem. Czyjaś dłoń kazała jej pochylić się ku stojącemu obok mężczyźnie, objąć go powolnym ruchem, przycisnąć nagie piersi do jego torsu. Nie liczyło się to, co ona chciała zrobić. Ważne było jedynie zadowolenie publiki. Zapewnienie jej rozrywki.

Gdy leżała na gładkich deskach podłogi, z głową Pana Samochodzika wciśniętą między uda, i czuła jego język na sobie, wciąż próbowała przerwać to przedstawienie. Ale z każdą chwilą to pragnienie zanikało, wypierane przez inne, bardziej prymitywne żądze. Dosiadając kochanka niczym amazonka swojego rumaka, z paznokciami wbitymi w jego jędrne, umięśnione ciało, nie chciała już przestawać. Choć z trudem mogła skupić wzrok na czym innym niż jej partner, zdołała rozpoznać kilka osób na widowni. O, tam, w rogu siedzą Batura ze Sporowskim, właśnie uprzejmie biją brawo. Po przeciwległej stronie sali dostrzegła Adama. Młodzieniec popijał drinka i wpatrywał się w nią z uwagą. Nie mogła rozszyfrować jego spojrzenia; nie wiedziała, czy jest zły, widząc ją w objęciach innego mężczyzny. Czy może ten błysk w jego oczach oznacza aprobatę? Nie potrafiła tego określić. W tej chwili nie interesował jej już nawet Adam. Mogłeś mnie powstrzymać, pomyślała, klękając przed Nowickim. Objęła wielkiego, nabrzmiałego członka dłonią. Mogłeś wyjaśnić wszystko i wtedy nie byłoby problemu. Poruszyła ręką, pieszcząc podnieconego kochanka. A teraz już za późno. Robię to, co robię, i dobrze mi z tym. Ba, mogę nawet powiedzieć, że daje mi to przyjemność.

I kiedy jej twarz i biust zalała ciepła sperma, dziewczyna spokojnie patrzyła na publiczność, a w jej oczach nie było ani lęku, ani wątpliwości. Była wspaniała. Niepowtarzalna. Jedyna w swoim rodzaju. Prawdziwa gwiazda. Widzowie oszaleli. Wstawali z krzeseł, bijąc bez opamiętania brawo. Kobiety patrzyły na nią z zazdrością, mężczyźni z pożądaniem.

Prawdziwa gwiazda.

.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Godna kontynuacja przeboju o ugruntowanej pozycji na literacko-erotycznej scenie 😀

Absent absynt

Podoba mi się język, którym mówi bohater. Ma odpowiedni "odcień" minionych lat.
Nie chwalmy, ni nie gańmy przed zachodem słońca, ale odcinek – dobrze, że już z tytułowym bohaterem w lepszej formie – nieco rozwlekły i przegadany. Redaktor kazałby ciąć zapewne. Scena ze snu zdaje się ni w pięć ni w dziewięć, ale jak mówiłem: nie chwalmy i nie gańmy…
Poza tą rozwlekłością, narracja w pełni literacka. Czytałem uważnie i ze smakiem, dostrzegając niuanse tu i tam.
Ciekawe jak ułoży się całość: harmonijnie czy utraci proporcje. Wszystko w Twoich rękach, Autorze.

Pozdrawiam Autora i wszystkich Czytelników,
Karel

Z odcinka na odcinek Seaman pisze coraz lepiej i dojrzalej. Oby tak dalej! W tym odcinku wiele jest nostalgii i budowania charakterystyk postaci. To niezbyt dynamiczny, ale bardzo potrzebny fragment tej historii.

Marksista

Witam!
Rację mają Karel i Marksista – ta część była konieczna, choć mało dynamiczna. Należało poukładać klocki, dać jakieś tam, minimalne wskazówki, a przede wszystkim dodać życia Panu Samochodzikowi, który w końcu jest tytułowym bohaterem tego fan-fiction. Scena końcowa miała dwa zadania: uzasadnić miejsce tego tekstu na portalu o erotycznym profilu, a poza tym pokazać wyrzuty sumienia Marty. Udało mi się? Nie wiem, ale na lepszy pomysł nie wpadłem.

I dziękuję bardzo za komplementy – staram się, jak mogę, moja droga Korektorka w pocie czoła wykreśla czerwonym atramentem wszystkie błędy (za co bardzo Jej dziękuję), a jeśli efekty się podobają – jestem wniebowzięty.

Pozdrawiam, seaman.

ps. Aha, jeszcze słówko nt. ostatniej sceny… nie pamiętam już, gdzie i kto wyraził nadzieję, że nie będzie u mnie sceny z panem Tomaszem. No, to jej nie ma. Tak jakby…
😉

seaman.

Dobry wieczór!

Traktuję ten rozdział jako "chwilę oddechu" przed przyspieszeniem oraz zagęszczeniem akcji. Daje nam wielce potrzebną przestrzeń na pogłębienie portretów psychologicznych postaci oraz tego, co Anglosasi nazywają "foreshadowingiem". Dla mnie osobiście była to "chwila" bardzo przyjemna. Nie nudziłem się, nie miałem problemu z tym, że dzieje się niewiele. Potem będzie się działo – co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Widać, że Pan Samochodzik już podnosi się z kolan i z nadzieją rusza ku kolejnej przygodzie. Niech udzieli się nam jego porcja optymizmu – będzie dobrze 🙂 Seaman nie zawodzi!

Pozdrawiam
M.A.

Chcemy c.d.! Kiedy nastepny odcinek? Niecierpliwa Devon

Niecierpliwa Devon! 🙂

Muszę prosić o odrobinę czasu; mam teraz dwa teksty na tapecie, potem – być może – wrócę do Samochodzika. Chyba, że jakiś zupełnie nowy, niespodziewany pomysł pojawi się w głowie…

Dziękuję za Twoje zainteresowanie, seaman.

Opowiadanie klasa ale obrazek do bani. Rozumiem, odniesienie do pierwowzoru, ale jednak… Tekst na Najlepszej Erotyce wymaga ciekawszej ilustracji. Preferowane dziewczyny wielkiej urody i nieskromnego przyodziewku! Jaskier

Czy po 4 latach można jeszcze liczyć na kolejny odcinek? 😉

Przyłączam się do pytania poprzednika. Powieść zamarła i nie jest kontynuowana od czterech lat, a zapowiada(ła?) się bardzo interesująco. Ostatni (tymczasem?) odcinek przeczytałem z zaciekawieniem, odsłania wiele na temat Pana Samochodzika. I jak tu nie powtórzyć, że to jednak postać najciekawsza, koncentrująca uwagę czytelników. Część poprzednia, skupiona na przeszłości Marty, wydała mi się mniej wciągająca. Sentymenty robią jednak swoje. 🙂 Pod względem technicznym, językowym, bez godnych wzmianki uchybień. Gratulacje dla Autora oraz Korekty. Końcowa scena z sennego majaku jakby nie pasowała do całości. Sam Autor uzasadnia ją w dyskusji takim, a nie innym charakterem portalu. Czy to jednak uzasadnienie wystarczające? Tym bardziej, że chwyt trochę ograny i jakby obniża fabularne loty.
Mam gorącą nadzieję, że pomimo czteroletniej już przerwy, rozdział trzeci nie pozostanie ostatnim.

Ach,,, Żeby jakiś współczesny Autor Erotyki poszedł tropem Nienackiego w Skiroławkach to bym mu gołymi rękami pomnik szczerozłoty za życia wystawił. Seamanie, nie zasługujemy na Ciebie, ale Cię potrzebujemy…
Pan Samochodzik jest na mojej liście do przeczytania, zapewne zabiorę się za niego latem. Obawiam się tylko, że robię się za stary na powieści młodzieżowe.
Na zabój zakochany w Nienackim
Lis

Napisz komentarz