Rudowłosa VI: Epilog (seaman)  3.55/5 (24)

55 min. czytania

Powrót do pełni sił był bolesny. Nie tak długi, jak można by się spodziewać – Hejnert zadbał już o odpowiednie specyfiki, przyspieszające leczenie – ale cierpienia nie dało się uniknąć.

– Bardzo mi przykro, dziecinko – szeptał czarodziej, ocierając Siilvie pot z twarzy. – Tak musi być. To jedyny sposób na odzyskanie zdrowia po zaklęciu, jakiego użyłaś. Ale nie martw się, już za kilka dni będziesz zdrowa, a twoje ciało wyjdzie z tego silniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.

Zwilżył czysty kawałek płótna i przyłożył materiał do spierzchniętych ust dziewczyny. Powoli, z wysiłkiem, zlizała wilgoć z warg. Nie da się ukryć, trzema słowami zaklęcia niemal udało jej się to, czego nie dokonali ani Nirgard, ani Jewrel.

– Swoją drogą musiało być bardzo źle, jeśli zdecydowałaś się na użycie czaru wzmocnienia – ciągnął mag cichym, usypiającym tonem. Pochylił swoją odmłodzoną, przystojną twarz nad leżącą. – Mam nadzieję, że było warto.

Kiwnęła nieznacznie głową. Jewrel. Było warto.

– To dobrze. Na nasze szczęście ani Nirgard, ani nawet Kuntz nie zdążyli zorientować się, kto i gdzie rzucił tak potężne zaklęcie. Jesteśmy bezpieczni. Teraz odpoczywaj. Ani słowa! – uśmiechnął się, widząc, że dziewczyna chce zaprotestować. – Przede wszystkim masz wyzdrowieć. A potem zajmiemy się ratowaniem świata.

Odwrócił się ku drzwiom. Jego szczupła sylwetka rozmywała się Siilvie przed oczyma. Dobrze, ojcze, pomyślała z przekąsem i zasnęła.

***

Przespała dwa dni i obudziła się dopiero trzeciej nocy po zabiciu Jewrela. Nie pamiętała zbyt wiele, co było normalne przy tak potężnym zaklęciu. Ale widok martwego bandyty miała wciąż przed oczyma. Nie czuła niczego poza ulgą. Zamknęła pewien etap w swoim życiu i było jej z tym dobrze.

Pokój, w którym się obudziła, był mały i surowo urządzony. Biegnący pod skosem strop dodatkowo ograniczał niewielką przestrzeń. Poza łóżkiem, nad wyraz dużym i wygodnym, w pomieszczeniu znajdowało się tylko jedno drewniane krzesło i niewielka miednica. Chwilę trwało, nim przypomniała sobie, gdzie się znajduje, i uśmiechnęła się do siebie. Czerwony Zamtuz Derei, najlepszy przybytek kobiecych wdzięków w stolicy. Pokój nie musiał być wygodny, od tego było łóżko.

Pulchna kobieta zdziwiła się, gdy otrzymała tajny list Hejnerta z zapytaniem o nocleg. Ale nie wahała się ani przez chwilę. Miała ku temu dwa powody. Wierzyła, że obydwoje z Siilvą działają przeciwko cesarzowi Rootselarowi, któremu wciąz nie mogła zapomnieć przypalanych żelazem pięt. Natomiast co do Kuntza i Nirgarda, nie interesowały jej strony tego konfliktu. W odniesieniu do kłótni między czarodziejami i skrytobójcami od zawsze trwała w swoistym zawieszeniu, ponad wszelkimi podziałami. Nawet dawno temu, gdy była jeszcze piękna i młoda, podczas wojny pomiędzy trzema gildiami, jej zamtuz był azylem, miejscem, w którym nigdy nie przelano ani jednej kropli krwi. Ten, którego przyjęła pod swój dach, był bezpieczny. Nie mogła niczego takiego zagwarantować żadnemu z gości poza progami burdelu, ale to Derei już nie interesowało.

Hejnert i Rudowłosa przybyli do Czerwonego Zamtuza w środku dnia, oczywiście w przebraniu. Nie odróżniali się niczym wyjątkowym od ludzi kręcących się po Dzielnicy Radości, jak – z oczywistych względów –  powszechnie nazywano tę część miasta. Ot, następny bogaty szlachcic przybył do stolicy pokazać swojej kochance wielki świat i popisać pojemnością sakiewki. Zamieszkali w burdelu, korzystając z gościnności Derei. Nie za darmo oczywiście, Derea była kobietą interesu i święcie wierzyła w zdrowe zasady ekonomii i siłę brzęczącej waluty. Mieli zapewnione bezpieczne schronienie, i to w stolicy Cesarstwa. To tutaj odbędzie się ostateczne starcie, wiedzieli o tym obydwoje. Matrona pokręciła tylko głową, gdy chcieli jej wyjaśnić, po co przyjechali.

– Staram się trzymać z daleka od politycznych rozgrywek – stwierdziła spokojnie. – Nie spotkałam jeszcze nikogo, kto by dobrze na tym wyszedł. Myśli taki, że złapał bogów za nogi, że pozjadał wszystkie rozumy, a po chwili stoi już przed trybunałem ze stryczkiem na szyi.

I było po sprawie.

***

Hejnert znalazł omdlałą Siilvę bardzo szybko, zanim Nirgard zdążył się zorientować, że jednak nie powinien aż tak bardzo polegać na Jewrelu. Tamtego dnia, kiedy Rudowłosa wybrała się w odwiedziny do Rootselara, czarodziej czuwał cały czas, martwiąc się o dziewczynę. I miał rację. Poczuł zawirowanie energii, gdy kobieta rzuciła potężne zaklęcie. Gdyby nie był tak skoncentrowany, może przegapiłby tę anomalię. Z miejsca zlokalizował nieprzytomną zabójczynię i przeniósł ją teleportem do zamtuza. A potem zajął się leczeniem.

Na szczęście czarodziej wiedział, co trzeba zrobić, by Siilvę szybko postawić na nogi. Kilka dni powinno wystarczyć do pełnego powrotu do zdrowia. Czarodziej wykorzystał ten czas na nawiązanie kontaktu z kilkoma sprzyjającymi mu kolegami w fachu. Wiedział, że aby zacząć myśleć o zmierzeniu się z Kuntzem, najpotężniejszym z nich wszystkich, będzie potrzebował wsparcia wszystkich magów, którzy odważą się stanąć po jego stronie. Nie zostało ich zbyt wielu; reszta albo zginęła, zabita przez siepaczy Vernego, albo przystała do jego stronnictwa.

Stary Dabert odpowiedział bardzo szybko, podobnie mieszkający daleko na północy Yensej. Poza nimi jeszcze trzech kolegów przysłało wiadomości, deklarujące chęć pomocy. Pozostali milczeli; najprawdopodobniej nie żyli, lub chowali się w norach. Czarodziej poprosił przychylnych mu magów o pomoc. Polegała ona na stworzeniu artefaktów według ściśle określonego planu, które były niezbędne w realizacji jednego, bardzo trudnego zadania. Dzięki nim powstanie szansa, że uda mu się przełamać wolę Kuntza i odebrać przeciwnikowi moc. Jeśli się nie uda, zginę, skonstatował bez smutku mężczyzna. Cóż, nie będzie to najgorsze z rozwiązań. Przecież, równie dobrze, jego adwersarz może pokonać Hejnerta i, na przykład, pozostawić przy życiu, by wykorzystać do eksperymentów. Mag wzdrygnął się bezwiednie. Zdecydowanie wolę śmierć, pomyślał. Bez dwóch zdań.

Trzy dni potem otrzymał wiadomość od Daberta. Stary czarnoksiężnik musiał ostro wziąć się do roboty, bo szybko odpowiedział, że wykonał zadanie. Następnego dnia jego wysłannik przywiózł czarny kryształ, klejnot pochodzący z jednego z barbarzyńskich królestw południa, Miagh. Z jednej strony działał on jako neutralizator negatywnych czarów, z drugiej – był sposobem na ucieczkę, swoistym ostatecznym rozwiązaniem. Po rozbiciu ciemnego kamienia powstawał portal, którym Hejnert mógłby umknąć, gdyby zrobiło się naprawdę źle. Niestety, był też haczyk. Przejście otwierało się do losowej destynacji, dzięki czemu nie można było przeszkodzić w przeniesieniu ani namierzyć punktu docelowego. Podróżujący ryzykował jednak bardzo dużo, bo mógł znaleźć się w miejscu jeszcze gorszym niż to, z którego chciał uciec. Pozostali magowie również odezwali się w ciągu kilku dni, przysyłając własne artefakty. Hejnert dostał miecz, wykonany z księżycowej stali, zdolny zabić niemal wszystko, co materialne – nawet taką bestię, jak sverne. Yensej przysłał małą buteleczkę z ciemnofioletowym płynem. Pochodzenie cieczy nie było znane nikomu poza przyrządającym ekstrakt czarownikiem, mieszkającym na zmrożonym wybrzeżu Morza Lodowego. Podobno był to wywar z jakiegoś obrzydliwego monstrum, żyjącego głęboko pod powierzchnią wody, skutej grubym, wiecznym lodem. Mikstura miała działanie paraliżujące i, z racji tego, że nikt poza Yensejem nie znał jej składu, nie istniało na nią żadne antidotum. Do trucizny Yensej dołączył kolczugę, wyplecioną z cieniutkich pasemek matowej stali. Hejnert wiedział, że oprócz dziwnego metalu użyto czegoś jeszcze, ale nie chciał wiedzieć, czego. Słyszał coś o włosach dziewic – samobójczyń i innych podobnych obrzydliwościach, ale jemu wystarczyło, że kolczuga spełniała swoje zadanie. Chroniła bowiem przed wszelkimi jadami i truciznami, które wymyślił człowiek i, jeśli w ogóle jakiś egzemplarz pojawiał się na sprzedaż, kosztowała równowartość niewielkiego księstwa. Rootselar miał podobno jedną. Hejnert żywił jedynie nadzieję, że Kuntza nie było stać na taki artefakt. Kolejnym bowiem prezentem był mały, kościany sztylet. Wyglądający bardzo niepozornie oręż wykonano z kości udowej człowieka, który miał pecha i został ukąszony przez czarnego skorpiona, zamieszkującego dżungle daleko na wschodzie kontynentu. Jako, że nigdy nie udało się żadnego z tych stworzeń zabić, ani tym bardziej schwytać żywcem, jedynym źródłem zdobycia choćby odrobiny tej trucizny było szybkie wydobycie jakiegoś fragmentu ciała ukąszonej ofiary, nim pod wpływem toksyny zdążyło się do końca rozpuścić. Organów wewnętrznych używano do sporządzania sproszkowanych trucizn, a resztki kości – do wyrobu broni. Coś takiego otrzymał teraz Hejnert. I, szczerze mówiąc, wcale nie był z tego powodu szczęśliwy. Gdyby mógł, zrobiłby wszystko, żeby uniknąć starcia z Kuntzem. Obawiał się jednak, że Rootselar nie poradzi sobie sam z potężnym magiem, nawet jeśli miał do dyspozycji całą potęgę Cesarstwa i wszystkich Mieczników. Opiekujący się Siilvą mężczyzna przypuszczał jednak, że Verne den Kuntz trzyma w zanadrzu jakąś niespodziankę i dlatego szykował się na najgorsze.

Czarodziej wszedł do pokoju, w którym spała rudowłosa dziewczyna. Leżała na plecach, z twarzą zwróconą ku niewielkiemu oknu. Odsłonięty policzek z pozostałościami blizny po oparzeniach był niemal całkowicie wyleczony, zresztą nie stanowił teraz problemu. Siilva niemal zginęła, wyzwalając czar wzmocnienia. Bo z magią było tak, jak z innymi rzeczami na tym świecie – nigdy nie ma nic za darmo. Im potężniejsze zaklęcie, tym wyższe koszty ponoszono. Oczywiście adepci sztuki magicznej poznawali techniki minimalizacji ujemnych skutków używania magii, ale następstw nigdy nie dało się uniknąć w całości. Zwłaszcza, kiedy bardzo silnego zaklęcia użyła osoba, która nie ukończyła żadnej z czarodziejskich szkół.

Mężczyzna przysiadł na skraju łózka i delikatnym ruchem przetarł spocone czoło Siilvy. Potem, równie ostrożnie, zmoczonym rąbkiem materiału nawilżył usta śpiącej. Poruszyła się pod wpływem jego dotknięcia, oblizała pełne wargi. Hejnert przypatrywał jej się jeszcze przez chwilę, po czym wyszedł z pomieszczenia. Lubił przebywać w pobliżu Siilvy, nawet kiedy spała. Nigdy nie czuł przywiązania do nikogo na tym świecie; rodziców nie znał i nie widział nigdy na oczy. Będąc magiem, nie miał dotąd żadnych prawdziwych przyjaciół, bo koledzy po fachu byli równie nieufni i zazdrośni jak on sam, a zwykli ludzie po prostu się go bali. Lub nienawidzili. Albo pogardzali nim. W zależności od urodzenia, bogactwa i inteligencji.

Z nią było inaczej. Od momentu poznania Siilvy czuł do niej sympatię. Roxoe nakazał staremu druhowi opiekować się młodą dziewczyną i Hejnert tak czynił. Jak ojciec, albo dziadek. Jednak od dnia, w którym został zmuszony do zamiany ciała na młodsze, pojawiło się coś jeszcze. Dziewczyna, kobieta właściwie, przestała być jedynie współpracownikiem, protegowaną. Zwłaszcza, gdy z wielkim trudem odratował jej urodę, zniszczoną przez ogień w Oberży pod Rogami Byka. Nie zadurzył się, o tym nie mogło być mowy. Ale zaczął zwracać uwagę na drobiazgi, jakich wcześniej nie widział. Przy rekonstrukcji ust zauważył, jakie są kształtne i pełne. Odtwarzając skórę twarzy i szyi dostrzegł jej miękkość i delikatność. Całe tygodnie spędzał przy nagim ciele Siilvy, podczas gdy ona ćwiczyła nową siebie w walce na miecze. Nie zakochał się, pomyślał ponownie. Ale zrozumiał, co sprawia, że mężczyźni tracą głowę dla niewiast. Bo okazało się, że poza hartem ducha i błyskotliwym umysłem, Siilva ma jeszcze piękne ciało.

Czarodziej potrząsnął głową, stojąc w ciemnym przejściu. Po pierwsze, pomyślał, musisz skupić się na najważniejszym, czyli na wyleczeniu dziewczyny. Po drugie, i tak niedługo obydwoje zginiemy, więc nie ma się nad czym zastanawiać.

Ale myśl pozostała i nie chciała opuścić głowy Hejnerta.

 ***

W końcu Siilva obudziła się na tyle silna, że mogła sama zjeść posiłek. Wprawdzie była to rzadka zupa z kury, ale dziewczyna poczuła się znacznie lepiej. Po pierwsze, ciepły płyn w żołądku dodawał wigoru. Poza tym, w końcu mogła chociaż zjeść coś bez niczyjej pomocy. Hejnert siedział przy niej przez cały czas, jakby obawiał się, że kobieta upuści miskę z zupą i poparzy sobie brzuch. Wyrzuciła go z pokoju razem z pustą miską, wzywając Dereę. Gdy pulchniutka matrona stanęła w drzwiach, Siilva poprosiła ją o przygotowanie kąpieli i jakąś mądrą służkę do wyszorowania pleców.

Z ulgą zanurzyła się w parującej wodzie, czując jak z każdą chwilą wraca jej chęć do życia. Przysłana przez Dereę dziewczyna stała cicho z boku, czekając na instrukcje. Siilva przymknęła oczy i długo leżała bez ruchu. W końcu spojrzała na służącą.

– Jak ci na imię? – spytała.

– Jagódka, pani – odpowiedziała cicho dziewka. Siilva skinęła na nią palcem.

– Chodź – mruknęła. – Umyj mi włosy.

Przez chwilę milczały, gdy służka wcierała mydło w rude loki kąpiącej się kobiety.

– Co mówią na mieście? – Młoda dziewczyna drgnęła, zaskoczona pytaniem.

– To znaczy? – bąknęła.

– To znaczy, co mówią na mieście – powtórzyła Siilva cierpliwie.

– No… nic, pani. Znaczy, nie wiem, co masz na myśli, pani.

– Daj spokój. Na mieście zawsze coś mówią.

Służąca wzruszyła ramionami. Woda parowała i miło drażniła zmęczoną skórę, palce Jagody zwinnie rozczesywały mokre włosy.

– No… mówią, że jakieś zbiry się pobiły na kamienistej plaży pod pałacem – odpowiedziała po chwili dziewczyna. – Podobnież… straszna tam jatka była. Tak mówiła córka piekarza, gdy wczora z chlebem przyjechała. Że niby dużo krwi i w ogóle. Jak w rzeźni.

– Jak w rzeźni – powtórzyła cicho Siilva. – A poza tym, co mówią?

– Że… że wojna będzie, bo się pan grabia Tarden o cosik na najjaśniejszego cesarza pogniewał. Że z wojskiem ruszył i wkrótce tu będzie.

– Wojna, powiadasz? To chyba niedobrze.

– Pewnie, że niedobrze – potwierdziła z przejęciem Jagoda. – Wojna zawsze nieszczęście przynosi.

– Tu masz rację, bez dwóch zdań. Ale zostawmy politykę potężnym tego świata. Co w zamtuzie słychować. Plotki jakieś?

Służąca zawahała się na moment.

– Dziewczęta mówią… że pan Hejnert bardzo przystojny jest teraz. Ja tam nie wiem, na mężczyznach się nie znam – dodała szybko, jakby bała się wcześniej wypowiedzianych słów. – Ale że jakiś dziwny, bo z żadną nie chciał… wie pani. No, nie chciał.

Siilva zerknęła z rozbawieniem na zaczerwienioną dziewczynę. Ile ona może mieć lat? Czternaście? A już pracuje w burdelu. Ciekawe, ile czasu minie, nim awansuje ze służącej na wyższe stanowisko. Bo ładna jest na tyle, że na pewno się nada.

– A to takie dziwne? Że nie chciał?

Zapytana spłoniła się jeszcze bardziej.

– Mówią, że tak. Bo bywał tu już nieraz, czy to prywatnie, czy też służbowo. I zawsze korzystał z uciech tak, jak zdrowy chłop. Mimo, że był ponoć stary. Czy to prawda, pani? Że czarodziej może być czasem starszy, a czasem młodszy?

– Jak widać, prawda – odparła Siilva. – Nie pytaj mnie, w jaki sposób. Próbował mi to wytłumaczyć, ale poprzestałam na stwierdzeniu faktu, że to po prostu możliwe. I mówią, że przystojny? A co myślą o jego wstrzemięźliwości?

– O czym, pani?

– No, że nie chce. Z żadną.

Jagoda zamilkła. Siilva czekała cierpliwie na odpowiedź, aż w końcu zerknęła na służkę.

– A z tobą co? Język ci odjęło?

Dziewczyna uciekła wzrokiem w bok, najwyraźniej spłoszona.

– No… bo mówią – bąknęła w końcu – że pan Hejnert zakochany chyba. Bo tylko taki mężczyzna by w burdelu wytrzymał tyle dni bez… no wiesz bez czego, pani.

– No, wiem – odpowiedziała, rozbawiona. – A niby w kim on taki zakochany, co? W szanownej Derei?

Jagoda znowu odwróciła głowę i zamilkła.

– No mówże, dziewczyno. Co się stało, kot ci na język nasikał, ze nie potrafisz wydusić z siebie słowa?

Służąca w końcu odważyła się otworzyć usta.

– No, bo dziewczyny gadają, że pan Hejnert całymi dniami nic nie robi, tylko u pani w pokoju przesiaduje, czoło ociera, poliki zwilża, a na żadną z nich nawet nie spojrzy. A przecie niektóre z nich to ładne są takie, że grafy i hrabiowie do nas przychodzą specjalnie dla nich. A pan Hejnert nawet nie złapie za tyłek, ani nic. Znaczy – zakochany.

Siilva z irytacją plasnęła dłońmi w wodę.

– Zakochany, srany – warknęła pod nosem. – Te twoje dziewczyny niech lepiej się do pracy wezmą, za tych grafów i hrabiów, bo z nudów to im się całkiem w głowach pomieszało.

– Tak, pani. Oczywiście, pani.

Przez dłuższą chwilę trwała cisza, przerywana jedynie chlupotem wody, gdy Jagoda spłukiwała gęste włosy kąpiącej się kobiecie.

W końcu Siilva nie wytrzymała.

– To przecież normalne, że się mną opiekował – rzuciła. – Chora byłam.

– Tak, pani. Oczywiście, pani.

– Każdy by się tak zachował – ciągnęła Rudowłosa, jakby nie słysząc odpowiedzi młodszej dziewczyny. – Przecież znamy się bardzo długo. Ja zrobiłabym dla niego to samo.

– Tak, pani. Oczywiście.

– Głupoty gadają te twoje dziewczyny, ot co.

– Tak, pani. O… – zaczęła Jagoda, po raz czwarty energicznie potrząsając głową.

– No – Siilva przerwała jej w pół słowa – to dobrze, że się zgadzamy. Nie ma o czym mówić. Bo to absurdalne. I kompletnie bez sensu. Zawracanie głowy. Zwłaszcza teraz, gdy… Zupełnie niepotrzebne odwrócenie uwagi od rzeczy najistotniejszych – kobieta mówiła już chyba do siebie, bo zupełnie nie zwracała uwagi na służkę, która stała z otwartymi ustami, przerażona tym, że wygadała się przed Siilvą. – A teraz nie ma czasu na takie głupoty. Hejnert powinien zdawać sobie z tego sprawę. Jest mądrym magiem. A do tego inteligentnym mężczyzną. I całkiem przystojnym, to prawda. Od niedawna, znaczy. Ale to nie jest zaraz powód, żeby wymyślać takie bzdury. Ech, chyba muszę pogadać z Dereą, żeby zagoniła te swoje dziewczęta do jakiejś roboty, choćby do zmywania garów, bo coś strasznie im się nudzi. A wiadomo, pracownik znudzony zaczyna mieć głupie pomysły. Tyle się teraz słyszy o tych dziwacznych wynalazkach: rzemieślnicy zakładają te swoje gildie, piekarze tworzą jakieś spółdzielnie. To może i dziwki założą jakiś związek wolnego zawodu czy coś w tym guście. O, nawet mam nazwę: związek zawodowy. Brzmi całkiem, całkiem. Muszę ostrzec Dereę. Dziękuję ci, Jagódko, że mi o tym wszystkim opowiedziałaś. Muszę to wszystko wyprostować.

Oczy służącej, które od dłuższej chwili robiły się większe i większe, nagle uciekły jej do tyłu głowy i znikły pod drżącymi powiekami. Dziewczyna zwiotczała i opadła na wilgotną podłogę, szeleszcząc suknią. Dopiero w tym momencie Siilva przerwała monolog i spojrzała ze zdziwieniem za siebie.

– A tobie co? Za gorąco się zrobiło? – spytała ze zdziwieniem w głosie. – To pewnie przez to gadanie o Hejnercie. I o tych wszystkich grafach i hrabiach. Matko, co ja teraz z tobą zrobię?

Kobieta wylazła z drewnianej balii, ociekając wodą.

– Obudź się, dziewczyno, obudź! Bo naprawdę będę musiała zawołać Dereę. Diabli nadali!

***

Dwa dni potem Siilva stwierdziła, że jest w pełni sił. Hejnert oponował, chciał ja zmusić do powrotu do łóżka, ale zrezygnował, gdy warknęła na niego z wściekłością. Od czasu rozmowy z Jagodą kobieta czuła się trochę dziwnie w obecności czarodzieja, on też sprawiał wrażenie spiętego. Po namyśle stwierdziła, że wszystkiemu winien jest stres związany z przyjazdem do Eerstel. Jakby na potwierdzenie jej domysłów, poczuła się znacznie swobodniej, gdy po wieczerzy rozmowa zeszła na temat planów na najbliższą przyszłość.

Siedzieli w pokoju czarodzieja, niewiele większym od jej kwatery, choć wyposażonym w niewielki stolik i dwa krzesła. Pochylili się nad mapą Cesarstwa i Hejnert opowiadał, przesuwając palcem po pergaminie.

– Graf Tarden wyruszył z Werden i zmierza do stolicy. Wedle moich informacji stanie pod murami miasta pojutrze. Nikt nie wie, jakie są jego zamiary, chyba nawet Rootselar nie jest już niczego pewien. Zastawiam się, jak możemy wykorzystać tę sytuację, choć szczerze mówiąc wszystko to działa raczej na korzyść Kuntza. Cesarz musi zająć się rozjuszonym hrabią, co odciąga jego uwagę od knowań na dworze. Obawiam się, że wszystko rozstrzygnie się w ciągu kilku najbliższych dni.

Mężczyzna mówił dalej, ale Siilva nie potrafiła się skupić na jego słowach. Od kiedy zaczął używać pachnideł, zastanawiała się przez cały czas. Nie mogła też zdecydować, czy podobają jej się perfumy, jakimi niewątpliwie skropił się mag. Wszystko przez głupie, babskie gadanie, westchnęła w myślach, potrząsając głową.

– Co się stało? – spytał czujnie Hejnert, przerywając przemowę. – Nie zgadzasz się z moimi założeniami?

– Ech… nie, nie o to chodzi – mruknęła, zmieszana. Cholera jasna, co się ze mną dzieje? Chyba jeszcze do końca nie wydobrzałam.

– Źle się czujesz? – Wyczuła w jego głosie troskę. – Nie chcę cię zamęczać, może przełożymy to…

– Nie, wszystko w porządku – przerwała mu tonem troszkę bardziej oschłym, niźli chciała. – Mów dalej.

Zmieszał się i zamilkł na moment.

– Jeśli moje towarzystwo cię drażni – zaczął cicho – to…

– Nie. Przepraszam cię – odparła szybko, kładąc dłoń na ramieniu mężczyzny. – Jestem jakaś… rozkojarzona. To moja wina. Może faktycznie powinnam się położyć, sama nie wiem.

Nie odsunął ręki, choć wcześniej zawsze tak robił. Dotychczas wolał zachowywać dystans, profesjonalną przyjaźń, jak zwykł to określać. Przez chwilę patrzył na nią z uśmiechem, po czym odwrócił wzrok.

– Dobrze, tak zrobimy – stwierdził znanym jej już, pewnym tonem. – Porozmawiamy jutro.

Złożył mapę i wstał.

– Chcesz, żebym… – odchrząknął, zamilkł. – Mam cię odprowadzić do pokoju?

– Nie, dziękuję. Sama trafię.

Zamknęła za sobą drzwi i odetchnęła głęboko. To była najdziwniejsza rozmowa z Hejnertem, jaką pamiętała. Co mu się stało? I co działo się z nią?

Cholerne baby i ich gadanie.

***

Nie mogła zasnąć. Biła się z własnymi myślami, szaleńczo pędzącymi przez głowę. Zastanawiała się, co zdarzy się za kilka dni, by po chwili przypomnieć sobie zmieszanie Hejnerta, gdy szorstko się do niego odezwała. I tak w kółko. W końcu usiadła na łóżku, zła na siebie. Może środek nocy to nieodpowiednia pora na rozmowę, ale musi pewne rzeczy wyjaśnić. Nie jest w końcu jakąś tam zwykłą, pierwszą lepszą mieszczką, bojącą się własnego cienia. Nazwisko de Rocrey do czegoś zobowiązuje, stwierdziła. Obudzi Hejnerta i wyjaśni całą sprawę, raz a dobrze. Muszą się skupić na Kuntzu, skończyć z tym dziwacznym zachowaniem. Zupełnie, jak para gówniarzy. Nagle przypomniał się dawny przyjaciel. Nie, ktoś więcej. Leio. Czemu pomyślała o nim akurat teraz? Zacisnęła zęby. To jeszcze jeden powód, by poważnie porozmawiać z Hejnertem. Obydwoje są dorośli, on jest zresztą dużo od niej starszy… chociaż teraz tego w sumie nie widać. Przynajmniej raz magia przyniosła pozytywne efekty, parsknęła śmiechem.

Wstała i owinęła się miękkim szlafrokiem, który dostała od Derei. Miły dotyk grubej tkaniny działał kojąco, Siilva poczuła, jak determinacja zaczyna ją opuszczać. Nie, musi to wyjaśnić, raz na zawsze. Zamknęła za sobą drzwi i ostrożnie, nie chcąc obudzić żadnej z odpoczywających kurtyzan, przemknęła ciemnym korytarzem do drugiego skrzydła budynku, gdzie mieszkał czarodziej.

Cicho zapukała. Ku jej zaskoczeniu od razu otworzył. Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, po czym wpuścił ją do środka. Usiadła na krześle.

– Co się stało? – spytał z troską. Przyłożył Siilvie dłoń do czoła. Miał przyjemnie chłodne palce. – Jesteś cała rozpalona. Czy źle się czujesz?

– Nie – odparła, czując jak pewność siebie uchodzi z niej z każdym oddechem. – Wszystko w porządku. Chciałam tylko…

– Nie wydaje mi się – burknął. – Cała drżysz. Jakbyś miała gorączkę.

Do ciężkiej cholery, czy możesz przestać mnie zawstydzać? Ale chyba nie słyszał jej myśli, bo dotknął jej policzków, a potem przesunął ręce niżej, na szyję.

– Chciałam z tobą porozmawiać – zaczęła cicho. Usiadł na skraju łóżka, naprzeciwko niej. Słuchał z uwagą.

– Jedna ze służących powiedziała mi… Nie, nie tak. – Zamilkła na moment, po czym podjęła: – zauważyłam, że ostatnio dziwnie się zachowujesz…

– Dziwnie? – spytał, odchylając lekko w tył. Na parapecie okiennym płonęła pojedyncza świeca i jej blask nie wystarczał, by rozproszyć półmrok nocy, ale Siilvie wydało się, że dostrzega rumieniec na policzkach mężczyzny.

– Tak, dziwnie – rzuciła. – Ale to nic złego… To znaczy, ja wiem, że ja też… – brnęła coraz dalej, czując że nie jest w stanie wydusić z siebie ani jednego sensownego zdania. – A to przecież zupełnie bez sensu…

W końcu zamilkła. Stara baba, pomyślała ze złością, a nie potrafię powiedzieć tego, co myślę. Choć nie była już taka pewna, że wie, co chce powiedzieć. Hejnert milczał przez chwilę, po czym odezwał się cicho.

– Wiem, o czym myślisz. Masz rację, to zupełnie nie ma sensu. Ja… jestem trzy razy starszy niż ty. Chociaż nieźle się trzymam. – Obydwoje uśmiechnęli się w tym samym momencie. – Ale zbyt dużo nas łączy… i dzieli, jeśli już o tym mówimy. Zresztą, pewnie za tydzień obydwoje będziemy martwi, więc i tak nie ma o czym mówić.

– Nie ma o czym mówić – powtórzyła, po czym pochyliła się i pocałowała go, ku obopólnemu zaskoczeniu. Zawahał się tylko na ułamek sekundy, po czym objął Siilvę i przygarnął do siebie. Szeptali cicho bez ładu i składu, gdy ściągał z niej miękki szlafrok, odsłaniając pełne piersi, obsypane mrowiem bladych piegów. Zwinnie rozsznurowała wiązanie jego koszuli i przylgnęła do jego nagiego torsu. Mężczyzna sięgnął niżej, poszukując dłońmi krągłości pośladków. Polecieli do tyłu, na łóżko. Siilva wsparła się o drewniane wezgłowie, modląc się w duchu, by mebel nie zaskrzypiał. Nie wiedziała dlaczego, ale wydawało jej się, że muszą być bardzo cicho, że są podsłuchiwani przez cały burdel i wszystkie pracujące w nim kurtyzany. Hejnert rozsunął nogami jej uda i poczuła sztywność jego członka, szukającego wejścia do jej ciała.

– Jeszcze nie – szepnęła. Nie chciała, by zabrzmiało to dwuznacznie, więc znowu pocałowała wpatrzonego w nią czarodzieja. Pragnęła go, lecz jeszcze nie w tej chwili. Najpierw zakąska, danie główne potem, pomyślała.

Zsunęła się niżej, ku jego biodrom. Męskość czarodzieja sterczała dumnie przed jej twarzą. Kobieta polizała wnętrze dłoni i zaczęła masować naprężonego kutasa, mrucząc przy tym niczym kotka. Patrzyła w górę, na twarz Hejnerta, napawając się jego podnieconą miną. Mężczyzna przymknął oczy i oddał się pieszczotom kochanki. Gdy Siilva stwierdziła, że oręż maga jest zadowalająco duży, polizała delikatnie czubek napęczniałej żołędzi. Hejnert jęknął, czując dotyk ciepłego języka, błądzącego po najwrażliwszym z miejsc. Dziewczyna nie czekała na dalsze zachęty, pochyliła głowę i połknęła czerwoną żołądź, nie przestając masować sztywnego członka ręką. Rozchyliła usta jak mogła najszerzej, chcąc pochłonąć pulsującą lancę jak najgłębiej. Mężczyzna ponownie jęknął, bo udało jej się dotrzeć niemal do końca jego męskości. Czuła, że zaraz się zakrztusi, ale nie poddawała się chwilowej słabości, pragnęła, by zdał sobie sprawę, jak dużo jest gotowa dla niego zrobić. W końcu musiała ustąpić, wyjęła błyszczącego członka spomiędzy warg, jej ślina poznaczyła skórę czarodzieja mokrymi śladami. Oddychała ciężko, z kącików oczu ciekły jej łzy, lecz tego właśnie chciała – żeby poczuł, jak bardzo jest w tej chwili pożądany. Znowu połknęła drżącą męskość czarodzieja, wpychając ją sobie głęboko w usta. Hejnert sapnął głośno, złapał dziewczynę za ogniste loki i docisnął do własnego krocza, pragnąc przedłużyć rozkosz. Zakasłała, dławiąc się jego wydzieliną a on, chyba przestraszony, puścił Siilvę i uniósł do siebie, szepcząc słowa przeprosin.

– Nie musisz, lubię to – odpowiedziała cicho, ale nie dał jej dokończyć i pocałował mocno. Jedną ręką obejmował kochankę, wpychając niecierpliwe palce między jej pośladki, drugą dłoń zacisnął mocno na jędrnej piersi. Znalazł stwardniały sutek i zgniótł go bez litości, ale tego właśnie pragnęła. Jęknęła głośno. Słysząc to, mag pochylił się i ugryzł ciemnoróżową brodawkę, czym przyprawił Siilvę o nowy dreszcz pożądania. Chciała go teraz, gwałtownie i bez zwłoki, co oznajmiła mu wprost do ucha. Spełnił jej żądanie i wcisnął czubek członka między mokre od kobiecych soków wargi sromu kochanki. Nadziała się na twardość członka, kąsając maga w ucho. Z łatwością wszedł w jej wilgotne wnętrze. Dziewczyna pochłonęła go z cichym westchnięciem, czuła jak rozpycha się w ciasnym, dawno nie używanym miejscu. Uniosła biodra i opadła na łóżko, nabijając się na niego do samego końca. Zespoili się w jedno, zgodnie poruszając się we wspólnym rytmie. Hejnert położył ręce na wąskiej talii Sillvy, docisnął kochankę do siebie jeszcze mocniej. Nie mogli się zatrzymać, ważne były tylko szeptane w półmroku namiętne słowa, jego napęczniała męskość wewnątrz jej spragnionego ciała i dłonie, poszukujące najwrażliwszych miejsc. Po chwili to ona odnalazła jego piersi i zacisnęła palce na ciemnych brodawkach maga. Syknął, ale było to przyjemne uczucie, mieszanka bólu i podniecenia. Złapał za grzywę jej włosów i pociągnął mocno, odginając głowę Siilvy do tyłu. Ta gwałtowna zachłanność, poszukiwanie bólu i płynącej z niego żądzy wynikały chyba z tego, co powiedzieli sobie wcześniej; nie wiedzieli, co stanie się nazajutrz, być może nie będzie im dane dożyć następnej nocy. Chcieli więc skorzystać z tej, która właśnie trwała, dać drugiej osobie jak najwięcej rozkoszy i otrzymać od niej przynajmniej tyle samo.

Raptem przetoczyli się po sienniku i teraz to Hejnert leżał na kochance. Objął jej krągłe piersi, niecierpliwie zacisnął na nich palce i tym samym unieruchomił kobietę, przejmując pełną kontrolę. Nie silił się już na czułości, chciał ją tylko zdobyć, ujarzmić jak dzikiego rumaka, zostać jej panem. Prężyła się pod nim jak nieokiłznane zwierzę, jakby starała się wyswobodzić, choć tak naprawdę było jej w tej chwili tak dobrze, że pragnęła tylko jednego – by ta chwila nigdy nie przeminęła. Wbijał się w nią mocno, bez litości, szukał członkiem dna jej wilgotnego wnętrza. Siilva odpływała, traciła kontrolę nad ciałem i duchem. Wzywała bogów na pomoc, prosiła o więcej, chciała żeby przyspieszył i nigdy nie przestał. Nie zamierzał. Rżnął ja tak mocno, jak tylko potrafił. I, choć nie mógł tego wiedzieć, dawał jej tyle rozkoszy, że zapamiętała tę noc do końca życia. Złapała za nogi i rozszerzyła je tak mocno, jak tylko mogła; pragnęła, by wszedł w nią jeszcze głębiej. Bogowie, co za widok, przemknęło czarodziejowi przez głowę między jednym pchnięciem a drugim. W końcu jęk dziewczyny przeszedł w głośny, niepohamowany krzyk, gorący orgazm obezwładnił jej ciało. Zacisnęła na nim uda, nie wypuszczając z siebie, i chłonęła każdy moment cudownego spełnienia. Zamarł na chwilę, utkwił głęboko w środku, zapatrzony w przeżywającą ekstazę kobietę.

Gdy emocje opadły i Siilva odzyskała siły, otworzyła oczy. Hejnert pochylał się nad nią i przyglądał z czułością. Zawstydził ja wzrok mężczyzny, bezwiednie zasłoniła ramionami piersi, po czym parsknęła śmiechem. Mag opadł na poduszki obok niej, szczerząc zęby.

– Wiedziałem, że jestem dobry – mruknął z błyskiem w oku. – Ale że aż tak?

– Zaraz zobaczymy, kto jest lepszy – parsknęła, wślizgując się między jego nogi. Członek mężczyzny pachniał i smakował inaczej niż na początku. To ja tak smakuję, pomyślała po chwili, gdy tkwił już w jej ustach. Nie przeszkadzało jej to, że zlizuje własną wilgoć z męskości maga, najważniejsze było, że mogła go pieścić. Chciała połknąć go w całości, udławić się na twardej żołędzi i dać mu tyle rozkoszy, ile otrzymała. Bawiła się sztywnym kutasem, drażniąc delikatną skórę językiem i wargami. Gryzła i całowała wrażliwy czubek, zaciskała dłoń na twardej nasadzie. Jej ślina, zmieszana z męskimi sokami, błyszczała na udach Hejnerta, który wyprężył się i leżał nieruchomo, z dłońmi zaciśniętymi na pościeli. Szybko poruszała ręką, jej wprawne usta pracowały intensywnie, chcąc utrzymać ten sam rytm. Wiedziała, że kochanek jest już na krawędzi orgazmu, jego męskość napuchła jeszcze bardziej, a na języku poczuła słonawy smak. Jeszcze moment, kochany, nie musisz się bać. Nie przerwę w tym momencie.

Jakby usłyszał jej myśli. Jęknął rozdzierająco i wypchnął biodra w górę. Siilva niemal zadławiła się zalewającym jej gardło płynem, ale nie odpuściła. Znów poczuła łzy na policzkach, z trudem łapała powietrze i robiła to, co potrafi zrobić jedynie prawdziwie oddana kobieta. Połykała jego orgazm, starając się nie uronić najmniejszej kropli. Hejnert opadł na łoże, wyczerpany i spocony, a Siilva nie wypuszczała pulsującego członka z ust i spijała ostatnie resztki jego nasienia. Po chwili uniósł ją do siebie i pocałował mocno, smakując własna rozkosz z jej kształtnych warg. Zasnęli przytuleni, nie zważając na chłód nocy i ciekawość podsłuchujących sąsiadek.

***

Ranek przyniósł radosne przebudzenie, pełne namiętnych słów i kolejnych rozkoszy. Wyszli z pokoju późno, tuż przed południem, i poprosili służbę o śniadanie, nie zważając na spojrzenia i uśmiechy mijanych kurtyzan.

Niestety, rzeczywistość przypomniała o sobie bardzo szybko. Przybrała postać pulchnej Derei, która bez pukania i zbędnych formalności weszła do pokoju Hejnerta. Matrona zdawała się nie przejmować nagością obojga, co w sumie, z racji wykonywanej profesji, było zrozumiałe. Usiadła na skraju skotłowanego łóżka i sięgnęła po ostatnią bułeczkę, jaka ostała się na talerzu przyniesionym wcześniej przez służące.

– Cieszę się – zaczęła z pełnymi ustami – że noc minęła spokojnie. Że szanowna panna de Rocrey wraca do sił.

– A czemu moje samopoczucie daje ci tyle radości, Dereo? – spytała Siilva podejrzliwie. Lubiła właścicielkę zamtuza, jednak coś w głosie matrony wywoływało niepokój.

– Cóż, każdy ma prawo do odrobiny odpoczynku, ba! Urlopu nawet. – Kobieta wzruszyła ramionami. Zamilkła na chwile, analizując własne słowa. – No, może troszkę przesadziłam. Moje dziewczęta na urlop nie mają raczej co liczyć. Ale wracajmy do tematu. Wieści przynoszę.

– Jakie? I od kogo? – odezwał się Hejnert, do tej pory milcząco skrywający własną nagość pod kołdrą.

– Ważne, mości czarodzieju. I z samej góry je przynoszę, że się tak wyrażę. Od wielmożnego cesarza Rootselara.

Siilva i mag milczeli, zaskoczeni. Nie wiedzieli, że Derea jest cesarskim szpiclem.

– Spokojnie, spokojnie – odezwała się matrona, widząc miny obojga. – Nic wam nie grozi. Pewną część informacji zachowuję dla siebie, jednakże… – kobieta zamilkła na chwilę, w ciszy zapatrzyła się na dachy domów, widoczne zza małego okienka. – Jednakże po ostatniej przygodzie z naszym wspólnym znajomym, Giddionem Monne, zostałam poproszona przez Rootselara o pomoc. Nasz szanowny, sadystyczny cesarz życzył sobie, żebym przekazywała wskazanym przez niego osobom wiadomości o innych, wskazanych przez niego osobach. Szczerze mówiąc, nie byłam w sytuacji, w której można negocjować zasady takiej współpracy, toteż przystałam na jego warunki. Nie muszę chyba dodawać, że wy należycie do grupy ludzi, którymi nasza cesarska mość interesuje się dość mocno – Derea parsknęła nerwowym śmiechem, a po chwili raz jeszcze umilkła.

– Nie będę wyjaśniać więcej, bo nie ma czego – rzuciła na koniec oschłym tonem. – Możecie potępiać mnie, ile tylko chcecie. Mam to gdzieś. Dla mnie najważniejsza jest możliwość spokojnego prowadzenia biznesu, bezpieczeństwo moje i dziewczyn, które dla mnie pracują. Tak czy inaczej, przyszedł do mnie dziś jegomość i przekazał następujące wieści. Instrukcje, rozkaz albo prośbę, zwać to można na wiele sposobów. Otóż graf Tarden dziś lub jutro stawi się pod murami miasta. Cesarz, miłując pokój i własnych poddanych ponad wszystko, prosi was, oboje, o stawienie się jak najszybciej w Twierdzy na Wzgórzu. W celu mi nieznanym, lecz domniemam, że ma to coś wspólnego i z Tardenem, i z naszym wspólnym znajomym Monnem. Który, jak słyszałam, przeniósł się do lepszego ze światów.

Siilva zignorowała ostatnią uwagę Derei. Spojrzała na Hejnerta i, najwyraźniej odnajdując w jego spojrzeniu potwierdzenie własnych myśli, wstała szybko z łóżka. Podniosła z podłogi szlafrok i nałożyła go na ramiona.

– Dziękujemy ci za gościnę, Dereo – odezwała się, zawiązując pas. – Będziemy musieli się dziś rozliczyć, bo nie wiem czy i kiedy spotkamy się ponownie.

Matrona uniosła ręce.

– Absolutnie wykluczone. To, że zostałam przymuszona do bycia cesarskim kapusiem nie oznacza, że pozbawiono mnie resztek godności. Przyjmując was do siebie, powiedziałam że o nic nie musicie się martwić. Temat zamknięty.

Pulchna kobieta odwróciła się w drzwiach.

– Wasza eskorta stawi się tutaj za godzinę – powiedziała z wahaniem. – Jeśli mogę zrobić dla was coś jeszcze…

– Dziękujemy, Dereo – przerwał jej mag. – Zrobiłaś dla nas wystarczająco dużo.

Zamykając za sobą drzwi, matrona zastanawiała się nad tym, czy podobał jej się obojętny ton Hejnerta. Spodziewała się raczej wyrzutów i oskarżeń. Nie chciała mieć zatargów z tym człowiekiem, ani z jego rudowłosą przyjaciółką. Ale, pomyślała po chwili, do wieczora zapewne i tak bedą martwi. Możliwe, że ja także.

Mimo tego, co mówiła wcześniej, nie napawało jej to lękiem. Może odrobiną żalu. Lecz w sumie przeżyła ciekawe życie i, choćby miało się ono skończyć dziś lub jutro, będzie o czym opowiadać. Bogom albo demonom, w zależności od tego, gdzie trafię, stwierdziła na koniec.

***

– Co robimy? – spytała Siilva. Ubrana i z szablą u pasa pojawiła się u Hejnerta po kilku zaledwie minutach. W jej głosie pobrzmiewał niepokój.

– Myślę, że powinniśmy spotkać się z naszym cesarzem – odparł mag z lekkim wahaniem. – Nie wiem, czy to pułapka i, zamiast do sali tronowej, nie trafimy do lochów albo od razu w ręce kata. Ale nie mamy w tej chwili innego wyjścia. Poszłaś do Rootselara z propozycją współpracy. Mam nadzieję, że ją przyjął. Jeśli jest inaczej, już po nas.

Mężczyzna wstał i przytulił Rudowłosą do siebie.

– Jest tak, jak mówiłaś wczoraj – mruknął cicho. – To zupełnie bez sensu, bo za tydzień i tak będziemy martwi.

Rzuciła mu szybkie spojrzenie.

– Nie żałuję niczego – odparła. – Nawet, jeśli nie ma to sensu.

– Ja też nie. – Uśmiechnął się w odpowiedzi. – Nie ma znaczenia, co będzie później. Dzisiaj jest dobrze.

– Dzisiaj jest dobrze – powtórzyła automatycznie. Choć Hejnert miał rację, wolałaby jednak, by to „dziś” trwało jak najdłużej. Do jutra, przyszłego tygodnia, albo jeszcze trochę. Nie miałaby nic przeciwko takiemu rozwiązaniu.

***

Eskorta, jaką przysłał Rootselar, składała się z sześciu ponurych mężczyzn. Ubrani podobnie, szaroburo i nijako, uzbrojeni byli po zęby. Czekali w milczeniu w głównej sali zamtuza, aż Siilva i czarodziej zejdą na dół po skromnym, szybko zjedzonym obiedzie. Brodaty, barczysty człowiek, zapewne dowódca oddziału, zażądał oddania wszystkiego, co można uznać za broń. Dziewczyna nie miała ochoty podporządkować się poleceniu, ale pod wpływem znaczącego spojrzenia maga zmieniła zdanie i przekazała brodaczowi oręż. Mężczyzna nie był jednak usatysfakcjonowany i poprosił, grzecznie acz stanowczo, o magiczne artefakty, jakie mieli przy sobie. Zapakował wszystko do dwóch dużych plecaków, które ponieśli dwaj z jego ludzi i cała ósemka w milczeniu ruszyła przez miasto w kierunku cesarskiej twierdzy. Bez broni Siilva czuła się bardziej naga niż rankiem, gdy odwiedziła ich Derea, i nie była z tego powodu szczęśliwa.

Matrona pojawiła się dopiero w ostatniej chwili, gdy wychodzili. Nie pożegnała się ze swoimi gośćmi, stanęła tylko w drzwiach i spoglądała za odchodzącymi z niepokojem na twarzy. Już za późno na wątpliwości, pomyślała Siilva patrząc na krągłą kobietę. Nie można się już wycofać.

Miasto opustoszało. Mieszczanie pozamykali się w domach, z niespokojem wyglądając zza okiennic na przebiegające po ulicach oddziały żołnierzy. Żaden z mijanych zbrojnych nie zatrzymał ich jednak ani nie powstrzymywał w marszu, więc dość spokojnie i szybko przemknęli przez Eerstel. W powietrzu unosił się zapach napięcia; była to specyficzna mieszanka smrodu ludzkiego potu, strachu i oliwy, którą smarowano kolczugi i ostrza mieczy.

Weszli na dziedziniec Twierdzy przez małą furtę w olbrzymiej bramie wjazdowej, którą zatrzaśnięto za nimi z głośnym hukiem. Chcieli tego czy nie, byli w rękach Cesarza.

Rootselar czekał na nich w olbrzymiej sali tronowej, siedząc na biało-złotym tronie, wysoko nad nimi. Dowódca eskorty złożył u stóp szerokich schodów plecaki z bronią i eskorta bez słowa wymaszerowała z pomieszczenia. Siilva dostrzegła odzianych na czerwono Mieczników, stojących w półmroku, który zalegał między potężnymi kolumnami. Każdy z Gwardzistów trzymał w dłoniach ciężki, dwuręczny miecz, wsparty o ciemną podłogę końcówką obnażonego ostrza. Było ich przynajmniej dwudziestu, co oznaczało, że gdyby cesarz chciał ich zgładzić, nie miałby z tym większych problemów. Nawet zdolny, potężny czarodziej nie jest bowiem w stanie powstrzymać zimnej stali, mierzącej w jego serce.

Młody cesarz wstał i powoli zszedł ku oczekującej go parze. Uprzejmie pochylił głowę w powitaniu i przysiadł na najniższym stopniu, zapraszając ich gestem, by uczynili to samo. Milczał przez chwilę, patrząc na dwie torby, które leżały tuż obok niego.

– Muszę was przeprosić – zaczął po chwili – że moje zaproszenie było tak kategoryczne. Jednakże nadszedł czas rozstrzygnięć i nie było chwili do stracenia. Gdy tylko do mych uszu dotarła wiadomość, żeś odzyskała siły, pani – zerknął na Siilvę z nieznacznym uśmiechem – uznałem, że nie mogę dłużej zwlekać.

Sięgnął ku bliższemu z plecaków i wyciągnął z jego wnętrza szablę Rudowłosej, owiniętą w białe, grube płótno.

– Pozwolicie, że zatrzymam waszą własność jeszcze przez chwilę – kontynuował po chwili. – Nie musicie się obawiać, z mojej strony nie grozi wam niebezpieczeństwo. Pani, zaufałem twojej opowieści na tyle, by dyskretnie sprawdzić oddanie tronowi cesarskiemu zarówno Verne den Kuntza, jak i mojego osobistego przyjaciela, Baltazara Fency’ego. Z przykrością muszę stwierdzić, że mieliście rację. Nikomu nie można zaufać – westchnął z rozczarowaniem w głosie. – Tak czy siak, to potwierdziło wasze intencje. Lecz zanim zajmiemy się kwestią tych wiarołomców, musimy rozwiązać jeszcze jeden problem. Nie ukrywam, potrzebuję waszej pomocy. Przybywa do stolicy gość, na moje zaproszenie, to fakt. Ale nie wspominałem Wilhelmowi z Borre, by na spotkanie ze mną zabrał połowę swojej armii. Nie jestem pewien, jak rozumieć postępowanie mojego lennika i w tym właśnie musicie mi pomóc – dodał Rootselar, rzucając znaczące spojrzenie Hejnertowi. – Szacowny magu, Wilhelm zna ciebie osobiście, prawda? Doskonale, pozwól więc, że zaopatrzę cię w stosowne glejty i wyślę do byłego męża mojej kuzynki z prośbą o wyjaśnienie jednej kwestii. Po co mu dwadzieścia tysięcy wojska, skoro udaje się z wizytą do swojego władcy, miłującego poddanych ponad życie? Czyżby czuł się zaniepokojony śmiercią małżonki? Może nie jest w stanie zapomnieć powabu Lidii i pomyliły mu się priorytety? Przecież nie musi obawiać się niczego z mojej strony. Zaprosiłem Tardena do siebie, by zapewnić go o żalu, jaki czuję na myśl o śmierci Lidii. Poprosić o uspokojenie niepokojów, jakie ostatnio panują wśród Wysokich Rodów. Wszak spokój w państwie gwarantuje wzrost jego zamożności, a co za tym idzie – zapewnia odpowiednią stopę życiową tym, którzy należą do najciężej pracujących w Cesarstwie. Ludziom dźwigającym ciężkie brzemię odpowiedzialności za losy wszystkich maluczkich tego świata: szlachcie i Wysokim Rodom. Chciałaś coś powiedzieć, panno de Rocrey? – spytał władca, zauważając błysk w oczach Siilvy. – Słucham.

– Dobrze wiesz, panie – zaczęła, siląc się na spokój – że Tarden właśnie Hejnerta obarcza winą za śmierć małżonki. Cokolwiek by o nim nie mówić, hrabia Wilhelm jest człowiekiem pamiętliwym. Obawiam się, że wysłanie Hejnerta w roli posłannika mija się celem. Tarden zetnie mu po prostu głowę, nie bacząc na żadne glejty i gwarancje zamożności.

Cesarz skinął głową.

– Masz rację, panno de Rocrey. To prawda, co o tobie słyszałem; nie tylko jesteś piękna, ale do tego sprytna i inteligentna. Jak na niewiastę, oczywiście. Ale właśnie tutaj jest pies pogrzebany. Jeśli bowiem Wilhelm przybywa do Eerstel z czystym sercem, gotów potwierdzić swoje oddanie tronowi cesarskiemu, to uszanuje nietykalność posła i przyjmie moje zaproszenie. Lecz do tego niepotrzebna mi jego armia, sama świta hrabiego wystarczy, by ogołocić dwór z zapasów żywności i wina. Jeśli zaś Wilhelm nosi w sercu zadrę i nieopatrznie obwinia mnie za śmierć swej pięknej żony, cóż… w takim przypadku losy Hejnerta i Tardena leżą w rękach bogów.

Rudowłosa przeniosła gniewny wzrok na czarodzieja. Nie możesz się na to zgodzić, pomyślała, mając nadzieję, że mężczyzna zrozumie znaczenie jej spojrzenia. Ten gówniarz cię wykorzysta, rzuci lwom na pożarcie i w ten sposób obłaskawi Tardena, zyskując poparcie pozostałych Wysokich Rodów. Czarodziej zdawał się jednak nie dostrzegać jej gniewu, bo milczał. A może czekał na część dalszą przemowy cesarza, bo zrozumiał intencje władcy szybciej, niż ona? Gdy Rootselar odezwał się po chwili milczenia, jego słowa zdawały się potwierdzać tę drugą teorię.

– Niepotrzebnie się denerwujesz, pani – powiedział młodzieniec. – Bo zdaje się, że twój przyjaciel czarodziej dostrzega złożoność sytuacji. Prawda, panie czarodzieju? Otóż nie mam nikogo innego, komu mógłbym zaufać na tyle, by powierzyć mu misję spotkania z Tardenem. Z dwóch powodów. Po pierwsze, mój dotychczasowy człowiek od tego typu zadań okazał się zdrajcą. Po drugie, szanowny Hejnert wydaje się sprytny na tyle, by przejrzeć kochanego Wilhelma, jeśli ten szykuje jakąś pułapkę.

– Nie zgadzaj się – rzuciła Siilva. Miała jeszcze nadzieję, że uda im się znaleźć wyjście z pułapki, jaką zastawił na nich Rootselar. Jednak nie doceniła młodzieńca.

– Hejnert nie ma za bardzo wyboru, panno de Rocrey – odparł swobodnym tonem cesarz. – Bo mam w ręku argument, który przeważa szalę na moją stronę. Prawda, przyjacielu?

Wtem dziewczyna zrozumiała. Odwróciła się gwałtownie ku młodemu mężczyźnie. Władca nadal trzymał w dłoniach jej szablę, lecz w międzyczasie zdążył odwinąć ostrze z płótna. Stal błyszczała blado.

– Zostaniesz moim gościem, pani – mruknął cesarz. – Do czasu powrotu Hejnerta będziesz cieszyła się luksusami pałacowego życia. Niczego ci nie zabraknie, obiecuję. A jak czarodziej wróci, zajmiemy się Fencym i Kuntzem. Może być?

***

Nie było czasu na długie pożegnanie. W suchym powietrzu popołudnia słychać już było odległe, choć z każdą chwila coraz bliższe trąby armii hrabiego z Borre. Hejnert otrzymał list z pieczęcią cesarza, rączego konia i trzech ponurych mężczyzn do ochrony, podkomendnych barczystego brodacza. Wyjeżdżając przez bramę Twierdzy, mag obejrzał się przez ramię, lecz Siilva wątpiła, by mógł ją wypatrzeć z dołu, stojącą w jednym z wielu okien wysokiej, czarnej wieży.

Kobieta odwróciła się gniewnie do siedzącego po drugiej stronie pokoju cesarza.

– A pomyślałeś – rzuciła oschle – co się stanie, jeśli Kuntz lub Fency zorientują się, że Hejnert wyjechał właśnie z twojego pałacu? Po pierwsze będą wiedzieli, że coś szykujemy. Po drugie, może po prostu zabiją Hejnerta. A muszę ci coś powiedzieć: bez niego nie masz najmniejszych szans w starciu z Kuntzem.

Młodzieniec wzruszył obojętnie ramionami.

– Szczerze? Z nim nasze szanse są niewiele większe. Zdajesz sobie z tego sprawę, prawda? Mam jedynie nadzieję, że nasz ukochany mag zdoła zająć Kuntza sobą na tyle, by dać mym łucznikom tyle czasu, ile zajmuje naciągniecie łuku. Czarodziej potrafi odbić strzałę, widziałem to nie raz. Ale czterdzieści? Albo osiemdziesiąt? Któraś go trafi. Musi. I zabije.

– Czyli spisujesz nas oboje na straty? Tak? – Była gotowa rzucić się na młodzieńca mimo czwórki Mieczników, stojących po bokach władcy.

– Nie do końca – odparł z uśmiechem. – Hejnertowi może przecież się udać i pokona Kuntza. Kto to wie? A poza tym, wobec ciebie pani mam zupełnie inne plany.

Siilva poczuła ukłucie niepokoju. A potem kolejne. Zrozumiała, że została otruta dopiero, gdy nogi się pod nią ugięły. Nagle zabrakło jej sił i osunęła się bezwładnie na podłogę. Nie zostało już miejsca na gniew czy rozpacz. Mogła tylko leżeć i słuchać Rootselara, który wstał i podszedł do niej, zachowując jednak należyty dystans – jakby była jadowitą kobrą.

Kamienie posadzki, zadziwiająco chłodne w tak gorący dzień, zdawały się przynosić Siilvie ulgę. W przeciwieństwie do słów cesarza.

– Wybacz mi to, kochana – mówił władca, pochylając ku niej swą przystojną twarz.  – Musiałem jakoś ciebie zdobyć. Czułem to od pierwszej chwili, gdy cię zobaczyłem. Jesteś trochę stara, to fakt. Ale nadal piękna, bez dwóch zdań. A przede wszystkim, masz w sobie to coś. Tę odrobinę szaleństwa, która kazała ci stać się tym, kim jesteś. Wiesz, o czym mówię. Ja też. Bo również mam ją w sobie. Jesteśmy dla siebie stworzeni, ty i ja. Wiem, wiem, teraz wydaje ci się to kompletnie niemożliwe. Ale uwierz mi, że tak nie jest. Widzisz, Fency ma wiele zalet, a jedną z nich jest jego zamiłowanie do różnorakich mikstur i narkotyków. To, co teraz przeżywasz, jest efektem jednego z nich. Ów specyfik nazywa się Łamacz. Jest cudowny. Podaj go interesującej cię osobie – szpiegowi wrażego państwa, dajmy na to – a po kilku dniach będziesz w stanie wmówić mu, że przez całe życie pracował dla ciebie. Bez tortur, krwi i  smrodu gówna wyda ci wszystkie tajemnice, które normalnie dusiłby w sobie aż do samej śmierci. Dajmy więc Łamaczowi dzień lub dwa, a zobaczysz, że spojrzysz na mnie w zupełnie innym świetle. Zapomnisz o swoim czarodzieju, a dla mnie zrobisz wszystko. Wszystko, co tylko zapragnę. – Cesarz uśmiechnął się lubieżnie. – A ja mam wyjątkowe pragnienia, których mój były przyjaciel Fency nie będzie już w stanie zaspokajać.

Siilva traciła świadomość. Głos Rootselara na zmianę cichł i robił się donośny jak grzmot, jego sylwetka rozmywała się i wyginała w zadziwiający sposób. W końcu zapadła cisza, otoczyła ją ciemność i kobieta straciła przytomność.

***

Była sama. Ale nie samotna. Spowijał ją mrok, lecz nie czuła lęku. Było jej dobrze tu i teraz, gdziekolwiek i kiedykolwiek się znajdowała. Nie pamiętała, jak ma na imię, kim była czy raczej jest. Istniała. Nie odczuwała strachu, głodu, zimna. Czy można sobie wymarzyć lepsze miejsce?

Otaczały ją inne istoty. Nie ludzie, te cyniczne, materialne, egoistyczne kreatury, nie widzące niczego poza końcem własnego nosa. Krążące wokół niej byty chciały tylko jednego – by było jej dobrze. Miała wrażenie się, że rozpoznaje niektóre z nich. Jakby byli dobrymi przyjaciółmi, których dawno nie widziała. Lecz rozłąka nie osłabiła ich wzajemnego przywiązania, nadal ją kochali i chcieli jej szczęścia. Usłyszała, że coś szepczą.

Jedno słowo. Jedno imię. Rootselar.

***

Przebudzenie było równie nagłe i zaskakujące, co utrata świadomości. Raptem otworzyła oczy, jakby wybudzona z głębokiego snu. Zaczerpnęła łapczywie powietrza, niczym nurek wynurzający się z głębiny. Blask świecy raził, chłód nocy irytował. Chciała wrócić. Tam, gdzie jest dobrze, ciepło i bezpiecznie. Do swojego snu.

Nie pozwolono jej na to. Pochylająca się nad nią postać wyciągnęła bezkształtną mackę i szarpnęła kobietą. Siilva spojrzała ze złością na chudego mężczyznę, nerwowo rozglądającego się na boki. Łysa głowa obracała się raz w lewo, raz w prawo, a w bladoniebieskich oczach widać było napięcie.

– Obudź się! – szeptał. – Obudź się, kobieto!

Uniosła dłoń i odtrąciła rękę nieznajomego. Nie miała pojęcia, gdzie się znajduje ani kim jest ów stary człowiek, którego pomarszczona twarz była blada jak u nieboszczyka. Nagle kobieta dostrzegła, że mężczyzna w drugiej ręce trzyma nóż o nieprzyjemnie wyglądającym, zakrzywionym ostrzu. Napięła odruchowo mięśnie, gotując się do walki. I wtedy przypomniała sobie własne imię, zdarzenia ostatnich dni. Hejnerta. Rootselara. Łamacz.

Czy ten człowiek przyszedł ją zabić? Jeśli tak, to po co ją budził? O wiele łatwiej jest poderżnąć gardło śpiącej kobiecie niż ryzykować walkę z rozbudzoną, wściekłą Siilvą de Rocrey. Nieznajomy zauważył jej spojrzenie, bo rozważnie cofnął się o krok. Noża jednak nie schował.

– Nie śpisz – mruknął, skupiając całą uwagę na leżącej na szerokim łożu kobiecie. – Cudownie. Teraz posłuchaj mnie bardzo uważnie. Gdybym chciał twojej śmierci, już byś nie żyła. Ale nie zawaham się, jeśli zrobisz coś głupiego. Pomyśl przez chwilę, nim cokolwiek postanowisz. Wybudziłem cię z głębokiego transu, w jaki wprowadził cię Łamacz. Jesteś jeszcze osłabiona, choć niedługo, za kilka minut odzyskasz pełnię sił. Nie mamy wiele czasu, a chcę cię o coś prosić.

– Jak mnie obudziłeś? – spytała. Spojrzał na nią ze zdziwieniem, a potem uśmiechnął się niewesoło.

– Nie masz pojęcia, kim jestem, prawda? – odparł. – Cóż, taki już los ludzi mi podobnych. Robiących tyle dobrego dla najpotężniejszego państwa na świecie, a pozostających ciągle w cieniu. W sumie, jest to bardzo zrozumiałe.

Dla Siilvy nic z tego, co mówił nieznajomy, nie było zrozumiałe.

– Mam antidotum na Łamacza, bo to ja dałem go Rootselarowi – wyjaśnił mężczyzna.

– Baltazar Fency! – syknęła Siilva. Znów sprężyła się do skoku. Rootselar to parszywy drań, ale Fency na pewno nie był od niego lepszy.

– Spokojnie, pani – warknął szpieg, unosząc dłoń z nożem. – Tak, zgadłaś moje nazwisko – rzucił z goryczą – lecz to nie ja powinienem być adresatem twojego gniewu. Bo przecież nie o mnie ci chodzi, prawda? Nie mnie pragniesz poczęstować kawałkiem żelaza. – Patrzył na nią uważnie. – Zaczynasz rozumieć. Rootselar wysłał twojego kochasia na pewną śmierć, a ciebie zatrzymał jako własną maskotkę. Rozumiem jego fascynację, jesteś piękna i bardzo… interesująca. Ale mamy wspólny cel, przynajmniej w tej chwili.

Kobieta słuchała uważnie.

– Dokładnie – mówił Fency, nie spuszczając z niej oka. – Rootselar. Przykro mi, że maczałem palce w kilku, wymierzonych w ciebie planach. Ale nie było to nic osobistego. Ja używałem Kuntza, on wykorzystywał mnie. Pamiętaj, każdy ma jakiś powód, przyczynę własnego postępowania. Ty, ja, Kuntz, Rootselar. Czasem nam po drodze, a czasem nie. Przyznam szczerze, zarówno Kuntz, jak i ten rozkapryszony gówniarz wykorzystali mnie jak tanią dziwkę. Dlatego teraz postanowiłem napsuć krwi obydwu. Posługując sie tobą. Poniekąd. Pamiętaj, wspólne cele. W tej chwili, w tym miejscu, nasze drogi biegną równolegle, więc możemy sobie pomóc, prawda? Ja już, awansem, pomogłem tobie. Obudziłem cię z narkotycznego letargu, który usmażyłby ci mózg i zrobił z ciebie marionetkę cesarza. Daję ci szansę. Skorzystaj z niej, bo będzie tylko jedna.

Zawahał się na moment.

– Czy mam mówić dalej? – spytał. Kiwnęła głową. Fency sięgnął do kieszeni i wyjął małą fiolkę z przezroczystym płynem.

– Dobrze – kontynuował. – Rozsądna osoba z pani, Siilvo de Rocrey. Doskonale. Proszę wypić, to druga część odtrutki. Pomoże ci wrócić do pełni sił. Śmiało.

Nie wiedziała, czy może mu zaufać. Raczej na pewno nie powinna. A jednak odkorkowała buteleczkę i wypiła zawartość jednym haustem. Ciecz była chłodna i całkowicie pozbawiona smaku.

– Świetnie – ucieszył się Baltazar. – Zaraz poczujesz się lepiej. Słuchaj teraz uważnie. Za kilka minut, najdalej pół godziny, stojący za tymi drzwiami strażnicy wejdą tu po ciebie. Do tego czasu powinnaś sama obudzić się ze snu, całkowicie urobiona Łamaczem. Pamiętaj, strażnicy wiedzą, jak wygląda człowiek po takiej terapii, widzieli to już niejeden raz. Musisz być ospała, potulna i łagodna. Masz powtarzać jedno słowo: Rootselar. To zostało w tobie zakodowane zaraz po podaniu narkotyku, tylko o tym myślisz. Chcesz być przy swoim władcy. A oni, jeśli stwierdzą, że wszystko przebiegło tak, jak powinno, zaprowadzą cię do niego. Będziesz miała jedną szansę. Rootselar chce cię pokazać Kuntzowi, zaprosił czarodzieja do sali tronowej pod pretekstem pilnej narady na temat stojącego u bram Tardena.

Siilva rzuciła mężczyźnie krótkie spojrzenie, zauważył je i zrozumiał w lot.

– Nie bój się, z tego co wiem, Hejnert nadal żyje – mruknął. – W jakiś tajemniczy sposób udało mu się odwieźć Wilhelma od zamiaru poćwiartowania cesarskiego wysłannika żywcem. Szczerze mówiąc, piękny manewr ze strony Rootselara. Jednym ruchem zaszachował Tardena, Kuntza i ciebie. chłopak robi się coraz sprytniejszy. Ale do rzeczy. Kuntz nie jest głupi, zapewne przybędzie do Twierdzy w towarzystwie swoich asasynów. Widziałem ich w walce. Uważaj na nich. Są bardzo niebezpieczni. Nie wiem, co planuje Rootselar, ale musi to być coś dobrego, jeśli chce mieć jakiekolwiek szanse w tym starciu.

Na przykład osiemdziesięciu cesarskich łuczników, pomyślała Siilva. Czuła, jak powracają jej siły. Głowa przestała boleć, ustąpiła słabość w rękach. Fency mówił prawdę. Przynajmniej chwilowo.

– Tak czy siak, ja wypadłem z gry – warknął mężczyzna z goryczą. – Może zbyt wysoko mierzyłem, może jestem zbyt mały dla tych graczy. A może nie. To się jeszcze okaże.

Niespodziewanie zrobił krok w kierunku leżącej i wyciagnął ku niej dłoń z nożem, rękojeścią ku kobiecie.

– Masz, weź go. Będziesz miała szansę. Kuntz na pewno zażąda twojej głowy, a Rootselar go wyśmieje. I wtedy, gdy skoczą sobie do gardeł, uderzysz. Wybierz mądrze, zapewne starczy ci czasu na tylko jeden cios. Mi tam obojętne, teraz nienawidzę obu. Po równo. Poszczuli na mnie swoje psy gończe. Myślą, że mogą mnie złapać. Najwyraźniej lekceważą starego Baltazara, głupcy.

Siilva wzięła broń do ręki. Nóż był doskonałej roboty, świetnie wyważony, z długim, cienkim ostrzem. W sam raz do wypatroszenia jakiejś świni, pomyślała.

– Doskonale – ucieszył się Fency. – Schowaj go dobrze. Jeśli wartownicy uznają, że Łamacz zrobił swoje, nie będą cię rewidować. Nie ma po co. Gdyby zaś nie nabrali się na twoją grę, ten kordzik nie pomoże ci w walce z Miecznikami. Nawet tobie.

Kiwnęła głową, nie spuszczając wzroku z mężczyzny.

– Co będzie z tobą? – spytała. Nie interesowało jej, czy Fency przeżyje, czy nie. Przestał być jej wrogiem. Ale lepiej dla niego, jeśli więcej się nie spotkamy, stwierdziła.

– Lepiej, żebyś nie wiedziała – odparł z rezerwą. – Mam nadzieję, że jeśli żywiłaś wobec mnie jakąś urazę, zapomnisz o niej, bo nie chcę cię już więcej spotkać. Bez obrazy.

– Bez obrazy – mruknęła równie chłodno, jak on.

Mężczyzna odwrócił się ku drzwiom. Siilva również usłyszała to, co on; szuranie butów i przytłumione odgłosy rozmowy. Nadchodził czas rozstrzygnięć. Fency ukłonił się dworsko, szepnął:

– Powodzenia życzę – i, zwinnie niczym akrobata, wskoczył na wąski parapet okna. Pomyślała przez moment, że wygląda malowniczo, jak prawdziwy szpieg, na tle rozgwieżdżonego, granatowego nieba. Skrzypnęły otwierane drzwi, kobieta opadła na poduchy, wciskając sztylet pod koszulę i ostatni raz zerknęła w stronę okna. Baltazar Fency zniknął.

***

Miecznicy przyglądali się Siilvie przez chwilę, a ona robiła wszystko, by wyjść na idiotkę. Uśmiechała się słodko, bełkotała coś bez sensu i udawała osłabioną narkotykiem. W końcu jeden z nich, z hełmem ozdobionym złotym warkoczem, skinął głową i rzucił na łózko purpurową suknię. Żołnierze wyszli, dając kobiecie kilka minut na włożenie ubrania. Szybko zawiązywała wstążki gorsetu, głowiąc się, gdzie ukryć sztylet. Suknia była bowiem dość frywolnie skrojona, z głębokim dekoltem i parą sztywnych fiszbinów, komicznie wypychających piersi do przodu, a długie wycięcia odsłaniały nogi niemal do samych bioder. W końcu zapięła ostatni guzik i stanęła przed lustrem. Broń, schowana pod gorsetem, groziła samookaleczeniem, ale można ją było w miarę szybko wyciągnąć. A o to Siilvie przede wszystkim chodziło. Jeszcze nie wiedziała, w kogo wymierzy sztylet Fency’ego, ale zdawała sobie sprawę, że nie będzie miała dużo czasu. Gdy uznała, że jest gotowa, stanęła przed drzwiami, odetchnęła kilka razy i przybrała głupkowaty wyraz twarzy. Miecznicy spojrzeli na nią przelotnie, po czym ustawili się dwójkami po obu bokach kobiety. Ruszyli przez korytarze Twierdzy, Siilva wlokła się powoli, potykając się co chwila i podpierając o któregoś z mężczyzn. Żaden nie podał jej ramienia, popychali ją delikatnie i zdecydowanie, przemierzając opustoszałe pomieszczenia. W końcu stanęli przed niewielkimi, niepozornie wyglądającymi drzwiami, a Siilva zaczęła się zastanawiać, gdzie ją przyprowadzili. Okazało się jednak, że Fency nie mylił się w swoich przewidywaniach. Weszli tylnym wejściem do olbrzymiej, znanej Siilvie sali i stanęli w cieniu ogromnego, kamiennego tronu.

– Rootselar? – bąknęła cicho, postępując zgodnie ze wskazówkami szpiega. Siedzący na tronie młody mężczyzna obrócił głowę i rzucił jej krótkie, pełne tryumfu spojrzenie.

– Doskonale – powiedział głośno, a zabójczyni zorientowała się, że nie mówi do niej. Cesarz skinął ręką i dowódca eskortujących ją żołnierzy podprowadził kobietę do władcy. Uśmiechnęła się do młodzieńca promiennie, jak mała dziewczynka, której wręczono wymarzony prezent. Podskoczyła do Rootselara i złapała za wyciągniętą dłoń, szepcząc jego imię. Uważnie rozejrzała się po sali tronowej. Zadrżała.

Przybyli. Obaj. Kuntz, o ciemnej i przystojnej twarzy, stał na środku ciemnej podłogi. Po jego lewej ręce stał Nirgard, troszkę bledszy niż zwykle, ale z typową dla niego, pewną siebie miną. Z drugiej strony maga znajdował się nieznany Siilvie człowiek, potężnej budowy ciała. Ubrany był podobnie jak dwaj pozostali w ciemną, skórzaną kurtę i takież same spodnie. W przeciwieństwie do swych towarzyszy miał jednak przytroczony do pasa miecz, wielkością niemal dorównujący ostrzom Mieczników. Z tyłu, za trójką mężczyzn, stało w równym, nieruchomym czworoboku kilkunastu ludzi, odzianych tak samo jak ci pierwsi. Asasyni, pomyślała Siilva. Nie wyglądali groźnie, żaden z nich nie dorównywał posturą ani jednemu z Mieczników, którzy stali między wysokimi kolumnami, wspierającymi sklepienie pomieszczenia. Wiedziała jednak, jak często pozory mogą mylić. Człowiek wielki jak tur miał zajęcze serce, a cztery razy mniejszy od niego chuderlak okazywał się niezłym zabijaką. Wprawdzie cesarskich Mieczników było przynajmniej dwa razy więcej niż żołnierzy maga, ale Siilva nie spisywała oddziału Kuntza na straty. Jeszcze nie.

Obaj czarodzieje wpatrywali się intensywnie w Rudowłosą. Kuntz zachował obojętność, ale na twarzy Nirgarda malowała się wściekłość. Cóż, nie po raz pierwszy zawiodłeś swojego pana, przemknęło jej przez głowę. Mam nadzieję, że po raz ostatni.

Nienawidziła obu równie mocno, jak od niedawna cesarza. Nie była to jednak zaślepiająca, głupia nienawiść. To, co czuła dawało jej siłę i spokój. Nie było miejsca na niepotrzebny gniew. Ci ludzie musieli zapłacić za śmierć jej przyjaciół, za cierpienie, którego ona sama doświadczyła. Miała nadzieję, że tej nocy uda jej się zabić ich wszystkich.

Rootselar chrząknął, przerywając ciszę.

– Nie muszę przedstawiać tej oto, pięknej pani – powiedział donośnym, czystym głosem. – Chciałbym za to wyjawić wam, moi przyjaciele, jakie zaskoczenie wywołała opowieść, którą panna Siilva de Rocrey uraczyła mnie kilka dni temu. Niestety, nie będzie w stanie jej powtórzyć, gdyż eliksiry, jakie jej podałem, wymazały z jej pamięci wszystkie wspomnienia. Albo znakomitą ich większość.

Kuntz uniósł dłoń, chcąc odpowiedzieć, ale cesarz ciągnął dalej, jakby tego nie zauważył.

– Wedle jej słów wielu z moich przyjaciół wcale nimi nie było. Spiskowali za moimi plecami, chcąc obalić praworządną, namaszczoną przez bogów władzę cesarza. Chciałem cię spytać, Verne, przyjacielu: dlaczego? Czyż nie dałem ci wystarczająco dużo władzy? Ograniczałem w jakikolwiek sposób twoje badania nad ludźmi, potworami czy demonami nie z tego świata? A ty, jak mi się odwdzięczasz? Szczujesz mnie jedną z twoich pokrak, buntujesz mi poddanych, mordując moją własną kuzynkę. Dlaczego, przyjacielu?

Cokolwiek mówić o Kuntzu, był niemal nieludzko opanowanym człowiekem. Głos mu nie zadrżał, twarz nie zdradziła śladu najsłabszej emocji.

– Dlaczego, pytasz? – odparł spokojnie. – Pozwól, że odpowiem niegrzecznie. Pytaniem. A dlaczego nie? Skoro takie tępaki jak ty czy twój ojciec mogą rządzić połową znanego nam świata, to pozwól, że zdradzę ci sekret. Jeśli władzę przejąłby ktoś naprawdę inteligentny, patrzący przed siebie dalej, niż sięga koniec jego nosa, to… powiem szczerze: aż dygocę z niecierpliwości, co ktoś taki mógłby osiągnąć. Ile planów zrealizować. Wizja takiego władcy nie daje mi spokoju. Dlatego tez staję przed tobą, Rootselarze, z pokorną prośbą. Wykaż się rozsądkiem. Udowodnij, że się mylę. Oddaj mi koronę z własnej woli. Zrozum dzielące nas różnice i przekaż władzę lepszemu od siebie. Zadbam o ciebie bardziej, niż mógłbyś się spodziewać. Nie stanie ci się krzywda i do końca życia nie zabraknie ci niczego. Otrzymasz należny ci luksus, bezpieczeństwo, oddaną służbę. A także to, co tak bardzo lubisz: chętne, młode ciała, które będziesz mógł wykorzystać, a potem wypatroszyć. Jak to masz w zwyczaju.

Cesarz roześmiał się drwiąco. Puścił dłoń Siilvy i klasnął kilka razy, aż echo poniosło się pomiędzy kolumnami.

– Brawo! – krzyknął. – Brawo! Cóż za przemowa! Godna wielkiego mówcy i polityka. Muszę cię jednak rozczarować, Verne. Zarówno politycy, jak i oratorzy to przeważnie nudziarze i bez wyjątku głupcy. Ty też, nie obraź się proszę, zachowujesz się dziś jak ostatni głupiec. Dlaczego? Pozwól, że wyjaśnię od końca. Oferujesz mi bezpieczeństwo, służbę, luksusy. Mam to wszystko już teraz, nie potrzebuję twojej… łaskawości. Młode ciała? Popatrz, kogo tu mam – powiedział, kładąc rękę na głowie stojącej obok tronu kobiety. – Siilvę de Rocrey, osławioną Rudowłosą. Niebezpieczną, skuteczną zabójczynię, którą ty, czarodziej wielki i inteligentny ponad miarę, usiłowałeś bez skutku zgładzić od kilku długich miesięcy. A teraz popatrz: nie dość, że łagodna jak baranek, że je mi z ręki, to jeszcze sama do mnie przyszła. I nigdy nie odejdzie. Mówisz, że jestem tępy, jak mój ojciec. Cóż, muszę przyznać ci rację w jednym, tata do bystrych nie należał. Ale dlaczego uważasz się za lepszego ode mnie? Czemu taki sprytny, ambitny czarodziej przychodzi do mnie bez broni, oddając się w moje ręce równie łatwo, jak ta oto kobieta? Powiem ci, dlaczego. Bo ja jestem cesarzem. Nie ma drugiego. I nigdy nie będzie. I wszyscy, bez wyjątku, muszą się podporządkować mojej woli. Tak było, jest i będzie.

Siilva zacisnęła zęby. Jeszcze chwila, powtarzała w myślach. Niech skoczą sobie do gardeł. Wtedy będzie najlepszy moment, by uderzyć. Czekaj na odpowiedni moment.

Verne den Kuntz zaśmiał się drwiąco. Rozpostarł szeroko ramiona, jakby chciał objąć nimi całą salę tronową.

– Dlaczego nazywasz mnie głupcem? – spytał. – Bo nie mam przy sobie miecza? Nie muszę.

– Nie powiesz mi – przerwał mu Rootselar, zrywając się na nogi – że nie wiesz o zabezpieczeniu magicznym, jakim obłożona jest ta komnata. Nie strasz mnie więc swoimi kuglarskimi sztuczkami, bo tutaj nie przydadzą ci się na nic.

Tego nie wiedziała. Jeśli cesarz mówił prawdę, Kuntz i Nirgard stawali się na moment normalnymi ludźmi. Których można łatwo i szybko zabić. Choć niekoniecznie bezboleśnie. Oparła się ramieniem o oparcie tronu. Dłonią sięgnęła niżej, ku rękojeści noża. Zbliżał się czas zabijania. A to była jej specjalność.

– Obrażasz mnie – warknął czarodziej. – I to podwójnie. Raz, zarzucając mi ignorancję. Dwa, wmawiając brak rozsądku. Kto ci powiedział, że potrzebuję czarów, żeby zabić takiego głupca jak ty? Wystarczą mi oni! – krzyknął, cofając się w środek własnego oddziału. Nirgard nie zdążył schować się za ostrzami asasynów, stał przez chwilę bezradny jak dziecko, po czym skoczył w bok, szukając bezpieczeństwa w mroku, zalegającym między masywnymi kolumnami.

Młody władca roześmiał się radośnie.

– Czekałem na ten moment – krzyknął. – Pragnąłem zobaczyć, jak umierasz, Kuntz. Jak myślisz, dlaczego pozwoliłem twoim siepaczom wnieść broń? By móc podziwiać, jak wypada z ich martwych dłoni. Miecznicy! Chrońcie cesarstwo!

Na dźwięk starożytnego wezwania, które było jednocześnie zawołaniem gwardzistów Rootselara, zachrzęściła stal, gdy Miecznicy sięgnęli po oręż. Wyszli na środkową, otwartą część sali jednoczesnym, równym krokiem. A potem rzucili się do walki.

Jeszcze chwila, pomyślała Siilva, przykucnąwszy za oparciem tronu. Za dużo mieczy. Rozglądała się na boki, nie zwracając uwagi na bitwę u stóp białych schodów. Dookoła było zbyt dużo żołnierzy, którzy na domiar złego otoczyli tron, cesarza i ja samą okrągłym kordonem, unosząc odsłonięte ostrza. Rootselar tymczasem wskoczył na siedzisko kamiennego fotela i z rozgorączkowaniem na twarzy patrzył na walczących.

Początkowo wydawało się, że Miecznicy zmiażdżą asasynów samą przewagą liczebną. Naparli na oddział Kuntza, który zmienił się w gigantycznego jeża z nastroszonymi, stalowymi kolcami. Długie miecze gwardzistów, miast przysłowiowego gwoździa do trumny, okazały się jednak przyczyna ich klęski. Były zbyt ciężkie i przez to stały się bezużyteczne podczas walki w tłoku i chaosie,  w jaki przemieniła się potyczka. Już po chwili ludzie czarodzieja przełamali linię czerwonych płaszczy i powoli, nieubłaganie, zaczęli wspinać się po schodach. Siilva spojrzała na walczących, nie spuszczając jednak oka z młodego władcy. Asasyni walczyli bardzo dobrze, wykorzystując przewagę szybkości, jaką dawały im lżejsze szable i skórzane odzienie. Uderzali błyskawicznie i celnie, tnąc w miejsca nieosłonięte pancerzem: pachwiny, wnętrze ramienia, fragment szyi między napierśnikiem a kołnierzem hełmu. Byli bardzo zwinni w swych paradach i unikach, omijając zamaszyste i głębokie ciosy ciężkich mieczy gwardzistów. Ginęli, a jakże – wystarczyła chwila nieuwagi, reakcja spóźniona o mgnienie oka, a szerokie ostrze odcinało rękę czy otwierało klatkę piersiową któregoś z nich. Ale walczyli dzielnie, wspierając się nawzajem i odbijając uderzenia wymierzone w stojącego obok towarzysza. I cały czas parli do przodu.

Rootselar był naprawdę głupcem. Niemal przegapił ostatni moment na ucieczkę. Dowódca jego straży, miecznik ze złotym warkoczem na hełmie, wykazał się większą roztropnością niż jego władca. Krzyknął ostrzegawczo, wydając szybką komendę. Czwórka żołnierzy, stojących najbliżej cesarza, złapała młodzieńca i pociągnęła ku ukrytemu za tronem wyjściu. Reszta oddziału ruszyła za roztropnym dowódcą w dół, po schodach, na pomoc walczącym towarzyszom.

Szarpany za ramiona cesarz wyrwał się na krótką chwilę i krzyknął głośno, wyciągając dłoń ku sufitowi sali. Wzywał łuczników. Siilva zrozumiała, że nadeszła odpowiednia chwila. Skoczyła za Rootselarem, otoczonym przez czwórkę gwardzistów. Najpierw łatwiejszy cel. Zmieściła się w drzwiach w ostatnim momencie, przemknęła pod ręką Miecznika, zatrzaskującego tajemne przejście. Mężczyzna zamierzył się, chcąc przyłożyć kobiecie ubraną w ciężką rękawicę pięścią, ale nie zdążył zadać ciosu. Wbiła mu sztylet w gardło, wyrwała ostrze i, nim chlapiący krwią człowiek opadł na kolana, znalazła się przy kolejnym żołnierzu. Spojrzał na nią zdziwiony a potem zawył, gdy niskim cięciem rozharatała mu ścięgna za kolanem. Zraniona noga załamała się pod nim i gwardzista przysiadł na podłodze, a potem umarł z nożem tkwiącym w oku. Siilva rzuciła się na Rootselara, który stał jak wmurowany, wybałuszając oczy. Wiedziała, że musi dopaść cesarza, nim pozostali przy życiu Miecznicy wypatroszą ją jak świniaka. Zdążyła. Przewróciła go kopniakiem na ziemię i złapała rękoma za szyję. Gwardziści zamarli z mieczami wymierzonymi w zabójczynię i ich władcę.

– Ani kroku, bo skręcę mu kark – warknęła.

– Ale… – stęknął młodzieniec – jak to… Łamacz…

– Pozdrowienia od Baltazara Fency’ego – syknęła mu do ucha, a potem szarpnęła mocno. Kręgi szyjne trzasnęły sucho i mężczyzna zwiotczał w jej dłoniach, jak szmaciana lalka. Żołnierze wrzasnęli jednym głosem, lecz nie zdołali jej zabić. W tym bowiem momencie drzwi za ich plecami pękły z głośnym hukiem i do korytarza wpadli trzej asasyni. Za nimi, w przejściu, zamajaczyła sylwetka Kuntza.

Miecznicy rzucili się na nowych przeciwników, ignorując Siilvę. Kobieta dostrzegła zdziwioną minę czarodzieja, który dostrzegł martwe ciało Rootselara. Mężczyzna uniósł dłoń. Rudowłosa zrozumiała. Byli już poza salą tronową, antymagiczne zabezpieczenie, o którym wspomniał cesarz, nie działało w korytarzu. Mag otworzył usta, intonując zaklęcie. I wtedy na ratunek dziewczynie przyszli osławieni łucznicy cesarscy. Który z nich, nie wiedziała, ale Kuntz nagle zakasłał, plunął krwią. Odwrócił się z wściekłością, sięgnął do tkwiącego w plecach pióra strzały. Siilva miała tylko moment na ucieczkę. Nie dałaby rady przebić się przez walczących i dopaść czarownika, więc wybrała rozsądniejszą opcję. Pomknęła ciemnym korytarzem co sił w nogach. Jeszcze cię dopadnę, powtarzała w myślach. Twój dzień nadejdzie. Wybiegła w jasne, szerokie przejście. Przemknęła wzdłuż ściany, ściskając poły czerwonej sukni w dłoniach. Pchnęła szerokie skrzydło drzwi i znalazła się w jednym z rozległych przedsionków sali tronowej. W samym środku walki.

Duże pomieszczenie pełne było walczących. Karmazynowe płaszcze Mieczników zmieszane były z odzianymi na brązowo żołnierzami, w których zdumiona kobieta rozpoznała gwardzistów Wilhelma Tardena. Hejnert! Przemknęło jej przez głowę. Gdzieś tu musi być!

Nie zdążyła jednak znaleźć czarodzieja. Nagle rozległ się potężny huk, jakby odpalono wielki ładunek prochowy. Ale to nie był proch. Siilva rozpoznała specyficzny zapach zjonizowanego powietrza, który często czuła w pracowni Hejnerta. Ktoś w pobliżu używał właśnie silnej magii. A potem salę przeszył najstraszliwszy wrzask, jaki Rudowłosa słyszała w życiu. Dziewczyna zakryła uszy dłońmi, otwierając usta w niemym krzyku boleści. Spomiędzy palców pociekła jej krew, ale zabójczyni nawet tego nie zauważyła. Zatoczyła się pod ścianę, rozejrzała nieprzytomnie dookoła. Walczący ludzie padali jak rażeni piorunem, broczyli krwią z ust i oczu, miecze wypadały im z bezwładnych rąk. Po wypełnionej straszliwym piskiem chwili zapadła niespodziewana, głucha cisza. Mgnienie oka później silna eksplozja wstrząsnęła ścianami Twierdzy. Ze ścian posypał się tynk, poleciały kawałki sklepienia. Siilva chciała podnieść się z kolan. Wsparła się zakrwawioną dłonią o podłogę. A wtedy jej ciało skapitulowało i odmówiło posłuszeństwa. Rudowłosa padła na kamienie posadzki, tracąc przytomność.

***

Otworzyła oczy. Pochylający się nad nią człowiek w ciemnym, poplamionym czerwienią kitlu, podstawiał jej pod nos fiolkę. Spostrzegł, że odzyskała przytomność i wyprostował się raptownie. Kobieta czuła się podle. Mdliło ją od smrodu palonego mięsa, unoszącego się w powietrzu. Potwornie bolała ją głowa. Kiedy medyk zawołał coś, wskazując na Siilvę, okazało się, że Rudowłosa ledwie go słyszy. Obok lekarza pojawiły się dwie inne postacie i dziewczyna usiadła. Potarła piekące oczy i spojrzała na dwójkę mężczyzn, wpatrujących się w nią z uwagą. Nie znała żadnego z nich.

– Witaj, pani – odezwał się ten wyższy, barczysty, z twarzą zarośniętą gęstą brodą. Z każdym jego słowem słyszała go coraz wyraźniej – Cieszę się, że żyjesz.

– Ja też – odparła, z trudem prostując plecy. Wydawało się, że każdy mięsień w jej ciele pali jak rozpalone żelazo. – Choć szczerze mówiąc nie wiem, czemu zawdzięczam tyle szczęścia.

– Szczęściu właśnie – mruknął brodacz. – Gdy weszliśmy do korytarza, w którym leżałaś pozbawiona czucia, znaleźliśmy tam czterdzieści dwa ciała i dwoje ocalałych. – Machnął ręką w kierunku stojącego nieopodal łózka, na którym leżał nieprzytomny Miecznik, po szyję przykryty zakrwawionym prześcieradłem. – Ten tu będzie żył, choć w jego stanie chyba wolałbym umrzeć. A ty, panno de Rocrey, jesteś cała, niemal nietknięta.

Kobieta po raz pierwszy rozejrzała się dookoła. Znajdowali się w dużej, podłużnej sali, której wysokie sklepienie podtrzymywały dwa rzędy smukłych kolumn, ustawionych wzdłuż długich ścian. Obydwa końce pomieszczenia wieńczyły wysokie, podwójne drzwi, z których jedne były rozwarte, wpuszczając świeże, poranne powietrze. Mimo tego nadal trudno było swobodnie odetchnąć, bo smród krwi i spalenizny był wszechobecny. Razem z drobniutkim pyłem, który wolno wirował w promieniach wschodzącego słońca.

Cała sala wypełniona była prostymi, żołnierskimi łóżkami, na których leżeli ranni żołnierze. Miecznicy cesarscy i gwardziści z Borre pospołu, wymieszani i jednakowi w cierpieniu i bólu.

– Cieszę się, że znasz moje imię, panie – mruknęła Siilva. – Bo ja, wybacz proszę, nie wiem, z kim rozmawiam.

– Jam jest Juliusz Marney – odezwał się drugi, milczący dotąd człowiek. Był znacznie szczuplejszy, niż brodacz, choć równie wysoki. Miał pociągłą, chudą twarz, która upodabniała go do konia. Jego kubrak, brązowy i rozdarty na boku, zdobił haft przedstawiający srebrnego łabędzia, wzbijającego się do lotu. – Pan na Suchych Wzgórzach i podczaszy tutaj stojącego grafa Wilhelma Tardena, wielmożnego zarządcy prowincji Borre.

– Miło mi, grafie – odpowiedziała kobieta bezbarwnym głosem. Hejnert! Gdzie on jest? – Ciebie również pozdrawiam, panie podczaszy. Czy mogę prosić o jakiś bardziej odpowiedni strój? – Wskazała na resztki podartej sukni, smętnie zwisającej z jej ramion. Na szczęście medycy byli na tyle roztropni, że ją również przykryli prześcieradłem, którym w tej chwili zakrywała własną nagość.

– Więcej szacunku, pani – warknął Marney. – Rozmawiasz z hrabią!

Tarden zdążył machnąć ręką, chcąc uciszyć swego podczaszego, ale Siilva i tak odparła z lekkim sarkazmem:

– Szacunek zdobywa się czynami, nie nazwiskiem. Poza tym, dziś rozmawiałam z kilkoma wielmożami, włączając cesarza, więc bez obrazy, grafie, ale twój tytuł nie robi już na mnie tak wielkiego wrażenia.

Marney zbladł, ale pod wpływem spojrzenia swojego pana skłonił jedynie głowę i odszedł gniewnym krokiem, lawirując między łóżkami.

– Mądrze mówisz, pani – Tarden zwrócił się do Siilvy, podając jej skórzaną, czarną kurtę. Zapewne pozostałość po asasynie Kuntza. – Nie nazwisko, a czyny. Cóż, widzę, że mądrość Hejnerta spłynęła również na ciebie, jego wspólniczkę.

– Hejnert? – podchwyciła drżącym głosem. – Gdzie on jest?

– O tym zaraz, pani. Masz siłę iść? – spytał, a gdy skinęła głową, podał jej ramię i poprowadził ku wyjściu. Z trudem powstrzymywała niecierpliwość. Nie zaraz, myślała. Teraz. Muszę wiedzieć, czy żyje! – Wyjdźmy na zewnątrz. Jeśli mnie mdli od tego smrodu, to ty musisz go ledwie wytrzymywać.

– Dam radę – odparła. Rozejrzała się, spoglądając na rannych, których doglądali liczni medycy. – Widzę jednak, że należy ci się szacunek, hrabio. Dbasz równo o swoich, jak i o pokonanych. Rzadkość to w dzisiejszych czasach.

– Tak trzeba – rzekł krótko. Stanęli w drzwiach. Siilva zmrużyła oczy. Okazało się, że znajdowali się na wewnętrznym dziedzińcu Twierdzy, który do niedawna był pięknym, zadbanym ogrodem. Tego jednak ranka plac wyglądał smętnie: o zaciętej walce świadczyły poorana kopytami ziemia, wyrwane i porzucone na pastwę robactwa krzewy i kolorowe kwiaty. Czyli długa sala za ich plecami była kuchnią, jednym z pomieszczeń nieznacznie oddalonych od sali tronowej.

– Co tam się stało? – spytał Tarden. – Gdzie jest Rootselar?

– Gdzie jest Hejnert? Żyje? – rzuciła szybko kobieta.

– Najpierw proszę o szczerość, a obiecuję, że powiem pani wszystko, co wiem.

Bogowie! Co się stało?

Przez chwilę oddychała głęboko, starając się uspokoić rozszalałe serce. Nawet nie zdawała sobie sprawy, że tak jej na czarodzieju zależy. Czy była to kwestia ostatniej nocy, spędzonej razem? Wielu lat przyjaźni i szacunku? A może mieszanina obu? Nie potrafiła odpowiedzieć na te pytania.

Hrabia wpatrywał się w nią z zainteresowaniem.

– Widzę, że Hejnert nie był pani obojętny – mruknął.

– Jesteśmy… wieloletnimi przyjaciółmi – odparła w miarę spokojnie.

– Na pewno. – Uśmiechnął się nieznacznie. – Wobec tego nie przedłużajmy, im szybciej opowie mi pani o ostatniej nocy, tym lepiej.

Streściła mu więc zdarzenia od momentu opuszczenia Czerwonego Zamtuza. Starała się mówić składnie i spokojnie, ale i tak miała wrażenie, że hrabia nic nie zrozumie z jej chaotycznej relacji. Milczał jednak, słuchając uważnie. Uniósł lekko brwi, gdy powiedziała o zabiciu Rootselara i ranie Kuntza. Gdy skończyła, milczał przez chwilę, po czym chrząknął.

– Wszystko staje się jaśniejsze. Bałem się, że cesarz zdołał zbiec, bo nigdzie nie mogliśmy znaleźć jego ciała.

– A korytarz za salą tronową? – spytała.

– Sala tronowa? – Graf wydął lekko usta. – Chodźmy, przejdziemy się tam. Po drodze opowiem pani wszystko, co wiem.

Szli przez zniszczony ogród, kierując się ku  szerokim schodom głównego wejścia do wież Twierdzy. Ze zdziwieniem zauważyła, że główne, grube wrota fortyfikacji ocalały od zniszczenia, bo spodziewała się zobaczyć je rozbitymi taranem w drzazgi. Ale gdy Wilhelm rozpoczął swą opowieść, zaczęła wszystko rozumieć.

– Szczerze powiem, gdy zobaczyłem Hejnerta, chciałem go od razu nabić na pal. Glejt czy nie, nie obchodziło mnie to. Czarodziej zawdzięcza życie podczaszemu, który z wielkim trudem odwiódł mnie od tego pomysłu. Rozsądny człowiek, choć straszny służbista z tego Marneya. Ale do rzeczy. Gdy przeszedł mi pierwszy gniew, wysłuchałem człowieka, którego obarczałem winą za śmierć Lidii. Nie powiem, żebym od razu uwierzył w jego historię o demonie z zaświatów, ściągniętym przez Kuntza. Ale informacja na temat planów Rootselara brzmiała bardziej wiarygodnie.

– Jaka informacja? Hejnert czegoś się domyślał?

– Szczerze mówiąc, trafił w dziesiątkę. Nie ufał cesarzowi, zresztą bardzo słusznie. Twierdził, że Rootselar albo będzie się układał z Kuntzem używając was obojga jako karty przetargowej, albo spróbuje go pokonać. Wykorzystując mnie. Tę drugą wersje potwierdził list cesarski, jaki wręczył mi czarodziej. Młody Rootselar prosił w nim, bym niezwłocznie stawił się w zamku z dwudziestoma ludźmi, oddając mu resztę armii do dyspozycji. Pisał, że musi spacyfikować Kuntza, który miał podobno kilka tysięcy ludzi ukrytych gdzieś w lasach.

– Bzdura. Nawet Kuntz nie byłby w stanie ukryć takiego wojska.

– Dokładnie – parsknął graf. – Wyglądało na to, że nasz miłościwy władca uwięzi mnie jako zakładnika, powstrzymując Wysokie Rody i moją rodzinę przed buntem. A moja armia? Może chciał jej użyć do opanowania niepokojów w kraju? Nie wiem. Dość, że Hejnert miał własny plan. Prosił o mały oddział. Twierdził, że zna tajemne wejście do Twierdzy. „Niech twoja armia czeka w pogotowiu”, powiedział. „Cesarz jest zajęty Kuntzem. Wejdę do Twierdzy i dam ci znak. Wkroczysz do miasta. Nie sądzę, żebyś napotkał większy opór, w końcu przybyłeś w pokoju. Otworzę ci wrota do Twierdzy, a wtedy będziesz miał sposobność porozmawiać z Rootselarem.” Zapytałem go, czego chce w zamian. „Będziesz mnie potrzebował do walki z Kuntzem”, odparł. „Jeśli przeżyję, odjadę z Siilvą i nikt nas nie zatrzyma. A jeśli nie, puścisz dziewczynę wolno.” Jak powiedział, tak uczynił. Nie wiem, co zrobił z strażą miejską, ale nagle nadeszła gęsta mgła. Gdy na niebie pojawiła się czerwona gwiazda, podeszliśmy do murów, ale nikt nawet nie krzyknął. Warty spały, jak zabite. Dobry jest ten twój czarownik.

Dobry. Najlepszy.

– Brama Twierdzy była otwarta, choć Miecznicy nie spali. Dobrzy żołnierze. Chwilę nam zajęło, nim weszliśmy do środka. A wtedy rozpętało się piekło. Pierwsze oddziały moich ludzi były w Twierdzy, gdy wybuchła bariera antymagiczna w sali.

– O, bogowie – jęknęła Siilva.

– Dokładnie – potwierdził graf ponuro. – Popatrz sama.

Wyszli zza rogu budynku, na wprost głównego wejścia do ciemnej wieży. Po prawej stronie, gdzie niegdyś wznosiła się sala tronowa, znajdowało się teraz olbrzymie zwalisko głazów. Gdzieniegdzie widać było dopalający się ogień, rzadki dym unosił się znad ruin.

– Kto to zrobił? Kuntz czy Hejnert? – spytała ze strachem. Tego nie mógł przeżyć nikt, nawet tak potężni magowie.

– Nie, obaj są zbyt mądrzy, by igrać z cesarskim zaklęciem zabezpieczającym – odparł Tarden. – Zresztą, moi ludzie widzieli obu żywych już po tym, jak runął strop. Więc musiał być jakiś inny, głupszy czarodziej.

– Nirgard – westchnęła Siilva.

– Kto?

– Protegowany Kuntza – odpowiedziała. – Do pięt nie dorównywał ani Hejnertowi, ani swemu mistrzowi.

Graf wzruszył ramionami.

– Faktycznie. Mój mag stwierdził, że wystarczył słaby czar, by odpalić zabezpieczenie. Temu Nirgardowi chyba się udała ta sztuczka. Tak czy siak, ze środka nikt żywy nie wyszedł.

Zatrzymała się raptownie.

– Przecież mówiłeś, że widziano Hejnerta żywego? – zapytała żywo.

– Tak. – Wilhelm wyciągnął rękę. Wskazywał wąską, kamienną kładkę, zawieszoną na kilku chwiejnych podporach wysoko w powietrzu. – Tam walczyli.

Kobieta spojrzała w górę. Zaraz, pomyślała. To by się zgadzało.

– To było ukryte przejście za tronem, o którym ci mówiłam, grafie – mruknęła.

– Tak też myślałem.

Stali przez chwilę w milczeniu, wpatrzeni w resztki kamiennej konstrukcji, która nie wiedzieć jakim cudem nadal stała. Rudowłosa poczuła zimne palce niepokoju, zaciskające się na jej gardle.

– Gdzie on jest? Gdzie jest Hejnert? – wyrzuciła z siebie.

Tarden spojrzał na nią.

– Nie wiem. Nikt nie wie. Być może nie żyje. Mój mag, ten parszywy kuglarz, widział wszystko, a i tak bełkocze bez sensu.

– Mogę z nim porozmawiać?

– Może najpierw odpocznij, coś zjedz…

– Nie! – Prawie krzyczała. – Muszę wiedzieć. Muszę…

Uspokajająco wyciągnął ręce, usadził ją na kamiennej ławce, która stała obok ścieżki.

– Poczekaj tutaj. Zaraz go przyślę.

Po kilku minutach wrócił z małym, zasuszonym czlowieczkiem o wystraszonej twarzy.

– Mów wszystko i szczerze, gamoniu! – warknął na czarodzieja.

Ten skinął szybko głową, po czym odezwał się piskliwym głosem:

– To… to było niesamowite. Nigdy w życiu nie widziałem takiej ilości energii, takiej mocy. Kinetyka o niewyobrażalnej sile…

– Widzisz, pani – syknął graf. – Rozumiesz, o czym mówię? Gadaj, gałganie, do rzeczy!

– Dobrze! – pisnął mag. – Obydwaj rzucili potężne zaklęcia. A skoro zabezpieczenie pękło, to nic nie mogło ich zatrzymać. Któryś z nich wezwał jakiegoś demona, czarną bestię, która pływała w powietrzu. Nie jestem pewien, jaki to był gatunek, ale…

– Sverne – jeknęła Siilva. Zrobiło jej się słabo. – To była sverne.

Niski mężczyzna zaniemówił na moment. Po chwili, szturchnięty przez grafa, podjął opowieść na nowo.

– Sverne – szepnął nerwowo. – O, Najwyższa Kapituło. Nie wiedziałem, że to w ogóle możliwe…

– Co to jest… ta sverne? – spytał Tarden.

– Ta sama bestia, która zabiła Lidię. Tak mi powiedział. – Zakręciło jej się głowie. Hejnert, gdzie jesteś?

– Nooo… – stęknął mag grafa. – Jeśli to była sverne, to mistrz Hejnert sprawił ją niczym prosiaka. Zawyła jak król piekieł, gdy przebił ją jakimś magicznym mieczem.

– Ach, to ona tak ryczała – mruknął hrabia w zamyśleniu.

– Tak, panie – potwierdził mag. – A potem, gdy demon wyparował, rzucili się na siebie. Nie wiem, który z nich otworzył portal, ale było to potężne, stabilne przejście. Wpadli w nie obaj, a potem nastąpiła eksplozja. Która świadczy, o tym, że zamknięcie portalu zostało wymuszone – wbrew podstawowym prawidłom teleportacji.

– Czy… mogli przeżyć takie przeniesienie? – spytała cicho. Mag wzruszył ramionami.

– Mogli. Trudno powiedzieć. Tacy mistrzowie mogą wiele. Trudno powiedzieć coś na pewno, ja zresztą… jestem nikim, magicznym pyłkiem.

– Kto może wiedzieć? Kto mi powie, gdzie się przenieśli?

– To bardzo ciężko wyśledzić. Może najpotężniejsi z magów… mistrz Dabert nauczał teleportacji w Najwyższej Kapitule… może on. Ale to bardzo wątpliwe.

Nie słyszała dalszych słów czarownika. Dabert. Skądś znała to imię. Nagle wróciło do niej wspomnienie rozmowy z Hejnertem. Przypomniała sobie, jak pokazywał jej piękny, czarny kamień i wspominał o Dabercie.

– To kryształ teleportacyjny – powiedział wtedy.

Dabert.

***

Tarden próbował ją powstrzymać. Prosił, namawiał. Nawet zagroził, że przyśle strażników.

– Tylko spróbuj! – rzuciła mu w twarz, krzywiąc się z bólu. Rany, choć dobrze opatrzone przez medyków grafa, nadal bolały jak diabli. Ale to nieważne. Nie miała chwili do stracenia.

Dabert.

Hrabia zrozumiał, że nie zatrzyma Siilvy wbrew jej woli, i ustąpił. Dał jej najlepszego konia, nowy zestaw szabel i dobry łuk. Napełnił torby jedzeniem. Przekazał mapy cesarstwa. Ale nie chciał jej puścić. Gdy siedziała już w siodle, podszedł pożegnać się z Rudowłosą.

– Co teraz zrobisz, panie? – spytała, odgarniając niesforny lok z czoła. – Co z tronem cesarskim?

– Nie wiem – odparł. – Do Eerstel zjeżdżają seniorzy wszystkich Wysokich Rodów. Rootselar bardzo skutecznie wytępił własnych krewniaków, zostałem tylko ja – cesarski szwagier. Musimy zdecydować, co dalej. Jak pójdzie dobrze, wybierzemy nowego władcę spośród nas. Jeśli nie uda się nam dogadać, to kto to wie… wojna, może rozpad kraju. Przyszłość jest niepewna, pani.

– Poradzisz sobie, grafie – odparła. – Dobry z ciebie człowiek.

– Czasem to nie wystarczy – powiedział, gdy odjechała zbyt daleko, by go usłyszeć. Ognista grzywa Siilvy błysnęła jeszcze w promieniach zachodzącego słońca, gdy, już w bramie Twierdzy, odwróciła się w siodle i spojrzała na czarne wieże. Tarden patrzył na nią w milczeniu.

A potem popędziła konia piętami i zniknęła za załomem muru.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Brawo. Nareszcie opis igraszek, który nie razi mnie nieporadnością i infantylnością. A to tutaj rzadkie. Prawie niespotykane.
Podoba się rozmach, spójność akcji, nastrój. Tylko to cholerne zakończenie ni w pięć, ni w dziewięć.
Nie każdy takie niedopowiedzenia lubi. Wiem, trzeba było kiedyś skończyć. Każde dzieło w końcu zaczyna nużyć autora. Ale drogi Seamanie, tak nas biednych porzucić…?
Kompletny brak empatii, autorze. Oczarować i porzucić! Egoizm do siódmej potęgi 😉

Godny epilog genialnej serii. Uwielbiam erotyczne fantasy!

Mustafa

Panowie!
Dziękuję za tak miłe słowa. Zasłużyć na pochwałę zawsze wybrednego Karela – znaczy wiele. Teraz jeszcze niech Barman coś dobrego napisze, a zacznę stroszyć piórka, że hoho! Chyba, że nieopatrznie wywołałem wilka, znaczy Barmana, z lasu, sprowokowałem do komentarza i runie mój misternie budowany domek z kart 😉
Jakoś musiałem zakończyć tę serię. Z definicji nienawidzę happy-endów, za to kocham zakończenia niejednoznaczne. To moje może takie nie jest, ale pozostawia Czytelnika (mam nadzieję) w niedosycie. A o to przecież chodzi!

Pozdrawiam Czytelników,

seaman.

Marynarzu, planujesz powroty do tego uniwersum? 5, jak nic.

Witaj Anonimie!
Powrót do świata Siilvy? Chyba nie, ale skoro Sapkowski wrócił do wiedźmina, to nie można niczego zakładać na sto procent.

pozdrawiam, seaman.

Mam nadzieję,że podobnie jak Sapkowski dasz się jeszcze namówić na powrót do tego świata 🙂 Szkoda byłoby, by taki setting trafił do kosza po jednej serii.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

P.S. Jestem w trakcie lektury. Jak tylko ją skończę zaczynam od początku – cały cykl. Uważam, że "Rudowłosa" to jedna z najlepszych serii na naszej stronie!

Dziękuję bardzo, Megasie. Kto wie, może jak odpocznę od fantasy, to zatęsknię? Nie wykluczam.

seaman.

Dobry wieczór!

I tak oto zakończyła się "Rudowłosa". Cykl, który naszym Czytelnikom towarzyszył od półtora roku, a narodził się jeszcze na starym portalu. Epilog czytałem z zainteresowaniem i niecierpliwością, ale i z pewnym smutkiem – bo to co dobre, zawsze dobiega kresu. W poprzednich rozdziałach Seaman piętrzył komplikacje i fabularne wątki, ciekaw byłem, jak zdoła wszystko to zamknąć. I jak się okazało – nie zamknął. Finał jest otwarty, co może sugerować kontynuację, ale najpewniej pozostawi nas w sferze domysłów co do dalszych losów Siilvy, Hejnerta i ich arcywroga – Verne den Kuntza. Imperium jest w kryzysie, tron pusty, sukcesja niepewna, siły odśrodkowe potężne.

Słowem – nic tak naprawdę nie wiadomo. Może wszystko rozejdzie się po kościach, a może zbliża się ostra rzeź, gdzie nikt nikomu pardonu dawać nie będzie. Śmierć Nirgarda (swoją drogą, niezłego skurwysyna) to niezbyt mocne katharsis. Śmierć sadysty Rootselara – trochę mocniejsze, ale jednak – wisienką na torcie pozostawał Kuntz, sprawca całego zamieszania, spiritus movens kryzysu i sprawca nieszczęść panny de Rocrey.

Nie chodziło mi oczywiście o klasyczny happy end, wiem, że Seaman ich nienawidzi. Nie chodziło mi również o zamykanie każdego wątku – ale jednak te główne chętnie widziałbym rozwiązanymi… A tak pozostaje jednak dojmujące poczucie niedosytu. W związku z powyższym już nie proszę, a domagam się kontynuacji! Żądam jej i wzywam do napisania! Nie można nas, wiernych Czytelników, pozostawiać w takim zawieszeniu. Nie godzi się, nie wypada, nie przystoi. Skoro "Epilog" został już napisany, to my, fani "Rudowłosej" żądamy teraz "Suplementu" 😀

Co się tyczy fabuły: nie spodziewałem się intymnego zbliżenia Siilvy z Hejnertem. Była to dla mnie pewna niespodzianka, ale sympatyczna i mile widziana. Konfrontacja w Twierdzy Rootselara pasjonująca, choć zbyt raptownie urwana. Chciałbym raz jeszcze zobaczyć w akcji sverne, przyjrzeć się pojedynkowi Hejnerta i Kuntza, zobaczyć, jak Siilva kogoś jeszcze szlachtuje. Nie pogardziłbym też barwnym i plastycznym opisem detonacji sali tronowej.

Scena walki w tejże sali – tu mam pewne zarzuty. Co za geniusz uzbroił Mieczników w dwuręczne, ciężkie miecze, bardzo nieporęczne podczas walki we wnętrzach? Przecież właśnie we wnętrzach głównie stacjonowali! Ich walka z asasynami też mnie zastanowiła. Skoro mieli przewagę liczebną, powinni trzymać szyk i nie przepuszczać nikogo bokiem – wtedy asasyni nie mieliby najmniejszych szans. W pojedynku zręczny i nieopancerzony szermierz ma szansę wygrać z zakutym w pancerz wojakiem. W walce zbiorowej, gdy liczy się szyk, opancerzeni mogą stworzyć z samych siebie niepowstrzymany taran i ubezpieczając się wzajemnie, niemal zawsze pobiją stłoczonego, nieopancerzonego wroga. Tym bardziej, że szable w ogóle nie nadają się do parowania ciosów zadawanych dwuręcznymi mieczami. Po jednym, dwóch takich parowaniach rozprysłyby się na kawałki. Głownia miecza dwuręcznego jest 2-3 razy cięższa i znacznie szersza, w dodatku ciosy zadawane taką bronią mają znacznie większy impet (wzmacniany masą). Ergo – moim zdaniem asasyni nie mieli żadnej możliwości wygrania tego starcia.

No i pytanie: gdzie Rootselar ukrył tych osiemdziesięciu łuczników? W sali tronowej nie zdziałali wiele, ale strzała jednego z nich dopadła Kuntza w korytarzu… czegoś tu nie rozumiem 🙂

Pomimo wszystkich moich uwag, wątpliwości i postulatów, "Rudowłosą" czytało się bardzo przyjemnie. Czas spędzony na lekturze z pewnością nie był czasem straconym. Mam nadzieję, że wkrótce przeczytamy coś nowego Twojego, Seamanie autorstwa. I tylko Siilvy (Hejnerta, Kuntza…) żal. Może jednak "Suplement"? Chyba założę poświęcony tej sprawie komitet społeczny 😀

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Megasie!

Dziękuję za tak obszerny komentarz – analizę. Zastanawiałem się długo, jak zakończyć ten cykl. W jaki stopień "uszczegółowienia" się wdać. Wyszło, jak wyszło, bo gdybym chciał zgłębić wszystkie elementy, o których wspomniałeś – a wszystkie na to zasługiwały, zgadzam się – to wyszłoby nie 30, a 60 stron Epilogu. Nie chciałem biednej Miss narażać na tak duży wysiłek przy korekcie, za którą w tym miejscu bardzo dziękuję. Gdyby nie Twoja pomoc, Miss, nic z tego pewnie by się nie udało.

Odnośnie walki w sali tronowej – masz Megasie rację. Nie miałem czasu ani większych możliwości analizować technik walki oddziałów zbrojnych, a na tym zapewne – jako miłośnik antyku i wszystkiego z tym tematem związanego – znasz się jak nikt z nas. Mogę tylko napisać, że Mieczników wyobrażałem sobie jako elitarny wprawdzie, ale bardziej pokazowy oddział, gwardię honorową cesarza. Dobrze wyszkoloną, lecz nie do końca przystającą do współczesności, jako wywodzącą się z dawnych, innych czasów. Aczkolwiek zgadzam się z Tobą, że nie przemyślałem wszystkiego tak, jak należy.
Nie opisywałem walki Hejnerta z Kuntzem czy zniszczenia sali tronowej, bo chciałem przedstawić akcję z punktu widzenia Siilvy – chciałem raczej oddać wrażenie chaosu i zniszczenia, niż je opisywać ze szczegółami. Założyłem, że Siilva, zaskoczona własnymi uczuciami do Hejnerta, rzucona w sam środek armagedonu, będzie myślała tylko o odnalezieniu bliskiej jej osoby i do tego dążyła.
Właśnie. Wątek Rudowłosej i czarodzieja. Postanowiłem zbliżyć ich "ku sobie", bo kilka osób z naszego kółka wzajemnej adoracji wyraziło nadzieję, że tak właśnie się stanie. Chcieliście – proszę bardzo!
🙂

Dlatego też – nie obiecując niczego – nie pozostaję głuchy na apele i prośby odnośnie Suplementu 😉

Raz jeszcze dziękuję Miss za pomoc przy pisaniu tego (i wielu, wielu innych) opowiadania. Twoje celne i cenne uwagi prostują wszystkie meandry, jakie rodzą się w mojej głowie.

Pozdrawiam, seaman.

Seamanie, cała przyjemność po mojej stronie – wiesz, że bardzo lubię dyskusję nad Twoimi tekstami, szczególnie, gdy mamy na to więcej czasu. Więc nie ograniczaj się:-) Gratuluję zakończenia (a może jedynie tymczasowego zakończenia) Twojego cyklu.

Seamanie!

Czytam już po raz kolejny całą serię i tą część….
5/5 bez żadnych wątpliwości!
Jednak ten suplement…. zakończenie otwarte aż prosi się o kontynuację, więc PROSZĘ 🙂

Wierna czytelniczka

Styna

No mamy koniec, choć niekoniecznie, może jednak Autora najdzie jeszcze chętka na powrót do tych bohaterów. Podobnie jak Megas domagam się tego, szkoda nie wykorzystać takiego potencjału. Cały cykl okazał się smakowitą ucztą, niestety tylko z sześciu dań, ale jak to mówią – co za dużo to niezdrowo. Co do kwestii technicznych walki MA ma rację, ale też podziwiam jego analityczne podejście do lektury. Mnie historia tak pochłonęła, że nie zwracałem uwagi na takie niuanse. Chapeau bas, Seamanie.

Pozwól Sinfulu, że odpowiem jedynie w tym miejscu na Twoje komentarze pod wszystkimi częściami tego cyklu. Dziękuję Ci bardzo za tak miłe słowa, bo każdy komplement Twojego autorstwa jest dla mnie bardzo ważny. Cieszę się, że podobały Ci się moje wypociny. Starałem się napisać każdą z nich najlepiej, jak potrafię i raduje mnie każda pozytywna opinia. Znaczy, że coś mi w życiu jednak wyszło 😉

Pozdrawiam, seaman.

W komentarzu umieszczonym pod ostatnim (?) opowiadaniem tego cyklu postaram się wyrazić opinię zarówno o tej części, jak i o całości. Opowieść o Rudowłosej imponuje rozległością wykreowanego świata, ukazanego z dbałością o różne drobne szczegóły. Do tego bardzo ciekawy pomysł opowiedzenia tej historii z punktu widzenia kilku kolejno zmieniających się w roli narratora bohaterów. Chociaż ostatecznie najcześciej śledzimy losy Silvy (w trzech z sześciu odcinków). To duże, fabularne plusy. Są też jednak i minusy. Akcja wydaje się miejscami przeszarżowana, nieprzemyślana i w sumie nieprawdopodobna. Choćby finałowa scena konfrontacji w sali tronowej. MA wypowiedział się już szczegółowo na temat nielogiczności samego przedstawienia walki pomiędzy gwardzistami cesarza, a zabójcami czarnoksiężnika. Dodam, że dla mnie całe założenie i otoczka tej konfrontacji wydają się nieprawdopodobne. Czy cesarz nie miał już innego sposobu, by pozbyć się wiarołomnego sługi? Dlaczego pozostawił tak dużo przypadkowi, niepotrzebnie ryzykował i w końcu przegrał? Pomimo młodego wieku został przecież przedstawiony jako doświadczony polityczny intrygant. I jeszcze pojawienie się hrabiego Tardena w roli, bo ja wiem, mimowolnego zbawcy imperium? Wszystko to sprawia wrażenie niepotrzebnego nagromadzenia postaci oraz wydarzeń, nie do końca logicznych i przemyślanych, mającego oszołomić czytelnika i przysłonić brak jakiegoś większego pomysłu na rozegranie finałowej konfrontacji. Jeżeli pominąć te „fajerwerki”, to wypada ona raczej nijako. Ot, spotkali się i skoczyli sobie do gardeł, niczym pomniejsi szlachetkowie. Z podobnymi sytuacjami braku pomysłów mamy do czynienia i wcześniej, np. „cudowne” i magiczne uwolnienie się Silvy z rąk wrogów, albo nagłe pojawienie się tajemniczego, starożytnego tunelu prowadzącego (jakże wygodnie) wprost do apartamentów cesarza. „Deus ex machina”, gdy brakuje konceptu, czas sprowadzić na scenę bogów albo magię. Ogólnie więc samą fabułę uważam za mocno niedopracowaną. Miłym zaskoczeniem okazało się natomiast otwarte zakończenie, dające pole do różnych spekulacji.
Wielkim plusem są bohaterowie, żywi, o niebanalnej psychice, oddanej jednak bez sążnistych, nużących introspekcji. Poznajemy ich przede wszystkim w rozmowie i w działaniu. Tu solidne brawa.
Erotyka pełni w opowieści rolę pomocniczą. Sceny zbliżeń intymnych sprawiają wrażenie wtrętów zamieszczonych cokolwiek na siłę, ze względu na specyfikę portalu. Same w sobie oddane zostały barwnie, ale w sumie, to ta historia mogłaby się bez większości z nich doskonale obejść. Jedyna istotna dla fabuły scena erotyczna to uwiedzenie Silvy przez Nirgarda w pierwszym odcinku, co umożliwiło temu drugiemu obejście magicznych zabezpieczeń i wymordowanie członków gildii zabójców.
Język opowieści, początkowo lekko kulejący (zwłaszcza powtórzenia), z odcinka na odcinek staje się lepszy, za co należą się autorowi oraz korekcie wyrazy uznania. Dobrze wypadają dialogi, żywe, popychające akcję do przodu, przekazujące dużo informacji. Dodaje to tekstowi lekkości.
W sumie, udana kreacja rozległego, fantastycznego uniwersum, żywi, ciekawie odmalowani bohaterowie, fabuła niedopracowana i nie do końca przemyślana, niespecjalnie przy tym zaskakująca zwrotami akcji (jeżeli pominąć „cudowne” interwencje magów i autora), erotyka udana, chociaż dodawana w wielu miejscach bez istotnej potrzeby fabularnej. Warsztat językowy coraz lepszy z odcinka na odcinek. Ocena końcowa mniej więcej na 4.

Napisz komentarz