Max Malycki III (Foxm)  3.56/5 (52)

40 min. czytania
Lies Thru a Lens, "Natasha", CC BY 2.0

Lies Thru a Lens, „Natasha”, CC BY 2.0

Abordażu dokonano trzy minuty przed piątą rano. Nie wysłano żadnego ostrzeżenia czy żądania. Pięć łodzi motorowych po prostu zbliżyło się do „Kruczego Serca” od lewej burty.

Statek pływający we flotylli cypryjskiego armatora znajdował się niespełna dwie mile morskie od tajwańskiego portu – Kaohsiung. Kilkanaście odzianych na czarno postaci wdarło się na najniższy pokład, kompletnie zaskakując pracujących tam marynarzy.

Kiedy zdyszany pierwszy oficer wszedł pewnym krokiem do kajuty kapitańskiej, intruzi byli już dwa pokłady wyżej. Część załogi stanowili dobrze uzbrojeni najemnicy, którzy zgodnie z warunkami kontraktu starali się możliwie jak najbardziej opóźnić napastników.

Padły pierwsze strzały, wybuchło straszliwe zamieszanie.

– Nie powstrzymamy ich długo – raportował oficer, nawyki wyniesione ze służby w tajwańskiej armii musiały dać o sobie znać. Mówił zwięźle, ale klarownie. Zupełnie jak wojskowy, który znalazł się w środku bitewnej zawieruchy. Jeśli nie liczyć niedopiętej bluzy, pierwszy zachował całkowity spokój i profesjonalizm. Można by pomyśleć, że na statku pojawiła się niespodziewana inspekcja.

– Obudziłeś naszego gościa? – zapytał kapitan.

– Tak jest.

Jakby na potwierdzenie tych słów do kajuty wszedł trzeci mężczyzna. Jeśli pierwszego oficera można było uznać za opanowanego, to nowo przybyły był oazą spokoju. Ubrany w workowaty kombinezon, nie odróżniał się w żaden sposób od pozostałych członków załogi. Z łatwością można było go wziąć za jednego z kontraktowych marynarzy.

Kapitan podejrzewał, że ten człowiek nigdy w życiu nie miał nic wspólnego z marynarką.

Na pokładzie statku pojawił się dopiero przed dwoma dniami – przypłynął małym pontonem pod osłoną nocy. O tym fakcie wiedziało jedynie trzech najpewniejszych ludzi spośród załogi. Jego pojawienie się było niechybnym znakiem, że realizowany jest czarny scenariusz.

Kiedy kapitan po raz pierwszy uzmysłowił sobie ten fakt, poczuł, że w gardle pęcznieje mu olbrzymia gula. Dobrze płacili, ale zapewniali, że ryzyko jest minimalne. Wyglądało na to, że coś poszło niezgodnie z planem.

– Proszę się nie bać, panie kapitanie – przemówił nowoprzybyły, gdy dwa wieczory temu zostali sami w kajucie. – Dzień rejsu stąd, może dwa, szykowana jest zasadzka. Celem jest skrzynia, której nie macie. Będą pytać, być może nawet mocno i mało grzecznie. A wy? Nawet gdybyście bardzo chcieli, nie możecie im niczego dać.

Mężczyzna przerwał na moment, wydobywając papierosa z wnętrza rękawa do cna przemokniętego kombinezonu. Poprosił kapitana o ogień, a ten szybko spełnił prośbę. Instynktownie wyczuwał, że tajemniczemu gościowi należy schlebiać w każdy możliwy sposób.

– Moi pracodawcy nie życzą sobie jednak zbytniego… Jak wy to mówicie? Bałaganu? Napastnicy wejdą na ten statek, będą szukać skrzyni, a później spotkają się ze mną…

Dowódca „Kruczego Serca” nie miał pojęcia, co to wszystko znaczy. Gapił się bezmyślnie w nieprzeniknioną twarz rozmówcy, w końcu skinął głową.

Morze wokół było nadzwyczaj spokojne, a mimo to cypryjski wilk morski miał wrażenie, że właśnie w tym momencie nieszczęśliwym zrządzeniem losu znalazł się w samym środku burzy.

– Teraz idę spać. Przydzielcie mi kajutę i dopilnujcie, żeby nikt nie dotykał zasobników. Sam się nimi zajmę. – Ostatnie zdania wypowiadał człowiek, który nawykł do wydawania natychmiast spełnianych rozkazów. Ujął papieros w dwa palce i szybkim krokiem wymaszerował z kajuty.

Teraz wyglądał na zadowolonego z faktu, że jego przewidywania się sprawdziły. Rozluźniony oczekiwał końca zamieszania na pokładzie. Kapitan omal nie zaoferował mu kolejnego papierosa. Musiał jednak w obecności podwładnych przestrzegać regulaminu. Hałas z wolna tracił na sile, by w końcu zupełnie ustać.

Nie czekali długo – upłynęło może pięć minut, zanim drzwi kajuty kapitańskiej otworzyły się na oścież. Ciężko było stwierdzić, czy mają przed sobą dowódcę. Brak dystynkcji świadczących o przynależności do jakiejkolwiek jednostki wojskowej czy organizacji utrudniał identyfikację. Pewne były trzy rzeczy: azjatyckie rysy, jednolitość czarnego uniformu i pistolet automatyczny przewieszony przez ramię.

– Chińska Straż Wybrzeża – warknął gardłowo. – Który z was jest kapitanem?

Zanim dowódca zdążył otworzyć usta, rozległy się słowa w znanym mu ze słyszenia języku. Kilka krótkich zdań po mandaryńsku sprawiło, że Chińczyk stał się potulny niczym baranek.

– Co wy tu kurwa wyrabiacie? Odpowiadać, żołnierzu! Uprzedzam, że zrujnowaliście właśnie wielomiesięczną operację Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego. Za takie rzeczy to jest pluton. Doprawdy, poraża mnie niekompetencja własnych ludzi.

Wymalowana na twarzy tamtego konsternacja była nawet zabawna. Pułkownik Mao Li Hon doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, iż wśród swoich podwładnych wzbudza strach. Został najmłodszym w historii dowódcą Sił Specjalnych Armii Ludowej między innymi dlatego, że potrafił natychmiast dyscyplinować żołnierzy. Strach w połączeniu z dyscypliną były dwoma najbardziej efektywnymi narzędziami, które pozwalały mu utrzymywać porządek we wszystkich formacjach, którymi dowodził.

Hon należał do najmłodszej i najbardziej perspektywicznej generacji oficerów w chińskim wojsku. Państwo Środka gwałtownie rosło w siłę. Przewidywano, że przy pewnej stabilizacji kluczowych czynników wpływających na rozwój, najdalej za dwie dekady Chiny bardzo poważnie włączą się do walki o prymat wśród światowych mocarstw. Podobna batalia jest jednak z góry skazana na porażkę, gdy nie posiada się nowocześnie zorganizowanej i kompetentnie dowodzonej armii.

Najważniejsi oficjele w Pekinie zdawali się dostrzegać istotę problemu. Dlatego też po cichu wdrożono program restrukturyzacji w wojsku. Odsunięto dwudziestu czterech najstarszych generałów, na wszystkich pozostałych wymuszono zmiany personalne w sztabach. W myśl idei transformacji chińskiej doktryny wojennej zmniejszono liczbę funkcjonariuszy politycznych w jednostkach i zaczęto stawiać na młodszych, lepiej wykształconych żołnierzy. Ściśle tajny program szkolenia i szybkiego awansu obiecujących oficerów miał być odpowiedzią Chin na wymogi nowoczesnej wojny.

Cała droga zawodowa pułkownika Mao Li Hona być może potoczyłaby się inaczej, gdyby ponad dwadzieścia lat temu nie wyłuskano go ze szkoły kadetów piechoty. Zaraz po przeniesieniu dostrzeżono jego naturalne talenty i zrobiono wszystko, by możliwie wszechstronnie je rozwinąć. Ukoronowaniem lat pracy w jego wypadku był półtoraroczny kurs na West Point. Mający zadatki na wybitnego dowódcę frontowego, po powrocie ze Stanów Zjednoczonych wybrał karierę w Ministerstwie Bezpieczeństwa oraz poświęcił się idei budowy elitarnej formacji szybkiego reagowania.

Polityczne salony stolicy okazały się w pierwszych latach wyjątkowo trudnym środowiskiem dla młodego i ambitnego wojskowego. Hon jednak wytrwale zdobywał wszystkie możliwe szlify, poruszając się z coraz to większą biegłością w skomplikowanej sieci nieformalnych ministerialnych powiązań. Bezwzględność, w której przewyższał konkurentów do zaszczytów, tylko pomagała mu w umacnianiu własnej pozycji.

Jako dowódca niewielkiej liczebnie, ale niezwykle sprawnej formacji, wsławił się likwidacją kilku pomniejszych organizacji opozycyjnych. Jego ludzie szybko i sprawnie usuwali każdego, kto wedle mniemania najwyższych oficjeli stanowił zagrożenie. Siły Specjalne w krótkim czasie przeistoczyły się w faktyczną elitę chińskiej armii. Doborowy oddział wśród tych jednostek stanowiły „Smoki” – wybrańcy samego pułkownika dowódcy.

Hon nie był typem biurokraty – miał w sobie iskrę geniuszu, ponadto był szaleńczo odważny. W jego własnym mniemaniu najlepiej sprawdzał się w terenie – w samym środku akcji. Przełożeni często krzywili się na samo wspomnienie o podobnych fanaberiach, ale przymykali oczy na jego wyczyny. Tak długo, jak zachowywał swą niebywałą skuteczność, wszystko było w porządku. Oficjalne raporty często pomijały faktyczną niesubordynację pułkownika, skłonność do brawury czy też forsowania własnych koncepcji.

Na krótko przed objęciem dowództwa nad całością Sił Specjalnych, pułkownik Hon i jego „Smoki” mieli okazję rywalizować z amerykańską Delta Force w ramach wspólnych, ściśle tajnych ćwiczeń. Sam pobyt w USA upływał w napiętej atmosferze – obie strony nastawione były na zbieranie informacji o przeciwniku.

Ludzie Hona wypadli znacznie powyżej oczekiwań. Na cztery rozegrane gry wojenne, wygrali dwie i o mały włos nie zremisowali trzeciej.

Międzynarodowy sukces sprawił, że pułkownika zaczęli obserwować najwyżej postawieni ludzie w państwie. „Smoki” stały się ulubionym orężem i dumą samego Przewodniczącego. Pułkownik Hon szybko dał dowody swego bezgranicznego oddania, stał się cieniem, na myśl o którym drżał każdy wróg władzy. Stał się tym, któremu powierzano najtajniejsze misje, szczególnie delikatnej natury. Nowi protektorzy zapewnili pułkownikowi bardzo wysoką nieformalną pozycję w strukturach Ministerstwa Bezpieczeństwa. Szeptano, przy zachowaniu daleko idącej ostrożności, że pagony Hona już dawno powinna zdobić generalska gwiazdka.

Powody, dla których awans do stopnia generała nie nastąpił, pozostawały tajemnicą.

***

Gdy sześć miesięcy temu stawił się we wczesnych godzinach porannych w prywatnym gabinecie Przewodniczącego, już od progu wyczuł zdenerwowanie pryncypała. Sytuacja była zresztą mocno nietypowa.

Zazwyczaj spodziewał się przydziału kolejnego zadania – jego obecna pozycja w aparacie bezpieczeństwa dawała mu rozeznanie we wszystkich najważniejszych sprawach państwowych. Tym razem rozkaz przyjazdu był kompletnym zaskoczeniem.

Nie miał najmniejszych wątpliwości, że sprawa jest istotna, gdyby było inaczej nie wezwano by go na spotkanie z samym Towarzyszem Przewodniczącym.

Pułkownik Hon bywał w gabinecie najważniejszego polityka w Chinach wielokrotnie, ale jeszcze nigdy nie widział go tak bladego. Wąskie wargi miał zaciśnięte, oczy podkrążone. Wyglądał jak człowiek, który ostatkiem sił hamuje potężny wybuch gniewu.

Wyprężył się niczym struna i zameldował swoje przybycie. Pierwszy Sekretarz zdawał się kompletnie ignorować konwenanse. Spojrzał ostro na swojego człowieka do specjalnych poruczeń i bez wstępów oznajmił:

– Dziś rano dymisję złożył Minister Bezpieczeństwa Państwowego – oznajmił. – Ze smutkiem przyjąłem jego rezygnację ze stanowiska.

Zaskoczony pułkownik mimochodem odnotował, że w głosie jego protektora nie ma nawet krzty smutku. Polityczne trzęsienie ziemi w tak ważnym resorcie musiało być spowodowane czymś naprawdę poważnym. Pułkownik bardzo mocno pilnował się, by nie pokazać po sobie zaskoczenia. Po prostu stał w bezruchu i czekał na dalszy rozwój wypadków.

– Zu Chan – usłyszał. – Zu Chan na zbyt wiele sobie pozwala. Musimy natychmiast odsunąć go od wszelkich spraw państwowych.

Oczy przewodniczącego zalśniły złowrogim blaskiem.

Były to straszne słowa, gdyż stanowiły zapowiedź początku bezwzględnej walki o wpływy na najwyższych szczytach władzy.

***

Teraz, kiedy tak stał naprzeciw umierającego ze strachu żołnierza, uświadomił sobie z całą mocą, że w nadchodzących wydarzeniach przyjdzie mu odegrać nadzwyczajną rolę. Zdawał sobie oczywiście sprawę, że jego kontrakcja da Przewodniczącemu dowody, które pozwolą publicznie skompromitować Zu Chana. W najśmielszych snach nie przypuszczał, że wszystko wypadnie tak spektakularnie.

Na horyzoncie majaczyło dwanaście punkcików, w szybkim tempie zbliżających się od strony prawej burty do „Kruczego Serca”.

Motorówki były wypełnione jego ludźmi. Wezwał ich za pomocą miniaturowej radiostacji, którą ukrył w swoich zasobnikach.

Już za chwilę przyjdzie mu się delektować finałem akcji, której przygotowanie pochłonęło cztery miesiące. On już nie musiał nic robić – wystarczyło, że cierpliwie poczeka. Zwycięstwo pułkownika Hona było pełne.

***

W samo południe dwóch Azjatów wkroczyło do siedziby jednego z pomniejszych banków, mających swoją siedzibę w dzielnicy finansowej Frankfurtu nad Menem. Zachowywali się swobodnie, byli pewni siebie. Jeden z mężczyzn krótkim gestem wezwał dyżurującego pracownika, jednocześnie wydobywając z kieszeni szytej na miarę marynarki kartę – asa pik.

Instrukcje były jasne, kiedy tylko pojawi się klient z kartą, należało bezzwłocznie wezwać przełożonego.

Jazda windą zajęła wicedyrektorowi mniej niż dwie minuty. Szybkim spojrzeniem zlustrował kartę. Następnie przyjrzał się jej posiadaczowi.

– Panowie, zapraszam na górę – oznajmił w końcu, uśmiechając się przy tym szeroko. Czynił tak tysiące razy wcześniej, ćwiczył umiejętność skrywania prawdziwych emocji za maską uprzejmości. Podobno był w tym dobry. Z tym większym zdziwieniem odnotował zatem kropelki potu zbierającego się na czole. Koszula lepiła mu się do ciała.

Temperatura powietrza wzrosła. Klimatyzacja zdawała się nie radzić sobie tak efektywnie z utrzymaniem komfortowej temperatury, jak zaledwie kilka chwil wcześniej. Zapewne było to tylko jego wrażenie.

Zdawał sobie jednak sprawę, jak wiele może się zdarzyć w ciągu najbliższych kilkudziesięciu minut. Jeśli coś pójdzie źle, Malycki z całą pewnością właśnie jego obarczy winą. Wzdrygnął się na tę myśl. Na szali leżała jego budowana przez lata z wielkim mozołem kariera.

Prowadząc gości do swego gabinetu mieszczącego się na półpiętrze, starał się skupić na detalach. Rozmyślania o ewentualnych konsekwencjach odłożył na późniejszy czas.

Wszystko wyglądało w porządku. Dwaj przybysze rozsiedli się wygodnie w fotelach stojących przed jego biurkiem i uprzejmie odrzucili propozycję poczęstunku. Nie po to fatygowali się przez pół świata.

Przywieźli do Niemiec jeden z elementów klucza otwierającego walizkę, która spoczywała w podziemnym skarbcu, znajdującym się dwadzieścia metrów pod siedzibą banku. Wicedyrektor miał drugą część mechanizmu, który po scaleniu dawał dostęp do czegoś, czego z wielką zazdrością strzegł prezes Malycki Investment.

Wnętrze karty naszpikowane było elektroniką, mikroprocesorami najnowszej generacji. Prototypy tych urządzeń same zmieniały metodę szyfrowania klucza, bez potrzeby ingerencji w cały proces. Szansa dorobienia duplikatu była właściwie żadna. Nie istniał również wzór pozwalający ograniczyć przypadkowość stosowanych metod szyfrowania. Każdy kod da się złamać, ale praca nad niektórymi szczególnie złożonymi przypadkami potrafi trwać całe lata, a nawet dekady. Malycki musiał być jednak nieufny w stosunku do najbardziej nawet zaawansowanej techniki, gdyż polecił zastosowanie dodatkowych środków ostrożności.

Dyrektor wyjął z szuflady malutki emiter promieni ultrafioletowych. Wystarczyło kilka chwil, by się upewnić, że karta jest autentyczna. Urządzenie przywiezione przez Azjatów miało wszystkie cechy, które wedle opisu posiadać powinno. Bankier stwierdził też obecność widocznego tylko pod światłem UV numeru serii: 28039922118.

– Moduł elektroniczny jest bez zarzutu – powiedział. – Teraz już tylko ostatnia formalność. Filozofa poznaje się po tym, że schodzi z drogi trzem błyszczącym i głośnym rzeczom…

– Sławie, książętom i kobietom; przez co jeszcze nie powiedziano, że one do niego nie przychodzą.

Cytat z Friedricha Nietzschego został uzupełniony poprawnie i bez chwili wahania.

Azjaci pracowali dla klienta. O istnieniu tej procedury wiedział tylko Malycki, jego wspólnik, bankier we Frankfurcie i klient. Ten ostatni miał o niej powiadomić swoich kurierów w ostatniej chwili.

Recytując słowa niemieckiego filozofa, Azjata zachował nieprzenikniony wyraz twarzy. W duchu jednak docenił zagrywkę. Wiele lat temu, w czasie szkolenia w Ministerstwie Bezpieczeństwa Państwowego, wpojono mu przywiązanie do absolutnego kanonu wykonywanego zawodu. „Technologia zawsze przegrywa z ludzką pomysłowością i sprytem, pamiętajcie o tym!”. Upłynęło dwanaście lat jego służby za granicą. Przez te wszystkie lata niejednokrotnie na własnej skórze przekonał się o prawdziwości tych słów.

Musieli się śpieszyć – w szpiegowskim fachu nic nie było pewne. Dwaj agenci chińskiego wywiadu mieli odebrać przesyłkę i bezpiecznie dostarczyć ją we właściwe ręce.

Jednocześnie zdawali sobie sprawę z ogromnego prawdopodobieństwa inwigilacji. Po drodze starali się zgubić ewentualnych wywiadowców albo chociaż maksymalnie utrudnić im zadanie.

Na miejsce dotarli bez przeszkód, ale ich napięcie wzrastało z każdym przebytym krokiem. Dlatego też z taką ulgą przywitali pojawienie się w pokoju czwartego mężczyzny. Ogolony na łyso, wyglądający jak góra mięśni, z zadziwiającą lekkością wkroczył do pokoju. Musiał istnieć jakiś przycisk, którego naciśnięcie przywoływało goryla gospodarza.

Wybrzuszenie pod marynarką nie pozostawiało wątpliwości co do roli tego człowieka. Miał strzec walizki, którą przytroczył za pomocą kajdanek do lewego nadgarstka. Krótki gest szefa wystarczył, by olbrzym wydobył kluczyk z wewnętrznej kieszeni marynarki i otworzył bransoletkę. Rozległo się kliknięcie. Dopiero obecność stali na nadgarstku, połączonej z ciężarem walizki, uświadomiła Chińczykowi, że właśnie postawili ważny krok ku wykonaniu zadania.

Na stole pojawił się terminal. Niemiec wymownym gestem odwrócił go w stronę gości. Siedemnastocyfrowy kod został zaakceptowany. Obydwie zainteresowane strony odetchnęły z ulgą. Spotkanie dobiegło końca.

Wkrótce potem wywiadowcy znaleźli się na ulicy. Ołowiane chmury wisiały nad miastem; zanosiło się na deszcz.

Mężczyźni szybkim krokiem pokonali przejście dla pieszych, następnie wtopili się w tłum przelewający się przez pobliskie przejście podziemne. Będą musieli pokluczyć przez kilka godzin po mieście, tak jak nakazywały instrukcje otrzymane przed akcją. Mieli dość czasu, by dostać się na miejscowe lotnisko. Do startu samolotu, który dostarczy ich do Pekinu, zostało całe dziewięć godzin

Nie spodziewali się kłopotów przy odprawie. Wystarczy, że pokażą paszporty dyplomatyczne, by służby dały im święty spokój

***

Uwagę jednego z agentów zwrócił opatulony beżowym płaszczem mężczyzna. Szedł wolno, bez wyraźnego celu, zataczał się. W jego ruchach było jednak coś z teatru, instynkt podszeptywał Chińczykowi możliwe scenariusze. Azjatycki szpieg miał szczerą nadzieję, że tym razem się myli.

Cały czas słyszał za sobą kroki tamtego.

Rzucił krótkie spojrzenie na swojego towarzysza. Ręka, nie obciążona kajdankami, odnalazła broń spoczywającą na dnie przepastnej kieszeni…

***

– Max, Max, taś taś. No, otwórz oczka. – Gass Thomson prawie dławił się ze śmiechu.

–Taś taś do lwa? Kurwa, do lwa? – wymamrotał półprzytomnie leżący nago w skotłowanej pościeli Malycki.

Pod powiekami wciąż miał frenetyczne migawki z zeszłej nocy, nijak nie mogąc ich połączyć w spójną całość. Jednego wszakże był pewien. Poprzedniej nocy dorównywał energią i zapałem każdemu znanemu drapieżcy tego świata. Oboje zaspokajali się przecież tak intensywnie i zachłannie. Jeśli ceną za takie pieprzenie ma być niemoc dnia następnego, to on absolutnie nie miał nic przeciw temu. Mógł tak leżeć jeszcze godzinę albo dziesięć.

Kto by pomyślał, że ta blondyna ma aż taki temperament?

Okrutny ból głowy, podstawowy oręż kaca-mordercy, wymusił na nim otwarcie oczu. Gass wydawał się być w szczytowej formie, wyspany i w świeżym garniturze. Ze szczerym rozbawieniem pochylał się nad łóżkiem.

– Działo się. – Bardziej stwierdził niż zapytał.

Nie potrzebował zresztą potwierdzenia. Trzymał w dłoniach czarną suknię wieczorową, naznaczoną plamą z czerwonego wina i okrutnie wygniecioną. Wyglądało również na to, że pozbył się pustej butelki po winie oraz troskliwie zabezpieczył pozostałości whisky.

– Pani Pilszczuk nie będzie zadowolona, to się raczej nie spierze – zawyrokował Gass, wskazując na plamę.

– Kupię jej coś nowego – odparł mechanicznie Max, tym samym potwierdzając domysły asystenta.

Całą swoją uwagę Malycki skoncentrował na próbie podniesienia się z łóżka. Kiedy w końcu udało mu się usiąść, świat zawirował. Wypił stanowczo zbyt wiele. Nieporadnie osunął się na klęczki i obrócił się tyłem do wózka. Wbił ręce w materac i ostrożnie uniósł się na nogi. Umiejętność wstawania przy różnych stabilnych meblach czy poręczach była błogosławionym bonusem, bez którego nie wyobrażał sobie funkcjonowania. W obawie przed utratą kruchej równowagi, szybko cofnął biodra, wypinając jednocześnie pośladki.

Pośladki w końcu trafiły w siedzisko – był bezpieczny. Lewą ręką złapał za jedną z rurek, by wykorzystać ją jako uchwyt. Podciągnął się aż do stabilnej pozycji. Stopy znalazły się na podnóżkach.

Wiedział, że chude nogi wyprostują się bez jego kontroli, gdy tylko zacznie podejmować próby jakiegokolwiek wysiłku. Napięcie w mięśniach dokuczało mu zwłaszcza rano. Nie było bolesne, ale fakt, że jego niesprawne nogi posiadają dodatkowo własną, kapryśną wolę irytował go w najwyższym stopniu. Niwelował tę dolegliwość, zabezpieczając je paskiem przypinanym do rurek.

Teraz zwyczajnie nie chciało mu się zajmować zakładaniem paska, jechał tylko do łazienki. Poza tym pobolewało go również kilka mięśni, które normalnie nie bolały. Kolejny fragment rachunku za bardzo udaną noc w towarzystwie Olyi.

– Dasz radę?

– Tak – odparł krótko Malycki, zamykając za sobą drzwi.

– Wiesz, cieszę się, że chociaż raz nie kazałeś mi wyszukiwać ci panienki. Nie lubię z kurwami…

Ta ostatnia uwaga nie dotarła do uszu zamkniętego w łazience mężczyzny. Z prysznica popłynął tłumiący wszelkie inne dźwięki strumień wody.

Dwie godziny później, kiedy dotarli już do domu, Thomson powtórzył swoją uwagę w nieco złagodzonej formie.

– Świetnie, że wczoraj wszystko się udało i zakończyło się, z tego co widziałem, całkiem miłym finałem. – Uśmiechnął się radośnie.

Zupełnie jak na pierwszych zajęciach z fizyki dwadzieścia lat temu, kiedy to rozpoczęła się pełna zakrętów, ale jak się okazało trwała przyjaźń pomiędzy szalenie popularnym wśród całej żeńskiej części akademickiej społeczności blondynem, a pewnym gościem z kółkami.

– Uwierz mi, nie narzekam – stwierdził na głos Max, w myślach żałując, że blondynka wymknęła się o brzasku. Szkoda, że nie została – uświadomił sobie.

– Niech nikt mi nie przeszkadza aż do odwołania.

Wybór najbardziej odpowiedniej sukni z nowej kolekcji Diora zajął mu dwie godziny.

Kolejne dwie zabrało Gassowi ekspresowe zrealizowanie zamówienia, oczywiście ze sporą dopłatą. Max osobiście zapakował nowiutką kreację w karton oraz zakleił.

– Twoja sprawność manualna czasami mnie przeraża – stwierdził Thomson, odbierając przesyłkę z rąk Malyckiego. Karton był tak mocno poklejony, że nie sposób było nie odnieść wrażenia, że lada moment wszystkie tasiemki puszczą. Max wiedział, że jego asystent jeszcze dodatkowo to wszystko zabezpieczy, uparł się jednak by najpierw zrobić to samemu. Podpisał się nawet własnoręcznie na kartce zawierającej wyjaśnienie:

„Zdaje się, że po ostatnich zakończonych happy endem negocjacjach tylko twoja wieczorowa suknia nie była specjalnie zadowolona. Uznałem, że potrzebujesz nowej. P.S. Tak, teraz mamy idealny remis.”

Do napisania pozostała już tylko krótka wiadomość tekstowa, zawierająca propozycję spotkania. Ciekawe, jak na to zareaguje, zastanowił się Max, gdy jego komórka obwieściła nadejście smsa, potwierdzającego dostarczenie wiadomości.

***

– Miałeś rację, Karelu – potwierdził Max Malycki, delikatnie poprawiając ułożenie pośladków w siedzisku wózka.

Twarz Karela Urhlusa wyraźnie się rozpogodziła. Max Malycki przyznający komuś rację był zjawiskiem raczej niezwykłym i szef niemieckiego wywiadu doskonale o tym wiedział. Mało było zresztą na tym świecie rzeczy, o których by nie wiedział.

– Zaatakowali ten twój stateczek? – zapytał czysto retorycznie. – Mówiłem ci, że Zu Chan to szaleniec i właśnie tego dowiódł. Chan jest liderem grupy twardogłowych ekstremistów, którzy ostatnimi czasy bardzo urośli w siłę w chińskich strukturach władzy.

Max wiedział o tym wszystkim. Kiedy wiele miesięcy temu udało mu się trafić na ślad słabości Chana, długo nie mógł znaleźć odpowiedniej karty przetargowej, czegoś, co zjednałoby mu pragmatycznego – jak mu się wówczas wydawało – chińskiego krezusa.

Działania Malycki Investment wokół chińskiego sekretarza od początku bardzo pilnie monitorował niemiecki wywiad. Tajemnicą poliszynela było, że trzy z pięciu największych niemieckich firm interesowały się biznesową ekspansją w Państwie Środka na skalę znacznie większą niż dotychczas. Zu Chan twardo odmawiał jednak podjęcia współpracy z Niemcami.

Berlin pilnie potrzebował sukcesu w tamtym regionie, impulsu świeżych możliwości inwestycyjnych. I wtedy do gry wkroczył Urhlus i jego służby. Malycki na początku był niezwykle sceptyczny co do współpracy z tym niemieckim Żydem czeskiego pochodzenia. Miliarder chciał działać na własną rękę, Niemiec był jednak uparty, argumentując, że w pojedynkę żaden z nich nie ma szans osiągnąć celu. Ponadto przedstawił Maxowi obszerny materiał operacyjny, który niezbicie dowodził, że Chan jest obłąkanym megalomanem.

Malycki Investment było o krok od wycofania się z negocjacji, które utknęły w martwym punkcie. Urhlus dokonał jednak przełomu – jego agenci odnaleźli „Białą Nałożnicę”. Między cichymi wspólnikami zapanowała zgoda co do tego, że trzeba ów fakt wykorzystać. Rozbieżności pojawiły się w momencie dyskutowania o konkretnych rozwiązaniach.

– Nie możemy zapłacić za tę umowę obrazem. Chan parafuje wszystko, byle tylko dostać go w swoje ręce. Później zwyczajnie znajdzie sposób, żeby nam go odebrać.

– Nie, jeśli umieścimy płótno na statku, który obierze kurs na port na Tajwanie. Mam możliwości, żeby to zrobić, jestem w stanie się zabezpieczyć do czasu, aż wszystko sfinalizujemy. Poza tym Chan nie jest głupi, nie podrażni kwestii tajwańskiej dla własnych korzyści.

– Nie jest głupi – zgodził się Urhlus. – Jest szalony. Z naszego punktu widzenia o wiele korzystniej byłoby umocnić pozycję obecnego pierwszego sekretarza. By tak się stało, musimy skompromitować w oczach świata jego największego rywala.

Spierali się długo, aż w końcu Malycki zgodził się zastosować fortel, w którym on sam był postacią drugoplanową. Imitował negocjacje z Chanem w D’Angleterre. Jak na tacy podał mu lokalizację statku, który miał rzekomo transportować płótno. W tym samym czasie Urhlus w poufnej rozmowie z pierwszym sekretarzem chińskiej partii komunistycznej domykał ostatnią rundę negocjacyjną.

– Dostanie pan swojego adwersarza na tacy – obiecał chińskiemu politykowi.

– Jaką mam pewność, że tak się stanie?

– Moje słowo.

– Pan wybaczy, pan jest szpiegiem.

– Czterdzieści osiem godzin, panie sekretarzu. To chyba niewielka cena za możliwość zniszczenia odwiecznego rywala?

Dobili targu.

Zu Chan dał się złapać w pułapkę zastawioną przez Malyckiego i Urhlusa. Rzucił się na pozornie łatwą zdobycz.

– A tam już czekali pretorianie obecnego sekretarza – relacjonował biznesmenowi szpieg. – Prawdopodobnie akcją dowodził osobiście pułkownik Hon, pupilek sekretarza. Ma opinię psychopaty, więc wolę sobie nie wyobrażać, co się stanie z żołnierzami przeciwnika. Na „Kruczym Sercu” nikt poważnie nie ucierpiał. Oddział komandosów szybko i sprawnie skuł przedstawicieli fałszywej straży przybrzeżnej, dowódca przeprosił nawet kapitana i zabrał zarówno swoich, jak i tamtych. Oczywiście przeprosiny miały charakter nieoficjalny. Przepraszać to teraz musi chińska dyplomacja stronę tajwańską i bynajmniej nie są z tego powodu szczęśliwi.

Max z ogromnym zainteresowaniem śledził nagłówki światowej prasy, informującej o kolejnym poważnym incydencie między Chinami a Tajwanem. Tajwan, jak na jego gust, trochę zbyt ostentacyjnie wymachiwał szabelką. Sprawa najdalej za kilka tygodni powinna ucichnąć.

– Czy to rozsądne oddawać Pekinowi „Białą Nałożnicę”? – zapytał Urhlus. – Przewodniczący dostał od nas wielki dar. Ptaszki donoszą, że na ostatnim posiedzeniu politbiura z radością obarczył Chana winą za całe zamieszanie. Politycznie Zu jest w tym momencie zerem. Negocjacje Malycki Investment z naszymi przyjaciółmi powinny się zakończyć w miesiąc, sukces masz w kieszeni.

– „Biała Nałożnica” zawiśnie w nowo otwartym muzeum w Pekinie. Warto, żeby pierwszy sekretarz, patrząc na ten obraz, pamiętał, dzięki komu utrzymał się na tym stanowisku. Wdzięczność takich ludzi bywa przydatna.

– Jesteś przewrotny – stwierdził szpieg. – I nadspodziewanie naiwny, ale niech będzie po twojemu.

Niemiec był w znakomitym nastroju. Jeśli MIG wejdzie do Chin – inwestując przy tym olbrzymie środki, w krótkim czasie będzie musiało podpisać szeregi umów z rozmaitymi podwykonawcami. Wyłącznie niemieckimi podwykonawcami. Dla Niemców czysty zysk z tego tytułu wynosić miał około stu miliardów dolarów rocznie. Taka była cena podyktowana przez cichego współautora ogromnego sukcesu Malycki Investment.

Max wiedział, że najpewniej zaraz po zakończeniu rozmowy z nim Urhlus podniesie słuchawkę telefonu, by zadzwonić do swojej szefowej. Pani kanclerz będzie zaś mogła zakomunikować swoim wyborcom, że rodzime firmy radzą sobie wprost rewelacyjnie.

***

Olya umieściła zamaszysty podpis na pokwitowaniu odbioru i szybko pożegnała kuriera. Paczka wyglądała dziwnie, oklejona ze wszystkich stron i obwiązana tasiemkami. Była lekka. Z namysłem ważyła ją w dłoni, zdumiona niewielkim ciężarem pakietu. Kilkoma wprawnymi cięciami noża poradziła sobie z papierem. Ostrożnie podniosła wieko czarnego pudełka nieozdobionego żadnymi znakami.

Suknia wieczorowa w kolorze łososiowym sprawiała wrażenie wykonanej z niezwykle delikatnego materiału. Pierwszy dotyk utwierdził ją w przekonaniu, że kreacja uszyta jest z najwyższej próby jedwabiu. Kobieta ostrożnie rozłożyła zawartość paczki. Bez dwóch zdań projektanci Diora stanęli na wysokości zadania, tworząc jesienną kolekcję. Piękna – pomyślała, sięgając po spoczywającą na dnie kartkę.

Wyglądało na to, że Max poczuł się w obowiązku zrekompensować jej straty, które poniosła w czasie ich wspólnej nocy.

Wyszła z apartamentu Malyckiego kompletnie naga, zupełnie się tym nie przejmując. Świtało – prawdopodobieństwo, że natknie się przypadkiem na któregoś z pracowników hotelu było spore. Obsługa miała przecież czuwać całą dobę, na wypadek, gdyby specjalni goście mieli jakieś życzenia.

Miękkie włoski dywanu przyjemnie pieściły jej bose stopy. Szpilki, w których poprzedniego wieczoru tak zdecydowanie wkroczyła do pokoju szefa, niosła w prawej ręce. Będąc już w swoim pokoju, wyciągnęła z szafy służbową garsonkę, którą przezornie zabrała ze sobą. Szykując się do wyjazdu, pośpiesznie włożyła ubranie na nagie ciało. Brak bielizny był wymuszony przez tę konkretną sytuację, ale szczypta ekshibicjonizmu nawet ją bawiła.

Wymeldowała się w ciągu kwadransa.

Treść wyjaśnienia Malyckiego schlebiała jej. Podobne zagranie było bardzo w jego stylu: krótkie i do bólu konkretne. Mężczyzna, z którym poszła do łóżka, uwielbiał igrać z jej podnieceniem, by w końcu osiągnąć swój cel. Ten, który sporządził notatkę, znów grał swoją ulubioną kreację – ukierunkowanego na sukces biznesmena. Efekt nieco psuło załączone post scriptum, będące swoistym perskim okiem puszczonym w jej kierunku. Okiem, które sprawiło, że mimowolnie wróciła wspomnieniami do pokoju hotelowego.

Musiała przyznać, że czerpała wielką przyjemność z tego, co się stało. Uwiodła go, dziko się z nim pieprzyła, poddała Malyckiego swoistemu testowi. Wynik zaspokoił jej trudną do uzasadnienia ciekawość odnośnie tego człowieka. Zainteresowanie było z całą pewnością obustronne. Dość szybko otrzymała wiadomość, która utwierdziła ją w tym przekonaniu.

Wahała się kilka dni, nim wyraziła zgodę.

W swojej skrzynce elektronicznej znalazła lakoniczny e-mail z instrukcjami. Przyjęcie propozycji spotkania na gruncie czysto prywatnym oznaczało wstępną zgodę na kontynuowanie relacji. Nie potrafiła zdecydować, czy właśnie tego chciała. Ryzykowała, a ryzyko nęciło ją w każdej postaci.

Prezes działał na nią stricte seksualnie, ba! – zaspokoił ją! A przecież, idąc do jego apartamentu, nie była pewna niczego. Nawet tego, czy jego kalectwo pozwoli mu stanąć na wysokości zadania. Z drugiej strony imponowało jej, że wywarła na nim aż takie wrażenie. Nie wahałaby się, gdyby zależało jej na pieniądzach i wpływach.

Olya miewała w przeszłości bogatych kochanków, ale z żadnym z nich nie związała się na dłużej. Zasobność portfela danego mężczyzny była dla niej czynnikiem mało istotnym. Sama zarabiała na tyle dobrze, by nie pchać się do łóżka każdemu napotkanemu milionerowi. Nie, w przypadku Malyckiego z pewnością nie koncentrowała się na aspekcie finansowym.

Od pierwszego spotkania trwała między nimi jakaś rywalizacja. On zatriumfował na zebraniu, ona wykorzystała swoją szansę w czasie spotkania z Chanem. Złapała się na tym, że zastanawia się, co zrobi Max? Co planuje? Zwykle nie miała takich kłopotów z odszyfrowaniem następnego kroku facetów, z którymi spała. Malycki wymykał się schematom, co samo w sobie czyniło go zajmującym. Poza tym, ta suknia… Urzekł ją ten gest. Dla Maxa drobny wydatek, dla niej połowa miesięcznych poborów, ale sama intencja wydawała się być czysta. Po raz kolejny zrobił coś, czego się nie spodziewała.

***

Wybrał Teatr Wielki. Olya ledwie zdążyła wysiąść z taksówki na chodniku przy Bulwarze Teatralnym, a już w jej kierunku zmierzał szybkim krokiem mężczyzna ubrany w uniform odźwiernego.

– Pani Olya Pilszczuk? – zapytał po angielsku, bez śladu akcentu.

– Tak – odpowiedziała, przechodząc na francuski.

– Pan Malycki oczekuje pani w swojej loży. Mnie powierzył zadanie towarzyszenia pani po drodze.

Skinęła delikatnie głową, jednocześnie z satysfakcją odnotowując wrażenie, jakie wywarła jej nowa kreacja. Machinalnym gestem poprawiła okulary i posłusznie podążyła w ślad za przewodnikiem. Ciekawość rosła z każdym przebytym krokiem.

Prezes miał ogromną lożę wyłącznie do swojej dyspozycji. Pierwszą rzeczą, która rzuciła się blondynce w oczy, był niemalże całkowity brak krzeseł. Jedyny wyjątek stanowiło – wyglądające na stare – krzesło z wysokim oparciem stojące tuż przy długim suto zastawionym stole. Max siedział za stołem. Ubrany w szyty na zamówienie czarny smoking wyglądał może nie najprzystojniej, ale bardzo stosownie do okazji. Wzdłuż jej kręgosłupa przebiegł dziwny dreszcz. Trzymał się prosto, głowę zwracając w stronę sceny. Wydawał się być nadzwyczajnie skupiony na obserwowaniu ostatnich przygotowań aktorów przed spektaklem. Umiejscowienie loży dawało mu znakomite warunki do obserwacji. Olya również widziała nerwowo krzątających się na dole ludzi.

Za chwilę mieli zagrać pierwszą dużą premierę w rozpoczętym nie tak dawno nowym roku. Dzisiejsza premiera nosiła tytuł: „Wagner – historia upadku geniusza”.

Spojrzał na nią, gdy dygnęła przed nim jak grzeczna dziewczynka.

– Dobry wieczór. Cieszę się, że przyjęłaś zarówno mój prezent, jak i propozycję.

– Cała przyjemność po mojej stronie, Max – odpowiedziała równie uprzejmie. – Słyszałam, że chińscy komuniści przeżyli ostatnio małe kadrowe trzęsienie ziemi. Wiesz może coś na ten temat?

Zanim zdążyła zganić samą siebie za to, że rozmawia z nim o sprawach zawodowych, Max wychylił się delikatnie w swoim wózku i odparł cicho:

– Zu Chan był szaleńcem, ja mu tylko podstawiłem nogę. Z naszego punktu widzenia mało istotne, która opcja tam aktualnie rządzi, byleby chciała prowadzić interesy w dający się przewidzieć sposób. Ja na tym całym zamieszaniu tylko zyskałem, towarzysz Przewodniczący ma u mnie olbrzymi dług. Niemal wyłącznie dzięki mnie utrzymał się przy władzy. Zapewniam cię, że będzie o tym pamiętał. MIG może tylko zyskać na takim obrocie spraw.

– Więc to wszystko, całe te negocjacje, to była tylko gra? – Znała odpowiedź na zadane pytanie, ale musiała usłyszeć ją od niego.

– Nie wszystko. To, co stało się później, było nieplanowane, ale za to stanowiło dla mnie wisienkę na torcie. Bardzo, bardzo apetyczną wisienkę.

Olya ponownie poczuła przyjemny impuls rozchodzący się po ciele.

Rozpoczął się pierwszy akt sztuki. Przez następne dwie i pół godziny z zapartym tchem śledziła poczynania bohaterów, nurzała się w ich podłościach, słabostkach, żyła ich marzeniami. Towarzyszący jej milioner zdawał się bawić równie dobrze. Kiedy na scenę wyszła cała obsada, gnąc się w ukłonach, publiczność nagrodziła ich wysiłki, podrywając się ze swoich miejsc.

Max uczynił zadość tradycji i siedział dalej. Był jednak pod wrażeniem – jak zawsze, gdy decydował się spędzić wieczór w urządzonych na rokokową modłę wnętrzach Teatru Wielkiego. Te przestrzenie nie zawsze były dla niego gościnne, ale powodowany własnym kaprysem przekazał hojną dotację na rzecz kultury. Środki te na tyle zmiękczyły nieugięte stanowisko konserwatora zabytków, że zgodził się wybudować podjazd przy jednym z tylnych wejść do budynku.

Do wynajmowanej loży każdorazowo instalowano przenośną rampę, by umożliwić mu swobodny wjazd i wyjazd. Mimo że przez kilka ostatnich lat starannie unikał nadmiernej aktywności społecznej, z wizyt w teatrze nie zrezygnował nigdy. Teraz, spoglądając na klaszczącą wraz z pozostałymi widzami Olyę, poczuł, że znowu chce mieć ją możliwie blisko siebie. Zakładał, że to spotkanie ma być dla niej nagrodą za to, czego dokonała tamtej szalonej nocy. Zwykle kontemplował sztukę w samotności, nie widział potrzeby dobierania sobie towarzystwa.

A jednak poczuł impuls, nakazujący mu spędzić więcej czasu w jej towarzystwie. Uległ podszeptowi intuicji. Czyżby to wszystko mogło być tak proste i sprowadzać się do podświadomej chęci powtórzenia przygody? Poczuł irytację, kiedy zdał sobie sprawę z rosnącej ciasnoty w okolicach rozporka.

***

Czuła, jak rozbiera ją wzrokiem. Prawdopodobnie w bezpiecznej fortecy własnej wyobraźni tworzy pierwsze pieprzne wizje z ich udziałem. Trzeci dreszcz pojawił się, gdy spojrzała na niego ponownie. Ogromna sala zaczęła się powoli wyludniać. Zerknęła ku wyjściu i zaczęła się podnosić. Max powstrzymał ją jednak gestem.

– Zostajemy – oznajmił. – Myślisz, że po co sprowadziłem tutaj to całe jedzenie?

– Dobrze – zgodziła się. – Ale to jest Opera Narodowa…

– Właśnie! Jadłaś kiedyś kolację w sali głównej gmachu Opery Narodowej?

To było szaleństwo godne Maxa Malyckiego.

Kaleki ekscentryk, nie dostawszy odpowiedzi, uśmiechnął się tylko i sięgnął po sztućce. Kiedy już nasyciła pierwszy głód wyśmienitą potrawką z królika z domieszką suszonego rozmarynu, zdecydowała się na zadanie pytania, które miało bardziej osobisty charakter. Nie była pewna jego reakcji – ciekawość była jednak pokusą nie do odparcia.

– Powiedz mi, Max, jak to z tobą jest? Chciałabym się dowiedzieć o tobie czegoś więcej. Przyznam szczerze, że jesteś enigmą.

Max zachichotał

– Przyjmuję to jako ogromny komplement. Włożyłem wiele wysiłku, by osłonić to, co uważam za prywatne. Twoje słowa są po prostu dowodem mojej skuteczności.

– Cenisz sobie skuteczność ponad wszystko – stwierdziła. – Osiągnąłeś niebywały sukces. Co teraz? Jakie są główne cele, za którymi gonisz?

– Ja nigdy za niczym nie gonię…

– Tylko unikasz odpowiedzi…

– Nie unikam. Zawodowo chciałbym się skupić na realizacji pewnego planu.

– Mianowicie?

– Mam pewną koncepcję. – W głosie swego rozmówcy wyczuła wahanie. – Opracowałem zarysy własnego pomysłu na plan ratunkowo-oszczędnościowy dla krajów wyniszczonych przez obecny kryzys.

Olya nie potrafiła ukryć zdumienia. Człowiek, o którego chorobliwej wręcz chęci do pomnażania pieniędzy krążyły legendy, chciał stworzyć plan ratunkowy.

– Nie wmówisz mi, że nagle stałeś się przykładnym altruistą.

– Nie. Moje plany są proste, Jeśli moja koncepcja się sprawdzi…

Przerwała mu zdecydowanie. Po namyśle uznała bowiem, że powinna dążyć do zmiany tematu.

– Praca, praca, praca. Panie prezesie, wyszliśmy z biura. Jest tyle rzeczy, o które chciałabym cię zapytać poza pracą.

– Rzeczy, o których nie donieśli ci twoi gruntownie przepytywani informatorzy?

Miała szczerą nadzieję, że w tym momencie żaden gwałtowny skurcz na jej twarzy nie obnażył pełni jej szoku. Była przecież tak dyskretna!

Wpatrywał się w nią. Wyraźnie na coś czekał, bębniąc palcami w podłokietnik wózka. Prowokował do zadania pierwszego pytania. A ona? Po raz pierwszy w życiu nie miała zielonego pojęcia, o co zapytać mężczyznę.

Nie znosił odpowiadać na trywialne pytania. Dlatego też z gorliwością fanatyka unikał dziennikarzy. Do kontaktów z tymi ćwierćinteligentami wykorzystywał zazwyczaj jakieś nic nie znaczące pionki z odrobiną odpowiedniej prezencji i względnie poprawną dykcją. A teraz bardzo poważnie rozważał możliwość, by pozwolić blondynce pytać swobodnie.

Już miał zarzucić ten absurdalny pomysł, kiedy usłyszał głos Olyi:

– Ulubiony kolor?

– Fuksja – skłamał, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.

Przez następne dwie godziny spadła na niego istna lawina pytań. Wiedział, że blondynka szukała czegoś na jego temat, ale nigdy by nie przypuszczał, że może być aż tak dociekliwa. Co jeszcze dziwniejsze po kilku pierwszych – zupełnie niewinnych kłamstwach – odpowiadał swobodnie, szczerze. Jego podwładną intrygowały rzeczy, którymi nikt od lat się nie interesował Po upływie pierwszej godziny uprzytomnił sobie, że już dawno nie prowadził z nikim równie szczerej, wielowątkowej i niezobowiązującej konwersacji.

***

Opuścili pusty gmach Teatru Wielkiego dobrze po północy, irytując przy okazji wyrwanego ze snu ochroniarza, którego powinnością była instalacja zjazdu dla inwalidy. Dwieście franków napiwku ekstra sprawiło, że pożegnał ich gromkim: „Dobrej nocy”.

Żadne z nich już tego jednak nie dosłyszało.

Olya szła nieśpiesznie, dostosowując tempo kroków do jadącego tuż przy jej boku Malyckiego. Biznesmen sunął powoli w swym fotelu na kółkach. Przypadkowe spotkanie z jakąś ukrytą w ciemności, zdradziecką niedoskonałością miejskiej architektury z pewnością skończyłoby się niezbyt przyjemnie.

Malycki zatrzymał się w końcu przy jednej z latarni, by wydobyć telefon z kieszeni płaszcza. Krótki sygnał i któryś z jego ludzi właśnie wyjeżdżał, by go stąd zabrać. Miał kilka minut na pożegnanie się z ciekawską blondynką.

–To był długi wieczór – wyznał. – Naprawdę długi i wielce pouczający wieczór.

– Szczególnie dla mnie – Olya roześmiała się wkładając rękawiczki. – Odkryłam ludzką twarz Maxa Malyckiego. Dziesiątki dziennikarzy dałoby się żywcem pokroić za rozmowę podobną do naszej.

– Mam nadzieję, że nie celujesz w Pulitzera. W finansach radzisz sobie całkiem znośnie.

– Znośnie? – prychnęła. – Czy to wszystko na co pana stać, panie Malycki?

– Materiał na dziennikarza z ciebie mierny. Nie zadałaś mi na przykład mojego ulubionego pytania.

Blondynka uniosła brwi.

– Czy „tam” wszystko mam sprawne. – Grając va banque, Max przybrał dość swobodny ton.

Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że dostrzegł błysk w jej czarnych oczach.

– Cóż za niestosowne pytanie! – obruszyła się głośno, choć wąska uliczka odchodząca od wyjścia z teatru była opustoszała. A nachyliwszy się ku niemu, uzupełniła zmysłowym szeptem:

– Ja doskonale znam odpowiedź. – To powiedziawszy, zwinnym ruchem usiadła na kolanach mężczyzny. Wózek tylko lekko skrzypnął pod nowym ciężarem.

Zachłanne usta odnalazły się wzajemnie, by pośpiesznie wymienić kilka delikatnych pocałunków. Oboje mieli absolutną pewność co do finału tej nocy.

***

Kiedy tylko znaleźli się w domu, rzuciła się na niego. Malycki bynajmniej nie oponował. Bez namysłu odwzajemnił pocałunek. Języki zwarły się ze sobą, rozpoczynając nieśpieszną grę. Max pragnął możliwie jak najdłużej utrzymać w ryzach własne żądze.

Z jej pomocą szybko poradził sobie z wierzchnim odzieniem. Grube płaszcze były niczym więcej jak tylko przeszkodą, którą należało natychmiast usunąć. Niechybnie zmierzali w stronę sypialni.

Przed nimi była cała długa noc, nie było powodów do pośpiechu. Mógł w nieskończoność delektować się piękną kobietą, która bezceremonialnie siadła mu okrakiem na kolanach. Zamknął oczy i zaczął błądzić dłońmi po ciele partnerki.

Najpierw badał poprzez dotyk delikatność wypukłych ramion, następnie odsłonięty skrawek dekoltu, by zakończyć wędrówkę na krągłości bioder. Jego mózg zupełnie bezwiednie odtwarzał wygląd każdego dotykanego miejsca. Dwa tygodnie temu sycił się jej nagością przez długie godziny.

Delikatnie ujął kochankę w tali, przyciągając ku sobie. Z ochotą poddała się jego woli, zbliżając się najbardziej, jak mogła. Całowali się wtuleni w siebie nawzajem. Wyraźnie czuł na swoim torsie miękkość jej biustu, falującego w rytm coraz szybszego oddechu. Całokształt uzupełniała jeszcze woń jej lawendowych perfum i cytrynowego mydła. Bukiet zapachów był wprost wyborny. Wyważony i odurzający zarazem.

***

Olya czuła, jak narasta w niej zniecierpliwienie. Wprost nie mogła nad sobą zapanować.

Ujął ją, pozwalając na poznanie cząstki siebie. Wykazał przy tym sporą inicjatywę tylko dla zaspokojenia jej próżności.

Tymczasem nadała wypadkom zupełnie inny bieg.

Siedziała na nim, wdychała woń jego wody po goleniu i całowała się z nim, czując na pośladkach jego rosnący z każdą chwilą wzwód. Było jej coraz trudniej zebrać myśli

Prawie miażdżyła jego usta, dotykała podniebienia, badała powierzchnie zębów. Lizała i kąsała. Kiedy położył lewą dłoń na jej głowie, burząc tym samym misternie ułożoną kaskadę lśniących blond włosów, pomyślała, że to się nigdy nie skończy. Nie miałaby absolutnie nic przeciwko takiemu rozwiązaniu.

***

Biznesmen nie poprzestał jednak wyłącznie na zmierzwieniu jej fryzury. Dał się ponieść, złapał ją za włosy i pociągnął z całej siły. Pocałunek został przerwany. Głowa Olyi odskoczyła do tyłu. Malycki naparł biodrami – niestety, miejsce, w którym pragnął się znaleźć, było niedostępne.

Materiał otarł się o materiał.

***

Mieszanina bólu i seksualnej ekscytacji była czymś, czego nie spodziewała się, będąc z Maxem. Zajrzała mu głęboko w oczy, szukając tam potwierdzenia własnych pragnień.

Do jego uszu dotarły słowa:

– Co teraz, panie władzo? – W owym pytaniu nie było ani krzty wątpliwości. Zdawało mu się nawet, że w tonie jej głosu dosłyszał nutkę żalu.

W obecnej sytuacji mogła mu mieć za złe tylko jedno. Żałowała, że już jej nie kontroluje w taki sposób, w jaki czynił to jeszcze przed chwilą.

–To jeszcze nie koniec – zapewnił ochrypłym głosem. Cedził jej do ucha pojedyncze sylaby.

Ugryzł ją mocno.

Odsłonięty kawałek lewego ramienia został naznaczony śladami jego zębów. Krzyknęła zaskoczona, szarpnęła się instynktownie, by zaraz znów mocno do niego przylgnąć.

– Nie… Nie przestawaj. Ja znowu…

Malycki słyszał już tę kwestię – dokładnie to samo powiedziała, zanim dosiadła go ponownie tamtej nocy. Nie miał pojęcia, czy celowo powtórzyła tamtą frazę, nie potrafił się jednak powstrzymać przed udzieleniem odpowiedzi.

– Jesteś cudownie niewyżyta, wiesz o tym? Jestem cholernie twardy na samą myśl o tobie. Z trudem pracuję, nie mogę spać, jestem rozkojarzony. Jedyna rzeczą, o której w miarę klarownie mogę myśleć, jest seks. Seks z tobą. To jest tak cholernie irytujące i jeszcze bardziej podniecające. Chcę cię zerżnąć jak sukę, dziś jesteś moja. Chcesz tego, Olya?

***

Słowa – układające się w zdania pełne sprośności – zadziałały na nią ze szczególną siłą. Poczuła uderzenie fali ciepła gdzieś w okolicach podbrzusza. Pewny ton Maxa sprawił, że zwilgotniała jeszcze bardziej.

Zamiast potwierdzenia, zamruczała przeciągle jak kotka i prowokacyjnie otarła się o duże wybrzuszenie w kroku swojego kochanka. Członek prezesa Malycki Investment osiągnął już pełnię swych rozmiarów i z coraz większą natarczywością domagał się uwagi.

– Pan prezes potrzebuję suczki. – Olya podjęła grę, ze wszystkich sił walcząc o to, by zachować nad sobą kontrolę, jeszcze choć przez chwilę. – Uległej, mokrej i brudnej. A skoro suka jest brudna, to trzeba ją dokładnie, bardzo dokładnie wylizać.

Max wziął zamach i jego lewa ręka uderzyła w pośladek kobiety. W gabinecie rozległ się głuchy odgłos.

Spojrzał jej w oczy i uśmiechnął się zimno.

– Skoro tak lubisz, nie będę się powstrzymywał – oznajmił. – Będziesz mnie błagać o swój orgazm, zrobisz absolutnie wszystko, żebym pozwolił ci skończyć. Rozbieraj się.

***

Znów ten sam ostry ton. Zanim jednak pozwolił jej wstać, polizał wcześniej ukąszone miejsce z ogromną czułością i delikatnością. Twarde słowa, czuły gest. Max Malycki był pełen kontrastów.

Olya zrzuciła z siebie jego prezent. Wytworna kreacja, która wyszła z pracowni samego Diora, potraktowana została – łagodnie rzecz ujmując – po macoszemu. Sprawnie pozbyła się stanika, mężczyzna przez dłuższą chwilę podziwiał obie półkule piersi. Sterczące sutki stanowiły najlepsze świadectwo jej ekscytacji.

Malycki z lubością wpatrywał się w te różowe cuda. Miał przemożną ochotę, by podjechać bliżej i possać jeden z nich, a drugi boleśnie wykręcić. Zastanawiał się nawet przez moment, który z tych zabiegów bardziej przypadłby Olyi do gustu.

Musiał jednak porzucić swe rozmyślania i skupić się na pozbyciu się własnej garderoby. Ze spodniami sprawa była relatywnie prosta – jeden duży guzik i zamek błyskawiczny – zjechały w dół, zatrzymując się dopiero na kostkach. Problemy pojawiły się dopiero przy próbie rozpięcia smokingu – z pierwszym guzikiem poradził sobie błyskawicznie, z drugim nie poszło już tak łatwo.

Gdyby nie to, że od dobrych kilku chwil był absolutnie zafascynowany rozwojem wydarzeń, wściekałby się na własną nieporadność.

Magnetyzm Olyi działał na niego na tyle mocno, że udało mu się powściągnąć gniew. Kobieta osunęła się na klęczki i z nienaturalną powolnością, na czworakach, podeszła do wózka. Bez problemów pozbawiła go smokingu, w iście ekspresowym tempie radząc sobie z problematyczną dla Maxa kwestią.

– Chodź do mnie – wyszeptała, lekko unosząc głowę, by napotkać jego spojrzenie.

***

Wyglądało na to, że zamierza się ociągać ze spełnieniem prośby. Sięgnęła więc ku wypchanym bokserkom i pewnie ujęła wzwiedzione przyrodzenie. Bawiła się nim, wykonując miarowe posuwiste ruchy na twardym trzonie.

Spoglądała na pojawiającą się spod napletka i znikającą pod nim żołądź. Spurpurowiała i jeszcze mocniej napęczniała. Aż prosiła się, by ją objąć, possać i polizać.

***

Masturbowała go z taką wprawą i entuzjazmem, że na dłuższą chwilę w pełni poddał się jej zabiegom. Gdzieś w zakamarkach przytłumionej przez kolejne fale przyjemności świadomości Malyckiego rodził się nowy pomysł. Dokładnie wiedział, co zaraz nastąpi, a owa wiedza zwielokrotniła jego podniecenie, wznosząc je na wyższy poziom intensywności. Odtrącił jej rękę, a potem wciągnął z powrotem bokserki.

Wysunął pośladki z siedziska. Na ułamek sekundy przeniósł ciężar ciała na nogi, by następnie w miarę płynnym ruchem zejść do przyklęku i na czworaka. Nie trwał w tej pozycji długo, przetoczył się na plecy, układając się obok wciąż pozostającej na klęczkach Olyi.

Kobieta obserwowała poczynania Malyckiego z pewnym zniecierpliwieniem. Znów jej się wymknął, przy okazji zabrawszy ze sobą jej ulubioną zabawkę.

– Usiądź na mnie – rozkazał ostrym tonem. Mógł jeszcze opóźniać to, co nieuchronne. Mógł dać sobie czas, by podziwiać grę delikatnego światła z nagością Olyi. Nie zrobił tego jednak, gdyż jeszcze mocniej niż podziwiać jej sylwetkę pragnął ją wylizać. Bez pośpiechu i z należytą dokładnością

Zaprotestował, kiedy dziewczyna usadowiła się okrakiem na jego biodrach.

– Nie tak, wyżej. Chcę zrobić użytek z języka, ale musisz dać mi szansę. Trzeba cię wylizać do ostatniej kropli…

Zamruczała przeciągle, unosząc na moment swoje kształtne pośladki. Apetyczne piersi falowały przy każdym ruchu. Przesunęła się w żądanym kierunku.

– Uwielbiam, jak jesteś taki… zapobiegliwy – wymruczała, kucnąwszy nad jego twarzą.

Szeroko rozwarła uda, by dać mu pełną swobodę manewru. Miał dostęp do wszystkich intymnych zakamarków jej ciała. Doskonale pamiętała, jak znakomicie potrafi lizać, ile przyjemności dał jej w ten sposób poprzednim razem. Łaknęła znowu tych bodźców, po jej plecach przemknął dreszcz. Wspomnienie tamtych igraszek było wciąż żywe i bardzo intensywne.

Max uśmiechnął się, słysząc pochwałę. Przed oczyma miał ociekającą sokami kobiecość, nieco wyżej napuchniętą wypukłość łechtaczki i wejście do ciasnego odbytu.

Malutka kuleczka aż prosiła się o to, by obdarzyć ją porcją pieszczot. Max wyciągnął język i po raz pierwszy polizał mocno już powiększone od nabiegłej krwi wargi sromowe. Były takie delikatna i takie wilgotne zarazem. Nie mogąc się powstrzymać, zaczął kręcić kółeczka, dotykając Olyi samym tylko koniuszkiem języka.

Blondynka głośno wciągnęła powietrze, jej biodra zafalowały. Max ze swojej perspektywy widział doskonale, jak otwiera się różowy kwiat kobiecości. Chłonął ten widok z fascynacją nowicjusza – podniecał go, jak niemal wszystko tego wieczoru, jak niemal wszystko, co wiązało się z nią.

Długa i lepka strużka soków popłynęła po udach Olyi – odrobina słodkawo-gorzkiej wydzieliny skapnęła na wargi Malyckiego. Oblizał się instynktownie. Jego język wbił się w różową szczelinę z pełnym impetem. Rozpoczął się niezwykle grzeszny popis solowy, złożony w głównej mierze z zamaszystych, szybkich piruetów.

Wkrótce w sypialni dało się słyszeć całą serię mokrych odgłosów. Niestrudzony język sprawował się wyśmienicie.

Olya zakrztusiła się, wziąwszy pośpieszny oddech. Gibki narząd świdrujący jej najintymniejsze zakamarki sprawił, że nawet coś tak prostego jak oddychanie przychodziło z trudem. Przyjemne impulsy napływały zewsząd, a ich epicentrum znajdowało się – jak zawsze – w okolicach podbrzusza. Kobieta miała wrażenie, że dryfuje na falach oceanu przyjemności.

Bezwiednie pogłębiła przysiad, by w końcu całym swym ciężarem usiąść na twarzy Maxa. Zakręciła biodrami, zmuszając liżącego mężczyznę do podwojenia starań.

Głośno jęczała, nie potrafiąc się opanować. Zresztą, nie chciała się powstrzymywać. Dłońmi objęła piersi, ściskając je i ugniatając. Jej zabiegi były nad wyraz stanowcze – nie potrzebowała teraz delikatności. Poszukiwała siły i zdecydowania. Wiedziała, że nie zazna tych uczuć w pełni, jeśli fallus Maxa dalej będzie uwięziony pod warstwą bawełny. Chciała go i wiedziała, że prędzej czy później poświęci mu całą należną uwagę

Ale jeszcze nie teraz… Teraz było jej zbyt dobrze.

***

Malycki ledwie mógł oddychać. Do ust miał przytkniętą ociekającą sokami różową waginę – jego pole manewru było mocno ograniczone, nie uskarżał się jednak. Przepełniał go zapał. Zachowanie Olyi stanowiło dla niego najlepszy doping i rekompensatę za wszystkie niedogodności. Jej jęki, posapywania i ciche krzyki były melodią dla jego uszu. Nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy ostatnio słuchanie czegokolwiek sprawiło mu większą przyjemność.

Pod wpływem nagłego impulsu wziął zamach, jego prawa dłoń kilka sekund później wylądowała na pośladku blondynki. Mężczyzna postanowił zakosztować pewnej odmiany, ani na chwilę nie przestając lizać. Powoli klapsy robiły się coraz mocniejsze, mocniejsze, mocniejsze.

Odgłosy czystych, soczystych klapsów już w trakcie drugiej serii pięciu powtórzeń, zaczęły wypełniać mu bębenki. Do symfonii dźwięków towarzyszących ich miłosnym zapasom dołączył kolejny.

Wiedział, że ona to lubi, że uderzeniami w pośladki tylko zwiększa jej przyjemność. Już w czasie ich pierwszego razu w hotelu zauważył, jak bardzo podatna, jak chętna jest podobnemu rodzajowi pieszczot. Miejsce, na którym koncentrował swoje uderzenia, najpierw przybrało delikatnie różowy, a następnie czerwony kolor

Język i skora do rozdawania razów dłoń współgrały w niezwykłej harmonii. Malycki dbał, aby tempo nie spadło ani na chwilę. Celem nadrzędnym było dla niego doprowadzenie jej możliwie blisko ekstazy. Wyczekiwany przez niego moment zbliżał się nieuchronnie.

***

Olya ograniczyła się w zasadzie do prowadzenia nierównej walki z własnym ciałem, raz po raz pojękując z przyjemności przyprawionej solidną porcją klapsów. Zadrżała, gdy poczuła, jak dłoń Maxa zdecydowanym ruchem rozwiera zaciśnięte pośladki, torując sobie drogę ku anusowi.

Zanim włożył w odbyt trzecią część palca wskazującego, solidnie nawilżył wejście, używając do tego celu obfitej porcji jej soków.

Uczucie towarzyszące penetracji dwóch tak wrażliwych miejsc było niesamowite. Kiedy już wydawało jej się, że osiągnęła maksimum na skali własnej ekscytacji, on udowodnił jej, jak bardzo się myliła.

– Max, Max… Chcę, żebyś mnie zerżnął. Natychmiast! Chcę poczuć go w sobie.

Miała świadomość, że wypowiadając te słowa, balansuje na granicy desperacji. Nawet wypowiadane w myślach brzmiały żałośnie. Ona go błagała! Jeszcze nigdy nie zdarzyło jej się błagać o coś takiego!

To szaleństwo! To mężczyzna taki sam jak oni wszyscy, a pod wieloma względami w żałosny sposób gorszy… Dlaczego więc to właśnie przy nim traciła wszelkie pozory kontroli?

– Cholera, Max, nie dręcz mnie…

W odpowiedzi otrzymała kolejnego siarczystego klapsa, a język i palec zaczęły się w niej poruszać z jeszcze większą intensywnością.

Olya krzyknęła, wyginając ciało w zgrabny łuk, sekundy dzieliły ją od orgazmu, a mimo to jakaś część jej jaźni wyła z niespełnienia.

***

– Kutas! – Malycki nie miał pojęcia, czy chciała go obrazić, czy też artykułowała swoją najbardziej dojmującą potrzebę. Uśmiechnął się szeroko, choć Olya nie mogła tego dostrzec, i przerwał.

Kilkanaście ciągnących się w nieskończoność sekund upłynęło, nim się zorientowała. Zdawał sobie sprawę, że właśnie zabrał jej niemal pewne spełnienie i to podnieciło go jeszcze bardziej. W sposób absolutnie niekwestionowany sterował jej przyjemnością i to mu się podobało.

Mieszanka seksu i władzy była dla niego w pewien sposób nowa. Owszem, niekiedy zdarzyło mu się przejąć kontrolę nad opłaconą kurwą – ale Olya… ona była inna. Zdążył poznać osobowość swojej kochanki na tyle, by wiedzieć, że niełatwo ją zdominować.

***

Wściekła, zakołysała biodrami, szukając jego języka. Pozostał jednak nieubłagany i nie wznowił przerwanych działań. Podciągnął się na rękach, wysuwając się spod niej. Kiedy już płuca nasyciły się pierwszymi pełnymi haustami powietrza, przemówił:

– Chyba najwyższa pora, żebyś zaopiekowała się tym, czego tak mocno pragniesz. Suczka obciągnie mi najlepiej, jak potrafi. Jeśli będę zadowolony, być może spotka ją nagroda…

By podkreślić wagę swoich słów, po raz kolejny obdarował jej lewy pośladek siarczystym klapsem. Zamruczała z aprobatą i uniosła wysoko swoją zmaltretowaną pupę.

– Dziś wieczorem jesteś moją suczką – stwierdził Max.

– Tak, panie Malycki, jestem pana usłużną suczką – potwierdziła Olya – Ale tylko dziś… Tylko do końca tej nocy…

Wypowiedziawszy te słowa, przesunęła się nieco, by dać sobie swobodę ruchu, gdy będzie się nim zajmować. Jednym szybkim ruchem ściągnęła w dół bokserki Maxa.

W końcu mogła podziwiać jego męskość w pełnej krasie. Gruby, sztywny członek prezentował się nadzwyczaj apetycznie. Fioletowa główka aż ociekała wydzieliną, dobitnie świadcząc o tym, ile pracy musiał włożyć Max, by zapanować nad własnym ciałem, grając nieczułego na jej błagania sukinsyna.

Delikatnie pomasowała jego jądra. Wyczuwała pod palcami, jak bardzo są obrzmiałe od wypełniającej je spermy. Ich wrażliwość na dotyk była wprost nieprawdopodobna. Max stęknął pod wpływem odczuwanej przyjemności, gdy tylko jej ruchy stały się bardziej zdecydowane.

***

Bawiła się tak nimi przez chwilę, zupełnie jakby chciała się bardzo dokładnie zapoznać z ich obłym kształtem, używając do tego celu wyłącznie zmysłu dotyku.

Wyobraźnia Olyi w błyskawicznym tempie produkowała erotyczne miraże i mrzonki. Brudne, wyuzdane i perwersyjne obrazy przesuwały się przed jej oczami, tworząc niesamowitą kombinację rzeczywistości i fantazji.

Zanurzyła głowę pomiędzy udami Malyckiego. Uczyniła to z tak wielkim entuzjazmem, że okulary niemal zsunęły jej się z nosa. Poprawiła je, jednocześnie niedbałym ruchem odgarniając za ucho pojedynczy kosmyk włosów w kolorze słońca. Drobiazgi. Naprawdę liczyło się tylko to, że miała prawie połowę sztywnej męskości w swoich ustach.

Pierwszy ruch głową sprawił, że niemal się zakrztusiła, próbując wepchnąć przyrodzenie szefa możliwie jak najgłębiej.

Szybko jednak ruchy głowy Olyi stały się regularne, doświadczenie wzięło górę nad chwilowym zaskoczeniem. Kobieta starała się ciągnąć bez pośpiechu, dając swemu kochankowi rozkosz przy każdym uniesieniu i opuszczeniu głowy. Ani razu nie pozwoliła, by penis opuścił usta, zmieniała się tylko głębokość penetracji.

***

Fellatio było pierwszorzędne. Malycki szarpnął biodrami sprawiając, że główka jego zaspokajanego po królewsku penisa otarła się o gardło blondynki. Olya najwyższym wysiłkiem wsunęła go sobie jeszcze centymetr głębiej i wtedy poczuła ponownie obecność języka w jej pochwie. Palec również wrócił na wcześniejsze miejsce, za co była Maxowi bardzo wdzięczna. Wyraziła ją już przy następnym ruchu głową.

Przez jakiś czas kochali się w tej pozycji, a w sypialni rozchodziły się od czasu do czasu pojedyncze odgłosy stłumionego cmokania i lizania. Nic jednak nie trwa wiecznie.

Olya wypuściła go z ust. Wiedziała, że jeszcze jeden, dwa ruchy i będzie po wszystkim. Skończy, zanim ona poczuje go w sobie. Blondynka szybko wstała, jednocześnie zerknąwszy w dół, na Maxa. Nie wyczytała w jego zielonych oczach śladu zaskoczenia, dojrzała tam jedynie bezbrzeżną żądzę.

Oboje tego chcieli – czas przeciągania liny właśnie się skończył. Nie pozwolił, by go dosiadła, miał zupełnie inny pomysł na pozycję. Przetoczył się w stronę łóżka i skorzystawszy z podpory – w postaci względnie twardego materaca – dźwignął się na klęczki. Następnie odsunął się na całą dostępną mu długość ramion, pobieżnie oceniając, ile było mu potrzeba miejsca. Wyglądało na to, że się uda.

Do minimum skrócił czas, który przeznaczył na wyjaśnienie blondynce, co zamierza. Ta uśmiechnęła się tylko i zapytała:

– Wygodnie będzie panu prezesowi?

– Damy radę, musimy. Ja muszę mieć swoją suczkę, teraz, tutaj.

– Chcesz, mówisz, masz – powiedziała z uśmiechem Olya i klęknęła obok Maxa, przyjmując identyczną pozę.

Malycki przesunął się nieznacznie, by znaleźć się tuż za plecami kobiety. Wciąż mając dłonie wsparte ma materacu, zdołał utrzymać się na kolanach. Dziewczyna nie mogła mu pomóc, gdyż swoim ustawieniem mocno ograniczał jej swobodę ruchu. Mimo to zrobiła, co mogła, zachęcająco wypinając ku niemu czerwoną od razów pupę.

***

Chwilę grozy przeżył, gdy musiał pozbawić się podpory w postaci jednej dłoni. Potrzebował jej, by wprowadzić swojego spragnionego penisa w ociekającą sokami rozwartą kobiecość.

Na szczęście nowo przybrana pozycja wytrzymała podobną ekwilibrystykę. Tym razem jego kapryśne ciało nie zawiodło go i był mu za to głęboko wdzięczny. Dzięki temu mógł kochać się z nią „na pieska” – nieco improwizowanego, ale jednak… Mógł skończyć, tak jak chciał, pieprząc swoją piękną pracownicę od tyłu. Nie wątpił, że wystarczy mu kilkanaście ruchów. Przekroczył swój własny Rubikon, nie było już odwrotu.

Delikatnie wypchnął biodra do przodu, by zaraz je cofnąć. Powtórzył to trzykrotnie, aż w końcu złapał odpowiedni rytm. W chwili, kiedy tak się stało, znalazł się w ciasnym i ociekającym wilgocią raju. Zwiedzał go, w pełni korzystając z uroków, przy pomocy coraz gwałtowniej wyprowadzanych pchnięć.

Usłyszał swój własny jęk, po chwili drugi i kolejny – tym razem będący manifestacją rozkoszy, jaką przeżywała blondynka. Malycki poczuł, jak ścianki pochwy zaciskają się wokół niego.

Nie miał szans się wyrwać, nawet gdyby przejawiał taką ochotę. W tym ciasnym miejscu, między nogami pięknej kobiety, było mu tak dobrze, że ani myślał je opuszczać. Przylgnął więc do niej całym sobą, starając się wbić możliwie jak najgłębiej. W erotycznym uniesieniu, tuż przed nadciągającą ekstazą, szeptał jej do ucha:

– Jesteś przepiękną diablicą, niewyżytą suczką, fascynującą kobietą. Mógłbym się z tobą pieprzyć do końca…

Koniec nastąpił i był zwieńczony czterema potężnymi strzałami spermy.

Ejakulat zalał niezdolną do przyjęcia takiej ilości nasienia kobiecość. Oboje przeżywali cudowny orgazm. Na kilkanaście sekund po brzegi wypełnionych szczęściem dwa ciała stały się absolutną jednością. Oślepione rozkoszą umysły nie były w stanie przyjąć więcej doznań.

Kiedy już odzyskali przytomność, Max ze zdziwieniem stwierdził, że opiera się całym ciężarem na swej kochance, niemalże ją sobą przygniatając. Jego zwiotczały członek, oblepiony wymieszanymi ze sobą sokami, wysunął się z pochwy. Trwali tak przez dłuższy czas, odpoczywając. Malycki pierwszy zdecydował się na przerwanie ciszy, ponownie nachylając się do ucha Olyi.

– To była z całą pewnością najlepsza randka, na jakiej byłem – stwierdził. – Randka ze świetnym finałem.

– I tu się zgadzamy. – Olya odwróciła się i spojrzała mu w twarz. Po jej ciele spływały doskonale widoczne duże krople potu – Finał był niesamowity.

Max popatrzył w jej czarne oczy i odrzekł powoli:

– Taka chyba uroda finałów – powinny być niesamowite.

Roześmiała się w głos i wyswobodziła z jego objęć. Max zaś skorzystał ze sposobności i wdrapał się na łóżko, by następnie przyjąć pozycję siedzącą.

Tyle myśli kłębiło się w jego głowie. Przebieg spotkania zupełnie wymknął się z wcześniej założonych ram. Max nie cierpiał jednak z tego powodu. Po bardzo udanym wieczorze dostał cudowny seks. Czegóż chcieć więcej? Może jeszcze tylko rozszyfrować nagą blondynkę stojącą tuż przed nim. Tego jednak nie potrafił.

Jednego wszakże był pewny. Między nimi narodziła się jakaś niezdefiniowana nić porozumienia. Zaufania, którego on – Max Malycki, mający problemy z zaufaniem komukolwiek – wcale nie pragnął. Dziwne porozumienie stało się faktem. Chciał jej o tym wszystkim powiedzieć, ale nie potrafił znaleźć słów. Odłożył więc tę kwestię na później.

Zapytał tylko:

– Zostaniesz?

– Wskażesz mi drogę do łazienki? – odpowiedziała.

Gdy tylko udzielił jej wskazówek, odwróciła się na pięcie i wyszła bez słowa.

Wróciła po trzydziestu minutach, szczelnie owinięta jego białym, puszystym ręcznikiem. Bez słowa położyła się obok Maxa. Wyraźnie czuł jej ciepło. Została.

***

Cztery tygodnie później wezwał ją do swojego gabinetu w głównej siedzibie Malycki Investment Group. Kiedy tylko wysiadła z windy, powitały ją zaciekawione spojrzenia pozostałych ludzi umówionych tego dnia na spotkanie z prezesem. Na firmowych korytarzach aż huczało od plotek. Miliarder ponownie przybył do firmy, pracował od świtu i do tego przyjmował gości!

Blondynka przez moment rozważała, czy nie powinna zająć miejsca na jednej z kanap ustawionych pod ścianą, głos sekretarki odwiódł ją jednak od tego zamiaru.

– Pan Malycki jest wolny, polecił panią wprowadzić natychmiast. – Wielce atrakcyjna rudowłosa sekretarka uśmiechała się do niej. Dziewczyna nie mogła mieć więcej niż siedemnaście lat.

Specjalne względy pewnej jasnowłosej analityk u samego prezesa stały się następnego dnia absolutnym hitem poczty pantoflowej.

Olya posłusznie podążyła za dziewczyną. Dystans do pokonania nie był długi, zdążyła jednak przyjrzeć się bardzo apetycznym pośladkom nastolatki. Naprawdę miała świetny tyłek – dokładnie tak, jak twierdził Max.

Kiedy znalazła się w gabinecie, ujrzała go siedzącego przy biurku. Szybko przeglądał jakieś papiery.

– Od jutra podejmiesz swoje nowe obowiązki – oznajmił jej. – Jak wiesz, do realizacji moich planów potrzebuje wąskiej grupy fachowców. Ty pokierujesz jednym z podzespołów zajmujących się wschodem Europy.

Nie było żadnego „awansujesz”, „moje gratulacje” czy „świetna robota”.

Mimo ostatnich tygodni w pracy nadal jest cyborgiem – pomyślała Olya. Zimnym i skupionym na celu. Wiedziała, nad czym teraz pracuje Malycki. Wtajemniczył ją w szkic swojego planu równo tydzień po wizycie w teatrze. Mówił nieprzerwanie przez przeszło trzy godziny, prezentując cały wachlarz śmiałych i reformatorskich pomysłów na zracjonalizowanie polityki fiskalnej banków, międzynarodowych instytucji, a nawet całych państw.

Kiedy skończył, pomyślała: – Plan Malyckiego, genialne szaleństwo, wizja zmiany.

Długo zastanawiała się, co powinna na to wszystko odpowiedzieć. Nie naciskał. Siedzieli wygodnie w przestronnym salonie w willi Maxa i rozmawiali. Mnóstwo rozmawiali, nie zostawiając właściwie miejsca na tematy tabu.

– Max, jeśli twój plan wejdzie w życie – powróciła w końcu do pozostawionego tematu – kilku największym bankom zabraknie tlenu, na takich państwach jak Grecja wymusi drakońskie oszczędności, a maklerzy z Wall Street poniosą olbrzymie straty. Twoi koledzy, ludzie, z którymi pracowałeś blisko dwadzieścia lat, uczynią z ciebie swojego wroga numer jeden. Nieistotne, że twoje rozwiązania mogą – jeśli uda ci się je dopracować – stanowić impuls do poradzenia sobie z kryzysem.

– Liczę na to – usłyszała. – Liczę na to, że uda mi się wsadzić kij w mrowisko. Im bardziej uderzy ich to po kieszeniach, tym lepiej.

Wtedy zrozumiała, wyczuwając nienawiść w jego głosie. On nie chciał ratować świata. Ewentualne pozytywne skutki jego pomysłów mało go w istocie obchodziły. On chciał pokazać nienawidzącej go śmietance globalnej finansjery, kto tu jest naprawdę najlepszy.

Max Malycki był niczym magik, dbający o to, by to jego karta zawsze była na wierzchu.

– Dobrze – odpowiedziała i po chwili namysłu dodała: – Dziękuję.

Służbowa rozmowa dobiegła końca. Olya wiedziała, że spotkają się dopiero wieczorem – u niego. Znów będą przez wiele godzin rozmawiać, mieszając tematy zawodowe i prywatne.

Finał tych wielowątkowych dyskusji zapewne nastąpi w łóżku.

C.D.N

.

Przejdź do kolejnej części – Max Malycki Rozdział IV.

.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Wbrew moim przypuszczeniom, trzecia część "Maxa Malyckiego" bynajmniej nie okazała się ostatnią.

I słusznie, bo dobrego nigdy dosyć. A poza tym, wielowątkowe historie potrafią się naprawdę długo ciągnąć, rozsadzając pierwotnie założone ramy (nikt nie wie tego lepiej niż ja).

Akcja najnowszej części rozgrywa się pomiędzy Szwajcarią, Niemcami, a tajwańskimi wodami terytorialnymi. Jest to więc fabuła prawdziwie globalna, rozpisana na coraz więcej ról. Zastanawiam się, jaką jeszcze rolę odegra pułkownik Mao Li Hon (ale jego obszerna charakterystyka oraz opis kariery zdają się sugerować, że jeszcze o nim usłyszymy), jak potoczy się dalszy romans Maxa i Olyi, no i w ogóle, dokąd to wszystko zmierza. Wiem jedno: najnowszy cykl Foxa czyta się z dużą przyjemnością i mam wielką nadzieję, że nie przerwie go dla następnego tematu, tak jako to się stało z "Wielką Grą" i "Buntownikiem". Max z całą pewnością zasługuje na zakończenie – choć niekoniecznie happy end. Mam nadzieję być w okolicy, gdy on nastąpi!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

@Megasie

Nie mogłem pozostać głuchy na prośby Czytelników. Mało tego, ja również odczuwałem silną pokusę, by popracować nad Maxem. Takim o to sposobem powstał kolejny rozdział opisujący przygody Malyckiego.

Część odpowiedzi na zadane przez Ciebie pytania jest mi już znana, nad innymi się intensywnie zastanawiam.

Dobrze się złożyło, że wspominasz o „Wielkiej Grze” i „Buntowniku” – ja o tych tekstach wciąż pamiętam – i od czasu do czasu nasunie mi się jakiś pomysł. Uważam jednak, że w tym momencie nie są one jeszcze dość ukształtowane, by pokusić się o publikację.

Wracając do M.M z pewnością dołożę wszelkich starań, by domknąć opowiadaną historię. W jaki sposób to uczynię? Na kartach ilu części? Czy Li Hon jeszcze się pojawi?
Bądź w pobliżu, a odpowiedzi Cię nie ominą.
Pozdrawiam,

Foxm

Podtrzymuję swoje uwagi, autorze. Tekst zawiera naiwności, które trochę kolą w oczy. Ale skoro autor się tym nie przejmuje, przymykam oko. Tym razem przeczytałem także erotyczną cząstkę. Całkiem spora i nieźle napisana, choć dialog mógłby być bardziej naturalny, a mniej banalny. Jedyne co mnie razi to "główka". Za użycie "główki" ocena pikuje w dół. Taki drobiazg, a tak boli. Słowo nadużyte na tym portalu do bólu.

@Karelu Staram się być pilnym uczniem. Twoje wpisy zazwyczaj sprawiały, że mój następny tekst coś tam zyskiwał. Tym razem obracam ten komentarz do rozdziału III i nijak nie umiem z niego czegokolwiek wydobyć.

Zasadniczo w tym miejscu powinien nastąpić pewien precedens. Po raz pierwszy, z pełną świadomością, mógłbym zignorować część komentarza Czytelnika. Dlaczego? Gdyż z zasady nie dyskutuję z nonsensami. Zatrzymajmy się może na tym, że każdy z nas ma swoje upodobania w pewnych kwestiach.

Kłaniam się,
Foxm

12-tego stycznia, Foxie, wysłałem Ci tekst z uwagami. Uwagi podtrzymuję z całą stanowczością – tego dotyczy mój komentarz powyżej. Zapewne miałeś zbyt mało czasu, aby się z nimi zapoznać albo uznałeś je za niesłuszne. Twoje prawo.

Ukłony,
Karel

Ech, słyszałem, Karelu, o Twojej "słabości" do tego słowa. Cóż, co dwie główki… 😉

Przeczytam Małyckiego na spokojnie i dam znać, co i jak.

Pozdrawiam, seaman.

Generalnie, Seamanie, mam słabość do kilku wyświechtanych przez nadużycie słóweczek. Np. do szparki. Gdybym był Zeusem, cisnąłbym w sprawcę błyskawicą okraszoną gromem.

Co dalej, panie Max? Gdzie nas to wszystko zaprowadzi? Jak na razie jest dobrze, ale wyczuwalne jest zmeczenie autora wykreowanym uniwersum.

Absent absynt

@Absent absynt
Ja pracując z Maxem wciąż świetnie się bawię. Nie wykluczam jednak, że bieżące tempo publikacji zostawiło po sobie jakieś piętno. Wszystko jest możliwe. Kierunek, w którym pchnę to wszystko jeszcze przez jakiś czas zostanie jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic „Najlepszej Erotyki.”
Ukłony,

Foxm

Jestem wielką fanką tego opowiadania. Bywa śmiesznie, bywa poważnie, bywa pikantnie… Po prostu dobrze się bawiłam. Sorry za beznadziejny komentarz ale KPA mnie zmordował. Kto to pisał? 😉
Lily
PS. Dużo weny i wolnego czasu na pisanie.

@Lily

Nie istnieje coś takiego jak beznadziejny komentarz. Każdy wpis jest cenną nagrodą dla Autora za poświęcony czas na dany tekst. Cieszę się, że Ci się podoba! Z weną nie jest źle, z wolnym czasem przez około miesiąc będzie trochę gorzej. Zobaczymy jak to wyjdzie. Nic nie mogę obiecać…

Pozdrawiam,

Foxm

P.S Czym jest KPA? Jak będę wiedział co to jest, być może powiem Ci kto to pisał.

Dzięki,
KPA- Kodeks Postępowania Administracyjnego. Pisał to zapewne jakiś światły człowiek… 😉 Wiadomo jak to jest z tymi aktami prawnymi, czasami nie wiadomo z której strony podejść. Takie tam zmagania przed sesją.

Pozdrawiam Lily

Lily, podejrzewam, że nawet kilku ludzi:-) Ale cóż, trzeba przez to przejść, też musiałam.
zawsze możesz zrobić przerwę na ciekawe opowiadanko:-)

Na przeczytanie albo napisanie nowego opowiadanka, dodam. Zawsze poszukujemy młodych i obiecujących talentów 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Ja zmęczenia postaciami nie dostrzegam, chociaż pewnie możnaby jeszcze tekst dopieścić – ale to można powiedzieć o wielu opowiadaniach. Otworzyłeś wiele wątków, Foxie, ciekawa jestem, jak je zakończysz – nie daj nam zbyt długo na to czekać:-)

@Miss
Zgadzam się w zupełności, pieszczenie jest fajne – tekstów oczywiście. Ty, Megas oraz Atena macie ogromne zasługi, jeśli idzie o ten rozdział. Dzięki za każdą radę i wskazówkę.

To ja już nie wiem… Jestem zmęczony tymi postaciami czy nie jestem? Pozwolę sobie zostawić ten problem każdemu Czytelnikowi z osobna do oceny.

Ja sobie będę czynił kolejne publikacje, a sesja to mi się sama zaliczy… W sumie całkiem przyjemna wizja, ale niestety obawiam się, że trochę mało realna. Dlatego wolałbym się konkretnie nie deklarować z terminami.
Pozdrawiam,

Foxm

Cała przyjemność po naszej stronie, Foxie. Obyśmy zawsze mogli brać udział w tak szacownym przedsięwzięciu jak "Max Malycki" 🙂 Szlifowanie ostatnich chropawości tego opowiadania było zadaniem bardzo przyjemnym. A wciąż czeka nas jeszcze co najmniej jedna sesja!

Pozdrawiam
M.A.

Dla mnie to opowiadanie jest jak wykwintne danie. Wysmakowane, wyśmienite, powodujące zatracenie się w feerii smaków i płynącej z nich przyjemności. Kończysz i widząc c.d.n. dowiadujesz się, że planowany jest deser.
Temu daniu, nic wiecej dodać, nic ująć.

Aleksandra

@Aleksandro
Niezmiernie się cieszę, że miałem okazję zabrać Cię do dobrej restauracji:) Jestem dumny, gdyż Max zyskuje coraz to nowych Czytelników. Cóż mogę więcej napisać? Mam nadzieję, że następne danie mojego autorstwa również Ci posmakuje. Dziękuję za pierwszy komentarz 🙂
Pozdrawiam,
Foxm

Na dzień dzisiejszy posiadam już wiedzę, że trzecia część jest dokładnie środkiem historii Max i wbrew wielu przykładom, gdzie z kolejnych linijek tekstu opowieści wynurza się znużenie, tutaj tego nie ma. Historia wciąż zaciekawia i ma sie dobrze.

Napisz komentarz