Siła muzyki IV (Paco_de)  1/5 (1)

24 min. czytania

Przeczytaj pierwszą część cyklu

Obudził go promyk słońca wpadający do komnaty przez szparę pomiędzy skrzydłami okiennic. Świetlna macka o szerokości palca była idealnie wycelowana w jego zamknięte powieki. Czasem zastanawiał się, czy budowniczy robili to specjalnie, czy po prostu taka już była wredna natura rzeczy martwych.

Dalej nie wierzył w to, że dziś przyjdzie mu zmierzyć się ze smokami, które w nocy podziwiał z taką namiętnością. Może one wcale nie były takie złe? Wciąż miał nadzieję, że będzie niczym doktor Dolittle i uda mu się w jakiś sposób z nimi dogadać. Przed wyjściem zabrał na wszelki wypadek cały swój skromny dobytek i przeżegnał się, choć zwykle tego nie czynił.

Na szczęście nie spóźnił się na śniadanie. Na tarasie zgromadziło się już sporo ludzi, ale nie stanowili nawet połowy z tych, którzy wczoraj tak ochoczo ucztowali.
Udało mu się za to wyłapać kilka posępnych twarzy, których na pewno nie oglądał wcześniej za stołami. Swoją obecnością zaszczyciła ich rodzina królewska w komplecie. Nie udało mu się niestety złapać spojrzenia Domiceli, która usilnie udawała, że go nie zauważa.

Słomiana kukła smoka na miarę możliwości tutejszego społeczeństwa właśnie dopalała się na scenie. Przystojny aktor ofiarowywał miecz wybrance swego serca, która, przesadnie ekspresyjna, mało co nie zemdlała z wrażenia. Kicz pełną gębą, ale widocznie ten świat jeszcze nie doczekał się swojego odpowiednika Homera.

Scenę z niedopalonymi szczątkami szybko uprzątnięto, a w jej miejsce stanął rząd ławek dla obserwatorów i specjalna, zadaszona loża dla władcy i jego najbliższych. Położona niżej półka skalna była dobrze widoczna dzięki łukowatemu kształtowi góry. Szykowało się niecodzienne przedstawienie. W świecie bez telewizji i Internetu opowieści o takich wydarzeniach nie mają końca, a przekazywane z ust do ust przez pokolenia tracą realny wymiar, zyskując coraz to nowe fantazyjne szczegóły, w końcu zaś dorastając do rangi legendy.

Na szczęście dzisiaj za niewielkim, kwadratowym stołem zasiadał kronikarz. Tuż obok niego stał pachołek wykrzykujący głośno podane mu imiona. Właściciele trzech pierwszych imion z listy najwyraźniej nie znajdowali się w pobliżu, bo nikt nie zgłosił się na wezwanie. Kronikarz dyskretnie kiwał głową kolejnym strażnikom, wysyłając ich na poszukiwanie zaginionych smokobójców. Wykręcanie się od obietnic danych królowi nie było tutaj pobłażliwie traktowane.

Na pierwszy ogień poszedł zatem A’Tomek z klasycznym pomysłem – owcą wypchaną mieszaniną siarki, saletry i węgla. Skalna półka nie znajdowała się bezpośrednio pod tarasem, więc nie mógł opuścić pułapki na linach i liczyć na szczęście – musiał sam pofatygować się na dół po stromych schodach. Gdy do celu brakowało mu zaledwie kilku stopni, z jamy wyłonił się ciemnozielony trójkątny łeb na długiej szyi. O ile dało się odczytać mimikę gada, smok wydawał się spokojny. Z ciekawości zadarł głowę do góry i powiódł wężowymi oczami po głowach wystających znad barierki tarasu, po czym jakby się uśmiechnął i radośnie zasyczał. Zapowiadało się ciekawie.

Jego chytry przeciwnik, jak najszybciej tylko mógł, rzucił na ziemię wypchane zwierzę i zawrócił. Owca nijak nie chciała ustać na rozjeżdżających się nogach i mało przekonująco patrzyła na smoka szklistymi oczami z poziomu gruntu. Ten zaś zaciekawiony ostrożnie podszedł i powąchał pozostawioną mu ofiarę. W świetle dnia robił jeszcze większe wrażenie niż wieczorem. Już wydawało się, że połknie przynętę, ale po chwili odsunął się i małym płomieniem, ledwo otwierając paszczę, podpalił owcę. Następnie ukontentowany patrzył na fajerwerki – ze środka zwierzęcia buchnęła chmura dymu i ognia, rozrzucając szczątki na wszystkie strony.

Pomysłodawca akcji gotował się ze złości, ale nie był na tyle głupi, żeby rzucić się na potwora z gołymi pięściami. Nie przygotował widać planu zapasowego, bo pośród gwizdów i szyderstw wrócił w szeregi obserwujących. Klął na czym świat stoi, dopóki frustracji nie zastąpił strach – jako że skorzystał z gościny króla, a nie udało mu się zabić smoków, musiał zapłacić za nocleg i ucztę. Biedak nie miał z czego, więc wyprowadzili go strażnicy. Paweł nie wiedział, co go czeka, ale bardzo nie chciał podzielić jego losu.

Następne podejście wzbudziło niemałą konsternację wśród widzów. Dwóch śmiałków postanowiło przebrać się za smoczycę, co wyszło im całkiem nieźle, pomijając fakt, że kukła była cztery razy mniejsza od oryginału, a z tyłu miała coś, co przypominało wielką różową cipę. Pomysł był, według wykonawców, genialny – „Skoro bestia tak lubi się gzić, to my się przebierzemy za jego żonę. Pan smok zabierze się do roboty, a my w środku jego kutasa hyc i w nogi! Nijak nie będzie miał innego wyjścia jak odejść albo spalić się ze wstydu.”

Plan może i by zadziałał, gdyby właściciel owego kutasa miał umysł chomika. Gdy smok zobaczył, co zawitało na jego podwórko, odwrócił głowę i zawołał przeciągłym rykiem swoją wybrankę. Gdyby gady umiały się śmiać, to pewnie właśnie teraz by to zrobiły. Zamiast tego rozbawione spojrzały na siebie i wydały głośny syk. Zanim śmiałkowie w kukle zorientowali się, co się dzieje, cały przód ich przebrania stał w ogniu. Przednie nogi spanikowały i pobiegły prosto w przepaść, pociągając za sobą także tylne kończyny.

Do przerwy obiadowej wystąpiło jeszcze kilku pogromców, ale żaden z nich nie wrócił na taras. Nie było już spektakularnej pomysłowości, jak przy dwóch pierwszych próbach – wszyscy dumnie stawali naprzeciw smokom, zakuci od stóp do głów w stal. Smok, bo tylko pan domu rozprawiał się z problemami, nie był agresywny, dopóki się go nie sprowokowało. Za każdym razem wysłuchał najpierw, co rycerze mają do powiedzenia i o dziwo zdawał się ich rozumieć, ale nie odpowiadał. To dawało Pawłowi jakąkolwiek nadzieję na to, że przeżyje i najwyżej będzie gnił w lochu pod zamkiem za długi wobec króla.

W końcu jego najgorsze obawy się spełniły i podążał właśnie wykutymi w skale schodami na spotkanie z zionącą ogniem górą mięśni, kości i łusek. Nogi miał jak z waty, machinalnie stawiał swoje śmieszne buty na kolejnych stopniach. Gdyby nie to, że zejście było w miarę równe, już dawno skończyłby w fosie kilkadziesiąt metrów niżej. O czaszkę od środka obijało mu się tysiące myśli na temat tego, co powie smokowi, aby móc kiedykolwiek wspiąć się z powrotem na bezpieczny taras. „Dzień dobry panie smoku, może by pan tak przestał nękać z małżonką tę okolicę?” – bez sensu. Musi mu zaproponować jakiś układ, coś co będzie dla niego atrakcyjne, na przykład przedstawić wizję wylegiwania się na tropikalnej plaży z mnóstwem jedzenia w zasięgu szponów. A może po prostu zagra na lutni i, niczym Szczurołap z Hameln, wyprowadzi bestie z miasta? Kilka razy myślał, żeby zawrócić i oddać się w ręce strażników, ale wrodzona duma nie pozwalała mu podjąć takiej decyzji, miast tego sprowadzając go coraz bliżej skalnego nawisu.

Po kilku wcześniejszych próbach smok zrozumiał, że nie opłaca mu się chować za każdym razem do pieczary, więc na kolejnych śmiałków oczekiwał leżąc zwinięty w kłębek, niczym pies na swoim ulubionym fotelu. Wielkim cielskiem zasłaniał prawie całkowicie wejście do swojego legowiska. Teraz patrzył się spode łba na kolejną ofiarę losu, która chciała spróbować z nim sił.

Paweł już miał otworzyć usta i powiedzieć coś, co prawdopodobnie szybko skreśliłoby go z tego świata, ale zatrzymał go wzrok bestii. Pionowe źrenice skierowane były wprost na trzymany przez niego worek, w którym odznaczały się kształty instrumentu. Zdesperowany wyciągnął ręce w stronę smoka z pytającym spojrzeniem, ale nie odpowiedziało mu nawet mrugnięcie. Powolnymi ruchami, jakby chciał pokazać, że nie zamierza robić nic głupiego, wydobył lutnię i zaczął grać.

Jego przystosowanie do tego świata jak na złość go właśnie opuściło, więc zagrał „Desperado”, bo nic innego nie przychodziło mu do głowy. Podejrzewał, że nie ma żadnego znaczenia, co zagra, o ile nie będzie chciał wcisnąć gryfu między oczy swojego słuchacza. Był tak zestresowany, że ledwo trafiał w struny, ale udało mu się utrzymać linię melodyczną. Wesołe, meksykańskie dźwięki odbijały się od skalnych ścian. Wydawało mu się, że ogon smoka niemrawo wybija rytm, a za jego plecami, w ciemnościach jaskini, czai się druga para ciekawskich oczu.

Ucichły echa ostatnich akordów, a oni – legendarna istota i kruchy człowiek – nadal trwali naprzeciw siebie w bezruchu, patrząc sobie głęboko w oczy. Paweł chciał się już odwrócić i uciekać, zanim smocza para wyrazi swoje niezadowolenie co do jakości występu, ale nagle usłyszał w głowie głos. Był pewien, że nie są to jego myśli, bo poza nimi miał teraz w głowie jedynie chaos. Obcy, mocny i władczy, lecz nienachalny przekaz prosto do jego umysłu pochodził od leżącego naprzeciwko smoka:

– Nie jesteś z tego świata, prawda? – wysyłając wiadomość, nawet nie mrugnął, ale po jego wejrzeniu znać było, że to jego sprawka.

Przerażony do granic możliwości grajek skinął tylko mimowolnie głową.

– W takim razie zapraszam do środka – kolejne słowa rozbrzmiały wewnątrz jego mózgu. Uczucie było na tyle dziwne, że aż się wzdrygnął. Nie był przyzwyczajony, iż ktoś wdziera się w jego myśli.

Nie chciał zgadywać, co by się stało, gdyby odmówił, chociaż smok wydawał się być całkiem kulturalny. Wewnątrz panował zaskakujący wręcz ład i porządek. Grota nie była przestronna, ale dobre wykorzystanie miejsca pozwoliło smokom na dość wygodną egzystencję. Większą część podłogi zajmowało legowisko z trawy i torfu, a z równo ustawionych pod ścianą skrzyń wystawały złote kielichy i łańcuchy nabijane drogimi kamieniami. Oryginalnie znajdowało się tu mauzoleum władców, ale zmarli wydawali się nie mieć nic przeciwko nowemu towarzystwu – prymitywne płaskorzeźby na ścianach swoją postawą nie wyrażały oburzenia.

– Długo czekaliśmy na możliwość porozmawiania z kimś spoza granic tego uniwersum. – Paweł powoli przyzwyczajał się do obcych myśli świdrujących mu głowę. – Ze wszystkich, których tu dotąd spotkaliśmy, mogłem nawiązać kontakt jedynie z magiem, ale on nie był skory do negocjacji. My także nie jesteśmy stąd i chyba to widać. Nazywam się Albert, a to moja żona Zofia. – Skinieniem głowy przedstawił małżonkę. – Nie bój się, nie czytam w twoich myślach, mogę jedynie wysyłać przekazy. Jak tutaj trafiłeś?

Zbłąkany wędrowiec nieco się uspokoił – jeśli mag uszedł z życiem, to może jemu też się uda ta sztuka. Wystarczy tylko odpowiednio rozegrać tę partię… Nie chciał wierzyć w to, że smoki nie słyszały jego myśli, więc na wszelki wypadek postanowił nie kłamać.

– Yyy… Paweł jestem – powiedział na głos. – Miło mi, że zaprosiliście mnie na rozmowę – brakuje tylko herbaty i tanich ciasteczek z cukrem, pomyślał. Przez grubą zasłonę szoku powoli docierał do niego absurd całej sytuacji. – Dotarłem tutaj przez portal i podjąłem wyzwanie rzucone przez króla.

– Chciałeś nas zabić swoją muzyką? Zanudzić na śmierć? Słyszeliśmy gorsze melodie, twoja taktyka miała marne szanse na powodzenie. W każdym razie, oglądając dzisiejsze występy, przekonałeś się chyba, że nie jest łatwo nas zgładzić, więc darujmy sobie ten temat. Interesuje nas co innego, dlatego spytam wprost – gdzie jest portal? Utknęliśmy w tym świecie z małżonką i od dłuższego czasu poszukujemy sposobu na jego opuszczenie. Jak się zorientowałeś, nie jesteśmy mile widziani przez tutejszą ludność, co znacznie nam wszystko utrudnia. Skąd w nich takie uprzedzenia? – popatrzył zdziwionym wzrokiem na Zofię, udając, że się niczego nie domyśla.

– Co w takim razie stało się z waszym przejściem, że nie możecie wrócić tam, skąd przyszliście?

– Nie chcemy wracać tam, skąd przyszliśmy. Poza tym czasem portale znikają, gdy są niewłaściwie użytkowane. Dopasowują się jednak do potrzeb użytkownika, także komentarze w stylu: „I tak się nie zmieścicie w drzwiach” są nie na miejscu. Nie odpowiedziałeś na nasze pytanie. Wskażesz nam drogę do przejścia?

– Jeśli to zrobię, to już więcej tu nie wrócicie?

*                *                  *

Tłum zgromadzony na tarasie dyskutował zawzięcie. Spodziewali się czego innego, czy raczej tego, co zwykle – buchających płomieni, świszczących w powietrzu pazurów i ogonów oraz dzikich ryków. Chłopak tymczasem zagrał dziwną piosenkę na lutni, a później jakby nigdy nic wszedł do środka razem ze smokiem. Zero walki czy szamotaniny, tylko echo niosło odgłosy, jakby ktoś tam w środku gadał sam do siebie.

– Może je oswoił! – krzyczał Romek, który emocjonował się najbardziej ze wszystkich, bo był następny w kolejce.

– Ta, oswoił – zgasił go łysy mnich stojący nieopodal. – Sprzedał im swoją duszę, jak diabłu. Niechybnie zaraz sam stanie się smokiem i nas wszystkich tutaj zasiecze!

Jego słowa nie zostały wzięte poważnie, jednak część obserwatorów mocniej zacisnęła dłonie na rękojeściach mieczy lub zaczęła naciągać kusze. Ze wszystkich tylko mag wiedział o co chodzi, ale nie dawał tego po sobie poznać. Szeptał królowi do ucha mylne przypuszczenia, aby przypadkiem nie dopatrzył się w obecnej sytuacji analogii do jego własnego spotkania ze smokiem.

Domicela wciąż miała w pamięci ostatni wieczór. Nie liczyła, że ewentualny pogromca smoków wybierze ją po przedstawieniu, jakie Adonna odegrała na uczcie, poza tym nieszczególnie jej na tym zależało. Była jednak pewna, że gdyby właśnie Pabździągowi się udało, to ona stanęłaby wkrótce z nim do ślubu. Miałaby zapewnioną w przyszłości koronę, bo kto nadaje się na króla lepiej niż smokobójca? Gdy pomyślała o nim jako kochanku, jej podbrzusze robiło się cieplejsze. Szkoda byłoby, żeby facet, który brał ją niczym smok, stracił życie w taki sposób. Gdyby mu się powiodło, na pewno codziennie pompowałby w nią dawkę swojej dzikiej miłości… A może odziedziczyłby nawet część smoczej siły?

Nagle z dołu zaczęły dobiegać nieludzkie wrzaski i uderzenia trzęsące fundamentami zamku. Po chwili ze środka wystrzeliła smoczyca. Ziała ogniem na wszystkie strony, machała skrzydłami jak opętana, szybko zwiększając wysokość. Przez to nikt nie zauważył dużego worka, który ściskała w szponach. Zaraz za nią wystartował jej kompan. W łapach trzymał śmiałka, który krzyczał, ile miał sił w płucach, a krótkim rapierem bezustannie próbował przebić smocze łuski. Smok szarpał się, kręcił beczki i skomplikowane piruety w powietrzu, ciągle podążając w górę.

Gęste, nisko przepływające chmury skryły sylwetki walczących. Czasem dało się dostrzec prześwitujące przez cumulusy jasne ścieżki płomienia, ale zaraz i ten ślad zniknął z oczu obserwatorom. Wszystko ucichło, ludzie patrzyli się na siebie z głupim wyrazem twarzy, nie wiedząc, co wykoncypować z tego, co właśnie zobaczyli. Ci sprytniejsi, którzy otrząsnęli się najwcześniej, zbiegli do smoczej groty, ale wrócili z pustymi rękami.

Od długiego wpatrywania się w niebo, na którym zupełnie nic się nie dzieje, szybko zaczyna boleć szyja. Przekonał się o tym król, który poirytowany swoją niewiedzą spojrzał na doradców, lecz ci tylko wzruszyli ramionami. Ogłoszono więc, że konkurs zostaje zawieszony aż do ustalenia wyniku ostatniej próby.

Dla ludu przypatrującego się zza fosy przebiegowi walki za smokami rezultat okazał się bardziej jednoznaczny – smoki były, a teraz ich nie ma. Plotka rozeszła się błyskawicznie. Gdy o zmroku nadal nikt nie wypatrzył na horyzoncie złowieszczych sylwetek, nawet największym niedowiarkom udzieliła się ogólna radość ze zwycięstwa nad smokami. Prawie wszyscy mieszkańcy miasta i okolicy wyszli na ulice, aby jeść, pić i świętować. Bardowie śpiewali ułożone już wcześniej na tę okazję pieśni o wybawcy, którego imienia i losu nie znali, chwaląc jego męstwo, siłę i mądrość, niekiedy przypisując mu nadprzyrodzone cechy. Euforia nie gasła przez całą noc, pomimo częstych interwencji strażników i przenikliwego chłodu.

*                *                  *

 

Gdy Alfred w końcu postawił go delikatnie na polu w okolicy portalu, Paweł odetchnął z ulgą. Bolały go wszystkie kości i mięśnie, nawet te, o których dotąd nie miał pojęcia, że istnieją. W miejscach, gdzie podtrzymywał go smok, miał mocno obtartą skórę, poza tym w czasie lotu ze sporą prędkością okrutnie zmarzł, a wiatr bezlitośnie wyciskał mu łzy z oczu.

Niewygody transportu były ceną, jaką musiał zapłacić za powodzenie całego przedsięwzięcia. Trzeba było przyznać, że smoki są świetnymi aktorami, szczególnie jeśli widziało się z góry miny ludzi zgromadzonych na tarasie. Jak dotąd wszystko przebiegało zgodnie z planem – gady możliwie dyskretnie udały się do przejścia pomiędzy światami i nie wracały, co mogło stanowić dobrą wróżbę. Zgodnie z umową Paweł odczekał kwadrans i ruszył za nimi.

Z oczywistych względów nie mógł zażądać od smoków ich głów w zamian za wskazanie portalu. Przeurocze małżeństwo mogło mu jednak nieco dopomóc, odgrywając scenkę przed obserwatorami i wybierając inny świat na swoje legowisko. Niestety, skarbem smoki podzielić się nie chciały, tak jakby złoto było im potrzebne do życia. Połowa królewskiego skarbca leżała za to w zasięgu jego możliwości. I to bardzo blisko. Wystarczyło przecież tylko znaleźć coś, co będzie wystarczająco przypominać trofeum i rzucić to pod nogi królowi.

*                *                  *

Na pierwszy rzut oka świat oznaczony metką „Dinozaury, nie polecam!” nie był aż taki straszny. Po pierwsze nie został wielkim gadem, tudzież pterodaktylem, więc zapowiadało się dobrze. Z przytulnej jaskini wyszedł na zbocze niewysokiego wzniesienia, z którego roztaczał się niezmącony niczym widok na okolicę. Pagórek znajdował się na granicy pustyni i gęstej puszczy. Znad sięgających po horyzont wydm docierał gorący, duszący wiatr, stąd las okazał się naturalnym wyborem.

Na szczęście poszycie nie było gęste, a wędrujące zwierzęta wytyczyły wśród gigantycznych skrzypów i paproci szerokie ścieżki, omijające niebezpieczne rozpadliny i jamy. Las był pełen dziwnych odgłosów, przerośniętych owadów i szczątków fauny, należących w różnym stopniu do królestwa roślin. Zapuszczając się coraz głębiej w nieznane, starał się zapamiętywać drogę.

Nie uszedł nawet kilometra, gdy natknął się na truchła nadające się do jego celów. Osobniki, wnioskując po długich ciałach i krótkich nogach, roślinożerne, były zaledwie trochę mniejsze od nowo poznanych przez Pawła smoków i padły na tyle niedawno, że nie zdążyły jeszcze zostać zjedzone przez grupę małych drapieżników. Gdyby miał dziesięć lat na pewno potrafiłby nazwać napotkane gatunki, niestety jego poziom wiedzy na temat dinozaurów zdawał się maleć w zastraszającym tempie wraz z wiekiem. Na widok człowieka ucztujące gady zwróciły ku niemu głowy, ale szczęśliwie uznały, że mają już wystarczająco mięsa i przestały się nim przejmować.

Maczeta, w którą zmienił się rapier po przejściu przez portal, mogłaby w słowniku ilustrować definicję przymiotnika „tępy”. Paweł musiał się mocno namęczyć, aby oddzielić od szyi głowy martwych kolosów. Co prawda ich pyski przypominały raczej troskliwego dinozaura z bajki dla dzieci, a nie smoka, ale ludzie i tak zawsze widzą to, co chcą zobaczyć. W tym przypadku był to dowód zgładzenia znienawidzonych potworów, które nękały miasto i okolicę.

Dalsze poszukiwania nie wchodziły w rachubę ze względu na zbliżający się zachód słońca. Ciemny las pełny prehistorycznych drapieżników nie był idealnym miejscem na spędzenie nocy. Trofea były cholernie ciężkie, ociekały krwią i na dodatek zaczynały śmierdzieć, ale udało mu się szczęśliwie dotrzeć do krawędzi puszczy tuż przed zmrokiem.

Po przejściu przez portal krytycznie spojrzał na swoje zdobycze i znalazł worki odpowiednie do ich transportu. Wielkość się zgadzała, kolor prawie też. Przenosiny do innego świata dodały głowom nieco bardziej drapieżnego wyglądu. Chwilę zastanawiał się, czy opłaca się ryzykować oszustwo, czy może rzucić to wszystko i skoczyć do innego uniwersum? Na zewnątrz było już ciemno, więc i tak musiał zaczekać z decyzją do rana.

*                *                  *

Najciekawsze było to, że każdy zareagował inaczej. Królowa była najszybsza, zręcznie zasłaniając oczy najmłodszej córce. Adonna wypięła biust do granic możliwości i pochyliła się do przodu z zalotnym uśmiechem, jakby chciała się czemuś lepiej przyjrzeć. Filena z uporem godnym lepszej sprawy wachlowała się, chcąc odgonić ohydny zapach. Na widok Pawła na twarzy Domiceli zagościła wyraźna ulga pomieszana ze wspomnieniem smoczego seksu. Służący rwali się do zabrania dwóch utytłanych krwią, igłami i błotem smoczych głów z drogocennego dywanu. Doradcy króla nerwowo przestępowali z nogi na nogę, często patrząc w stronę drzwi, skrytych za sylwetkami strażników, którzy dla odmiany pozostali niewzruszeni całą sytuacją. Zaciśnięte szczęki i przenikliwy wzrok maga nie wróżyły natomiast niczego dobrego.

Drugim niezadowolonym z powrotu Pawła był sam król. Przez ponad dobę nic nie zwiastowało przybycia smoków ani ich pogromcy, więc zdążył już uznać, że pozbył się problemu, jednocześnie zachowując połowę skarbca. Najchętniej spaliłby głowy smoków wraz z tym paniczem, który je tu przywlókł. Niestety, któryś z mieszczan zdołał po stroju rozpoznać śmiałka porwanego z półki skalnej w szponach potworów, co zaowocowało ogromną procesją pod same bramy zamku wśród okrzyków radości, latających kapeluszy i panien krzyczących: „Weź mnie za żonę, a nie królewnę, bo one wszystkie to kurwy są!”.

Wzrok Pawła nerwowo skakał od jednej twarzy do drugiej. Udało się czy nie? Jeśli się zorientują, że trofeum nie zostało zdjęte z karków smoków, będzie w dość niewygodnej sytuacji. Dla takich cwaniaków jak on w zamku na pewno przygotowana była cela na tyle przytulna, że dało się przytulić do czterech ścian na raz.

Król w końcu machnął ręką na służbę, żeby zabrała łby, które zdążyły już zostawić trwałą plamę na dywanie. Wykorzystując wszystkie pokłady dyplomacji, władca powiedział z uśmiechem:

– Miło nam wszystkim widzieć cię tutaj w zdrowiu, lordzie… – popatrzył się błagalnie na najbliżej stojącego herolda, który natychmiast do niego doskoczył i szepnął do ucha. – …Pabździągu. Cieszę się niezmiernie, że przynosisz nam dobrą nowinę. Każę wyprawić ucztę na twoją cześć, aby rozsławić twe imię wśród mieszkańców, jako że zasłużyłeś na powszechne uznanie. Ponieważ słowo króla ma moc prawa, nadaję ci w posiadanie połowę skarbca królestwa i oferuję rękę jednej z moich córek, wedle twego wyboru. Nagrody jednak mogą poczekać. Jestem wielce ciekawy tego, jak udało ci się pokonać smoki?

– Dziękuję ci, królu, za twe łaski i uznanie. Co do wyboru małżonki, pozwól moja wysokość, że zaczekam z tym do jutra. Piękno twych córek wymaga dłuższej kontemplacji. Jeśli zaś chodzi o walkę ze smokiem, to spieszę z opowieścią…

– Zaśpiewaj! – podniosły się oburzone głosy. – Zagraj panie balladę!

Coraz więcej osób podchwytywało prośbę, aż w końcu zaczęto skandować jego imię. Tego się nie spodziewał. Co prawda przemyślał, co odpowie na tak oczywiste pytanie, ale ułożona bajka za nic nie chciała się rymować ani trzymać wersów. Ociągając się, wyjął instrument i zagrał pierwszą melodię, która przyszła mu do głowy.

Posłuchajcie zatem opowieści mej

O smoczycy, która pokochała mnie

Niby sroga i leciwa, w swej naturze lecz kochliwa

Z tysiąc lat już chyba miała, może mniej.

Nadszedł dzień szeroko znany,

Gdy król możny i lubiany

Zwołał wojów i pół straży,

by się pozbyć smoków wrażych

A ja sam, drżący cały,

I przy smokach taki mały,

Stawiam czoła tym potworom,

Co od dawna są już zmorą.

Hej lutnio ma, lutnio ma, lutnio ma!

Któż bez ciebie sobie w życiu radę da?

Jesteś zgrabna i dźwięcząca, umysły rozpalająca

Przyjemność mi sprawia na tobie gra.

Smok się patrzy jak na głupka,

Wnet zostanie ino łupka

Z tego śmiałka odważnego,

Co im gra coś tak pięknego.

Smoczą panią zaś urzekłem,

I dlatego nie uciekłem,

Gdy jej oczy przeurocze

Lustrowały moje krocze.

Pana smoka to wkurzyło,

Że też żonie jest tak miło

Co ty myślisz stara prukwo,

Wiedz, że ja cię trzymam krótko!

Wielka kłótnia rozgorzała,

Aż się trzęsła góra cała.

Nic tu po mnie, pomyślałem,

Ale uciec nie zdołałem.

Szpony straszne mnie schwytały,

Ledwo ruszyć pozwalały

Potwór w kłótni mną wciąż miota,

A ja krzyczę: szczędź żywota!

Smocza pani się zarzekła:

Ja cię rzucam, idź do piekła.

Szybko złoto spakowała,

Jeszcze szybciej odleciała.

Więc mąż za nią gna w te pędy,

Chcąc naprawić własne błędy

O mnie chyba zapomnieli,

Goniąc w podniebnej kipieli

Wtem smoczyca lot zniżyła,

Piękną rzekę upatrzyła,

W nią cisnęła całe złoto

I ryknęła: popatrz, cioto!

I co teraz, mój kochany,

Kiedy złote twe kurhany

Służą rybom za mieszkanie.

A cię nie stać na śniadanie?

Już do granic rozgniewany,

Usiadł między zboża łany.

Mówi: chodź tu, ma kochana,

Zobaczymy, czyś wciąż cwana.

Niby zwykła, mała zwada

Tak rozrosła się nie lada,

Żem sam ledwo uszedł z życiem

I przyglądał temu skrycie.

Wśród nieludzkiej zgoła bitwy,

Co obyła się bez brzytwy

Ogień buchał z wnętrz walczących,

Epitetów nie szczędzących.

W końcu z nóg zbijający,

Nadszedł podmuch tak gorący,

Że zapewniam moi mili,

Nigdyście nie uświadczyli.

Zamiast smoków wielki krater,

Ich ciała zabrał farwater.

Jeno głowy się ostały,

Wbite aż po uszy w skały.

Miejsce woda wnet zalała,

To potrafi rzeka mała.

Ja zebrałem się czym prędzej,

Nieść nowinę o potędze,

Co odeszła z tego świata,

Mam nadzieję – po wsze lata.

Nie wiadomo, czy gromkie brawa, które otrzymał, były wyrazem uznania dla jego czynów czy dla talentu muzycznego. Część ludzi od razu po zakończeniu ballady wybiegła, aby rozsiać wieści. Od takich właśnie wydarzeń rozpoczynały swój żywot legendy. Tyle tylko, że zazwyczaj baśnie nie opowiadały o prawdziwych smokach.

 

*               *                  *

 

Na uczcie, a jakże, najadł się do syta, nasłuchał się pochwał i nazmyślał nowych szczegółów, ubarwiających jego opowieść o walce ze smokami. Prawie wszyscy nucili jego balladę, przekręcając melodię i tekst na każdy możliwy sposób. Nie zamierzał jednak bawić się długo. Chciał odebrać to, na co zapracował. W tym celu udał się do swojej komnaty, upewniając się najpierw, że królewny będą wiedziały, gdzie go szukać.

Pierwsza zapukała Domicela. Nie czekała na odpowiedź – wiedziała, że jest tu mile widziana. Jednym zwinnym ruchem wślizgnęła się do komnaty i zamknęła za sobą drzwi. Rozejrzała się szybko dookoła, ale nie zauważyła żadnej kobiety, więc pozwoliła sobie na delikatny, triumfalny uśmiech.

Paweł półleżał wygodnie w łóżku oparty o wezgłowie i uważnie się jej przyglądał. Lubił wyobrażać sobie dziewczyny nago i później porównywać swoje przypuszczenia z rzeczywistością, o ile oczywiście miał okazję. Wyglądało na to, że dziś zgadywanka będzie szczególnie trudna, bo królewna miała na sobie kilkuwarstwową, barokową suknię z bufiastymi rękawami, uzbrojoną dodatkowo w gorset. Ilość materiału, który został zużyty na jej produkcję, wystarczyłaby na odzianie co najmniej pięciu dziewczyn. Nagle zapięcia zwykłych staników, z którymi tyle się naszarpał, rozpoczynając miłosne igraszki, wydały mu się śmiesznie wątłe i groteskowe. W tej sytuacji jedynym światłem w tunelu było to, że jędrny, zabójczo ściśnięty przez gorset biust wprost wylewał się z sukni.

– Cześć, Pabździu. – Zdrobnienie było jeszcze gorsze.

– Witaj, Domicelo. Widzę, że jednak udało nam się przejść na „ty”.

– Przywilej wygranych. To jak, opowiesz mi jeszcze raz o walce ze smokami? – Zdjęła buty, podeszła powoli do łóżka i zaczęła się na nie wspinać, przy czym jej piersi od wyskoczenia z sukni powstrzymywała chyba tylko niewidzialna ręka rynku.

– Przywilej zwycięzców jest taki, że to oni piszą historię. Na przykład o tym momencie kronikarze napisaliby, że królewna szybko pozbyła się ubrania i kochała się z zabójcą smoków całą noc.

– A ja mam nadzieję, że byliby nieco bardziej szczegółowi. – Odwróciła się do niego plecami i stanęła nad nim okrakiem, wskazując cienką wstążkę znikającą w fałdach materiału gdzieś w okolicy bioder. – Pociągnij za to. Mocniej, pogromco.

Paweł szarpnął, wstążka zaczęła wysuwać się z misternej konstrukcji. Im więcej wyciągnął materiału, tym luźniejsza stawała się suknia. Po wyczerpującej walce, w końcu trzymał dwa końce wstążki. Nie chciał nawet wyobrażać sobie, jak musi wyglądać zakładanie czegoś takiego.

Domicela podniosła ręce, kilogramy misternej roboty tkackiej i krawieckiej opadły z niej lekko, niczym rozwijający się ręcznik. Na szczęście jej bielizna nie przejawiała oznak nadmiernego skomplikowania, choć komplet z czarnej koronki musiał w tym świecie kosztować fortunę. Delikatny sznurowany gorset dał się łatwo rozwiązać, majtki poddały się jeszcze szybciej. Paweł pozwolił sobie zostawić pończochy wraz z pasem i podwiązkami, które w zachwycający sposób kontrastowały z bladą skórą pośladków i ud.

Dzisiaj przegrał w swoją zgadywankę – ciało królewny przerosło jego najśmielsze oczekiwania. Zachwycał się jej krągłościami, które obleczone aksamitną skórą same prosiły się o pieszczotę. Kobieca sylwetka w połączeniu z niewinną, młodą twarzą robiła niesamowite wrażenie. Czuł się tak, jakby właśnie odkrył, że połączenie jego dwóch ulubionych smaków jednak jest możliwe, chociaż wszyscy wokół twierdzili, iż taka potrawa nie istnieje.

Ubrania Domiceli znalazły się na podłodze. Chwilę później dołączyły do nich koszula i spodnie Pawła. Nieco wyżej usta kochanków odnalazły się nawzajem, poszły w ruch języki. Nie było delikatnego muskania, ssania czy przygryzania. W pocałunku zawarła się cała ich namiętność, chęć przeżycia czegoś więcej niż tylko seks. Dłonie przesuwały się po ciałach, zachłannie chwytając za wrażliwe miejsca i nie zostawiając ani centymetra bez atencji.

Po odejściu smoków królewna szukała mocnych wrażeń, których mógł teraz dostarczyć ich pogromca. Miała nadzieję, że Pabździąg nie wyzbył się tej dzikości, którą okazał na tarasie wtedy, gdy oboje patrzyli na kochające się monstra. Tak długo była świadkiem czułości, jaką darzyły się smoki, że zachciała mieć jednego na własność. Takiego, który urzeknie ją swoją siłą i weźmie, gdy tylko będzie miała na to ochotę.

W takiej roli upatrywała właśnie Pawła, który dwoił się i troił, by stanąć na wysokości zadania. Teraz to ona opierała się plecami o łóżko, a jego usta rozpoczęły wędrówkę, która mogła mieć tylko jeden cel. Zataczał koła na jej brzuchu i po wewnętrznej stronie ud, bezlitośnie omijając punkt, który dałby jej najwięcej przyjemności. Domicela nie dała po sobie znać zniecierpliwienia, ale mimowolnie poruszała biodrami, tak by język kochanka trafił w końcu w łechtaczkę.

Gdy rozchylił płatki jej skarbu, poczuł przyjemny zapach podniecenia. Nabrzmiałe wargi lśniły i zapraszały. Zbliżył usta, owiał jej rozpalone wnętrze gorącym oddechem, lecz niespodziewanie się odsunął. Tam, gdzie przed chwilą mógł sięgnąć ustami, znalazł się jego penis. Nadszedł moment zetknięcia się ich gorących stref, ale Paweł nie chciał przerywać tej gry. Powoli przesuwał główką, rozkoszując się ciepłem i wilgocią.

Domicela nie należała jednak do tych, co lubią czekać. Była gotowa. Chwyciła go za kutasa i bardziej rozkazała, niż poprosiła:

– Weź mnie. Tak jak wtedy, mocno niczym smok.

Położyła się na plecach, rozłożyła ochoczo nogi, zamknęła oczy i czekała. Takiego zaproszenia nie mógł odrzucić. Poczuła, jak ją wypełnia – całą, nie pozostawiając miejsca na jakiekolwiek zażalenia. Z początku delikatnie wymierzone pchnięcia stopniowo przeszły w głębsze i gwałtowniejsze ruchy.

Bez ryczących nieopodal smoków Paweł mógł wsłuchać się w jej głośny oddech i coraz donośniejsze jęki. Odgłosy rozkoszy dobywające się z kobiecych gardeł zawsze działały na niego jak płachta na byka.

Tym razem nie było inaczej. „Skoro Domicela chce smoka, to będzie go miała, w końcu jest królewną” – pomyślał. Dziś tempa nie narzucały potwory, więc mogli rozkoszować się własnym, wcale nie gorszym. Unosił się nad nią i opadał niczym miech kowalski, akcentując pchnięcia ruchem bioder. Przy każdym uderzeniu ich ciała się stykały, a sprężysty materac łoża sprawiał, że pupa dziewczyny na moment odskakiwała, tylko po to, by za chwilę być do niego z powrotem przybita.

Paweł cenił sobie kobiece odgłosy, lecz za największą nagrodę za swoje starania uważał zawsze wyraz ich twarzy. Otwarte usta, półprzymknięte oczy i zmarszczone czoło sugerowały, że królewna bawi się świetnie. Wykrzywione rozkoszą twarze to było to, co warto było oglądać. Odstawiał na bok podskakujące piersi, falujące od uderzeń pośladki i skupiał się na emocjach, których żadne krzyki, jęki czy błagania o więcej nie wyrażały tak dokładnie jak mimika.

Buzia Domiceli sugerowała, że jej właścicielka zbliża się właśnie do kresu swoich miłosnych możliwości. Miarowe uderzenia spowodowały, że mocno chwyciła pościel, a jej mięśnie spięły się w oczekiwaniu na nadchodzący orgazm. Jakby nie panowała nad swoim ciałem, głowę odchyliła do tyłu, a wypięta pierś zaczęła unosić się nad łóżkiem.

Paweł, widząc to, przyspieszył – jemu też niewiele brakowało do szczęścia. Przy akompaniamencie bezgłośnego krzyku królewny wyszedł z niej w momencie, gdy wstrząsnął nią spazm, uda zacisnęły się i wyczerpana przekręciła się na bok. Jego penis wystrzelił gorącą porcję nasienia na pośladki kochanki, a po chwili on sam opadł bez sił obok niej.

Ich oddechy nie zdążyły się jeszcze uspokoić, gdy rozległo się natarczywe pukanie do drzwi. Po sposobie pukania można dużo powiedzieć o człowieku, a w tym przypadku na pewno nie była to służąca. Władcze bębnienie nie było pytaniem, lecz raczej uprzedzeniem: „Uwaga, wchodzę!”.

W drzwiach stanęła Adonna, znów w swoim konspiracyjnym stroju pokojówki. Sterczące sutki ocierały się o luźny materiał przy każdym ruchu, z tyłu sukienka wchodziła pomiędzy pośladki, nadając im pociągający, choć nieco komiczny wygląd.

Paweł nie pytał ,po co przyszła – jej mina na widok Domiceli wyrażała wszystko. Młodsza królewna uniosła się i zakrywając piersi ręką, zaatakowała pierwsza:

– Spóźniłaś się, siostrzyczko! – Brakowało tylko, by pokazała Adonnie język.

– Nigdzie się nie spóźniłam. Teraz zostaw nas samych, dorośli chcą porozmawiać.

– Ha ha, masz tupet, trzeba przyznać. Spadaj stąd, nie masz tu czego szukać!

To było do przewidzenia, jednak ani trochę po myśli Pawła, dlatego musiał szybko uratować sytuację:

– Spokojnie, drogie panie. Miejsca mamy dużo, starczy dla wszystkich. Domicelo, pozwól Adonnie się sprawdzić, jestem pewien, że nie dorasta ci do pięt. – Paweł widział próbkę umiejętności starszej królewny i dobrze wiedział, że jest dokładnie na odwrót, ale za wszelką cenę chciał mieć dwie kobiety w swoim łóżku. – Dlatego niedługo będziesz mogła patrzeć na swoje zwycięstwo.

Domicela nie była do końca przekonana, ale wolała nie robić awantury, lecz zostać i mieć kontrolę nad sytuacją. Patrzyła z zazdrością, jak Adonna zrzuca cały swój jednoczęściowy strój i podchodzi powoli do łóżka, cały czas trzymając ręce za plecami.

Paweł miał nadzieję, że nie trzyma w nich tego, czego się spodziewał. W każdym razie jego kutas potrzebował jeszcze chwili na regenerację, zanim starsza królewna zacznie udowadniać swoje racje siostrze. Adonna nie lubiła czekać. Wzięła ociekającego sokami Domiceli penisa do ust i zaczęła ssać, tak jakby chciała przyciągnąć krew, która przywróci go do pełnej gotowości. Pawłowi natomiast przypomniała się scena, którą niedawno obserwował w łaźni. Ach, gdyby była tu…

Znów rozległo się pukanie, tym razem ciche i niepewne. W uchylonych drzwiach ukazała się niezdecydowana twarz Fileny.

– Wypad stąd! – krzyknęła Domicela.

– Ani mi się waż! – dodała Adonna, zaprzestając przyjemnej dla Pawła czynności.

Zanim jedyny w towarzystwie mężczyzna zdążył zaprotestować, drzwi zamknęły się za nieśmiałą królewną. Pozostawało tylko mieć nadzieję, że nie przyjdzie tu najmłodsza siostra.

W zamieszaniu Paweł ledwo poczuł, że coś śliskiego i ciepłego napiera mu na odbyt. Ku jego zgrozie Adonna trzymała w ręku sztucznego penisa – tego samego, którego przedtem miał okazję oglądać w akcji. Domicela przyglądała się wszystkiemu z zaciekawieniem. Magiczny członek dostosował się do sytuacji, zmniejszył nieco średnicę i wcisnął się do środka. Chłopak początkowo opierał się nowemu wrażeniu, ale szybko stwierdził, że nie wygra z dwoma kobietami i kutasem napędzanym nie wiedzieć czym.

Gdy koniec zabawki dotarł do jego prostaty, okazało się, że uczucie nie jest wcale nieprzyjemne. Chciał więcej. Jego penis szybko nabrzmiał do granic możliwości, rozpaczliwie domagając się dotyku. W jego wnętrzu zachodziła prawdziwa magia. Podniecenie i przyjemność zaczęło wypełniać go całego, szybko osiągając nieznaną mu przedtem intensywność.

Adonna, unosząc się nad Pawłem, wprowadziła drugi koniec zabawki do swojej pupy. Rozchyliła palcami swoje krocze i usiadła na prawdziwym kutasie. Dzięki wypełnieniu sztucznym fallusem była przyjemnie ciasna. Paweł czuł przez ścianki, jak kierowana magią zabawka wierci się w jej wnętrzu.

Nadmiar bodźców niemalże go obezwładnił – mógł jedynie leżeć i czekać na rozwój wydarzeń. Królewna zaczęła wykonywać oszczędne ruchy biodrami, lekko unosiła się i pochylała w przód i w tył. Nie musiała się wysilać, gdyż zatopiony w ich wnętrzach dwustronny penis dobrze wiedział, co robić. Jego poczynania były śmiałe, lecz dokładnie wymierzone – zupełnie jakby przewidywał, czego się od niego oczekuje.

Widząc rozwój sytuacji, Domicela przygryzła wargi i postanowiła przeszkodzić Adonnie w zwycięstwie. Zaszła ją od tyłu, jedną ręką ugniatała jej piersi i podszczypywała sutki, drugą sięgnęła w kierunku jej łechtaczki. Ciemnowłosa królewna nie miała nic przeciwko, wydyszała nawet do ucha siostry: „Szybciej, do diaska…”

Ręka Domiceli zaczęła pracować z dziką zawziętością. Nawet dla Adonny było tego już zbyt wiele. Jej oddech zamienił się w przeciągły jęk, z nadmiaru wrażeń przestała panować nad sytuacją, więc przysiadła i oparła się plecami o siostrę. Paweł wykorzystał ten moment, wykonał kilka wymuszonych ruchów biodrami, chociaż sam był już na skraju szczytowania. Królewna rozwarła szeroko usta, jej ciało przeszył dreszcz i niemalże bezwładnie opadła na swojego kochanka.

Magiczny penis wciąż nie zaprzestał jednak swojej pracy, skupił się na masażu prostaty. W połączeniu ze stymulacją z wnętrza Adonny, Paweł w końcu osiągnął to, na co czekał. Orgazm, który nadszedł był jednym z najintensywniejszych w jego życiu. Chciwie wcisnął kutasa w głąb królewny i wpompował w nią swe nasienie.

Adonna odsunęła się na bok, zabawka opuściła ich ciała i nagle wszystko się uspokoiło. Domicela powoli analizowała to, co właśnie zaszło. Niby wygrała, bo gdy pogromca smoków był z nią, osiągnęli szczyt równocześnie. Nie podobała jej się natomiast mina Pawła, która zdradzała, że dałby się pokroić, byleby tylko powtórzyć poprzedni numer.

Tym razem nikt nawet nie pomyślał o zapukaniu. Drzwi z ogłuszającym trzaskiem wpadły do środka komnaty. W otworze, który jeszcze przed chwilą zasłaniały, stał mag. Był grubo ubrany, w ręku trzymał tobołek, jakby szykował się do długiej podróży. Zanim Paweł zdążył spytać, co właściwie wyrabia, Merlib pospieszył z wyjaśnieniem:

– Wyjrzyj za okno. Musisz uciekać.

Paweł czym prędzej wstał i odgarnął zasłony. Nad miastem szalały smoki. Konkretnie dwa, bardzo przypominające Alberta z żoną. Płomieniste oddechy wycelowane wprost w dachy domów nie pozostawiały złudzeń co do ich intencji. Ludzie wybiegali na ulicę i kierowali się prosto w stronę zamku, domagając się zapewne zaprowadzenia na szafot ich świeżo upieczonego wybawcy. Tak jakby miało to rozwiązać wszystkie problemy.

Przejdź do kolejnej części – Siła muzyki cz. V

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres najlepszaerotyka@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu redakcji bloga, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobry wieczór,

piękna, barwna, mroczna i klimatyczna ilustracja do najnowszego opowiadania Paco_De wprowadza w fabułę, a jednocześnie sama stanowi pierwszy żart z wielu – podczas lektury "Siły muzyki" nie raz będziemy się uśmiechać, a czasem nawet wybuchać radosnym rechotem. Autor konsekwentnie realizuje swą wizję – fantasy pół żartem, pół serio. I dobrze mu to wychodzi! Smoki pokazują drugie oblicze, królewny ścigają się w nimfomanii, wielki czarownik wydaje się być dość podejrzanym typkiem, a kto wie, czy nie szarlatanem. Końcowy cliffhanger sprawia, że będę z niecierpliwością czekał na ciąg dalszy – ten jednak pojawi się dopiero w nowym roku.

Jedno jest pewne – chciałbym kiedyś zobaczyć ekranizację przygód Pawła – z budżetem porównywalnym do Władcy Pierścieni, albo chociaż Gry o tron. Może HBO zrobiłoby jakiś mini-serial? Bo przecież zależy nam wszystkim, by nie wycięto licznych scen łóżkowych… a na wielkim ekranie raczej byśmy ich nie uświadczyli…

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Serial? Ciekawy pomysł Megasie, tym bardziej, że połączenie "seks + fantastyka" ostatnio bije rekordy popularności, przynajmniej w formie tasiemca serwowanego przez HBO. Zastanawiam się jedynie, kto wcieliłby się w główną rolę… Ja sam zadowoliłbym się postacią drugoplanową ;]

A kogo ze współczesnych młodych aktorów widziałbyś w roli głównej? To Twoja historia, na pewno będziesz mieć głos przy ustalaniu obsady 🙂

Pozdrawiam
M.A.

No i, co znacznie dla mnie ciekawsze, jakie aktorki wybrałbyś do ról żeńskich? Myślę, że tu dopiero miałbyś pole do popisu! Powiedzmy, że nie musisz się ograniczać z budżetem na gaże. Dziś modne jest granie w serialu 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Gdyby dało się magicznie odmładzać aktorów (co pewnie jest możliwe w którymś ze światów leżących za portalem), oczywistym wyborem na odtwórcę głównej roli byłby Johny Depp. Co do ról żeńskich mam większy problem, bo moja ignorancja kultury masowej pozwala jedynie na zapamiętanie dwóch nazwisk, tj. Marilyn Monroe i Angelina Jolie. Musielibyśmy więc także znaleźć sposób na podróż w czasie lub wskrzeszanie zmarłych ;p
Może po prostu zostawię ten temat ekspertom…

Pozdrawiam,
Paco

A już miałem nadzieję na ciekawą dyskusję o obsadzie serialu na podstawie Twego cyklu (tak jak kiedyś mieliśmy dyskusję o obsadzie Opowieści helleńskiej). Nie tracę jednak nadziei, że ktoś pociągnie temat 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Fajne smoki i fajne opowiadanie! Kiedy kontynuacja? Niecierpliwym!

Mustafa

Witaj Mustafo!
Niestety nawał pracy nie pozwala mi na napisanie kontynuacji wcześniej niż w marcu ;(
Proszę o uzbrojenie się w cierpliwość. Nie chcę zdradzać wielu szczegółów, więc powiem tylko, że czytelnicy będą mogli liczyć na zmianę klimatu. Obiecuję także oczywiście rozwikłać wątek smoków 😉

Pozdrawiam,
Paco

Najlepszy odcinek. Prościutki i zabawny. Czekam na ciąg dalszy, ciekawy, czy tendencja się utrzyma 🙂

Czytanie całości odkładam sobie na święta, znam jedynie pierwszy odcinek – wtedy napiszę więcej.
Dziś tylko chciałam Ci napisać, Paco, że bardzo cieszę się, że do nas dołączyłeś i zostałeś:-)

To ja się cieszę, że przyjęliście mnie pod swoje skrzydła. W obliczu przytłaczającej mnie codziennie mechaniki płynów i termodynamiki, twórczość literacka w miłym gronie zapewnia mi równowagę umysłową, do której przecież wszyscy dążymy 😉

Napisz komentarz