Dantin cz. I (Sinful Pen) 4.67/5 (4)

John Collier, "Kielich wina z Cesarem Borgią"

John Collier, “Kielich wina z Cesarem Borgią”

Rok 1501.

— 1 —

Gdzieś w oddali rozbrzmiał dźwięk kościelnego dzwonu, jednak Dantin nie miał ochoty roztrząsać, z której świątyni. Wolał się skupić na uroczej Elisabetcie Mercatelli. Florencja miała właśnie odkryć przed nim kolejny ze swych niewątpliwych uroków.

– Bardzo mnie intrygujesz, nieznajomy – ciche wyznanie wypowiedziane było lepkim od słodyczy głosem.

Z trudem oderwał wzrok od głębokiego dekoltu, skupiając się na urodziwej twarzy i niedwuznacznym uśmieszku.

– Rozumiem, że to komplement – Dantin skłonił głowę w podziękowaniu. – No cóż, nie ukrywam, że ty, pani również budzisz moje zaciekawienie.

Czuł jej zapach. Ciepło ponętnego ciała.

– Czy powinnam się ciebie bać? – chłodnymi palcami dotknęła blizny na jego lewym policzku.

– W żadnym razie, Elisabetto.

– Myślę, że jest inaczej – nie zgodziła się z nim. – I przyprawia mnie to o dziwnie przyjemny dreszcz.

Zbył tę uwagę tajemniczym uśmiechem.

****

Noc często była jego sprzymierzeńcem. Zaufaną opiekunką i niezawodną wspólniczką. Jak teraz, gdy na czarnej połaci nieba z trudem można było odszukać ledwie kilka gwiazd. Zbliżała się północ.

Dom stał o pół mili za miastem, oddalony nieco od głównego traktu. Tym, którzy się w nim skryli, gwarantował złudny spokój, z daleka od ludzkich siedzib. Dantin obserwował domostwo od dłuższego czasu, by jak najlepiej oszacować ilość przeciwników. Nie było ich wielu, ponadto większość stanowili zwykli zabijacy, niewystarczająco dobrzy, by stanowić problem. Bez specjalnego żalu pomyślał, że to będzie ich ostatnia noc w życiu.

Na pierwszy ogień poszedł mężczyzna czuwający w pobliży samotnego drzewa. Beztrosko drzemał, zdając się na wyrok losu, a ten właśnie zapadł. Jego wykonawca podkradł się bezszelestnie, wtapiając się w otoczenie. W końcu osiągnął cel, zlał się w jedną bryłę z pniem drzewa, nieruchomiejąc. Uspokoił oddech, a potem kucnął, zbliżając dłonie do twarzy śpiącego. Lewą delikatnie uniósł głowę strażnika, który jedynie zachrapał nieco głośniej, a prawą zawiesił w powietrzu. Blade światło księżyca zalśniło przez krótki moment na ostrzu sztyletu.

Ruch był niezwykle szybki. Wprawne pociągniecie połączone z chwytem, który zdusił w zarodku jakiekolwiek szanse na ruch głowy czy okrzyk. Oczy mężczyzny rozwarły się szeroko, ciałem wstrząsnęły drgawki. Nim zdążył zrozumieć, co go spotkało, już nie żył. Dantin ułożył głowę mężczyzny tak, by wyglądał na śpiącego i w kilku susach przypadł do stajni. Niczym zjawa, w jednej chwili stał się cieniem rzucanym przez dach i pobliskie drzewo.

Przez chwilę zastanawiał się, którego ze strażników obrać teraz za cel. Po chwili ruszył na dalszą część łowów.

****

Kłopotliwe milczenie nie trwało długo.

– Myślę, że jesteś łotrem – stwierdziła Elisabetta, przerywając je szybko.

– Znasz się na mężczyznach, prawda?

– Może trochę – poprawiła nieistniejące załamanie na falbance dekoltu.

– Niepotrzebna skromność.

– Jestem stateczną wdową – wyznała. – Skromność przystoi mi jak najbardziej.

Uśmiechnął się pod nosem.

– Myślę sobie, że nie zawsze wiodłaś stateczny żywot – stwierdził z przekonaniem. – Poza tym to określenie nijak nie pasuje do niewiasty w twoim wieku oraz takiej urodzie.

– No proszę, powinnam się obrazić, ale ten sprytnie wpleciony komplement zmienia wszystko.

– Komplement nie ma sensu, jeśli nie ma nic wspólnego z prawdą – skłonił lekko głowę.

– Znasz się, łotrze, na kobietach, prawda?

– Słabo.

– Kłamiesz. Powinienem się obrazić, ale zarzucając mi kłamstwo, jednocześnie nagrodziłaś mnie pochwałą – stwierdził z uśmiechem.

– Jeśli w swoim łotrostwie jesteś tak skuteczny, jak w rozmowie z kobietami, to straszny z ciebie drań – odparła Elisabetta.

Nic nie odpowiedział. Wolał się skupić na głębokim dekolcie jej sukni.

****

Ostatni ze strażników przebywających poza domem osunął się z jego rąk na ziemię. Dantin zatrzymał się na krótką chwilę. Sprawdził, czy noże łatwo wychodzą z uchwytów na pasie. Teraz czekała go najtrudniejsza część zadania. Nie wiedział, jak wyglądało wnętrze domu, ani w którym miejscu znajdują się przeciwnicy. Dużo ryzykował, ale przecież nie pierwszy raz w życiu. Nie bał się śmierci, ale też nie miał ochoty ułatwiać kostusze zadania. Zamierzał wygrać.

Uchylił lekko drzwi i wsunął się do środka. Los mu sprzyjał. W niewielkim przedsionku nie było nikogo, natknął się natomiast na dwie lekkie kusze oparte o ścianę, nierozsądnie tu pozostawione. Wycofał się na zewnątrz, aby je naładować i przygotować do strzału. Wrócił po chwili, przypadł do ściany, z ukrycia lustrując wnętrze domostwa. Na środku jedynej izby, na szerokiej ławie siedziało dwóch mężczyzn. Zapewne gospodarz domu oraz człowiek, po którego tu przyszedł. Oprócz nich w pomieszczeniu znajdowało się jeszcze trzech strażników. W myślach wyobraził sobie swój atak, krok po kroku. Był gotów.

Wyskoczył z przedsionka niczym wściekły demon. Dwaj pierwsi strażnicy, ugodzeni bełtami, nie zdołali nawet zareagować. Kusze opadły z chrzęstem na podłogę. Trzeci przeciwnik ledwie zdołał wyciągnąć zza pasa sztylet. Powietrze przeciął ze świstem rzucony nóż, trafiając go w szyję. Od takiej samej broni zginął też gospodarz domostwa, który przez swoją niezdarność zawadził o zydel. Próbował jeszcze ratować się, kryjąc pod ławą, ale cios między łopatki przyszpilił go do podłoża.

Dantinowi pozostał ostatni przeciwnik, ten, dla którego się tu znalazł. Na śniadej twarzy tego człowieka malowała się determinacja zmieszana ze strachem. Smagłolicy skoczył ku niemu z rapierem w dłoni i pchnął wściekle. Szybki unik, ostrze przecięło powietrze, omijając o włos bok Dantina. Kolejny zamach i potężne uderzenie, ale znów nieskuteczne. Samymi unikami nie pokona się przeciwnika, dlatego Dantin przypadł do najbliższego z rozciągniętych na podłodze ciał i wprawnym ruchem dobył przytroczony do pasa rapier. W samą porę, ponieważ kolejny cios już zmierzał w jego stronę. Odparował go bez trudu i przeszedł do kontrataku. Rywal był dobrym szermierzem. Niewystarczająco dobrym, ponieważ trafił na niego. Skrzyżowali broń parę razy, gdy jednym z kolejnych uników Dantin zmylił przeciwnika zupełnie. Szybkie, krótkie pchnięcie rozcięło koszulę, wbijając się w ramię. Człowiek o oliwkowej twarzy jęknął z bólu i wypuścił broń z ręki. Dantin silnym uderzeniem rękojeści rapiera pozbawił pokonanego rywala przytomności.

****

Atmosfera zdecydowanie robiła się gorąca. Obydwoje pragnęli tego samego. Szkoda było mu czasu na niepotrzebne słowne gierki.

– Wracając do naszego wzajemnego zainteresowania sobą – powiedział, przyciągając ją do siebie.

– Co z nim… – pocałunek zamknął jej usta.

Odszukał dłonią wiązania sukni. Sprawne palce szybko uporały się z połową misternych kokard.

– Zacznijmy może od tego – zaproponował, zsuwając suknię z jej ramion.

Odsłonięte, mleczne piersi z siatką drobnych żyłek przywodziły mu na myśl karraryjski marmur.

– Dobry początek – pochwaliła go, najwyraźniej wyczekując kolejnego ruchu. Nie kazał jej czekać zbyt długo.

Dantin niewiele miał wspólnego ze sztuką, chyba że za takową uznać skuteczne odbieranie życia bliźnim. Jednak karraryjski marmur ciała Elisabetty był wdzięcznym materiałem dla jego dłoni. Pieścił je zapamiętale niczym Ghiberti rzeźbienia drzwi baptysterium we Florencji. Gwałtownie pobudzona doznaniami męskość prężyła się w spodniach, tworząc spore wybrzuszenie. To nie była pora na subtelną i czasochłonną zabawę. Naparł na kochankę całym ciałem, wpijając się zachłannie w drżące usta. Dłoń Elisabetty odszukała jego krocze. To, co wyczuła, musiało zadowolić jej oczekiwania.

– Zniewól mnie łotrze! – wymruczała lubieżnie.

Obrócił ją plecami do siebie, przypierając do gustownej, orientalnej sofy. Mozolił się przez chwilę z kilkoma warstwami sukni, aż w końcu uporał się z nimi. Zamarł na moment, kontentując widokiem zgrabnych nóg i krągłych pośladków kochanki. Zsunął spodnie i ujął w dłoń twardego, nabrzmiałego członka. Odszukał palcami wilgotny skarb Elisabetty, która rozchyliła szerzej nogi, by ułatwić mu zadanie. Zanurzył się głęboko w wilgotnej kobiecości. Zatrzymał się dopiero, gdy poczuł opór. Pchnął kolejny raz, przywierając do bladych pośladków. Zacisnął dłonie na biodrach i kolejny raz wsunął członka w szparkę Elisabetty. Zwiększając tempo, szybko doprowadził się na szczyt. Wystrzelił gęstym strumieniem, perliste dowody spełnienia pokryły obficie pośladki, uda i suknię florentynki.

Odwróciła się do niego, w jej zamglonych oczach wciąż płonęła żądza.

– Mam nadzieję, że to nie koniec – wydyszała drżącym głosem. Zaśmiał się rubasznie. Spojrzał na ozdobne sznury przy sofie. Przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Wydobył z ekwipunku leżącego na ławie pod oknem nóż. Przez chwilę dostrzegł w oczach kobiety obawę, ale – musiał to przyznać – szybko zdusiła ją w sobie. Podszedł do niej, zbliżył ostrze do przypominających karraryjski marmur piersi. Jednym pociągnięciem noża rozciął suknię Elisabetty. Stała przed nim naga, bez odrobiny wstydu, z niezaspokojoną żądzą w spojrzeniu, czekając na to, co teraz nastąpi.

Następnie użył noża, aby odciąć dwa długie troki zwisające z sofy. Związał je odpowiednio i oplótł na nadgarstkach kochanki, zostawiając dłuższy kawałek w swojej dłoni.

– Jak rzekłaś, łotr ze mnie – powiedział. – Zatem biorę cię w niewolę!

– Co ze mną zrobisz?

– Przekonasz się za chwilę.

Niczym niewolnicę pociągnął ją w stronę alkowy.

****

Mężczyzna stał przywiązany do drewnianej ławy. Wyzywająco patrzył mu w oczy. Jednak głęboko, za udawaną odwagą kryły się niepewność i strach. Dantin umiał to ocenić, wiedział, że złamanie tego zbira nie potrwa długo.

– Jak cię zwą? – ta informacja nie była mu potrzebna, ale lubił wiedzieć z kim ma do czynienia.

Nie otrzymał odpowiedzi.

– To chyba żaden sekret? – spróbował jeszcze raz. Tamten spojrzał na niego spode łba i burknął:

– Tommaso.

Pierwsze, małe zwycięstwo, pomyślał Dantin.

– Człowiek dla którego wykonuję robotę… – zaczął spokojnie.

– Człowiek?! Raczej Szatan w ludzkiej skórze! – pojmany szarpnął się nerwowo.

– To nieistotne, ale… skoro tak wolisz – Dantin zdawał się nie przejmować emocjami mężczyzny. – Zatem Szatan chciałby wiedzieć, kto tak naprawdę stoi za zamachem na jego życie? Kto wymyślił tę intrygę?

Człowiek  w pętach splunął z nienawiścią.

– To on przeżył?! – zdziwił się wściekle. – Żeby sczezł!

Szybko jednak zamilkł, całą swoją postawą dając do zrozumienia, że to było wszystko, co miał do powiedzenia. Dantin wzruszył ramionami. Nie miał oporów przed wydobywaniem informacji przy pomocy tortur, ale nie lubował się w zadawaniu bólu.

– Jesteś zbirem, jak ja – stwierdził beznamiętnie. – Wiesz co teraz nastąpi, nie wolałbyś sobie tego oszczędzić?

Spojrzenie pojmanego wyrażało nienawiść ze słabo skrywaną domieszką lęku.

– Więc…?

– Goń się!

– Cóż… twój wybór.

Wetknął w usta więźnia brudny knebel.

Odszukał porzuconą w ferworze walki kuszę oraz kilka bełtów. Kilka kroków od tamtego ustawił zydel i rozsiadł się na nim wygodnie. Załadował pierwszy bełt. Twarz pojmanego mężczyzny pobladła, pokrywając się obficie potem.

– Zamierzam wykorzystać cię jako tarczę – zakomunikował Dantin, mierząc do nieszczęśnika. – Jeśli masz ochotę mi przerwać, najlepiej udzielając odpowiedzi na pytania, to pokiwaj głową na boki!

Pomimo strachu, przywiązany do słupa łotr nie posłuchał rady. Dantin przycisnął spust. Uwolniony bełt świsnął w powietrzu, zatrzymując się dopiero w ramieniu Tommasa. Spod knebla wydobył się głuchy jęk, ale Dantin nie zwracał na to uwagi. Z namaszczeniem umieścił kolejny bełt w łożysku i wycelował po raz drugi.

– Nie masz ochoty pokiwać głową? – zapytał. Zraniony zbir zacisnął zęby na kneblu, zawzięcie odmawiając współpracy. Dantin odczekał chwilę. Potem zaświstał kolejny wypuszczony bełt, kończąc swoją  krótką podróż w drugiej ręce mężczyzny.

Twarz Tommasa stała się purpurowa, nabrzmiała od wysiłku i bólu. Dantin pozostał niewzruszony, realizując dalej swój scenariusz. Wsunął następny smukły pocisk do łożyska , po czym odłożył kuszę na bok. Podszedł do swojej ofiary.

– Bardzo, ale to bardzo nie lubię niewykonanych zadań – stwierdził beznamiętnie. – Równie mocno pragnę informacji od ciebie, więc dołożę starań, by je wydobyć, a to oznacza…

Pojmany mężczyzna odwrócił głowę w geście lekceważenia. Dantin zaczął poruszać tkwiącymi w jego przedramionach bełtami, w ten sposób odzyskując jego niepodzielną uwagę. Rzężąc straszliwie, z wybałuszonymi oczami i twarzą wykrzywioną bólem, Tommaso obrzucał go nienawistnym spojrzeniem.

– Słuchaj uważnie! To oznacza, że czeka cię wiele przykrych chwil – Dantin podjął nieskończony wątek. – Ból, dużo bólu. Wykorzystaj więc proszę to, że chcę ci tego oszczędzić, że nie jestem potworem, który uwielbia tortury dla nich samych i zechciej mówić!

Odpowiedziała mu cisza. Ruszył więc w stronę prowizorycznego stanowiska strzelniczego.

– Wracam do ćwiczeń strzeleckich – oznajmił. – Następne będą uda i nie licz na to, że trafię w tętnicę, uwalniając cię od problemu.

Gdy wycelował w przywiązanego do słupa łotra, z zadowoleniem stwierdził, że głowa mężczyzny nieporadnie kiwa się na boki. Wyjął szmatę z ust swojej ofiary i dał mu się odrobinę napić. Niewielki akt miłosierdzia czasem się przydaje.

– Dlaczego akurat ciebie wybrano do tej roboty?

– W rodzinnych stronach znany jestem ze zręczności w złodziejskim fachu i w wysyłaniu ludzi na tamten świat za pomocą trucizn – wyznał Tommaso. – Musieli się o tym dowiedzieć.

– Kto ?

– Nie znam jej, ale to była kobieta – z wysiłkiem odpowiedział pojmany.

– Dobrze, a o niej samej powiesz coś więcej?

– Spotkała się ze mną jeden, jedyny raz, był z nią wielki, milczący osiłek – Tommaso ostatecznie pozbył się oporów przez mówieniem. – Dała mi niewielką zaliczkę i obiecała dużą nagrodę, którą miałem sobie odebrać po robocie.

– Jak wyglądała ta kobieta?

Mężczyzna zamyślił się jakby chciał sobie coś przypomnieć.

– Była ubrana po męsku i ukrywała twarz głęboko pod kapturem, więc za wiele nie jestem w stanie powiedzieć – odparł. – Włosy miała jasne… złotego koloru, pojedyncze kosmyki wymykały się  jej spod kaptura.

Dantin słuchał z uwagą.

– Coś więcej…?

– Nie pamiętam, co takiego powiedziała, ale doszedłem do wniosku, że pochodzi z miasta leżącego nad morzem – przypomniał sobie Tommaso. – A gdy wychodziła, zaczepiła płaszczem o ławę, przez co częściowo się zsunął, odsłaniając ramię z wypalonym piętnem.

– Piętno, powiadasz. A jakie?

– Litery, R i C. – odpowiedział po chwili namysłu pojmany. – Była z tego powodu niezadowolona. To wszystko co wiem, naprawdę.

– Poczekaj, poczekaj! Ktoś z najbliższego otoczenia musiał cię wprowadzić do służby!

– Musieli to załatwić wcześniej – wyjaśnił Tommaso. – Gdy kilka dni temu stawiłem się w rezydencji jako kandydat do pracy w kuchni, bez słowa zostałem przyjęty i tyle. Nikt mi nic nie wyjaśniał.

Dantin przyjął to wytłumaczenie. Ten człowiek był tylko pionkiem, miał zrobić swoje i tyle.

– A co po robocie? – zadał kolejne pytanie. – Miałeś się z kimś spotkać… gdzieś udać?

– We Florencji miałem stawić się u wdowy po kupcu Mercatellim – wyznał skrępowany zbir. – Powiedzieć, że przybywam z dzielnicy Borgo w Rzymie, a wtedy dowiem się co dalej.

Dantin wiedział już wszystko czego potrzebował. Pora opuścić to miejsce.

– Co ze mną? – wyjęczał pojmany przez niego mężczyzna.

Spojrzał na niego z dezaprobatą.

– A ty co byś zrobił na moim miejscu? – odpowiedział pytaniem.

– Ale… – Tommaso szarpnął się w pętach.

Nie dokończył zdania. Cienki sztylet wbity w serce aż po rękojeść zakończył jego żywot.

Dantin sprawnie uprzątnął ciała wszystkich ofiar, gromadząc je w domu, po czym podłożył w przedsionku ogień. Obserwował chatę przez chwilę, aż w oknie pojawiły się złociste języki płomieni, po czym spokojnie ruszył do miejsca, gdzie zostawił konia.

Czekała go podróż do Florencji.

****

Do trzech razy sztuka, pomyślał Dantin, z rozkoszy zaciskając zęby na dolnej wardze. Po dzikiej swawoli w alkowie, postanowił skoncentrować się na swojej misji. Jednak, gdy już nieco ochłonął, Elisabetta przypomniała sobie o kochanku wtulonym w jej ponętne ciało. Wciąż nienasycona, ze zdumiewającą energią dopadła do jego umęczonego członka z zamiarem przywrócenia mu stosownej twardości i wielkości.

Dłonie i usta Elisabetty świetnie nadawały się  do tego zadania. Czułe muśnięcia palców oraz dotyk miękkich warg sprawiały Dantinowi olbrzymią przyjemność. Czuł się zobowiązany, by jeszcze raz posiąść tę ognistą, florencką klacz.

I zrobił to, choć tak naprawdę inicjatywa należała do niej. Dosiadła go, moszcząc się na jego kroczu i udach, jednocześnie wprawiając w ruch biodra. Dantin zagarnął karraryjskie marmury, bardziej je podtrzymując niż pieszcząc. Po wcześniejszych szaleństwach miał ochotę na nieco spokojniejsze igraszki.

Kochali się więc leniwie, niespiesznie zmierzając do finału. Spod półprzymkniętych powiek obserwował rozanieloną twarz kochanki, jej mimowolny, błogi uśmiech,z którym prezentowała się niezwykle podniecająco. Kiedy niemal równocześnie osiągnęli szczyt, ich drżące, splecione w ekstatycznych objęciach ciała stały się jednością. Wzburzona uniesieniem, rozgrzana, miłosna lawa Dantina wypełniła wnętrze kochanki. Po wszystkim znużeni zapadli w błogi letarg.

Palce Elisabetty błądziły bez większego zamysłu po torsie kochanka. Oparta na męskim ramieniu, wpatrywała się w jego twarz. Niewiele można z niej było jednak wyczytać.

– Wielce jestem ukontentowana, łotrze – wyznała cicho. – Liczę na kolejne spotkania.

Jeśli liczyła na podobne zapewnieniaz jego strony, musiała pogodzić się z rozczarowaniem .

– Los był niezwykle łaskawy, że postawił ciebie na mojej drodze  – dodała po chwili.

– Ślepy traf nie miał z tym nic wspólnego – Dantin przerwał milczenie, unosząc się na łokciu.

– No proszę – zdziwiła się Elisabetta. – Co więc się kryje za naszym spotkaniem?

Pocałował ją w ramię, jakby chcąc osłodzić to, co za chwilę jej powie.

– Przybywam z rzymskiej dzielnicy Borgo – uśmiechowi, którym ją obdarzył towarzyszyła niewinna mina. Zaskoczył ją. Wzbierał w niej gniew, ale opamiętała się bardzo szybko.

– Miałam rację, straszny z ciebie łotr – stwierdziła. – Zanim jednak dam ci to, po co się zjawiłeś, obiecaj, że zostaniesz ze mną tę noc. Chcę, żebyś mnie obudził pieszczotą, a przed odejściem dał mnóstwo rozkoszy.

– Mogę ci to obiecać – zgodził się.

Młoda wdowa warta była tej niewielkiej zwłoki.

Zanim rozstał się z Elisabettą, otrzymał cztery grube trzosy i dokument, który niczego nie wyjaśniał. Dla kogoś takiego jak Tommaso to była pokaźna fortuna. Zapłata za brudną robotę, cena za ludzkie życie.

****

Dantin był na siebie wściekły. Los do tej pory sprzyjał mu tak bardzo, że poczuł się zbyt pewnie. Przeczuwając, że zniknięcie Tommasa oraz jego bandy wyjdzie szybko na jaw, doszedł do wniosku, że ktoś zapewne pojawi się w progu domu Mercatellich, aby zadać kilka pytań hożej wdowie. Być może doprowadzi go do kolejnych ogniw spisku. Oczywistym było dla niego, że takie  istniały.

Nie pomylił się.

Rankiem, drugiego dnia po tym jak opuścił Elisabettę, do jej domu przybyła niezwykle ciekawa para. Kobieta nosząca się po męsku, ukryta pod płaszczem i kapturem oraz brodaty mężczyzna o posturze tura. Od razu domyślił się, że chodzi o ludzi, o których wspominał nieodżałowny Tommaso.

U Mercatellich nie zabawili długo. Kiedy wyszli, dało się zauważyć zauważyć, że kobieta jest niezadowolona. Pomimo kaptura na głowie z łatwością dostrzegł na jej twarzy zawód i złość. Uczucie dumy mile połechtało jego łotrowską próżność. To ja to sprawiłem, moi drodzy, ja właśnie!

Śledził ich niemal cały dzień. Z wielką energią tajemnicza para zabrała się za przygotowania do podróży. Widocznie we Florencji nie mieli już nic do zrobienia. Dantin cierpliwie podążał za nimi, aż około południa tajemnicza niewiasta i wielkolud na dłużej zagościli w doskonałej oberży „Dwa Jelenie”. Tam ich aktywność wygasła. Już wtedy powinien wyczuć, że coś jest nie tak, ale uznał, że chcą odpocząć przed opuszczeniem miasta. W zadufaniu, przekonany o swoim nieomylnym instynkcie oraz profesjonalizmie nie przyjął do wiadomości, że mogli go zauważyć i planują jak się pozbyć jego towarzystwa.

Gdy już zdecydowali się opuścić oberżę, udali się na targowisko. Tutaj znów zawiódł go instynkt. Sam przecież z doświadczenia wiedział, że jarmarki i targi to jedne z najlepszych miejsc do zgubienia pościgu. Tymczasem, nie spodziewając się problemów, podążył za nimi, zadowolony, że skończyła się nuda. Stracił ich z oczu ich w środku targowiska, po upływie kilku dłuższych chwil. Zakapturzona kobieta rozmawiała ze straganiarką sprzedającą ubrania i ozdoby, a gdy tylko na chwilę potrącony przez jakiegoś grubasa odwrócił od nich uwagę, rozpłynęli się między gęsto rozsianymi kramami. Dantin zaklął szpetnie pod nosem, rzucił się na poszukiwania ale nadaremnie. Przebiegł każdą alejkę targowiska – na próżno. Stracił jedyny ślad. Był niemiłosiernie zły na siebie.

Gdy tak stał pośrodku targowiska, w myślach rzucając gromy na siebie samego, ktoś pociągnął go za rękaw kaftana. Obejrzał się nerwowo, ale ujrzał tylko właścicielkę kramu, przy którym ostatni raz widział zakapturzoną kobietę i brodatego olbrzyma.

– Panie, pewna osoba prosiła abym ci coś przekazała – odsłoniła brzydkie zęby w uśmiechu.

– Co takiego?- burknął mało uprzejmie.

Kramarka wcisnęła mu w dłoń postrzępiony kawałek pergaminu. Zaciekawiony przeczytał krótkie zdanie zapisane na dawno wytartym, starym tekście:

Musisz się bardziej postarać!

Powinien kląć ile tylko wlezie, ale nagle odeszła mu ochota. Był oczywiście zły, jednak z uznaniem uśmiechnął się pod nosem. Ta kobieta okazała się nie byle jakim przeciwnikiem. Czuł, że jeszcze pojawi się na jego drodze. Miał ochotę na kolejną rundę.

— 2 —

Genua i Wenecja były największymi morskimi potęgami świata. Rywalizowały ze sobą od dawna, nie było więc w tym nic dziwnego, że tak w liguryjskiej stolicy, jak i w Wesołej Lagunie nie brakowało ludzi, którzy zbierali informacje dla strony przeciwnej. Jedną z takich osób był wenecki informator – Giovanni Nunzi, u którego pochodząca z Wenecji Costanza Belfanti zawsze się zatrzymywała, gdy przebywała w Genui. Gospodarz potrafił być dyskretny, a trzy komnaty, jakie miała do swojej dyspozycji były zbędnym luksusem, z którego jednak skrzętnie korzystała. Najbardziej jednak lubiła niewielką łaźnię, urządzoną na modłę dawnych, rzymskich przybytków. Teraz, zanurzona po szyję w wodzie z rozkoszą pozbywała się zmęczenia i brudu ostatnich dni. Rękami oparła się o brzeg małego basenu, pozwalając mężczyźnie za jej plecami masować swój kark.

– Mmmm… Andrea nie przestawaj! – wymruczała cicho.

Poznała go w Livorno, dokąd udali się z Tibaldem po ucieczce z Florencji. Doria był kapitanem statku, który zgodził się zabrać ich do Genui. Kilkakrotnie obiło się jej o uszy jego nazwisko, pamiętała, że wróżono mu świetlaną przyszłość. W republice, której potęga wiązała się z morzem nietrudno było sobie to wyobrazić. Postawny i po męsku interesujący wilk morski nie potrafił oprzeć się urokowi Wenecjanki. Costanza nie była z mężczyzną od pewnego czasu, poczuła zatem nieprzepartą chęć, aby zaspokoić swoje potrzeby. Kapitan Doria nadawał się do tego celu doskonale. W porcie nie pozwoliła mu się oddalić, składając propozycję, dzięki której picie na umór w towarzystwie nawet najprzedniejszych kurtyzan wydało mu kiepskim pomysłem.

Zdolny kapitan nie był biegły w sztuce masażu, ale i tak dotyk jego dłoni sprawiał Costanzy dużą przyjemność. Odsunęła się nieznacznie od krawędzi basenu, robiąc miejsce dłoniom marynarza. Doria spełniał oczekiwania, jakie żywiła wobec kochanków. Był silny, ale nie brutalny. Pewnie zagarnął ukryte w wodnej toni piersi, czubkami palców pocierając ciemne, stwardniałe sutki.

– Jesteś niesamowita, pani – szepnął do jej ucha.

– Wiem o tym – przyznała bez odrobiny skromności.

Kapitan roześmiał się głośno i nie próżnując, sięgnął dłonią poniżej wydatnych pośladków Wenecjanki. Ochoczo rozchyliła dal niego nogi, by mógł swobodniej dosięgnąć tego miejsca pieszczotą. Zamknęła oczy zadowolona, gdy pocierał palcami jej kobiecość. Mrucząc cicho, pozwoliła mu zanurzyć się głębiej w swojej szparce, co zresztą uczynił, widząc, jaką sprawia jej tym przyjemność. Głucho jęknęła, kiedy zacisnął palce na małym guziczku, bezlitośnie go drażniąc. Mimowolnie zaciskała uda, gdy pieszczota była silniejsza. Andrea, nie przestając, wyszeptał:

– Pora na moją porcję przyjemności.

Z początku Costanza planowała wziąć od kapitana to, na co miała ochotę i na tym poprzestać. Tak najczęściej postępowała z mężczyznami, ale wilk morski zaskoczył ją swoim zaangażowaniem. Dlatego teraz bez słowa przystała na jego prośbę.

Kapitan Doria zręcznie wydostał się na brzeg basenu i rozsiadł wygodnie z szeroko rozłożonymi nogami. Marynarska męskość prężyła się dumnie, wskazując na Costanzę, jako tę, od której oczekuje pieszczot. Objęła mokrego członka dłonią i wprawnymi ruchami sprawiła, że spotężniał. Pokryty grubymi nitkami nabrzmiałych żył wyglądał jak kawałek konaru drzewa. Piękna Wenecjanka widząc, że kapitan coraz silniej zaciska szczęki, domyśliła się, że nie zostało jej zbyt wiele czasu. Wsunęła sobie jedną trzecią kapitańskiego penisa do ust, jednocześnie nie przerywając pocierania go dłonią. Andrea Doria walczył z napierającą z lędźwi falą, próbując przedłużyć przyjemność, ale poległ w starciu z serwowanymi mu doznaniami. Wyprężył się, niemal zsuwając ze śliskiego brzegu i poddał sile spełnienia. Przeczuwając, co się wydarzy, Costanza wyjęła szybko członka z ust i skierowując go w bok, pozwoliła aby nasienie Andrei wylądowało w basenie. Kapitan opadł się plecami na rozłożoną w pobliżu płachtę płótna.

Costanza stwierdziła, że ma dość moczenia się w wodzie.

– Wystarczy kąpieli – oznajmiła, wychodząc na brzeg basenu niczym Afrodyta na cypryjskiej plaży. Wzięła jedno z naszykowanych dla nich suchych płócien, które służyły do wycierania ciała. Patrząc, jak przesuwa nim po pięknym, kształtnym ciele, powoli, z namaszczeniem jakby chciała sobie dodać kolejnej przyjemności, można się było zachwycić niezwykłą urodą i figurą Wenecjanki. Anielską twarzą z ustami zachęcającymi do pocałunków, orzechowymi oczami kontrastującymi z jasnymi, złocistymi włosami, które teraz ciemniejsze od wilgoci opadały na ramiona oraz kształtnymi, pełnymi piersiami. Wyrzeźbieniem takiej figury mogliby szczycić się Bramante czy Michał Anioł. Szczupła talia i kuszący łuk szerszych bioder tworzyły zmysłową krzywą linię, której zwieńczeniem były zgrabne kolumny nóg. Jedyną skazą na jej bajecznej urodzie było wypalone na prawym ramieniu piętno. Dwie litery. R i C.

Zniecierpliwiona Costanza spojrzała na leżącego nad basenem kochanka. Wieczorem czekało ją mało przyjemne, ale ważne spotkanie, a czas płynął szybko. Rzuciła bawełniane płótno kąpielowe w stronę zapatrzonego w nią Andreę.

– Wytrzyj mi plecy, kapitanie!

Wilk morski podniósł się i spełnił jej prośbę. Z przyjemnością odkryła, że wciąż nie ma jej dość. Niby przypadkiem wtulając w niego pośladki, czuła budzącą się na powrót do życia męskość kapitana. Uśmiech zadowolenia zagościł na pięknej twarzy. Zapragnęła, by marynarz spełnił jej oczekiwania.

Gdy była już wystarczająco sucha, obydwoje otuleni świeżymi płótnami udali się do komnaty sypialnej. Czysta i wypoczęta, postanowiła rozpalić tlący się w niej mały płomień, który pojawił się w łaźni. Zsunęła z siebie prowizoryczną szatę i usiadła na brzegu łoża. Widok nagiej Costanzy pobudził genueńskiego kochanka.  Męskość Andrei znów zaczęła przypominać gruby konar. Oczy panny Belfanti roziskrzyły się rozkosznie. Tego potrzebowała, a czas przecież naglił.

– Kapitanie, czyń swoją powinność! – wyszeptała, bezwstydnie rozchylając nogi.

Podniecony marynarz zbliżył się do łoża i pewnie ujął w dłoń członka. Pragnąc jak najprędzej dogodzić kochance, nakierował żołądź na ukrytą między zwieńczeniem jej ud szparkę.

– Nie tak szybko, mój drogi! – piękna Wenecjanka pogroziła palcem drugą ręką zasłaniając swoją kobiecość. Nie miała wprawdzie wiele czasu, ale to nie znaczyło, że miała zrezygnować z części przyjemności.

– Mam nadzieję, że człowiek tak bywały w świecie wie, że przyjemność można sprawić kobiecie nie tylko swoim ukrytym w spodniach przyjacielem – dodała żartobliwie. – I proszę… staraj się kapitanie, staraj!

Nie pomyliła się. Andrea Doria wiedział, jak użyć dłoni, palców, a przede wszystkim języka. Zaczął spokojnie, pocierając delikatnie ciemnozłote runo i niespiesznie muskając wilgotne brzegi kobiecości. Uczucie zadowolenia rozlało się po ciele Costanzy. Krew Wenecjanki burzyła się coraz mocniej, niczym fale podczas nadchodzącego sztormu. Wygięta w łuk, drżeniem reagowała na każdą kolejną pieszczotę, aż Andrea przerwał je, wyraźnie gotów, by ją posiąść.

Costanza wolała jednak, aby to ona była tą, która bierze. Kiwnęła znacząco palcem na Genueńczyka, a gdy zbliżył się do niej, popchnęła go niespodziewanie na łoże. Dzielny kapitan wylądował plecami na miękkim, jedwabnym posłaniu. Nie pozwalając opaść emocjom, niczym dzika kocica dopadła Dorię. Oplotła boki kochanka silnymi udami, niczym amazonka dzikiego ogiera, którego pragnie ujarzmić. Otarła się łonem o twardego członka i pozwoliła, by zanurzył sie w jej wnętrzu. Gdy wszedł cały, zacisnęła mocniej ciasną szparkę na pulsującej męskości i wprowadziła w ruch biodra. Była bliska szczytu, więc nie bawiła się w powolne zwiększanie tempa, od razu dziko ujeżdżając Andreę, jak narowistego ogiera. Niedługo przyszło jej czekać na finał. Upłynęła krótka chwila, gdy poderwała biodra ostatni raz i zastygła w finalnym uniesieniu. Rozkosz spełnienia zawładnęła nią całkowicie. Z upojnego odrętwienia wyrwał ja na chwilę samczy jęk dochodzącego kapitana.

– Nic z tego – wymruczała i uwolniła się od pulsującej męskości.

Opadając w jedwab pościeli, poczuła na ciele pierwsze wystrzelone przez kapitana strużki nasienia.

****

Republika Genui od wielu lat na przemian popadała w zależność od Francji lub Mediolanu, dlatego nie brakowało w niej stronników jednego czy drugiego sąsiada. Niewielki, ale urokliwy dom otoczony niewysokimi piniami należał do Alberta Frescone, członka genueńskiej signorii i wiernego propagatora francuskiej dominacji w nadmorskim państwie. Rajca Alberto z przyjemnością odstąpił na pewien czas mniejszy ze swoich dwóch domów kapitanowi de Fossart, oficerowi z Francji, sam zaś zadowolił się swą główną rezydencją w najbogatszej dzielnicy. To z Francuzem właśnie miała się spotkać wieczorem Costanza po tym jak zakończyła gorącą schadzkę z Dorią.

Pachnący, wymuskany Guillaume de Fossart mierził ją od samego początku ich znajomości. Wyczuwała w nim człowieka fałszywego i skorego do zdrady Błyszczące ozdoby stroju, wonne olejki, którymi się nacierał oraz kolczyki w uchu mogły sugerować, że Francuz jest mężczyzną zniewieściałym oraz słabym, ale nic bardziej mylnego. Kapitan był osobą bezwzględną, do cna zepsutą i okrutną, a przy tym czuł się bezkarnie, mając rozpostarty nad sobą ochronny płaszcz protektora – Georgesa D’Amboise, kardynała Rouen i głównego faworyta francuskiego władcy.

Niewielki podwórzec na tyłach domu wypełniony był głuchymi uderzeniami drewnianych mieczy. Na samym środku, uzbrojony w dwie takie klingi tańczył kapitan de Fossart, zręcznie odbijając ciosy trzech napastników, którzy należeli do jego eskorty. Costanza, która słyszała o wielkim talencie Francuza jaki przejawiał w fechtunku, mogła teraz przekonać się, że nie były to czcze opinie. Wszyscy podwładni de Fossarta atakowali zaciekle, próbując różnych sztuczek, ale każde ich pchnięcie trafiało na jego zasłonę. Ogromne wrażenie robiła łatwość, z jaką wykonywał każdy kolejny ruch.

Widząc stojącą w progu domu Wenecjankę, de Fossart przestał się bronić i przeszedł do kontrataku. Uchylił się przed dwoma pędzącymi w jego stronę ostrzami, jednocześnie robiąc krok w przód. Następnie odbił cios trzeciego napastnika. Drugim mieczem ciął za siebie, trafiajać jeszcze jednego.

– Pierre! – wykrzyknął imię trafionego, a ten uskoczył na bok.

Pozostali dwaj zaatakowali jednocześnie. Kapitan przyjął potężne ciosy na swój oręż. Trójka walczących przywarła do siebie, siłując się przez chwilę, ale zaraz obydwaj napastnicy zostali odepchnięci. Jeden z nich widząc, że dowódca rzuca się do ataku na towarzysza, wyczuł swoją szansę i nieopatrznie chciał to wykorzystać. Był to jednak wybieg. W istocie de Fossart zaatakował właśnie jego. Drewniany oręż wbił się w odkryty przez uniesioną rękę bok.

– Jean! – Francuz uśmiechnął się szeroko.

Nie czekając na reakcję ostatniego kamrata zasypał go mnóstwem wymyślnych ciosów, pod których naporem tamten szybko się ugiął. Potknął się, broniąc rozpaczliwie, a kapitan zakończył pojedynek przygwożdżając go do ziemi.

– Bernard! – tryumfalny okrzyk rozniósł się po dziedzińcu. –  I na dziś koniec!

De Fossart pławił się w dumie. Jego ludzie z uznaniem kiwali głowami.

– Imponujące – bez emocji stwierdziła Costanza, gdy Francuz podszedł do niej.  – Co teraz… mierzenie przyrodzenia, czy zawody kto wychędoży więcej dziewek?

Umiejętności kapitana budziły uznanie, ale nie chciała dawać mu satysfakcji. Poza tym w momencie, gdy się pojawiła, trening przestał być treningiem przybierając formę popisu. Nie zamierzała się zachwycać.

De Fossart przywitał ją teatralnie rozkładając ręce.

– Witaj Costanzo – zbliżył usta do jej policzka, ale uchyliła się przed pocałunkiem. – Jak zwykle urocza i nieprzystępna.

Przepuścił ją przodem, aby mogli wejść do wnętrza budynku.

– Mamy wspólne cele i zadania – stwierdziła Wenecjanka po chwili. – Nic ponadto nas nie łączy, więc po co te udawane serdeczności?

Francuz wykrzywił twarz w brzydkim grymasie.

– Dlatego, że to ty, więc warto próbować – wyjaśnił. – Jesteś jedną z kobiet, które budzą moje najbardziej dzikie żądze.

– Wybacz, że nie okażę entuzjazmu.

– Nie spodziewam go się wcale – de Fossart strzepał z siebie resztki kurzu. – Prawda jednak jest taka, że takiego tyłka nie mają najlepsze królewskie klacze.

– Uroczy jesteś de Fossart, naprawdę uroczy – Costanza pokiwała z politowaniem głową.

Stanęli przed drzwiami do salonu, a Francuz wyznał cicho:

– Liczę na to, że po zakończeniu tego całego bałaganu, będę mógł cię okiełznać we właściwy sposób – w jego głosie pojawiły się złowieszcze nuty.

– Nasi mocodawcy mają układ i wspólne cele – odparła spokojnie Costanza, choć jej wzrok mówił co innego. – Skoncentrujmy się na naszych zadaniach i nie zaprzątajmy głów tym, co nie ma szansy się stać!

– Każdy sojusz wcześniej czy później się kończy – nie ustępował de Fossart. – Ten się skończy szybko, bo ktoś będzie musiał zastąpić obecnego papieża, a d’Amboise ma ochotę na to równie mocną jak twój della Rovere.

Costanza zgadzała się w tym względzie z Francuzem, ale nie zamierzała mu o tym wspominać.

Ograniczyła się tylko do stanowczego zaprzeczenia.

– To czemu taka samodzielna niewiasta jak ty, jest mu tak bardzo oddana?

– To nie twoja sprawa, de Fossart! – zirytowała się Wenecjanka. – Wróćmy może do tego, po co tu się zjawiłam!

– Masz rację Costanzo, masz rację – kapitan spuścił z tonu. – Jednak, gdy ten sojusz legnie w gruzach, oglądaj się często za siebie.

– Posłuchaj mnie, kapitanie – zmierzyli się spojrzeniami. – Nie należę do kobiet strachliwych, ani do takich, które nie potrafią się bronić. Nie gróź mi, nic tym nie osiągasz poza tym, że poczuję do ciebie jeszcze większa niechęć!

De Fossart skłonił się teatralnie i uśmiechnął chytrze.

– A teraz mów, jak się rzeczy mają, bo nie chcę przebywać w twoim towarzystwie dłużej niż tego wymaga sytuacja! – dokończyła Costanza. Kapitan zawołał służącego i kazał sobie przynieść wina.

– Niepokorna jesteś jak na niewiastę, ale… jak sobie życzysz – oznajmił, upewniając się, że służący odszedł. – Nowiny nie są dobre, ta diabelska rodzinka wyprowadziła nas w pole!

– Jak to? – zdziwiła się Costanza.

– A tak to, że musieli wiedzieć o naszych zamiarach – kontynuował kapitan. – Urządzili niezłe przedstawienie. Papież zamknął się w swoich pokojach. Rozpuścili wieść, że jest umierający i czekali na rozwój wydarzeń.

– Sprytne, bardzo sprytne – wymruczała cicho Costanza.

– Przyznam, że i mnie to zaimponowało, choć bardziej jednak napsuło krwi – de Fossart zacisnął pięści, aż pobielały mu kości. – Wiedząc o zamachu szybko skojarzyli go z pojawieniem się nowego służącego. Stąd szybki pościg tego rzymskiego oprawcy za Tommaso, a potem wyprawa do Florencji, żeby spotkać się z tą gadatliwą dziwką Mercatelli…

– Spokojnie de Fossart! Skoro znał hasło, to skąd mogła wiedzieć, że to nie on?

– Masz rację, co nie zmienia faktu, że to dziwka – postawił na swoim Francuz. – Wracając do sedna, równie szybko wykryto, że to Caffa stał za wprowadzeniem zamachowca do papieskiego otoczenia.

Twarz kapitana wykrzywił nerwowy grymas. Porażka wyraźnie wytraciła go z równowagi.

Wobec zaistniałych okoliczności, fakt ujawnienia udziału jednego z sekretarzy papieża w spisku był łatwy do przewidzenia. Pomimo tego wiadomość ta wyraźnie poruszyła Costanzę. Biskup Orazio Caffa wiedział znacznie więcej niż, pionek jakim był Tommaso. Mógł zdradzić tożsamość kolejnych, znaczniejszych osobistości zamieszanych w to zdarzenie.

– Jak widzę, zdajesz sobie sprawę, że to bardzo niefortunne zrządzenie losu – skrzywił się po raz kolejny de Fossart. – Na szczęście biskup zdołał wcześniej wymknąć się z Rzymu…

– Będą go szukać! – wyrwało się Costanzy.

– Na pewno! Po pierwsze, będą chcieli się na nim zemścić  – de Fossart przyznał jej rację. – Po drugie będą chcieli się przekonać, co wie.

– Trzeba Caffę ukryć, chronić go! – Wenecjanka znów weszła w słowo Francuzowi.

– Jak najbardziej! – przyznał kapitan. – Ten klecha bezpieczny będzie teraz tylko we Francji przy kardynale della Rovere.

– Zatem…?

– Zatem wreszcie ruszę się z Genui, bo zacząłem tu gnuśnieć – de Fossart był wyraźnie podekscytowany. – Udam się do klasztoru benedyktynów w Ceseranie, gdzie ukrył się Caffa i odstawie go na statek do Francji.

– A co ja mam robić?

– Ty na razie zostaniesz tutaj i ochłoniesz po niezbyt udanej wyprawie – kapitan nie mógł sobie darować przytyku. – Załatw mi jedynie szybki transport do Livorno!

– Stwierdzam de Fossart, że zbytnio się przejąłeś rolą przywódcy, którą zresztą sobie uzurpujesz – z przekąsem stwierdziła Wenecjanka. – Stajesz się przez to mniej uroczy. To chyba sprawka pychy, która jak mi wiadomo jest jednym z siedmiu grzechów głównych.

Francuz spojrzał na nią z gniewnie. Lubił mieć rację i władzę, a zdecydowanie nie przepadał za tym, by umniejszano jego rolę.

– Nie dbam o grzechy główne – odparł ponuro. – A tobie radzę, daruj sobie złośliwości! D’Amboise uzgodnił to z twoim kardynałem, wiec przymknij się łaskawie i zrób o co proszę!

Costanza miała na końcu języka kolejną kąśliwą uwagę, ale powstrzymała się, widząc wściekłe spojrzenie de Fossarta.

– Jak chcesz – zgodziła się bez entuzjazmu.

Wenecjanka z przyjemnością opuściła dom genueńskiego rajcy. Wiedziała, kto może zapewnić zadufanemu w sobie kapitanowi szybką podróż do Livorno. Uśmiechnęła się delikatnie pod nosem. Andrea Doria mając świeżo w pamięci ich miłosne igraszki, zapewne będzie chciał okazać swoją wdzięczność. Costanza liczyła się z tym, że może jednak będzie potrzebował dodatkowego argumentu, aby spełnić jej prośbę. Nie miała nic przeciwko temu, by po raz drugi sprawić sobie przyjemność miłosnego obcowania z genueńskim marynarzem. Sprawił się przecież doskonale.

— 3 —

Rodrigo Lanzol y de Borgia nie był mężczyzną nazbyt urodziwym. Niemal siedemdziesięcioletni papież miał smagłą, ciemną twarz, pośrodku której tkwił duży, mięsisty nos, a ponadto wydatne usta i nieco wyłupiaste oczy. Nadal wysoki, utracił swoją wdzięczną, męską sylwetkę na rzecz wydatnego brzucha.

Pomimo takiej fizjonomii był człowiekiem o niebywałej charyzmie. Biła od niego siła i energia, w oczach czaił się magnetyczny blask o niespotykanej sile przyciągania. Przywódca rodu Borgiów potrafił być ujmującym mężczyzną, by za chwilę stać się bezwzględnym okrutnikiem. Słaby, gdy szło o zwalczenie w sobie skłonności do nieprzystających jego pozycji zachcianek oraz rozrywek, był zarazem potężnym władcą, inteligentnym i przebiegłym, a także niebywale ambitnym.

Borgia – z woli Boga (jak lubił uważać), a tak naprawdę z woli przekupnych dostojników kościelnych, papież Aleksander VI – był człowiekiem nietuzinkowym, jednym z najpotężniejszych w swojej epoce

Rodrigo czuł, że wraca do życia. Z niespotykaną energią zabrał się za papieskie obowiązki. Ostatni tydzień był koszmarem i choć rozumiał potrzebę tej maskarady, strasznie dokuczało mu odosobnienie i udawanie umierającego. O tym przedstawieniu wiedziały jedynie jego dzieci  – Cesare, Goffredo i Lukrecia. Poza nimi jeszcze tylko wierny sługa, a zarazem zausznik najstarszego syna Michelotto oraz ten, który stał za pomysłem na  to przedstawienie  – Dantin. Borgia musiał w duchu przyznać, że dawno temu podjęta decyzja okazała się niezwykle szczęsnym darem losu. Dantin udowodnił, jak bardzo groźnym jest człowiekiem, oddając jego rodzinie wiele zasług. Rodrigo nie miałby nic przeciwko temu, aby słaby, leniwy i miałki Goffredo był taki jak on. Z niecierpliwością czekał na wieści z Ceserany, dokąd Dantin wyjechał, gdy tylko okazało się, że tam ukrywa się ten nędzny gad Caffa.

Czekając, zamierzał nadrobić stracony czas, gdy musiał zrezygnować z ulubionych rozrywek. Odczuwał tęsknotę za Giulią Farnese. Zastanawiał się czy oddalenie jej było dobrym krokiem. Jednak ostatnimi czasy stracił miłosny zapał do wieloletniej kochanki. Choć nadal piękna, Giulia w oczach papieża straciła swój dawny blask. Zdecydowanie musiał poszukać sobie kogoś, kto ją zastąpi. Pięknych kobiet nie brakowało tak w Rzymie, jak i w całej Italii. Teraz cieszył się obecnością siostrzenicy tego zdrajcy Caffy – Elviry Rigamonti.

Świętoszkowaty biskup pomimo swojej wielkiej, wujowskiej miłości do młodej panny, która – z racji swej pobożności i niewinności – miała być przeznaczona do służby w zakonie, ze strachu przed papieskim gniewem uciekał tak szybko, że zupełnie o niej zapomniał. Rodrigo kazał ją sprowadzić do swojej rezydencji, po czym z zadowoleniem stwierdził, że dziewczę poza skromnością i nieśmiałością posiada też niemało wdzięku i niepospolitej urody. Nie na tyle, by zastąpić Giulię Farnese, ale wystarczająco, by mogła stać się krótką, miłą przygodą. Atutem takiego obrotu sprawy będzie też dodatkowa, mała zemsta na rodzie Caffa. Zdaniem Rodriga Borgii młoda Elvira miała zbyt wiele przymiotów ciała, by zostać zakonnicą. Potem, gdy już odda mu to, czego zapragnie, Michelotto zadba, by znalazła się na statku arabskich handlarzy żywym towarem. Na razie jednak miała do odegrania swą niewielką rolę.

Rodrigo zjadł lekką kolację i czym prędzej udał się do komnaty, w której czekało na niego specjalnie przygotowane przedstawienie. Liczył, że dziś młoda Elvira sprawi mu wiele przyjemności. Do tej pory jego delikatne podchody i słowne zaczepki zbywała rumieńcem i milczeniem. Przy dźwiękach lutni, na której grała jedna z kurtyzan, z zadowoleniem obserwował pozostałe dwie kobiety tańczące z gracją w białych szatach z cienkiego jedwabiu. Podczas niektórych ruchów materiał przylegał do ich ciała ujawniając zgrabne figury tancerek, ciemne brodawki piersi czy ciemne plamy runa pokrywającego ich łona. Widok był zaiste przyjemny, Rodrigo szybko odczuł rodzące się podniecenie. Upływające lata nie odbiły się na jego męskiej witalności.

W tym momencie Michelotto przyprowadził siostrzenicę Caffy. Była wyraźnie onieśmielona i wystraszona.

– Ojcze Święty… – skłoniła się panna Rigamonti.

– Darujmy sobie tytuły, gdy jesteśmy sami! – Borgia wskazał dziewczęciu krzesło stojące tuż obok niego. – Usiądź moja droga koło mnie!

– Co ja tu robię? – zapyta Elvira pomimo zmieszania i lęku.

Rodrigo  skinął na Michelotta, by opuścił komnatę.

– Wszystko w swoim czasie, moja droga – pogładził dłoń dziewczęcia. – Na razie spróbuj nacieszyć się tańcem i przedstawieniem!

Elvira rzuciła okiem w stronę tańczących kurtyzan.

– Ale to niezbyt przyzwoite – stwierdziła cicho.

– Mylisz się moje dziecko! – papież zaprotestował łagodnie. – Bóg stworzył nas takimi, a nie innymi. Dał nam piękne ciała i miłość nie po to, abyśmy marnotrawili ten dar.

– Ale…

– Nie dyskutuje się z papieżem w sprawach boskich! – z uśmiechem pouczył Elvirę Rodrigo. Napełnił mały puchar winem i podał go pannie Rigamonti. – Skosztuj wina!

– Ja nie piję wina.

– Dziś to zrobisz! – Borgia nie zamierzał ustąpić. – Gdy papież prosi, nie należy odmawiać!

Siostrzenica biskupa – zdrajcy skromnie zamoczyła usta w winie.

– Nawet nie posmakowałaś – zganił ją łagodnie papież. Przytrzymał dno naczynia, gdy przechyliła go po raz drugi, nie pozwalając jej opuścić go zbyt szybko.

– Popatrz czyż to nie piękne? – stwierdził, wskazując na kurtyzany.

Tancerki wciąż pląsając,sprawnie pozbyły się swoich szat, nagie ciała złociście zalśniły w świetle świec. Z kuszącym wdziękiem połączyły taniec z grą miłosną. Dłonie powoli pieściły ciała, pełne piersi rozpłaszczały się, gdy kobiety wtulały się w siebie nawzajem, nie szczędząc przy tym pocałunków. Podniecenie zaróżowiło policzki i rozświetliły blaskiem oczy kurtyzan, które zgodnie z zaleceniami Borgii poruszały się zmysłowo i powoli. Przedstawienie trwało w najlepsze.

Rodrigo obserwował je z zadowoleniem, kątem oka zerkając co chwila na siedzącą z boku Elvirę. Zawstydzone dziewczę spłoniło się straszliwie, ale wstydliwie spuszczony wzrok przegrywał z ciekawością młodej panny, która pozwalała sobie na krótkie zerknięcia w stronę tańczących kobiet. Usta Rodriga Borgii rozciągnęły się w lekkim uśmiechu. Dolał wina siostrzenicy Caffy pilnując, by upiła z pucharu właściwą porcję. Plan powoli sam się realizował.

– Dołącz do nich! – zaproponował.

– Ależ Ojcze Święty! – Elvira poderwała się nerwowo. – To się nie godzi…

Twarz papieża wykrzywił grymas niezadowolenia.

– Rozmawialiśmy już o tym – starał się mówić łagodnie, ale głos brzmiał stanowczo. – Twój wuj dopuścił się zdrady, a dopuszczając się tego wobec mnie najbardziej zranił Boga, którego jestem namiestnikiem na ziemskim padole.

Elvira Rigamonti słuchała go, kompletnie zdezorientowana. Wino szumiało w głowie panny, nie radziła sobie ze swoim emocjami. Czuła złość, wstyd i ciekawość. Obecność Borgii dodatkowo ją deprymowała, odbierała resztki i tak niezbyt wielkiej pewności siebie. Z trudnością docierały do niej słowa papieża.

– Ja jednak chce być miłosierny, jak Nasz Pan i wybaczyć twojemu wujowi – wyznał Rodrigo. – Tyle że, gdzie mi się równać z boskim miłosierdziem! Jednak twoja postawa może znacząco wpłynąć na moją decyzję i los wuja.

Na twarzy dziewczęcia pojawiły się łzy. Co takiego zrobiła, że ją to spotyka!?

– Dlatego proszę, przyłącz się do tańca! – prośba Borgii zabrzmiała bardziej jak nakaz.

Elvira spojrzała na papieża, szukając u niego zrozumienia. Nie znalazła go jednak. Usta kościelnego hierarchy mówiły co innego, ale oczy migotały pożądliwym oczekiwaniem. Nie było tam nawet krzty wyrozumiałości czy litości. Z satysfakcją dostrzegł moment, w którym instynkt obronny panny Rigamonti stłumił w niej zbędne opory. Była na tyle inteligentna by zrozumieć, że tylko uległa postawa zapewni jej szansę na przetrwanie, a zdecydowanie wolała żyć niż ginąć. Nawetr kosztem utraty cnoty i dobrego imienia. Pomimo wychowania u boku matki dewotki oraz świętoszkowatego wuja, Elvira Rigamonti nie miała w sobie zadatków na męczennicę.

Rodrigo poczuł silniejszy przypływ pożądania gdy przekonane do swoich racji dziewczę, onieśmielone i wystraszone weszło w krąg, gdzie tańczyły obydwie kurtyzany. Otoczyły ją niemal natychmiast, bez zastanowienia zabierając się za wiązania i zapięcia skromnej sukni. Biskupia siostrzenica wzdrygnęła się w odruchu obronnym. Trwało to tylko chwilę, po czym przymknęła oczy, zacisnęła usta i pozwoliła się rozebrać.

Dwie pary rąk to stanowczo zbyt niewiele żeby zakryć całe ciało, więc skrzyżowała dłonie na wysokości łona. Jej wstyd jeszcze bardziej wzmagał żądzę papieża. Policzki Elviry płonęły żywym ogniem. Nie miała odwagi spojrzeć w jego stronę, ale on nie miał z tym żadnych problemów. Krucha, delikatna siostrzenica Caffy wciąż była w trakcie przeistaczania się z dziewczęcia w młodą kobietę. Szczupłe ciało zaokrąglało się wdzięcznie, drobne piersi z niewielkimi okręgami brodawek sterczały zachęcająco.

Borgia mimowolnie przesunął językiem po wardze. Gdy chodziło o płeć przeciwną, nic tak nie budziło jego pożądliwości, jak młode dziewczęta. Taka była Giulia Farnese, gdy poznał ją jakieś dziesięć lat temu. Znajome demony rozhulały się w głowie i ciele papieża. Pod wydatnym brzuchem pojawiło się znajome, przyjemne uczucie. Klasnął w dłonie, aby kurtyzany przeszły do kolejnego etapu przedstawienia.

To były stałe bywalczynie papieskiej rezydencji, znane ze swoich talentów i doskonale zorientowane w potrzebach gospodarza. Z zaangażowaniem, ale tak, by nie spłoszyć wystraszonej Elviry, obsypały ją pocałunkami. Ich doświadczone dłonie gładziły i muskały każdy fragment młodego ciała. Doskonale wyczuły moment, gdy pod wpływem kolejnych pieszczot nogi zaczęły się uginać pod dziewczęciem i pozwoliły jej opaść na wielkie łoże stojące w pobliżu miejsca, gdzie wcześniej tańczyły.

Chcąc dalej śledzić miłosne igraszki kurtyzan z Elvirą, Borgia musiał zmienić punkt obserwacyjny. Postawił fotel koło łoża i walcząc z coraz większym podnieceniem, skupił się na trzech nagich niewiastach.  Pieszczoty i starania tych bardziej doświadczonych zaczęły odnosić skutek. Siostrzenica Caffy coraz częściej zapominała o wzbranianiu się i zakrywaniu ciała. Głębokie westchnięcia oraz ciche pojękiwania zdradzały jej przebudzoną żądzę. Ostatecznie poddała się całkowicie,rozchylając szeroko nogi i pozwalając jednej z kurtyzan zająć się swoim łonem. Jej towarzyszka  w tym samym czasie pieściła drobne piersi panny Rigamonti.

W potężnym ciele papieża zapłonął ogień. Klasnął ponownie, dając znak, że przyłącza się do zabawy. Obydwie kurtyzany ustąpiły mu, przytrzymując ramiona Elviry, jednocześnie wolnymi rękami nie przestając pieścić jej piersi. Borgia przez chwilę przyglądał się ich długim pocałunkom, którymi raczyły się ponad głową rozciągniętej na łożu biskupiej siostrzenicy, podciągając jednocześnie w górę swoją długą szatę.

Do Elviry dotarło, co za chwilę się wydarzy. Podniecenie wywołane miłosnymi zabiegami kurtyzan wymieszało się z lękiem i odrazą. Rodrigo dostrzegł to w przerażonym spojrzeniu dziewczęcia. Usta panny Rigamonti, przed chwilą jeszcze wypełnione westchnięciami i pojękiwaniami, teraz bezgłośnie wypowiadały nadaremne prośby, a może modlitwy.

Na ten moment czekał. Czuł wzbierającą w nim falę pożądania połączoną z zadowoleniem z tej niewielkiej, ale przyjemnej zemsty na rodzie Caffa. Nie bacząc na płynące z oczu Elviry łzy, wycelował członkiem w jej kobiecość. Poczuł opór, próbując się w nią wsunąć.

– To najgorsze co mogłabyś teraz zrobić! – wysapał poirytowany papież. Opór jej ciała pękł. Rodrigo wykorzystał to natychmiast, wbijając członka między wilgotne, miękkie fałdki kobiecości. Jakże mu tego brakowało!?

Czuł potężny przypływ euforii. Był ponad to, że jego młoda kochanka przymknęła oczy, nie mając ochoty patrzeć mu w twarz. Jedynie pojedyncze łzy wydostawały się spod jej powiek. Pchnął potężnie po raz kolejny, czując ponownie opór. Z jeszcze większym zadowoleniem przyjął fakt, że będzie tym, który odbierze tej świętoszce niewinność. Stało się to przy kolejnym uderzeniu jego męskości. Borgia był tak  podniecony, że już po chwili zastygł we wnętrzu Elviry, wypełniając je ładunkiem nasienia. Swój tryumf obwieścił głuchym jękiem. Miał ochotę opaść na łoże, ale znalazł w sobie na tyle siły, by rozsiąść się w stojącym obok fotelu.

Od zawsze był nienasyconym kochankiem. Miał nadzieję, że był to tylko wstęp do długiej zabawy z młodą panną Rigamonti, która teraz zwinięta w kłębek w milczeniu znosiła swoje poniżenie. Nie pierwszy raz był w takiej sytuacji, wiec wiedział, że teraz pójdzie łatwiej. Nie potrzebował uczucia tego dziewczęcia, a jedynie ciała, które dostarczy mu mnóstwa przyjemności. Gdy się znudzi – a przewidywał, że nastąpi to dosyć szybko – jak się rzekło, zajmie się nią Michelotto.

Nieco znużony, pozwolił kurtyzanom zająć się sobą. Do dwóch, które przygotowały dla niego  Elvirę dołączyła ta grająca na lutni. Trzy doświadczone, nagie  gracje w niezwykłym trójkącie stanowiły miły widok dla papieskich oczu złaknionych widoku miłosnych uniesień. Tego wieczoru jednak nie dane było Rodrigo Borgii rozsmakować się bardziej w młodej siostrzenicy biskupa Caffy. Pukanie do drzwi wyrwało papieża z przyjemnych rozważań. To mógł być tylko Michelotto, a jeśli odważył się pukać w takim momencie, to stało się coś ważnego.

Tak też było. Dantin właśnie wrócił z Ceserany.

Papież dał znać kurtyzanom, by zatroszczyły się o pannę Rigamonti i opuścił komnatę. Na bardziej wyuzdane igraszki z tym dziewczęciem przyjdzie jeszcze czas. Wujek natomiast powinien odpowiedzieć za swoją zdradę jak najszybciej i jak najboleśniej. Cóż, pora nadrobić z nawiązką okres przymusowego postu, gdy udawał umierającego. W sumie, po takiej przerwie wszystko smakuje dwa razy lepiej.

****

Popijając wino z głębokiego kielicha Dantin, z zadowoleniem stwierdził, że widzi w oczach papieża dawny blask, który w ostatnim czasie mocno przygasł. Zamach podziałał przygnębiająco na głowę rodu Borgiów. Teraz jednak wyraźnie wszystko wracało do normy.

– Witaj, mój drogi Mateo – jedynie Borgiowie zwracali się do niego po imieniu, którego właściwie nie używał.

– Witaj Wasza Świątobliwość…

– Darujmy sobie tytuły, synu – Borgia lekceważąco machnął ręką. – Mów czym prędzej, jakie nam przynosisz wieści!

– Spóźniłem się o dwa dni – przyznał Dantin, odstawiając kielich. – Gdy dotarłem do klasztoru w Ceseranie zastałem tylko tlące się jeszcze zgliszcza.

– To oczywiście nie przypadek – wszedł mu w słowo papież.

– Oczywiście, że nie – potwierdził Dantin. – Wypytałem kilku ocalałych z pogromu mnichów o to co się wydarzyło.

– Ciekaw jestem tego wielce – w takich chwilach Rodrigo Borgia nie grzeszył cierpliwością.

– Dwa dni przed moim pojawieniem się w Ceseranie do klasztoru przybyła grupa nieznanych benedyktynów – Dantin skrzywił się lekko. – Jak się okazało, byli to jedynie przebrani żołdacy. Tak przynajmniej twierdzą nieliczni z ocalałych, bo wprawa, z jaką zaczęli mordować mnichów po rozmowie ich dowódcy z biskupem Caffą mogłaby podobno zadziwić niejednego.

– A sam biskup? Co z nim?

– Zginął pchnięty rapierem. Przywiozłem jego ciało, które szczęśliwie nie spłonęło, więc jest niezbitym dowodem śmierci zdrajcy. –  wyznał Dantin. – Wracając do napadu w Ceseranie… gdy napastnicy doszli do wniosku, że wysłali już na tamten świat wszystkich mnichów, podpalili zabudowania. Mieszkańcy Ceserany chcieli ugasić pożar, ale klasztor leży w mało dostępnym miejscu na górze. Zanim tam dotarli, nie było wiele do ratowania. Pewnie spłonęło by wszystko, ale niespodziewany, ulewny deszcz temu zapobiegł.

Papież milczał zamyślony. W końcu przemówił:

– Śmierć Caffy skutecznie przerywa nasze próby dojścia do sedna tego spisku – stwierdził zawiedziony. – Zastanawia mnie,  po co taka gwałtowna reakcja? Wystarczyłoby go przecież ukryć dobrze gdzieś poza Italią…

– Wybacz ojcze, że się wtrącę – Dantin wszedł Borgii w słowo. – Być może chcieli mieć pewność, bo twoim przeciwnikom na pewno znany jest fakt, że Borgiowie nie wybaczają i nie zapominają krzywd.

– Tak mogło być – po chwili zastanowienia zgodził się papież. – Jednak nie trzeba niszczyć całego klasztoru, wystarczyłoby zgładzić Caffę.

– Też się nad tym zastanawiałem, ale nie doszedłem do żadnych wniosków – przyznał się Dantin.

– No cóż, pozostaje nam czekać – Borgia był niepocieszony. – Do ciebie jednak, drogi Mateo mam prośbę.

– Słucham.

– Czuję, że to nie koniec – oczy papieża zamigotały złym blaskiem. – Coś się wydarzy, takie mam przeczucie. Cesare wpada do Rzymu rzadko i niespodziewanie. Jest zajęty zdobywaniem kolejnych miast i prowincji.

– Z tego co wiem, idzie mu świetnie – pochwalił papieskiego syna Dantin.

– Wiążę z nim ogromne nadzieje na dalszą świetność rodu Borgiów – uśmiechnął się Rodrigo. – Wracając do mojej prośby… znam twoje zwyczaje Mateo, znikniesz zaraz pochłonięty swoimi sprawami, jak zawsze, a ja chciałbym byś pozostał przy mnie.

– Jak sobie życzysz, ojcze.

– Bardzo jestem ci wdzięczny – papież przygarnął podwładnego. – Twoja obecność sprawi, że będę się czuł bezpieczniejszy.

– Wasza Świątobliwość wie, że ma moją dozgonną wdzięczność – odparł Dantin z powagą. – Za to, co dla mnie zrobiłeś przed wieloma laty, nie odwdzięczę się nigdy. Jakże więc mógłbym ci czegokolwiek odmówić?

– Wiele razy spłaciłeś już swój dług, Mateo, wiele razy – słowa Dantina wyraźnie sprawiły papieżowi radość. – I prosiłem już, daj spokój z tymi tytułami!

– Odpocznę teraz nieco – oznajmił Dantin. – Powiedz tylko jeszcze ojcze, co chcesz zrobić z ciałem Caffy?

Borgia skrzywił się z niesmakiem.

– To zdrajca nie wart godnego pochówku! – wymruczał gniewnie. – Wrzuć go cichcem do Tybru, niech się ryby nim zajmą!

Dantin skinął głową. W sumie takiej odpowiedzi się spodziewał.

****

Idąc do komnaty, którą zawsze zajmował, gdy przebywał w rezydencji przy via di Panico, Dantin natknął się na papieską córkę – Lucrezię. Podobnie jak w przypadku ojca i starszego brata było w tej młodej kobiecie coś pociągającego, choć nie należała do wyjątkowych piękności.  Uroda, którą odziedziczyła po ojcu, nie robiła wrażenia na Dantinie. Gładkość cery nie szła u Lucrezii w parze ze szlachetnością rysów. Duży nos, wydatne usta i nieco mniej niż u ojca, ale jednak wyłupiaste oczy nie czyniły jej szczególnie urodziwą niewiastą. Piękne natomiast miała długie, jasno złote włosy oraz kształtną sylwetkę, której wiele niewiast mogło jej pozazdrościć. Największym jej atutem było jednak pochodzenie, którego skutkiem był magiczny, niewytłumaczalny, borgiański urok.

– Ooo, Mateo wierny sługa mojego ojca! – ucieszyła się na jego widok.

– Witaj Lucrezio.

– Nie mam szczęścia – stwierdziła z przekąsem. – Gdy ty znów na dłużej pojawiasz się w naszym życiu, ja muszę wyjechać.

– Opuszczasz Rzym?

– Tak, ojciec martwi się, że w jego pobliżu może mi się coś stać – żachnęła się Lucrezia. – Wyjeżdżam z Adrianą Mila do Subiaco.

– Daleko od niego też całkowicie bezpieczna nigdy nie będziesz – podsumował Dantin.

– No właśnie, powiedz mu to! – poprosiła słodko. – Wole być tu, gdzie mam wszystko, co mi potrzebne do życia!

– Nie mam wpływu na decyzje twojego ojca – stwierdził Dantin, wzruszając ramionami. – Zresztą nie marudź Lucrezio, on się martwi o ciebie.

Podeszła bliżej. Poczuł orientalny zapach wonności, którymi się nacierała i skrapiała.

– A ty? Martwisz się o mnie? – zapytała, zaglądając mu głęboko w oczy.

Rozmowa zmierzała w niebezpieczną stronę. Odkąd przestała być niewinnym dziewczęciem, córka Rodriga Borgii nieustannie próbowała nawiązać z nim romans. Ewentualnie, rezygnując z głębokich uczuć, zaciągnąć po prostu do alkowy. Na początku dużo kosztowało go odmawianie Lucrezii, bo miał ochotę poddać się jej woli. Z czasem jednak nauczył się myśleć o niej jedynie jak o przyrodniej siostrze. Zbyt wiele zawdzięczał papieżowi, by zepsuć relacje z nim zaglądaniem pod suknię jego córki. Do tego był jeszcze Cesare, którego relacje z siostrą chwilami wykraczały poza ramy miłości, jaka powinna łączyć rodzeństwo. Przyjaźń z nim była zbyt cenna, a robienie sobie wroga z księcia Valentino zbyt niebezpieczne, by zaryzykował chędożenie jego ukochanej siostry.

– Wiesz, że życzę ci dobrze – odpowiedział z uśmiechem.

– Odpowiedź wygodna i wykrętna – skrzywiła się Lucrezia.

– Zgodna z prawdą.

– Mateo, ty i te twoje zasady – prychnęła córka papieża. – Jesteś chyba jedynym znanym mi mężczyzną oprócz Cesare wartym większej uwagi…

– Dajże spokój! – przerwał jej Dantin. – Pochodzisz rodu Borgia, a ja jestem sierotą, zwykłym śmiertelnikiem i łotrem, którego istnienie świat ma w głębokim poważaniu. Nieliczni zapomną o mnie, gdy obrócę się w proch.

– To nie ma znaczenia! – Lucrezia lekceważąco wydęła usta. – Pałace, kościoły i rezydencje pełne są nic nie wartych bękartów, a ty uwierz mi, jesteś o wiele więcej wart niż niektórzy książęta.

– Przesadzasz.

– Myślę, że nie – odparła Lucrezia. – Wiem, że bronisz się przede mną, ale wciąż liczę, że pewnego dnia ulegniesz.

Zanim się zorientował, przylgnęła do niego, całując namiętnie.

– Taki dzień nie nastąpi! – odsunął ją od siebie. – Przestań się łudzić!

Zmrużyła oczy jak zawsze, gdy miała wybuchnąć. Powstrzymała się jednak, robiąc jedynie obrażoną minę.

– Moje złudzenia to moja sprawa – odwróciła się i ruszyła w głąb korytarza. Dantin stał przez chwilę, niezdecydowany czy pójść za nią i przepraszać, czy może udać się do swojej komnaty. Odgłos kroków Lucrezii ucichł, a on wybrał drugie rozwiązanie. Córka papieża nie była osobą, która długo chowała urazę. Zwłaszcza wobec osób, na których jej zależało.

— 4 —

Jeśli istniał ktoś, kto nienawidził Borgiów bardziej od pozostałych to z pewnością był nim rzymski kardynał i uciekinier Giuliano della Rovere. Od kilku lat ukrywał się przed nimi we Francji, planując swój powrót i zemstę na znienawidzonym rodzie. Coraz bardziej doskwierała mu tęsknota za Italią, zwłaszcza w takie dni jak ostatnio, gdy pomimo zbliżającej się pełni wiosny nastały dziwne, niespodziewane chłody.

Ascetycznie chudy della Rovere  zarzucił na plecy wełniany płaszcz. Jeszcze kilka lat temu nie zwróciłby na to uwagi, ale teraz lekki przeciąg sprawiał, że drżał na całym ciele. Zbliżył się do kominka i wyciągnął ręce w stronę ognia. Na jego twarzy męczennika pojawił się grymas zadowolenia. Rozkoszował się ciepłem, gdy za jego plecami otwarły się drzwi i stanął w nich gospodarz zamku, faworyt króla Francji – kardynał Georges D’Amboise.

– Witaj, bracie Giuliano – na pociągającej, ogorzałej twarzy Francuza pojawił się uśmiech.– Wróciłem z Paryża i pierwsze kroki kieruję do ciebie.

– Doceniam to, Georges – oznajmił della Rovere. – Jesteś niezwykłym człowiekiem … zrobiłeś dla mnie tak wiele.

– Daj spokój bracie, dziękować będziemy sobie wtedy, gdy rozprawimy się z Borgiami – skwitował D’Amboise. – Wybacz, że zapomnę dziś o kurtuazji i etykiecie, ale zdrożony jestem po podróży, wiec zapytam wprost, o czym chciałeś ze mną mówić?

Della Rovere odwrócił się od ognia. Żar płynący z kominka rozgrzał jego plecy.

– Mój drogi Georges – odezwał się po chwili. – Liczyłem na to, że sprawa z biskupem Caffą zostanie rozwiązana inaczej.

Francuski kardynał zakaszlał, ukrywając przed swoim gościem kwaśną minę.

– De Fossart miał rozkazy, żeby wyprawić go do nas – wyznał. – Jednak w liście napisał mi, że sytuacja wymagała drastycznych rozwiązań.

– A jakaż to sytuacja go do tego zmusiła?

– Ponoć świętoszkowaty biskup nie chciał wyjeżdżać do Francji, zanim nie zadbamy o bezpieczeństwo jego rodziny – wyjaśnił D’Amboise. – Poza tym chciał wysokiego odszkodowania w zamian za poniesione straty.

– Żartujesz!? – wybuchnął della Rovere. – Czyżby był aż takim głupcem?

– Najwyraźniej tak – stwierził Francuz. – Borgia skonfiskował jego majątek i uprowadził do Rzymu siostrzenicę, więc wydawało mu się, że może się o to upomnieć.

– Dureń! – della Rovere znany był z tego, że szybko wpadał w gniew.

– De Fossart do łagodnych nie należy – ciągnął dalej D’Amboise. – Gdy biskup zaczął gwałtowniej się domagać swojego odszkodowania, a zaniepokojeni mnisi wzięlii go w obronę, nie wytrzymał i stało się to co się stało.

– Stało się źle – skwitował jego słowa włoski kardynał. – Nie cofniemy jednak tego.

– Masz rację przyjacielu. Co dalej jednak z naszym cichym sojuszem?

– Borgiowie zbyt urośli w siłę – delle Rovere nie potrafił ukryć gniewu. – Cesare ma pod kontrolą coraz więcej ziem, jest odważny, sprytny i wiele uchodzi mu na sucho, zwłaszcza, gdy ma za sobą oparcie potężnego ojca. Nie można tego tak zostawić!

– Zgadzam się z tobą, mój drogi Giuliano – potaknął francuski kardynał. – Borgiowie to realna groźba.

– Nie możemy poprzestać na tej jednej próbie! – stwierdził wzburzony della Rovere. – Jednak teraz Aleksander będzie miał się na baczności. Niełatwo będzie go dopaść.

– Czyli wprowadzamy w życie drugi plan? – domyślił się D’Amboise.

– Tak! – potwierdził della Rovere. – Nie możemy czekać, aż twój król przejrzy na oczy!

– To nastąpi wcześniej niż myślisz – wyznał D’Amboise. – Jednak masz rację, powinniśmy działać dalej.

Giuliano della Rovere uśmiechnął się szeroko. Z bożą pomocą, a także dzięki swej przenikliwości sprawi, że Borgiowe znajdą się w opałach. Gdy tak się stanie, a ten hiszpański przybłęda na rzymskim tronie przepadnie, on zajmie jego miejsce.

Przejdź do następnej części – Dantin cz. II

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Koniec lutego Foxm uczcił ostatnią częścią "Maxa Malyckiego".

Początek marca przynosi z sobą nową, pasjonującą opowieść – "Dantin" Sinful Pena. Tym razem przenosimy się do późnośredniowiecznej / wczesnorenesansowej Italii. Areną wydarzeń stają się Rzym i Florencja, Wenecja i Genua, Mediolan – i czająca się po drugiej stronie Alp Francja. Papieską tiarę nosi na skroniach rozwiązły Aleksander VI, czyli Rodrigo Borgia, armie jego syna, Cezara księcia Valentino, podbijają kolejne miasta… kardynałowie zaś, jak zwykle, knują mordercze intrygi.

W tych oto niezwykłych czasach przyjdzie nam poznać wachlarz interesujących postaci. Naturalnie, prócz politycznych przesileń i przygodowo-szpiegowskich perypetii znajdzie się tu miejsce także dla wielu miłosnych uniesień. Wszak renesansowa Italia to kraina zaludniona przez hedonistów, sybarytów, nałogowych cudzołożników, grzeszne siostry zakonne, a także cały tabun kurtyzan. Rozrywki więc z pewnością nie zabraknie!

Poznajcie zatem Dantina, drodzy Czytelnicy. Ja już poznałem i mogę Was zapewnić – że to osoba równie intrygująca, jak świat, w którym przyszło mu żyć.

Po długiej przerwie Sinful Pen w pięknym stylu wraca do pisania nowych dzieł! Mam nadzieję, że Jego seria będzie rozwijać się i wzrastać, stając się jednym z głównych cykli Najlepszej Erotyki. No i oczywiście cieszę się, że Opowieść helleńska nie jest już samotna 🙂

Pora zatem wyruszyć do XVI-wiecznej Italii.

Pozdrawiam serdecznie
M.A., vel Alessandro Magno

Hihih, podoba mi się ten Alessandro Magno!

W pierwszej kolejności komplementuję ilustrację – miodzio. Idealnie odzwierciedla nastrój opowieści.
A opowieść łotrzykowsko – awanturnicza jak się patrzy. Jest duuużo akcji – dla tych, których odrzuca płaszczyk serii historycznej, może być miłym zaskoczeniem brak rozbudowanych, drobiazgowych opisów okoliczności historycznych czy detali architektonicznych. Nastrój szesnastowiecznej Italii budują tu bowiem wartkie dialogi, soczyści bohaterowie, pojedynki i "sceny".

Widać w tej historii rozmach, szeroko nakreślony plan polityczny daje wiele możliwości, tak samo jak wprowadzenie sporej ilości wyrazistych postaci.
Pozdrawiam serdecznie!!
Rita

Bardzo ciekawe! Opowiadanie przypomina mi troche "Assassin's Creed 2". Akcja tej gry ulokowana jest w renesansowej Italii. A bohater to zawodowy morderca. Czy trafnie identyfikuje inspiracje?

Jaskier

Fajna lektura!Kiedy c.d.?

Witam,
A więc stało się… . Przyznam szczerze, że ostatnie dni spędziłem w sporej niepewności. Sporo emocji wiązało się z terminem publikacji "Dantina". Teraz ciśnienie opadło, pozostała ciekawość jak zostaje przyjęty ten tekst. Mam nadzieję, że opowieść oraz jej bohaterowie przypadną do gustu – jakby nie patrzeć – wyrobionym i wybrednym Czytelnikom NE.
Tyle tytułem wstępu. Przechodzę do części dziękczynnej, od której tak naprawdę powinienem zacząć. Wielkie, ogromniaste podziękowania za korektę należą się Ricie i Megasowi. Tacy korektorzy to skarb )podoba Wam si takie porównanie?) 😉 . Przy okazji muszę wspomnieć, że sarkazmem może nie da się pokonać przeciwnika (tekst z "Obcego"), ale spokojnie można pozbawić go sił do czegokolwiek, co skutecznie wypróbował na mnie niezastąpiony Alessandro Magno. Równie pięknie dziękuję Megasowi za ciekawy komentarz na dobry początek.
@Rita
Historia ilustracji jest prosta. Szukając w czeluściach internetu fajnych ilustracji pod katem głównego bohatera opowiadania, zarzucony zostałem ilustracjami z gry "Assassin Creed". Jako zatwardziały fan antycznego "Baldur's Gate" nie chciałem mieć takowej. Chciałem innej, a z nielicznych, które odnalazłem w sieci ta przypadła mi do gustu.
@Jaskier
A skoro wspomniałem już o grze "Assassin Creed" to wypada odpowiedzieć na pytanie. Nie, ta gra nie była inspiracją do opowiadania. Pomysł pojawił się w mojej głowie dawno, na tyle, że nikt nie słyszał nawet o tej grze, a tym bardziej o emitowanym na HBO serialu. Ewoluował (zwłaszcza w temacie głównego bohatera)i stał się rzeczywistością.
@Anonimowy Czytelniku
Kolejna część – jeśli wena mnie nie opuści, a przede wszystkim starczy czasu – w połowie kwietnia.
Dziękuję z a pierwsze komentarze.
Pozdrawiam.
SP

Ależ Sinfulu,

mam nadzieję, że mój sarkazm nie pozbawił Cię sił żadnego rodzaju, a z pewnością nie tych twórczych! Długo bym sobie tego nie wybaczył. Wiesz, że liczę na następne rozdziały "Dantina" – nawet jeśli miałbym się w tym celu autocenzurować w swoich korektorskich zapędach… Porównanie do skarbu podoba mi się w sposób umiarkowany, ale przełknę i to, bo wiem, że sobie zasłużyłem 😀

Osobiście nie miałem skojarzenia z "Assassin Creed" bo w tę grę nie udało mi się dotąd zagrać (może inaczej, grałem w jedynkę, rozgrywającą się w okresie krucjat, ale krótko i nigdy nie dotarłem do kontynuacji), natomiast z serialem – jak najbardziej. Zdaję się, że jego akcja urywała się mniej więcej w tym samym miejscu, w którym Ty zaczynasz. Nawiasem mówiąc, co za zbrodnia! uciąć serial w połowie! Wierzę jednak, że Twój pomysł narodził się wcześniej, tylko nim zdążyłeś się do niego zabrać, zaczęli go już realizować inni (mam w tej chwili podobny problem – pomysł, na który wpadliśmy z jedną z Autorek NE, został właśnie zekranizowany 😀 ). Liczę jednak, że nie przejmiesz się growo-serialową konkurencją i będziesz tworzył swą opowieść z zapałem, którego nie ugasi nawet najbardziej gryząca ironia!

Pozdrawiam
M.A.

P.S. Też jestem fanem "Baldur's Gate"! Ale to wcale nie była taka antyczna gra. Pomyśl o "Might and Magic", "Eye of the Beholder", czy prawdziwie antycznym "Ishtarze" oraz "Realms of Arcania". To dopiero były szacowne starocie 😀

No jasne, że się podoba 🙂 Skarb poproszę jedynie w takim kontekście ;P

Bardzo podoba mi się ten nowy, historyczny cykl! Kocham renesans i będę z pewnością śledziła wszystkie następne części!

Pozdrawiam, Lucrezia

Ależ Megasie,

twój sarkazm nie pozbawił mnie niczego, poza dorodnym kawałkiem jabłka, które spożywałem podczas korekty. Jeden z Twoich komentarzy sprawił, że się zachłysnąłem. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że był to zamach ;-). Autocenzurować siebie nie musisz, a wręcz nalegam byś podtrzymał ten zjadliwie radosny klimat. Naprawdę wielkie dzięki jeszcze raz dla Ciebie i Rity, za poświęcony tym wypocinom czas. Klikam to śmiertelnie poważnie.

Rito,
przecież ja tylko w takim kontekście ;-).

No, tom uspokojony 🙂 A z tymi jabłkami to uważaj – można sobie nimi krzywdę zrobić!

Pozdrawiam
M.A.

Początek dobry, ciekawe, jak to Autor rozwinie… żeby tylko udźwignął skomplikowaną i wielowątkową fabułę! Zacząć łatwo (w miarę), ale pociągnąć historię dalej… a już zakończyć w fajny sposób, to w ogóle sztuka!

Ravic

Narobiles smaku, Sinful Penie, oj, narobiles:-) lubie okres o ktorym piszesz, choc znam go raczej z powiesci niz opaslych historycznych tomow. Mam nadzieje ze jeszcze nie raz przyjdzie nam wrocic do Dantina i jego swiata! Devon

Ja z kolei niewiele wiem o tym okresie, historia niezbyt mnie interesuje. Ale i tak frajda z lektury jest, i to konkretna:)

Absent absynt

Super ilustracja! Bardzo mi sie podoba :> no i buduje fajny klimat na starcie.
Teraz nie mam czasu na czytanie, ale wieczorem siadam do lektury!

Mustafa

Fajne opowiadanie, cudny obrazek. Oby tak dalej!

Witam,
Dziękuję za wszystkie komentarze i postaram się na zawieść oczekiwań, a także udźwignąć ciężar rozpoczętej historii.
Pozdrawiam.
SP

A czy zaspokoiłbyś moją (i zapewne nie tylko moją!) ciekawość i zdradził, ile na chwilę obecną części Dantina planujesz? Piszę "na chwilę obecną", bo wiem, że potem historie mają tendencję do rozrastania się ponad założone ramy. Dla przykładu, Opowieść helleńska miała mieć 8 rozdziałów, a Opowieść Demetriusza ok. 4-6 🙂

Przyjmuję odpowiedzi: "tak" + liczba, "w przybliżeniu" + liczba, "nie", oraz "jeszcze nie zdecydowałem" 😀

Pozdrawiam
M.A.

Witaj Megasie,
Na dzień dzisiejszy ta liczba oscyluje wokół sześciu części. Życie pokaże jak się to wszystko potoczy.
Pozdrawiam.
SP.

W takim razie, Sinfulu, szykuję się na prawdziwą – i wielodaniową – ucztę czytelniczą! I mam gorącą nadzieję, że pomyliłeś się w swych rachubach i na sześciu częściach się nie skończy 😀

Pozdrawiam
M.A.

Napisane zgrabnie i z rozmachem. Kalejdoskop wyrazistych postaci historycznych, dopełniony równie pełnokrwistymi bohaterami fikcyjnymi. Włoski renesans to znakomite tło dla intryg, zarówno miłosnych jak i politycznych. Tego tła, co prawda, trochę mi zabrakło. Do tego dialogi, główne tworzywo opowieści, wypadają mocno współcześnie. Z podobnych powodów krytycznie odnoszę się do serialu “Rodzina Bogriów”. Czyta się jednak bardzo dobrze, a to najważniejsza zaleta. Z ciekawością zajrzę do kolejnych części. Nie zgodzę się tylko z mało pochlebną oceną aparycji Aleksandrta VI. W opnii współczesnych, zwłaszcza wielu kobiet, uchodził za mężczyznę bardzo pociągającego fizycznie. Może to władza i szczególny status kochanka działały jak afrodyzjak? Tak czy inaczej, to moja ulubiona postać wśród następców św. Piotra.

Doskonale Zilustrowałeś tego starego diabła. Był czas że i ja się trochę bliżej interesowałem tą szajką-rodziną. Milo Manara (zdaje mi się) narysował bardzo ładny komiks. Zawsze się zastanawiałem czy motyw zabójstwa żony Ludovico Sforzy przez Micheletto to fakt historyczny. Z przyjemnością będę kontynuował lekturę.

Napisz komentarz