Opowieść helleńska: Demetriusz XXIX (Megas Alexandros)  4.33/5 (70)

59 min. czytania

Edward Poynter, „Asterie”

Podróż z Delf do macedońskiej stolicy trwała pięć dni. Po drodze Alkajos miał okazję obserwować przygotowania do nadchodzącej wojny. Gościńce wypełniały kolumny wojsk zmierzające na północ. Antypater ewakuował większość swoich garnizonów ustanowionych niedawno w miastach południowej Hellady. Pozostawił tylko najważniejsze: w Koryncie oraz Tebach. Żołnierze z pozostałych maszerowali do ojczyzny, by bronić jej przed dardańską inwazją.

W rozległym obozie pod Larissą gromadziły się kontyngenty z całej Tesalii: wyśmienita arystokratyczna konnica, lekka piechota rekrutowana spośród górali, a także hoplici wystawieni przez najważniejsze poleis. Alkajos był pod wrażeniem rozmachu akcji mobilizacyjnej. Macedoński regent poważnie traktował zagrożenie z północy. Można się było domyślać, że podobne przygotowania trwają również w pozostałych krajach podległych władzy Antypatra: w Tracji, na Hellesponcie, a także na wyspach Morza Egejskiego.

Wszystko to upewniało Alkajosa, że nie ma czasu do stracenia. Przed odjazdem z Delf zabrał ze skarbca sanktuarium spory worek srebra. Teraz czerpał z niego pełnymi garściami, by przyspieszyć swą podróż. Zajeżdżał jednego konia po drugim, a w miastach, przez które wypadła mu droga, kupował następne. Spał krótko, ale w dobrych warunkach: nocował bowiem w najlepszych zajazdach na trasie. Kilkakroć został zatrzymany przez macedońskie patrole. Samotny, dobrze uzbrojony i jednooki mężczyzna, o twarzy oszpeconej ogniem przyciągał uwagę. Za każdym jednak razem skutkowała uczciwa łapówka – żołnierze zostawiali go w spokoju.

W końcu dotarł do Pelli. Niewiele się zmieniła w ciągu niespełna roku, jaki spędził na południu. Mimo wysiłków kilku macedońskich królów, którzy nie żałowali pieniędzy, by uświetnić swą stolicę, wciąż nie była to metropolia porównywalna do Aten czy chociażby Koryntu. Położona malowniczo nad rzeką i jeziorem, otoczona nowymi murami była widoczna z daleka, skąpana w promieniach zachodzącego słońca. Nad miastem górował królewski pałac – obecnie w trakcie rozbudowy. U stóp pałacowego wzgórza wznosił się amfiteatr i domy najznamienitszych obywateli. Wśród nich również ten należący do Alkajosa.

Zapadł wieczór. Słońce chyliło się już ku widocznym na zachodnim horyzoncie górom. Strudzony wędrowiec uznał, że szpiedzy królowej Olimpias mogą zaczekać jeszcze kilka godzin. Dzisiejszy wieczór oraz noc spędzi we własnej rezydencji. Niewolnicy obmyją go z pyłu drogi, a młoda i piękna żona przyniesie mu ich pierworodnego syna, którego urodziła, kiedy toczył boje na południu Hellady. Następnie Arystea rozpuści swe włosy w kolorze miodu i znów mu się odda.

Na myśl o wdziękach małżonki Alkajos poczuł silne podniecenie. Wyobraził sobie jej bujne piersi, dodatkowo powiększone przez wypełniające je mleko, krągłe biodra przechodzące miękką linią w smukłe, jędrne uda. Między udami zaś… wilgotne i ciasne miejsce, które tyle razy już przyjmowało jego nabrzmiałą męskość. Dziś w nocy spłodzę następnego syna, zdecydował. Po chwili uświadomił sobie, że jego wygląd przerazi Arysteę. Pusty oczodół, blizny po oparzeniach. Nie takim go pamiętała, gdy wyruszał na wojnę. Może nawet poczuje do niego wstręt… Trudno, będzie musiała przywyknąć. Powie jej, że to wojenne blizny. To przecież prawda, przynajmniej częściowo…

Ciekawe, czy do jej pięknych uszu doszły historie, które krążą o mnie na południu, pomyślał z rozbawieniem. Jeśli tak, z pewnością będzie przerażona. Może nawet padnie na kolana i zacznie go błagać, by jej nie zabijał. Gdyby nie to, że była matką jego syna… Przypomniał sobie zapłakaną twarz branki, której nadał imię Chryseis. To dopiero była kobieta! Chętnie potraktowałby swą żonę w podobnie brutalny sposób… Wiedział jednak, że to mogłoby zaszkodzić ich następnemu dziecku. Tej nocy będzie łagodny dla miodowłosej Arystei. O ile, oczywiście, dziewczyna niczym go nie rozgniewa. Jeśli to uczyni, sama będzie odpowiedzialna za wszystko, co się potem zdarzy.

Strażnicy przy bramie nie czynili mu kłopotów. Tylko jeden z nich uparcie mu się przyglądał, jakby próbował przypomnieć sobie jego twarz. Alkajos zwrócił ku niemu oszpecone ogniem lico. Dowódca posterunku dał mu znak, że może jechać dalej. Po chwili padł na niego mroczny cień miejskiego muru. Wróciłem do domu, pomyślał. Wiele razy wątpiłem, czy mi się to uda.

* * *

Trójrzędowiec przebudowany na statek transportowy nie bez powodu nosił imię „Chyżoskrzydły”. Podróż z Pireusu zajęła mu niespełna dwa dni. Kapitan, niedawno wypuszczony z ateńskiego lochu, gdzie trafił za kontrabandę i unikanie ceł, robił wszystko, by jego pasażerowie czuli się usatysfakcjonowani. Łapał w żagiel każdy, nawet najsłabszy wiatr, jeśli tylko dął on we właściwym kierunku: na północ, w stronę macedońskiego brzegu. Kiedy pomyślnych wiatrów brakło, wyciskał siódme poty z wioślarzy, którym nie szczędził wykrzykiwanych obelg oraz ciosów batem.

Smukły korab minął Ichnae, niewielką przystań rybacką i walcząc z prądem, ruszył w górę rzeki Lydias. Ta wypływała z długiego i wąskiego jeziora, nad którym położona była macedońska stolica. Na pokładzie dziobowym „Chyżoskrzydłego” stało dwóch mężczyzn. Niewysoki, szczupły i urodziwy młodzieniec miał złociste włosy i oczy równie błękitne jak tafla morza, które zostało za jego plecami. Nosił krótką, białą tunikę właściwą dla jego wieku. Na piersi nosił wyhaftowaną złotą nicią wieloramienną gwiazdę królewskiego domu Argeadów. Drugi mąż był wyższy i znacznie szerszy w barkach. Nosił płócienny pancerz, a hełm, który zdjął z głowy z powodu upału, trzymał pod pachą. Czarne włosy były posklejane potem. Chłodne, niemal bezbarwne oczy wpatrywały się w rosnące z każdą chwilą miasto.

Kapitan zbliżył się ku nim chwiejnym krokiem człowieka, który całe życie spędził na kołyszącym się pokładzie.

– Dostojni panowie, jesteśmy u kresu podróży – oznajmił uroczystym tonem. – Mam nadzieję, że rejs nie dał się wam zanadto we znaki.

Eneasz, który pierwszy dzień na morzu spędził przewieszony przez reling i zielony od mdłości, zacisnął wargi, powstrzymując się od komentarza. Sostenes posłał wilkowi morskiemu złośliwy uśmiech.

– Podróż była tak przyjemna, że chętnie ją powtórzymy. Liczę, że zaczekasz na nas na przystani, aż załatwimy tutaj wszystkie nasze sprawy.

– Oczywiście. – Kapitan starał się być przymilny, ale umiał także liczyć straty spowodowane zbyt długim postojem. – Czy mogę spytać, jak długo planujecie pozostać w Pelli?

– Najwyżej trzy dni. Rozumiem, że obawiasz się rosnących kosztów. Utrzymanie załogi w bezczynności nie jest tanie. Pomyśl jednak, ile zarobisz, gdy przed „Chyżoskrzydłym” ponownie otworzą się bramy Pireusu. Prędko powetujesz sobie wszystkie straty. Ale stanie się tak jedynie wtedy, gdy będziesz lojalnie współpracował. W innym wypadku nie będzie dla ciebie miejsca w największym porcie Hellady.

– Zapewniam panów – mówił stary żeglarz, ocierając wierzchem dłoni pot z czoła – że pragnę wam wiernie służyć. Nie ruszę się stąd, póki nie będziecie gotowi do drogi.

– Miło mi to słyszeć. A teraz oddal się, mamy do omówienia ważne sprawy.

Kapitan skierował się w stronę rufy, a Sostenes popatrzył na Eneasza.

– Doprowadź się do porządku – warknął. – Niebawem czeka nas ważna audiencja. Byłoby dobrze, gdybyś nie cuchnął wtedy wymiocinami.

W oczach młodzieńca zapłonął ogień.

– A ty mógłbyś się czasem wykąpać – odciął się gniewnie. – Bo po prostu śmierdzisz.

Wyższy mężczyzna parsknął śmiechem.

– Kto wie, może tak zrobię. Usłużysz mi w kąpieli? Słyszałem, że masz w tym sporą biegłość. Szczególnie w schylaniu się po mydło.

Jasnowłosy oblał się rumieńcem. Chciał chyba coś odpowiedzieć, ale prędko zmienił zdanie. Odwrócił się plecami do Sostenesa i skupił się na obserwacji macedońskiej stolicy.

* * *

Wezwanie, jakie przesłał mu ojciec, nie zaskoczyło Demetriusza. Może tylko uraził go fakt, że przyszło dopiero teraz. Od wielu dni spodziewał się, że strateg zechce go widzieć. Najwyraźniej jednak Dionizjusza z Faleronu zajmowały dotąd ważne sprawy państwowe. Albo też nowy kochanek wysysał z niego wszystkie siły.

Długie oczekiwanie pozwoliło Demetriuszowi przygotować się do nieuchronnej konfrontacji. Po stokroć powtórzył sobie w myślach, co chce przekazać. Zdawał sobie sprawę, że jego słowa nie zostaną łatwo przyjęte. Nie był już jednak małym chłopcem, który obawia się lania. Poza tym zdążył przywyknąć do pogardy ze strony ojca i pogodzić się z faktem, że nigdy nie zasłuży na jego szacunek. Nawet fakt, że uratował mu życie podczas demokratycznej rewolty, niewiele pod tym względem zmieniał.

List stratega przyniósł jego wierny sługa, Syryjczyk Aszur. Eunuchowi towarzyszyło czterech barczystych najemników. Demetriusz zastanawiał się, czy przysłano ich tu dla jego ochrony, czy też po to, by porwać go siłą, gdyby nie chciał iść z własnej woli. Nie miał wszakże zamiaru stawiać oporu. Ucałował prędko Raisę, uścisnął dłoń Menandra, który szeptem życzył mu stanowczości i odwagi, po czym dołączył do zbrojnej eskorty. Nie uszli zbyt daleko, gdy zatrzymał się zdumiony.

– Nie idziemy do domu mego ojca. Ani do strategejonu.

– Dom czcigodnego Dionizjusza z Faleronu spłonął podczas zamieszek – poinformował go eunuch. – Na czas odbudowy strateg przeniósł się do innej rezydencji, opuszczonej przez dotychczasowego właściciela.

Niedługo potem Demetriusz dowiedział się, kim był ów „dotychczasowy właściciel”. Najemnicy, podobni do tych, którzy go eskortowali, strzegli bowiem willi Hiperejdesa. Młodzieniec raz tylko gościł u swego ówczesnego adoratora. Pamiętał jednak bogate, lecz ze smakiem urządzone wnętrza, obszerną sypialnię przystrojoną erotycznymi gobelinami i wielkie łoże z baldachimem… Czym prędzej odepchnął od siebie te wspomnienia. Dom, do którego właśnie wkraczał, miał dziś nowego pana. I to na nim właśnie musiał się skoncentrować.

We wnętrzu gmachu trwały prace remontowe. Robotnicy zrywali ze ścian resztki podartych gobelinów, znosili do piwnic drogocenne przedmioty i naprawiali uszkodzone mozaiki. Malarze pokrywali mury świeżymi jeszcze freskami. Używane przez nich farby wydzielały intensywną woń kojarzącą się z owocami morza oraz uryną. W każdej komnacie i w każdym korytarzu stał domowy niewolnik, bacznie obserwujący pogrążonych w pracy. Zapewne pilnował, by nie kradli przy okazji kosztownych ruchomości.

Aszur poprowadził Demetriusza schodami w górę. Tu nie było robotników ani rzemieślników. Nawet żołnierze z ich eskorty zostali na parterze. Przez chwilę młodzieniec obawiał się, że Syryjczyk wiedzie go do dawnej alkowy Hiperejdesa. Wolał nie myśleć, ile zgryźliwych uwag sformułuje jego ojciec na temat tego miejsca. Na szczęście eunuch skręcił w boczny korytarz. Zatrzymał się tutaj i wskazał lekko uchylone drzwi. Falerończyk minął go bez słowa. Komnata nie była zbyt rozległa. Jej okna wychodziły na dziedziniec. Sporą część pomieszczenia zajmowało biurko zawalone papirusami oraz glinianymi tabliczkami. Znajdował się tam także dzban wina oraz ceramiczny puchar. Pod ścianą ustawiono wąskie łoże, które nie wyglądało na zbyt wygodne.

Demetriusz przypomniał sobie dawną samotnię ojca w domu w Faleronie. Ta wyglądała podobnie – z tą różnicą, że nie miała bezpośredniego połączenia z sypialnią. Dionizjusz stał przy oknie, zwrócony plecami do otworu wejściowego. Spojrzał na syna dopiero wtedy, gdy ten zamknął za sobą drzwi. W dłoni trzymał puchar identyczny do tego, który stał na blacie biurka.

– Witaj, Demetriuszu. Dziękuję ci za szybkie przybycie.

– Ktoś musiał być szybki. Ty nie spieszyłeś się zbytnio z zaproszeniem.

Strateg nie skomentował. Najwyraźniej uznał, że tłumaczenie się przed młokosem uwłaczałoby jego godności.

– Poczęstuj się winem, jeśli chcesz. Wyśmienite, sycylijskie. Domyślam się, że nie znajdziesz takiego w piwniczce twego przyjaciela, Menandra.

Skorzystał z oferty. Napełnił wolny puchar do połowy, bacząc, by krople wina nie spadły na dokumenty. Kątem oka dostrzegł jeden z nich, spisany na skrawku papirusu. Odruchowo przeczytał: „Kupiec Dorychion krytykuje rządy strategów. Wygląda powrotu Hiperejdesa i demokratów”. Brakowało podpisu.

– Czytasz takie rzeczy? Anonimowe donosy? Nie szkoda ci czasu?

– Czy fakt, że donos jest anonimowy, czyni go nieprawdziwym? – odpowiedział pytaniem Dionizjusz. – Spisał go zaniepokojony obywatel. Informację należy sprawdzić. I wyciągnąć właściwe wnioski.

– Oraz konsekwencje?

– Jeśli okaże się, że to prawda.

– Od kiedy to krytyka władzy jest czynem zabronionym?

– Od wybuchu wojny domowej. Czyżbyś spędził ostatni miesiąc poza Atenami, synu? A może straciłeś pamięć? Mam ci ją odświeżyć czy może sam przestaniesz wreszcie zadawać głupie pytania?

Wino było doprawdy wyborne. Przez dłuższą chwilę Demetriusz raczył się sycylijskim trunkiem, czekając, aż osłabnie w nim gniew.

– Wezwałeś mnie, więc przyszedłem – rzekł w końcu. – Nie wiem tylko po co.

– Przestałeś chodzić do gimnazjonu. Nie ćwiczysz na bieżni. Jeśli tak dalej pójdzie, nie wygrasz na Igrzyskach Pytyjskich.

Młodzieniec wzruszył ramionami.

– Nie zamierzam nawet startować.

Tym razem to Dionizjusz utopił gniewne słowa w winie. Demetriusz mówił więc dalej:

– Nie obawiaj się, ojcze. Ateny nie zostaną bez reprezentanta. Lizjasz i Teagenes chętnie wystąpią w barwach naszej polis. Osobiście sugerowałbym tego drugiego. Jest starszy i jego kariera właściwie już się skończyła, ale mądrzej rozkłada swe siły. Lizjasz ma świetny początek, lecz na metę dobiega zwykle ostatni.

– Złożyłeś mi obietnicę. – Strateg odsunął puchar od ust. – Zwróciłem ci Iliryjkę, w zamian za co miałeś wrócić do treningów.

– To było zanim kazałeś okaleczyć Korojbosa. Sądziłeś, że chętnie zajmę jego miejsce. Ale ja się na to nie zgadzam. Nie będę szedł do celu po trupach. Tak, dobrze słyszałeś, ojcze. Po trupach. Wiesz, że Korojbos skończył ze sobą? Gruchocząc jego nogi, odebrałeś mu chęć życia. Nad jego zwłokami złożyłem przysięgę, po stokroć ważniejszą od tej, którą dałem tobie. Ślubowałem, że nie skorzystam na jego krzywdzie. Wezwałem demony Tartaru na świadków.

Po tych słowach zapadła cisza. Dionizjusz postawił opróżniony puchar na parapecie okna. Posyłał synowi spojrzenie, w którym furia mieszała się z niesmakiem. Młodzieniec nie odwrócił jednak wzroku. Nie starał się też przerwać przedłużającego się milczenia. Był zdeterminowany, by nie ulec woli ojca. „W Tartarze jest ponoć miejsce przeznaczone dla krzywoprzysięzców. Wierz mi, nie pragnę tam trafić”.

– Jesteś skończonym głupcem – warknął strateg. – Spłodziłem i wychowałem idiotę. Czy wiesz, jaką przyszłość planuję dla ciebie? Czy wiesz chociaż, co odrzucasz?

– Wprost umieram z ciekawości. – Demetriusz z najwyższym trudem panował nad swym głosem.

– Widzę w tobie swego następcę. Nawet teraz, choć na każdym kroku sprawiasz mi zawód. Mnie zawsze będą nienawidzić. Jako oligarchę, zabójcę, tyrana… Dopiero ty możesz połączyć rozdarte Ateny. Zjednoczyć naszych obywateli, którzy dziś toczą ze sobą bratobójczą walkę. By to osiągnąć, potrzebujesz dwóch rzeczy. Po pierwsze: miłości ludu. Jesteś zbyt młody, by przemawiać na Zgromadzeniu, więc pozostaje ci zwycięstwo na Igrzyskach albo zdobycie wojennych zasług. Po drugie: dobrego małżeństwa. Domyślasz się, o kim mówię?

Młodzieniec milczał. Wpatrywał się w Dionizjusza szeroko otwartymi oczyma. Ten uśmiechnął się triumfalnie.

– Widzę, że jednak się nie domyślasz. O Korinnie, córce Demostenesa! Tak, Demetriuszu. Syn najpotężniejszego oligarchy poślubi córkę najznamienitszego demokraty! Czy był kiedyś lepszy pomysł na zespolenie tego, co rozdarte? Ja wezmę na siebie nienawiść Ateńczyków. Ty zaskarbisz sobie ich miłość! Moje rządy będą sprawowane żelazną ręką. Twoje będą powszechnie kochane. Razem sprawimy, że Ateny odrodzą się jako mocarstwo! Zjednoczone i silniejsze niż kiedykolwiek przedtem. Zwycięskie.

Demetriusz poczuł zawrót głowy. Wizja jego ojca przerosła jego najśmielsze oczekiwania. Oparł się ciężko o blat biurka. Sięgnął po dzban wina i nalał sobie do pełna. Wypił kilkoma łapczywymi haustami. Strateg przyglądał mu się – tym razem z wyraźnym rozbawieniem.

– Możesz nalać i mnie – rzekł wreszcie, sięgając po swój puchar. Zbliżył się do syna i podał mu naczynie. – Od tego gadania zaschło mi w gardle.

Wino wypełniło obydwa puchary. Zaczęli pić jednocześnie, jakby spełniali jakiś niewypowiedziany toast.

– Czy teraz pojmujesz, czemu pragnę, byś zdobył wieniec na Igrzyskach?

– Tak… ale to nie zmieni mojej decyzji.

Dionizjusz skinął głową.

– A zatem pozostaje ci droga wojennych zasług. Okazja do ich zdobycia nadarzy się zresztą prędzej niż Igrzyska. Za kilka dni z Pireusu wyrusza nasz korpus ekspedycyjny. Będzie bronił Macedonii przed inwazją barbarzyńców z północy. Skoro nie chcesz spróbować swoich sił na bieżni, dołączysz do tych oddziałów.

Przez krótką chwilę Demetriusz chciał zaprotestować. Zrozumiał jednak, że gdyby to uczynił, ojciec miałby dla niego już tylko pogardę. Odmowa udziału w Igrzyskach miała silne etyczne podstawy. Czuł to nawet Dionizjusz z Faleronu. Odmowa udziału w wojennej wyprawie zostałaby odczytana jako ostateczny dowód zniewieściałości i tchórzostwa. Młodzieniec nie był gotów, by przełknąć takie poniżenie.

– Jak sobie życzysz – powiedział przez zaciśnięte zęby.

– Doskonale. Cieszę się, że mimo wszystkiego, co nas dzieli, jesteśmy w stanie dojść do porozumienia. Nie lękam się o twe wyszkolenie bojowe. Miałeś najlepszych nauczycieli: Kassandra oraz Aratosa. Co zaś się tyczy rynsztunku, zadbam o to, byś otrzymał wyposażenie właściwe dla twego rodu i pozycji. Możesz też zabrać ze sobą jednego giermka oraz sługę. Opłacę żołd pierwszego i utrzymanie drugiego.

– Widzę, że wszystko już przemyślałeś.

– Dziwi cię to, Demetriuszu? Dobry wódz zawsze ma na podorędziu zapasowy plan. Zdążyłem się tego nauczyć. Wszak siedem razy piastowałem już urząd stratega.

Młodzieniec odstawił pusty puchar na stół. W głowie szumiało mu od wypitego prędko wina. Wciąż nie mógł uwierzyć w to, co właśnie się stało. I w to, co przed chwilą usłyszał. Jakby na potwierdzenie tamtych słów, ojciec przemówił raz jeszcze:

– Nie zawiedź mnie, synu. Zdobądź wojenne laury, jeśli wolisz je od pytyjskiego wieńca. Wróć skąpany w glorii bohatera. W nagrodę otrzymasz najwspanialszą pannę młodą, jaką kiedykolwiek oglądało nasze Miasto. A potem zajmiesz należne ci miejsce u mego boku. Razem pokierujemy Ateny ku wielkości, jaka jest im przeznaczona. Przysięgam ci, Demetriuszu: Słońce Hellady ponownie rozbłyśnie na firmamencie świata.

* * *

Dom Alkajosa należał do najokazalszych w okolicy. Macedończyk kupił go zaraz po ślubie z Arysteą. Uważał, że jego świeżo nabyty majątek – posag, który otrzymał od ojca dziewczyny – powinien znaleźć odzwierciedlenie w odpowiednio wspaniałej rezydencji. Znajdowało się w niej kilkanaście dużych pokoi, a także izby dla służby, łaźnia, stajnia, obszerna sala sympozjonów. Na wewnętrznym dziedzińcu mieścił się duży ogród z kilkoma fontannami. Wnętrza zdobiły liczne posagi z brązu i marmuru. Niektóre zamówił podczas ostatniego pobytu w Pelli, inne wysyłał z różnych części Hellady, gdzie akurat stacjonował. Ostatnią partię rzeźb – zagrabionych w Ephyrze oraz innych zdobytych miastach Peloponezu – przesłał do domu tuż przed tym, jak stracił oko pod Trytają. Dziś spodziewał się znów je ujrzeć. Ciekaw był, czy Arystea zmyła ślady krwi z owych wojennych łupów.

Spodziewał się, że front jego domu będzie pysznie oświetlony przez liczne pochodnie. Zaskoczyło go zatem, gdy w ostatnich promieniach słońca ujrzał wreszcie swoją rezydencję. Była najciemniejszą ze wszystkich wzniesionych wzdłuż ulicy. Rozgniewany takim zaniedbaniem, skierował się do stajni. Jego wierzchowiec był u kresu sił. Potrzebował troskliwej opieki, by całkiem nie zmarnieć. Cóż jednak z tego, skoro stajnia była pusta. Nie było tu ani tesalskich źrebiąt, które kupił przed wyjazdem na wojnę, ani nikogo ze służby. Alkajos poczuł, że jego furia rośnie. Zeskoczył z końskiego grzbietu, przywiązał zwierzę do jednej z belek podtrzymujących strop i nie zadając sobie nawet trudu, by je rozkulbaczyć, ruszył w głąb budynku.

Prędko napotkał przeszkodę. Dostępna z ulicy izba stajenna była odseparowana od reszty domu solidnymi drzwiami. Wojownik zapukał w nie zaciśniętą w pięść dłonią.

– Otwierać! – ryknął gromko. – Wasz pan powrócił!

Długo nikt mu nie odpowiadał. Alkajos powtarzał czynność, coraz bardziej rozsierdzony. Przyglądał się drzwiom, zastanawiając się, czy byłby w stanie je wyważyć. O ile pamiętał, z drugiej strony były blokowane solidnym skoblem. Prędzej złamię sobie bark, niż wysadzę je z zawiasów, pomyślał. Ktoś za to zapłaci. Niewolnik, który miał pilnować tylnych drzwi… Zerwę mu skórę z pleców.

Nagle usłyszał, jak po drugiej stronie unosi się skobel. Skrzypiał przy tym znacznie dłużej niż powinien – jakby temu, który go dźwigał, brakowało sił. Macedończyk pchnął z całej siły drzwi, które otwarły się na oścież, uderzając stojącego po drugiej stronie człowieka. Ten poleciał na ziemię z bolesnym okrzykiem. Alkajos wskoczył do środka, gotów do zadania znacznie dotkliwszych ciosów. I zaraz stanął jak wryty, ujrzawszy, kogo powalił.

Z ziemi gramolił się bowiem Trechus, najstarszy z niewolników Alkajosa. Jego pierwszego kupił, gdy tylko stać go było na utrzymanie służby. Już wtedy był wiekowy, co pozwoliło Macedończykowi wytargować lepszą cenę. Później, kiedy niewolników przybyło, Trechus stał się ich przełożonym i nadzorcą. Choć Rzeźnik Elidy miłował niewielu ludzi, do tego czuł przynajmniej pewien sentyment. Teraz wytrzeszczał nań w zdumieniu swe jedyne oko. Widział go w blasku lampy oliwnej, która jakimś cudem nie zgasła po tym, jak wypadła z sędziwej ręki.

– Czy nie ma w tym domu odźwiernego? – huknął. – Czy pozostali niewolnicy tak weszli ci na głowę, że wykonujesz ich pracę? Co tu się dzieje, na Zeusa?

– Wróciłeś, panie! – Starzec rozdziawił usta, prezentując nieliczne już zęby. – Na bogów, wróciłeś! Różnie mówili o tobie, panie, lecz ja nigdy nie wątpiłem, że w końcu dotrzesz do domu… Szkoda tylko, że tak późno…

Alkajos spojrzał ponad podnoszącym się z trudem Trechusem. Korytarz wychodził na ogród. Ten był pusty i pogrążony w coraz głębszych ciemnościach.

– Gdzie są wszyscy? Odpowiadaj!

Sługa podniósł z ziemi lampę oliwną, następnie dźwignął się na nogi. Wciąż jednak kołysał się niepewnie, jakby zaraz znów miał upaść. Na jego czole, w które uderzyły drzwi, pojawił się pokaźny siniak.

– Nie ma nikogo – odparł po dłuższym milczeniu. – Jestem tylko ja.

Macedończyk wciąż nie rozumiał.

– Prowadź do mojej żony – rozkazał. – Chcę zobaczyć pierworodnego syna.

Trechus pochylił głowę i zamknął oczy. Spod zaciśniętych powiek spłynęły łzy.

– Prowadź, mówię! – Tym razem podkreślił rozkaz, chwytając sługę za tunikę na piersi i stanowczo nim potrząsając.

– Jak sobie życzysz, panie… Pozwolisz tylko, że zamknę drzwi…

– Zostaw, jak jest. Ktoś inny zamknie.

– Nie ma niko…

– Milcz i rób, co mówię.

Ruszyli przez ogród. Od razu można było dostrzec, że nikt go dawno nie doglądał. Część roślin, bardziej odległych od podziemnego strumienia, który zasilał też fontanny, uschła, pozostałe zaś, mając pod dostatkiem wody, rozpleniły się niby chwasty. Alkajos zacisnął wargi. Ładnie zarządza się jego własnością… Już wiedział, że dziś w nocy nie będzie łagodny dla Arystei. Jeśli ta mała dziwka sądzi, że jest nietykalna, bo urodziła mu syna, wkrótce czeka ją przykre rozczarowanie.

Spodziewał się, że sługa zaprowadzi go do drzwi wiodących w głąb gmachu szczelnie otaczającego swymi murami dziedziniec. Trechus wszakże wiódł go w zupełnie inną stronę – w najbardziej odległy narożnik samego ogrodu.

– Czyś już całkiem zwariował? – warknął, zaciskając dłonie w pięści. – Chcę ujrzeć Arysteę i syna…

– Są tutaj. Obydwoje. – Starzec zatrzymał się i odwrócił ku niemu. Alkajos patrzył nań jak na szaleńca. Dopiero po dłuższej chwili ujrzał za jego plecami szarą, podłużną bryłę. Grobowiec był prosty, lecz solidny. Wykonany z marmuru, bez ozdób czy inskrypcji. Zdawało się, że wyrasta prosto z podłoża.

Rzeźnik Elidy odepchnął sługę tak mocno, że ten omal nie upadł. Następnie podszedł do grobowca i wbił spojrzenie w jego gładką powierzchnię. Milczał długo. Trechus pochylił głowę i zastygł w bezruchu, nie chcąc zakłócać żałoby swego pana.

– Co się stało? – rzekł w końcu Macedończyk. – Kiedy? Czemu mnie nie wezwano?

– Czcigodna Arystea umarła w połogu, panie. Wezwałem do dziecka medyka oraz mamkę, lecz byli całkiem bezsilni… Twój syn odszedł po dwóch dniach. Chciałem cię poinformować… ale nikt nie wiedział, dokąd posłać list.

Zabiłem ją, pomyślał Alkajos. Uczyniłem brzemienną i to odebrało jej życie.

– Kto zamówił grobowiec? – wycedził przez zaciśnięte zęby.

– Ja… Nie można było z tym dłużej czekać. Ale wybór pomnika i inskrypcji zostawiłem do twej decyzji, panie! Myślałem, że podejmie ją ojciec dobrej pani… ale on nie miał głowy do tych spraw…

– Był tutaj?

– Jego musiałem powiadomić… Był w końcu jej rodzicielem… Przybył niedługo po pogrzebie. Nie obchodziło go nic prócz posagu, który chciał odzyskać. Zabrał ze sobą bogactwa, popędził również niewolników. Wyrwałby z ziemi mury tego gmachu, gdyby było to możliwe… Ogołocił dom do szczętu. Zostałem tylko ja… zbyt stary, by mu się na coś przydać…

Furia, która dopiero co zdążyła go opuścić, teraz wróciła ze zdwojoną siłą. Macedończyk zdecydował, że nazajutrz uda się do Olintu i odnajdzie tam swego niedawnego teścia. A potem zada mu długą i bolesną śmierć. Jego gniew zelżeje dopiero wówczas, gdy przebrzmią ostatnie krzyki tej chciwej, plutokratycznej kanalii.

– Będzie się darł jak kastrowany wieprz – rzekł głośno.

Niewolnik wciąż mówił, niezbyt rozumnie oraz składnie, lecz gdy usłyszał głos swego pana, natychmiast zamilkł.

– Wypruję mu wnętrzności i każę patrzeć, jak nawijam je na drzewce włóczni. Zgwałcę mu pozostałe córki, ponoć ma jeszcze dwie. Spalę dom, w którym mieszka, po tym jak wyrżnę wszystkich, którzy gnieżdżą się pod jego dachem. Tyle uzyska z posagu Arystei!

Trechus drżał, słysząc te okrutne słowa. Opowiadając o tym, co się wydarzyło, nie pragnął wcale ściągnąć zemsty na ojca pięknej Arystei. Teraz było już jednak za późno. On również słyszał opowieści o Rzeźniku Elidy. Nie chciał wierzyć, że traktują o jego panu, którego znał od ponad dziesięciu lat. Dziś w końcu uwierzył. I zaczął się panicznie bać.

– A ty – Alkajos odwrócił się w stronę niewolnika – który służyłeś mi tak długo… Ty również mnie zdradziłeś. Pozwoliłeś, by obcy wkroczyli do mego domu. By ograbili go do szczętu, zostawiając tylko nagie mury. Nie posłałeś po mnie, gdy należało. Gdy umierała moja żona… Gdy umierał mój syn!

– Panie! – zaszlochał starzec, opadając na klęczki. Żwir wbił się głęboko w jego kolana. – Co mogłem zrobić? Byłem sam, jeden! Nie wiedziałem, gdzie jesteś, nie miałem dokąd pisać…

– Dość tych wymówek! – Macedończyk wysunął z pochwy miecz. – Zawiodłeś mnie, sługo. Jeśli moja zemsta ma być kompletna, musi rozpocząć się od ciebie.

To nie jest człowiek, którego znałem, zrozumiał wreszcie Trechus. Na wojnę pojechał surowy pan. Powrócił krwawy, morderczy potwór. Nic, co powiem, nie odwiedzie go od raz powziętego zamiaru.

Zwiesił nisko głowę. Był już bardzo stary i bardzo zmęczony. Na własne oczy oglądał śmierć wszystkiego, co dobre i piękne na tym świecie. Pozostał w opustoszałym domu tylko po to, by jak wierny pies czekać na swego pana. A gdy ten wreszcie powrócił… okazało się, że przynosi mu śmierć. Niechże i tak się stanie.

– Tak, Alkajosie – rzekł, po raz pierwszy i ostatni w życiu zwracając się do Macedończyka po imieniu. – Jest dokładnie tak, jak mówisz. Zdradziłem cię jak wszyscy inni. Arystea, bo nie dała ci następcy. Twój syn, bo umarł, nim wziąłeś go w ramiona. Pech chciał, że możesz dostać tylko mnie. Więc uderz z całej siły. Za wszystkie zdrady, które cię spotkały.

Nie wiedzieć czemu, unosząc w górę miecz, Alkajos ujrzał nagle swego dawnego druha, Kassandra. Później koryncką heterę, Aspazję. Spartańskiego najemnika, Gylipposa. I jeszcze złotowłosą brankę z Peloponezu, Chryseis. Wszystkie te twarze wirowały mu przed oczyma, wykrzywione w drwiących uśmiechach. Oni również go zdradzili. Koniec był zawsze taki sam.

Ciął z góry, wkładając w to pełną siłę obydwu ramion.

* * *

Po wylądowaniu na przystani i pożegnaniu z kapitanem „Chyżoskrzydłego” Eneasz i Sostenes udali się do publicznej łaźni. Następnie, odziani w świeże ubrania, ruszyli drogą wiodącą na szczyt pałacowego wzgórza. Słońce niemal całkiem skryło się już za górami, niebo zaś prędko ciemniało. Na murach i tarasach widokowych królewskiej siedziby zapłonęły pierwsze pochodnie.

Strażnicy przy bramie cierpliwie wysłuchali, z kim mają do czynienia. Imię macedońskiego generała Meleagra, zrobiło na nich większe wrażenie niż imię ateńskiego polemarchy Lizandra. Tak czy inaczej zgodzili się przepuścić wysłanników owych dwóch możnych panów dopiero po ich gruntownym przeszukaniu oraz rozbrojeniu. Przywykły do zwyczajów panujących na królewskim dworze, gdzie królobójstwo było wielowiekową tradycją, Eneasz spokojnie poddał się inspekcjom. Sostenes miał ochotę wyrwać z pochwy miecz i pozabijać wszystkich tych arogantów, którzy obmacywali go przez odzienie, szukając ukrytych tam sztyletów. Zdołał wszakże powstrzymać gniew. Misja, jaką im powierzono, wymagała spotkania z człowiekiem, który rezydował w tym pałacu.

Gdy przekroczyli w końcu bramę, zbliżył się do nich niewolnik w długiej do kolan tunice z barwionej na czerwono wełny. Eneasz rzucił mu jedno imię. Mężczyzna ukłonił się i poprosił, by podążali za nim. Ruszyli długimi korytarzami pałacu. Przecięli w poprzek rozległą salę sympozjonów, najwyraźniej przygotowywaną do uczty. Sostenesa uderzyło bogactwo mijanych wnętrz. Korytarze zdobiły brązowe posągi, na których głowach lśniły wieńce z czystego złota. Mozaika w sali bankietowej składała się z drogich kamieni: rubinów, szmaragdów, szafirów, okruchów obsydianu i nefrytu. Niektóre ściany udekorowano zdobycznymi tarczami. Zostały one obite srebrną blachą, która zwielokrotniała blask rozmieszczonych w każdym miejscu oliwnych lamp. Wszyscy ludzie – zarówno dworzanie, jak i zwykli niewolnicy – odziani byli bogato i ze smakiem. Nawet w zamożnych Atenach próżno byłoby szukać podobnej rozrzutności. Niewyobrażalne bogactwa Persji, zdobyte przez wojska króla Aleksandra, spływały na jego stolicę niczym złocisto-srebrny deszcz.

Wkroczyli na taras, z którego rozpościerał się widok na miasto i otaczające je ziemie. Zastępca regenta Antypatra, drugi najpotężniejszy człowiek w Macedonii, rezydował w północnym skrzydle gmachu. W poczekalni Eneasz i Sostenes zostali przedstawieni jednemu z sekretarzy generała Polyperchona. Ten kazał im czekać i na dłuższy czas zniknął za wysokimi, dębowymi drzwiami.

Minęła co najmniej jedna klepsydra, nim podwoje się uchyliły. Stanął w nich ten sam sekretarz, co przedtem. Zaprosił gości do komnaty, sam zaś przeszedł do poczekalni. Rozmowa z wiceregentem miała się odbyć jedynie w sześcioro oczu. Polyperchon czekał na nich za potężnym biurkiem, na którym piętrzyły się mapy, raporty oraz wszelaka korespondencja. Antypater objął dowództwo nad macedońską armią, więc to na jego zastępcę spadł cały ciężar zarządzania królestwem. Widząc góry papirusów oraz glinianych tabliczek, Eneasz pomyślał, że władza to w istocie ciężkie i nudne zajęcie.

Potem już nie w głowie mu były takie dywagacje. Polyperchon bowiem nie tracił czasu.

– Przybywacie z Aten – oznajmił, wskazując im dwa taborety ustawione przed biurkiem. – Meleager przysyła mi regularne raporty, wiem zatem z grubsza, jak wygląda tam sytuacja. Interesuje mnie jedno. Jak szybko możemy się spodziewać attyckich posiłków zbrojnych? Dostojny regent pragnie jak najprędzej wyruszyć nad północną granicę. Pierwsze zagony Dardanów wdarły się już do Lynkestis.

Sostenes zamierzał odpowiedzieć, lecz ubiegł go młody Eneasz:

– Przygotowania są już zaawansowane. Ateńczycy będą tu za tydzień. Najdalej za osiem, dziewięć dni.

– Długo każą na siebie czekać. Lepiej, by ich wojsko było tego warte.

– Z pewnością nie jest to ostatni kontyngent, na jaki czekacie. – Sostenes doszedł w końcu do głosu.

– Nie ostatni w ogóle… ale ostatni, na który warto czekać. – Polyperchon machnął niecierpliwie ręką. – Nasza armia obejdzie się bez stu oszczepników z Pierdzipolis albo trzydziestu procarzy z jakiejś zapomnianej wysepki na Morzu Egejskim. Ateńczycy… to co innego.

Zapadła cisza. Żaden z przybyszów nie miał na ten temat nic do dodania. W końcu generał warknął:

– Rozumiem, że macie coś dla mnie.

Eneasz sięgnął do pasa, przy którym miał przytroczoną sakiewkę. Wydobył z niej zwinięty papirus, a następnie położył go na stole. Polyperchon rozwinął go i spojrzał na listę imion.

– Więc to są szpiedzy tej suki zza gór?

Adiutant Meleagra był wstrząśnięty tymi słowami.

– To są szpiedzy matki naszego króla, czcigodnej Olimpias – odparł, starając się zapanować nad głosem. – Wszyscy, którymi dysponuje w Koryncie oraz tutaj, w Pelli.

– Przecież mówiłem: tej epirockiej dziwki. – Wiceregent najwyraźniej nie przejmował się faktem, że mówi o matce zwycięskiego Aleksandra. – Pajęczycy, która z gniazda w Passaronie snuje swą misterną sieć. Cóż, najwyższa już pora zerwać kilka jej nici…

– Czy mogę spytać, co masz zamiar zrobić z tą listą, panie?

– A jak sądzisz, młodzieńcze? Nim ta noc dobiegnie kresu, wszyscy szpiedzy Olimpias w Pelli będą gnić w moim lochu. Koryncką część listy poślę do tamtejszego namiestnika z analogicznym rozkazem.

Eneasz stłumił westchnienie zawodu. Meleager miał całkowitą rację, uważając Polyperchona za głupca. Pomyśleć, że ktoś taki został wiceregentem… Młody Macedończyk chciał już zaprotestować, lecz tym razem ubiegł go Sostenes.

– Pozwolisz, panie – rzekł nietypowym dla niego, uniżonym i pełnym szacunku tonem – że zaproponuję inną metodę?

Generał wzruszył ramionami.

– Mów, byle szybko.

– Aresztując tych ludzi, zdradzimy królowej Olimpias, że wiemy co nieco o jej siatce agentów. Co wtedy zrobi? Znajdzie sobie nowych, o których nie będziemy wiedzieć nic. Czy coś na tym zyskamy? Jak sądzisz, panie, co uda się wycisnąć z oberżysty Cylona czy kupca zbożowego Mnestera? Jakie sekrety swojej pani może skrywać hetera Nikoleta?

– Żadne – przyznał Polyperchon.

– Zamiast ich aresztować – ciągnął Sostenes – należy każdego z nich poddać obserwacji. Sprawdzić, z kim się komunikują, komu przekazują meldunki. Kim są kurierzy, którzy krążą między miastami. Kto wie, może w ten sposób uda się trafić na trop kogoś naprawdę ważnego. Takiego jak Kritias albo…

– …Tryfon z Ambrakii – wszedł mu w słowo sędziwy generał. – Chciałbym dostać tego sukinsyna w swoje ręce.

– Całkiem możliwe, że będzie ci to dane. Jeśli zachowasz umiar i zamiast łowić płotki, poczekasz, aż przypłynie prawdziwa ryba.

Kiedy Sostenes umilkł, Eneasz poczuł nagły przypływ sympatii dla tego ponurego człowieka o bezbarwnych oczach. Odpowiednio dobierając słowa, zdołał przekonać Polyperchona do zmiany raz powziętej decyzji. Niewielu się to udawało.

– Zrobimy, jak radzisz – stwierdził wiceregent. – Każę obserwować tych ludzi. A wiesz, dlaczego to zrobię? Bo od dawna nie posmakowałem naprawdę dobrej ryby.

* * *

Kiedy pod wieczór dotarł do domu Menandra, wciąż jeszcze był oszołomiony słowami, jakie padły z ust jego ojca. Zignorował zaciekawione spojrzenia przyjaciela oraz kochanki i udał się do sypialni. Rzucił się na posłanie i leżąc na wznak, wbił niewidzące spojrzenie w sufit. Rozmyślał o tym, co usłyszał. Było tego tak wiele. Wojna na północy, panna młoda, władza nad Atenami… Demetriusz odczuwał silny niepokój, ale też równie silne podniecenie. Choć lękał się przyszłości, był także ciekaw tego, co przyniesie.

Menander i Raisa dali mu spokój aż do wieczerzy. Kiedy zasiedli do stołu, Falerończyk poczuł, że nie może dłużej trzymać ich w niewiedzy. Zaczął więc opowiadać. Nie wspomniał o wszystkim – nie chcąc niepokoić Iliryjki, pominął kwestię matrymonialnych planów Donizjusza wobec swej osoby. Ale już to, co im zdradził, brzmiało tak sensacyjnie, że nikt nie podejrzewał go o ukrywanie jakichś szczegółów.

– Tak więc za kilka dni wyruszam na wojnę – zakończył swą relację. – Taka jest wola mojego ojca, której nie zamierzam się sprzeciwiać. Wystarczająco wiele razy powiedziałem mu „nie”.

– Udział w wojnach toczonych przez polis jest obowiązkiem każdego jej obywatela – rzekł uroczystym tonem poeta. – Gdybyś odmówił, okazałbyś się równie złym synem, co Ateńczykiem. Nigdy cię o to nie podejrzewałem, Demetriuszu.

Raisa nie wydawała się równie zadowolona z decyzji kochanka. Była zmartwiona i pełna lęku. Pamiętała, że po każdej wojennej wyprawie, na którą wyruszali mężczyźni z jej wioski, dwóch lub trzech nie wracało. Bała się o Falerończyka, a także o to, co stanie się z nią, jeśli go zabraknie. W przeciwieństwie do Menandra, życzyłaby sobie, by odmówił swemu ojcu, brutalnemu Dionizjuszowi, wobec którego czuła głęboką niechęć. Zdawała sobie jednak sprawę, że nie mogła tego powiedzieć głośno.

Mówił za to Demetriusz:

– Muszę tylko znaleźć giermka oraz sługę. O tego pierwszego będzie łatwiej. Na pewno któryś z moich przyjaciół zechce wziąć udział w przygodzie. Hesperos, Mathaios i Fedon aż palą się, by wyrwać się poza Ateny. Muszę się zastanowić, któremu pierwszemu to zaproponuję.

– Mówiąc o swoich przyjaciołach – powoli odparł poeta – nie wspomniałeś o jednym, który, jak mi się zdaje, darzy cię najgłębszym przywiązaniem.

– Wierz mi, Menandrze, gdyby było to możliwe, ciebie właśnie wybrałbym na swego towarzysza. Lecz jesteś zbyt młody, by służyć w armii.

– Za młody na hoplitę – przyznał tamten. – Lecz nie na giermka.

– Nie będę hoplitą, tylko kawalerzystą. – Demetriusz uśmiechnął się do przyjaciela. – A więc mój giermek także musi spędzać dużo czasu w siodle. Pamiętam, że nie gustowałeś nigdy w konnej jeździe.

Obydwaj przypomnieli sobie, jak przed kilkoma miesiącami wybrali się w podróż do Teb. Już po godzinie nienawykły do jazdy Menander zaczął narzekać na liczne niewygody. Po trzech dniach spędzonych na grzbiecie wierzchowca jego pośladki były otarte do krwi, on sam zaś złożył ślubowanie, że nigdy więcej nie wsiądzie na konia. Nawet teraz wzdrygnął się na to wspomnienie. Ale zaraz oznajmił twardo:

– Przeżyję. A wiesz dlaczego? Bo artysta jest zdolny wytrzymać każdą mękę w służbie sztuki!

– Sztuki?

– Tak właśnie, sztuki! Pamiętasz, po co pojechaliśmy do Teb? Szukałem tam natchnienia podczas pisania poematu o upadku Troi, który chcę wygłosić na Igrzyskach Pytyjskich. Widok zburzonego miasta uświadomił mi, co mogło zostać z grodu Priama, po tym jak opuścili go Achajowie. To jednak nie wystarczy, bym ukończył swoje dzieło. Nie tworzę przecież wiersza o ruinach Troi, lecz o jej upadku! O krwawej bitwie, która rozszalała się w mieście. Lecz by przekonująco opisać bitwę, muszę zobaczyć ją na własne oczy! Dlatego właśnie chcę ci towarzyszyć.

Demetriusz wpatrywał się w przyjaciela szeroko otwartymi oczami. Ten dzień jest pełen niespodzianek, pomyślał. Choć miał wielką ochotę zabrać ze sobą Menandra, spróbował jeszcze raz odwieść go od tego pomysłu.

– Jako mój giermek nie będziesz mógł obserwować bitwy z bezpiecznego miejsca. Znajdziesz się w samym środku walki. A nie przeszedłeś jeszcze szkolenia wojskowego!

– Nasz trener w gimnazjonie twierdzi, że nieźle strzelam z łuku. – Poeta był przygotowany na taki argument. – Potrafię też trafić oszczepem cel wielkości człowieka, jeśli dystans nie jest zbyt duży. O ile dobrze się orientuję, konnica rzadko walczy w zwarciu.

Falerończyk musiał mu przyznać rację. Wprawdzie macedońska i tesalska jazda wbijała się klinem w szyki wroga, lecz ateńscy kawalerzyści unikali tej taktyki, pozostając przy walce dystansowej. Jeśli Menander miałby wziąć udział w bitwie, najbezpieczniejszy będzie właśnie na końskim grzbiecie.

– Jest jeszcze jedna kwestia. – Miał w zanadrzu ostatni argument. – Miałem nadzieję, że pod moją nieobecność zaopiekujesz się Raisą.

Poeta wzruszył ramionami.

– Odeślij ją do domu twego ojca – powiedział lekkim tonem.

Jeśli to zrobię, on znów zaciągnie ją do łoża, pomyślał Demetriusz. Za nic w świecie na to nie pozwolę.

– Nie mogę. Nie chcę tego robić.

– Nie będziesz musiał – powiedziała nagle ta, o której rozmawiali.

Obydwaj spojrzeli na nią zaskoczeni, jakby dopiero teraz uświadomili sobie, że siedzi przy tym samym stole.

– Mówiłeś, że oprócz giermka potrzebujesz także sługi – ciągnęła Iliryjka. – Nie musisz go wcale szukać. Masz przecież mnie.

Całkowicie zaskoczony, Demetriusz otworzył usta i zaraz je zamknął. Szukał powodów, dla których dziewczyna nie może mu towarzyszyć. Niewolnicy hoplitów dźwigali w czasie marszu ich ciężki ekwipunek. Lecz kawalerzysta może przytroczyć go do boków swego wierzchowca albo rzucić na taborowe wozy. Ma do tego, w przeciwieństwie do piechura, prawo. Podczas bitwy służących zaciągano czasem do armii jako lekką piechotę. Ale też ci, którzy nie byli zdolni do noszenia broni, spędzali batalię w bezpiecznym obozie…

– Wyruszam na wojnę, Raiso – powiedział w końcu. – Pole bitwy to nie jest miejsce dla kobiety. Podobnie jak żołnierskie obozowisko. To zbyt ryzykowne…

– A tu, w Atenach jest może bezpiecznie? – spytała. – Ledwie kilka dni temu musieliśmy szukać schronienia za murami świątyni. A nawet teraz wszyscy obawiają się ataku demokratów z Eleuzis. Słyszałam na targowisku…

– Dość! – Falerończyk machnął stanowczo ręką, próbując uciszyć swą kochankę. – To absolutnie wykluczone.

Niewolnica uśmiechnęła się do niego. Po czym zupełnie zignorowała jego wyrażony gestem rozkaz.

– Skoro wspomniałeś o obozowisku, wyobraź sobie noce w nim spędzone – szepnęła, pochylając się ku niemu. – Możesz mnie mieć każdej z nich. Z chęcią usłużę ci w twoim namiocie. Lepiej niż jakakolwiek ciągnąca za wojskiem ladacznica.

Mocno wciągnął powietrze w płuca. Poczuł, jak jego policzki oblewa rumieniec. Raisa nigdy wcześniej nie mówiła tak otwarcie o tym, co czynili w alkowie. Nigdy wcześniej nie była tak jawnie wyuzdana. Miał nadzieję, że Menander tego nie słucha. Że właśnie układa w myślach kolejne strofy swego poematu. Iliryjka wszakże nie skończyła jeszcze mówić:

– Możesz mnie mieć albo ty, albo twój ojciec. Wiesz, że nie odmówi sobie tego, w czym raz już zasmakował. Pragnę być twoją, o niczym innym nie marzę… lecz ostateczna decyzja o mym losie należy do ciebie. Wybieraj, najdroższy.

Cóż mógł poradzić na takie dictum? Dokonał wyboru. Jedynego, na jaki pozwalało mu pożądanie oraz odziedziczony po Dionizjuszu egoizm.

* * *

Umył zakrwawione dłonie w jednej z fontann w ogrodzie. Ostrze otarł o zgrzebną tunikę Trechusa. Przez krótką chwilę bawił się myślą, by posoką sługi naznaczyć ściany grobowca. Wypisać na nich krwawe epitafium – ku pamięci i trwodze wszystkich, którzy przyjdą później. W końcu jednak porzucił ten pomysł. Był Rzeźnikiem Elidy, najstraszliwszym z Greków. Epitafia jego autorstwa będą kreślone ostrzem miecza.

Zanim wyruszy do Olintu, by ukarać niedawnego teścia, ma do załatwienia jeszcze jedną sprawę w Pelli. Powtórzył sobie w myślach imiona i oficjalne profesje szpiegów królowej Olimpias. Niemal słyszał dźwięczny głos Kritiasa wypowiadający kolejne słowa: „Mnester, kupiec zbożowy. Cylon, właściciel tawerny „Gościnny dom”. Teognis, kapłan Zeusa. Oraz Nikoleta, hetera”. Jego wybór padł na oberżystę. Nie dlatego, że wolał go od hetery. Po prostu wiedział, gdzie znajduje się owa tawerna.

Tam jednak spotkał go zawód. Okazało się, że Cylon wyjechał z miasta w interesach. Jak poinformował jeden z serwujących wino niewolników, jego pan udał się na wyspę Thasos, by dokonać tam hurtowego zakupu wina. Alkajos zacisnął dłonie w pięści. Zadanie, które zlecił mu delficki kapłan, stawało się coraz bardziej skomplikowane. Zniecierpliwiony, zaczął rozpytywać w „Gościnnym domu” o Nikoletę. Wątpił w powodzenie tych starań, bo ludzie, którzy przychodzili do tej tawerny, należeli raczej do klientów tanich domów rozkoszy niźli drogich heter. O dziwo jednak, szczęście uśmiechnęło się do Rzeźnika Elidy.

– Nikoleta zwana Tesalską Ślicznotką mieszka w zachodniej części miasta, nieopodal murów, tuż przy świątyni Afrodyty – oznajmił mężczyzna w chitonie poplamionym murarską zaprawą. Uparcie spoglądał w blat stołu, by nie być zmuszonym do patrzenia na zniszczone oblicze swego rozmówcy.

– Skąd może o tym wiedzieć ktoś taki jak ty? – zapytał tamten z drwiną w głosie.

– Byłem zatrudniony przy budowie jej domu.

– Dobrze płaciła?

– Niezgorzej. To zamożna dama.

Bez wątpienia, pomyślał Alkajos. Królowa Olimpias hojnie wynagradza swych agentów.

Zostawił za sobą „Gościnny dom” i udał się na zachód. Prędko znalazł świątynię Afrodyty, a także willę oświetloną pochodniami. Jej frontową ścianę ozdabiał fresk przedstawiający igraszki nimf oraz satyrów. Nie było wątpliwości, kto tutaj mieszka. Rzeźnik Elidy poczuł, jak gniew, który go przepełniał, ustępuje miejsca silnej żądzy. Był pewien, że nim przekaże Nikolecie swój meldunek, wpierw kilka razy skorzysta z jej wdzięków.

Arystea leżała w mrocznym i zimnym grobie, wraz z synem, którego nigdy nie poznał. On za to był pełen życia oraz pragnień. Dziś w nocy zaspokoi przynajmniej jedno z nich.

* * *

Cztery dni później Filona otrzymała od polemarchy Lizandra hojne, acz niespodziewane dary. Spartanin przysłał jej przez swego człowieka flakon orientalnych pachnideł oraz nowy peplos z czerwonego jedwabiu. Kiedy przymierzyła go przed lustrem, ujrzała, że jest niemal całkiem przezroczysty. Gdyby przez ostatnie miesiące nie była ladacznicą w „Pocałunku Alkmene”, pewnie by się zarumieniła. Ale dziś chyba nie była już do tego zdolna. Ponadto, bardziej niż nowa szata, zajmowało ją enigmatyczne zdanie, jakie przekazał jej żołnierz, który przyniósł prezenty.

„Czekaj na mnie dziś wieczór, a przyniosę ci dar po stokroć wspanialszy niż te, które już przyjęłaś”.

Cóż mógł planować ten nieodgadniony człowiek? Filona myślała o tym podczas wieczerzy, którą jak zawsze spożywała w samotności, w kąpieli urozmaiconej odrobiną masturbacji (nie doprowadziła się na szczyt – chciała się tylko przygotować na to, co mogło się wydarzyć), a także w czasie, gdy jedna z dawnych niewolnic Hiperejdesa rozczesywała jej włosy i układała je w misterną fryzurę. Myślała o tym, przywdziewając przezroczystą suknię i spoczywając na łożu w kuszącej pozie. Wiedziała, że Lizander jej pożąda. Jak dotąd nie sięgnął jeszcze po to, co z chęcią by mu ofiarowała. Czuła jednak, że ten wieczór będzie się różnił od poprzednich, spędzonych na wyczerpujących sesjach pytań oraz odpowiedzi.

Dziś najwyraźniej mieli co świętować.

Drzwi uchyliły się i stanął w nich polemarcha. Dostrzegła błysk w jego oczach, kiedy ujrzał ją na posłaniu, w sukni, którą dla niej wybrał. W komnacie unosiła się woń orientalnych perfum. Spartanin był ubrany po cywilnemu, w jasny chiton oraz płową chlamidę, skrywającą jego prawe ramię. Na ile mogła dostrzec, nie miał przy sobie żadnej broni.

– Witaj, Lizandrze – powiedziała tonem, który wiele obiecywał. Uśmiechnęła się do Spartanina. Zapraszająco. – Zaspokój proszę mą ciekawość. Jaki dar mi przynosisz?

Za wychodzącymi na dziedziniec oknami zapadł już zmrok. By rozjaśnić pokój, który przez ostatnie dni był jej azylem i więzieniem, Filona zapaliła wszystkie cztery lampy oliwne, a także kilkanaście świec. W ich blasku ujrzała, jak Lizander zamyka za sobą drzwi, następnie staje na środku komnaty. Ręką sięgnął do swej chlamidy i ściągnął ją przez głowę, a następnie pozwolił, by z szelestem opadła na podłogę.

– Przynoszę ci najsłodszy przysmak bogów, Filono. Zemstę.

* * *

Alkajos ujrzał Tesalską Ślicznotkę w sali sympozjonów, gdzie podejmowała gości. Wtargnął tam rozjuszony. Niewolnicy przy wejściu próbowali go powstrzymać, krzycząc „Pani już śpi!” lub „Pani nie ma w domu!”, zupełnie nie przejmując się faktem, że te dwa zdania stały w rażącej ze sobą sprzeczności. Złamał jednemu szczękę mocarnym ciosem pięści, drugiego popchnął tak mocno, że mężczyzna uderzył potylicą w ścianę i bezwładnie się po niej osunął. Macedończyk znów miał na dłoniach krople krwi. Ale i tak adoratorów Nikolety najbardziej przeraziła jego twarz.

Było ich dzisiaj trzech. Spoczywali na biesiadnych łożach po obydwu stronach oraz na wprost hetery. Raczyli się owocami z ustawionego na środku niskiego stołu o szerokim blacie. Popijali wino. I pożerali dziewczynę głodnymi spojrzeniami. A było na co patrzeć. Mogła mieć dziewiętnaście, może dwadzieścia lat. Długie, jasne loki rozsypywały się po poduszce, nad którą unosiła głowę. Suknia z nieprzezroczystego zielonego jedwabiu uwidaczniała jej apetyczne kształty: niewielkie, idealnie krągłe piersi, szczupłą talię, szerokie biodra, stanowiące zapowiedź dużej oraz kształtnej pupy. Rozcięcie z boku odsłaniało szczupłe, bez wątpienia jędrne udo oraz smukłą łydkę. Była bosa. Paznokcie u rąk i stóp miała pomalowane na złoto. Złota była też jej biżuteria: wysadzania szmaragdami kolia, bransoleta na prawym przedramieniu oraz łańcuszek wokół lewej kostki.

Unosiła właśnie kielich do ust, kiedy Alkajos wkroczył do bankietowej sali. Mężczyźni zerwali się z posłań. Żaden nie miał przy sobie oręża – podejrzewając zapewne, że ich rywalizacja może wymknąć się spod kontroli, hetera kazała im oddać broń swej służbie. Wodzili teraz spojrzeniami od poparzonej twarzy Rzeźnika Elidy do wiszącego u jego boku miecza. Drżeli w bezsilnym gniewie. Posłał im pogardliwy uśmiech. Położył dłoń na rękojeści. W oczach mężczyzn ujrzał narastający strach.

– Koniec zabawy – warknął. – Spieprzać stąd albo was podziurawię.

Nikoleta utkwiła w nim duże zielone oczy. Odstawiła kielich na stół i powoli wstała.

– Róbcie, co mówi. – Miała niemal dziecięcy głos. Wypowiedziała jednak owe trzy słowa tak zdecydowanie, że jej adoratorzy natychmiast usłuchali. Zresztą, żaden z nich nie był gotów nadstawiać karku za heterę. Nawet jeśli słusznie nosiła miano Tesalskiej Ślicznotki.

Kiedy zostawili ich samych, Nikoleta ruszyła w stronę Alkajosa. Podeszła blisko. Spoglądała nań z niepokojem, ale bez widocznego lęku. Jeśli oblicze mężczyzny wzbudziło w niej odrazę, umiejętnie to ukryła.

– Domyślam się, że gdybyś chciał mnie zabić, już sięgałbyś po miecz – stwierdziła, zmysłowo obniżając głos. – Czemu więc zawdzięczam tę niezapowiedzianą wizytę?

Ona się mnie nie boi, ze zdumieniem uświadomił sobie Macedończyk. Po raz pierwszy od dawna spotkał taką niewiastę. Była uprzejma, kusząca, jak przystało na kobietę lekkich obyczajów, wydawała się nim wręcz zainteresowana! Odzwyczaił się już od podobnych reakcji. Przywykł do tego, że wywołuje wstręt i paniczny strach. Czerpał z tych emocji przyjemność.

– Mam dla ciebie wieści od wspólnego znajomego – odparł po długim milczeniu. – Przełożonego delfickiego sanktuarium…

Nikoleta wzdrygnęła się, jakby na nieprzyjemne wspomnienie.

– Jak się ma nasz dostojny Kritias? – spytała chłodno. – Liczę, że zdrowie mu dopisuje. – Jej ton wskazywał, że życzy kapłanowi długiej i poprzedzonej męczarniami śmierci.

Rzeźnik Elidy zaśmiał się ochryple.

– Widzę, że dobrze go poznałaś.

– Lepiej, niż bym sobie tego życzyła. Ze wszystkich sług naszej drogiej pani w Passaronie ten budzi we mnie największą niechęć.

To dlatego, że jeszcze nie poznałaś mnie, pomyślał z rozbawieniem. Coś jednak sprawiło, że nie powiedział tego na głos. Nieskrywana wrogość hetery wobec Kritiasa spowodowała, że Alkajos poczuł do niej coś na kształt sympatii. I nie chciał niepotrzebnie straszyć dziewczyny.

– Dość o nim. Mamy ważniejsze sprawy…

– Wieści, które przywiozłeś – westchnęła. Jej zainteresowanie Macedończykiem prędko spadało. Postanowił, że na to nie pozwoli.

– Interesy mogą poczekać do rana – oznajmił zdecydowanie. – Teraz jest noc, czas, za który płaci się heterom!

Sięgnął do mieszka przy pasie i wydobył z niego garść delfickiego srebra. Więcej, niż wynosiła cena jakiejkolwiek hetery w Pelli. Zamaszystym ruchem rozsypał monety po podłodze. Najwięcej spadło u stóp Nikolety. Spojrzała prędko w dół. Jej oczy rozbłysły.

– To królewski podarunek…

– Nie chcę, byś straciła na tym, że wygoniłem twych adoratorów. To powinno pokryć straty… i zafundować mi noc pełną rozkoszy.

Dziewczyna odwróciła się do niego plecami. Podeszła do niskiego stołu i pochyliła się nad nim tak, by jej krągłe pośladki w pełni uwidoczniły się przez cienki materiał sukni. Stała tak przez dłuższą chwilę, pozwalając się podziwiać. Macedończyk poczuł, że jego erekcja wybrzusza tunikę. Nie pamiętał już o nieszczęsnej Arystei, ani o synu, którego urodziła. Wiedział, że tej nocy, nim nastanie świt, Tesalska Ślicznotka zastąpi mu żonę, Chryseis, Dafne. I wiele innych niewiast, które posiadł w swoim życiu.

Nikoleta podniosła się znad stołu i ponownie zwróciła ku Alkajosowi. W dłoniach trzymała napełniony winem puchar. Podeszła do Macedończyka i podała mu go, skłaniając jednocześnie głowę w pełnym szacunku ukłonie.

– Interesy mogą poczekać do rana – powtórzyła za nim jak echo. – Do tego czasu, panie, jestem cała twoja.

* * *

Przed świtem słudzy zbudzili Eneasza i Sostenesa i przekazali im rozkaz Polyperchona. Bezzwłocznie wzywał ich przed swe oblicze. Ponieważ zostali zakwaterowani w przestronnych alkowach królewskiego pałacu, nie mieli daleko. Tym razem nie czekali długo na audiencję. Zostali przyjęci natychmiast po przybyciu.

Komnata wiceregenta wyglądała dokładnie tak samo jak poprzedniej nocy, podczas ich pierwszej rozmowy, lecz w tym, który ją zajmował, nastąpiła jakaś tajemna zmiana. Eneasz dopiero po chwili zrozumiał, na czym ona polegała. Sędziwy generał się uśmiechał! Fakt, że półgębkiem, fakt, że dość sarkastycznie, niemniej jednak kącik jego ust unosił się ku górze. Wydawało się, że przez noc nie zmrużył nawet oka. Starzy ludzie śpią mało, pomyślał Sostenes. Są głodni życia, którego zostało im coraz mniej.

– Rosły, mocno zbudowany mężczyzna, jasnowłosy i jednooki, ze śladami oparzeń na obliczu – rzekł Polyperchon, gdy tylko weszli do jego samotni. – Mówi wam to coś?

– To odpowiada rysopisowi Alkajosa z Ajgaj. Znanego agenta królowej Olimpias, działającego pod dowództwem Kritiasa – odparł prędko Eneasz. Sostenes skrzywił się na ten popis prymusa, który dobrze opanował lekcję. Zaraz jednak niesmak oraz irytacja ustąpiły miejsca innemu, znacznie silniejszemu uczuciu. Było to podniecenie podobne temu, które jest udziałem myśliwego polującego na szczególnie niebezpiecznego dzika.

– Kiedyś był lojalnym synem Macedonii – przemówił wiceregent – lecz wojna na Peloponezie go zmieniła. Wtedy właśnie zyskał swój niesławny przydomek.

– Wtedy też stracił oko – dorzucił Sostenes. – Ale nie pamiętam żadnych oparzeń. To musi być coś świeżego.

– Znasz go?

Ta informacja zdziwiła obydwu Macedończyków.

– Służyłem pod jego rozkazami.

– A więc jesteś w stanie ustalić, czy to na pewno on.

– Ponad wszelką wątpliwość, generale.

Polyperchon przestał się uśmiechać.

– Człowiek o wspomnianym wyglądzie pojawił się wczoraj w tawernie „Gościnny dom”. Wpierw wypytywał o właściciela tego przybytku, Cylona. Potem o heterę Nikoletę. Dziwny przypadek, nie uważacie? Ludzie, którym kazałem obserwować dom hetery, widzieli tego samego męża. Przed kilkoma godzinami złożył jej wizytę.

Po jego słowach nastała cisza. Wiceregent obserwował efekt, jaki osiągnął. Kiedy już nasycił oczy zdumieniem Eneasza, przeniósł spojrzenie na Sostenesa.

– Poprzednio słusznie doradziłeś, więc i tym razem żądam twej opinii. Czy Alkajos byłby bardziej wartościowym jeńcem niż Mnester albo Cylon? Czy może wiedzieć więcej o planach dziwki zza gór? No i najważniejsze: czy powinniśmy go poddać obserwacji, tak jak pozostałych? Czy też zasługuje na szczególne potraktowanie?

* * *

Kiedy chlamida opadła na podłogę, odsłaniając prawicę Spartanina, Filona dostrzegła, że Lizander trzyma coś w dłoni. To był worek – szary, zgrzebny, pokryty brunatnymi plamami oraz zaciekami. Rzecz, która go wypełniała, miała wyraźnie zaokrąglony kształt.

* * *

Rzeźnik Elidy zapłacił jej po królewsku, więc Tesalska Ślicznotka oddała mu się jak królowi. Chętnie, ulegle, bez słowa sprzeciwu.

Gdy kilkoma haustami opróżnił puchar wina, zaprowadziła Alkajosa do swej sypialni. Tam rozpięła mu pas z mieczem, pomogła zdjąć pancerz, zsunęła wysoko wiązane, kawaleryjskie buty z jego stóp. Wreszcie ściągnęła mu przez głowę przepoconą tunikę, której nie zmieniał od pięciu dni spędzonych w siodle. Kiedy stanął przed nią nagi, z przyjemnością przyjrzała się jego ciału. Jeśli pominąć spalony policzek, był całkiem urodziwym mężczyzną. Proporcjonalnie zbudowany, muskularny, hojnie obdarowany przez naturę. Liczne blizny dodawały mu tylko męskości, a każda mogła skrywać historię wartą opowiedzenia. Nikoleta uważała, że każdy mężczyzna jest piękny, trzeba tylko umieć to dostrzec. Dzięki takiemu właśnie podejściu święciła triumfy wśród heter Macedonii i Tesalii.

Teraz przyszła pora, by i ona zrzuciła odzienie. Stanęła w świetle lamp oliwnych, tak by przyszły kochanek mógł podziwiać każdy jej ruch, każdy odsłonięty skrawek ciała. Pragnęła rozpalić jeszcze jego pożądanie, choć przecież rzut oka na krocze mężczyzny wystarczył, by przekonać się, że już jest bardzo podniecony. Jego słusznych rozmiarów członek unosił się dumnie, wynurzając się z gęstwiny włosów łonowych. Patrząc na niego, zrozumiała, że sięgnie bardzo głęboko. Być może nawet sprawi jej ból.

Zsunęła najpierw jedno ramiączko peplosu, a potem drugie. Pozwoliła, by jedwab spłynął w dół, pieszcząc jej skórę. Oczom Alkajosa ukazały się dziewczęce piersi, nieduże, lecz jędrne i krągłe niczym para jabłek. Wieńczące je sutki były przyciemnione czerwoną szminką – zapewne tą samą, która pokrywała również wargi hetery. Tkanina zsuwała się coraz niżej, odsłaniając brzuch ozdobiony tkwiącym w pępku szmaragdem. Zatrzymała się dopiero na rozłożystych biodrach. Mężczyzna poczuł, że jego cierpliwość się wyczerpuje. Podszedł do Nikolety, chwycił za skraj jej sukni i mocno szarpnął. Rozległ się protest dartego materiału, a po chwili Tesalska Ślicznotka stała przed nim naga. Spojrzał w dół, między jej uda. W przeciwieństwie do ateńskich koleżanek po fachu nie depilowała całkiem swojego łona. Pokrywały je krótkie, jasne, kręcące się włoski.

Zamierzała spytać, czy jej gość życzy sobie kąpieli. Miała nadzieję, że się zgodzi, gdyż woń, która od niego biła, nie mogła się spodobać nawet tak tolerancyjnej niewieście jak Nikoleta. Nie zdążyła nawet zadać pytania. Alkajos przycisnął ją do ściany – czy raczej skrywającego ją gobelinu o wybitnie erotycznym temacie. Chwycił ją za pośladki, wbił w nie palce i uniósł z łatwością w górę. Rozchyliła prędko uda i wpuściła go między nie. Przygotowała się na ból głębokiej, niecierpliwej penetracji. Nie pomyliła się. Wtargnął w nią szybko i gwałtownie, nie sprawdzając nawet, czy jest gotowa. Penis wsunął się w nie dość wilgotne wnętrze, dotkliwie je ocierając. Hetera krzyknęła głośno i oplotła ramionami szyję swego oprawcy. Wpiła usta w jego wargi, tłumiąc kolejne jęki.

Mężczyzna podrzucał ją w górę i z całej siły nabijał na swą męskość. Nikoleta zaciskała powieki, pod którymi zbierały się łzy. Wiedziała, że jest w stanie wytrzymać cierpienie. To nie był pierwszy brutalny klient w jej życiu. Ale na pewno płacił lepiej niż którykolwiek z nich.

Pozycja, w której spółkowali, była na dłuższą metę wyczerpująca nawet dla tak silnego człowieka jak on. Czując, że odrywa ją od ściany, hetera mocniej objęła go rękoma i udami. Zaniósł ją na łoże i cisnął na nie z gniewnym pomrukiem. Opadła na pachnącą wonnościami pościel. Czym prędzej obróciła się na brzuch, oparła na kolanach i łokciu i wypięła lubieżnie ku swemu kochankowi. Drugą ręką sięgnęła między uda. Zaczęła szybko pocierać łechtaczkę, dociskając do niej opuszki dwóch palców. Wiedziała, że w ten sposób łatwiej zniesie gwałtowne pchnięcia.

Dopadł do niej, chwycił mocno za biodra i wdarł się z impetem. Trzema głębokimi sztychami zanurzył się aż po jądra. Czuła ich uderzenia o swe podbrzusze. Dłonie trzymały ją w żelaznym uścisku, nie pozwalając odsunąć się nawet na długość palca. Hetera wbiła zęby w poduszkę i w ten sposób dusiła następne krzyki. Dzięki własnym zabiegom prędko wilgotniała, co z kolei sprawiło, że zaczęła odczuwać coś więcej niż tylko ból. Zacisnęła mięśnie na włóczni kochanka. Z satysfakcją usłyszała jego zaskoczone westchnienie. Tak, nieznajomy, pomyślała, potrafię być jeszcze ciaśniejsza. Chcesz się przekonać? Zwolnij choć trochę, a zobaczysz…

Spełnił tę niewypowiedzianą prośbę, nie po to wszakże, by ulżyć jej cierpieniu. Po ochrypłych jękach mężczyzny poznała, że balansuje na granicy rozkoszy. Próbował odsunąć wytrysk, zmniejszając tempo penetracji. Odpowiedziała skurczami pochwy, lecz nie na tyle mocnymi, by pokrzyżować jego plany. Chciała, by był z niej zadowolony, pragnęła dać mu jak najwięcej przyjemności. Liczyła, że dzięki temu złagodzi jego brutalność, ukoi przepełniający go, niezrozumiały dla niej gniew. Kiedy znowu przyspieszył, jej wnętrze ociekało już sokami. Była przygotowana na wszystko, czym mógł ją uraczyć. A przynajmniej tak jej się zdawało.

W istocie nie miała pojęcia, do czego był zdolny Rzeźnik Elidy. On jednak powściągał swój sadyzm. Wiedział, że nie może wyrządzić jej poważnej krzywdy. Poza tym dopóki była mu posłuszna, nie czuł potrzeby, by ją krzywdzić. Ale to nie skłaniało go do silenia się na delikatność. Wciąż penetrował ją z mocą rozwścieczonego byka. Bolesne krzyki, które czasem wyrywały się z uszminkowanych ust, były muzyką dla jego uszu. Na własne szczęście ani razu nie poprosiła go o litość. Nie błagała, by spowolnił swe ruchy. Nie skomlała u jego stóp. Jak Chryseis, Dafne, Filona i inne niezliczone dziewki, które sądziły, że coś w ten sposób zyskają. Gdyby to uczyniła, zapomniałby o tym, że jest mu potrzebna. Zabawiłby się z nią naprawdę brutalnie.

Alkajos wyprężył się i zaczął szczytować. Wdarł się najgłębiej, jak tylko mógł i ryknął z rozdzierającej mu trzewia ekstazy. Wstrząsany rozkosznymi dreszczami, wciąż wbijał palce w biodra Nikolety. Pochyliła głowę i dotknęła czołem pościeli. Czuła, jak wypełnia ją nasieniem. Wciąż masowała jego penisa skurczami mięśni. Kiedy przestał się poruszać, stłumiła westchnienie ulgi.

Opadli na łóżko obok siebie. Ich ciała pokrywał pot. Przyspieszone oddechy stopniowo się uspokajały. Hetera uniosła głowę i popatrzyła na mężczyznę. Był teraz zwrócony ku niej prawą stroną twarzy, tą z okiem i bez śladów oparzeń. Pomyślała, że jest całkiem przystojny. Na pewno kiedyś kochała się w nim niejedna dziewczyna… Ona też mogłaby się w nim zadurzyć…

Czym prędzej zganiła się za takie myśli. Była heterą, a on jej klientem. Musi się tego trzymać. Tym bardziej że właśnie nadarzała się okazja, by wykorzystać chwilę, gdy jej kochanek jest najspokojniejszy i najbardziej uległy…

– Byłeś wspaniały, panie – powiedziała, delikatnie dotykając ręką jego przedramienia. – Namiętny jak Apollo i silny jak Herakles. Lecz teraz obojgu nam potrzeba chwili wytchnienia. Co byś powiedział na odprężającą kąpiel we dwoje? Jeśli zechcesz, każę ją przygotować moim niewolnikom. Zapewniam cię, że nie pożałujesz. A jeśli w balii zapragniesz dalszego ciągu – tu zawiesiła zmysłowo głos – wiesz, że jestem na twe rozkazy.

Ku jej radości skinął głową. Nikoleta wstała z łoża i na chwiejnych nogach zbliżyła się do drzwi wiodących na korytarz. Wiedziała, że czeka tam ktoś z jej służby. Kąpiel… to była bardzo kusząca perspektywa. Nareszcie zmyje z tego mężczyzny smród konia, krwi, żelaza i potu. Wtedy przekona się, jaka jest jego naturalna woń.

Nieznajomy był dla niej hojny. Hetera miała zamiar zasłużyć na każdą monetę. Ale czemuż nie miałaby tego uczynić nieco przyjemniejszym dla siebie?

* * *

Lizander chwycił worek w obie dłonie i obrócił go do góry dnem. Filona ujrzała, jak coś wypada z wnętrza, uderza głucho o podłogę, a potem toczy się w jej stronę. Nadal nie wstając z łoża, na którym spoczywała w kuszącej pozie, pochyliła się nieco do przodu, by dobrze przyjrzeć się owemu przedmiotowi. By do woli nacieszyć nim oczy.

– Czyż nie to właśnie ci obiecałem? – zapytał Spartanin. Po czym powtórzył swe niedawne słowa: – „Z twoją pomocą strącę ich w przepaść. Jednego po drugim”.

* * *

– Zapamiętałaś wszystko, co ci powiedziałem? – spytał Alkajos, siłując się z zapięciem pancerza.

– Co do słowa, panie – odparła klęcząca na posłaniu Nikoleta. W przeciwieństwie do mężczyzny wciąż była naga. Chciała, by taką właśnie ją zapamiętał. Przeciągnęła się rozkosznie, przymykając oczy. Niech najhojniejszy z jej klientów nasyci się tym widokiem. Tym razem ciała hetery nie skrywał półmrok, rozświetlany przez lampy oliwne. Sypialnia tonęła bowiem w porannym blasku.

– Powtórz! – zażądał, chwilowo nieczuły na jej wdzięki.

Westchnęła. Nadszedł dzień. Interesy nie mogły dłużej czekać.

– Ateny są stracone. Opowiedziały się po stronie Antypatra. Poślą wojska na północ. W ślad za nimi pójdą inne poleis południowej Hellady. Należy się spodziewać, że przeciw Dardanom stanie znacznie silniejsza armia, niż gdyby Macedonia walczyła w pojedynkę.

– Bardzo dobrze. Jak prędko wieści te mogą dotrzeć do Tryfona z Ambrakii?

– Jeszcze dziś wyślę gońców. Dwóch, rożnymi drogami. Nawet jeśli jeden zginie, drugi zdoła dostarczyć twoje słowa.

Alkajos skinął głową, po czym zwrócił się ku heterze. W jego jedynym oku momentalnie dostrzegła błysk pożądania. Była pod wrażeniem jego wigoru. Po nocy spędzonej na miłosnych igraszkach on wciąż miał ochotę na więcej!

– Opuszczam Pellę, ale niedługo tu wrócę. Liczę, że wtedy będziesz mnie witała z równym entuzjazmem.

– Możesz być tego pewny! – żarliwie odparła Nikoleta.

Na progu domu żegnali go ci sami niewolnicy, których pokiereszował, wdzierając się do willi hetery. Patrzyli na niego wilkiem, lecz żaden z nich nie ośmielił się choćby szepnąć złego słowa. Wiedzieli, że ich pani ochoczo podejmowała tego oszpeconego męża. Aż do białego rana słyszeli dobiegające z jej alkowy krzyki rozkoszy.

Alkajos wyszedł na ulicę i przysłonił dłonią oczy. Dzień zapowiadał się upalnie, a słońce wręcz oślepiało. Czuł, że zaczyna pocić się pod pancerzem. Białe ściany domów zdawały się płonąć. Rzeźnik Elidy zapragnął jak najprędzej zostawić za sobą to miasto i wyjechać na zielone równiny Macedonii. Na szczęście droga do Olintu wiodła nad brzegiem morza, gdzie docierała chłodna bryza. Dzięki temu powinien przetrwać najgorszy skwar. Wpierw jednak musiał odzyskać konia. Zostawił go w stajni swej opustoszałej willi. Ruszył zatem w tamtym kierunku.

Szedł przed siebie, wciąż mrużąc oczy. Czuł w mięśniach przyjemne zmęczenie, zaś głowa ciążyła mu nieco od wypitego zeszłej nocy wina. Ulica była o tej porze pusta – nie należała do transportowych arterii macedońskiej stolicy, ani też do traktów, przy których odbywał się handel. Czasem tylko którąś z położonych nieopodal willi opuszczał niewolnik z listą sprawunków. Rzeźnik Elidy nie zauważał ich, pogrążony w myślach i wspomnieniach.

Nagle dobiegł doń gromki głos:

– Alkajosie!

Spojrzał na wołającego, który zagrodził mu drogę. Słońce świeciło tamtemu za plecami, więc nie mógł dostrzec jego twarzy. Rosły, ciemnowłosy, szeroki w barach… Czy to Kassander? Alkajos zacisnął szczękę. Ale on przecież opuścił Helladę! Postąpił kilka kroków naprzód i dostrzegł szczegóły, które różniły intruza od jego niegdysiejszego przyjaciela. Kassander był wyższy i brodaty. Ów człowiek natomiast – bardziej przysadzisty, a jego policzki pokrywał jedynie szary cień zarostu. Jeszcze jeden krok, słońce zasłonięte uniesioną ręką… Zauważył bezbarwne oczy tamtego. Dopiero wtedy go rozpoznał.

– Sostenes – powitał dawnego żołnierza ze swego oddziału. – Kopę lat…

– Nie taką znowu kopę. Rozstaliśmy się raptem pół roku temu.

Uścisnęli sobie prawice, jak przystało na starych kompanów. Alkajos omiótł spojrzeniem byłego podkomendnego. Pancerz, hełm, xiphos przy boku… Nie ulegało wątpliwości, że Sostenes wciąż para się profesją najemnika. Pytanie tylko, komu teraz służy.

– Widzę, że czas był dla ciebie łaskawy – rzekł, by przerwać zapadłą nagle ciszę.

– Szkoda, że o tobie nie sposób rzec tego samego. Kiedy żegnaliśmy się na Peloponezie, wyglądałeś dużo przystojniej niż dzisiaj.

Wybuchnęli śmiechem, lecz z jakiegoś powodu nie był on zbyt swobodny. Żaden z mężczyzn nie spuścił drugiego z oka. Napięcie rosło z każdą chwilą.

Wtem z bocznych uliczek zaczęli się wysypywać zbrojni. Nosili płaszcze królewskiej gwardii, z wyhaftowanymi srebrnymi gwiazdami oraz spiczaste, frygijskie hełmy. Każdy dzierżył w rękach włócznię. Na ich czele biegł jasnowłosy młodzieniec. Jako jedyny miał gołą głowę, a w dłoni kawaleryjski kopis. Żołnierze otoczyli szerokim półokręgiem Alkajosa oraz Sostenesa. Rzeźnik Elidy policzył ich szybko. Łącznie z blondynem bez hełmu było ich dziewięciu.

Macedończyk doznał wówczas silnego poczucia, że już kiedyś widział coś podobnego. Inne miejsce, inny czas, ale sytuacja tożsama. Dwóch mężów stojących przeciw dziewięciu… Beznadziejna walka, a jednak żaden z nich nie próbował uchodzić… Nagle sobie przypomniał. Delficki zajazd „Pełny dzban”. Rześki, zimowy poranek, który spłynął krwią. I poczuł lodowate tchnienie śmierci. By uwolnić się od tej wizji, pozornie lekkim tonem zapytał Sostenesa:

– Oni przyszli po ciebie czy po mnie?

– Obawiam się, że po ciebie, Alkajosie.

– A ty? Przybyłeś tu, by ostatni raz stanąć u mego boku? Tak jak za dawnych czasów, na Peloponezie?

Tamten znowu parsknął śmiechem. Tym razem niegdysiejszy dowódca nie dołączył do jego wesołości.

– Jestem tu, by cię rozpoznać. Co też niniejszym czynię. Alkajosie z Ajgaj. – Sostenes podniósł głos tak, by słyszeli go wszyscy żołnierze. – Jesteś aresztowany. Oddaj broń i nie próbuj żadnych sztuczek. Sam widzisz, że nie masz szans.

Gwardziści pochylili włócznie i postąpili krok naprzód.

Rzeźnik Elidy nie zastanawiał się długo. Bez słowa odpiął od pasa pochwę z xiphosem. Podał go Sostenesowi rękojeścią do przodu. Jednak gdy ten wyciągał dłoń po oręż, skoczył ku niemu i pchnął mocno trzymaną oburącz bronią. Miecz wysunął się z pochwy, a wieńcząca rękojeść żelazna kulka uderzyła mężczyznę między oczy. Nasada nosa pękła z głośnym chrupnięciem. Były podwładny Alkajosa wydał z siebie ryk i zatoczył się do tyłu.

Macedończyk dobył xiphosa. W ostatniej chwili – teraz spadł na niego blondyn bez hełmu na głowie. Miecze starły się ze sobą raz, drugi, trzeci. Na więcej nie starczyło czasu – włócznicy z każdą chwilą zaciskali swój półokrąg. Alkajos skrócił dystans, chwycił młodzieńca za nadgarstek, przyciągnął do siebie. A potem z impetem uderzył hełmem w niechronione w żaden sposób czoło. Efeb zalał się krwią i upadł na ulicę. Zamiast go dobić, Rzeźnik Elidy obrócił się na pięcie i rzucił do ucieczki.

* * *

Trofeum wyglądało makabrycznie. Lecz dla Filony nie było teraz piękniejszego widoku. W migotliwym blasku świec i oliwnych lamp spoglądała łapczywie na ów dowód spełnionej zemsty. I czuła, jak ogarnia ją euforia.

– To właśnie mi obiecałeś, Lizandrze. I nie złamałeś danego słowa.

* * *

Pędził ile sił w nogach w stronę domu Nikolety. Bez konkretnego planu. W głowie miał tylko jedną myśl: umknąć swoim prześladowcom. Zbroja mu ciążyła, zmęczone mięśnie z trudem poddawały się jego woli. Nagle zauważył, że drzwi wejściowe są uchylone. Wyglądał przez nie jeden z niewolników hetery, z zaciekawieniem obserwując rozwój wypadków. Kiedy pojął, że Alkajos biegnie prosto na niego, próbował zaryglować drzwi. Nie zdążył. Macedończyk otworzył je kopniakiem, obalając sługę na posadzkę przedpokoju. Przy okazji wyłamał skobel, co przekreśliło szanse na zatrzymanie goniących go mężczyzn.

Ale i tak miał tutaj większe szanse niż na szerokiej ulicy. Przedpokój był ciasny, gwardziści nie mogli rozwinąć szyku. Pozwolił wbiec do środka jednemu i rzucił się na niego z mieczem. Odrąbał ostrze włóczni i poderżnął mu gardło. Krew chlusnęła strumieniem na drogocenne gobeliny. Miejsce powalonego natychmiast zajęło dwóch jego towarzyszy. Ich wściekłe ataki odepchnęły Alkajosa. Dobiegł do schodów wiodących na piętro. U ich szczytu pojawiła się Nikoleta.

– Co tu się dzieje? – krzyknęła przestraszona.

– Biegnij do alkowy! – ryknął, zbijając cios wymierzony w jego serce. Chwycił za drzewce włóczni, mocnym szarpnięciem przyciągnął ku sobie jej właściciela. Wbił mu ostrze xiphosa między żebra. Żołnierz sapnął. Rzeźnik Elidy odepchnął go na drugiego, wyrywając jednocześnie miecz z rany. Następnie tyłem wstąpił na schody.

Ostrożnie stawiał kroki, obserwując coraz liczniejszych uczestników pościgu. Nie kwapili się, by ruszyć za nim. Wiedzieli, że na stopniach będzie miał przewagę. Zbierali więc siły i przegrupowywali szeregi. Ranny został odciągnięty na bok. Wśród gwardzistów pojawił się młody blondyn. Jego czoło przebiegała w poprzek długa, obficie krwawiąca rana. W jasnoniebieskich oczach płonęła nienawiść.

– Na niego! – krzyknął. – Zarżnijcie tego skurwysyna!

– Generał Polyperchon kazał go brać żywcem – zaprotestował jeden z żołnierzy. Efeb odwrócił się ku niemu i spoliczkował z rozmachem.

– Generała tu nie ma! – syknął. – A on już zabił jednego z was.

Alkajos dotarł do szczytu schodów, nim tamci zdobyli się na odwagę i wbiegli na pierwsze stopnie. Choć atakowali pod górę, mieli też atuty: przewagę liczebną i znacznie dłuższą broń. Rzeźnik Elidy uchylił się przed ciosem jednej włóczni, drugą odbił mieczem, lecz zaostrzony brzeg grotu trzeciej rozciął mu udo tuż nad kolanem. Warknął gniewnie, niczym ranny wilk. Odnalazł lukę między włóczniami i skoczył w dół. Wyprowadził dwa zamaszyste cięcia, usłyszał dwa bolesne krzyki. Zanim gwardziści zdążyli dać mu odpór, wycofał się w głąb korytarza.

Wpadł do sypialni, w której jeszcze niedawno spędzał miłe chwile z Nikoletą. Zamknął za sobą drzwi i czym prędzej zatarasował je stołem oraz wielką skrzynią na ubrania. Jeden rzut oka na łoże uświadomił mu, że tego mebla nie zdoła przesunąć. Hetera stała na środku komnaty, blada i drżąca. Odłożył miecz i utykając lekko, podszedł do niej.

– Jak to się stało? – spytała niepewnym głosem. – Jak nas znaleźli?

– Ktoś zdradził – odparł spokojnie Alkajos. Położył ręce na ramionach dziewczyny. Spojrzał jej głęboko w oczy.

– To nie ja… – szepnęła i zbladła jeszcze bardziej.

– Wiem. Ale to nie zmienia tego, co muszę uczynić.

Przed godziną jeszcze smakował jej pieszczot. Teraz stanowczym ruchem obrócił Nikoletę plecami do siebie. Jedną dłonią chwycił ją za włosy, drugą za podbródek. Nie chciał tego robić. Nie dała mu powodu. Wręcz przeciwnie, pozostawiła po sobie rozkoszne wspomnienia. Lecz przecież nie mógł pozwolić jej żyć. W pojedynkę może uda mu się uciec. Z nią nie miał najmniejszych szans.

– Błagam, nie… – jęknęła. Alkajos poczuł narastającą w nim furię. Prosiła go o litość. Jak Chryseis i ta zdradliwa dziwka, Filona… Z całych sił szarpnął jej głową, druzgocząc kręgi szyjne.

Kiedy osunęła się na podłogę, sięgnął po miecz. Jego prześladowcy próbowali wyważyć drzwi. Rozejrzał się po komnacie, szukając drogi ucieczki. Żadnych tajemnych drzwi skrytych za kotarami. Zostawały zatem tylko okna. Jak zwykle w greckich domach, wychodziły na wewnętrzny dziedziniec. Na ile się zorientował, ten był pusty. Usiadł na parapecie, plecami do alkowy i zwiesił nogi w dół. Ocenił szybko wysokość, po czym skoczył. Spadł niefortunnie – coś chrupnęło mu w kostce zranionej przedtem nogi. Zacisnął zęby, by nie krzyczeć. Kulejąc, skierował się do drzwi wejściowych. Miał nadzieję, że nikt ich nie pilnuje.

W przedpokoju czekał na niego Sostenes. Złamany i przekrzywiony nos zaburzał symetrię jego i tak nie najpiękniejszej twarzy. Oburącz dzierżył miecz podobny do alkajosowego.

– Nie lubisz tłoku – wycedził. – Ja też nie. Tutaj zatańczymy sami.

Rzeźnik Elidy przesunął ostrożnie ciężar ciała na zranioną nogę. Poczuł oszałamiający ból. Wiedział, że w tym stanie ma niewielkie szanse na wygranie pojedynku. A przecież nie miał wyboru.

– Ceniłem sobie służbę pod twoimi rozkazami – ciągnął Sostenes, kierując ostrze w stronę przeciwnika. – Swobodna grabież, gwałty, orgia mordu… Nigdy nie miałem wodza, który pozwalał na tak wiele. Dzięki tobie sporo się nauczyłem. O tym, co można zrobić z człowiekiem. I o tym, że w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy zwierzętami.

Gdzieś z góry dobiegł trzask. Najwyraźniej gwardziści wyważyli w końcu drzwi. Zaraz zorientują się, że nie ma go w sypialni i przybiegną tutaj. Nie było chwili do stracenia. Alkajos zaatakował. Xiphosy skrzyżowały się ze szczękiem. Sostenes skrócił dystans i spojrzał w jedyne oko dawnego wodza. A potem kopnął go w zranioną kostkę. Rzeźnik Elidy zaskowyczał z bólu. Zamroczony, pozwolił się odepchnąć na ścianę.

– To nic osobistego. Po prostu znalazłem sobie hojniejszego wodza. On zaś nagrodzi tego, kto przyniesie mu twój szpetny łeb. Rozumiesz, Alkajosie? Ty, łowca głów, staniesz się trofeum w czyjejś kolekcji!

Macedończyk ruszył w stronę Sostenesa. Powłóczył nogą, przy każdym kroku z sykiem wypuszczając powietrze. Tamten tylko na to czekał. Pogardliwie sparował dwa niezbyt groźne cięcia, odbił ostrze tak mocno, że niemal wytrącił broń z ręki Rzeźnika. Korzystając z luki w obronie, zbliżył się ku niemu i lewą pięścią wymierzył cios w szczękę. Jego impet ponownie rzucił Alkajosa na ścianę. Nim zdążył zasłonić się mieczem, otrzymał cięcie w nadgarstek. Teraz to jego krew trysnęła jasnym strumieniem. Xiphos opadł na podłogę.

Do przedpokoju wpadł jasnowłosy razem z gwardzistami. Sostenes wyciągnął w jego stronę dłoń.

– Stać! On jest mój.

Alkajos opadł na jedno kolano. Tępym wzrokiem spoglądał na lewą dłoń. Krew obficie płynęła z rany biegnącej w poprzek nadgarstka. Palce zacisnęły się kurczowo, nie mógł ich rozprostować. Spodziewał się, że teraz nadejdzie koniec. Szybki i miłosierny. Ostatni cios, na jaki można liczyć od dawnego towarzysza broni. Nie docenił wszakże tego konkretnego towarzysza. Ten zaś postanowił dowodnie wykazać „co można zrobić z człowiekiem”.

Przez kolejne minuty Rzeźnik Elidy cierpiał. Sostenes krążył wokół niego z mieczem, zadając mnóstwo bolesnych, lecz niebędących śmiertelnymi ran. Ciął go po udach i ramionach, zdarł mu z głowy hełm i wbił sam sztych xiphosa w policzek. Wyrwał go i złapał swą ofiarę za włosy. Przysunął zakrwawione ostrze do jedynego oka.

– Przywitaj się z ciemnością, Alkajosie – szepnął i zadał pchnięcie.

Okaleczany krzyczał, ile sił w płucach. Kiedy oślepł, całkiem stracił kontrolę nad ciałem. Opróżnił naraz pęcherz i jelita. Gdzieś z bardzo daleka usłyszał śmiech.

– Patrzcie na niego! Zeszczał się! – krzyczał ktoś z silnie macedońskim akcentem.

– Żeby tylko! – zawtórował mu drugi.

Uwagom towarzyszył gromki wybuch wesołości.

– Tak właśnie kończy Rzeźnik Elidy. We własnym moczu i gównie. – Ten głos z pewnością należał do jego oprawcy. Dobiegał z góry. Tuż znad uszu ślepca.

– Kończ tę zabawę, Sostenesie. – To musiał być jasnowłosy efeb. – I tak już nikt nie uwierzy, że zginął w walce.

– Zgodnie z rozkazem, Eneaszu – odparł tamten z drwiną.

Alkajos nie poczuł cięcia, które odebrało mu życie. Miecz spadł na jego pochylony kark, wgryzł się między kręgi szyjne. Takie same jak te, które przedtem złamał Nikolecie.

* * *

– Zapowiedziałeś mi wspaniały prezent – rzekła Filona, spoglądając na odrąbaną głowę Alkajosa z Ajgaj. Człowieka, który zgwałcił ją, zmaltretował, wyrwał kolczyk z jej piersi, a na końcu zostawił na pewną, jak mu się zdawało, śmierć. Zaschnięta krew oblepiała prawy oczodół Rzeźnika Elidy, w jego policzku ziała otwarta rana. Nie ulegało wątpliwości, że umierał w męczarniach. Dokładnie tak, jak na to zasłużył. – Zaprawdę Lizandrze, nigdy dotąd nie otrzymałam wspanialszego daru. Pora, bym i ja ci się odwdzięczyła. Wiem, że długo na to czekałeś.

Nie potwierdził, lecz jego spojrzenie było wystarczająco wymowne. Filona podniosła się z łoża i stanęła przed polemarchą. Zachłannie przyglądał się jej ciału obleczonemu w cienki jedwab. Przez krótki moment rozważała, jak powinna ukazać mu swą nagość. Czy rozdziewać się powoli, zmysłowymi ruchami odsłaniając to ten, to inny skrawek ciała? Czy też wręcz przeciwnie – zrzucić prędko suknię i zaprezentować się w całej okazałości? Ostatecznie wybrała drugie rozwiązanie. Instynktownie czuła, że Spartanin nie gustuje w zbyt wysublimowanych zabiegach. Pochodził z kraju prostolinijnych ludzi i takie też miał upodobania. Jej rolą było się do nich dostosować.

Sięgnęła więc ku wiązaniom peplosu na prawym ramieniu. Rozplątała je prędko i pozwoliła, by suknia spłynęła w dół. Uniosła ręce nad głowę i zanurzyła palce we włosach. Jakby dla kontrastu, skromnie opuściła wzrok. Znieruchomiała, upodabniając się do posągów Praksytelesa oraz Bryaksisa. Wiedziała, że oczy Lizandra nie odrywają się od niej nawet na krótką chwilę. Niemal fizycznie czuła jego spojrzenie, przesuwające się po szczupłych łydkach oraz udach, zatrzymujące się na gładkim podbrzuszu, odnajdujące błysk srebrzystego kółeczka, które zdobiło jej łechtaczkę, a potem sunące w górę, po płaskim brzuchu, w stronę niewielkich, wysoko osadzonych piersi.

W lewym sutku wciąż jeszcze nosiła kolczyk. Pozostałością po tym, który niegdyś tkwił w prawym, była blizna, przebiegająca poziomo przez świeżo zagojoną brodawkę. Z tej odległości jednak, przy tym oświetleniu, Spartanin nie mógł jej dostrzec. Dopiero, gdy dotknie sutka, poczuje pod palcami niewielkie zgrubienie. Filona liczyła na to, że owa drobna niedoskonałość urody nie będzie mu przeszkadzała. Zerknęła ukradkiem na głowę Alkajosa, która wciąż leżała na podłodze. Drogo zapłaciłeś za ten wyrwany kolczyk, pomyślała w przypływie mściwości. Szybko się wszakże opanowała. W tej komnacie znajdował się tylko jeden mężczyzna. Lizander. To na nim musiała się teraz skupić.

Spojrzenie polemarchy dotarło tymczasem do jej twarzy. Uniosła lekko głowę i popatrzyła mu w oczy. Nie po to jednak, by rzucić wyzwanie, lecz by zapewnić o tym, że odwzajemnia jego żądzę. Postąpił krok w jej stronę, potem następny. Był o głowę wyższy od dziewczyny, czuła się przy nim drobna i słaba. Lecz jednocześnie też – bezpieczna. Miała pewność, że dopóki będzie stała u jego boku, nikt jej nie skrzywdzi. On na to nie pozwoli. Jest silniejszy od wszystkich mężczyzn, z którymi przedtem była. Nawet od Celta Brennusa, którego przecież sam powalił. Zatrzymał się tuż przy niej. Objął ją w talii silnym ramieniem. Dłonią podniósł jej podbródek. Rozchyliła wargi w oczekiwaniu, a on złożył na nich pocałunek.

Jego usta były zaskakująco miękkie, zaś ich dotyk – delikatny. Lizander nie pozwolił, by pożądanie przejęło nad nim pełnię władzy. Nawet teraz panował nad swymi reakcjami, powściągał gwałtowność, stawiał tamę niecierpliwości. Poczucie bezpieczeństwa, którego już przedtem doznawała, jeszcze się umocniło. Pojęła, że Spartanin doskonale ją rozumie. Wie, przez jaki koszmar przeszła i jak trudne może być dla niej powtórne oddanie się mężczyźnie. Czynił wszystko, by odróżnić się od Alkajosa oraz Kritiasa. Przedtem była mu wdzięczna za to, że pomścił jej krzywdę. Teraz – również za to, jak się z nią obchodził.

Przeniosła ręce na głowę polemarchy. Gładziła jego włosy, sunęła palcami po skroniach. Jak przystało na syna Lacedemonu, jego oblicze nie wyrażało emocji. Nawyk samokontroli był zbyt głęboko wpojony. Słuchały go mięśnie, ale nie oczy. Z nich mogła wyczytać wszystko. Posłała mu przyzwalający uśmiech. Upewniła, że może, a nawet powinien pozwolić sobie na więcej.

Znów ją całował, mocniej i bardziej zapamiętale. Dłoń z talii przeniosła się na pośladek. Filona zadrżała, ale nie z lęku. Wpuściła język Spartanina między swe wargi. Zamknęła oczy, oddając się jego pieszczotom. Mocniej wtuliła się w twarde ciało mężczyzny. Nie udawała, naprawdę go pragnęła. Tego nie mógł jej odebrać żaden z gwałcicieli.

Lizander wziął ją na ręce i uniósł bez najmniejszego trudu. Ruszył w stronę posłania. Ułożył dziewczynę na chłodnej pościeli. Stamtąd patrzyła, jak wyswobadza się z chitonu. Miał posągową sylwetkę, mięśnie ukształtowane przez codzienne, wielogodzinne ćwiczenia, jasną cerę, dzięki której rozrzucone tu i ówdzie blizny nie odznaczały się zbyt jaskrawo. Jesteś piękny, pomyślała wówczas Filona. To ty jesteś prawdziwym synem Apolla. Nie Kritias.

Nagi, wsunął się na łoże. Wyciągnęła ku niemu ramiona i otuliła go nimi. Całowali się, leżąc na boku, a ich ciała ocierały się o siebie. Dziewczyna rozchyliła nogi i wpuściła między nie udo Spartanina. Zaczął napierać nim na jej podbrzusze. Czuła, że z każdą chwilą robi się coraz bardziej wilgotna. Wcale nie musiała się w tym celu pieścić. Sama bliskość Lizandra tak na nią działała. Jej oddech przyspieszał, serce biło jak szalone. Dłoń mężczyzny pieściła jej biodro, bok, następnie przesunęła się na pierś. Zacisnął palce wokół sutka. Westchnęła głośno w oczekiwaniu. Kiedy wyczuł zgrubienie blizny, nieco rozluźnił uścisk, nie chcąc sprawiać jej bólu. Tylko tyle. Bynajmniej nie stracił ochoty do igraszek, o czym mogła dowodnie się przekonać, przywierając do jego krocza.

Kiedy nie wystarczyły im już pocałunki i pieszczoty, Filona obróciła się na plecy, zaś Lizander przesunął się nad nią. Patrzył na nią z góry, wsparty na wyprostowanym ramieniu. Wewnętrzną stroną ud pocierała jego biodra, dłońmi gładziła twardy tors i umięśniony brzuch. Była gotowa, mokra, spragniona. Czekała już tylko na niego. Spartanin wolną ręką sięgnął w dół i objął nabrzmiałą już męskość. Zaczął pocierać nią o wargi sromowe dziewczyny. Jęknęła przeciągle, docisnęła uda do jego boków. Mocno i zdecydowanie. Pierwsze pchnięcie wstrząsnęło jej wiotkim ciałem. Nie było silne, ale takim właśnie je poczuła.

Mężczyzna wchodził w nią bez pośpiechu, cierpliwie torując sobie drogę przez wąską pochwę. Początkowo jego sztychy nie były zbyt głębokie. Dopiero przy którymś z kolei jego podbrzusze docisnęło się do jej łona. Ujrzawszy, że kochanka nie protestuje, a nawet sama wychodzi mu biodrami na spotkanie, Lizander zwiększył prędkość oraz siłę swoich ruchów. Pochylił się i przycisnął usta do jej szyi. Nadziewał Filonę na swą męskość, ona zaś ciasno go otulała. Jęki, które wyrywały się z ich ust, splatały się w odwieczną pieśń rozkoszy. Woń orientalnych perfum mieszała się z zapachem podniecenia.

Miłość, jaką uprawiali, była czymś nowym dla niegdysiejszej porne z „Pocałunku Alkmene”. Żaden z jej dawnych klientów nie dorównywał Spartaninowi. Oni traktowali ją jak ciało do przerżnięcia, jak zabawkę, której można użyć dla krótkotrwałej rozrywki i porzucić. Z nim czuła się zupełnie inaczej. Jego namiętność nie była zaprawiona goryczą, wargi nie smakowały tanim winem, w ruchach nie odnajdywała bezmyślnej przemocy. Mogła swobodnie czerpać przyjemność z ich zbliżenia, bez wstydu oraz lęku wtulać się w silne ramiona, być szczera w wyrażaniu tego, co przepełnia jej piersi. Większość z tych, którzy odwiedzali ją w burdelu, widzieli w Filonie wroga, którego należy upokorzyć, odnieść nad nim zwycięstwo, potwierdzając w ten sposób własną męskość. Lizander pokonał ją tylko raz, na początku ich znajomości. Po tym triumfie nie musiał jej poniżać, zastraszać ani bić. Nie było takiej potrzeby. Dlatego mógł być teraz dla niej idealnym kochankiem, czułym i delikatnym, cierpliwym i łaskawym.

Przeczesawszy palcami włosy Spartanina, wyszeptała mu kilka słów do ucha. Była ciekawa jego reakcji. Dopiero poznawała obyczaje tego mężczyzny. Nie wiedziała jeszcze, co lubi, a czego nie toleruje. Najwyraźniej jednak to, co zaproponowała, nie było mu niemiłe. Zgodził się bez wahania. Obrócili się na łożu, Lizander znalazł się na plecach, ona zaś uklękła nad nim w szerokim rozkroku, mocno nabita na jego męskość. Momentalnie poczuła się panią sytuacji – mogła decydować o tempie ich zbliżenia i o tym, jak głęboko w nią wchodził. Wykonując odpowiednie ruchy biodrami, potrafiła dostarczyć sobie i kochankowi bardzo różnorodnych doznań. Nie musiała już ulegle przyjmować tego, czym ją obdarzano.

Naturalnie, zdawała sobie sprawę, że nagła zamiana ról jest chwilowa i tak naprawdę udawana. To, że polemarcha znalazł się na dole, nie czyniło go podległym jej woli. To, że przez krótki czas górowała nad nim, nie dawało jej żadnej realnej władzy. Pomimo owej świadomości lubiła pozycję, w jakiej się znaleźli. I zamierzała nagrodzić Spartanina, który na to pozwolił. Kołysała biodrami w przód i w tył, unosząc się i opuszczając na jego penisa. Ręce uniosła do swych piersi. Masowała je i ugniatała, pociągała za srebrny kolczyk, napinając brodawkę. Choć opuściła powieki, czuła na sobie wzrok Lizandra. Jego silne dłonie objęły jej pośladki, zaczęły się na nich miarowo zaciskać. Czyżby miał ochotę wsunąć się miedzy nie? Filona z pewnością mu nie odmówi.

Uniosła się nieco w górę, pozwalając, by członek się z niej wysunął. Był cały mokry od miłosnych soków, ale wiedziała, że to nie wystarczy. Kiedy Lizander zapatrzył się na jej piersi, uniosła prędko dłoń do ust i splunęła w jej wnętrze. Sięgnęła w dół, zaczęła rozcierać ślinę na żołędzi. Następnie odchyliła ciało mocniej do tyłu. Jedną ręką wsparła się o udo Spartanina, drugą zaś nakierowała jego męskość na zagłębienie między pośladkami. Mężczyzna sapnął z podniecenia, kiedy zaczęła się nań osuwać. Mimo nawilżenia penis z trudem przedzierał się przez ciasne wejście. Filona przygryzła wargi, stłumiła jęk cierpienia. Była wszakże zdeterminowana. Rozluźniła mięśnie i naparła znowu. Tym razem się udało.

Ręce Lizandra uchwyciły teraz jej boki. Dyszał ciężko, co rusz przyciągając dziewczynę ku sobie. Jego żołądź wypełniła jej pupę, potem poszło już łatwiej. W końcu przyjęła go w sobie niemal w całości. Przesunęła dłoń na własne łono. Potarła opuszkami palców najwrażliwsze miejsce. Obróciła między nimi srebrzyste kółeczko. Coraz odważniej poruszała biodrami, nie zaprzestając masturbacji. Słabnący ból mieszał się z narastającą przyjemnością. W pewnym momencie trudno jej było odróżnić te dwa wrażenia. Opuściła głowę, śmiało spojrzała w oczy kochanka. Nie pomyliła się – lubił to. Nagroda została właściwie dobrana.

Cierpliwość i opanowanie Lacedemończyka słabło. On również zaczął się poruszać, wzmacniając w ten sposób impet, z jakim zagłębiał się w odbyt Filony. Czuła, że jego pożądanie niedługo sięgnie zenitu. Szturmował jej tylne podwoje z takim zapamiętaniem, że ból znowu stał się intensywny, oddzielając się tym samym od rozkoszy. Wiedziała jednak, że zdoła go wytrzymać. Coraz szybciej masowała łechtaczkę, pocierała ją okrężnymi ruchami. Drugą dłoń położyła sobie na piersi. Już nie tłumiła jęków, które co chwila wyrywały się z jej ust.

Ostatnie minuty ich miłosnego wyścigu uświadomiły dziewczynie, że Lizander wcale nie różni się od pozostałych mężczyzn. To prawda, mur samokontroli, który wokół siebie wzniósł, był wyższy niż u poprzednich jej kochanków. Lecz kiedy mur ten runął pod naporem pożądania, Spartanin okazał się równie gwałtowny i nieustępliwy w poszukiwaniu rozkoszy jak każdy mąż, którego poznała. To była ostatnia świadoma myśl, poprzedzająca ekstazę. Jej fala przykryła Filonę, zagłuszając inne doznania. Prężyła się, przeszywana silnymi dreszczami. Z oddali docierał do niej krzyk spełnienia. Kto krzyczał? Ona? A może on?

Wyczerpana osunęła się na tors polemarchy. Jego penis opuścił ciasne miejsce między jej pośladkami, zostawiając tam lepką wilgoć. Oddychała ciężko, przytulona policzkiem do mokrej od potu skóry. Poczuła, że Lizander otula ją ramieniem. Znów ją zaskoczył tym prostym, ale ciepłym gestem. Zaczynała już wątpić, czy w ogóle jest w stanie go zrozumieć. Ale w obecnej chwili nie przejmowała się tym zbytnio. Czuła się dobrze, błogo, bezpiecznie. Po raz pierwszy od dawna czuła, że jest zdolna zasnąć w ramionach mężczyzny.

Czy sprawił to jej spartański kochanek? Czy też fakt, że człowiek, który ją skrzywdził, już nie żyje? Leniwie uniosła powieki i odnalazła porzucone na podłodze trofeum. Puste oczodoły Rzeźnika Elidy wpatrywały się w nią z wyrzutem. W odpowiedzi mogła się tylko uśmiechnąć.

* * *

Trzy dni później w wielkim porcie Pireusu rozpoczął zaokrętowanie ateński korpus ekspedycyjny. Żołnierze, w większości świeżo upieczeni rekruci, wkraczali po szerokich trapach na pokłady statków transportowych. Dowódcy wykrzykiwali rozkazy i kierowali kolumny piechurów do odpowiednich punktów na przystani. Fleciści podawali rytm marszowy. Pierwsze jednostki – na razie wojenne trójrzędowce z eskorty – odbijały od nabrzeża i napędzane wiosłami dostojnie sunęły w stronę wyjścia na pełne morze.

Ateny odpowiedziały na wezwanie Macedonii. Największa polis Hellady wystawiła dwa tysiące żołnierzy, z czego trzy czwarte stanowili ciężkozbrojni hoplici, dziesiątą zaś część – jeźdźcy. Towarzyszyło im drugie tyle służby, niewolników publicznych i prywatnych oraz tragarzy. Niejeden kawalerzysta, korzystając z prawa do zabrania ze sobą dwóch osób, jedno z miejsc oddał kochance, oblubieńcowi albo ladacznicy. Piechurzy, którym mógł towarzyszyć tylko jeden człowiek, woleli mieć przy sobie silnego niewolnika, zdolnego do udźwignięcia ciężkiego rynsztunku.

Konnica była nią na razie tylko z nazwy – jeźdźcy nie zabierali ze sobą koni, a jedynie wypchane srebrem mieszki. Po przybiciu na macedoński brzeg będą mogli przebierać w wybornych tesalskich rumakach. Najzamożniejsi kupią zapewne nisajskiego wierzchowca, sprowadzonego z podbitej Persji. Konie tej rasy biły ponoć na głowę swych tesalskich braci, zarówno pod względem szybkości, jak i siły.

Demetriusz wkraczał na trap w pełnym rynsztunku kawalerzysty. Na nowej czerwonej tunice nosił płócienny pancerz, na ramionach płaszcz w barwie purpury. Jego nogi chroniły srebrzyste nagolenniki, głowę osłaniał wysoki hełm zwieńczony końską kitą. W dłoniach dzierżył ciężką włócznię do walki wręcz oraz dwa lekkie oszczepy. Przy skórzanym pasie kołysała mu się machaira w bogato zdobionej pochwie oraz sztylet, który otrzymał od brata Korojbosa. Obok niego szedł Menander, uginając się pod ciężarem kolejnych siedmiu oszczepów, dla wygody powiązanych ze sobą sznurem. Dwa kroki za młodzieńcami podążała Raisa w skromnym peplosie niewolnicy. Niosła koce oraz prowiant na kilka pierwszych dni podróży.

Wbrew długiej tradycji wyruszających na wojnę żołnierzy nie żegnały tłumy. W obawie przed nowymi zamieszkami kolegium strategów postanowiło zamknąć port dla ludności cywilnej. Pożegnania miały się odbyć w domach i mieć charakter całkowicie prywatny. Żeby zapewnić wykonanie tych rozkazów, przystań Pireusu została obsadzona przez ponad pół tysiąca najemników Dionizjusza. Pozostali krążyli po Atenach w kilkudziesięcioosobowych patrolach, wyszukując zbierających się grup niezadowolonych i prędko je rozpraszając.

Dionizjusz i Fokion stali na schodach portowej świątyni Afrodyty, obok której przemaszerowywały kolejne formacje. Stratedzy pozdrawiali uniesionymi dłońmi żołnierzy, a także swego kolegę, Demadesa, który objął dowództwo nad korpusem ekspedycyjnym.

– Moje serce krwawi – rzekł Fokion – na myśl o tym, ilu z tych pięknych chłopców nigdy nie wróci z wojny, na którą ich posyłamy.

– Dobrze wiesz, że nie mieliśmy wyboru – odpowiedział mu ojciec Demetriusza, starając się wypatrzeć w tłumie żołnierzy swego syna. – Antypater rozkazuje, Ateny słuchają.

– Nie zawsze tak było.

– I być może nie zawsze tak będzie. Ale dziś musimy tańczyć tak, jak zagra nam macedoński regent.

Sędziwy strateg milczał przez dłuższą chwilę. W końcu zapytał:

– Myślisz, że historia oceni nas jako zdrajców?

Dionizjusz z Faleronu zmarszczył brwi. Jego rozmówca z wiekiem zamiast mądrzeć stawał się coraz większym głupcem. Odliczał już dni, kiedy wyekspediuje starca na wyspę Samos i będzie mógł wreszcie objąć w Atenach samodzielne rządy. Na razie jednak pytanie zawisło w powietrzu. Rozumiał, że musi udzielić na nie odpowiedzi. Stłumił westchnienie i odrzekł:

– Historia oceni nas po ostatecznych rezultatach naszych działań. Gra wciąż się toczy, Fokionie. Nie rzuciliśmy jeszcze wszystkich kości.

W tym właśnie momencie dostrzegł Demetriusza. Młodzieniec stał na burcie dużego transportowca i również mu się przyglądał. Strateg uniósł dłoń w niemym pozdrowieniu. Wydawało mu się, że w odpowiedzi syn skinął mu głową.

Pękate statki transportowe były właśnie odcumowywane. Dionizjusz wiedział bez liczenia, że jest ich ponad pięćdziesiąt. Wynajęcie tej flotylli od prywatnych właścicieli kosztowało majątek i poważnie nadszarpnęło ateński budżet. On jednak postrzegał ten wydatek jako inwestycję w przyszłość Miasta. Podobnie jak w posłaniu na wojnę własnego syna widział inwestycję w przyszłość ich rodu.

Odrodzenie chwały Aten, potęga domu Falerończyków, wreszcie to, jak oceni ich historia – wszystko zależało od tego, czy poczynione inwestycje przyniosą odpowiednią stopę zwrotu.

Przejdź do kolejnej części – Opowieść helleńska: Demetriusz XXX

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobry wieczór,

po kilkukrotnym odsuwaniu terminu premiery, mogę wreszcie zaprezentować Czytelnikom Najlepszej Erotyki kolejny rozdział Demetriusza! Liczę, że jego treść oraz objętość będzie stanowić rekompensatę za długie oczekiwanie. W poprzednich rozdziałach trochę "rozstawiałem figury po szachownicy" teraz, mam nadzieję, partia szachowa nabiera rumieńców. Zapraszam zatem do lektury!

Jak zawsze pragnę podziękować gorąco Arei Athene, która dokonała profesjonalnej i rekordowo szybkiej korekty tego odcinka. Termin był naprawdę krótki, ale wywiązała się z niego bez najmniejszego trudu!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Prawdziwa uczta. Dziękuję.

wes

Rozmach tej opowieści powala. Ilość wątków sprawia że można się pogubić, ale wszystko jest spójne, sensowne i opisane w porywający sposób. Sceny erotyczne to dodatek ale opisany świetnie. Wysmakowane, nie emapujące natarczywym sexem epizody.

Dionizjusz wreszcie przedstawił jaką przyszlość widzi dla swojego syna.

A Alkajos? Miał śmierć na jaką zasłużył, choć mogłeś go jeszcze pomęczyć 😉

Ile części jeszcze przewidujesz? Jeszcze kilka figur na szachownicy stoi i czeka na swoje posunięcia :).

daeone

Alkajos zginął pomimo wszystko wydaje mi się, że powinni go zabić od razu. Prawdopodobnie jedynym zadowolonym może być ten grek z Olintu nie zaznał gniewu Alkajosa. Czekam niecierpliwie na kolejne części.

Mogę się założyć, że Polyperhon nie był zadowolony z takiego wyjścia z sytuacji siatka została ostrzeżona, mogę się założyć, że ten właściciel tawerny i kapłan szybko dowiedzą się i nici z całego planu.

Pięć gwiazdek przed lekturą. Megasie, to się nazywa zaufanie 🙂
Eileen

Znakomita część! Chociaż myślałam, podobnie jak jeden z przedmówców, że męki dla Alkajosa to będzie co najmniej coś à la Azja na palu 🙂 Na stronach Twojej opowieści spowodował tyle cierpienia i bólu, zgładził w wymyślny sposób tylu ludzi, że właściwie jego śmierć w porównaniu z tym, co on wyprawiał nie była aż tak okrutna. Przynajmniej jedna ofiara miała możność nasycić się zemstą.

Zastanawiałam się przez chwilę, czemu los ni ebył łaskawy dla Arystei… Ale przestał być chyba łaskawy już w momencie ślubu z Alkajosem. Być może to, o ją spotkało, było raczej wybawieniem.
Najbardziej zaskoczyła mnie (pozytywnie) pięknie napisana scena Lizandra i Filony. Wiarygodna, bo przecież Filona, jedna z negatywnych postaci, jest przecież wcześniejszą ofiarą, nastawioną na przetrwanie, inteligentną, wyrachowaną, a jednak… bez problemu wierzę w tę scenę i jej odczucia.
Ta relacja właściwie przysłoniła mi nawet dalsze tarcia pomiędzy Dionizjuszem i jego synem, ale muszę przyznać, że bardzo podobała mi się wizja osobistej przyszłości Demetriusza. Nie wiem, czy do tego dojdzie, ale nie miałabym nic przeciwko.

Cóż, jeszcze żyje kilka ważnych postaci, jestem więc ciekawa, co dla nich przygotowałeś:-) A na razie przyznaję 5 gwiazdek…

Dobry wieczór!

Bardzo mi miło, że najnowszy rozdział przygód Demetriusza wzbudził tyle pozytywnych emocji! Postaram się odnieść pokrótce (albo i nie pokrótce 🙂 do wszystkich wypowiedzi.

@ Wes:

To ja dziękuję. Zapewniam, że przygotowanie tej uczty było przyjemnością – zapewne porównywalną z jej zjedzeniem, ale za to znacznie dłuższą 🙂

@ Daeone:

Staram się, by historia ta pomimo wielości wątków, zachowała spójność. Wymaga to czasem przepisania sporych partii gotowego już tekstu, ale na razie chyba jeszcze nikt mnie nie złapał na dużym błędzie logicznym, więc chyba idzie mi w miarę nieźle. Robię sobie sporo notatek określających relacje między postaciami, ale i tak czasem muszę zerknąć w to, co już napisałem, by dowiedzieć się np. ile wie konkretny bohater o działaniach innych oraz jakie ma nastawienie do pozostałych. Oczywiście – z uwagi na rozmiary Opowieści Demetriusza – jest z tym dużo więcej zabawy niż w Opowieściach Kassandra i Tais.

Plany Dionizjusza wobec syna faktycznie ciekawe, pytanie, co z tego uda się zrealizować! A co do Alkajosa – nie mam w sobie jego okrucieństwa, więc zadałem mu śmierć w miarę łagodną. Pisząc "w miarę" mam oczywiście na myśli powagę jego licznych win. Można powiedzieć, że skurczybyk i tak wyszedł z tego obronną ręką.

Zgodnie z moim planem przewiduję jeszcze 5 rozdziałów i epilog. Ale niewykluczone, że któryś rozdział mi się rozrośnie (jak już nie raz i nie dwa bywało). Zobaczymy!

@ Anonim Pierwszy:

Myślę,że zabili go najszybciej, jak się dało 🙂 Chyba, że chodzi Ci o to, że Alkajos nie zginął w którejś z poprzednich Opowieści. To z kolei ma związek z moją koncepcją fabuły – jeśli jakaś postać budzi taką niechęć Czytelników, a także wywołuje w nich lęk o bohaterów lubianych, to należy takiego delikwenta trzymać przez pewien czas przy życiu. Niech emanuje swymi złymi fluidami 😀 Dobry szwarccharakter nie jest łatwy do stworzenia, więc nie wolno odrzucać go zbyt łatwo! Kolejne części w marcu!

@ Anonim Drugi:

Słusznie zakładasz, na pewno nie jest zadowolony takim rozwojem sytuacji. Ale najwyraźniej Sostenes uznał,że więcej zyska przynosząc Lizandrowi głowę Alkajosa, niż rozpracowując żmudnie siatkę szpiegów Olimpias. A Eneasz był zbyt słaby i zbyt rozwścieczony, by powstrzymać Sostenesa. No i wyszło, jak wyszło. Najlepsze, co teraz mogą zrobić poplecznicy Antypatra w Pelli, to szybko wyłapać pozostałych agentów.

@ Eileen:

Dzięki za zaufanie! Mam nadzieję, że ta część jej nie zawiedzie, gdy już zdążysz ją przeczytać!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Demetriusz jak na razie walczy by nie zgadzać się na to co wymyśla dla niego ojciec, ale w jednym już ustąpił – zgodził się zdobyć wieniec za zasługi, może nie w Igrzyskach jak wymarzył sobie ojciec, jednak zgodził się. Myślę że nie tylko egoizm odziedziczył po ojcu, ale inne cechy jeszcze się nie ujawiniły.

Udało Ci się wlać w Alkajosa ogromną porcję okrucieństwa, dla niego jednak nie udało się znaleść odpowiedniej dozy cierpienia w ostatnich chwilach życia. Chyba wyczerpałeś limit kaźni przy jego "dokonaniach" ;).

Gratuluję że udaje Ci się trzymać tę opowieść "w kupie", bez niedociagnięć fabuły .

Dobry wieczór, Daeone!

Zgadzam się, że Demetriusz odziedziczył niemało po swym ojcu. Zapewne życie uczyni go też bardziej bezwzględnym i twardszym niż dziś. Ale też nigdy nie zajdzie tak daleko w mrok, jak Dionizjusz. Jego rządy w Atenach były raczej znane jako epoka świateł. Owszem, nie pozwalał na polityczną emancypację Ludu i popierał arystokratów, ale był też mecenasem nauki i sztuki.

Mogłem opisać dokładniej, jak Sostenes rozprawia się z Alkajosem, ale nie uznałem tego za potrzebne. Najważniejsze było dla mnie to, że przynajmniej jedna z jego ofiar odniosła satysfakcję. A gdy wieść o śmierci Rzeźnika Elidy dotrze na wyspę Melos, dwie kolejne niewiasty odetchną pełną piersią!

Dzięki raz jeszcze – postaram się utrzymać poziom do samego końca Opowieści!

Pozdrawiam
M.A.

Nie zawiodłam się, oj nie zawiodłam 🙂
Cieszę się, że Filona wreszcie zaznała trochę szczęścia.
Eileen

Bardzo mnie cieszy Twoja czytelnicza satysfakcja, Eileen 🙂 Ja również mam "soft spot" dla Filony. Może to trucicielka i intrygantka, ale o ile sympatyczniejsza od Kritiasa i jemu podobnych.

Pozdrawiam
M.A.

(kontynuując wątek odpowiedzi – nie dało się w jednym poście, bo są ograniczenia ilości znaków 😉

@ Miss.Swiss:

Dziękuję pięknie za miłe słowa.

Uznałem, że po tylu rozdziałach, gdy Alkajos budził grozę w sercach moich bohaterów, zasługuje na śmierć z mieczem w ręku. Żył, jak umarł. Zawarłem tu sporo elementów mających wywołać katharsis, ale też, można powiedzieć, karmicznych: Rzeźnik Elidy ginie od takiego samego ciosu, jaki zadał Trechusowi. Otrzymuje go w to samo miejsce, które przetrącił heterze. Zostaje oślepiony, tak jak starcy z Ephyry, pierwszego miasta, które poznało pełnię alkajosowego bestialstwa. A cała walka do pewnego momentu przypomina starcie Gylipposa z łowcami nagród – z tym, że Gylippos rzucił się do boju, a Alkajos ucieka i daje się zagonić w kozi róg. To też pokazuje różnicę klasy między tymi dwoma bohaterami. Spartiata świadomie poszedł na śmierć, Alkajos do końca próbował się ratować. Masz rację, ostatecznie zemstą nasyciła się przede wszystkim Filona. Choć przecież np. Chryseis/Berenike wycierpiała od niego nieskończenie więcej.

Co do Arystei – długo zastanawiałem się, jak rozegrać ponowne spotkanie Alkajosa z żoną. W końcu uznałem, że będzie ona jego szansą na odkupienie. Fakt, że umiera przed powrotem męża do domu jest dowodem na to, że dla Rzeźnika Elidy nie ma już nadziei – bogowie zadecydowali już o jego ostatecznym potępieniu. A może nie do końca? Jest jeszcze iskierka nadziei w postaci Nikolety – lecz ona ginie z ręki Alkajosa. Po tych wszystkich zmarnowanych szansach jednookiemu pozostaje już tylko jedno – śmierć we własnych ekskrementach. A potem – miejmy nadzieję – wieczne ognie Tartaru.

Scenę Lizandra i Filony wyobrażałem sobie od dawna. Chciałem, by odróżniała się od wielu gwałtownych zbliżeń, w których brała udział nasza młoda zabójczyni. No i chciałem odróżnić Lizandra od innych – to w końcu Spartanin, potęga samokontroli. I on w końcu ową kontrolę traci, ale na krótki tylko moment. Kto wie, może Lizander jest też szansą odkupienia dla Filony? Bo na przetrwanie – z pewnością.

Sceny między ojcem i Demetriuszem były mi szczególnie drogie, bo przecież traktują o głównych bohaterach tej historii. Przez całą Opowieść ścierali się i godzili, walczyli i zawierali krótkotrwałe zawieszenia broni… ich relacje można określić popularnym za sprawą portali społecznościowych określeniem "to skomplikowane" z dopiskiem "bardzo". Ten wątek również zmierza prędko ku zakończeniu – pozostał jeszcze ostatni akt. Co zaś się tyczy przyszłości Demetriusza – wiemy z historii, że faktycznie objął rządy nad Atenami, lecz dopiero 13 lat później. Władał miastem dekadę, przyczyniając się do jego prędkiego rozwoju Miasta w cieniu ścierających się mocarstw zrodzonych po śmierci Aleksandra Wielkiego. O ile nam wiadomo, nigdy nie był żonaty. Ale przecież w Opowieści Demetriusza odwołuję się do tych fragmentów historii, które skrywa mgła zapomnienia. Tak więc wszystko jest jeszcze możliwe!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

To ja jestem jakiś inny. Mnie się szkoda zrobiło, że wyeliminowałeś czarny charakter, który owszem był bardzo okrutny, ale i tak był lepszy niż delficki kapłan. Nie pamiętam już dokładnie jego początków w OH, ale wydaje mi się, że nie był zły.

Jak wiemy wojna zmienia ludzi, niezależnie od czasów. I kto teraz będzie docinał najbardziej mnie irytującej postaci w Twojej opowieści? Faktycznie, jeśli miałbym coś do zarzucenia temu rozdziałowi, to nie przyłożyłeś się do samego opisu śmierci. Skoro Czytelnicy go tak nie lubili można mu było spokojnie zgotować bardziej drastyczny koniec.

Nie jesteś okrutnikiem, powiadasz? A te wszystkie drastyczne sceny, których w całej Twojej twórczości jest dużo to się same napisały?:)

Niewątpliwie najlepszy rozdział od jakiegoś czasu. Wartka akcja i dużo się dzieje. Bardzo podobał mi się powrót zmaltretowanego życiem okrutnika do domu. Tyle lat wojowania i taki efekt. Prawdziwe mistrzostwo.

Popraw mnie, jeżeli się mylę, ale czy my pierwszy raz jesteśmy w stolicy Macedonii? Również jestem pod wrażeniem ewolucji jaką przechodzi Demetriusz, ale jest rzecz, która mnie zastanawia. Czy on na kartach tej opowieści ujawni jakiś talent polityczny? W moim odczuciu nie można zostać wodzem Aten, zwłaszcza takim pod kierunkiem, którego miasto rozkwitło, nie uprawiając polityki.
Twój bohater bardzo mocno od niej stroni, jak na razie.

Jedna rzecz, na którą zwróciłem uwagę w jednej ze scen erotycznych – obie były mistrzowskie – w końcu stworzyłeś bohaterkę, która nie ma gładko wygolonego podbrzusza. Jako, że jesteśmy w antycznej Helladzie, wydawałoby się, że podobnych wypadków będzie więcej. Ja naliczyłem dwa. Biorąc pod uwagę liczbę wszystkich kobiet jakie pojawiły się w Twoich historiach, to jest to bardzo mała liczba.
Niemniej dzisiejszy wyjątek od reguły odnotowałem z satysfakcją. 🙂

Na koniec techniczne pytanie:Gdy już skończysz OD, jak długa będzie przerwa, zanim wybierzemy się do Persji? Planujesz tworzyć na bieżąco czy uskładać sobie jakiś zapas?

Pozdrawiam,

Foxm

Witaj, Foxie!

Trudno mi jednoznacznie określić, kto z tych dwóch zbrodniarzy był gorszy – Alkajos czy Kritias. Owszem, niedawno Delfijczyk objawił się jako seryjny morderca kobiet, ale podczas wojny na Peloponezie Rzeźnik Elidy pustoszył całe miasta – z okrucieństwem znacznie większym od tego, jakie było wymagane by zasiać terror. Tak więc bilans bynajmniej nie jest dla mnie oczywisty. Natomiast Alkajos faktycznie nie był zły od samego początku OH – ale już wtedy widać w nim było zadatki na monstrum, jakim się ostatecznie stał. A tak z ciekawości – które postaci najbardziej Cię irytowały w Opowieści? Te, których Alkajos nie zdążył dorżnąć? 🙂 Kto wie, może komuś innemu się uda.

Ja nie jestem naprawdę okrutnikiem. Alkajos i Kritias – owszem. Za każdym razem wchodzenie w ich głowy i wymyślanie rzeczy, na które wpadają ci dwaj psychopaci to było jak patrzenie w bezdenną otchłań 😀

Cieszę się, że rozdział się podobał. Starałem się, by pozytywnie odznaczał się na tle ostatnich 🙂 Tak, pierwszy raz zawitaliśmy w macedońskiej Pelli. Co zaś się tyczy Demetriusza – on nie za bardzo miał dotąd okazję pokazania talentu politycznego. Zobaczymy, czy zdąży go pokazać. Z drugiej strony, ma dopiero 18 lat, w tym wieku nikt nie oczekuje od niego funkcjonowania w polityce. To była jednak domena mężczyzn znacznie bardziej doświadczonych, między 40- i 60- rokiem życia mniej więcej. A kiedy Demetriusz obejmie władzę nad Atenami, będzie miał trzydzieści parę lat. I polityczno-militarne wsparcie mocarstwa. Tak więc jego sytuacja będzie diametralnie inna, niż obecnie.

Co do owłosienia łonowego moich bohaterek 🙂 Staram się wprowadzać pod tym względem rozróżnienie między kobietami z największych centrów hellenizmu, jak Ateny czy Korynt (o nich wiemy, że depilowały dokładnie całe swoje ciała), a paniami z peryferiów – a więc z Macedonii czy attyckiego Eleuthere (również jedna z flecistek stamtąd nie miała idealnej brazylijskiej depilacji 🙂 bodajże Dorothea). Gdybym opisywał jakieś niewiasty z "barbarii" – zapewne one także różniłyby się pod tym względem od Atenek i Koryntyjek. Jak dotąd jednak do tej kategorii łapała się tylko Raisa, która jednak przebywała tak długo w Atenach, że przejęła tamtejsze obyczaje. Mam nadzieję, że to wyjaśnienie jest na razie wystarczające, ale myślę, że temat będzie powracał z kolejnymi bohaterkami z różnych peryferiów helleńskiego uniwersum 🙂

Co do pytania technicznego, mogę odpowiedzieć tylko: nie wiem 🙂 Może zacznę pisać od razu, ale publikować dopiero po kilku miesiącach, by narobić zapasów? A może po prostu dam sobie trochę odpoczynku, kto wie, może napiszę coś zupełnie innego dla higieny umysłowej, nim wrócę do Persów i Hellenów. Zobaczymy. Na razie koncentruję się w pełni na ukończeniu Opowieści Demetriusza tak, by zadowolić Czytelników 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Odpowiadając na Twoje pytanie – Kritias, to on jest najbardziej irytującą mnie postacią w Twoich opowieściach. Jedyny gość, który się go nie bał został fabularnie rozstrzygnięty, by nie czynić spolierów. Poza tym ich dialogi, dotychczas wychodziły Ci świetnie.

Cieszy mnie Twoja deklaracja odnośnie owłosienia łonowego Twoich pań.
Pozdrawiam,

Foxm

Mogę od siebie dodać, że tworzenie dialogów Alkajosa i Kritiasa pisało mi się bardzo dobrze 🙂 I trochę boleję nad faktem, że już kolejnych nie będzie. Ale spokojnie: nie tylko Rzeźnik Elidy nie boi się Delfijczyka. Kapłan o zbyt wielkim ego spotka jeszcze na swej drodze parę osób, które chętnie stawią mu czoła.

Pozdrawiam
M.A.

Lektura tej części sprawiła zarazem satysfakcję jak i pozostawiła niedosyt. Satysfakcja to nędzny koniec Alkajosa, niedostyt to, oczywiście, zbyt lekka – mimo wszystko – śmierć tego łotra. Za bardzo „wykazał się” w poprzednich częściach aby mogło to zadowolić moje poczucie sprawiedliwości (albo krwiożerczej zemsty). Ostatnio, co prawda, stawał się nawet prawie ludzki, zwłaszcza w porównaniu z Kritiasem, ale utracił ten cień sympatii po zabójstwie Trechusa. Takie prowadzenie tej postaci było, zapewne, celowe w ostatnich kilku rozdziałach i można tylko pogratulować Autorowi. Jedyna satysfacja to pośredni udział Filony w końcu Alkajosa… Nie kryję jednak nadziei, że mój „ulubieniec” Kritias skończy w sposób zdecydowanie bardziej podły.
Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie natomiast Lizander. Ta postać wyraźnie się „rozpycha”. Początkowo zwykły najemny żołdak okazuje się patriotą, przejawia w dodatku niezwykłą, zdawałoby się delitkatność, uczuć. Megasie, chyba darzysz prawdziwą sympatią tych Spartan… Nie dość, że znakomici z nich wojownicy, to jeszcze potrafią być ludźmi… I na koniec, ciekawy zabieg przesunięcia akcji w czasie. Rozbija to trójjedność klasycznej greckiej narracji, dając w zamian dramatyczny efekt.
A nowobogacka świetność Pelli, zarysowana przelotnie ale z rozmachem, przeminie o wiele szybciej niż chwała Aten…
Pozdrawiam

Witaj, Neferze!

Widzę, że powoli, ale nieubłaganie zbliżasz się do finału tej Opowieści. Lista postaci zaczyna się coraz szybciej skracać 🙂

Odnośnie Alkajosa – zależało mi na tym, by pod sam koniec jego podłego żywota pokazać go od nieco innej strony, pokazać, jakim mógł być człowiekiem, gdyby nie splot okoliczności, na które miał bądź nie miał wpływu. Ostatecznie jednak jego zła strona natury triumfuje i przed swoim zgonem Alkajos morduje jeszcze kilka osób, które były mu życzliwe.

Nie mam w sobie chyba tyle mściwości, co Ty, bo nie zafundowałem Alkajosowi bliskiego spotkania z mrówkami 🙂 Uznałem, że jako wojownik, powinien zginąć z mieczem w dłoni. W przeciwieństwie do Kritiasa, który lubił wysługiwać się innymi, Rzeźnik Elidy nie bał się stawiać na szali własnego życia. Oczywiście, zrobił dość, by spotkała go najokrutniejsza kara, ale jak mawiał czarodziej Gandalf (parafrazuję, bo dokładnego cytatu sobie nie przypomnę): świat jest pełen ludzi, którzy powinni umrzeć, a tymczasem umierają ci, którzy powinni żyć. Któż może zaprowadzić w tym porządek? Los rzadko bywa zgodny z koncepcjami sprawiedliwości z epoki Hammurabiego. Alkajos miał śmierć lżejszą niż wiele z jego ofiar. Tym niemniej, zszedł ze świata i nie będzie go już kalał swoją obecnością.

Cieszę się, że polubiłeś Lizandra. Nie jest typowo pozytywnym bohaterem tej historii, ale myślę, że zasługuje na odrobinę sympatii 🙂 Z przesunięcia czasowego jestem całkiem zadowolony. Myślę, że całkiem dobrze to wyszło.

Pozdrawiam
M.A.

„Demetriusz” zbliża się może do finału, ale za to przed nami niezmierzone przestrzenie Persji, gdzie wiele zapewne może się zdarzyć -:).
Co do Alkajosa, cóż dobrze machał mieczem, ale to jedyne co można o nim powiedzieć pozytywnego. Osobiście uważam, że największy efekt dałoby to, gdyby zginął wtedy w świątyni, z ręki Ismeny. Miała okazję, motywację – walczyła w obronie ukochanych osób, „umiejętności” oraz obycie z krwią- musiała przecież składać ofiary Artemidzie, bogini łowów, nie sądzę też, aby zabrakło jej siły charakteru… Dlatego zdziwiłem się, gdy tak nagle załamała sie. Potraktowałeś ją chyba zbyt „kobieco” w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. A Alkajos znalazłby to, na co zasłużył i to w upokarzający dla niego sposób. Ale może rzeczywiście jestem zbyt krwiożerczy albo idealistyczny. -:) Tak jak napisałeś, najważniejsze, że zginął. To czytam dalej i czekam na koniec Kritiasa (niepoprawny jestem). Pozdrawiam.

Napisz komentarz