Opowieść helleńska: Demetriusz XXVII (Megas Alexandros)  4.43/5 (69)

40 min. czytania

Paul Avril, „Les Sonetts Luxurieux de Pietro Arentini, 6”

Noc spędzili w sanktuarium Tezeusza, wraz z innymi uchodźcami. Demetriusz podejrzewał, że po zmroku podróż przez Ateny może okazać się zbyt niebezpieczna. Ciemności wciąż jeszcze rozświetlały łuny wybuchających tu i ówdzie pożarów. Ponadto po ulicach grasowali najemnicy sprowadzeni z Tajnaronu. Choć oficjalnie służyli jego ojcu, młodzieniec obawiał się, że bardziej interesuje ich rabunek niż zaprowadzanie porządku. Tak więc Falerończyk, Menander i Raisa przespali się na twardej posadzce świątyni. Opuścili ją dopiero o poranku.

Miasto wydawało się już spokojne. Unoszące się gdzieniegdzie słupy dymu przypominały o wydarzeniach ostatniej nocy. Na ulicach pojawili się znów Scytowie, na razie jednak niezbyt liczni. Ponieważ funkcję stróżów prawa przejęli najemnicy, strażnikom miejskim pozostały mniej przyjemne obowiązki. Demetriusz widział, jak wrzucają na wóz zwłoki tych, którzy zginęli podczas demokratycznego buntu.
Choć bezceremonialność Scytów w obchodzeniu się z ciałami budziła w nim wewnętrzny sprzeciw, rozumiał potrzebę jak najszybszego oczyszczenia zaułków i placów z poległych. Dzień, podobnie jak wiele poprzednich, zapowiadał się niezwykle upalnie. Nad Atenami wisiała groźba zarazy.

Szli powoli, bo Menander wciąż jeszcze odczuwał bóle w boku – pozostałość po złamanych żebrach. Demetriusz objął jego ramiona i podtrzymywał podczas marszu. Podróż do domu poety zajęła im nieco ponad godzinę. Przebyli zaniedbany ogród i dotarli do niezbyt okazałego budynku. Pierwsze, co rzuciło im się w oczy, to wyważone drzwi. Falerończyk przywołał do siebie Raisę.

– Podtrzymaj go – rozkazał. – Pójdę pierwszy. Zobaczę, czy w środku jest bezpiecznie.

Na twarzy Iliryjki malował się lęk.

– Proszę, nie idź tam… Boję się o ciebie.

– Rób, co mówię – powiedział nieco zbyt ostrym tonem. Nie był to jednak dobry moment na dyskusję. Wciąż niespokojna Raisa zajęła się jego przyjacielem, zaś Demetriusz ruszył w stronę otworu wejściowego. Stawiał kroki powoli, starając się nie czynić zbędnego hałasu. Nie wiedział, co czeka go w środku.

Poniewczasie uświadomił sobie, że nie posiada żadnego oręża ani nawet osłony przed ciosami. Włócznia, którą walczył na akropolskim wzgórzu, pozostała w piersi powalonego Spartanina. Porzucił tam również hełm oraz hoplon. Gdyby wewnątrz domu ukrywał się rabuś, Demetriusz byłby zdany na walkę wręcz. To prawda, że miał dobrych nauczycieli. Kassander i Aratos pokazali mu niejedno. Liczył wszakże, że nie będzie musiał testować tych zdolności w praktyce.

Zanurzył się w półmroku przedsionka. Zachowując ostrożność, przeszedł korytarzem i wkroczył do największej komnaty, będącej zarazem andronitisem, jak i sypialnią Menandra. Pod podeszwami jego sandałów zachrzęściły ostrakony. Ceramiczne talerze i amfory zostały rozbite – najwyraźniej grabieżcy nie uznali ich za dość cenne, by zabrać ze sobą. W wypadku amfor dodatkową motywację do ich zniszczenia mógł stanowić fakt, że zawierały bardzo niewiele wina. Demetriusz wiedział, że jego zapasy były na wykończeniu.

Następnie udał się do izby gościnnej, którą dzielił z Iliryjką. Skrzynia na ubrania była otwarta na oścież. Wiedział jednak, że i tutaj złodzieje nie znaleźli nic cennego. Pozostała jeszcze kuchnia. Falerończyk był już niemal pewien, że jest jedynym człowiekiem w domu. Do jego uszu nie dochodziły żadne podejrzane odgłosy. Gdy stanął w progu ostatniego pomieszczenia, poczuł nagły ścisk w żołądku. Na podłodze, w kałużach krwi, leżały dwa ciała. Natychmiast rozpoznał sędziwych niewolników Menandra.

Kiedy ujrzał ich poeta, pochylił głowę, a jego ciałem wstrząsnął szloch. Demetriusz i Raisa stali przy nim, trzymając ręce na jego trzęsących się ramionach. Żadne z nich nie potrafiło wydać z siebie choćby słowa pociechy. Śmierć dwojga staruszków była niezrozumiała, bezsensowna, zupełnie niepotrzebna.

– Kiedy otrzymaliśmy przesłaną przez ciebie wiadomość – mówił przez łzy Menander – że mamy udać się do świątyni Tezeusza, oni poprosili, bym pozwolił im zostać. Chcieli doglądać domu pod naszą nieobecność. Pilnować dobytku. Nie chciałem się na to zgodzić… Ale w sanktuarium i tak nie byłoby dla nich miejsca. Arystokraci nie zamierzali tłoczyć się wśród niewolników… Ledwie wpuszczono mnie z Raisą, i to tylko dlatego, że byli z nami zbrojni twego ojca…

– Nie musisz się tłumaczyć, przyjacielu – szepnął Demetriusz. – Zrobiłeś tyle, ile mogłeś. Nie ponosisz winy za ich śmierć.

– Byłeś dla nich dobrym panem – wtórowała mu Iliryjka. – Dlatego do końca dochowali ci wierności. Mogli uciec, ratować siebie… lecz zostali, by strzec tego, co twoje.

– Powinni byli uciec – odparł poeta. – Nic w tym domu nie było warte ich życia…

– Niewiele jest rzeczy wartych takiej ceny – stwierdził Falerończyk. Odczekał dłuższą chwilę, po czym dodał: – Tak czy inaczej nie mogą tutaj zostać. Czy mam wezwać Scytów?

Poeta potrzasnął głową.

– Nie chcę, by spoczęli w zbiorowej mogile, gdzieś pod Atenami. Pochowamy ich w ogrodzie.

Nie sposób było się z nim o to spierać. Demetriusz zacisnął palce na jego ramieniu.

– To godna decyzja, przyjacielu. Natychmiast się tym zajmę.

– Pomogę ci…

– Nie, Menandrze. Ledwie trzymasz się na nogach. Potrzeba ci odpoczynku. Raisa zajmie się twoimi opatrunkami, a ja… Ja poszukam łopaty.

* * *

To była ciężka noc dla Filony. Sen długo nie przychodził. Zmaltretowane ciało pulsowało cierpieniem. Opatrzona przez felczera najemników pierś paliła, jakby przypiekano ją na wolnym ogniu. Otarcia na skrępowanych przez długie godziny nadgarstkach piekły. W podbrzuszu czuła tępy ból po brutalnych pchnięciach gwałcicieli. Na pośladkach, udach, biodrach oraz brzuchu widniały ślady po okrutnej chłoście. Choć miała do dyspozycji szerokie posłanie, trudno jej było ułożyć się tak, by nie podrażniać któregoś z licznych sińców, stłuczeń oraz ran.

Jeszcze gorsza była świadomość, w czyich rękach się znalazła. Jej dawni sojusznicy, słudzy królowej Olimpias, uciekli, zostawiając ją na pastwę najemników Dionizjusza. Mimo całego bólu, jaki wycierpiała, miała dość przytomności umysłu, by zatroszczyć się o fałszywą tożsamość. „Na imię mi Diantha, panie. Byłam akolitką w świątyni Artemidy na Eginie”. Gdyby jej oswobodziciel, Spartanin Lizander, wiedział, kim naprawdę jest, nie byłby dla niej tak łaskawy. Pewnie wyciągnąłby ją za włosy z łóżka i zawlókł przed oblicze swego pana. Wciąż zresztą mógł to zrobić. Filona nie miała złudzeń, że naprędce wymyślone kłamstwo zdoła się utrzymać. Kupiła sobie trochę czasu, to wszystko. Prędzej czy później zostanie zdemaskowana.

Kiedy sen wreszcie przychodził, miał postać koszmaru. Wracali do niej Alkajos i Kritias. Ten pierwszy – pełen sadystycznej rozkoszy, ten drugi – wyrafinowany w okrucieństwie. Filona na nowo przeżywała poprzednią noc. Następujące po sobie gwałty, bicie, kaleczenie, zmuszanie do najbardziej upokarzających czynności. Ludzie, z którymi jeszcze niedawno współdziałała, pracując razem dla urzeczywistnienia wizji swej pani, zmienili się w dzikie, nieokiełznane bestie. To, co jej czynili, sprawiało, że co rusz budziła się z krzykiem, zlana zimnym potem. Rozglądała się w panice po pustym łożu. Dopiero po dłuższej chwili docierało do niej, że jest tu sama. Bezpieczna. Na tyle, na ile było to możliwe w podbitych przez oligarchów Atenach.

Wreszcie spłynął na nią litościwy, pozbawiony majaków sen. Pozwolił jej dotrwać do rana. Kiedy się obudziła, nie była przykryta kocem. Pochylał się nad nią sędziwy mąż o łysej czaszce i imponującej brodzie. Pamiętając, że jest cnotliwą Dianthą, natychmiast zasłoniła swoje piersi i zacisnęła uda.

– Kim jesteś? – wykrzyknęła. – Skąd się tu wziąłeś?

– Spokojnie, moje dziecko. – Głęboki głos starca brzmiał łagodnie, kojąco. Mężczyzna wyprostował się i patrzył na nią z góry. – Przysięgam, że nie mam złych zamiarów. Poproszono mnie, bym się tobą zajął. Jestem medykiem. Na imię mi Arystoteles.

Chwyciła za koc i podciągnęła go sobie aż pod szyję.

– Podglądałeś mnie – warknęła z wyrzutem, starając się nie wyjść z roli.

– Nie podglądałem, tylko oglądałem. Jak inaczej mógłbym ocenić twoje obrażenia? Wiele wycierpiałaś. Na ile jednak mogłem się zorientować, twoje rany są powierzchowne. Zmienię ci opatrunek. Mam też maść, dobrą na sińce i stłuczenia. Dzięki niej szybciej wrócisz do zdrowia.

Wciąż patrzyła nań z nieufnością. Westchnął i pochylił głowę.

– Diantho. Wiedz, że boleję nad tym, co uczynili tamci zwyrodnialcy. Zapewniam cię, że nie jestem taki jak oni. Nie będę próbował wykorzystać twej słabości. Moje zainteresowanie twoim ciałem ma czysto praktyczny charakter. Sprowadzono mnie, bym cię leczył.

Odczekała dłuższą chwilę, po czym skinęła niepewnie głową. Przyglądał się jej bez słowa, jakby w oczekiwaniu na coś, co powinna zrobić. Wreszcie odsunęła koc, na powrót obnażając się aż po talię.

– Dziękuję za twe zaufanie – rzekł starzec. – Wiem, jak bardzo trudno się na nie zdobyć. Zwłaszcza po tym, co przeszłaś.

Znów się nad nią pochylił. Wprawnymi ruchami zdjął opatrunek z jej piersi. Przez moment przyglądał się długiemu rozdarciu, idącemu w poprzek sutka. Sięgnął do torby, którą miał przewieszoną przez ramię i wydobył flakonik. Kiedy go otworzył, dookoła rozniosła się cierpka woń. Wylał kilka kropli. Filona jęknęła. Piekło.

– Widzę, że ranę wyczyszczono wodą, lecz ja wolę używać do tego celu alkoholu. Ból zaraz ustanie. Przygotuję drugi opatrunek.

Następnie wydobył z torby ceramiczne naczynie. Uniósł wieczko i tym razem zapachniało ziołami.

– To maść lecznicza. Powinno się ją rozprowadzić po obolałych miejscach. Czy chcesz, bym…

– Nie – zaprotestowała. – Sama to zrobię.

Podał jej naczynie i cofnął się o dwa kroki. Następnie spojrzał w podłogę, by bardziej jej nie zawstydzać. Filona całkiem zrzuciła koc i zaczęła nacierać maścią swoje ciało.

– Więc powiadasz, że jesteś akolitką z egineckiego Artemizjonu? – spytał Arystoteles, wciąż nie patrząc w jej stronę.

– Tak, panie. Zostałam stamtąd porwana podczas ataku na świątynię. Tamci mężczyźni… przyszli po córkę Demostenesa. Ale Kritias postanowił porwać też mnie. Prędko dowiedziałam się, w jakim celu.

Medyk słuchał w milczeniu. W końcu odchrząknął i rzekł, wyraźnie zażenowany:

– Wybacz mi, Diantho, lecz muszę to powiedzieć. Podczas oględzin twego ciała w oczy rzuciły mi się pewne elementy… twojej biżuterii. Nie sposób było ich nie zauważyć. Miałem kilkakroć okazję leczyć kapłanki różnych bóstw. Nigdy jednak nie widziałem u nich podobnych kolczyków… w takich miejscach.

Filona zacisnęła usta. Jak mogła o tym nie pomyśleć! Podczas rozmowy z Lizandrem była na wpół omdlała. Dobrze, że w ogóle nie zdradziła mu swego prawdziwego imienia! Teraz jednak w pełni uświadomiła sobie, jak bardzo dowody przeczą jej kłamstwu. Choć Alkajos wyrwał jej kolczyk z sutka, pozostawił przecież jeszcze dwa – w drugiej brodawce oraz ten między udami. Kurewską biżuterię, mającą kusić klientów… Pozostałość z czasów, gdy przyjmowała mężczyzn w „Pocałunku Alkmene”.

– Nie wiem, kim naprawdę jesteś – stwierdził Arystoteles – ani jak brzmi twe prawdziwe miano. Zapewne miałaś powody, by je ukryć, ale nie będę ich dochodzić. Bądź jednak pewna: nie zamierzam dzielić się moimi spostrzeżeniami ani z Lizandrem, ani z Dionizjuszem. W tym Mieście wydarzyło się ostatnio zbyt wiele zła… Nie chcę, by pochłonęło ono również ciebie.

Była zaskoczona. Nigdy nie wyobrażała sobie, że obcy człowiek, który nie ma w tym żadnego interesu, może okazać się dla niej tak… życzliwy.

– Dziękuję – odparła drżącym głosem. – Jesteś dla mnie zbyt łaskawy…

– Przyjmij więc radę – rzekł, odbierając od niej naczynie z maścią. – Znalazłaś się w gnieździe żmij. Otaczają cię ze wszystkich stron, śledzą każdy twój ruch. Najmniejszy błąd może cię wiele kosztować. Jeśli chcesz przeżyć, musisz nauczyć się lepiej kłamać. Domyślam się, że wkrótce czeka cię przesłuchanie. Postaraj się zatem, by twa historia brzmiała bardziej wiarygodnie.

* * *

Zważywszy na to, że nigdy przedtem nie parał się zawodem grabarza, szło mu całkiem przyzwoicie.

Znalazł w ogrodzie odpowiednie miejsce, otoczone ze wszystkich stron krzewami, lecz na tyle przestronne, by pomieścić dwie mogiły. Nie chcąc ubrudzić tuniki, zrzucił ją z siebie i zabrał się do pracy nagi, w samych tylko sandałach. Ziemia była sucha i spalona, łopata wchodziła w nią z trudem, za każdym razem musiał dociskać ją stopą. Słońce przypiekało niemiłosiernie i choć znajdował się w cieniu kilku niewysokich drzew, jego skóra prędko pokryła się potem. Co rusz musiał ścierać go z czoła, by nie zalał mu oczu.

Wkrótce zaczęło mu doskwierać pragnienie, lecz nie przerywał kopania. Chciał się z tym jak najszybciej uporać. Śmierć dwojga sędziwych niewolników była ostatnią z niezliczonych tragedii, jakie rozegrały się w ostatnich dniach. Jej bezsensowność była uderzająca, nie dawała się pojąć rozumem. Czuł, że musi zamknąć tę sprawę, pozostawić ją za sobą. Jeśli będzie o niej zbyt wiele myślał, oszaleje. Co rusz wbijał zatem łopatę w stwardniały, niechętny grunt i wyrywał z niego bryły ziemi. Niekiedy natrafiał na splątane korzenie. Atakował je wtedy z niezrozumiałą furią, rozbijał na kawałki, obydwoma rękoma wyrywał z gleby i rzucał w krzaki. Skupiał na nich swój gniew, którego nie sposób było zwrócić w innym, bardziej sensownym kierunku.

Klęczał właśnie nad brzegiem grobu, dysząc ciężko po kolejnym ataku na podziemne przeszkody, które utrudniały kopanie i stawiały opór jego woli. Wargi miał spierzchnięte, a język sztywny niczym drewniany kołek. Jego pierś unosiła się w przyspieszonym oddechu. W pewnej chwili poczuł za sobą czyjąś obecność. Odwrócił się i podniósł głowę. Stała nad nim Raisa. Miała na sobie prosty biały peplos bez rękawów. Jej nagich ramion nie przykrywał himation – było na to stanowczo zbyt upalnie. W dłoniach Iliryjki ujrzał duży dzban – chyba jedyny, którego nie rozbili rabusie.

– Przyniosłam ci wodę – szepnęła. – Sądziłam, że będziesz spragniony.

Miał zbyt suche gardło, by wychrypieć choćby słowo. Wyciągnął rękę po dzban. Uniósł go do ust, przechylił. Ciecz była gorzka i ciepława, ale w jego obecnym stanie smakowała niczym lodowata woda z górskiego strumienia. Pił długo, opróżnił duszkiem niemal całe naczynie. Iliryjka czekała cierpliwie, aż skończy. Resztę wylał sobie na głowę. Spływające po szyi oraz karku strużki przyjemnie chłodziły rozgrzaną skórę.

– Dziękuję… – powiedział wreszcie, gdy nasycił pragnienie. – Gdzie Menander?

– Śpi. Zmieniłam mu bandaże na świeże… a potem zajęłam się jego sługami. Obmyłam ich ciała z krwi.

– Nie musiałaś tego robić…

– Oni zrobiliby to dla mnie – odparła z przekonaniem.

Demetriusz wątpił w to, ale nie zamierzał się kłócić. Zresztą, może dziewczyna miała rację. Po okrucieństwach, na które napatrzył się przez ostatnie dni, poważnie zwątpił w ludzką dobroć, uczynność, bezinteresowną życzliwość. Raisa, która spędziła ten czas ukryta za wysokimi murami świątyni, zdołała zachować jakąś cząstkę niewinności. Czuł, że nie powinien jej tego odbierać.

– Wejdź pod dach, Demetriuszu – poprosiła. – Jest za gorąco na tak ciężką pracę.

– Już prawie skończyłem. Muszę tylko pogłębić groby…

– Możesz to zrobić po zmierzchu, gdy będzie nieco chłodniej.

– Zrobię to teraz – odparł z naciskiem. – Wieczorem pochowamy ich i postaramy się żyć dalej.

Skinęła głową, choć nie wiedział, czy go zrozumiała. Podniósł się z kolan i stanął nad wykopanymi dołami, nagi i umorusany ziemią. Raisa zamierzała odejść; obróciła się już ku domowi, gdy słowa same popłynęły z jego ust.

– Wiem, że spałaś z moim ojcem. A potem z Meleagrem.

Spojrzała na niego prędko; w jej oczach ujrzał lęk.

– Przysięgam, Demetriuszu, nie chciałam tego… Wiesz przecież, że nie dano mi wyboru…

– Wiem i nie mam o to żalu – odparł, podchodząc do niej. Zdawało mu się, że miała ochotę cofnąć się o krok, lecz w ostatniej chwili zdołała się powstrzymać. Czyżby naprawdę się go bała? To była bolesna konstatacja. Czym sobie na to zasłużył? Mimo wszystko postanowił mówić dalej: – Przez pewien czas byłem zły, bo nie powiedziałaś mi o tym, co między wami zaszło. Musiałem dowiedzieć się tego od innych. Wiedz jednak, Raiso, że mój gniew już minął. Pojmuję, dlaczego nie podzieliłaś się ze mną swoim wstydem i upokorzeniem.

Milczała przez dłuższą chwilę. Widział, jak napięcie powoli znika z jej twarzy, a w oczach pojawia się coś zupełnie innego niż strach. Nagle, wiedziona impulsem, rzuciła mu się na szyję. Wpadła na niego z taką siłą, że o mały włos nie osunęli się do świeżo wykopanego grobu. Objął ją ramionami, wiedząc, że ubrudzi przy tym biały peplos. Któż jednak przejmowałby się teraz zgrzebną suknią? Z okolic jego obojczyka dotarł doń stłumiony szloch. Słone krople spadły mu na ramię i spłynęły w dół, żłobiąc korytarze w szarym pyle pokrywającym jego skórę.

– Dziękuję, Demetriuszu – wyszeptała, tłumiąc łkanie. – Jesteś dobry, wyrozumiały, łaskawy… Przysięgam, że już nigdy cię nie zawiodę!

Nie jestem dobry, pomyślał, przyciągając ją do siebie. Zabiłem co najmniej trzech, a może czterech ludzi. Pomogłem zabić jeszcze jednego. Wiele razy łamałem dane słowo. Zdradziłem cię z tyloma dziewczynami, że sam wszystkich nie pamiętam. Jestem dokładnie taki, jak mój ojciec. Jeszcze się o tym przekonasz.

Nie wypowiedział jednak owych myśli na głos. Pochylił głowę i ucałował jasne włosy Iliryjki.

– Już dobrze – szepnął, czując, że w jego słowach nie ma ani kropli prawdy… A jednak musiały brzmieć właśnie w taki sposób. – Odtąd już wszystko będzie dobrze. Zapomnimy o tym, co było, zaczniemy od nowa. Mamy przed sobą przyszłość, Raiso. I nie odbierze nam jej ani mój ojciec, ani Meleager.

Z rozpalonego nieba lał się żar. Nad Atenami unosiły się smugi dymu. Oni zaś tulili się do siebie nad samym brzegiem świeżo wykopanego grobu.

* * *

Po wyjściu Arystotelesa do komnaty wkroczyła para sług. Chłopiec niósł tacę z obiadem. Ostrożnie postawił ją na stoliku przy łożu, po czym rzucił Filonie ciekawskie spojrzenie. Ponieważ jednak zdążyła owinąć swe ciało kocem, opuścił oczy, wyraźnie zawiedziony. Dziewczyna położyła na skraju łoża suknię z białego lnu. Sama nosiła taką samą. Otrzymałam peplos niewolnicy, pomyślała Filona, kiedy tamci zostawili ją już samą. Cóż, widocznie nie znaleźli nic innego. Poprzedni pan tego domu, Hiperejdes, od dawna już stronił od kochanek, po których mogłyby zostać bardziej wykwintne stroje. Obecny zaś stracił wszystko w pożarze swojej willi w Faleronie.

Cóż, nawet suknia niewolnicy była czymś lepszym niż strzępy materiału, które zostały z jej poprzedniego stroju. Alkajos zerwał z niej szatę świątynnej akolitki, rozdarł ją na tuzin kawałków. Wspomnienie jednookiego sprawiło, że Filonę przeszedł silny dreszcz. Choć wiele razy zadawano gwałt jej ciału – wpierw na statku wiozącym ją do Aten, potem w „Pocałunku Alkmene” – choć zdarzali się jej gwałtowni kochankowie i brutalni klienci, nigdy przedtem nie doświadczyła czegoś podobnego. W rękach Alkajosa była całkiem bezbronna, pozbawiona jakichkolwiek szans na opór. Mogła tylko krzyczeć oraz cierpieć. Noc spędzoną z Macedończykiem zapamiętała w ten właśnie sposób: jako niekończący się łańcuch bólu, poniżenia, ochrypłego krzyku, od którego paliło gardło. Och, Kritias też tam był, pomysłowy i okrutny, lecz w gruncie rzeczy odgrywał drugorzędną rolę. Był niczym drzazga wbita pod paznokieć. Jednooki zaś był nożem wbitym w trzewia.

Najwyższym wysiłkiem woli oderwała się od tych myśli. Rozpamiętywanie krzywd w niczym jej nie pomoże. Co więcej, może doprowadzić ją do zguby. Wiedziała, że prędzej czy później odwiedzi ją Lizander. Musiała skupić się na teraźniejszości.

Podczas obiadu układała nowe kłamstwa, które miały przykryć stare. Starała się zbudować przekonującą biografię Dianthy. Coś, w co mogliby uwierzyć jej wrogowie. Nie, nie była akolitką w sanktuarium Artemidy. Była świątynną niewolnicą, przed dwoma laty wykupioną z portowego burdelu – stamtąd pozostały jej kolczyki w nietypowych miejscach. Biżuteria, której nikt nie usunął, bo nie było po co. Nie przeszkadzała jej przecież w zamiataniu podłóg ani w wynoszeniu nocników. Dlaczego w pierwszej chwili skłamała? Miała nadzieję, że miano świątynnej nowicjuszki osłoni ją przed gwałtem ze strony zdobywców. O ile bowiem nikt nie cofa się przed zhańbieniem niewolnej, wszyscy obawiają się zemsty bogów.

Zapewne spytają ją o to, co wydarzyło się na Eginie. Tu należało przyprawić kłamstwo solidną porcją prawdy. Nie będzie mijać się z faktami, przemilczy tylko własną rolę w ataku na święty okręg. Dla zwiększenia wiarygodności, często będzie zasłaniać się niewiedzą i dezorientacją. To wszystko stało się tak szybko… Była przerażona, tak bardzo się bała. Wokół biegali mężczyźni zbrojni w miecze oraz włócznie, krew tryskała na mury świątynnych gmachów. Nie można od niej oczekiwać, by dokładnie zapamiętała, jak było.

Zastanawiała się, czy Aratos z Hierapytny jeszcze żyje. Widziała, że został ciężko ranny, nie był w stanie podnieść się z ziemi. Gdyby tylko Brennus pozwolił go dobić… Obecnie Kreteńczyk stanowił dla Filony śmiertelne niebezpieczeństwo. Był jedynym człowiekiem w służbie Dionizjusza z Faleronu, który znał jej prawdziwą tożsamość. Z drugiej strony na Eginie wystąpił przeciw swemu panu…

Miała zbyt mało wiedzy, by formułować jakieś wnioski. Uznała zatem, że najlepiej trzymać się tego, co pewne. Jej historia nie musiała być zanadto skomplikowana. Grunt, by zachowała spójność i nie rozpadła się pod gradem pytań. Odsunęła od siebie pustą już tacę. Popiła jadło wodą z lekkim posmakiem wina, którą przyniesiono jej w kubku. Czuła się pokrzepiona, na duchu i na ciele. Była pewna, że da Lizandrowi radę. W ostateczności po prostu go uwiedzie. Mimo obrażeń, które zostawił jej Alkajos, nie straciła przecież urody. Wszak Spartanin jest tylko człowiekiem…

Włożyła na siebie suknię i usiadła na brzegu łoża w wystudiowanej, skromnej pozie. Czekała z pochyloną głową na to, co przyniesie jej los. Nie trwało to długo. Drzwi otworzyły się ponownie i stanął w nich Lizander. Tym razem nie miał na sobie pancerza ani hełmu, lecz pozbawioną rękawów, krótką tunikę sięgającą do połowy ud. W szczupłej talii była ściągnięta pasem, na którym kołysał się xiphos w prostej pochwie. Cywilne odzienie nie było jednak w stanie ukryć jego prawdziwej natury. Filona nawet przez chwilę nie wątpiła, że ma przed sobą zawodowego żołnierza, zimnego mordercę, człowieka, który z wojny i zabijania uczynił swój fach. Wiedziała, że nie może się po nim spodziewać litości. Jeden fałszywy krok mógł pociągnąć ją w otchłań. Wzięła głęboki wdech. Przygotowała się do odegrania roli, którą przedtem napisała.

Spartanin pozdrowił ją skinieniem, po czym wszedł do komnaty. W ślad za nim szło dwóch najemników w pełnym rynsztunku. Prowadzili pod ręce jakąś kobietę… Filona zamarła w bezruchu. W jednej chwili jej plany, misternie ułożone kłamstwa, fikcyjna tożsamość utkana z przeinaczeń oraz półprawd – wszystko to obróciło się wniwecz. Nie ostały się nawet okruchy, na które rozpada się rozbita amfora.

Zbrojni wiedli ku niej Marmarę, przełożoną ladacznic z „Pocałunku Alkmene”. Lizander obrócił się ku kobiecie.

– Czy to ona? – zapytał krótko.

– Tak – skwapliwie odparła Marmara. – Przez kilka miesięcy służyła w moim przybytku… Wiem, że na ulicy używała różnych imion: Dorkas… Agathe… Jednak naszym klientom przedstawiała się zawsze jednym i tym samym: Filona.

Dziewczyna poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy.

– Doskonale. To właśnie chciałem usłyszeć – odparł Lacedemończyk. Następnie zwrócił się do najemników: – Wyprowadzić ją. Wypłacić umówioną kwotę. Puścić wolno i nie obmacywać.

Ostatnie zdanie sprawiło, że twarze żołnierzy wyraźnie posmutniały. Nie zdobyli się wszakże na jakiekolwiek protesty. Opuścili komnatę, zamykając za sobą drzwi. Filona wciąż siedziała w bezruchu, Lizander zaś stał, przyglądając się jej z zaciekawieniem.

– A więc to ty otrułaś Aratosa – rzekł w końcu. – Zaczynam rozumieć, dlaczego uległ twojemu czarowi.

– Skąd wiedziałeś? – spytała bezbarwnym tonem.

– Nie wiedziałem. Domyślałem się. Brennusa zgładziłem w bitwie między Długimi Murami. Alkajos i Kritias uciekli, wedle wszelkich świadectw, w dwa konie. Spośród znanych mi szpiegów królowej Olimpias działających w Atenach pozostała tylko Filona. Pasowałaś do rysopisu, którym dysponowałem. Musiałem tylko znaleźć osobę, która potwierdzi moją hipotezę.

– Co teraz? – ze wszystkich sił starała się, by jej głos nie zadrżał.

– To zależy wyłącznie od ciebie. Wiedz, że jak dotąd nie podzieliłem się z nikim moimi podejrzeniami.

Bezwiednie uniosła brwi.

– Nawet z Dionizjuszem z Faleronu?

– Zwłaszcza z nim. Ostatnimi czasy strateg jest… – Zawahał się, jakby szukał właściwego słowa. – …coraz bardziej nieobliczalny. Nie chciałem, by zrobił coś, czego wszyscy będziemy potem żałowali. Na przykład posłał cię na tortury.

– Żałowałbyś tego? – spytała z niedowierzaniem.

– Musisz pamiętać, że my, Spartanie, szczególnie ukochaliśmy sobie jednego z bogów: Apolla. Na swój sposób również jesteśmy czcicielami piękna… choć zupełnie inaczej niż twój dobry znajomy, Kritias.

– Nie wymieniaj tego imienia.

– Pozostańmy zatem przy pięknie. Nie ulega wątpliwości, że w Sparcie rodzą się najwspanialsze kobiety świata. Wszak legendarna Helena, żona Menelaosa i Parysa, była Lacedemonką. Potrafimy docenić urodę. Ja również potrafię. I za nic w świecie nie życzyłbym sobie, by tortury zniszczyły twoją.

– Wybacz, może jestem młoda… lecz żyję na świecie dość długo, by nie wierzyć w bezinteresowność.

Lizander skinął głową.

– Nie powiedziałem, że jestem bezinteresowny.

– Czego więc pragniesz?

– Oboje mamy coś, czego chce druga strona. Ty posiadasz informacje, które mogą się dla mnie okazać cenne. Ja zaś… mógłbym powiedzieć, że trzymam w dłoniach twoje życie. Wystarczy jedno moje słowo i umrzesz. Nie prędko i lekko, ale w długich męczarniach.

Milczała długo, rozważając jego propozycję. Nie ulegało wątpliwości: Lacedemończyk nakłaniał ją do zdrady. Z drugiej jednak strony: komu jeszcze winna była wierność? Tryfonowi z Ambrakii, który zrobił z niej trucicielkę oraz dziwkę? Kritiasowi, który zgwałcił ją i zostawił na pastwę nieprzyjaciół? Tak, była jeszcze królowa… Wspaniała i straszna, podobna bogom Olimpias… Ona jednak przebywała setki stadiów stąd, w pałacu w Passaronie. Lizander zaś stał o dwa kroki od niej. I oferował przetrwanie.

– W ten jednak sposób – ciągnął Spartanin – uzyskałbym tylko uległość wymuszoną strachem. Ja zaś pragnę, byś współpracowała z własnej woli. Dlatego mam dla ciebie coś jeszcze – kto wie, czy nie bardziej cennego niż życie. Oferuję ci zemstę. Na tych, którzy cię skrzywdzili. Na ludziach, przez których cierpiałaś. Z twoją pomocą strącę ich w przepaść. Jednego po drugim.

To przeważyło. Uniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy.

– Co chcesz wiedzieć? – spytała pewnym głosem.

Nie napawał się swym triumfem. Chyba nie spodziewał się po niej niczego innego.

– Na początek opowiedz mi o tym, co naprawdę wydarzyło się na Eginie…

* * *

Pogrzeb odbył się o zmierzchu, kiedy skwar nieco już osłabł. Wzięli w nim udział Menander, Demetriusz i Raisa. Ponieważ nie mieli dość drewna, by ułożyć stos dla zmarłych, poeta zdecydował, że pochowają ciała od razu w ziemi. Choć niewolnicy spędzili większość swego życia w Attyce, nie byli Grekami. Pochodzili z jednego z trackich plemion. Nikt z obecnych nie znał obyczajów pogrzebowych Traków, nie sposób było zatem określić, czy postępowali zgodnie, czy też wbrew tamtejszym tradycjom. Pozostawało mieć nadzieję, że swym postępowaniem nie urażą ani zmarłych, ani ich opiekuńczych bóstw.

Falerończyk z pomocą Iliryjki przeniósł owinięte w całun zwłoki i złożył je w świeżo wykopanych grobach. Menander stanął nad nimi i zaczął mówić:

– Znałem ich od urodzenia… Byli czułymi opiekunami w latach mojego dzieciństwa i dobrymi przyjaciółmi potem, gdy osiągnąłem wiek młodzieńczy. Stali przy mnie, gdy odchodzili rodzice… Służyli zawsze z wiernością i oddaniem, aż do tragicznego końca. Swoją pogodą ducha rozpraszali me zmartwienia i troski. Nigdy się nie skarżyli, choć przecież w domu się nie przelewało… Choć nie urodzili się w Helladzie, byli całkowicie pozbawieni przywar, które ludzie przypisują barbarzyńcom. Nie mógłbym marzyć o lepszych sługach niż oni.

Głos drżał mu ze wzruszenia. Kilka razy przerywał, gdy żal ścisnął mu gardło. W pewnym momencie zachwiał się i wyglądało na to, że upadnie. Raisa ujęła go za łokieć i podtrzymała. W końcu cofnął się o krok i skinął głową. Demetriusz chwycił za łopatę i zaczął zasypywać groby.

Wieczerza była nadzwyczaj skromna. Dwudniowe walki przerwały zaopatrzenie Miasta w żywność. Na nielicznych otwartych straganach panowała drożyzna. Wysłanej na zakupy Raisie udało się zdobyć ledwie trochę chleba, sera oraz dzban kwaśnego wina. Po rozcieńczeniu z wodą starczyło go w sam raz dla trojga biesiadników. Posępny nastrój sprawił, że nie rozmawiali zbyt wiele. Dla oszczędności palili tylko dwie lampy oliwne. Wszak nikt nie wiedział, kiedy uda się uzupełnić zapas paliwa. Po kolacji Menander prędko udał się na spoczynek. Był blady i osłabiony – widocznie doskwierał mu zraniony bok. Demetriusz życzył przyjacielowi dobrej nocy, po czym wziął Iliryjkę za rękę. Razem opuścili komnatę poety.

 W ich wspólnej sypialni panował mrok. Z trudem rozpraszał go wątły ogień pojedynczej lampy, którą ze sobą przynieśli. Demetriusz po omacku dotarł do rogu pomieszczenia, gdzie znajdowała się miska z wodą. Po dniu spędzonym na ciężkiej, fizycznej pracy marzył o chwili, gdy będzie mógł opłukać się wreszcie z potu i kurzu. Ściągnął tunikę i cisnął ją na skrzynię na ubrania. Uklęknął nad miską i zanurzył w niej ręce. Woda była co najwyżej letnia, ale i tak przynosiła ulgę po wielogodzinnej spiekocie. Najpierw spryskał odrobiną twarz i szyję, a potem zaczerpnął oburącz i przystąpił do systematycznego mycia.

Iliryjka postawiła lampę oliwną na stoliku przy łóżku. Korzystając z odrobiny światła, zaczęła się rozbierać. Rozplątała wiązania sukni na lewym ramieniu. Materiał spłynął w dół, odsłaniając ramiona oraz piersi. Zatrzymał się dopiero na jej pełnych biodrach. Ściągnęła go z nich dłońmi i pozwoliła, by peplos opadł na podłogę. Już całkiem naga położyła się na wznak. Czekała na Demetriusza, zastanawiając się, czy tej nocy jej zapragnie. Tęskniła za jego dotykiem, pocałunkami, za członkiem młodzieńca, wbijającym się między jej uda… ale też bała się zmienności jego nastrojów, a także brutalności, której doświadczyła podczas ostatniego zbliżenia. Wtedy, przed trzema dniami – choć teraz wydawały się one trzema latami! – Falerończyk sprawił, że ujrzała jego drugie, mroczne oblicze. Wcześniej nie uświadamiała sobie jego istnienia. Choć potem przepraszał ją słowami oraz czułymi pieszczotami, nie mógł odczynić tego, co się stało. Raisa zaczęła lękać się swego kochanka oraz pana.

Woda spłukiwała nie tylko kurz, ale i zmęczenie. Demetriusz czuł, że odzyskuje klarowność myśli, a w jego mięśnie wstępują nowe siły. Dzień, który dobiegł właśnie kresu, zdawał mu się czymś odległym i zasnutym mgłą, jakby przeżył go pogrążony w półśnie. Czy to jego umysł zamknął się przed kolejnymi okropieństwami, które czekały go w domu Menandra? Dopiero teraz wydobył się z tego dziwnego stanu. Jego zmysły wyostrzyły się, a ciało przypomniało o swoich potrzebach.

Sięgnęła rękoma w dół. Rozchyliła lekko nogi, dłońmi przesunęła po wewnętrznych stronach ud. Zadrżała, tłumiąc jęk. Była podniecona. Gdyby przesunęła palce nieco wyżej i dotknęła sromu, z pewnością poczułaby na opuszkach śliską wilgoć. Wciąż jednak się przed tym powstrzymywała. Oczekiwanie na Demetriusza nieznośnie się dłużyło. To on powinien ją tam dotykać… Chciała, by przyszedł już do niej i zrobił, co tylko zechce… Łaknęła jego bliskości, wyczekiwała miłosnego zespolenia. Jej oddech stawał się coraz szybszy, coraz bardziej urywany. Pożądanie triumfowało nad lękiem.

Zakończył ablucje i podniósł się znad misy. Jego skóra była mokra, na torsie i brzuchu perliły się krople wody. Odwrócił się w stronę łoża, podszedł do niego i stanął ponad Raisą. W milczeniu przyglądał się jej z góry, w wątłym blasku pojedynczej lampy sycąc oczy niczym nieosłoniętą nagością dziewczyny. Choć trwał w bezruchu, jego podniecenie wzmagało się z każdą chwilą. Pragnął swej iliryjskiej niewolnicy, a mimo to wciąż wahał się przed wzięciem jej w ramiona. On również pamiętał, co stało się poprzednim razem, gdy uprawiali miłość. Gdyby to miało się powtórzyć, nie potrafiłby ponownie spojrzeć jej w oczy.

Opuściła powieki; nie odwzajemniała jego spojrzenia. Czekała na to, co uczyni. Uznała, że najbezpieczniej będzie pozostawić mu inicjatywę. Wciąż dotykała swoich ud. Delikatnie muskała je opuszkami palców, dając Demetriuszowi pokaz zmysłowy, lecz nie nazbyt wyuzdany. Chciała rozpalić jego namiętność, wzbudzić pragnienie, sprawić, by nie mógł myśleć o niczym poza nią. Lecz ostateczna decyzja, czy będą się dziś kochać, należeć będzie wyłącznie do niego. Nie zamierzała niczego mu narzucać.

Męskość Falerończyka unosiła się już w pełnym wzwodzie, coraz usilniej domagając się zaspokojenia. Czuł, że jego wątpliwości słabną, niepokój traci swoją moc, wszystkie tamy ustępują pod naporem czystej żądzy. Nie miał już siły stawiać oporu. Niech stanie się to, co stać się musi. Kimże był, by wadzić się z Erosem? Jakie miał szanse w pojedynku z Afrodytą? Czym prędzej wsunął się na łoże i uklęknął między kolanami dziewczyny. Chwycił jej uda i rozchylił je szeroko. Prawe przycisnął do swojego brzucha, tak że łydka Iliryjki wsparła mu się na lewym ramieniu. Drugą nogą otuliła mu biodro. Opadł na Raisę, a jego członek natrafił na wilgotne podwoje jej kobiecości. Dopiero teraz uniosła powieki. Pchnął, mocno i pewnie. Wydała z siebie cichy krzyk i otwarła się dla niego. Jej pełne piersi zadrżały przy pierwszym sztychu. Nim zdążyły znieruchomieć, powtórzył go, zafascynowany widokiem. Prawicą sięgnął do jej biustu. Zamknął dłoń na miękkiej, zwieńczonej różowym sutkiem półkuli. Ścisnął. Ustami przywarł do łydki swej kochanki, lecz jego spojrzenie utkwione było wciąż w jednym miejscu.

Przyjęła Demetriusza z rozkoszą oraz ulgą. Miała ochotę śmiać się i płakać ze szczęścia. Gdy otworzyła oczy, ujrzała go nad sobą, młodego i pięknego niczym Adonis, którego posąg widziała kiedyś w świątyni Afrodyty. Unosił się i opadał, a jego twarda męskość zagłębiała się w jej wilgotnym i chętnym wnętrzu. Uniosła ręce i zacisnęła je na biodrach młodzieńca. Przyciągała je ku sobie przy każdym sztychu, którym ją obdarzył. Przyjemność promieniowała z podbrzusza, docierając do najdalszych zakamarków ciała. Ach, jakże jej tego brakowało!

Dłonią wsparł się o łoże. Jego podbrzusze raz po raz dociskało się do gładkiego łona Raisy. Mokra ciasność przy każdym ruchu otulała penisa. Przymknął oczy, lecz wciąż wpatrywał się w drżący biust jasnowłosej, który jednocześnie gniótł i miętosił w palcach. Serce biło mu prędko w piersi, oddychał szybko i łapczywie. Wciąż pragnął więcej i więcej. Czerpał rozkosz pełnymi garściami, kochanka zaś ofiarowała mu ją z entuzjazmem i ochotą. Również poruszała biodrami, wychodząc naprzeciw jego sztychom. Mroczną komnatę wypełniły westchnienia oraz przeciągłe jęki.

Nachylił się nad nią. Wyciągnęła ręce ku górze i oplotła nimi szyję młodzieńca. Ich usta złączyły się w łapczywym pocałunku. Język Demetriusza wtargnął w usta Raisy, ona zaś śmiało wyszła mu na spotkanie. Ani na moment nie zwalniali tempa miłosnych zapasów. Członek z impetem wbijał się w pochwę Iliryjki. Czuła, jak rozpycha się wewnątrz, nabrzmiały żądzą. Udami otuliła biodra Falerończyka i zaciskała się na nim najmocniej, jak potrafiła, pragnąc mu sprawić jak najwięcej przyjemności. Dyszał ciężko, jakby po długim biegu. Lecz jego siły zdawały się niespożyte. Jasnowłosa domyślała się, że czeka ich długa i pełna wrażeń noc.

Rękoma chwycił za wezgłowie. Przy każdym pchnięciu jednocześnie przyciągał się do niego, wzmacniając jeszcze siłę i głębokość penetracji. Raisa kwiliła. Jej piersi rozpłaszczyły się pod torsem Demetriusza, uda ocierały się o jego biodra. Dłonie gładziły szyję i kark młodzieńca. Jego usta przycisnęły się do ust jasnowłosej. Smakował jej pocałunki, spijał słodycz z warg. Czuł, jak bardzo jest teraz ciasna. Ściśle obejmowała jego męskość, która z najwyższym trudem cofała się, by po chwili wbić się z wilgotnym mlaśnięciem. Za każdym razem jego ciało przeszywał wtedy rozkoszny dreszcz.

Nagle kochanek uniósł się i po chwili wysunął z wnętrza Iliryjki. Wydała z siebie jęk zawodu. Nie dał jej jednak ani chwili wytchnienia. Oburącz chwycił ją za biodra i obrócił szybko na łożu. Nim się spostrzegła, leżała już na brzuchu, a on znów przyciskał ją do posłania. Dłonią wsunął penisa między jej uda. Zacisnęła je, by stać się dlań jeszcze ciaśniejszą. Torując sobie drogę, dyszał z wysiłku oraz przyjemności. Na przemian całował ją i kąsał po szyi, ugniatał między palcami jej pierś oraz pośladek. Znowu się kochali, równie zachłannie i namiętnie. Raisa tłumiła jęki, wbijając zęby w poduszkę. W tej pozycji mogła się tylko ulegle oddawać Falerończykowi, z czego skwapliwie korzystała. Silne pchnięcia wstrząsały jej ciałem, pieszczoty zaś wzmagały jeszcze podniecenie. Czuła, że niewiele jej już potrzeba.

Demetriusz równie prędko zbliżał się ku własnej ekstazie. Wzmógł jeszcze siłę swoich ruchów. Jego penis wbijał się w pochwę Raisy i wypełniał ją po brzegi. By nie krzyczeć z coraz silniejszej rozkoszy, zanurzył twarz w jej włosach i jął gorączkowo całować po karku. Oboje drżeli z pożądania i niecierpliwości, wyczekując jednoczesnego spełnienia. Łóżko trzeszczało donośnie, jakby miało zaraz rozlecieć się w drzazgi. To jednak nie mogło ich powstrzymać.

A potem był szał wspólnego szczytowania. Raisa wtuliła się w Demetriusza i wykrzyczała swą przyjemność w dłoń, którą zakrył jej usta. Mięśnie zacisnęły się kurczowo wokół jego członka. Wdarł się w nią po raz ostatni, zagłębiając się aż po jądra. Nie myślał nawet o tym, by opuścić wnętrze jasnowłosej tuż przed orgazmem. Nie było na to czasu. Ekstaza ogarnęła go tak gwałtownie, jak pożoga ogarnia suchy las. Wyprężył się cały, ustami przywarł do szyi kochanki. Wstrząsany miłosnym dreszczem, kilkakroć napełniał jej łono swym nasieniem.

Długo odpoczywali po wyczerpującym zespoleniu. Ich złączone ciała lśniły od potu. Demetriusz nie wysuwał się z Iliryjki. Chciał pozostać w niej jak najdłużej. Delikatnie całował wargami miejsca, które przedtem ukąsił w przypływie namiętności. Dłońmi gładził jej ramiona i grzbiet.

Raisa miała zamknięte oczy. Po raz pierwszy od wielu dni czuła się naprawdę bezpieczna. Rozkosz dogasała bardzo powoli, później jej miejsce zajęła błogość. Wiedziała, że mężczyzna, który leży za jej plecami, to ten sam Demetriusz, którego pokochała. Czasem gwałtowny, czasem delikatny, lecz przede wszystkim czuły i pełen miłości. Nie ten drugi, który potrafił zadawać jedynie ból… Choć spotkała go tylko raz, podejrzewała, że na zawsze pozostanie gdzieś w mroku, tuż poza polem widzenia. Dziś jednak został pokonany. Uczynili to razem, wspólnymi siłami. Miała ochotę do białego rana świętować to zwycięstwo.

Obróciła głowę ku kochankowi. Ich spojrzenia się spotkały. Uśmiechnęła się nieśmiało. I, jakby dla kontrastu, szepnęła:

– Chcę jeszcze.

Jeśli zdołała go zaskoczyć, w żaden sposób nie okazał tego po sobie. W jego oczach dostrzegła jednak wesołe ogniki. Demetriusz skinął głową i z udawaną powagą rzekł:

– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, Raiso.

* * *

Nazajutrz do Aten wkroczył archont, najwyższy urzędnik państwowy, który zbiegł tchórzliwie w czasie demokratycznej rewolty. Strateg Demades zdołał go w końcu odnaleźć w górach na wschód od Miasta, a następnie namówić do powrotu. Wydarzeniu temu nadano uroczystą formę, mającą zatuszować świeży jeszcze wstyd. Archont mógł być figurantem w rękach rządzącej oligarchii, ale powagę jego funkcji należało chronić. Towarzyszyły mu dwie setki scytyjskich łuczników, które jeszcze niedawno, podobnie jak on, salwowały się ucieczką. Teraz w odświętnych strojach paradowali ulicami, a ich twarze promieniały dumą. Byli wszak stróżami porządku. A porządek ponownie zawitał w Atenach.

Minęły kolejne dwa dni. W nieznośnym skwarze, jakiego nie pamiętali najstarsi obywatele, podjęto się mozolnego dzieła odbudowy. Sprzątano ulice, ustawiano obalone podczas zamieszek pomniki, naprawiano rozbite hermy, zbierano porzuconą broń. Złożono ją niczym wotum w świątyni Eirene, świętego pokoju, być może w nadziei, że krwawe wydarzenia, które wstrząsnęły niedawno Miastem, już się nie powtórzą. Sytuacja wszakże daleka była od stabilizacji. Przypominały o tym patrole najemników, przechadzających się po ulicach w pełnym uzbrojeniu, a także podwójne warty wystawione na Murze Temistoklesa. Nie sposób było pozbyć się wrażenia, że kryzys wcale nie minął. Wszyscy czekali zatem z niepokojem na dalszy rozwój wypadków.

Życie rozkwitło również w Pireusie. Morski handel, źródło bogactwa Aten, został wznowiony po krótkiej przerwie. Tuziny statków zawijały do portu, równie wiele opuszczało go z ładowniami wypełnionymi przeznaczonym na eksport towarem. Należało czym prędzej odrobić straty, wywołane kilkudniowym zamknięciem przystani.

Jeden z korabiów, pękaty transportowiec załadowany balami macedońskiego drewna oraz amforami rodyjskiego wina, zostawił za sobą Pireus i skierował się na południe, następnie zaś na południowy zachód. Wiatr wypełnił jego żagle i pchnął chyżo ku widocznej nieopodal wyspie – Eginie.

* * *

Ismena lubiła popołudniowe nabożeństwo w egineckim sanktuarium. O tej porze dnia promienie słoneczne wpadały przez zmyślnie umieszczone w suficie otwory i docierały do głównej nawy świątyni. Efekt był doprawdy olśniewający. Snop światła padał prosto na posąg Artemidy, który zdawał się wówczas skąpany w złocistym blasku. Właśnie wtedy pierwsza kapłanka szczególnie mocno odczuwała obecność bogini. Właśnie wtedy jej prośby i ofiary miały największą moc.

Dziś nie składała ich osobiście. Jej poparzone palce wciąż jeszcze się goiły, więc odprawienie rytuałów powierzono jednej ze starszych i bardziej doświadczonych kapłanek. Ona z pewnością nie obrazi Wielkiej Łowczyni brakiem biegłości albo pomyłką w świętych inkantacjach. Uwolniona od swych obowiązków Ismena mogła bez reszty pogrążyć się w modlitwie. A miała o co się modlić. Mijał już piąty dzień od uprowadzenia Korinny, a ona wciąż nie miała żadnych pewnych wieści o jej losie. Strzępy informacji, które docierały z Aten, nie pozwalały zorientować się w sytuacji. Coraz bardziej lękała się o swą kochankę. Prosiła więc Artemidę o to, by miała nad nią pieczę i nie pozwoliła, by córkę Demostenesa spotkała jakakolwiek krzywda.

 Po zakończonym nabożeństwie rozmawiała jeszcze chwilę z nowicjuszkami, a potem opuściła świątynię. Już na jej schodach usłyszała wołanie:

– Pierwsza kapłanko!

Zbliżał się ku niej rosły mężczyzna w płóciennym pancerzu. Na głowie miał hełm z czarnym pióropuszem. Nie był uzbrojony – przy jego pasie kołysała się pusta pochwa po xiphosie. Po krwawym ataku władze Eginy przydzieliły żołnierzy dla ochrony sanktuarium. Pełnili oni straż przy drodze wiodącej do świętego okręgu i konfiskowali oręż wszystkim przybyszom. Mimo to człowiek ów nadal wyglądał bardzo groźnie. Ismena poczuła niepokój, lecz nie okazała tego po sobie. Czekała w bezruchu, aż nieznajomy zbliży się do niej.

– Bądź pozdrowiona – rzekł, kłaniając się jej niezbyt głęboko. – Przybywam z Aten. Jestem enomotarchą w przybocznej gwardii stratega Aten, czcigodnego Dionizjusza z Faleronu. Na imię mi Sostenes.

Niepokój pogłębił się. Mężczyzna nie sprawiał wrażenia, że przynosi dobre wieści. Skinęła mu głową, lecz nie odwzajemniła powitania. Nie dostrzegła w jego postawie oraz tonie szacunku stosownego dla jej pozycji. Oficer nie przejął się tym i mówił dalej:

– Mam dla ciebie list od dowódcy gwardii, polemarchy Lizandra z Lacedemonu.

Skinęła na jedną z młodszych kapłanek. Sostenes wręczył jej zawiązany purpurowym sznurem zwój.

– Polemarcha niecierpliwie wygląda odpowiedzi. Jeśli pozwolisz, zostanę w świętym okręgu, dopóki jej nie sporządzisz.

Jego arogancki styl bycia budził irytację. Ismena panowała jednak doskonale nad swoją twarzą oraz głosem.

– Zostaniesz ugoszczony w zajeździe dla pielgrzymów – oznajmiła. – Plejona cię tam zaprowadzi. Przed wieczorem otrzymasz list dla twego pana.

Gdy Sostenes się oddalił, wzięła przeznaczony dla niej zwój i ruszyła w stronę domu kapłanek. Szła powoli, dostojnie stawiając kroki, choć serce nakazywało jej biec ile sił w nogach. Kiedy znalazła się w swej komnacie, nieporadnie rozplątała sznur i rozwinęła papirus. Zaczęła czytać:

„Ismenie, przełożonej Artemizjonu na Eginie, Lizander z Lacedemonu, pozdrowienia.

Czcigodna kapłanko! Do Aten dotarła wieść o tragicznych wydarzeniach w świętym sanktuarium Artemidy. Pragnę zapewnić, że niektórzy sprawcy tego zbrodniczego napadu ponieśli już zasłużoną karę, a pozostali nie umkną sprawiedliwości. Spieszę też poinformować, że twa podopieczna, Korinna, córka Demostenesa, jest cała i zdrowa. Strateg Dionizjusz zapewnił jej bezpieczeństwo i otoczył swoją troską.

Dostojny strateg zapytuje cię o swoich oficerów: Aratosa z Hierapytny i Pamfilosa z Trojzeny. Czy przeżyli atak na święty okręg? Czy odnieśli obrażenia? Jeżeli pozostają w dobrym zdrowiu, racz ich odesłać wraz z pozostałymi żołnierzami. Ich dalsza obecność w Artemizjonie przestała być bowiem zasadna, natomiast w Atenach przyda się każdy dobry człowiek.”

Odłożyła pismo drżącymi rękoma. Korinna żyła! Choć znowu w niewoli – tak przecież należało rozumieć „troskę stratega” – to jednak była cała i zdrowa! Radość przepełniła serce Ismeny. Pierwsza kapłanka nie pozwoliła sobie jednak na euforię. Sostenes czekał na odpowiedź. Należało mu jej bezzwłocznie udzielić. Nie chciała, by ten niepokojący człowiek pozostawał w świętym okręgu dłużej, niż było to absolutnie konieczne.

Nie miała tu czystego papirusu – zresztą, jej zesztywniałe wciąż palce nie byłyby w stanie kreślić równych liter. Sięgnęła zatem po glinianą tabliczkę i rysik. Ujęła go mocno w dłoń, westchnęła i zaczęła pisać:

„Polemarsze Lizandrowi, Ismena, pierwsza kapłanka świątyni Artemidy na Eginie, pozdrowienia.

Dziękuję za twój list i radosną wiadomość, którą w nim zawarłeś. Niestety, nie mogę odwzajemnić się tym samym. Oficerowie, o których los pytasz, nie żyją. Ponieśli śmierć bohaterów, wraz ze wszystkimi żołnierzami, którymi dowodzili. Pamfilos z Trojzeny zginął podczas ataku na sanktuarium. Aratos z Hierapytny umarł dwa dni później z powodu odniesionej rany. Zostali pochowani w błogosławionej ziemi świętego okręgu i jestem pewna, że jako równi herosom kroczą dziś po Elizejskich Polach. Zachowaj ich proszę w dobrej pamięci, bo bez wątpienia na to właśnie zasłużyli.”

* * *

Główna sala strategejonu – gmachu, w którym zbierali się dowódcy ateńskiej armii – wydawała się zbyt duża dla mężczyzn, którzy się tu spotkali. Niegdyś kolegium strategów składało się z dziesięciu wodzów, równych sobie pod względem władzy oraz prestiżu. Każdy z nich wybrany był przez Lud, a więc uosabiał część jego przemożnej woli. Dziś jednak sytuacja była zupełnie inna. Lud, pokonany przez cudzoziemskich najemników, położył uszy po sobie, spokorniał. Ci, którzy nie mogli się z tym pogodzić, opuścili Miasto i udali się na wygnanie. Spośród dziesięciu wybranych na urząd stratega mężów tylko trzech przybyło naradę. Pozostali nie mieli znaczenia – a więc się z nimi nie liczono.

Fokion stał przy oknie wychodzącym na gaj oliwny, który okalał świątynię Hefajstosa. Był najstarszym spośród strategów, a także najbardziej szanowanym – także przez wrogich mu demokratów. Demades siedział za stołem, przeglądając tabliczki z meldunkami oraz papirusy korespondencji dyplomatycznej. Dionizjusz, który przybył jako ostatni, kazał niewolnikowi przynieść sobie dzban wina, po czym odesłał go precz. Wypił jeden kubek, a następnie drugi. Był blady i miał przekrwione spojrzenie. Poprzedniej nocy długo biesiadował z Meleagrem, macedońskim ambasadorem w Atenach, a potem do białego świtu kochał się z jego adiutantem, młodziutkim Eneaszem. Pijaństwo, miłość i brak snu – wszystko to sprawiło, że dziś od rana czuł się wyczerpany. Pokrzepiał się zatem lekko tylko rozcieńczonym trunkiem. Nie spodobało się to Fokionowi, ale stwierdził, że czynienie uwag młodszemu koledze byłoby poniżej jego godności. Demades również nie zamierzał strofować Falerończyka. Wolał zanurzyć się w lekturze i udawać, że niczego nie zauważa.

Piasek w klepsydrze przesypywał się ziarenko po ziarenku. Stratedzy milczeli, zajęci swoimi sprawami. Lekki wietrzyk znad morza poruszał liśćmi drzew zasłaniających Hefajstejon. Wreszcie Fokion przerwał milczenie.

– Na bogów, zacznijmy wreszcie.

Pozostali skierowali na niego spojrzenia. Starzec zbliżył się do stołu, pochylił się i oparł na nim dłonie.

– Ateny są w naszych rękach – stwierdził. – Ale to dopiero początek. Jeszcze nie wygraliśmy tej partii.

Demades odchrząknął.

– Zwiadowcy twierdzą, że Hiperejdes zajął Eleuzis. Wygląda na to, że zamierza tam pozostać. Według meldunków towarzyszy mu około trzystu najzagorzalszych demokratów.

– Trzystu! – warknął z pogardą Dionizjusz. – A więc na każdego z nich przypada ponad trzech moich najemników. Nie sądzę, byśmy musieli się nimi przejmować.

– Na razie nie – zgodził się Fokion. – Ale z czasem ich liczba może wzrosnąć. Zwłaszcza gdy wieść o ostatnich wydarzeniach dotrze do naszej floty na Samos. W załogach tradycyjnie przeważają demokratyczne sympatie. Możemy spodziewać się dezercji całych okrętów… a może i buntu eskadr.

– Floty pilnuje Ejschines…

– Dobrze wiecie, że to nie wystarczy. On nie ma wystarczającego prestiżu, by powstrzymać rozruchy.

– Ale ty masz – zauważył Falerończyk.

Nastała cisza. Fokion starał się rozważyć wszystkie aspekty sprawy. Z jednej strony nie chciał opuszczać Aten. Zdawał sobie sprawę, że Dionizjusz bez trudu zdominuje Demadesa i obejmie samodzielną władzę. To było co najmniej niepokojące. Z drugiej jednak strony zamieszki we flocie mogły przerodzić się w wojnę domową. Trudno było się spodziewać, by oligarchiczny przewrót w stolicy ucieszył marynarzy. Należało opanować sytuację, nim całkiem wymknie się spod kontroli.

– Zgoda – rzekł wreszcie. – Popłynę na Samos, do Ejschinesa. Może razem uda nam się powstrzymać katastrofę.

Dionizjusz posłał mu promienny uśmiech.

– Jestem pewien, że sobie poradzicie. Kolejna sprawa. Meleager na nas naciska. Pragnie, byśmy jak najprędzej wysłali naszą armię na pomoc Antypatrowi. Ponoć Dardanowie są już bliscy inwazji na Macedonię. To kwestia raczej tygodni niż miesięcy.

– Zamierzasz wysłać swoich najemników? – spytał Demades. Strateg z Faleronu spojrzał na niego z dezaprobatą.

– Nie bądź głupi. Potrzebuję ich tutaj, by szachowali Hiperejdesa i jego bandę. Może już o tym zapomniałeś, ale sprawujemy rządy wyłącznie dzięki nim.

Tamten zmieszał się.

– Wybacz, Dionizjuszu.

– Zgromadzenie Ludowe zdecydowało. Ateny poślą kontyngent do Macedonii. – Dionizjusz gładko pominął kwestię sfałszowanego głosowania i jego krwawych konsekwencji. – A zatem będzie to wojsko obywatelskie. Arystokraci wystawią konnicę, klasa średnia zastęp hoplitów, najubożsi lekką piechotę. Pokażemy Antypatrowi, że dla naszego sojuszu jesteśmy gotowi dać daninę krwi, a nie tylko złota.

Fokion skinął głową. Brzmiało to rozsądnie. Trzeba było ustalić jeszcze jedną rzecz. Zadał pytanie, choć czuł, że zna już odpowiedź:

– Kto obejmie dowództwo nad tym korpusem?

– Demadesie – odparł bez wahania strateg z Faleronu. – Zawsze byłeś w dobrych relacjach z macedońskim dworem. Poza tym należy ci się nagroda za schwytanie Demostenesa. Zdobądź bitewną chwałę i spraw, by Ateny mogły się szczycić twoimi czynami.

– Tak się stanie – zapewnił Demades. – Możesz być o to spokojny.

– Pozostaje zatem do rozstrzygnięcia ostatnia kwestia – rzekł Fokion. – Chodzi o Demostenesa.

– Jest trzymany w areszcie domowym, pod silną strażą. Towarzyszy mu córka. Nie sądzę, by planował coś nierozważnego. Zwłaszcza przez wzgląd na nią.

– Tak czy inaczej musimy podjąć decyzję o jego losie. Był obok Hiperejdesa najważniejszym przywódcą buntowników. Nie możemy ignorować jego win.

Dionizjusz wzruszył ramionami.

– Egzekucja uczyniłaby go męczennikiem. Nie ma powodu, by dawać demokratom taki prezent. Proponuję, by na razie pozostał tam, gdzie jest. Kiedy uporamy się z ważniejszymi problemami, wrócimy do tego.

Bardzo pilnował się, by na jego ustach nie pojawił się nawet cień uśmiechu. Choć udawał obojętność, sprawa Demostenesa i jego młodej córki miała dla stratega z Faleronu istotne znaczenie. Dlatego z napięciem czekał na odpowiedź Fokiona. I gotował się do starcia, gdyby ten nie podzielił jego zdania. Starzec skinął jednak tylko głową i powiedział:

– W takim razie strzeż go dobrze, Dionizjuszu. Nie możemy wypuścić go z rąk.

– Bez obaw. Nie ruszy się poza próg swego domu.

Tym razem musiał unieść kubek do ust, by ukryć swą wesołość. Nie mógł wprost uwierzyć, jak łatwo mu poszło. Narada przebiegła zgodnie z jego oczekiwaniami. Uzyskał dokładnie to, co sobie zamierzył. Fokion i Demades jedli mu z ręki. Kiedy opuszczą Ateny, będzie miał wreszcie wolną rękę, by zrealizować swój wielki plan.

Dionizjusz z Faleronu pił cierpkie, niemal nierozcieńczone wino, lecz w jego smaku czuł słodycz zwycięstwa.

* * *

Sostenes dwukrotnie przebiegł list wzrokiem. Ismena zmarszczyła brwi. Jakim prawem zwykły posłaniec czytał słowa przeznaczone dla jego dowódcy?

Mężczyzna nie rozgościł się w zajeździe. Odłożył wprawdzie hełm, ale wciąż miał na sobie pancerz. Było to niezbyt praktyczne, zważywszy na obezwładniający upał. Pierwsza kapłanka czuła, jak suknia klei się do jej spoconego ciała. Wysłannik Lizandra wprost zalewał się potem. Choć dzieliły ich dobre dwa kroki, przy każdym wdechu wciągała w nozdrza jego ostrą, intensywną woń, dobitnie świadczącą o niechęci do kąpieli. Jej własna niechęć ukierunkowana wobec niego rosła z każdą chwilą.

– Czyżbym popełniła jakiś błąd gramatyczny? – spytała z chłodną uprzejmością. – A może powinnam była sięgnąć po inną formę grzecznościową?

Posłał jej drwiące spojrzenie.

– Zaprowadź mnie na ich groby – rozkazał.

Miała ochotę go spoliczkować. Jak śmiał zwracać się do niej takim tonem? Czuła jednak, że gdyby naprawdę go uderzyła, on nie wahałby się oddać ciosu. Wzięła głęboki oddech i zapanowała nad rosnącym gniewem. Podejrzewał ją o kłamstwo? Żądał dowodów? Proszę bardzo. Niech sam zobaczy.

– Pójdź za mną – rzekła. – Pokażę ci, gdzie ich pochowaliśmy.

Opuścili zajazd dla pielgrzymów i udali się w głąb świętego okręgu. Zaprowadziła go do Dzikiego Ogrodu, a potem przez labirynt splecionych drzew i krzewów. Z satysfakcją słyszała, jak klął pod nosem, gdy cierniste gałęzie smagały go po twarzy albo czepiały się jego pancerza.

Wyszli na polanę ciągnącą się aż do przepaści. Pod wysokim głazem znajdowały się świeże groby. Wykopano je w dwóch równych szeregach. Z czasem porosną trawą, na razie jednak przykrywała je tylko ubita ziemia.

– Tutaj leży Pamfilos – wskazała ręką. – A tu Aratos z Hierapytny. Otrzymali honorowe miejsce, po prawej stronie szyku. Czyż nie tam właśnie stoją dowódcy w falandze?

Sostenes nie odpowiedział. Zbliżył się do grobów i stanął nad nimi, uparcie im się przypatrując, jakby mógł spojrzeniem przeniknąć warstwę gruntu.

– Zamówiłam już u kamieniarza tablicę, na której wyryte zostaną imiona wszystkich poległych – mówiła dalej Ismena. – Potrzeba na to jeszcze paru dni. Myślę również o posągu, który upamiętni ich odwagę…

– Skąd mam wiedzieć, że tu właśnie leżą? – przerwał jej ostrym tonem.

Wzruszyła ramionami.

– Spaliliśmy ciała zgodnie z obyczajem, następnie pochowaliśmy to, co zostało. Nawet gdybyś otworzył groby – na co nie pozwolę z szacunku dla zmarłych – odnalazłbyś tylko popioły oraz kilka zwęglonych kości.

Sostenes długo milczał. Ismena czekała, aż otwarcie zarzuci jej kłamstwo, ale najwyraźniej pojął, że nie zdoła niczego udowodnić. Odwrócił się od niewielkiego cmentarza i rzekł:

– Zobaczyłem dosyć. Pozwolisz, że podziękuję ci za gościnę.

– Pozwolę – odparła. – Myślę, że sam znajdziesz drogę do zajazdu pielgrzymów. Chciałabym tu jeszcze zostać. Pomyśleć o tych, co odeszli.

Minął ją i ruszył w drogę powrotną. Był już pod ścianą drzew, gdy odwróciła się w jego stronę.

– Sostenesie?

– Tak, pierwsza kapłanko?

– Przekaż swojemu panu. Gdyby chciał mnie jeszcze o coś spytać… niech wybierze innego posłańca. Nie chcę już więcej oglądać twojej twarzy.

Odczekała jeszcze pół klepsydry, nim sama opuściła Dziki Ogród i wróciła do domu kapłanek. Tym razem nie skierowała się wszakże do własnego pokoju, lecz do komnat zajmowanych przez uzdrowicielkę. Całkiem już siwa kobieta w białej szacie z zieloną lamówką skłoniła się przed nią z szacunkiem. Ismena objęła ją serdecznie i ucałowała w czoło.

– Jak on się czuje, Fedro?

– Lepiej niż wczoraj, pierwsza kapłanko. Dużo lepiej niż dwa dni temu.

Poczuła drugi już w ciągu tego dnia przypływ radości.

– Więc zdołasz go uleczyć?

– Niezbadane są losy śmiertelników. Ale robię, co w mojej mocy. Asklepios jak dotąd odpowiadał na modlitwy…

– Czy mogę go zobaczyć?

– Właśnie zasnął.

– Obiecuję, że go nie zbudzę.

Uzdrowicielka wskazała drzwi prowadzące do następnej komnaty.

– Na palcach, Ismeno – szepnęła, pozwalając sobie na większą poufałość.

Drugi pokój był niewielki. Niemal w całości wypełniało go łóżko, a także niski stół, na którym w pedantycznym porządku rozmieszczono misę z wodą, dzban z parującym jeszcze winem, ręcznik oraz przybory do opatrywania ran.

Na posłaniu leżał Aratos z Hierapytny. Twarz miał niemal trupio bladą, co współgrało z bielą włosów oraz świeżego bandaża, który opasywał jego tułów. Przez krótką chwilę Ismena bała się, że umarł we śnie. Serce zabiło jej mocno, jakby chciało wyrwać się z piersi. Doznała zawrotu głowy. Musiała oprzeć się o ścianę, by nie upaść. Zaraz jednak dostrzegła, że pierś mężczyzny unosi się w wątłym oddechu. Nie straciłam go, pomyślała z wdzięcznością. Jest wojownikiem i wciąż walczy.

Zbliżyła się do pogrążonego w snach Kreteńczyka. Delikatnie musnęła palcami jego tors i pogładziła policzek. Przeczesała zbyt wcześnie posiwiałe włosy. Tak wiele przeżył, tyle wycierpiał… Tylekroć wracał już znad brzegów Styksu. A przecież jego droga nie dobiegła jeszcze kresu. Pozostało wciąż tak dużo do zrobienia. Wróć do mnie, Aratosie, poprosiła w milczeniu, spoglądając na jego spokojne oblicze. Wróć do mnie. Bardzo cię potrzebuję.

Korinna również. Jesteś dla niej ostatnią nadzieją.

* * *

Spędzili w siodłach cały dzień. Dopiero pod wieczór dotarli do celu swej podróży. Delfy ujrzeli skąpane w promieniach zachodzącego słońca.

– Już prawie zapomniałem, jak bardzo są piękne – rzekł Kritias, przyglądając się wyrosłemu na stoku góry miastu. – Niektórzy głupcy mienią Ateny Słońcem Hellady. Ale to tu bije jej serce.

Alkajos nie skomentował. Z poprzedniego pobytu w Delfach zachował niezbyt przyjemne wspomnienia. Najpierw spartański fechmistrz wybił najlepszych ludzi z jego oddziału. Potem został aresztowany w świętym okręgu Apollina i na kilka tygodni wtrącony do więzienia. Fakt, że się tam nie nudził. Kritias zadbał o to, by nie zabrakło mu rozrywek. Dafne miała ciasną pochwę i mocny głos. Jej krzyki podczas kolejnych gwałtów były dla niego najsłodszą muzyką. Loch jednak pozostawał lochem. Zimnym, wilgotnym i ciasnym. Zwłaszcza, gdy dzielił go z nieszczęsną niewolnicą.

– Nie mogę się doczekać kąpieli w prawdziwej łaźni – ciągnął kapłan. – Miałem już serdecznie dość tej dziczy, którą mijaliśmy po drodze. Eleuthere! Bardziej chlew niż miasto. Plateje – podła wieś o znanej nazwie. Cheronea – szkoda gadać! Miejsce równie parszywe, jak i miano… Och, wybacz, Macedończyku. Nie chciałem urazić twej patriotycznej dumy.

– Nie uraziłeś – warknął Alkajos. – Mam w dupie Cheroneę. Mam w dupie bitwę pod nią stoczoną. I twoje zdanie o niej też.

Ucieczka z Attyki okazała się dziecinnie łatwa, nawet pomimo komplikacji, które wynikły z winy Kritiasa. Ani razu nie musieli spinać koni, by umykać przed pościgiem – wydaje się wręcz, że żadnego pościgu za nimi nie wysłano. Ani z Aten, które za sprawą machinacji kapłana spłynęły braterską krwią, ani z Thrii, gdzie miał na sumieniu córkę właściciela gospody, w której zatrzymali się na noc. Najwyraźniej oberżysta uznał, że szkoda mu tracić kilku dni utargu na uganianie się za mordercą swojej latorośli. Kto wie, zastanawiał się Alkajos, może był mu nawet wdzięczny. Wszak córki to prawdziwe utrapienie. A rozwiązłe córki to utrapienie podwójne.

Myśl ta sprawiła, że parsknął śmiechem. Kritias spojrzał na niego zaskoczony.

– Co się stało? – spytał, a w jego tonie brzmiała podejrzliwość. Najwyraźniej zastanawiał się, czy Macedończyk nie drwi sobie z niego. Był bardzo czuły na punkcie własnej dumy i nie znosił, gdy odmawiano mu należytego szacunku.

– Nic. Byłem ciekaw, kiedy tutejsze dziewczęta zaczną znikać w niewyjaśnionych okolicznościach. Najczęściej w okolicach łaźni.

Kapłan zarumienił się. Ze wstydu, wściekłości albo jednego i drugiego.

– Mówiłem ci już – oznajmił lodowatym tonem – że to był wypadek. Nie planowałem jej udusić… Chciałem tylko nauczyć ją nieco pokory.

– Ja zaś myślę, że uczyniłeś dokładnie to, czego chciałeś. Tak samo potem, z tą beocką pastereczką…

Kritias zacisnął wargi i pogrążył się w milczeniu. To było drugiego dnia podróży, pośród łagodnych wzniesień okalających jezioro Kopais. Jechali wzdłuż wybrzeża, kiedy ją ujrzeli: wysoka dziewczyna, świeża i pełna życia, strzegła stada owiec pasącego się na jednym ze wzgórz. Ubrana była ubogo, lecz schludnie. Kruczoczarne włosy nosiła spięte w długi warkocz. Zanim Alkajos zdążył cokolwiek przedsięwziąć, kapłan spiął już wierzchowca i pogalopował w jej stronę. Osadził go tuż przed nią, o mały włos nie tratując przestraszonej młódki. Zręcznie zsunął się z siodła. Macedończyk postanowił trzymać się na razie z daleka. Bacznie jednak przyglądał się temu, co się działo.

Po krótkiej wymianie zdań Kritias chwycił pastereczkę za ramię i zaczął ją ciągnąć w stronę pobliskiego gaju oliwnego. Szło mu to opornie, bo miał do dyspozycji tylko jedną rękę, drugą musiał trzymać swego konia. Mimo to prawie udało mu się dowlec opierającą się dziewkę do pierwszych drzew. I wtedy właśnie pojawił się jej ojciec. Wychynął prosto z gaju, gdzie najwyraźniej udał się przedtem za potrzebą. Niewiele myśląc, rzucił się na kapłana, gotów bronić cnoty swojej córy. Zdzielił go pasterskim kosturem w żebra, po czym zamierzył się ponownie, tym razem celując w głowę. I zgładziłby w ten sposób przełożonego delfickiego sanktuarium, gdyby nie Alkajos. Najemnik wpadł na niego w pełnym pędzie, obalił na ziemię, sam na nią zeskoczył i dobył miecza. Dziewczyna darła się w niebogłosy, kiedy szybko i sprawnie mordował jej rodzica. Zamilkła dopiero wtedy, gdy powalił ją ciosem pięści.

– Teraz możesz się z nią zabawić! – rzucił Kritiasowi.

– A ty dokąd? – jęknął zbolały kapłan.

– Złapać twojego pierdolonego konia.

Kiedy już mu się to udało, sprowadził obydwa wierzchowce na skraj zagajnika i przywiązał je do drzewa. Prędko odnalazł Delfijczyka: wystarczyło iść tropem odgłosów brutalnego spółkowania. Dziewczyna wciąż była na wpół omdlała, praktycznie się nie broniła. Kritias przycisnął ją twarzą do ziemi i brał stanowczymi, głębokimi pchnięciami. Alkajos podniósł z trawy oderwany kawałek jej szaty. Użył go do oczyszczenia klingi miecza. Potem zaś długo czekał na swoją kolej z pastereczką.

Kiedy i on z nią skończył, kapłan uśmiechnął się i rzekł:

– A teraz ją zabij.

– Czemu sam tego nie zrobisz? – spytał Alkajos, ścierając krew i resztki nasienia ze swojej męskości.

– Jestem stworzony do wyższych celów!

– Bzdura. Spróbuj, a sam się przekonasz, jak wiele rozkoszy ci to sprawi.

Zostawił Kritiasa sam na sam z dziewczyną i wrócił do wierzchowców. Tym razem nie musiał czekać długo. Piękny mężczyzna wyszedł z zagajnika odmieniony. Jedno spojrzenie w jego płonące mrocznym blaskiem oczy wystarczyło, by wszystko stało się jasne. Wsiedli na konie i bez słowa opuścili miejsce mordu.

Teraz też pogrążyli się w milczeniu, a Delfy rosły przed nimi. Słońce niemal całkiem skryło się za górami i posyłało miastu ostatnie, najczerwieńsze promienie. Ciekawe, pomyślał Macedończyk, patrząc w stronę świętego okręgu. Wygląda, jakby ze spadzistych dachów świątyń spływała krew. Widok był prawdziwie urzekający, ale też budził głęboki niepokój.

– Już prawie zapomniałem, jak bardzo są piękne – powtórzył Kritias. Gdy Alkajos obejrzał się na niego, dostrzegł, że kapłan ma nieobecny wyraz twarzy, a w jego ciemnych oczach odbijają się czerwone iskry.

Przejdź do kolejnej części – Opowieść helleńska: Demetriusz XXVIII

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Drodzy Czytelnicy,

przypadł mi zaszczyt opublikowania na Najlepszej Erotyce jubileuszowego, 250 tekstu! Mamy już w naszych zbiorach ćwierć tysiąca opowiadań oraz rozdziałów powieści erotycznych! Choć zawsze podkreślaliśmy, że stawiamy na jakość, a nie na ilość, to jednak liczba ta cieszy. I jest doskonałą okazją do świętowania! Tak więc otwórzmy butelki szampana i lejmy go w kieliszki! A od jutra zaczynamy długi marsz ku 500-nemu tekstowi!

Dziś natomiast przekazuję Wam kolejny rozdział przygód Demetriusza. Zgodnie z sugestiami wyrażonymi przy poprzednim, dziś jest trochę więcej tekstu. Myślę też, że więcej się dzieje. Stare wątki pozamykane, można więc otwierać nowe! Wprawdzie cała ta historia zbliża się nieubłaganie do finału, lecz mimo to wciąż rośnie ponad moje pierwotne założenia. I nijak przestać rosnąć nie zamierza 🙂

Wielkie dzięki dla Areia_athene za profesjonalną korektę!

Życzę miłej lektury – i czekam na komentarze, opinie oraz spostrzeżenia!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Megasie, po pierwsze gratulacje z okazji publikacji 250 tekstu. Jakoś mi umknęło, że to nastąpi jeszcze w tym roku.

Po drugie – ze wszystkich cyklicznych opowieści Twojego autorstwa Demetriusz jest moim ulubieńcem, więc nigdy go za dużo – aczkolwiek i ta opowieść musi się kiedyś skończyć.
Na razie jakoś nie czuję tego zbliżania się do finału.

Ze spostrzeżeń mam jedynie to, że chętnie zawsze czytam o poczynaniach Filony i o Ismenie. ta ostatnia bohaterka pojawiła się w opowieści dość późno, i mimo, że jest to postać drugoplanowa mam nadzieję, iż zdążysz jeszcze wykorzystać jej potencjał.
Cieszę się, że Aratos ocalał! I czekam na ciąg dalszy.
Aha – mimo wszystko – króóóótkieee:-)

Gratulacje Megasie z okazji publikacji 250 tekstu 🙂

Co do rozdziału, cóż, jest "tęczowy" (Raisa i Demetriusz, Filona i Lizander, Ismena i Aratos) ale i takie szczęśliwe muszą być na łamach tej opowieści 🙂

Czy uda Ci się przed końcem roku zamieścić jeszcze jeden rozdział? 😀

Pozdrawiam
Tomasz

Droga Miss.Swiss,

zapewniam Cię, że finał nadchodzi, choć droga przez niego prowadzić będzie okrężnymi drogami (przez Macedonię). Ale potrzebuję do tego jeszcze kilku rozdziałów. Zarówno Ismena, jak i Filona będą miały pewną rolę do odegrania, postaram się wyzyskać je do maksimum (co nie znaczy, że do cna:-) Aratos musiał ocaleć – skoro Sapkowski wrócił do Wiedźmina, i ja uznałem za stosowne przywrócić do sił mojego Białowłosego Fechmistrza! Co do długości rozdziału – trudno Cię ostatnio zadowolić 😉 Ale postaram się następnym razem, postaram się.

Witaj, Tomaszu,

to chyba Twój pierwszy komentarz pod moimi opowiadaniami, więc witam podwójnie! Zachęcam oczywiście do rejestracji na bloggerze i komentarzy pod stałym nickiem (tudzież imieniem, Twoja wola)! Nie wiem, czy rozdział tęczowy, nie poruszałem w nim raczej wątków homoseksualnych 🙂 Ok, wspomniałem o upojnej nocy Dionizjusza i Eneasza oraz o miłości Ismeny i Korinny, ale żadnej sceny gejowskiej czy lesbijskiej tym razem nie zawarłem (to już niedługo, w następnych odcinkach). Chodzi Ci o to, że były same szczęśliwe relacje? To chyba tyczy się tylko Demetriusza i Raisy. Filona i Lizander to para połączona raczej wspólnym knuciem, natomiast Aratos w swoim obecnym stanie jest niezbyt dobrym partnerem dla Ismeny… pomijając już fakt, że ona kocha przede wszystkim córkę Demostenesa. Zgadzam się jednak, że trochę słońca musi w Opowieści helleńskiej świecić – nie wszystkie wątki mogą być smutne i ponure.

W tym roku nie uda się już zamieścić kolejnego rozdziału. Raz, że jeszcze go nie napisałem, dwa, że wszystkie grudniowe terminy już pozajmowane. Musieliśmy je nawet nieco zacieśnić, tyle było chętnych Autorów 🙂 Ale w styczniu mam nadzieję opublikować co najmniej dwa nowe rozdziały.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Gratulacje z okazji 250 opowiadania!

Niech Najlepsza wzrasta!

Absent absynt

Dzięki Ci, Nieobecny Absyncie:-) Robimy wszystko, by wzrastała!

Pozdrawiam
M.A.

A ja mam pytanie. Czy części Opowieści Heleńskiej, które możemy czytać na najlepszaerotyce to te same, które publikowałeś na DE? Właśnie za czasów DE przeczytałem wszystko od początku i nie jestem pewien na czym się skończyło.

Pozdrawiam.

Witaj, Anonimie!

Tak, na Najlepszej Erotyce opublikowałem wszystko, co pojawiło się na Dobrej Erotyce. Z uwagi na fakt, że nieco inaczej podzieliłem rozdziały (by uczynić je krótszymi i bardziej przystępnymi), na DE Opowieść Tais miała 6 części, tutaj ma 11 rozdziałów. Z kolei 3 pierwsze części Opowieści Demetriusza, które pojawiły się na DE, obecnie zawarte są w pierwszych 5 rozdziałach Opowieści. Począwszy od rozdziału VI, są to już nowe rozdziały, nigdy i nigdzie wcześniej nie publikowane.

Mam nadzieję, że wyraziłem się w sposób w miarę przystępny i jasny 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Witaj Megasie!

Bardzo dobre było spotkanie Filony i Arystotelesa. Na początku podobał mi się ten jej udawany wstyd, gdy grała Dianthe, a także nieufność do starca. Oraz później to, że Stagiryta przejrzał jej kłamstwa, powiedział jej o tym, ale też nie zamierzał na nią donieść. Reakcja Filony na to ciekawa, podobało mi się, że bezinteresowna życzliwość była dla niej tak szokującym wydarzeniem. Ciekawi mnie czy spotkają się jeszcze kiedyś?

Świetny był cały wątek z Demetriuszem kopiącym grób. Podobała mi się relacja Raisy z nim tutaj, cieszę się że ta para wciąż istnieje i że młody Falerończyk wybaczył Iliryjce. Wzruszające było jak Raisa przytuliła się na końcu do niego, widać jak dla niej bardzo ważne były jego słowa. Mam nadzieję, że Demetriusz będzie ją już dobrze traktował…
Piękna też była scena jak Raisa powiedziała o obmyciu sług Menandra i jej odpowiedź na stwierdzenie że "nie musiała…". Być może między starymi niewolnikami a Iliryjką zaistniała jakaś relacja.
No i sam pogrzeb był przepiękny i wzruszający. Cieszę się że te dwie, bardzo mało ważne postacie, starzy niewolnicy, zostały tak godnie pożegnane.

Bardzo ciekawe były myśli Filony gdy przygotowywała swoją nową fałszywą tożsamość. Jej zdemaskowanie, troszkę później, było wspaniałe! Zaskoczyło mnie to, nie miałem pojęcia co się teraz stanie. No i propozycja zmiany stron a po chwili jej przyjęcie przez Macedonkę – rewelacyjne! Strasznie jestem ciekawy co z tego dalej wyniknie.

Ismena i Sostenes byli interesujący, ciekaw jestem czemu Ateńczyk nie okazał wystarczająco szacunku pierwszej kapłance? Czy to była tylko zwykła, bezmyślna arogancja?

Narada Ateńskich strategów świetna! Podobało mi się, że Dionizjusz był w kiepskiej formie fizycznej, natomiast wciąż doskonale sobie radził w osiągnięciu tego czego chciał. Fajna była dezaprobata Fokiona na styl życia młodszego kolegi 🙂
No i biedny Demostenes i jego córka, zaczynam się bać…

Kritias cały czas działa, chyba rzeczywiście jest już prawdziwym seryjnym mordercą. Bardzo podobał mi się sam koniec, świetnie pokazane że wybraniec Apolla pogrąża się w szaleństwie

No i kolejny cudowny Rozdział! Kocham Twoje pisarstwo Megasie, przeczytałem te trzy ostatnie części jedna po drugiej i była to wspaniała uczta. Oczywiście mam teraz wielką nadzieję że niedługo będę mógł oddać się przyjemności czytania następnego, XXVIII rozdziału 🙂 Dziękuję za Opowieść Helleńską.

Pozdrawiam
Aoba

Dobry wieczór,

Filona/Dorkas/Diantha może być sobie zdolnym szpiegiem, Matą Hari swoich czasów, ale Arystoteles to najwybitniejszy umysł epoki. Nie tak łatwo wprowadzić go w błąd. Okazuje się zresztą, że Lizander też do nadmiernie naiwnych nie należy. I tak oto agentka do zadań specjalnych staje się agentką odwróconą. Ale czy jej współpraca z niedawnymi przeciwnikami jest szczera? To się dopiero okaże.

Co się tyczy Demetriusza, Raisy i Menandra, cała rozbudowana scena pogrzebowa przyszła mi do głowy dopiero gdy pisałem ten rozdział. W pierwotnej wersji miało to być znacznie okrojone. W końcu jednak uznałem, że bezimienni niewolnicy Menandra zasługują, by pożegnać się z nimi na kilku stronach. Cieszę się, że zostało to dobrze odebrane. Wydaje się, że między Demetriuszem i Raisą zapanowała już pełna zgoda. Czy na długo? I znów: to się dopiero okaże.

Sostenes nie jest Ateńczykiem! Jeszcze w żadnym miejscu nie napisałem, skąd tak naprawdę pochodzi. Wiadomo tylko, że należy do najemnej gwardii przybocznej Dionizjusza i służy bezpośrednio pod Spartaninem Lizandrem. W następnym rozdziale obiecuję podać więcej informacji na temat tej tajemniczej i pozbawionej szacunku (zwłaszcza wobec Ismeny) postaci.

Jak widzisz Kritias ewoluuje w stronę seryjnego mordercy. W następnym rozdziale postaram się opisać, co o tym wszystkim myśli dotychczasowy naczelny szwarccharakter, Alkajos. Tak czy inaczej, szaleństwo Delfijczyka pogłębia się. A biorąc pod uwagę, co dla niego szykuję – można być pewnym, że pogłębi się jeszcze bardziej i Kritias będzie mógł dołączyć do galerii największych świrów popkultury, z Jokerem na czele 😀

Bardzo dziękuję za wszystkie Twe pochwały, Aoba. Po miesięcznej przerwie w publikacjach postaram się, by kolejne dania owej uczty, którą tak komplementujesz, pojawiały się na Najlepszej w regularnych interwałach. Tak więc – rozdział XXVIII zostanie opublikowany już 31 stycznia. A XXIX – mam nadzieję,że 10 lutego. Trzymaj kciuki, bym wyrobił się ja i żeby wyrobiła się moja droga Korektorka, Areia_Athene 😉

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Witaj Megasie,

Cóż, uznałem Sostenesa za Ateńczyka, bez głębszych przemyśleń, trochę z rozmachu – skoro "od Dionizjusza" to Ateńczyk 🙂 Oczywiście wiem, że Falerończyk ma wśród swoich ludzi mieszkańców wielu polis, ale w momencie gdy nazwałem Sostenesa w myślach Ateńczykiem, jakoś o tym zapomniałem 🙂

To ciekawe, że Sostenes będzie miał większą rolę, myślałem że to postać zdecydowanie trzecioplanowa. Teraz mnie zainteresowałeś 🙂

Trzymam kciuki za to by udało się zmieścić w zaplanowanym czasie. A czy sądzisz, że uda Ci się kiedyś znów wrócić do dwóch rozdziałów na miesiąc?

Pozdrawiam
Aoba

Witaj,

prawda jest taka, że imię "Sostenes" jest macedońskie, pojawia się w historii w kontekście tego właśnie kraju. Choć mój bohater nie pochodzi bezpośrednio z Macedonii, lecz z jednej z pobliskich krain. Mam zamiar rozbudować jego rolę, choć niekoniecznie będzie to widoczne już w Opowieści Demetriusza.

A co do częstotliwości publikacji: w lutym mam nadzieję, że uda się opublikować dwa rozdziały Opowieści Demetriusza. W marcu jeden, w kwietniu – znowu dwa. Zobaczymy jednak, jak to wyjdzie w praktyce.

Pozdrawiam
M.A.

Witaj ponownie Megasie!

Ten Sostenes mnie coraz bardziej ciekawi, zupełnie się nie spodziewałem, że ta postać ma taką przyszłość mieć 🙂

No to życzę Ci aby udało się zrealizować plan!

Pozdrawiam serdecznie

Alkajos i Lizander też mieli skromne początki 🙂 A popatrz, jak rozwinęły się ich postacie. Zobaczymy, jak mi pójdzie z Sostenesem.

Pozdrawiam
M.A.

Zastanawiam się czy kontynuować dalej zabawę w rozszyfrowanie Twojej osobowości.

Zatrwożyłem się obserwując swoją reakcję na „By poszukać twojego popierdolonego konia.” Bardzo zręcznie Manipulujesz nastrojami czytającego. Pomimo swojego wrodzonego konserwatyzmu w niektórych sprawach, wszedł mi ten czarny humor.

W scenach, w których biorą udział Kritias i Alkajos opisuję taką makabrę, że bez odrobiny komizmu mogłoby to być trudne do zniesienia. Oni obaj są nieludzcy, choć każdy w trochę inny sposób. Cieszę się, że kupiłeś tą konwencję… Co do dalszego rozszyfrowywania – decyzja należy do Ciebie!

Pozdrawiam
M.A.

Jak to się szczęśliwie składa, że w Grecji kremowano ciała zmarłych i ekshumacja oraz identyfikacja nie była możliwa (przynajmniej wówczas). Dionizjusz tymczasem zaskakuje mnie zręcznością, z którą umacnia swoją władzę, chociaż droga jeszcze przed nim daleka i zobaczymy. Natomiast najbardziej poruszył mnie wątek Filony. Doprawdy, Kritias popełnił poważny błąd pozostawiając ją za swymi plecami. Dziewczyna z pewnością spróbuje się zemścić i nawet poczułem do niej pewną sympatię w tym rozdziale, chyba po raz pierwszy życzę jej powodzenia. Pytanie, dlaczego Lizandrowi tak bardzo zależy na dopomożeniu w tej zemście? Nic go w sumie nie powinno ku temu skłaniać i mógłby raczej albo ujawnić tożsamośc Filony dla nagrody albo też, ewentualnie, skorzystać z jej wdzięków. Albo i jedno i drugie, tylko w odwrotnej kolejności. Przeczytam, to z czasem się dowiem.

Witaj, Neferze!

Wątek polityczny który tu poruszasz przemilczę, bo i po co odnosić się do skrzeczącej współczesności, skoro mamy znacznie bardziej rozumną przeszłość? Dionizjusz, kiedy zdoła opanować gwałtowność, potrafi knuć i cierpliwie budować swą pozycję. Zobaczysz jeszcze, dokąd go to zaprowadzi. Co zaś się tyczy Lizandra i Filony – Spartanin rozgrywa własną partię. I Filona będzie w niej bardzo przydatną figurą. Cieszę się, że udało mi się nieco uczłowieczyć tą skrytobójczynię po poprzednich rozdziałach, gdy była postacią zdecydowanie negatywną. Cóż, cierpienie ponoć uszlachetnia! A ona wycierpiała bardzo wiele.

Mam nadzieję, że lektura kolejnych rozdziałów odpowie na niektóre, lecz zdecydowanie nie wszystkie z Twoich pytań 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Tak swoją drogą, to dodam jeszcze, że sam Lizander – cyniczny i bezwzględny najemnik, bez skrupułów wykorzystujący nadarzające się okazje, co udowodnił podczas walki z Brennusem – również „uczłowieczył” się w moich oczach mową pochwalną na cześć spartańskich kobiet. I nie chodzi tu tylko o urodę – uwypuklaną zapewne przez dostęp do zalecanych Spartankom ćwiczeń fizycznych. Krytkując zwykle Spartę za jej totalitarny ustrój i podporządkowanie życia obywateli – żołnierzy państwu zapomina się często, że akurat w tej polis w kobiety cieszyły się największą swobodą i poważaniem, niejeden raz potrafiły też udowodnić, iż są nie gorszymi obrońcami ojczyzny niż nieobecni często mężowie i ojcowie.

Napisz komentarz