Domek nad jeziorem III: Epilog (Miss.Swiss)  3.59/5 (22)

31 min. czytania
Ctibor Laky (luckylooke) "The Romance", CC BY-NC-ND 3.0

Ctibor Laky (luckylooke), „The Romance”, CC BY-NC-ND 3.0

Przez chwilę stał niezdecydowany. Jeszcze raz spojrzał na trzymaną w ręku książkę. Tajemnica domku nad jeziorem. Brzmiało jak tytuł powieści dla młodzieży. A raczej ‒ brzmiałoby tak, gdyby nie podtytuł ‒ niegrzeczna opowieść weekendowa. Teraz skojarzył niektóre wątki fabuły, o której do tej pory sądził, że została w dużym stopniu wymyślona. A więc tak się sprawy miały. Trochę był zły na przyjaciółkę, w końcu zwierzył się ze swoich problemów, zezwolił na ich literackie przetworzenie, a w zamian oczekiwał szczerości. Ona tylko słuchała, o sobie nie pisnęła ani słowa. Czyżby nie miała do niego zaufania? Zdjął do końca rozdarty papier, ale starannie obwiązał tomik czerwoną wstążeczką i odłożył na miejsce.

Nie bardzo wiedział, jak się zachować. Nie chciał nikomu przeszkadzać, ale z drugiej strony uważał, że ma prawo tu być. Jedno było pewne. Nie zamierzał się nigdzie ruszać, na pewno zaś nie miał zamiaru wracać w taką pogodę do stolicy. Miejsca wprawdzie starczy dla wszystkich, ale samotny wieczór, na który z utęsknieniem oczekiwał, diabli wzięli…

Nim jednak zdążył podjąć jakąkolwiek decyzję, drewniane drzwi górnej sypialni otworzyły się z hukiem, uderzając o poręcz schodów.

 ‒ Wojtek, czas na prezenty!

Tak, Lili zdecydowanie zyskała z wiekiem. Apetyczna figurka, to musiał przyznać… Do tej pory oglądał co najwyżej śmiałe dekolty i kuse spódniczki, którymi tak chętnie prowokowała przyjaciółka. Tym razem nie miała na sobie nic, poza czerwoną szydełkową czapeczką z dzwonkiem i czerwonymi rękawiczkami do łokci. I wcale się go nie przestraszyła. Zatrzymała się wprawdzie na schodach, z jedną ręką na poręczy, przez ułamek sekundy jakby nieco zdziwiona jego widokiem, ale po chwili uśmiechnęła się i powiedziała pogodnie: .

 ‒  Cześć, Michał!

 ‒  Cześć, Autorko… hmm…. bez tajemnic ‒ odpowiedział, specjalnie akcentując ostatnie słowa. ‒ Świetne…eee… nogi. ‒ Starał się uciec wzrokiem w bok.

 ‒  Dzięki ‒ odparła zupełnie naturalnym głosem. Już się całkowicie opanowała. ‒ A co sądzisz o reszcie? ‒Odwróciła się, prezentując mu pełne, lecz wyjątkowo zgrabne pośladki. Być może było to tylko złudzenie, ale wydawało mu się, że lekko wypięła pupę. Rzuciła przez ramię:

 ‒  I jak? Tyłek ok?

 ‒  Tyłek… jak milion dolarów… ‒ odparł z uśmiechem, dostrajając się do jej żartobliwie poważnego tonu.

 ‒  Chodzę ostatnio na pilates ‒ oświadczyła z powagą ‒ i regularnie robię workout brazylijskie pośladki .

 ‒  Nie wiem, co to, ale efekty są, jak na moje oko, doskonałe ‒ odrzekł równie serio.

 ‒ To świetnie ‒ wyraźnie się ucieszyła.

 ‒  Mówiłaś coś? ‒ Goły Wojtek wychynął z sypialni, lecz dostrzegłszy przyglądającego mu się z dołu przyjaciela, natychmiast schował się w popłochu .

 ‒  Wyłaź, Wojtuś, wyłaź! Mleko się już rozlało ‒ zawołał Michał. Zaproszenie pozostało bez odpowiedzi.

Lili rzuciła Michałowi rozbawione spojrzenie.

 ‒  Wpadliśmy –  stwierdziła beztrosko. ‒ A Wojtuś się ciebie wstydzi! ‒ dodała na tyle głośno, by  kochanek na pewno usłyszał.

Wolnym krokiem zeszła po schodach do salonu. Zachowywała się przy tym całkiem swobodnie, jakby prezentowała co najmniej kreację Lagerfelda na wybiegu w Paryżu, nie zaś jedynie swoje, nadzwyczaj apetyczne, wdzięki.

Michał oparł się o stół, założył ręce na piersiach i podjął grę.

 ‒  Atrakcyjna sztuka z ciebie, Lily. Nic dziwnego, że Wojtek stracił głowę.

Podeszła bliżej, ale wytrzymał, nie spuścił wzroku. Nawet przechylił głowę i całkiem otwarcie zatrzymał bezczelne spojrzenie na jej dużych, jędrnych piersiach. Widział, jak unoszą się w przyspieszonym oddechu, dostrzegał pomarszczoną fakturę sutków, a gdyby lekko się pochylił, mógłby wręcz pochwycić je wargami, jeśli  wyciągnąłby rękę bez trudu dotknąłby jasnego, wypukłego wzgórka u zbiegu ud dziewczyny. Zrobiła jeszcze krok do przodu, wspięła się na palce i lekko pocałowała go w usta.

 ‒ Tak uważasz?

 ‒  Jak najbardziej. ‒ Ostrożnie objął ją w pasie i delikatnie przytulił. ‒ Ale trochę się gniewam na ciebie. Myślałem, że mi powiesz… ja byłem z tobą całkowicie szczery…

 ‒ Kiedyś bym ci powiedziała. Ale wiesz, on bał się wpadki. Ryzykuje, ale tak naprawdę się boi. Dlatego muszę wziąć sprawy w swoje ręce.

 ‒ Długo to już trwa?

 ‒  Kilka miesięcy. Od t a m t e g o weekendu ‒ nachyliła się do niego poufałym gestem ‒ w łóżku jest bosko. Wychowałam go sobie. ‒ Zmrużyła oczy i oblizała się.

 ‒  Nie przeszarżuj, Lili. We wzbudzaniu zazdrości też trzeba mieć umiar. A twoja zdobycz właśnie do nas idzie. ‒ Musnął ustami zgrabne ucho, powstrzymał się z trudem od lekkiego klapsa w idealny tyłek i delikatnie odsunął dziewczynę.

 ‒  Co tam szepczecie? ‒ Wojtek był wyraźnie zły. Zszedł do salonu, już ubrany  w podkoszulek i dżinsy.. Ostentacyjnie zignorował wyciągniętą dłoń Michała.

 ‒  Lili, załóż coś na siebie ‒ warknął. Najwidoczniej nie przypadło mu do gustu ich poufałe powitanie, nawet, jeśli   domyślił się, że scenka została odegrana pod niego.

 ‒  Po co? ‒ Przechyliła przekornie głowę ‒ przecież jest ciepło. Tanecznym krokiem podbiegła do stojącej naprzeciw kominka sofy i ułożyła się na niej we wdzięcznej pozie.

Mężczyzna poczerwieniał, przez kilka chwil stał niezdecydowanie na środku pokoju, po czym sztywnym krokiem podszedł do kominka i dorzucił kilka bierwion do ognia.

Michał roześmiał się cicho. Lili jak zawsze była sobą.

 ‒ Nie wiedziałem, że planujesz przyjazd tutaj ‒ mruknął Wojtek mało przyjaźnie.

 ‒ Ja też nie znałem waszych planów ‒ odparł natychmiast Michał ‒ myślałem, że to dla ciebie święta rodzinne ‒ nie mógł sobie odmówić lekkiej ironii.

 ‒ Nie twoja sprawa ‒ Wojtek wyraźnie przyjął postawę obronną, ale po chwili zmitygował się jednak ‒ rozumiem, że możemy liczyć na twoją dyskrecję.

 ‒ Dobrze, już dobrze ‒ Michał był nastawiony pokojowo, choć bawiło go zakłopotanie kolegi ‒ nie moja broszka. Nie będę przeszkadzał. Zajmę ten mały pokój na dole.

 ‒  Macie może ochotę na kieliszek dobrego, hiszpańskiego wina? ‒ dorzucił, by rozładować nieco napięcie.

 ‒  Ja mam! ‒ Lili najwidoczniej doskonale się bawiła. ‒ Właściwie jestem też głodna… Pysiu, mógłbyś mi zrobić kanapkę? ‒ Klepnęła Wojtka poufałym gestem. ‒ Najlepiej z chorizo. I oliwki daj do tego. Mamy fantastyczne zapasy, Michał, właściwie moglibyśmy tutaj nawet wszyscy przezimować. A ja zawsze jestem cholernie głodna po… no wiesz, po czym… Po wysiłku fizycznym ‒ zachichotała.

Rumieniec Wojtka przybrał mocno różowy kolor. Fuksja, przemknęło Michałowi przez myśl i omal się nie roześmiał.

 ‒  Ja coś przygotuję, jako wieloletni singiel mam niezłą wprawę ‒ zaofiarował się. . Nie czekając na reakcję, zbiegł po kilku schodach do kuchni.  Jak dobrze, że domek był  tak obszerny i  umożliwiał zejście sobie z oczu. Ciekawiło go, czy nastrój kolegi ulegnie zmianie. Kiedyś się nawet lubili, tak mu się przynajmniej wydawało. Potem, po skończeniu liceum, a szczególnie po ślubie Wojtka kontakty uległy znacznemu rozluźnieniu. Jak to zresztą często bywa. Z góry dobiegały go fragmenty prowadzonej gorączkowym szeptem dyskusji, ale nie wsłuchiwał się w nią, w sumie nie interesowały go miłosne perypetie znajomych . Do małżeńskiej wierności innych miał dość luźny stosunek. Dawno już przestał oceniać i ferować wyroki, nie czuł takiej potrzeby. Żyj i daj żyć innym. Widocznie ci inni lub też te inne mieli swoje powody , by nie dotrzymywać owej, tak wszędzie  niegdyś cenionej, fizycznej wierności. Jego zdaniem ‒ mocno przecenianej. Zdarzało mu się sypiać ze znudzonymi, zaniedbywanymi lub zwyczajnie niezaspokojonymi mężatkami, czasem następowało to z jego inicjatywy, częściej jednak to one dawały mu do zrozumienia, czym są zainteresowane. Jeśli dziewczyna mu się podobała, korzystał. Jak inni. Nikt nie mógł go już zranić.

W sumie nawet rozumiał Wojtka. Gdyby to on miał spędzić choćby kilka dni z Tamarą, pewnie raczej wyskoczyłby oknem. A już na pewno skorzystałby z tak smakowitej alternatywy, jak skok w objęcia gorącej Lili.

Przygotował deskę z kanapkami, miseczki z oliwkami i pokrojonym serem. Otworzył butelkę wina i umieściwszy wszystko na największej tacy, jaką udało mu się znaleźć w kuchni, skierował się na górę. Postawił stopę na pierwszym stopniu schodów, gdy jego uwagę przykuł cień za oknem. Zaskrzypiał śnieg pod ciężkimi krokami, słabe światło latarki odbiło się od szyby. Zaniepokojony Michał odstawił tacę na kuchenny blat i podszedł do wejścia dokładnie w momencie, gdy zasuwka górnego zamka ustąpiła. Zdążył jeszcze odskoczyć, by uniknąć zderzenia z solidnymi drzwiami. Nim wzrok przyzwyczaił się do ciemności i zrozumiał, kto stoi w progu, minęło kilka chwil. Zaskoczenie odebrało mu mowę. W nikłym pomarańczowym świetle zewnętrznej lampy rozpoznał zakapturzoną postać.

Iza była nie mniej zdziwiona.

 ‒  Ty… tutaj? ‒ albo się przesłyszał, albo w jej głosie zabrzmiała nuta paniki. Nie było to jednak powitanie, jakiego oczekiwał jeszcze kilka tygodni temu.

 ‒  Jak widzisz ‒ z trudem wymówił te słowa. Chwilę mierzyli się spojrzeniami. Serce podeszło mu do gardła. W pierwszym momencie   uwierzył w bożonarodzeniowy cud. Dał jej trzy miesiące i  w ostatnim momencie pojawiła się, by zostać. Ale nie, to byłoby chyba zbyt proste – trzeźwe myślenie wzięło górę nad chwilową radością.  .

 ‒  Mogę wejść? Pada… ‒ Przepuścił ją bez słowa. W milczeniu obserwował, jak stawia w przedpokoju czarną, podróżną torbę, jeszcze z papierową naklejką z lotniska w Gdańsku, zdejmuje elegancki, ciemny płaszcz i botki na wysokim obcasie, zupełnie nieprzydatne przy obecnej pogodzie. Nosiły ślady brnięcia przez śnieżne zaspy, które od momentu jego przyjazdu znacznie się powiększyły. Nie zaoferował się z pomocą, nawet zauważywszy, że ma całkiem przemoczone stopy i bezradnie rozgląda się za rezerwowymi domowymi pantoflami, których pełno było zawsze pod wieszakiem.  Jednak przed wyjazdem Dorota dobrze wysprzątała dom. Z pewnym zdziwieniem spostrzegł  czarną, elegancką sukienkę i cienkie rajstopy, dyskretną złotą biżuterię zdobiącą nadgarstki i szyję. Wyczuwając jej zakłopotanie, odwrócił się w stronę kuchni, wyjął z szafki jeszcze jeden kieliszek i ostentacyjnie postawił go na tacy. Na górze rozległ się chichot Lili.

 ‒ Michał, co tak długo? Jesteśmy głodni!

Iza drgnęła.

 ‒ Nie jesteś… sam?

 ‒  Nie. ‒ Wziął tacę i wszedł na schody.

Z wahaniem podążyła za nim.

Okazało się, że w drodze kompromisu Lili faktycznie “coś na siebie narzuciła”. Było to białe koronkowe wdzianko obszyte futrem na dole i przy mankietach. Strój śnieżynki, jak wyjaśniła z całą powagą. Spódniczka kończyła się w połowie uda, a przez ażurowy materiał prześwitywało niemal wszystko.

Izę przywitali z pewnym zdziwieniem, ale żadnych pytań nie zadawali, a i ona nie kwapiła się do wyjaśnień. Wzięła kieliszek oraz kanapkę i usadowiła się na fotelu jak najbliżej ognia, wysuwając w jego stronę zmarznięte stopy. Michał zajął miejsce w fotelu po przeciwnej stronie. Wyraźnie unikała jego wzroku, milczała, zapatrzona w płomienie, machinalnie obracając w dłoniach kieliszek.

Lili szczebiotała o głupotach, jednak wszyscy byli jej za to wdzięczni. Wojtek, nadal spięty, siedział na brzegu kanapy, pociągając potężne łyki czerwonego napoju .

Czy przyjechała do niego? Przecież nie mogła wiedzieć, że on tu będzie. Nikomu nie zwierzał się ze swoich planów. I ten strój… Całkiem niestosowny do okoliczności. Nie wierzył w przypadki. Nawet nie był pewny, czy się cieszy, że ją widzi. Przez ostatnie tygodnie słabnącej nadziei, zdołał już właściwie po swojemu, “po Michałowemu”, jak mawiała Lili, zamknąć ten rozdział, niemal pogodzić się z tym, że on i Iza… ‒ że w tej sprawie  szczęśliwe zakończenie po prostu nigdy się nie wydarzy. Tymczasem znów tu była, bledsza, szczuplejsza niż na jesieni, sprawiająca wrażenie chłodniejszej i bardziej niedostępnej. Smutnej. A może coś się stało? Pytania nasuwały mu się jedno po drugim, tylko żadne logiczne wyjaśnienia nie chciały przyjść do głowy.

Lili przerwała na chwilę swój słowotok.

 ‒  Hej, ale tłok się tu zrobił ‒ zauważyła, dolewając sobie wina. ‒ Przyjechałaś w samą porę, Michał czuł się taki osamotniony. ‒ Puściła oko do przyjaciela. ‒ Ja, jak widzisz już się zaopiekowałam tym panem. ‒ Demonstracyjnie przytuliła się do Wojtka. ‒ Prawda, skarbie?

Wojtek wstał.

 ‒  Przyniosę drewna z szopy. Na górze już nic nie ma. ‒ To była prawda. W kominku dopalały się właśnie ostatnie sosnowe szczapy.

Lili odprowadziła go rozbawionym wzrokiem.

 ‒ Jeszcze się nigdzie nie pokazywaliśmy razem. Wojtek jest trochę onieśmielony ‒ wyjaśniła zdumionej Izie.

 ‒ Ty i Wojtek… Rozumiem… A co z…

 ‒  Ciii… ‒ Lili położyła palec na wargach ‒ wszystko będzie dobrze. Tylko na razie, jeszcze dosłownie przez kilka dni, musimy być dyskretni. Zachowuję więc wszystkie zasady kochanki idealnej…

 ‒ No, cóż, wygląda na to, że doskonale wiesz, co robić, lata wprawy, jak mniemam ‒ zauważyła Iza złośliwie.

 ‒ Owszem, mam pewne doświadczenia. Podobnie zresztą jak ty ‒ odcięła się natychmiast Lili, spoglądając wymownie w stronę Michała.

Iza milczała przez chwilę, mocno zaskoczona. Przeniosła zdumione spojrzenie na mężczyznę, jakby domagając się odpowiedzi. Znał właśnie ten wyraz oczu dziewczyny. Takie światło odbijało się w nich w chwilach smutku, czy gorzej ‒ rozczarowania. Smutek umiał zwykle rozproszyć, rozczarowania, szczególnie, gdy był jego powodem, nie mógłby znieść. Odstawił kieliszek.

 ‒  Pójdę pomóc Wojtkowi. ‒ Każdy pretekst był  dobry, by uniknąć choćby niemych wyrzutów. Później znajdzie się okazja do wyjaśnień.

Z ulgą wydostał się z zasięgu wzroku obu pań. Włożył buty i narzucił kurtkę, cicho zamknął za sobą drzwi i odetchnął pełną piersią. Powietrze było rześkie, przyjemnie chłodziło płuca. Białe płatki wirowały gęstymi spiralami, drewniany płot okalający posesję zasypany był już niemal do połowy wysokości. Ciężko będzie ruszyć wóz, pomyślał z nagłym niepokojem, spoglądając w stronę samochodu. Prawie zniknął już pod śniegiem. Jedyne dobre miejsce parkingowe pod wiatą , na tyłach domu, zajmował samochód Lili . Trudno. Nigdzie mu się nie spieszyło. Wypalił papierosa.

Namacał w kieszeni latarkę, stwierdził, że trzeba będzie ją koniecznie doładować i ruszył w stronę sporej szopy, gdzie Dorota trzymała drewno na zimę. Kilka metrów przed sobą dosłyszał skrzypienie śniegu pod ciężkimi krokami.

 ‒  Wojtek? ‒ Uniósł latarkę wyżej, by coś dostrzec. Nic jednak nie zobaczył, zdawało mu się tylko, że skrzypienie przyspieszyło i nagle zamarło. Wzmagający się wiatr nie ułatwiał rozpoznania terenu. Zrobił jeszcze dwa kroki, potknął się   i upadł w śnieg.

 ‒  Kurwa! ‒ Obejrzał się za siebie. Ciemny, duży kształt przyprószony śniegiem,  poruszył się z jękiem.

 ‒  O kurde, Wojtek! Co się stało? ‒ Przyklęknął przy koledze. Ten gramolił się właśnie z trudem na kolana i pocierał skronie.

 ‒ Chyba się poślizgnąłem. Cholera, nie pamiętam.

 ‒ No to dobrze, że wyszedłem za tobą. Zamarzłbyś.

 ‒  Bez przesady. ‒ Wojtek rozejrzał się wokół lekko zdezorientowany. ‒ Najgorsze, że nie wiem, czy już niosłem to drewno, czy dopiero po nie szedłem.

 ‒  Chyba niosłeś. ‒ Michał wskazał latarką kilkanaście szczap leżących obok. ‒ Nawet ułożyłeś je w zgrabny stosik przed tym poślizgnięciem się.

 ‒  Rzeczywiście. ‒ Wojtkowi w końcu udało się wstać, wciąż jednak rozcierał głowę i bezradnie rozglądał wokół. ‒ Teraz to już nic nie rozumiem. Nic nie pamiętam.

 ‒  Ty ‒ podejrzliwie spojrzał na Michała ‒ coś tu nie gra, a może to ty mnie popchnąłeś?

 ‒ No, chyba ci odbiło…

 ‒ No wiesz, różne żarty się ciebie trzymają. Na przykład wyśledzenie, gdzie spędzamy z Lidką te dni. Chyba sam rozumiesz, w jakiej sytuacji nas postawiłeś.

 ‒  Nie świruj, dobra? W s y t u a c j i sami się postawiliście. I chodź już lepiej, zimno tak stać.

Atmosfera w salonie zagęściła się nieco.

Lili w swoim koronkowym przezroczystym wdzianku okupowała sofę, ściskając w ręku małą poduszkę. Iza podwinęła nogi na fotel i skrzyżowała ramiona. Spoglądały na siebie w nieprzyjaznym milczeniu.

Pojawienie się mężczyzn zwróciło ich uwagę.

 ‒ Wojtek! Rany boskie, co się stało? ‒ krzyknęła Lili, zrywając się od razu z kanapy.

 ‒ Biliście się?

 ‒ Nie, no co ty? Poślizgnąłem się…

 ‒  Spójrz w lustro! ‒ Rzeczywiście fioletowo-purpurowy siniak rozrastający się na skroni i prawej strony twarzy Wojtka świadczyło o tym, że wyprawę po drewno okupił poważniejszymi obrażeniami cielesnymi.

 ‒  Kurde, faktycznie ‒… uderzyłem w coś, nie pamiętam.

 ‒ Bo trzeba było wziąć latarkę… Dorota ma ich w szufladzie w kuchni cały zapas, pamiętasz? Daj, przyłożymy chociaż lód.

 ‒  Czekaj, najpierw dołożę do kominka. ‒ Ruszył w stronę paleniska. Ostatnie drzazgi dopalały się właśnie z cichnącym, niemal dyskretnym pykaniem, rozbłyskując pomarańczowymi punkcikami w zwałach szarego popiołu.

Wraz z głośnym trzaskiem zgasły nagle wszystkie światła. Sufitowa lampa w kuchni i dwa nastrojowe kinkiety w salonie. Stary piec akumulacyjny wydobył z siebie długi świszczący dźwięk i zamarł. Bez jego jednostajnego, choć niegłośnego buczenia w tle, cisza aż dzwoniła w uszach. Wszyscy na chwilę wstrzymali oddech.

 ‒ Co jest, do cholery? ‒ w głosie Wojtka zabrzmiał niepokój. Odłożył drewno na metalową płytę przed kominkiem, ale nie mógł znaleźć zapałek.

 ‒  Tylko bez paniki… elektryka jest stara, pewnie wywaliło bezpieczniki. To się zdarza. Zejdę na dół, wiem, gdzie są ‒ wyjaśnił Michał. Wypowiadając te słowa, poczuł nagły przypływ niepokoju. Coś było nie tak. Z domem, z nimi wszystkimi. Przypomniał sobie o krokach na śniegu, pomyślał o dziwnym zachowaniu Izy i wypadku Wojtka.

 ‒  Pójdę z tobą, poświecę ci latarką ‒ odezwał się Wojtek. .

 ‒ Dobra ‒ zgodził się skwapliwie. Nawet było mu to na rękę.

 ‒ Wszyscy pójdziemy ‒ zdecydowała Lili.

 ‒ Dobrze, tylko nie pozabijajcie się na schodach. Bezpieczniki są, jeśli dobrze pamiętam, przy wejściu.

Poruszali się powoli w niemal kompletnej ciemności. Rozładowana latarka Michała świeciła coraz słabszym blaskiem. Michał czuł koło siebie oddech Izy, posuwającej się tuż przy nim, jej rękę, położoną z pewnym wahaniem na plecach, szelest sukienki, której dół wykończony paskiem połyskującej tafty ocierał się o jego spodnie. Tylko za dużo nie myśleć o tym wszystkim, postanowił w duchu

Skrzynka z bezpiecznikami rzeczywiście była tam, gdzie pamiętał. Nawet płaska latarka, kilka świec i zapałki leżały na półce tuż obok. Widocznie podobne awarie zdarzały się w domku częściej, a przezorna pani domu przygotowała wszystko, co potrzebne.
‒  Poświeć mi…

‒ Wszystko wydaje się w porządku. To raczej awaria w sieci. Gdzieś na osiedlu jest transformator, ale nie mam pojęcia, gdzie dokładnie. Pewnie trochę potrwa, zanim naprawią. Na razie nic z tym nie mogę zrobić ‒ stwierdził po pobieżnych oględzinach.

 ‒ Cholera, to zimno będzie.

 ‒ Przyniesiemy więcej drewna i będziemy palić całą noc.

 ‒ Mnie tam zimno nie będzie ‒ wtrąciła Lili, znów pewna siebie. ‒ Wojtkowi też nie. Moja w tym głowa. ‒ Wojtek nieznacznie odsunął się od niej.

 ‒ Tobie tylko jedno w głowie. A możemy mieć nie lada kłopot ‒ warknął. Lili spojrzała na niego ze zdziwieniem.

 ‒ Weźcie świece i wracajmy na górę. Zastanowimy się, co i jak. ‒ Michał wyjrzał przez okno ‒ pada coraz bardziej ‒ zauważył ‒ nie wiem, jak się stąd wydostaniemy. Trzeba będzie rano skontaktować się z leśniczym.

Wrócili do salonu na pierwszym piętrze.

 ‒ Okna są chyba nieszczelne, tak tu zimno…

Powiew wiatru mocnym pchnięciem otworzył drzwi na taras, wdmuchując do środka tuman śniegu.

 ‒ Co za kretyn zostawił otwarte, zlitujcie się! ‒ Wojtek stracił już do reszty cierpliwość.

 ‒  To być może ja. Byłam tam na chwilę, stamtąd można złapać łączność ‒ usprawiedliwiła się szybko Iza – ale wydawało mi się, że zamknęłam.

 ‒  Nie można. Można tylko z głównej drogi, kilkadziesiąt metrów dalej ‒ pouczył ją Michał – pamiętacie przecież, że był z tym kłopot na jesieni.

Podszedł do tarasu i starannie zamknął drzwi. Sprawdził zamek i zasunął kwieciste zasłony. Jego niepokój wzrósł, ale nie chciał się dzielić obawami z resztą. Przynajmniej na razie. Z trudem na nowo rozniecił ogień. Drewno jeszcze do końca nie wyschło i płomień ciągle wygasał. W końcu mu się udało..

Lili zapaliła kilka świec i umieściła je na stole koło choinki.

Iza w milczeniu nalała sobie wina.

 ‒ Kochanie ‒ Lili przylgnęła znów do Wojtka ‒ nie obejrzałeś jeszcze swojego prezentu.

Wydawało się, że Wojtek chciał coś niegrzecznie odburknąć, ale zreflektował się w ostatniej chwili .

 ‒ Oczywiście, chętnie! Tylko mało widać… jak może sama możesz stwierdzić ‒ w jego głosie pobrzmiewała ironia.

 ‒ No, możecie przeczekać, zajmując się innymi przyjemnymi sprawami. Może nawet coś z tego będzie, jak to często przy okazji awarii prądu bywało… ‒ Michał też postanowił popisać się ironią.

W półmroku dostrzegł pełne złości spojrzenie Wojtka.

Swiatło rozbłysło równie nagle, jak zgasło, a piec ożył.

 ‒  Ooo, no proszę! Nie trzeba się było martwić. Wszystko w porządku ‒ ucieszyła się Lili. ‒ To my już pójdziemy na górę, zrobię ci w końcu ten okład i obejrzysz sobie prezent. Kochanek podążył za nią bez słowa, nawet nie żegnając się z Izą i Michałem.

Zostali sami. Michał rozsiadł się wygodniej.

 ‒ No… to teraz możesz powiedzieć prawdę. Skąd się tu wzięłaś?

 ‒ Byłam… jestem w drodze do Warszawy…

 ‒  Do Warszawy czy do mnie?

Milczała, spuściwszy oczy.

 ‒  Do Warszawy i… do ciebie.

 ‒  Kłamiesz, Iza – powiedział ze smutkiem. Bardzo chciał uwierzyć, ale i lekkie zawahanie w głosie i unikanie wzroku nie pozwalały bezkrytycznie dać wiary jej słowom. .

Wstał i przeciągnął się.

 ‒ Dobranoc. Już prawie północ

 ‒  Ale zaczekaj! ‒ Też się poderwała, stanęła tuż przy nim. Znalazła się niebezpiecznie blisko, wiedział o tym.  Poczuł perfumy, które kojarzyły mu się tylko z nią, była im wierna od lat. Przysunęła się jeszcze bliżej, dłonią dotknęła jego twarzy.

 ‒ Przecież możemy…

 ‒  Chciałbym. Ale cena jest za wysoka. ‒ Próbował ją delikatnie odsunąć. Raz mu się to udało, wtedy, we wrześniu. Teraz jednak nie dała się łatwo spławić.

Zarzuciła mu ręce na szyję i przylgnęła do niego całym ciałem. Zupełnie jak wtedy, w tańcu na weselu, gdy dał się jej całkowicie porwać. Teraz jego ciało zareagowało gwałtownie na jej bliskość, na znajomy, kojarzący się z tamtym, pamiętnym weselem zapach. Pragnął jej. Owinęła się niemalże wokół niego, miał wrażenie, że jej ręce są wszędzie, ciągną go w dół, na ułożone przed kominkiem wyprawione miękkie skóry.  Nie bronił się za bardzo. Wypity alkohol, a wytrąbił sporo, gorąco i przyjemne rozluźnienie.  Piękna dziewczyna. Miał wzwód. Iza uklękła koło niego. Odwróciła się plecami.

 ‒ Rozsuń.

Posłusznie rozpiął zamek błyskawiczny czarnej sukienki.

Znów siedziała do niego przodem, powoli zsuwając z ramion czarny obcisły materiał. Płomień paleniska oświetlał ją od tyłu, okalając linię włosów i sylwetki łagodnym, pomarańczowym światłem. Zachwycił się widokiem, właściwie nie potrzebował nic ponadto. Przynajmniej nie w tej chwili. Mógłby tak leżeć i patrzeć, jak niespiesznie rozbiera się. .

Chwilkę udawała niezdecydowaną, nim sięgnęła do zapięcia stanika.

Na górze coś spadło, dało się słyszeć przekleństwo i podniesione głosy. Chwilę później ktoś szybko zbiegł po schodach. Iza szybko podciągnęła sukienkę, Michał nieco wolniej dźwignął się na łokciach i obejrzał.

Wojtek, purpurowy ze złości, grzmocił dziełem Lili o stół.
‒ Co ja ci zrobiłem? Kurwa, dlaczego ty mi robisz coś takiego? Chcesz mnie zniszczyć?

‒ Przesadzasz… ‒ Lili nadaremnie próbowała go uspokoić.

‒ Ale po co to zrobiłaś?! Tamara czyta wszystkie twoje książki, przecież od razu domyśli się…

Lili wzruszyła ramionami.

‒ Kochanie, liczy się dobra historia. A nasza historia jest świetna! Sam ostatnio byłeś zachwycony, co dla nas wymyśliłam. Pamiętasz szampana i truskawki i ? Niby klasyka, ale w moim wykonaniu było super, co? Troszkę podkolorowałam romantycznie na początku, na użytek wyjątkowo egzaltowanych czytelniczek, troszkę mnie tam, w tej pierwszej scenie bardziej przeczołgałeś po mchu, a ja ciebie, no wiesz, niemal przewróciłam w jeżyny, ale przyznasz, że aż tak daleko nie odbiegłam od prawdy. Jęczałeś? Jęczałeś. Chciałeś, żebym ci obciągnęła ‒ miałeś loda, o jakim ci się w życiu nie śniło. Podobało ci się, że goła baba klęczy przed tobą, a ty posuwasz ją w usta . Zresztą na początku nienajlepiej ci szło, pamiętasz? Sam do mnie zadzwoniłeś już w poniedziałek po weekendzie. Skomlałeś o jeszcze. A wiesz, że ja dla przyjaciół ‒ wszystko!

Michał parsknął śmiechem.

Wojtek spojrzał na niego z nieukrywaną pogardą .
‒  Czego się śmiejesz, idioto? Sam tu występujesz. Strona numer dwadzieścia trzy. Proszę! Smutny i lekko cyniczny architekt Michał. Ale cię podsumowała! Podsunął koledze książkę pod nos.

Michał nawet nie spojrzał.

‒ I co z tego? Jesteśmy przyjaciółmi i niejedną moją historię już wykorzystała w swoich opowiadaniach. Dobrze napisane. Jestem z reguły cyniczny, czasem bywam smutny. I tyle.

‒ Ale…

‒  No i nie mam żony, dzieciaków, ani kredytu. Mogę spać, z kim chcę. Mógłbym nawet, na przykład, przelecieć naszą leśniczynę, jeślibym miał taką fantazję. Trochę przechodzona, ale wydaje się krzepka, no i te kurwiki w ślepiach…

‒ Lepiej nie ‒ odezwał się ponuro męski głos, gdzieś z zacienionego kąta salonu, gdzie w pustym rogu utworzonym poprzez stykające się głębokie fotele i kanapę kontiki, Dorota zwykle trzymała ciepłe pledy i zapasowe kołdry, na wypadek odwiedzin nadliczbowych gości.

Wszyscy zaniemówili i jak na komendę spojrzeli w stronę, skąd dochodził głos. Pod kocami coś się poruszyło, stęknęło ciężko, jakby dźwigając cały ciężar tego świata.

 ‒ Romek?!

 ‒ No co… tak wrzeszczycie, że nawet umarły by się obudził. ‒ Z kąta wyszedł Romek. Miał na sobie jedynie luźne spodnie od dresu i podkoszulek. Jak zwykle nieuporządkowana fryzura i lekko nieprzytomny wzrok nie pozostawiały wątpliwości co do tożsamości nowego gościa. Michałowi Romek wydawała się zawsze lekko niedomyty i nie dbający o siebie, ale tym razem wyglądał wyjątkowo nieapetycznie. Ślady wyglądające na smużki sadzy na czerwonych, spierzchniętych rękach, dawno niemyte, krzywo obcięte jasne włosy ze śladami trocin sterczały na wszystkie strony. Mężczyzna pociągnął nosem.
‒  A TY, skąd tu się wziąłeś?
‒  Jak to ‒ skąd się wziąłem? Normalnie. Przyjechałem przedwczoraj. Ostatni tydzień przed świętami był morderczy. Morderczy! W dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie wyrabiałem już, więc wziąłem trochę wolnego. A tu mi się najlepiej śpi. O ile, rzecz jasna, w ogóle mi na to pozwolicie.

‒ To co z tą leśniczyną? ‒ podchwyciła przytomnie Lili. ‒ Hej, nie mów, że ją zerżnąłeś?

Romek zarumienił się z lekka i przestąpił z nogi na nogę.

‒ Nnie… niezupełnie… ‒ odpowiedział z ociąganiem.

‒ He, ale numer! Zerżnąłeś Ostrą Gochę! No, opowiedz… proszę!

‒ Nie ma nic do opowiadania. Za Szczytnem zepsuł mi się samochód. Zadzwoniłem do leśniczówki, ale była tylko… o n a ‒ dodał ciszej. ‒ I przyjechała terenówką po mnie. I jakoś tak wyszło. Nie wiem jak, przysięgam. Rano mnie tu przywiozła. Padłem i spałem.

‒ Potem, potem… Ale co było przedtem? ‒ Nie dawała za wygraną Lili.

‒ Byliśmy w… na tej specjalnej ambonie dla VIPów.

‒ W kościele? ‒ Drążyła Lili – Ale numer!

‒  W żadnym kościele. Na takiej nowej ambonie dla myśliwych. Ogrzewanej, bo tacy nie chcą sobie  dzisiaj tyłków odmrażać.

‒ I co się działo?

‒  Nie chciałem tego. Naprawdę nie chciałem, ale Gocha była strasznie namolna. Wlazła na mnie. Byłem taki wykończony, że nawet nie miałem siły się bronić. I tak jakoś poszło. Nawet było przyjemnie. Tak, całkiem przyjemnie..

‒ Ale tobie się takie podobają w ogóle? ‒ chciała dowiedzieć się Lili.

‒ Jak musi, to się podoba – filozoficznie stwierdził Romek. ‒ Nie mam czasu na uganianie się za dziewczynami, a czasem, dla zdrowia, dobrze jest sobie ulżyć. Tylko, że jej się bardzo spodobało. Ciężko mi było wyjaśnić jej, że to było raz ‒ podrapał się po głowie.
– Nie okazała zrozumienia, niestety. A nie ma nic gorszego, niż namolna kobita.
Wszyscy, prócz Wojtka, roześmieli się, atmosfera nieco zelżała.

‒ No, ale my tu gadu gadu, a ja właściwie powinienem się już zbierać. Trochę nas tu za dużo… Oddaję wam domek do dyspozycji.

‒ Ale gdzie ty chcesz jechać w taką zamieć i czym?

‒ Zostawiła mi terenówkę…poradzę sobie jakoś. Wiecie, lubię was, ale tłok się zrobił. Wy sobie tu zostaniecie, wszystko wyjaśnicie….

‒ Pójdę po to drewno – zaoferowała się Iza – trzeba zrobić zapas…
‒ Nie, czekaj! ‒ głos Romka niemal usadził ją na miejscu – ja pójdę, tylko buty wciągnę.

‒ Wiem, gdzie jest najbardziej suche do podpałki ‒ rozejrzał się bezradnie dookoła.

‒  Cholera, gdzie moje kamasze? Wszyscy automatycznie zaczęli rozglądać się po pokoju. ‒ Ktoś mi zwędził buty, do cholery! ‒ Nerwowo przewracał koce i poduszki w rogu i poduchy kontikowej kanapy. Lili i Michał pomagali mu w poszukiwaniach, z których wyłamał się Wojtek. Nadal nerwowo chodził po salonie, kartkując wiekopomne dzieło Lili.

‒ Ile tego szajsu wydrukowali?

‒ Wypraszam sobie! ‒ Lili przerwała szukanie butów, wyprostowała się i udała obrażoną.

‒ Trzy tysiące egzemplarzy? Wezmę kredyt i wykupię nakład!

‒ Nie bądź kretynem ‒ Michała coraz bardziej bawiła ta sytuacja. ‒ Właśnie wtedy natychmiast dodrukują. Nakład wyczerpany, mega sukces. To nie gazeta, która żyje jeden dzień…

‒ Jestem skończony… Załatwiłaś mnie – Wojtek usiadł na brzegu fotela i ukrył twarz w dłoniach. ‒ Równie dobrze mogę nie wracać do domu. Straciłem wszystko – rozpaczał.

‒ Zaraz stary, jakie wszystko? ‒ Michała sytuacja naprawdę bawiła. – Zatruwającą ci życie żonę, teścia ubeka i stumetrowe mieszkanie na kredyt to jest wszystko? Zaiste, masz czego żałować!

Wojtek spiorunował go wzrokiem.

W tej chwili do salonu weszła Iza z naręczem drzewa. Była blada jak śnieg, który zaplątał się w jej rude włosy i osiadł na rzęsach. Nawet nie zauważyli, kiedy się wymknęła. Trzęsła się cała. Podeszła do kominka, dorzuciła dwie szczapy do ognia i wcisnęła się natychmiast w bezpieczne objęcia fotela. 
Michał spojrzał na nią z niepokojem. Romek także spostrzegł jej powrót i rzucił jej podejrzliwe spojrzenie. Dziewczyna dygotała jak w febrze. Podwinęła pod siebie nogi i wpatrywała się w ogień.
‒ No, a ty? Co o tym sądzisz? ‒ zwróciła się do niej Lili. ‒ Może nareszcie będziesz sławna, co? Serio mówię. Jakiś pomysł na film można by z tego wycisnąć, może nawet na serial udałoby się…

‒ Co? ‒ Iza spojrzała na nią nieprzytomnie.

‒ Opisałam cię! Opisałam twój romans z Michałem. Chyba nie boisz się, że John przeczyta?

‒ Pięknie… ‒ mruknął Wojtek.

Iza rzuciła jej nienawistne spojrzenie.

‒ John nie czyta twoich książek, Lili. Raczej w ogóle niczego nie czyta, jak mniemam ‒ Michał nie był w stanie odmówić sobie choć tej drobnej złośliwości. ‒ Zresztą Johna przecież też tam odmalowałaś?

 ‒  Zgadza się. To prawdziwy oblech, nie dość, że nadęty bufon, to i jeszcze pcha się  z lepkimi łapami.. Trzeba doprawdy być skończoną kretynką, by wyjść za mąż za takiego palanta.

Iza zbladła jeszcze bardziej, choć wydawało się to wręcz niemożliwe.

 ‒ Licz się ze słowami!

 ‒ Prawda w oczy kole? Mężu jest wieprz, a pani to doskonale wie, ale udaje, że wszystko w porząsiu, a niewygodne sprawy najlepiej zamieść pod dywan, co? A w Polsce kochaś ma czekać?

Iza zerwała się z fotela i zbliżyła się do Lili.

 ‒ Sprawę przekażę mojemu adwokatowi ‒ powiedziała zimno ‒ Będziemy żądać wycofania nakładu z dystrybucji i odszkodowania. Tak się załatwia te sprawy w Stanach. Pójdziesz z torbami, Lili, ale sama tego chciałaś.

Lili roześmiała jej się w twarz.

 ‒  Spróbuj! A szanowny małżonek, jak już kopnie cię w chudą dupę za twoje zdrady, powędruje za kratki za usiłowanie gwałtu na Dorocie. Namówienie jej na złożenie doniesienia, nawet po kilku miesiącach będzie formalnością. Jest na niego wściekła. Swiadkowie się znajdą. Dorota opowiedziała wszystko mnie i Michałowi. A gwałt w Polsce jest zbrodnią. No i nie wiem, jak to by było wtedy  z twoim publicity w Holiłudzie i okolicach ‒ dodała, cedząc kąśliwie ostatnie słowa.

 ‒ To nie przejdzie. Wiesz o tym.

Lili wzruszyła ramionami.

 ‒ Może i nie przejdzie. Ale będzie dym. A jak jeszcze kilka kolorowych gazetek namówię na mały reportaż, to dym będzie całkiem spory… Może i prasa polonijna się wreszcie tobą i Johnem zainteresuje… Może nie do końca tak, jakbyś chciała, ale nawet czarny PR, to zawsze jakiś PR, co nie?

W oczach Izy błysnęły łzy. Bezsilnie zacisnęła pięści.

 ‒ Za co mnie aż tak nienawidzisz? ‒ spytała cicho.

 ‒  Nie nienawidzę cię. Gardzę tobą. Za twoje poczucie wyższości. Za wygodnictwo. Za tchórzostwo. Takie samo jak jego. ‒ Wskazała na siedzącego przy stole Wojtka. Twarz ukrył w dłoniach i zdawał się niczego nie dostrzegać. ‒ Za to, co zrobiłaś, co dalej robisz  Michałowi. Nie zmieniłaś się, zresztą. Oczywiście pamiętam, że nie zaprosiłaś mnie na swoją osiemnastkę. Wstydziłaś się mnie, co? Byłam gruba i źle ubrana, nie znałam swojego starego i nie pasowałam do twojego wizerunku. Nie byłam wystarczająco dobra, żeby bawić się z wami w Sheratonie…

 ‒ Ja cię nie zaprosiłam? Co ty gadasz, oszalałaś chyba… cała klasa była zaproszona!

 ‒ Tak… cała klasa, tylko ja nie. Nikt mnie nigdy tak nie upokorzył… takich rzeczy się nie zapomina.

 ‒ Dziewczyny, dajcie spokój, no, ktoby tam takie sprawy rozpamiętywał… ‒ milczący dotychczas Romek postanowił interweniować.

 ‒ O, jak już przy tym jesteśmy, to czemu pewnych rzeczy nie powiedzieć? ‒ rzucił Wojtek ‒ Na przykład  ty ‒ wycelował palec w Michała ‒ nie uznałeś mojego gola w meczu z Batorym.

 ‒ Co ty pieprzysz, Wojtek? Byłeś na spalonym.

 ‒  Więc pamiętasz, tak? Tam nie było spalonego. Cały mecz był ustawiony, i ty, ty jako pomocnik sędziego dawałeś mu fałszywe informacje. Cały mecz sędziowałeś tendencyjnie.

 ‒ Jezu, opanuj się! Dlaczego miałbym to robić?

 ‒ Dlaczego? Ten się jeszcze pyta! Nie udawaj kretyna! Gdybym strzelił gola, wzięliby mnie do reprezentacji Warszawy na mistrzostwa juniorów! Brakowało mi tylko tego jednego, jedynego gola…

 ‒ To trzeba było go strzelić ‒ odpowiedział Michał ze spokojem ‒ bo w czwartej minucie byłeś ewidentnie na spalonym.

 ‒ Nadrobię to! Teraz strzelę cię w tę głupią mordę! Moje życie mogło być całkiem inne! ‒ Wojtek jednym susem przeskoczył przez kanapę i zamierzył się na Michała, który w ostatniej chwili zdołał uchylić się przed ciosem.

 ‒  Panowie, spokój do jasnej kurwy, opanujcie się! ‒ Z niepodejrzewaną przez nikogo szybkością Romek znalazł się między zwańnionymi , sparował cios Wojtka, chwycił rozsierdzonego mężczyznę   mocno za przegub i odsunął na bezpieczną odległość.

 ‒ Jeszcze bronisz tego złamasa bez jaj? Sam nie jesteś lepszy, mikrusie ‒ Wojtek szarpał się, ale Romek trzymał go w mocnym uścisku.

 ‒  Spokój! ‒ w tonie Romka było coś tak dziwnego, że Wojtek zamilkł i znieruchomiał. Romek podprowadził go do kanapy i brutalnie pchnął w splot słoneczny.  Wojtek jęknął i zwinął się z bólu.

 ‒ Przesadziłeś ‒ Michał zrobił krok w kierunku kanapy ‒ nie trzeba było.

 ‒  Zamknij ryja! ‒ W ręku Romka błysnął metal. Musiał wyciągnąć broń z kieszeni luźnych spodni, ale nastąpiło to tak szybko, że nikt nie zauważył. Michał odsunął się, podnosząc ręce w obronnym geście.

 ‒ Spokojnie, przecież nic się nie dzie…

Lili i Iza cofnęły się przestraszone pod ścianę.

 ‒  Ty też pod ścianę, już! ‒ ton Romka nie pozostawiał żadnych wątpliwości, co do jego intencji. Ruchem dłoni wskazał Michała. ‒ Dość mam tego, kurwa!

Michał podszedł do kobiet i stanął pomiędzy nimi. Czuł adrenalinę tłoczoną do krwi, głośne bicie serca i gorąco ogarniające całe ciało.

 ‒  Właściwie powinienem was wszystkich odstrzelić ‒ wycedził Romek. ‒ Zamiast siedzieć na dupie, szwendacie mi się po całym obejściu, awanturujecie się i przeszkadzacie.

 ‒  W czym, do cholery?… ‒ wyrwało się Lili, do której gwałtowny rozwój sytuacji docierał z lekkim opóźnieniem. Romek uderzył ją w twarz tak mocno, że aż się zatoczyła i wpadła na Michała.

 ‒ Mi przeszkadzacie, MI! Tak samo jak ta stara, napalona kurwa Gocha!

 ‒  Kto cię prosił, królowo filmów klasy D ‒ z wykrzywioną wściekłością twarzą zwrócił się w stronę Izy ‒ żebyś przynosiła to kurewskie drewno i zaglądała do szopy . Mówiłem, że przyniosę? Przyniósłbym… ‒ Iza zbladła jeszcze bardziej i przymknęła oczy.

Michał napiął mięśnie. Próbował ocenić swoje szanse w bezpośrednim starciu z Romkiem. Jeśli broń jest naprawdę nabita… Kiedyś trenował sztuki walki i wytrącanie broni z ręki przeciwnika, ale to była rzeczywista sytuacja. Romek stał zbyt blisko Izy. Mógł ją zabić jednym strzałem, gdyby coś poszło nie tak. Nie mógł ryzykować. Nie zdążę, doszedł do wniosku. Lili szlochała cicho, trzymając się za policzek. Iza, niemal wciśnięta w zasłonę, drżała ze strachu.

 ‒ Widziałaś ją? ‒ Romek zrobił wymowny gest w stronę rudowłosej.

 ‒ Ttak… ‒ wyszeptała.

 ‒ Dobra z ciebie aktorka, kiciu. Prawie niczym się nie zdradziłaś. Ale teraz możesz im powiedzieć, co zobaczyłaś w szopie. To nie ma już znaczenia.

 ‒ W szopie stoi samochód. Terenowy – wyszeptała Iza – a w nim Gocha. Ona… ona chyba nie żyje…

 ‒  Zgadza się… ‒ roześmiał się Romek – jest sztywna. Zachciało jej się wiązania i rozbieranek, i to akurat, kiedy byłem zajęty rozładunkiem. No cóż, dostarczyłem jej tych przyjemności. Przywiązałem ją wczoraj w nocy golutką do płotu, dzisiaj była lepiej zahibernowana niż ci kolesie w Seksmisji. Zawsze mówiłem, że nie ma nic gorszego od zbyt ciekawej baby.

 ‒  Romek, ty żartujesz, prawda? ‒ Michał starał się mówić jak najspokojnieszym tonem. ‒ Przecież to nie przejdzie.

 ‒  Co ma nie przejść? Przecież wy też już nic nie powiecie – roześmiał się Romek.

 ‒  Posłuchaj! – Michał grał na zwłokę. Za plecami Romka dostrzegł ruch. Wojtek, wciąż krzywiąc się z bólu, powracał powoli do pozycji siedzącej. Kurwa, żeby tylko nie spieprzył szansy, modlił się w duchu. Lili chyba zauważyła to samo, bo dotknęła jego dłoni w porozumiewawczym geście.

 ‒ Słuchaj, Romek. Myślisz, że zabójstwo tylu osób przejdzie niezauważone? Przecież nas znajdą. Dopadną cię.

 ‒ Może i znajdą. Za kiladziesiąt lat –  zarechotał Romek. ‒ Osiedle jest puste. Za to w lesie są bunkry. Głębokie. Do wiosny robaki zrobią swoje z ciałami. Trochę się napracuję, żeby was wszystkich tam dowieźć, ale poradzę sobie. Ale dosyć tej gadki…

Michał niezauważalnie odetchnął z ulgą. Wojtek był nie w ciemię bity. Ostrożnie ujął pustą butelkę po winie stojącą na stoliku. Wstał bardzo powoli i zaszedł Romka od tyłu. W momencie, gdy szkło pękło na głowie Romka, Lili krzyknęła głośno i zasłoniła oczy. Napastnik osunął się na ziemię, nie wydawszy z siebie nawet jednego dźwięku. Michał od razu doskoczył do nieprzytomnego i zabrał mu broń.

Stali nad ciałem kolegi, zastanawiając się, każde z osobna, co doprowadziło ich dziś, w drugi dzień świąt właśnie w to miejsce, do tej sytuacji. Nie patrzyli sobie w oczy.

‒ Trzeba będzie… ‒ zaczął Wojtek.

‒ … go związać  – dokończył Michał. ‒ A potem zadzwonić po gliny. Niech nas wyciągną z tego koszmaru.

***
Policja odjechała dopiero o trzeciej w nocy. Sąsiedzkie położenie osady niedaleko szkoły policyjnej w Szczytnie okazało się dużą zaletą. Mimo złej pogody i świątecznego okresu w mieście znalazła się szybko ekipa techników kryminalnych i lekarz medycyny sądowej.

Michał był przy wszystkim. Widział jak wyprowadzano Romka, jak nie bez problemów wyciągano ciało leśniczyny z samochodu, jak  zabezpieczano ślady, opieczętowano salon i górne pokoje.

Po skończonym, dość męczącym przesłuchaniu. Wojtek i Iza kategorycznie zażądali odstawienia ich do miasta.

Zanim wsiadł do policyjnego radiowozu, Wojtek podszedł do Lili.

‒  Nie dzwoń więcej – nie czekając na odpowiedź, odwrócił się i wsiadł do samochodu.

Michał przytrzymał Izę za ramię:

‒ Co zamierzasz?

‒ Michał, miałeś rację. Nic z tego nie będzie – uśmiechnęła się smutno. ‒ Do Warszawy jadę na spotkanie ze szwedzkim reżyserem. Właściwie… ‒ zawahała się przez chwilę – byłam z nim umówiona tutaj, ale przez śnieżycę Gunnar nie zdołał dotrzeć z Łodzi. Ty i ja…

Kiwnął głową, puścił jej rękę. Niech frunie wolno. Obserwował reflektory radiowozów, ich  pomarańczowe światło zaplątane w miedziane włosy Izy. Potrząsnęła głową, jakby chciała je z siebie zrzucić i zajęła miejsce na tylnym siedzeniu samochodu. To ostatni obraz , przeleciało mu przez myśl. Był kiedyś obraz pierwszy, gdy zobaczył ją w dniu rozpoczęcia roku szkolnego, w białej bluzce i rozkloszowanej granatowej spódnicy, z czerwonymi lokami spiętymi zieloną spinką  na czubku głowy. Nosiła wtedy włosy do ramion, przypomniało mu się pozornie bez związku. A teraz widział ją po raz ostatni . Dłoń w czarnej rękawiczce zatrzaskująca drzwiczki volkswagena. Krótkie, obojętne, zielone spojrzenie zawieszone na drzwiach domku, wąsko zaciśnięte usta. Zawsze jest jakiś ostatni obraz. Nie było mu przez to lżej.

Lili obróciła się w stronę Michała.

 ‒ Widziałeś coś podobnego? ‒ głos jej drżał wyraźnie, choć trzymała się całkiem nieźle.

Wzruszył ramionami. Nie czekając na nią, otrzepał buty ze śniegu i wszedł do domu. Nie miał siły nikogo pocieszać. Lili poczekała, aż wszyscy odjadą. Weszła do pustej kuchni. Otworzyła butelkę wina i nalała sobie największą szklankę. A potem jeszcze jedną.

***

Dochodziło pół do czwartej rano, gdy wreszcie poczuł się senny, przekręcił się na drugi bok, owijając się jak najściślej w kokon kołdry. Grube skarpety zostały w torbie, a nie mógł się przemóc, by po nie wstać. W końcu zdołał się nieco rozgrzać, gdy posłyszał lekkie plaśnięcia bosych stóp o parkiet.

‒ Michał, śpisz?

‒ Śpię.

‒ Mogę się położyć koło ciebie? Boję się tak sama…

‒ Właź, tylko leż spokojnie ‒ z westchnieniem uchylił róg kołdry, intuicyjnie nastawiając się na powiew chłodu. Drgnął zaskoczony ciepłem, gdy przywarła do niego całym rozgrzanym ciałem. Pieszczotliwie przesunęła dłonią po ramieniu. Nie mylił się. Była naga.

‒ Tego nie było w umowie. Śpijmy. Jestem wykończony.

Przez chwilę leżeli bez ruchu.

‒ Śpisz?

‒ Yhmm…

‒  Mogę? ‒ Naparła na niego, aż poczuł sztywność sutków na karku, gładkie udo ocierające się o jego nogę, stopę łaskoczącą go w kostkę. Przypuszczała szturm.

‒  Nie, Lili, nie. Daj spokój. Nie chcę być zapchajdziurą po Wojtku. Ty tego też nie potrzebujesz. Leż spokojnie, albo wyrzucę cię na kanapę.

‒  Szkoda ‒ szepnęła zmysłowo, ale odsunęła się. ‒ Bo ja mam dziurki do zapchania. Całkiem ładne dziurki. Chcesz zobaczyć?

‒  Lili, ty przecież wcale nie chcesz iść ze mną do łóżka ‒ westchnął, na dobre już rozbudzony ‒ Nie ze mną, prawda?

‒ Chcę…

‒ Piłaś. Urżnęłaś się. I myślę, że ty potrzebujesz czegoś całkiem innego. Jesteś zraniona…

Powiedział tak, choć nie zamierzał zgrywać bohatera. Wczorajsze niezaspokojone pożądanie, rozbudzone przez Izę zmysły, podsycone ciepłem łóżka i miękkiego ciała leżącej obok kobiety, zapach Lili i jej włosy, łaskoczące go teraz po twarzy zrobiły swoje. Czuł wzwód. I musiał przyznać ‒ miał ochotę na dziewczynę. Zazwyczaj nie wyrzucał żadnej z łóżka, teraz jednak odczuwał skrupuły. Zbyt lubił Lidkę, by poświęcić wieloletnią przyjaźń, łączącą ich zażyłość i zaufanie  dla chwili przyjemności, z powodu nieprzemyślanej decyzji podjętej w emocjach przez dziewczynę. Z drugiej strony, czyż nie przeżyli właśnie najbardziej dziwnego dnia w życiu. Seks nie był głupim pomysłem.

‒  Daruj sobie analizy mojej psyche. Dam sobie radę ‒ mruknęła i znów przytuliła się mocniej. Poczuł rękę w bokserkach, zanurkowała pod kołdrę.
‒  Jessu, dziewczyno… ‒ jęknął, ale poddał się temu, co nastąpiło. A to, co nastąpiło, było ze wszech miar rozkoszne. Liczyła się czysta fizyczna przyjemność. Wziął głęboki oddech i oparł się wygodniej na poduszkach. W tej chwili długie, chłodne palce Lili obejmowały jego męskość, ściskały ją, sunęły po trzonie, odsłaniając żołądź. Gdy poczuł wilgotne ciepło na czubku, wiedział, że objęła go ustami. Odsunął kołdrę, by móc nacieszyć się widokiem. Aż westchnął. Cóż za perspektywa! Głowa Lili poruszała się miarowo, zasysając go i zwalniając ucisk. Członek zanurzał się w jej wprawnych ustach, dotykał do szorstkiego, zwinnego języka, którym powoli go pieściła, ocierał się o śliskie wnętrze policzków, czasem napotykając na twarde zęby. Ale Lili była ostrożna, więc zdarzało się to rzadko. Długie blond włosy łaskotały go w podbrzusze, piersi opierały o jego uda.  . Zauważył, że sutki są napięte i miło drażnią skórę. Lili miała piękne plecy, stwierdził z uznaniem. Szczególnie w tej pozycji widział grę mięśni pod jasną skórą, sznur lekko wypukłych kręgów, a w dalszej perspektywie łagodny profil pełnych pośladków. Były trochę daleko, by sięgnąć do nich  ręką, a przecież zachwycił się formą tych pięknych półkul kilka godzin wcześniej. Nie szkodzi, pomyślał, opadając z powrotem na poduszkę. Gdy dziewczyna skończy odprawianie misteriów nad fallusem (ależ szczęściarz z niego, tak się zawiódł na Rudej, a teraz mógł sobie odbić z nawiązką wcześniejsze niepowodzenie ), a więc gdy ona skończy robić loda , zbada i zapcha jej puste dziurki.  . Już sama myśl, że za chwilę każe jej odwrócić się tyłem a ona na pewno chętnie się wypnie, bo lubi seks i zabawę w łóżku, nie będzie stawiać warunków, udawać, ani pogrywać. Samo wyobrażenie, jak klęka do niego tyłem, ponosi do góry włosy i zachęca i wdzięczy się, wypina pupę, wręcz nadstawia się jak nagrzana  suka , spowodowało przypływ pożądania. Przyspieszył swoje ruchy. Położył rękę na głowie Lili, pogłaskał ją i nawinął na palec pasemko włosów.

 ‒ Szybciej Lili. Kończmy to, bo chcę spróbować tego tyłka za milion.

***

Michał oddał swoje klucze Wacławowi.

‒  Nie będą mi już potrzebne. A policji może się przydadzą. ‒ Pomocnik leśniczego skinął tylko głową.

‒ Samochody odkopane, panie inżynierze. Lepiej chyba wrócić do domu, bo to co tu się dzieje ostatnio – pokręcił głową z dezaprobatą. ‒ Chyba lepiej by warszawiaki siedziały w mieście, bo co nie przyjado, to zara kłopoty z niemi.

Michał poklepał go po ramieniu.
‒  A chyba ma pan nawet rację… My się zaraz zbieramy.

Wacław uchylił czapkę, skłonił się lekko i odszedł w milczeniu.

‒ Wiesz… ‒ zwrócił się Michał do Lili – On naprawdę ma rację. Już nigdy tu nie przyjadę.

‒ Ja też nie. Za dużo wspomnień.

‒ Za dużo pecha… tych, no, negatywnych wibracji i w ogóle… Z tym rzekomym mikroklimatem to coś… nie ten tego jest… nie w porządku w każdym razie… Ludziom odbija. Chciałem odpocząć, ale nie wyszło. Jak zwykle. ‒ Energicznie pakował torby do bagażnika.

‒ Michał, ale co właściwie było z Romkiem?

‒  Dowiemy się ze śledztwa albo raczej na procesie, bo wątpię, żeby policja była gadatliwa. Podejrzewają, że zorganizował sobie pod nieobecność Doroty melinkę i zajmował się przemytem ze wschodu, z Litwy, Rosji… Narkotyki i podobno ostatnio także bursztyn. Nie wiedzą jeszcze, czy Gocha była wtajemniczona i pomagała mu od dawna, czy też rzeczywiście coś tam między nimi było.

‒ Myślisz, że ich jeszcze kiedyś zobaczymy? Wojtka i Izę? ‒ spytała Lili cicho.

‒ Mam nadzieję, że nie. Świat jest na szczęście wystarczająco duży. Znajdzie się miejsce dla wszystkich.

‒ A my?

‒ Co – my?

‒ Przetrwamy to?

‒ No, przecież przetrwaliśmy. Żyjemy.

‒ Ja nie o tym… ‒ powiedziała to cicho, lękliwie.

‒ Ach, to… no, cóż… przeżyłem twój atak, a nawet jestem w lepszej formie!
‒ Nabijasz się, jak zwykle.

Michał braterskim gestem przytulił dziewczynę i pogłaskał po jasnych włosach, na których właśnie zaczęły osiadać grube płatki śniegu. Znów padało.

‒ Było naprawdę rewelacyjnie. Uszczęśliwisz kiedyś jakiegoś fajnego gościa. A on uszczęśliwi ciebie. Tak naprawdę. A do tego czasu…

‒ No?
‒ Będę ci na dobranoc opowiadać różne kosmate historyjki, żeby ci nie zabrakło materiału do twoich opowieści. Gdybyś zaś potrzebowała… no wiesz, ja dla przyjaciół wszystko.‒

Lili uśmiechnęła się.
‒ To nie myślisz o mnie źle?

‒ No coś ty… Który facet miałby za złe dziewczynie takie fajne akcje? Martwiłem się raczej o ciebie. Ale teraz wsiadaj do samochodu, bo znowu zaczyna padać. Jak zasypie drogę, ugrzęźniemy tu do wiosny. A chyba zasłużyliśmy na jakiegoś fajnego Sylwestra…

.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Komentować przed Megasem, niezwykle rzadka okoliczność na NE.:)

Ciekaw byłem Twojego nowego tekstu – o ile mnie pamięć nie myli – to od wakacji nic nie publikowałaś. Najnowszy "Domek" jest trochę jak nowa książka J.K Rowling, biorąc się za to spodziewasz się wow, przebrniesz bardzo niemrawy początek i później faktycznie już jest fajnie. Nawet bardzo fajnie.

Szczerze się uśmiałem, gdy Wojtek znalazł wiekopomne dzieło swojej kochanki. Coś jest z tymi pisarzami erotycznym na rzeczy, że czasem pokusa czerpania z rzeczywistości jest ponad siły danego autora. Scena w salonie taka "perełka" i moim zdaniem mrugnięcie okiem do czytelnika. Bardzo fajnie, umiejętnie się tym bawisz i masz do tej całej opowieści jakiś taki dystans. Zdrowy dystans.

I ta zima, ja ze swej skomplikowanej natury nie znoszę tej pory roku, ale literacko jest to świetnie zrobione. Niemal czułem ten chłód i ogólnie w pewny momencie byłem rad, że jest mi ciepło.

To teraz będzie kamyczek do ogródka. W tym tekście zasadniczo seksu jest może z 10 zdań, a i to chyba nawet na wyrost policzone. Absolutnie nie mam pretensji, tak sobie umyśliłaś, tak masz. Zresztą "minimalizm erotyczny" jest dla Ciebie bardzo charakterystyczny.

Odpuściłbym sobie powyższą uwagę, ale w trakcie pisania komentarza wpadła mi do głowy pewna myśl. "Jak tyle seksu będzie w moim ulubionym Manhattanie, to ja będę bardzo, ale to bardzo niepocieszony. " Kierowany więc troską o własne czytelnicze zdrowie apeluję: Wpatruj się, podczas zamykania innych swoich cykli w drugi człon nazwy naszego bloga. Bardzo intensywnie się wpatruj:)
Prześwietna ilustracja, moim zdaniem, jedna z najlepszych na blogu.
Pozdrawiam, rozwlekły w komentarzu.

Foxm

Dzięki Foxmie,

mogę Ci już teraz powiedzieć jedno – w przyrodzie nic nie ginie:-) Czego lekko zabrakło w domku, znajdziesz na Manhattanie. Nie obiecuję na wyrost, bo akurat TO już jest napisane. A czasem, jak sam wiesz, nadmiar erotyki psuje wszystko. Niby możnaby tu orgię urządzić, są panowie, panie, alkohol i brak prądu:P Ale nie pasowałoby, moim zdaniem.

Poświąteczne pozdrowienia

Miss

Ech, gdzie moje maniery!
Serdecznie dziękuję Karelowi za korektę i, jak zwykle, niezwykle trafne uwagi do tekstu, a niestrudzonemu Megasowi Alexandrosowi za cierpliwość i cenne komentarze do opowiadania. Jak zwykle można na Was liczyć, bardzo dziękuję!

Tylko człowiek straci czujność, tylko przyśnie sobie, zmęczony świątecznym obżarstwem, a już go uprzedzą i w komentowaniu prześcigną!

Gratulacje zatem dla czujnego Foxma, przede wszystkim jednak gratulacje dla Miss.Swiss za godną kontynuację "Domku nad jeziorem" (nie mylić, brońcie bogowie, z "Domem nad rozlewiskiem"). Dzięki Autorce poznajemy dalsze losy Lili i Wojtka, Izy i Michała, a przy odkryjemy kilka tajemnic Romka. Będzie ciekawie, podniecająco, czasem wręcz straszno, ostatecznie – satysfakcjonująco.

Choć pewien niedosyt pozostaje – mam wrażenie, że wcale nie jest to ostatnia część tego cyklu. Brakuje mi wątku Doroty, która w pierwszym "Domku" była jedną z najważniejszych postaci, a tu zostaje ledwie wspomniana. Ciekaw jestem, co dalej stanie się z Michałem, gdy już otrząśnie się ze swej fascynacji, co czeka wojtkowe małżeństwo z ekspansywną i zaborczą Tamarą, no i kogo na cel weźmie sobie Lili. Bo jakoś nie wierzę, że wytrzyma długo ze swym przyjacielem.

Niewielka ilość erotyki to akurat stały element w serii "Domków", więc mnie akurat nie raził. Jeśli ktoś chce przeczytać bardziej "kosmate" opowiadania Miss, ma szeroki wybór: cykl "Manhattan", "Henryk i przyjaciółki Joanny" czy też moje ukochane "Nutmeg Queens" (kiedy, ach, kiedy możemy się spodziewać kontynuacji?). Tak więc każdy znajdzie coś sobie miłego. Miss ma tę cechę, że oprócz sporej literackiej płodności (druga najbardziej "rozpisana" Autorka na Najlepszej Erotyce) uprawia też tematyczny i stylistyczny płodozmian, a może nawet trójpolówkę. Wierzę więc, że wkrótce uraczy nas czymś zupełnie innym w smaku.

A na razie mamy na talerzu "Domek", część trzecią. Aromat apetyczny, smak jeszcze lepszy. Aż chce się dokładki – i wierzę, że kiedyś się jej doczekamy!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

P.S. Ilustracja faktycznie bardzo ładna.
P.P.S. Dziękuję Miss, cała przyjemność po mojej stronie. Naturalnie, polecam się na przyszłość 🙂

He!

Czytając opowiadanie, sprawdzane przez tak sprawnych i bezlitosnych korektorów, znalazłem dwa błędy – czysto techniczne drobiazgi:
1. " ‒ Ja też nie znałem waszych planów ‒ odparł natychmiast Michał ‒ myślałem, że to dla ciebie święta rodzinne ‒ nie mógł sobie odmówić lekkiej ironii.
‒ Nie twoja sprawa ‒ Wojtek wyraźnie przyjął postawę obronną, ale po chwili zmitygował się jednak ‒ rozumiem, że możemy liczyć na twoją dyskrecję.
‒ Dobrze, już dobrze ‒ Michał był nastawiony pokojowo, choć bawiło go zakłopotanie kolegi ‒ nie moja broszka. Nie będę przeszkadzał. Zajmę ten mały pokój na dole."
Brakuje mi tutaj kilku kropek. Nie wiem, czy słusznie, ale jednak brakuje.
2. " ‒ Ja coś przygotuję, jako wieloletni singiel mam niezłą wprawę ‒ zaofiarował się. . Nie czekając na reakcję"
tutaj zaś jest o jedną kropkę za dużo.

Po uwagach szczególnych wrażenia ogólne. Fajny nastrój. Te wszystkie wtręty ze starych lat, ukryte zatargi i zapamiętane zniewagi… chyba dlatego nie utrzymuję kontaktów z przyjaciółmi z lat młodości… zbyt dużo głupot człowiek robił. Troszkę ten Romek gapowaty, że się tak pozwolił załatwić, ale rozumiem, że nie o to w tekście chodziło. Ogólnie: przyjemny tekst na święta (choć śniegu tego roku jak na lekarstwo), choć szczerze mówiąc postawiłaś sobie poprzeczkę tak wysoko, że nie mogę temu opowiadaniu postawić piątki. Bo wiem, że możesz napisać dużo lepsze teksty. Jak by to było moje dzieło, kliknąłbym pięć bez wahania :-), a Tobie – wybacz – tym razem tylko cztery.

Pozdrawiam, seaman.

" ‒ Ja też nie znałem waszych planów ‒ odparł natychmiast Michał ‒ myślałem, że to dla ciebie święta rodzinne ‒ nie mógł sobie odmówić lekkiej ironii.
‒ Nie twoja sprawa ‒ Wojtek wyraźnie przyjął postawę obronną, ale po chwili zmitygował się jednak ‒ rozumiem, że możemy liczyć na twoją dyskrecję.
‒ Dobrze, już dobrze ‒ Michał był nastawiony pokojowo, choć bawiło go zakłopotanie kolegi ‒ nie moja broszka. Nie będę przeszkadzał. Zajmę ten mały pokój na dole."
Didaskalia w pierwszym zdaniu(licząc do kropki) to tzw. didaskalia opisujące sposób mówienia bohatera lub komentujące. Didaskalia w kolejnych zdaniach nie opisują tła dialogowego, a raczej komentują sposób mówienia. Te przypadki są trudniejsze do interpretacji, ale wydaje mi się, że nie złamano zasad w tekście. Natomiast przed trzecimi myślnikami każdego ze zdań mogłyby się pojawić kropki. Kwestia gustu. Moim zdaniem brak kropek nie przeszkadza w zrozumieniu sensu wypowiedzi, ale przejrzyściej byłoby, gdyby je jednak postawiono.

Mea culpa.

Zastrzegam, że nie jestem ekspertem od kropek, chyba, że przyjąć definicję, iż ekspert np. w gronie dwóch osób to ta z nich, która zna się lepiej. Przy tej drugiej definicji trzeba by sędziego, który by rozstrzygnął lub zgodnej samooceny członków wspomnianego grona. 🙂

Ja bym postawił kropki na zakończenie didaskaliów w każdym ze zdań, ale być może to dlatego, że nie lubię takich didaskaliów, które zaczynają się i kończą myślnikiem. Matko, strasznie dużo tych didaskaliów!

Pozdrawiam, Karelu!

Świetne opowiadanie. Sposób w jaki rozwinęły się wydarzenia w domku skojarzyły mi się trochę ze stylem Tarantino (co, żeby nie było nieporozumień, dla mnie jest zaletą). Co prawda przez różne świąteczne i poświąteczne zajęcia musiałem czytać na raty (a chętnie przypomniałbym sobie jeszcze poprzednie części), ale nie wpływa to na ocenę- 5 🙂

Powtórzyłam sobie całą serię i jestem usatysfakcjonowana. Druga część najsłabsza, natomiast urocza pierwsza i trzecia z kryminalnym zacięciem podobały mi się bardzo. Fajne to wszystko wyszło. Nie czuję niedosytu Magasa – nie wszystkie opowieści muszą się snuć przez wiele kart. Tu mamy syntetyczną miniaturkę – jakby wziąć pod lupę grupkę osób i zlustrować ich poczynania – zwięźle i na temat. Nie trzeba się rozgadywać, bo nie ma po co. Tak przedstawiona historyjka ma w sobie uniwersalność – bo takich bohaterów widzimy na co dzień. Z ich miłostkami, zdradami, niespełnionymi marzeniami i pogonią za…

Napisz komentarz