Blondynka i cztery tęcze II (Karel Godla) Brak ocen

21 min. czytania

Przeczytaj pierwszą część opowiadania

Franek leżał obok przyjaciółki i rozmyślał nad tym, że mimo licznych doświadczeń z kobietami, życie nadal potrafi go pozytywnie zaskoczyć. Idąc do łóżka z Agnieszką, nie oczekiwał fajerwerków. Chciał tylko spełnić wieloletnią fantazję.

Wydarzenia wieczoru dowiodły, że pasują do siebie cieleśnie. Powróciła stara, podszyta żalem refleksja. Szkoda, że ich drogi nie skrzyżowały się dekadę wcześniej. Mieliby wtedy szansę sprawdzić, czy pasują do siebie również pod innymi względami. Może zostaliby parą.

Po orgazmie – a zdarzył mu się rzadki przypadek, bez nagłej kulminacji i odczuwalnego wytrysku nasienia – potrzebował chwili odpoczynku. Był to najlepszy moment na wprowadzenie mikrusa do sypialni. Niech przejmie pałeczkę i kontynuuje z blondynką to, co on zaczął.

Sądził, że w przeciwieństwie do niego Agnieszka choć usatysfakcjonowana, wcale nie czuje się przesycona. Taka kobieta jak ona za nic nie przyznałaby się kochankowi, że czuje niedosyt seksu, wiedząc, iż mężczyzna chwilowo nic nie może na to poradzić. Wolałaby cierpliwie poczekać, aż przyjaciel odzyska siły. Trzeba ją przekonać, by skorzystała z niezwykłych umiejętności Viba.

Franek uważał, że kobiety są zaprojektowane przez ewolucję do orgii, mimo że na świecie od dawna dominował kulturowy nakaz jednego partnera i wierności. W prehistorycznych czasach plemiona zziębniętych, przygnębionych przeszłością oraz teraźniejszością przodków dodawały sobie otuchy zbiorową kopulacją przy dymie ogniska. A gdy udało się upolować duże zwierzę, przykładowo mamuta, obżarstwo oraz towarzysząca żarłoczności orgia trwały wiele dni. Należało wykorzystać krótkie życie na prokreację. Do czterdziestki mało kto dożywał. Nawet trzydziestkę osiągali szczęściarze.

Franek podniósł się z materaca i dołożył drewna do kominka. Pokazał pięć palców małemu, który wystawił głowę przez uchylone drzwi łazienki. „Daj mi pięć minut i wchodzisz.”

W sypialni rozbrzmiewało posapywanie, spowodowane zapewne alergicznymi kłopotami z układem oddechowym, na co Agnieszka nie raz się skarżyła, a poza tym panowała wielka cisza.

Kiedy odwrócił się od kominka w stronę łoża, poczuł nagłe drżenie podłogi, charakterystyczne dla startu Szikardona do lotu. Jego opiekun wyruszał w podróż. Czy wyprawa związana była z nowinami, o których szepnął Vib po kolacji? Frankowi przemknęło przez głowę, iż odlot Szikardona może zwiastować duże kłopoty. To, co dzisiaj nawyprawiał ochroniarz, przekraczało wszelkie granice rozsądku. Czy to sensowne, aby wywoływać wielkie zamieszanie z tęczami na niebie? Zjawisko piękne – to prawda, ale całkiem niepotrzebne. Albo po co wyczarowywać hektary tropikalnej zieleni oraz wielką sadzawkę pod domem? Jakby nie mógł, jeśli już musiał, po prostu zamienić Frankowego ogródka w uroczy, romantyczny zakątek. Mężczyzna nie pojmował powodów zachowania swojego opiekuna. Pełne rozmachu czyny Szikardona kłóciły się Frankowi z obrazem inteligentnego ochroniarza, analizującego chłodno każde posunięcie. Jednocześnie dziwił się, że Szikardon wyruszył tak nagle i niespodziewanie na daleką misję. Nigdy to się nie zdarzało. Bodyguard znikał rzadko i zawsze zapowiadał swoją nieobecność. Oto zagadka, jednak nie pora przy Agnieszce dłużej zaprzątać sobie nią głowy.

– Co się dzieje? – spytała pogodnie kobieta, kiedy poczuła dygotanie.

Zdążyła przesunąć się w inny obszar łoża, z dala od przemoczonej pościeli.

– Pociąg przejechał. Nie słyszałaś? Dom się od tego trzęsie, choć tory biegną bardzo daleko.

– Chodź, Franuś. Tu!… Do mnie. – Agnieszka położyła dłonie na bladoskórych piersiach, które nie rozczarowały mężczyzny, gdy je dzisiaj po raz pierwszy ujrzał. Nie były to idealne, upiększone cyfrowo, cycki z dostępnych w sieci fotek, ale fajne, zdrowe piersi kobiety z sąsiedztwa – jak to się mówi.

„Wyglądasz jak anioł i dziwka zarazem. Zrobiłbym ci stado dzieciaków” – pomyślał nieco markotnie, przyglądając się rozpromienionej i zaróżowionej od niedawnych wyczynów kobiecie, a potem zaklął w duchu bardzo szpetnie i bardzo dobitnie. W samokrytyce, że marzą mu się czyny jeszcze bardziej niegodziwe niż cudzołóstwo, które dzisiaj popełnił.

– Już idę, moja śliczna. Ale przez chwilę nic z tego. Męskie ciało ma swoje prawa. Po orgazmie, jaki mi dałaś, potrzebuję trochę czasu. Niestety.

– Oj, wiem. Chodź, chodź.

Posłuchał ochoczo i ruszył na czworakach poprzez materac do kochanki. Znowu będzie szeptał egzaltowane, przesłodzone do bólu zębów słowa, które w takiej chwili i wobec takiej osoby same pchają się do ust. Obdarzy kobietę czułościami niczym zakochany nastolatek. Ale najważniejsze – musi przygotować Agę na przybycie Viba, który zgodnie z umową czeka już w łazience. Mały zdradził wieczorem, że ma niesamowitą ochotę na ciurlanie. Dziewczyna bardzo mu się podoba. Mikrus na pewno stanie na głowie, aby zadowolić blondynkę w jego zastępstwie. Franka zaś ucieszą orgazmy przyjaciółki, nawet jeśli to nie on będzie ich sprawcą. Niech krew przepłucze wszystkie kobiece organy młodej matki. Dla zdrowia.

Gdy na początku znajomości zgadało się o samiczkach i tęsknocie Viba za nimi, mężczyzna sam nauczył małego czasownika „ciurlać.” Słowo ma swoją genezę w filmowej opowieści o krainie Szuflandii.

– Aguś. Zaraz tu przyjdzie Vib.

– Co ty mówisz, Franku?

– Przyjdzie. Bardzo mu się podobasz i chce się z tobą pieprzyć – nie przechodzi mu przez usta łagodniejsze określenie, takie jak kochać, bzykać. Zaraz gryzie się w język, bo po reakcji kobiety widać, że należało bardziej oględnie przedstawić zamiary mikrusa.

– Ale co ty mówisz? Żartujesz?

Obrażona blondynka delikatnie próbuje wydostać się z objęć mężczyzny. Rozpoczyna się szarpanina. Franka śmieszy przygryziona w trakcie zapasów warga dziewczyny. Dziecięcy nawyk, którego się nie pozbyła, nadawał łagodnej twarzy zawziętego wyrazu.

Kobiecie udaje się przekręcić (albo jemu udaje się ją przewrócić) na brzuch. Tak oto dochodzi do premierowej prezentacji. Jeszcze nie oglądał nagiej pupy Agnieszki w pełnej krasie, ani się do niej nie przytulał. Wypróbowali tylko pozycję misjonarską, więc nie miał okazji. Widok jest ponętny. Chętnie zająłby się dłużej białymi krągłościami, klapsami obdarzył, pozaglądał między pośladki, ale koleżanka pragnie nagle wyjść z łoża. Zachodzi ryzyko, że może uciec z sypialni. Trzeba na wszelki wypadek przywalić dziewczynę ciężarem ciała. Korzystając z okazji, Franek przytula się podbrzuszem do kobiecego tyłka. Mruczy Agnieszce do ucha miłe słowa o jej dziewczęcym uroku i własnym zachwycie.

„Okazuje się, że wcale nie potrzebuję po orgazmie długiej przerwy” – stwierdza. Opór blondynki oraz kontakt genitaliów z pośladkami przywraca erekcję.

Szepce przyjaciółce wyjaśnienia prosto do ucha:

– Aguś, straszliwie cię lubię. Więcej niż lubię, wiesz? Nie chcę używać tych największych słów… Nie traktuję cię jak rozpustnicy. Ale Vib jest naprawdę fajny. Ze mną się kochasz, bo masz dla mnie dużo… sympatii, może czegoś jeszcze. I to jest wzajemne. Dlatego jest nam cudownie. Mnie było z tobą jak nigdy. Ale z Vibem będzie ci też dobrze. Tak tylko cieleśnie – nie miłośnie – ale też dobrze. On jest świetny. Zobaczysz. Nie jestem o niego zazdrosny. Nie będę cię uważał za dziwkę, jeśli to zrobisz. Jesteś cudną, zdrową kobietą i trochę więcej pieszczot ci nie zaszkodzi. Powiem więcej, pieszczoty są wskazane dla zdrowia. A ja cię bardzo lubię i chcę dla ciebie co najlepsze. Vib jest jak mój prezent. Przekonasz się, jaki on jest. Potem Vib sobie pójdzie i ja się znowu do ciebie dobiorę. Bo jesteś bardzo seksy. I jesteś dla mnie najważniejsza.

Zakłopotana Agnieszka nie ośmiela się skomentować, ale chce by Franek ją pocałował. Leżąc wygodnie na pośladkach dziewczyny, mężczyzna posłusznie wygina plecy i liżą się powoli, ze smakiem.

– Ale ja się wstydzę, Franuś. I nie wiem jak… Chyba umrę, jak on tu wejdzie. Będzie mi głupio – skarży się otwarcie. Cudak spojrzał na nią przy kolacji w dziwny sposób, jakby rozbierał ją wzrokiem, i mimo że przecież mikry z niego osobnik, zawstydziła się. Teraz przypomniała sobie niegrzeczne spojrzenie rudzielca.

– Nie ma się czego wstydzić. Vib będzie zachwycony. On cię uwielbia i postara się najlepiej jak potrafi. Nic nie musisz wiedzieć. Ja będę przy tobie cały czas. I będę ci pomagał. Nie bój się. Ok?

Całują się znowu z czułością.

– Ale ci… stanął, Franuś – odzyskuje na chwilę beztroskę koleżanka i wierci tyłkiem, drocząc się z partnerem oraz jego erekcją.

Pogodziła się ze swoim losem, ale stara się o nadchodzącym wyzwaniu nie myśleć.

„Gdyby nie eliksir, nie byłoby tak łatwo ją przekonać” – myśli przelotnie mężczyzna.

Czuć drganie materaca. Mały cicho wskoczył na łóżko. Jest skoczny jak sprężyna. Potrafi wybić się bez wysiłku wysoko ponad własną głowę.

Agnieszka też czuje wstrząs i otwiera oczy, czy raczej jedno oko. Franek nadal ją przygniata i blondynka leży wtulona głęboko policzkiem w poduszkę. „O, Boże! Jest!” Rudy mikrus stoi o metr. Można go całego ogarnąć jednym okiem. W pierwszej chwili dostrzega genitalia, potem roześmianą, przystojną twarz o nieco jakby azjatyckich rysach. Rzuca się w oczy, nieproporcjonalnie duży w stosunku do ciała malucha, ciemnoczerwony kutasik o rozmiarze palca, z bardzo pokaźną kulką żołędzi. W pomniejszonej skali penis przypomina jota w jotę ludzkiego, tylko przesadna krągłość (oraz proporcja) czubka odbiegają od wzorca. Dziarsko sterczy. Jaja skrywają się w rudej, gęstej okrywie włosów jak u przystrzyżonej owcy. Tak samo gęstej jak na głowie. Brak u malca innych włosów. Ani na piersi, ani na brzuchu. Widać muskulaturę mięśni. Miniaturowy, smukły bożek z antycznych rzeźb. Agnieszka wciąga powietrze. Wieczorem ma nieco upośledzony węch, choć rano nic się z nosem nie działo. Jednak i tak czuje. Vib pachnie dość specyficznie, otacza go świeża aura kosmetyków podobnych do wody kolońskiej Franka. Kobieta przygląda się z fascynacją. „Jaki zgrabny i foremny ten maluszek. Te jajka ma strasznie duże i tego fiutka też całkiem sporego w stosunku do ciała. Jak on by chciał…? To niemożliwe. Taki fajny i miły. Schrupać by go można, taki przystojniak, ale do niczego innego się nie nadaje z takim małym fiutkiem. Bosz, o czym ja myślę?”

– Dzińdobry państwu, kochanki. – Mały człowiek zaczyna od niechcenia podskakiwać na materacu i wymachuje rytmicznie miednicą w przód i tył, jakby kopulował z niewidzialną partnerką, w tym samym rytmie fikającą. Podskoki nie powodują wyraźnych drgnięć sztywnego członka, za to wzbudzają dynamiczny ruch wora z jądrami. Niezwykły widok przedstawiają majtające się jaja: wpadają mikrusowi między rozstawione nogi, prawie się chowają za pośladkami, potem wylatują niemal jak z procy i uderzają bezgłośnie (bo gęste na nich futrzysko) w brzuch, omijają sterczącą miniaturę kutasa. Jedno jajo z jednej strony, drugie z przeciwnej. Odbywa się prawdziwe obsceniczne wymachiwanie jajami niczym sprośną wersją wahadła Newtona. „Popisuje się przede mną? On się chyba popisuje” – stwierdza dziewczyna, przyglądając się z fascynacją zachowaniu rudego skrzata. Ma wrażenie jakby oglądała nieprzyzwoitą kreskówkę. Zapach genitalii czuć teraz mocniej. Jest akceptowalny, nie razi zmysłów Agnieszki, ale i tak jest spięta. Nie wie, co ją spotka za chwilę. „Czy on nie będzie przypadkiem chciał…? – martwi się, bo nowa obawa przychodzi do głowy. Zaraz zapadnie się ze wstydu na myśl, o tym, co ją czeka.

Tylko nie wie, co ją czeka.

– Jak kochanki si mają? Ja do pani, pani Agia. Ja z tobą pociurlać chce, pani Agia. Można?

„Vib jest mistrzem zwięzłości. Mówi kobiecie cześć i pyta, czy mu pozwoli pociurlać. Żadnego romantycznego pitolenia nie uznaje. Ciekawe jakie są rytuały godowe jego plemienia. Czy też takie proste, że ich po prostu nie ma? Tylko takie riki–tiki–tak jajami?” – myśli rozbawiony Franek, obserwując z góry zakłopotaną w tej chwili twarz przyjaciółki. Chciałby jej pomóc, bo widzi, jak się dziewczyna stresuje. Ale ma także niezły ubaw, więc decyduje się na bierne śledzenie wydarzeń.

Agnieszka bąka krótko w odpowiedzi na przywitanie. Resztę wypowiedzi Viba pomija milczeniem. Jest bardzo spięta. Najchętniej by uciekła, gdyby jej kolega pozwolił.

Milczenie jest oznaką zgody. Tak we własnym interesie zakłada Vib.

– Franio, ty mi zyjdź z pani Agii. Ja dostać si musi do cipusi.

– Franuś! Nie – szepce Agnieszka.

– Nie bój się. Przekręć się na plecy, blondyneczko. Daj buziaka – odpowiada również szeptem mężczyzna.

Na wszelki wypadek cały czas obejmuje ramieniem dziewczynę, kiedy ta niezdarnie, jakby robiła to pierwszy raz w życiu, obraca się na łóżku, pragnąc odwlec nieuniknione. Vib tylko jej miga, bo ciało Franka, który już jej nie przygniata, ale leży tuż obok, zasłania widok. Drgnienia materaca pozwalają domyśleć się, iż mały napaleniec wędruje w stronę jej nóg, lecz i tam ramię Franka przesłania pole widzenia. Gdy chce podnieść głowę, aby sprawdzić, co dzieje się w dole łóżka, uśmiechnięta z troską twarz przyjaciela wyrasta tuż nad nią.

– Moja mała Agusia. Daj buziaka. Uspokój się. Rozchyl nogi. Nie zaciskaj tak mocno kolan, bo dostaniesz skurczy.

Nie słucha próśb. Kolana trzyma mocno zwarte. Najchętniej by założyła nogę na nogę, zaciskając krocze i jeszcze dłońmi zasłoniła łono, ale ręce blokuje ramieniem Franek. Widzi tylko twarz przyjaciela. Nie wie, co się dzieje niżej, bo pewnie zaraz coś się zacznie. Franek i ten mały nie popuszczą. Z kim ona się zadaje? Co za świnie!

– Aguś! Głuptasie! – karci ją głosem mężczyzna.

****

Pierwszy orgazm przychodzi szybko, wbrew jej woli. Krzyczy i dyszy, jakby ją ze skóry obdzierano. Czuje w środku ciało napastnika. Nic nie widzi, bo Franek przyssał się do dolnej wargi, zasłania jej wszystko. Całe szczęście, że nie atakuje obu warg i Agnieszka może oddychać ustami.

Eliksir Szikardona posiada narkotyczną moc i zwiększa doznania! Kto by pomyślał, że można czuć tak wyraźnie wnętrze własnego ciała i rozróżniać dokładnie rozmaite bodźce. Kochance wydaje się, iż stopy mikrusa, bo to muszą być jego twarde pięty, kopią oraz skaczą po sklepieniu pochwy, uderzają powłokę szyjki macicy, łaskoczą. Jego ciało drga, niemal wibruje w środku mokrego kanału. Agnieszka czuje wewnętrzne uderzenia kolan i bioder w wielu miejscach, to wyżej, to niżej. Mały, w trakcie akcji wcale nie taki mały, kutas, ta jego kulista buława, niemal wbija się w ścianki, jakby chciał je przedziurawić i sunie po nich swoim obłym czubem niczym twarda fala, co chwila z innej strony: z góry, z dołu, z lewa, prawa; jaja jak pędzle łaskoczą ją od środka; a czasem tuż przy przedsionku, jakieś nie wiadomo co muska, poklepuje, trąca, okłada, a to łechtaczkę, a to fałdki sromu, a to inne miejsca w okolicach cipy. Dosadnym językiem Fredry mówiąc, pizda Agnieszki ma używanie, jakiego nie zaznała jeszcze nigdy. Mimo, że jebaka taki niepozorny.

Franek czując, iż miętoszenie dolnej wargi kobiety przeszkadza przyjaciółce w oddychaniu, odsuwa głowę i zerka ciekawie między uda blondynki, gdzie Vib popisuje się ostrym wibrowaniem. Zaróżowione od wrażeń podbrzusze – arena jego popisów – drga wraz z biodrami kobiety. Malec, niczym Mikołaj z worem niespodzianek dla dzieci i ich młodych mam, tkwi w kominie akurat tylko do połowy, ale szczupłe ciało mikrusa aż po czubek głowy jest unurzane w sokach pani Agii. Najwidoczniej zdarzyło mu się wcześniej zanurzyć całym ciałem.

Nurek waginalny (albo, jeśli ktoś woli inne żartobliwe określenie, kominiarczyk dowcipny) mało co widzi przez zalepione śluzem oczy, trudząc się rozwibrowywaniem niegłębokiej studni, z której rozlega się mlaskanie. Za to Franek ma widok więcej niż dogodny i zgaduje, że ciurlanie kiepsko towarzyszowi idzie, choć chłopaczyna dzielnie się stara. Vibowy chujek nie działa jak zapałka, którą byle szybko kilka razy potrzeć i już tryska ogniem. Z braku odpowiedniej dla siebie rozmiarem samiczki, korzysta, gdy tylko gospodarz nie ma nic przeciwko temu, z kobiet (często prostytutek) nocujących w domu Franka. Kobiece genitalia odpowiadają malcowi pod każdym względem. Jest wielbicielem wszelkich ich walorów, uwielbia smak oraz zapach zdrowej pizdy pewnie bardziej niż jego większy wspólnik w weekendowych ciupcianiach. Ale kobiece waginy są dla niego za duże, dlatego musi trudzić się zabawą w chłopca z zapałkami (z jedną). Skrzat dojść może jedynie przez szybkie pocieranie swojego tłuczka w kobiecym moździerzu. Jeśli użyć metafory, jego metoda podobna jest rozniecaniu ognia przez dziarskie kręcenie kijem w dużej dziupli albo szybkiemu omiataniu mopem ścian zawilgoconej komnaty.

– Cóś lu–lu–źni ta piz–du–du–sia – jąka się; sapie spracowany Vib do Franka. – Ali faj–na… – potwierdza w ten sposób Frankową ocenę sytuacji.

Mężczyzna obserwuje przez chwilę przyjaciółkę śniącą na jawie swój najlepszy erotyczny sen i klęka przy chudych kolanach Agnieszki. „Oj, będzie miała moja blondyneczka zakwasy od nieustającego wymachiwania miednicą” – myśli. Trudno też zapomnieć o nieuniknionych dolegliwościach nadwyrężonego dzisiejszymi ekscesami sromu.

Gospodarz zastanawia się jak pomóc małemu wspólnikowi. Chwyta szczupłe nogi za kostki; powoli podciąga w górę oraz zwiera, ile się da, kolana blondynki, na co ona bezwolnie przyzwala. Siada na kobiecych stopach, aby je unieruchomić, potem niezadowolony z efektu unosi je i opiera sobie o pierś, przez co tyłek koleżanki unosi się nad materac. Bingo! Mikrus może sobie teraz wygodniej pomagać rękoma, ma się o co zaprzeć, spocone powierzchnie ud zwielokrotniają możliwości manewru.

Franek jest podniecony i chciałby ponownie wziąć udział w zabawie. Czasem, w trakcie wspólnych igraszek z przygodnymi kobietami, pomagał Vibowi. Przystawiał dłoń do podbrzusza partnerek, aby maluch mógł się wygodnie zapierać oraz podciągać na palcach. Mikrus wykonywał ruchy posuwisto-zwrotne z niebywałą częstotliwością. Pozwalało to skutecznie pocierać fiutka-zapałkę. Widząc, jak się dzisiaj męczy, mężczyzna postanawia udzielić wspólnikowi podobnego wsparcia. Im szybciej malec skończy, tym szybciej on sam będzie mógł ponowić figle-migle.

Nowa myśl przychodzi do głowy, gdy widzi nietknięte wejście do Agniesinego odbytu, plamę w kształcie ciemnej gwiazdy, mokrą od soków, które spływają z tułowia Viba i cieśniny krocza.

Agnieszka pozwala na manipulacje kolanami bez oporu. Ma przymknięte powieki, po twarzy przebiegają grymasy, a czasem rysuje się błogość. Rozwartymi ustami czerpie powietrze niczym ryba wyrzucona na brzeg. Ma narkotyczną wizję. Rozkosz niesie ją po wysokiej grani, postrzępionej, ale wystającej nad obłokami. Znajduje się po stronie nieba. Tam poniżej chmur chyba aż tak dobrze nie jest. Grań ciągnie się i ciągnie, końca nie ma. Nad głową widać cztery ogromne tęcze. Już kiedyś oglądała taki piękny widok, lecz nie może sobie przypomnieć, kiedy.

Vib, korzystając ze wsparcia dłoni towarzysza, osiąga pierwszy orgazm. W ekstazie wykrzykuje swoim boskim albo nieboskim ideałom zająkliwe dziękczynienia i zamiera. Po chwili podciąga się na rękach i wynurza z kanału pochwy. Podbrzusze blondynki jeszcze tańcuje oraz pulsuje. Kobieta wolno dochodzi do siebie. Mikrus opada na tłuściutki pagórek łonowy niczym na klubową kanapę, ciężko dyszy wsparty o udo i zmachany. Kolana ma na zewnątrz, podudzia nadal tkwią w środku. Nie przeszkadzają mu wstrząsy ciała partnerki.

– Dzięki, Franio, mój przyjaciu. Pirszy jajco wyciurlany. Cudni. Pani Agia, cudni cipusia. – Skrzat tylko błysnął do mężczyzny ślepiami z wdzięcznością. W błogim stanie jeszcze swobodniej rozparł się całym ciałem o kobiece udo.

Gospodarz klasnął w dłonie, aby zwrócić uwagę towarzysza. Uniósł palec i przysunął do mokrej gwiazdy odbytu blondynki. Potem wskazał na swojego kutasa. – Będziesz miał dużo ciaśniej, koleżko – mrugnął do malucha, mając na myśli kolejną penetrację.

Czując silne drganie łoża, Agnieszka uchyla nieco powiek, obserwując jak przyjaciel złazi z materaca i podchodzi do nocnej szafki. Szczęśliwa przymyka oczy oraz zapada w marzenia. Ciepło i pieczenie promieniuje z krocza. Czuje też lekkie kopnięcia w okolicach wejścia do pochwy, gdy Vib wymachuje stopami nadal zanurzonymi w cipie. Czuje się zaspokojona. „Mógłbyś, Franuś, przytulić się do mnie…” – myśli rozanielona. Chce wyrazić swoje życzenie na głos, ale tylko wzdycha.

Po chwili łoże znowu drga i blondynka czuje, jak obracają ją na brzuch. Kiedy Franek siada jej na udach, a męskie dłonie zgniatają pośladki oraz rozchylają ją, trzeźwieje. „Co on taki ciekawski? Świntuch! Czy on przypadkiem…? Nie łaskocz! Kurczę!”

– Nie. Nie! – szepce, unosi się na łokciach i próbuje zobaczyć, co jej prześladowca robi, choć już wie. Gdyby nie Vib, protestowałaby bardziej stanowczo. W obecności mikrusa wstydzi się. Zaciska mocno mięśnie. Nie wpuści intruza do środka, nawet mowy nie ma. Jak Franek może być tak bezwstydny przy tym małym wypierdku? Seks analny jest, zdaniem blondynki, dopuszczalny, aby urozmaicić nieco nudę małżeńskiej łożnicy, więc nie stanowi dla niej problemu sam w sobie. Ale udział w zbiorowym akcie sodomii to już absolutna przesada. Nie może się na to zgodzić. Co innego, gdyby Franek na osobności ją ładnie poprosił. Ale on wcale nie zwrócił się z prośbą. On chce wziąć bez pytania.

„Figę z makiem, z pasternakiem, Franuś! Jesteś świnia!” – myśli dzisiejszy gość Frankowej samotni.

Mężczyzna wyciska żel na żołądź członka i bez pośpiechu rozprowadza nawilżacz samym czubkiem po i tak dobrze mokrej gwieździe oraz okolicach. Czuje, jak Agnieszka się zaciska, a wejście zwieracza robi się mniejsze oraz bardziej wypukłe. „Oj, będzie bal.” Nie napiera. Niech się blondyneczka zmęczy. Znowu wyciska żel i ją łaskocze. I znowu. I znowu. Cały penis, tak jak kobiece, kurczowo zwarte wyjście, mające za chwilę zamieniać się w wejście, lśni od wilgoci smarowidła, które uczyni pobyt w szorstkim wnętrzu odbytu miłym dla odwiedzającego, znośnym dla gospodyni.

W polu widzenia jedynego otwartego oka Agnieszki pojawia się rudy mikrus z jajami jak u mikrego byka.

– Pani Agia. Pani Agia. Pani da dupcyć. Franio będzi z tobą delikatny dupcyć. Nie boić. On dobzy dupcy. Krzywdy nie będzi. A ja se do cipusi pociurlam. – Vib wali prosto z mostu jak to on.

„Ach, ty gnojku jeden! Znalazła się druga świnia. Jeden wart tyle samo, co drugi.”

Agnieszka czuje gorąco. Krew mało jej nie wytryśnie z policzków. Myśli gorączkowo, co zrobić i najgorsze jest to, że nic nie potrafi wymyśleć. Chyba tylko rozpłakać by się mogła, ale na siłę, bo do płakania wcale nie ma nastroju. Na dodatek łaskotliwy dotyk mężczyzny zamienia się w cierpliwy napór na zaciśnięte niemal do bólu miejsce, co oznacza, że szturm się zaczyna. Czuje poruszenia na udach, jej niedobry kolega przysuwa się nieco ku pośladkom i zwiększa nacisk. Niestety nie ma szans, aby się obronić. Zaraz ją zacznie boleć. Trzeba kapitulować, negocjować warunki.

– Franek! Ostrożnie! Boli! – kłamie jękliwie. – Powoli. Już się poddaję… Powolutku…powolutku… proszę…

Cieśnina otwiera się dla mężczyzny nieśmiało i można powolną oscylacją członka wbijać się do środka. Dopiero po przebrnięciu szorstkiego pierścienia, kiedy już nie potrzeba pomocy ręki pilnującej właściwego kursu penisa, Franek może ostrożnie ułożyć się na umiłowanej blondyneczce. Chętnie by wcześniej przywarł ustami do ucha przyjaciółki, żeby wybłagać ustępstwa fallicznymi prośbami (które są jeszcze bardziej durną odmianą fallicznych głupot wypowiadanych przez kochanków podczas miłosnych zmagań). Niestety konieczność użycia dłoni we wstępnej fazie penetracji nie pozwoliła, by dupczenie, jak Vib trafnie seks analny nazywa, rozpoczęło się całkiem po dobroci.

Tedy szepce blondynce wszystko naraz: przeprosiny, prośby oraz tłumaczenia, a to, co nieuniknione, dokonuje się powoli, w zgodzie z udawanym pojękiwaniem i pochlipywaniem właścicielki jelita, nadziewanego Frankową parówą. Męski wąż wpełza tak głęboko jak się da. Podbój małego, białego tyłka jest kompletny.

Ciała suwają się po prześcieradle. Mokry materiał ociera się o rozogniony srom kobiety. Robi się przyjemniej.

Oszołomiona wrażeniami Agnieszka pozwala się przepraszać oraz prosić. Para przyjaciół pieczętuje przeprosiny całusami, zgody cmoknięciami, a tłumaczenia przeplata figlami języków.

Teraz kolej na prośby. Kobieta sama już nie wie, co by jej bardziej odpowiadało. Czy opcja, aby ją kochanek zerżnął energicznie w tyłek (mężczyzna mruczy jej bezczelnie do ucha, że uwielbia ostre rżnięcie w ciasne, kakaowe „a–a-a”). Czy zawstydzające, sugerowane już wcześniej przez małego zboczeńca, ordynarnie nazywane, jebanie na dwa baty. O tyle korzystne, iż partner zapewnia, że trwałby wtedy nieruchomo w ciasnym wejściu (tłumaczy ten wariant bardzo obrazowo, prosto do ucha, ale akurat w pasywność Franka trudno blondynce uwierzyć), a całą pracę wykonałby rudojajcy Vib.

I tak źle, bo przy pierwszym wariancie kochanek mógłby jej łatwo sprawić ból w delikatnym kanale podczas energicznego, jak mruczał, rżnięcia; i tak niedobrze, ponieważ nigdy eksperymentu – w obie dziurki naraz i przez dwóch partnerów naraz, czym jej grozi wariant drugi – nie doświadczyła oraz doświadczyć nie chce, jak siebie sama bez przekonania przekonuje, bo zgoła inna teza wynika z różnych babskich, erotycznych marzeń. Skoro Agnieszka nie może podjąć decyzji, rozpustni towarzysze łoża decydują za nią.

Nie zdążywszy nawet jęknąć, czuje jak Franek przetacza się z nią po łożu i nagle Agnieszka odnajduje się na wierzchu z rozwartymi jak żaba udami, nadziana na męski pal, bezbronna. Uśmiechnięty od ucha do ucha rudojajcy mikrus podziwia z najbliższej odległości intymne, kobiece wdzięki („Bosz, widzi kutasa w moim… w mojej… , chyba zemdleję”). Vib skacze wysoko, aby rozmachać swoje wielkie worzysko z jądrami, jak przed pierwszojajecznym ciurlaniem. Innymi słowy podskakuje, aby wykonać klejnotami riki–tiki–tak i w ten sposób udowodnić „szczyt męskości” według szczeniackiego dowcipu, który się dziewczynie przypomniał, gdy zapomniał się jej zamiar omdlenia.

„No, teraz mały zuchu, chyba nie będziesz narzekał, że ‘luźni pizdusia’” – Franek z optymizmem przewiduje przebieg drugojajecznego ciurlania, choć dla niego, tak jak dla Agnieszki, to też pierwszyzna.

Rozdział piąty. Dwie tęcze ku pamięci.

Agnieszka jest senna przez całą powrotną podróż. Samochód chwilami podryguje, ale głównie kołysze usypiająco. Pasażerka podrzemuje na fotelu, jej umysł wałęsa się między jawą i snem. Trzeźwieje tylko czasami, gdy Franek zmienia kanał radio i powoduje nowymi dźwiękami krótki wstrząs dla uszu. Dziewczynki zachowują się cicho z tyłu. Pewnie znowu oglądają bajkę.

– Ach, ty gnoju! – słyszy warknięcie kolegi. Odmyka oczy i widzi czarną, luksusową B*** wciskającą się im przed nosem. No tak, prawo buszu. Tłok panuje na drodze. Ludzie wracają stadami z weekendu, w trakcie którego pogoda wyjątkowo dogadzała miłośnikom kąpieli słonecznych. Dziewczynki całymi godzinami pluskały się w dmuchanym baseniku, który wystawił im za dom Franuś oraz bawiły się rudowłosą lalką, może nadto szczegółowo pod względem anatomicznym wykonaną, którą im kolega sprezentował. No i oczywiście bez przerwy latały do królików; wyciągały je z klatek, każda swojego; karmiły; poiły; głaskały. Mieli wszyscy pojeździć na rowerach po okolicy, taki był przynajmniej plan, ale jakoś nikomu w te słońce nie chciało się ruszyć poza posesję.

Wypasiona B*** przed nimi hamuje gwałtownie oraz zjeżdża na pobocze. „Ojej, co się stało?” – dziwi się Agnieszka. Widzi, że przednia szyba czarnego samochodu jest cała biała od pęknięć. Jakby doszło do centralnego zderzenia.

– Widziałeś, Franuś? Cała szyba w tej B***… – pyta kolegę raczej retorycznie, bo przecież musiał widzieć, skoro prowadzi i winien w drogowym tłoku zachować uwagę.

– Widziałem gnoja. Dobrze mu tak. Myśli, że mu wszystko wolno – mruczy Franek. Wygląda na zadowolonego i mruga do niej wesoło.

Tego wieczoru jeszcze inny ścigant, tym razem także w luksusowym niemieckim aucie ale konkurencyjnej dla B*** marki, wepchnął się przed nich bezceremonialnie z lewego zjazdowego pasa, podczas gdy cały sznur pojazdów wlókł się cierpliwie prawym.

– Draństwo! – warknął kolega, ale nie trąbił. Agnieszka klepnęła przyjaciela lekko po ręce, aby się nie denerwował oraz próbowała ciekawie zajrzeć przez tylną szybę do wnętrza limuzyny, aby zobaczyć, kto jest kierowcą – niecierpliwcem. Okazało się, że auto przed nimi prowadzi facet, blondyn nieokreślonego wieku.

Kolejny incydent wydarzył się właśnie wtedy, kiedy patrzyła i widziała także czerwony kufer samochodu poprzedzającego intruza. Nagle szkło przed blondynkiem zabieliło się kompletnie, jakby uderzył w nie grad kamieni, przesłaniając czerwień lakieru poprzednika. Niemiecka bryka zaczęła natychmiast zjeżdżać na pobocze.

Minęli limuzynę blondynka o metr. Agnieszka aż się wychyliła, aby obejrzeć, co stało się z panoramiczną, przednią szybą. Wyglądała na kompletnie zrujnowaną. Będzie musiał biedaczek zaczekać na lawetę. A tak mu się śpieszyło.

Franek postukiwał rytmicznie w kierownicę i wyglądał na usatysfakcjonowanego. Nie przejawiał najmniejszego zdziwienia. Blondynce przemknęło przez myśl, że kolega musi mieć coś wspólnego z rozbijaniem szkła, ale zaraz ten pomysł odrzuciła, bo niby jak mógłby te przednie szyby tłuc będąc z tyłu. Przeczyłoby to wszystkim znanym jej prawom fizyki.

Dziewczynki na chwilę oderwały się od bajki. Może już wszystko obejrzały.

– Mamo, ale ładne były te króliczki. A ten krecik miał takie milusie futerko – stwierdziła Marysia, o dziwo porzucając swoją manierę dwulatki.

– Pojedziemy do wujka Frania za tydzień? – zapytała. Najwidoczniej podobał się jej weekend.

„Jakie króliczki, jaki krecik?” – Mężczyzna w pierwszej chwili nie zrozumiał. Przysłuchiwał się rozmowie córki z matką, która coś dziecku tłumaczyła i uśmiechała się przy tym do kolegi.

Agnieszka wyzwala się z senności, rozmawiając z Marysią. Tylko to dziwne uczucie w pochwie. Jakby jej ciało wiele przeszło i jeszcze do siebie nie doszło. Czuje także dziwne swędzenie w drugim wejściu. I ma spuchnięty, wyglądający w lustrze na nadgryziony, sutek, który ją pobolewa. Czuje się pełna energii, a jednocześnie bolą ją plecy, jakby sprzątała dom przez cały dzień. A przecież półtora dnia weekendu, jak pamięta, ciurkiem albo przespała, albo przedrzemała na leżaku. Trochę czasu spędzili wszyscy przy stole. Dopadł ją wilczy apetyt, a dziewczynki wprost żarły, aż musiała córy hamować, bo było jej wstyd przed Frankiem. Co w nie wstąpiło, tego nie wie. Ogólnie jednak pociechy cały czas zajmowały się sobą i miała od nich spokój. Dobre dziewczynki.

Spogląda na Franka. „Bosz, nie wygląda Franuś na swoje lata. Strasznie dobrze się trzyma” – myśli. Kierowca odpowiada spojrzeniem przyjaciółce, zdejmuje rękę z dźwigni zmiany biegów i ściska jej palce. Zwężają mu się źrenice. Patrzy na nią całkiem po męsku, jak prawie nigdy mu się nie zdarzało. Agnieszka czerwieni się.

— Czy my w nocy…? – pyta szeptem speszona, bo coś majaczy jej w głowie i zaraz przerywa, bo jak ona śmie zadawać tego typu pytanie. Co się z nią dzieje?

— Hmm. Odpowiedź jest niepotrzebna. Dzisiaj pytasz, bo nie pamiętasz. Ale prześpisz parę nocy, prześnisz kilka snów i powoli wszystko stanie się jasne. A co we śnie to jednak nie to samo co na jawie. Nie męczy tak sumienia – szepce niezrozumiale Franek.

— Masz być, Aguś, dzielna. Masz odbić męża. Dziewczynki potrzebują bezpieczeństwa i spokoju. I miłości… Będę w pobliżu, mówiłem… Ale chyba wyjadę, będę musiał wyjechać.

Agnieszka myśli o mężu. Tak, tak. Jeszcze dzisiaj do niego zadzwoni. I przekaże mu ultimatum. Albo ona albo ta nieznajoma rywalka. Co do tej stanowczej rozmowy nie ma żadnych wątpliwości. Wie, jak ją poprowadzić. Będzie dobrze.

Pożegnanie pod blokiem jest ciepłe. Wszystkie trzy, nawet Zuzia, przytulają się do mężczyzny oraz dziękują za gościnę.

– Dbaj o króliczki, wujku – prosi Marysia, która pójdzie w tym roku do zerówki.

Potem patrzą, jak Franek zawraca i odjeżdża skromnym, średniej klasy, samochodem.

To standardowa procedura na zakończenie weekendowych wizyt: Szikardon podstawia przeciętny, nie rzucający się w oczy, samochód. Wczorajszy, poranny epizod, z luksusowym autem-karetą w przedwojennym stylu, był wyjątkiem od reguły oraz oczywistym błędem, bo nie należy zwracać uwagi bogactwem i luksusem. Na szczęście bodyguard potrafił wymazać z pamięci pasażerek wspomnienia o wczorajszych szaleństwach: swoich, Frankowych i Vibowych.

W domu Agnieszki wszystko wygląda po staremu.

– Mamo, ale ładne te tęcze. To chyba nie zdarza się często, mamo, prawda? Muszę pokazać dziewczynom. – Zuzia przegląda zdjęcia w telefonie, a Agnieszka staje obok córki, aby zerknąć na wyświetlacz. Uwiecznione na fotce niebo z dwoma cieniutkimi półkręgami kolorowego zjawiska jest nieco zamazane. Kiepski aparat w komórce nie oddał w pełni uroku bliźniaczych tęczy, ale i tak jest to piękna pamiątka.

A więc jednak Franek nie kłamał. Kiedyś opowiadał, że widział dwie tęcze, wracając do domu samochodem. Ale zdjęcia nie zrobił i trochę mu nie wierzyła, bo jak to dwie tęcze? Takie rzeczy przecież się nie zdarzają.

KONIEC FRAGMENTU DLA NE.

—————————————————-

Tekst chroniony prawem autorskim. Opublikowany w witrynie najlepszaerotyka.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i publikacja w innej witrynie bądź przedruk tylko za zgodą autora.

.
Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

"KONIEC FRAGMENTU DLA NE."
Gdzie w takim razie można przeczytać dalsze losy bohaterów?

Drogi Anonimie,
Dzieło nie jest skończone niestety. Proces twórczy trwa powolutku…

Szkoda, ze to juz koniec. Fajna historia!

Absent absynt

Taa… gdyby nie podstępny eliksir, to i Franek i nurek waginalny (!) mieliby się z pyszna… bardzo nieładnie jest takich podstępów używać…:-)

Droga Miss,
Eliksir niezależnie od działania na krótką metę, przyniesie bohaterce wiele korzyści w dłuższym okresie czasu, a także wiele niespodzianek – no ale to już wykracza poza zakres epizodu, który opisałem.
Reasumując, korzyści wielokrotnie przewyższą… przyjemności zaznane ad hoc…
Czy cel może czasem uświęcić środki? 🙂

A więc (to bęc) to tutaj się podziewałeś drogi Karelu.

Co ja tu widzę! Oddajesz się nie lada akrobacjom z entuzjazmem małolata rzekłbym.
Bardzo ciekawy i niespodziewany tekst. Do tego zabawny.
Lekturę zacząłem od części drugiej i czytało mi się ją nieco lepiej niż część poprzednią.
Opis seksu-mowa tutaj o czII, śmieszny. Twoja chęć oderwania się od stereotypów i standardów literatury erotycznej czasem swą rubasznością zbija nieco napięcie zastępując je właśnie humorem. Mnie akurat nie jest wcale z tego powodu przykro. Ogólnie, gdyby owe opisy były tańcem z szablami to obawiam się, że bez kilku zacięć waść byś się nie obszedł, choć na pewno bez ryzyka wykrwawienia.
Bardzo podoba mi się mowa Viba, według mnie najlepszy element.
„Bladoskóre piersi” – czy nie starczyłoby „blade”?
A cóż to za wstydliwość z tymi markami samochodów, bardzo cudacznie to wygląda. B***, P*** dlaczego takie dziwolągi?
Gdzieś w pierwszej części jest też, że dwuśladów nie zabraknie w odniesieniu do rowerów, które są chyba jednośladowcami, no i te unikalne dwie tęcze w końcówce, które w sumie są przecież dosyć pospolitym zjawiskiem. W tym świecie przynajmniej J

Pozdrawiam

AS

Ps

Obrazek przy czII f a t a l n y.

Witam Cię, Kolego
Zdaje się, że miałeś tu ostre wejście. Jeszcze nie zorientowałem się, co i jak.
Blade czy bladoskóre – rzecz gustu, Blade można by uznać za metaforę w stylu "kiepskie". Z dwojga złego wolę bladoskóre, acz – przyznam – te określenie też jest takie sobie.
Gwiazdki są kaprysem – któż ich nie ma. A za wytknięcie dwuśladów dziękuję – masz rację.
Pozdrawiam,
Karel
P.S. Obrazki przy obu częściach są fatalne. Mają tę zaletę jednak, że nie przyciągają gimbazy 🙂

Napisz komentarz