Opowieść helleńska: Demetriusz XXVI (Megas Alexandros)  4.34/5 (68)

30 min. czytania

Luis Ricardo Falero, „Ulubienica”

Nikt nie próbował zatrzymać ich przy bramie.

Kritias i Alkajos opuścili Ateny na grzbietach wybornych tesalskich wierzchowców. Zwierzęta były nawykłe do trudów, silne i wytrwałe. Jeźdźcy zaś – zdeterminowani, by przed zmrokiem znaleźć się jak najdalej od murów Miasta. W pełnym galopie minęli Kerameikos oraz Akademię. Rzeka Kefisos nie stanowiła dla nich bariery – z powodu upałów jej stan był tak niski, że nawet nie musieli szukać brodu. Konie wpadły do wody i parskając głośno, przedostały się na drugi brzeg. Na zachodzie wznosił się łańcuch Gór Ikaryjskich; ich płowe zbocza były zabarwione na czerwono od płomieni zniżającego już lot rydwanu Heliosa. Powoli nadciągał wieczór.

Przemknęli przez przełęcz i wyjechali na szeroką równinę. O zmierzchu zbliżyli się do Thrii, niewielkiej miejscowości leżącej na północ od Eleuzis. Kritias nie zamierzał się tu zatrzymywać, lecz Alkajos stwierdził, że muszą dać wytchnienie koniom. Macedończyk wyglądał strasznie – z poparzoną twarzą, pustym oczodołem (w ferworze walki stracił przepaskę, którą go zasłaniał), od stóp do głów pokryty zakrzepłą krwią. Nim udali się do gospody, pojechał obmyć się w pobliskim strumieniu. Kiedy wrócił, Delfijczyk przyjrzał mu się krytycznie. Najemnik nie wyglądał znacznie lepiej niż przed kąpielą.

– Musimy wymyślić kłamstwo dla oberżysty – stwierdził chłodnym tonem kapłan. – Wytłumaczyć mu, skąd ta krew, bo inaczej spędzimy noc pod gołym niebem.

– Na ikaryjskiej przełęczy napadli nas bandyci. Zabiłem dwóch, reszta uciekła.

Kritias wydął pogardliwie wargi.

– W ten sposób zdradzisz mu, że przybywamy ze wschodu, od strony Aten. Doprawdy, nie musimy być aż tak niedyskretni. Jak nazywa się tamten łańcuch górski? – wskazał ręką na południowy zachód.

– Kerates.

– Wyśmienicie. A więc to tam napadły nas zbiry. Podróżowaliśmy z Megary do Aten. Objedziemy Thrię dookoła, by wkroczyć do mieściny z właściwego kierunku. W ciemnościach nikt nie powinien tego zauważyć.

– Niegłupie – przyznał po krótkim zastanowieniu Alkajos.

Podstęp w pełni się udał. Właściciel zajazdu nie tylko przyjął ich pod swój dach, ale też szczerze się zatroskał. Kiedy pochłaniali wieczerzę, stał u ich stołu i wyrzucał z siebie słowa niby pociski z procy.

– Bandyci w górach Kerates? Od dawna już byli cicho… Myślałem, że się stamtąd wynieśli. Skoro jednak jest tak, jak mówicie, a przecież widzę, że jest… – W tym miejscu spojrzał z lękiem na Macedończyka. – …znaczy się, powrócili. Będę ostrzegał swych klientów przed podróżą w tamte strony. Czy posłać po medyka, panie?

– Nie trzeba – warknął Alkajos. – To nie moja krew.

– Każ zagrzać gorącej wody na kąpiel – polecił oberżyście Kritias. Po krótkim zastanowieniu dodał jeszcze, tak dla pewności: – Będziemy potrzebowali dwóch balii.

* * *

Dionizjusz przechadzał się po willi Hiperejdesa, poprzedzany przez dwóch niewolników. Oglądał kolejne pomieszczenia w świetle trzymanych przez nich lamp oliwnych. Poza zbrojnym wtargnięciem przed trzema dniami, podczas pościgu za Kritiasem, nigdy przedtem tutaj nie był. Należeli z ateńskim adwokatem do odmiennych kręgów towarzyskich, nie gościli na sympozjonach u tych samych ludzi. Nie odczuwali też potrzeby składania sobie wzajemnych wizyt.

Dziś strateg z Faleronu wkroczył do domu swego wroga jako zdobywca. Pokonany Hiperejdes wycofał się z Miasta na czele garstki najwierniejszych zwolenników. Wedle meldunków kierował się na zachód, w stronę Eleuzis. Przez krótką chwilę Dionizjusz chciał wyruszyć w pościg i ostatecznie rozgromić siły demokratów. To jednak byłby błąd. Najemnicy – zarówno ci, którzy służyli mu już wcześniej, jak i nowi, sprowadzeni przez Lizandra – potrzebowali odpoczynku. Wielu wymagało pomocy medyka. Samo zaś Miasto było w stanie kompletnego chaosu. Należało wpierw uchwycić je mocno w garść i zaprowadzić porządek, a dopiero potem planować wojenne wyprawy.

Gdy przełożony niewolników Dionizjusza, eunuch Aszur, doniósł mu o spaleniu jego rezydencji w Faleronie, strateg nie zastanawiał się długo. Skoro demokraci puścili z dymem jego willę, on zamieszka w domu najznamienitszego z nich. Kiedy sytuacja nieco się uspokoi, zmusi Areopag, by podjął decyzję o konfiskacie całego mienia Hiperejdesa jako karę za rozpętanie wojny domowej. Jeśli do tego czasu polubi ową rezydencję, kupi ją na licytacji, legalizując tym samym stan faktyczny. Na razie zaś będzie z niej korzystał może bezprawnie, ale z dużą satysfakcją.

Wraz z domem i ogrodem przejął również dawną służbę adwokata. Oddał ją pod komendę Aszura. Niewolnicy mieli jak najprędzej doprowadzić do porządku willę, dwukrotnie już splądrowaną przez najemnych żołnierzy. Tymczasem Dionizjusz postanowił zapoznać się ze swoim nowym miejscem zamieszkania. Przemierzał korytarze, zaglądał po kolei do komnat. Natychmiast zauważył nietypowy układ pomieszczeń. W całym budynku brakowało części przeznaczonej dla niewiast. Widocznie Hiperejdes, który owdowiał przed kilkoma laty, nie widział potrzeby dalszego istnienia gynajkejonu. Cóż, przynajmniej tyle nas łączy, pomyślał gorzko Dionizjusz. Ja również jestem wdowcem. Nawet jeśli Eurynome jeszcze oddycha, dla mnie jest martwa.

Jego oczom ukazała się rozległa sypialnia. Szerokie łoże z baldachimem, podtrzymywanym przez cztery kolumny, mogłoby spokojnie pomieścić nie jedną, ale i cztery osoby. Przy oknie wychodzącym na wewnętrzny dziedziniec ustawione było biurko, na którym leżały niezapisane jeszcze zwoje papirusu oraz gliniane tabliczki. Przynajmniej tego nie zrabowali najemnicy. Niestety, gobeliny, które dekorowały niegdyś ściany komnaty, zostały zerwane – ostały się po nich jedynie skrawki, które nie pozwalały stwierdzić, co było ich tematyką.

– Kto tutaj sypiał? – zapytał jednego z niewolników.

– Czcigodny pan Hiperejdes – odparł młodzieniec. – A także…

– Czcigodny zdrajca Hiperejdes – przerwał mu ostro Dionizjusz. – Wasz były właściciel okazał się nieprzyjacielem Aten. Lepiej to zapamiętajcie, gdy znów przyjdzie wam wypowiedzieć jego imię.

Obydwaj słudzy pochylili głowy, przerażeni jego tonem. Strateg zreflektował się i powściągnął gniew. Jego ludzie nie powinni oglądać go w takim stanie.

– Kto jeszcze? – spytał już spokojniej.

– Ostatnio jego oblubieniec, Narkissos. Przedtem inni. Raz zdarzyło się… – słowa uwięzły w gardle niewolnika.

– Dokończ – zażądał Dionizjusz, choć spodziewał się już, co usłyszy. – Mów bez lęku. Obiecuję, że nie ukarzę cię za słowa prawdy.

– Twój syn, dostojny panie, również spał w tym łożu. Raz tylko, ostatniej jesieni…

Nie musiał mówić nic więcej. Falerończyk wiedział wszystko o uwiedzeniu swego syna przez Hiperejdesa. Błędy młodości, na szczęście już zażegnane. Przynajmniej taką miał nadzieję. Powoli skinął głową.

– Postawcie lampy przy łożu. A potem zmieńcie pościel. Ta tutaj cuchnie potem zdrajcy i jego kochasiów.

* * *

Noc była ciemna i bezksiężycowa, zaś oczy Demostenesa – nie tak mocne jak niegdyś. Dlatego też po zapadnięciu zmroku musiał przełknąć swoją dumę i pozwolić się prowadzić córce. Położył dłoń na ramieniu dziewczyny i szedł jej śladem. Zostawili za plecami Ogrody Likejonu i wstąpili na ubitą, ziemną drogę wiodącą na wschodnie wybrzeże Attyki – ku zatoce Panormos.

Wybrał ten kierunek, nie opierając się na żadnym konkretnym planie. Nie ułożył żadnego – nie było na to czasu. Po prostu dom, w którym czekała na niego Korinna, znajdował się najbliżej Bramy Diocharesa – we wschodnim murze. Demostenes uznał, że przedzieranie się przez centrum Miasta, gdzie mogły już dotrzeć oddziały oligarchów, było nazbyt ryzykowne. Ateny należało opuścić jak najprędzej, w najprostszy sposób.

Teraz podążali zatem na wschód w gęstniejącym z każdą chwilą mroku. Z początku córka miała do niego wiele pytań. Chciała wiedzieć, co skłoniło go do podjęcia decyzji o ucieczce. Przecież demokraci wygrywali! Widziała ich patrole na ulicach, słyszała beztroskie rozmowy i dumne przechwałki. Ateny były w rękach stronników Demostenesa. Czemuż zatem popędzał ją, by szła szybciej? Czemu pochylał głowę i skrywał twarz, jakby lękał się rozpoznania? Najpierw odpowiadał zdawkowo, a gdy zbliżyli się do bramy, po prostu kazał jej milczeć. Nie lubił wydawać Korinnie poleceń, ale sytuacja wymagała stanowczości. Nie mógł ryzykować, że zostanie rozpoznany. Że ktoś zatrzyma ich przed opuszczeniem Miasta.

Potem już o nic nie pytała. Być może uraził ją obcesowością, a może po prostu zrozumiała powagę ich położenia. Tak czy inaczej, podążali drogą w niemal całkowitym milczeniu. Demostenes starał się wykorzystać ten czas na sformułowanie planu. Ich szlak wiódł doliną rzeki Ilissos, między górami Pentelikos i Hymettos. Wiedział, że gdzieś przed nimi znajdowała się niewielka wioska, Alopeke. Była położona zbyt blisko Aten, by bezpiecznie tam przenocować, ale mogliby się tam posilić przed dalszą wędrówką… Może nawet kupić konia… Miał w sakiewce srebrną tetradrachmę oraz kilka miedziaków. Mało. Nie przygotował się właściwie na tę ucieczkę.

A przecież będą jeszcze potrzebować pieniędzy, gdy dotrą do portu w Panormos. Musieli dostać się na statek płynący na którąś z cykladzkich wysp. Zdawał sobie sprawę, że Attyka pod rządami zwycięskich oligarchów wkrótce stanie się dla niego miejscem równie niebezpiecznym jak same Ateny. Na Cykladach z kolei posiadał wielu przyjaciół, którzy z chęcią udzielą pomocy Korinnie i jemu… Wpierw jednak musieli się tam dostać. Demostenes był zbyt stary i zmęczony, by opłacić ich podróż pracą przy wiosłach. Wzdrygał się zaś na samą myśl, jakiej zapłaty zażądano by od jego córki. Pozostawała mu zatem tylko srebrna tetradrachma. Z cichym westchnieniem pożegnał się z wizją ciepłej strawy w Alopeke oraz konia, który uczyniłby ich podróż znacznie łatwiejszą.

Co do jednego nie miał wątpliwości: ostatecznym celem ich podróży była wyspa Samos. Baza ateńskiej flotylli wojennej. Tamtejsi marynarze to zaprzysięgli demokraci. Oddano ich wprawdzie pod komendę oligarchy Ejschinesa, ale Demostenes był pewien, że uda mu się przeciągnąć ich na swoją stronę. Kilka tysięcy dumnych żeglarzy to była już realna siła. Z nimi można było pokusić się o wiele – może nawet o odbicie Aten…

To była słodka myśl. Demostenes wróciłby do ukochanego Miasta jako wyzwoliciel, pogromca oligarchicznej tyranii. Wdzięczni obywatele fundowaliby mu pomniki oraz hermy. Zgromadzenie przyznałoby oliwne wieńce i wszelkie honory obrońcy wolności… Na bogów, ale się rozmarzyłem, skarcił się w myślach. Jak łatwo zapomnieć o swej obecnej sytuacji, gdy ma się głowę wypełnioną rojeniami o chwale i zaszczytach. Sytuacja zaś przedstawiała się następująco: był wygnańcem z własnej polis, w dodatku wyczerpanym, głodnym i spragnionym. Samos znajdowało się daleko za wschodnim horyzontem. To, czy uda im się tam dotrzeć, wciąż pozostawało otwartą kwestią.

W obecnej chwili najważniejsze było dotarcie do wybrzeża. Demostenes stłumił kolejne westchnienie. Podjął decyzję. Jeśli nie opuszczą ich siły, będą szli całą noc.

* * *

W zajeździe nie było na szczęście tłoku, mogli więc zająć dwie komnaty na piętrze. Gdy oberżysta zobaczył złotą monetę, którą położył przed nim Kritias, jego oczy rozbłysły. Gnąc się w ukłonach, zapewnił swoich gości, że niczego im nie zabraknie. Osobiście o to zadba.

Sypialnia Delfijczyka była ciasna, ale w miarę czysta. Siennik nie wyglądał na zbytnio zapchlony, zaś przykrywający go koc mógł być nawet czasem prany. Gospodarz osobiście przyniósł mu dwie lampy oliwne, a także dzban wina oraz dwa kubki, gdyby chciał zaprosić do siebie towarzysza podróży. Zapewnił też, że wkrótce gotowa będzie kąpiel. Wymawiając to słowo, uśmiechnął się lubieżnie, ale znużony długą drogą kapłan nawet tego nie zauważył.

Lampy dawały wątłe, migotliwe światło. Wino okazało się kwaśne i bardzo mocne, prawie nierozcieńczone. Oberżysta miał zdecydowanie barbarzyńskie upodobania. Delfijczyk wypił pół kubka i doznał lekkiego zawrotu głowy. Wkrótce potem dwóch krzepkich synów gospodarza wniosło napełnioną parującą wodą balię. Za nimi do komnaty wślizgnęła się dziewczyna, zapewne nie starsza od Filony. Miała długie, jasne włosy ujęte w pojedynczy warkocz, okrągłą twarz, pełne policzki i jasnoniebieskie oczy. Nosiła biały peplos, który opinał jej nieco zbyt bujne kształty. W przeciwieństwie do młodzieńców, którzy postawili balię na podłodze, po czym bez słowa wyszli, ona została. Rzucił jej pytające spojrzenie.

– Panie – zaczęła śmiało – ojciec przysłał mnie, bym usłużyła ci podczas kąpieli.

Nawet nie próbował stłumić ziewnięcia.

– Tylko podczas kąpieli? – spytał bez zbytniego zainteresowania. Podobnie jak wino, dziewka zupełnie nie trafiała w jego gust. Zbyt pulchna. Zbyt arogancka. Poza tym był wyczerpany po pełnym przeżyć dniu.

Oblała się rumieńcem. Zaraz jednak odparła:

– Mam spełnić każde twe życzenie, panie.

Kritias przyglądał się jej przez dłuższą chwilę w milczeniu.

– Twój ojciec oferuje cię każdemu, kto zatrzyma się pod jego dachem?

Potrząsnęła prędko głową.

– Tylko tym, którzy płacą złotem. Ja jednak… – zawahała się, lecz tylko na moment – …i tak bym przyszła. Nawet gdyby w twej sakiewce były same miedziaki.

Uniósł brwi w udawanym zdziwieniu.

– Postąpiłabyś wbrew woli ojca? Dlaczego?

– Widziałam cię w sali ogólnej, panie. Nigdy przedtem nie oglądałam kogoś tak pięknego…

Kapłan przywykł do podobnych komplementów. Nigdy wszakże nie przestały mu sprawiać przyjemności. Spojrzał na dziewczynę nieco przychylniejszym okiem.

– Nie marnujmy czasu. Woda wkrótce ostygnie. Pomóż mi się rozebrać. Sama również zrzuć tę szatkę.

Wpierw wykonała drugie polecenie. Prędko pozbyła się sukni – wprawdzie bez gracji hetery, ale z widocznym entuzjazmem. Tak jak się spodziewał, ciało dziewczyny było nieco zbyt obfite, choć wciąż daleko jej było do otyłości. Miała szerokie biodra, lekko wypukły brzuch, ciężkie piersi z dużymi brodawkami. Jej łono pokryte było gęstymi włoskami, nieco ciemniejszymi od tych na głowie. Kritias zdziwił się – sypiając z ladacznicami, dawno już nie spotkał kobiety, która nie byłaby starannie wydepilowana. O dziwo jednak, ta niedoskonałość urody sprawiła, że doznał silnego przypływu pożądania. Poczuł, że pod tuniką jego męskość podnosi się i twardnieje. Zupełnie tego nie rozumiał, ale też nie miał czasu na zastanowienie.

Dziewczyna ruszyła w jego stronę, uwodzicielsko kołysząc biodrami. Jej biust podrygiwał przy każdym kroku. Musiała zauważyć wybrzuszenie na jego szacie, mieć świadomość, jak bardzo jest podniecony. Obserwował ją uważnie, spodziewając się, że na jej ustach wykwitnie triumfalny uśmiech, świadectwo dumy z mocy własnej kobiecości. Twarz dziewczyny pozostała jednak poważna i skupiona. Na jej szczęście. Gdyby okazała mu najdrobniejszy chociaż brak szacunku, gdyby w jakikolwiek sposób mu uchybiła… bez wahania oddałby ją w ręce Alkajosa.

Zdawała się jednak instynktownie odczytywać jego upodobania. Delfijczyk uznał, że może warto skosztować jej słodyczy. Któż bowiem wie, kiedy znów nadarzy się okazja?

* * *

Strateg z Faleronu spożywał późną kolację w dawnej sali sympozjonów Hiperejdesa. Był sam, jeśli nie liczyć usługujących mu niewolników, którzy przecież się nie liczyli. Posiłek był prosty – spiżarnia została niemal całkiem ogołocona przez najemników, którzy dwukrotnie splądrowali willę. Składał się zatem z chleba, sera oraz oliwek, popijanych przyzwoitym, mocno rozwodnionym winem. Dla Dionizjusza stanowił jednak istną ucztę. Nie jadł bowiem od dwóch dni – od pamiętnego Zgromadzenia Ludowego i wybuchu demokratycznej rebelii. Mimo to starał się zachować umiar. Zdawał sobie sprawę, że żołądek ściśnięty głodem nie powinien być rozpychany nadmiarem jadła.

W milczeniu rozglądał się po wielkiej komnacie. Wkrótce sam będzie zmuszony wydawać tu przyjęcia – tego właśnie oczekiwano od kogoś takiego jak on. Musiał przecież dbać o swój prestiż oraz popularność wśród miejskich elit. Teraz być może bardziej, niż kiedykolwiek przedtem. Niestety, sala sympozjonów była w opłakanym stanie. Gobeliny zdobiące ściany, o tematyce (jak donieśli mu niewolnicy) batalistycznej i łowieckiej, zostały zdarte. Biesiadne łoża porozbijano, gdy wyrywano z nich srebrne okucia. Ze zdobiącej posadzkę misternej mozaiki ktoś wydłubał czubkiem sztyletu lśniące tessery – zapewne sądząc, że wykonano je ze szlachetnych kamieni.

Zdecydował, że rano wezwie Aszura, wręczy mu pękaty mieszek srebra i każe zatrudnić najlepszych rzemieślników, jacy jeszcze pozostali w Mieście. Sali należało przywrócić dawną świetność. Te wszystkie zniszczenia zbyt ostentacyjnie przypominały o czasie niepokoju, jaki ogarnął niedawno Ateny. Trzeba je było czym prędzej usunąć, unieważnić, zepchnąć w niepamięć. Stanowczo należało zatrzeć złe wrażenie.

Na razie jednak miał bardziej naglące sprawy. Przypomniał sobie o nich, gdy w drzwiach komnaty pojawił się Lizander. Spartański najemnik pozbył się już pancerza i hełmu, przywdział zaś prostą tunikę, sięgającą do kolan. Przy pasie zostawił sobie wszakże miecz oraz długi sztylet. Ten człowiek nigdy nie tracił czujności. Dionizjusz stwierdził, że widok Lacedemończyka w jakiś tajemny sposób go uspokaja. Cieszył się, że ma go po swojej stronie.

– Widzę, że już się rozgościłeś – rzekł, a potem wskazał głową pobliskie łoże biesiadne – jedno z trzech, które były jeszcze w jako takim stanie. – Przyłącz się do mnie. Mam tu strawę wprost idealną dla Spartanina. Poczujesz się jak u siebie w ojczyźnie.

– Zająłem pokoje gościnne na piętrze – odparł Lizander, postępując kilka kroków w jego stronę. – Nie mogę narzekać. Hiperejdes i jego towarzysze wiedzieli, jak korzystać z życia.

– Czemu nie siadasz?

– Ludzie, których wezwałeś, właśnie przybyli. Czekają na dziedzińcu. Z darami.

Dionizjusz odsunął od siebie talerz z jadłem. Niewolnik zbliżył się do niego z miską wody. Zamoczył w niej dłonie, a potem wytarł je o podany przez drugiego sługę ręcznik.

– Zaczynałem się już niecierpliwić. Prowadź, Lizandrze. Załatwmy to, póki trwa noc. To najwłaściwsza pora na robienie brudnych interesów.

* * *

Korinna szła przed siebie, próbując dostrzec cokolwiek w ciemnościach. Czuła na ramieniu ciężar dłoni ojca, który podążał za nią niczym ślepiec za przewodnikiem. Coraz bardziej się o niego martwiła. Ostatnimi czasy głównie się martwiła.

Ach! Jakże słodkie były owe dni, które spędziła na Eginie! Chociaż formalnie była tam zakładniczką, nigdy przedtem nie czuła się tak szczęśliwa. Za dnia uczestniczyła w pasjonującym i pełnym tajemnicy życiu świątyni, pobierała nauki albo bawiła się z rówieśniczkami, młodymi akolitkami szykującymi się do roli kapłanek. Noce zaś należały do Ismeny, fascynującej kobiety, która wprowadziła ją w świat zmysłowych rozkoszy. Korinna przeżywała pierwszą w swoim życiu prawdziwą miłość, znacznie silniejszą i bardziej przejmującą niż ulotne zauroczenia, jakich doznawała na ulicach Aten na widok przystojnego efeba. Była w Ismenie zakochana i czuła, że tamta odwzajemnia jej uczucie. Podczas składania ofiar modliła się do Artemidy, prosząc jedynie o to, by ojciec pozwolił jej wstąpić do nowicjatu i na zawsze pozostać na tej cudownej wyspie, blisko pierwszej kapłanki. Teraz bała się, że już nigdy jej nie ujrzy.

Pierwszym wydarzeniem, które zmąciło harmonię, było przybycie Aratosa z Hierapytny. Ów białowłosy mężczyzna zaintrygował Korinnę. Mogła sobie wmawiać, że oddała mu dziewictwo z wyrachowania – w zamian za zapewnienie bezpieczeństwa jej i Ismenie. W rzeczywistości jej motywacje były znacznie bardziej złożone. Choć postanowiła, że nie zakocha się w Kreteńczyku, rychło odkryła, że stał się dla niej kimś ważnym. Kiedy nastąpił atak na sanktuarium, zaryzykował życie, by ją chronić – i omal go nie stracił. Gdy opuszczała Eginę wraz ze swymi „wyzwolicielami”, Brennusem i Kritiasem, zostawiła go ciężko rannego pod opieką pierwszej kapłanki. O niego również się lękała. Owego lęku nie złagodziło nawet spotkanie z ukochanym ojcem.

Zresztą, krótkie to było spotkanie. Nie zdążyli nadrobić czasu rozłąki. Demostenes był zajęty rebelią – wraz z powrotem córki doznał nowego przypływu energii. Kiedy o poranku opuszczał dom, obiecał jej, że po zwycięstwie będą mogli rozmawiać do woli. Nie wrócił wszakże jako triumfator. Był przestraszony, miał nerwy w strzępach. Opuścili Ateny bez namysłu, przygotowania, planu. Dlatego teraz przedzierali się przez mrok, w nadziei na to, że udało im się nie zboczyć z traktu. Szli już od wielu godzin. Jakiś czas wcześniej minęli osadę. Głodna i zmęczona Korinna poprosiła, by zatrzymali się tam i nieco odpoczęli. Ojciec się jednak nie zgodził.

– Musimy iść naprzód – oznajmił stanowczym tonem. – Nie znajdziemy w Alopeke niczego, co jest nam potrzebne.

Nie chciała się z nim kłócić, dokładać swego oporu do wszystkich nieszczęść, które go spotkały. Zostawili zatem zabudowania za plecami i maszerowali dalej.

Coraz bardziej znużona, straciła poczucie czasu. Chmury zasnuły niebo, więc nie sposób było stwierdzić, jaką część nieboskłonu przebył już księżyc. Gdzieś po prawej słyszała szmer wody – zapewne płynęła tam rzeka, którą widziała jeszcze za dnia. Meandrowała, to zbliżając się, to znów oddalając od drogi. Miała ochotę tam skręcić i zaspokoić pragnienie. Demostenes znów zaprotestował:

– Napijemy się o poranku. Wciąż jesteśmy zbyt blisko Aten.

Póki będziemy trzymać się rzeki, nie zabłądzimy, powtarzała sobie w myślach, zasłuchana w miarowy szmer. Dźwięk ów koił niepokój i pozwalał zapomnieć o głodzie, pragnieniu, obolałych stopach. Dziewczyna pochyliła głowę, jej powieki opadały powoli. Nie miała siły walczyć z narastającą sennością. Ocknęła się dopiero wówczas, gdy na jej drodze wyrósł pokaźny kamień. Potknęła się o niego i poleciała do przodu. Jej ojciec również stracił równowagę. Oboje uderzyli o twardą ziemię gościńca. Korinna stłukła sobie łokieć. Usłyszała jęk bólu Demostenesa.

– Przepraszam – wyszeptała, pełznąc ku niemu na kolanach i dłoniach. W mroku ledwie widziała jego sylwetkę. – Powinnam bardziej uważać… Nic ci nie jest, ojcze?

– Przeżyję – wystękał, próbując się podnieść. – To nie twoja wina. Jest po prostu zbyt ciemno… Miałaś rację. Musimy zrobić postój. Inaczej się pozabijamy, nim dotrzemy do wybrzeża.

Nagle do ich uszu dobiegł nowy dźwięk – od strony, z której przychodzili. Korinna poderwała głowę i wsłuchała się weń. Ale to Demostenes pierwszy go rozpoznał.

– Tętent kopyt! – syknął. – Musimy czym prędzej zejść z gościńca!

* * *

Córka oberżysty pomogła Kritiasowi pozbyć się tuniki, a potem głośno zaczerpnęła powietrza. Uśmiechnął się usatysfakcjonowany. Wiedział, jak mocno jego nagość działa – zarówno na niewiasty, jak i mężczyzn. Domyślał się, że dziewka jest już mokra między nogami. Właściwie, mógłby natychmiast to sprawdzić. Gdyby sięgnął ku jej kroczu, z pewnością by nie protestowała. Przez krótką chwilę bawił się tym kaprysem, w końcu jednak poniechał jego spełnienia. W gruncie rzeczy nie obchodziło go jej pożądanie. Próżność Delfijczyka została już zaspokojona. Twoja cipa może być sucha jak libijska pustynia, myślał, pozwalając się prowadzić w stronę parującej balii. I tak nie zrobi mi to różnicy, bo nie zaszczycę jej penetracją. Spoglądał teraz na falujące pośladki jasnowłosej. One kusiły go znacznie bardziej niż pulchny srom dziewczyny.

Wszedł do balii i usiadł w ciepłej wodzie, która objęła jego ciało aż po tors. Dziewczyna uklękła tuż obok i zaczęła myć jego ramiona, szyję, klatkę piersiową. Ruchy jej rąk były niespieszne, dotyk delikatny. Kapłan zamknął oczy i odprężył się. Czuł, jak wraz z potem z jego ciała zostaje zmyte całe zmęczenie owego zbyt długiego dnia. Nie myślał o niczym konkretnym – bo przecież gdyby spróbował, jego myśli musiałyby podążyć w stronę Aten i porażki, jaką tam poniósł. Skupił się zatem na kojących zabiegach jasnowłosej. Na krótką chwilę przestała go dotykać. Usłyszał cichy plusk. Weszła do balii i kucnęła tuż przy nim. Jedną ręką gładziła mu bark i tylną część szyi, drugą zanurzyła pod powierzchnię i przesunęła po wewnętrznej stronie jego uda. Zrozumiał, że było to niewypowiedziane pytanie. Szerzej rozchylił nogi, ułatwiając dostęp do swojego krocza. Dłoń przesunęła się wyżej i objęła jego wzwiedzioną już męskość. Powoli zaczęła masować ją pod wodą. Westchnął.

Uniósł powieki i spojrzał na dziewkę. Była bardzo blisko niego. Jej bujne piersi kołysały się na wysokości jego oczu. Sięgnął ku jednej z nich, ujął ją w palce, zacisnął. Była miękka, z wyjątkiem nabrzmiałej już brodawki. Córka oberżysty jęknęła – nie wiedział, czy z przyjemności, czy z bólu. Tak czy inaczej, nie zamierzał przerywać. Poczuł, jak jej dłoń mocniej zaciska się wokół penisa. Obciągała go powolnymi, zdecydowanymi ruchami. Ujął jej sutek między palec wskazujący i środkowy. Ścisnął go między nimi i pociągnął. Znowu jęk, głośniejszy. Skierował wzrok w dół. Kucała w szerokim rozkroku, bezwstydnie prezentując swe podbrzusze. Wargi sromowe były rozchylone, mógł bez najmniejszych przeszkód oglądać różowe wnętrze. Cóż za wyuzdana dziwka, pomyślał. Ktoś powinien nauczyć ją pokory.

Chwycił ją za nadgarstek i odsunął dłoń od swego członka. Wstał, cały ociekając wodą. Popatrzył na jasnowłosą z góry.

– Uklęknij – rozkazał zdecydowanym tonem. – Zmocz swoje piersi.

Usłuchała natychmiast. Z cichym pluskiem opadła na kolana. Zaczerpnęła oburącz wody i wylała ją na swój biust. Powtórzyła to jeszcze dwa razy, aż cały lśnił od wilgoci. Delfijczyk znów chwycił te duże półkule, rozchylił je i docisnął ku sobie. Dziewczyna bez słowa przyjmowała to, co jej czynił. Z jej twarzy można było odczytać podniecenie i ciekawość. A kiedy wsunął męskość w dolinę między jej piersiami, także cień uśmiechu.

– Pozwól mi, panie – poprosiła. Cofnął ręce, ona zaś ujęła biust w dłonie i sprawiła, że ciasno otoczył penisa. Kritias cofnął biodra, a potem pchnął mocno do przodu. Wrażenia były bardzo przyjemne. Skóra była śliska od wody, dolina zaś tak wąska, że przedzieranie się przez nią rozkosznie stymulowało. Kolejne sztychy jeszcze wzmogły podniecenie kapłana. Ciało jasnowłosej zdawało się wprost stworzone do takich igraszek. Ona również musiała czerpać z nich sporo satysfakcji, bo jej oddech wyraźnie przyspieszył, a na policzkach wykwitły rumieńce.

Chwycił ją za włosy i szarpnięciem odciągnął głowę do tyłu. Dyszała z wysiłku, spoglądając mu w oczy. Coraz śmielej, bez śladu uniżoności. To znowu go rozgniewało. Przypomniał sobie Filonę, tę arogancką kurewkę, która również nie chciała uznać, że jest tylko zabawką, ciałem przeznaczonym dla jego zaspokojenia. Z pomocą Alkajosa udowodnił jej, jak bardzo się myliła. Tym razem postanowił, że poradzi sobie sam. Nie zawsze przecież będzie miał pod ręką Macedończyka. Pochylił się do przodu, zebrał ślinę. A potem wypuścił ją z ust. Długa strużka spłynęła prosto między wargi dziewczyny. Uznała to chyba za lubieżną zabawę, która zresztą przypadła jej do gustu. Przez chwilę bawiła się tym, czym ją obdarował, następnie połknęła ze smakiem. I znów rozchyliła wargi, jakby czekając na więcej.

Jego irytacja wzrastała z każdą chwilą. To, co w zamyśle Delfijczyka miało być czymś upokarzającym, utwierdzającym w poniżeniu, dla niej okazało się nic nie znaczącą igraszką. Podejrzewał, że z równą ochotą skosztowałaby jego nasienia, a kto wie, może nawet moczu. Tego typu rozrywki nie były mu przecież obce. Kiedyś, na krótko przed samobójstwem Dafne, jego niewolnicy „wytresowanej” przez Alkajosa, zaczął ją zmuszać, by piła jego urynę. Budziło to w niej widoczny wstręt, lecz i tak czyniła to bez słowa sprzeciwu, z takim samym podszytym grozą posłuszeństwem, z jakim spełniała każdy jego kaprys. Nie zamierzał zresztą na tym poprzestawać. Był wszakże ukochanym synem boskiego Apolla. Każda wydzielina jego ciała stanowiła dar, który kochanka powinna przyjąć z wdzięcznością. Niestety, dalsze eksperymenty w tym zakresie okazały się niemożliwe. Dafne wolała odebrać sobie życie, niż czekać na to, co jeszcze zgotuje dla niej pan.

Jasnowłosa nie wydawała się tak delikatna. Z nią mógł zajść znacznie dalej… Wpierw jednak należało ją złamać. Dopóki pozostanie taka jak teraz – swobodna, pełna życia, młodzieńczo namiętna – on nie będzie w stanie czerpać z jej ciała najwyższej rozkoszy. Kritias gustował w dziewczętach skrzywdzonych, pozbawionych woli, których godność została rozbita w pył i wdeptana w ziemię. Ich wewnętrzne spustoszenie musiało odpowiadać pustce, którą odczuwał w sobie. Dlatego córka oberżysty nie mogła go zadowolić. Jeszcze nie.

Lecz przecież noc była długa. A do świtu pozostało jeszcze wiele godzin.

* * *

Kiedy opuścili wnętrze willi, na dziedzińcu było już dość tłoczno.

Po jednej jego stronie stali najemnicy Lizandra, z dłońmi na rękojeściach mieczy, których jednak póki co nie dobyli z pochew. W pancerzach i hełmach, spoglądali spode łba na drugą, znacznie bardziej różnorodną grupę. Tworzyły ją męty i hultaje, plugawa zbieranina z przestępczego półświatka Aten oraz Pireusu. Rabusie o twarzach pokrytych hańbiącymi tatuażami, zarośnięci mordercy o dzikich oczach, zbiegli od swych panów niewolnicy, desperaci niemający nic do stracenia. Oni również byli uzbrojeni: w pałki, maczugi nabijane kolcami, długie sztylety, siekiery do rąbania drewna. Jeden z nich miał nawet przy pasie tracką rhompaję – bogowie wiedzą, jak udało mu się ją zdobyć.

Na czele owej bandy stało dwóch mężów. Pierwszy był barczysty i pełen energii, mimo podeszłego już wieku. Jego oblicze szpeciły niezliczone ślady po ospie, a oczy spoglądały z chłodną pewnością siebie. Drugi wyglądał jakby zaraz miał umrzeć. Niezwykle wychudzony, trzymał się jednak prosto, roztaczając wokół siebie aurę trudnego do zdefiniowania zagrożenia. Dionizjusz patrzył na nich z zainteresowaniem. Pierwszego z nich widział przed kilkoma dniami: był to Ophion Dziobaty, herszt zbirów z południowych Aten. Drugiego widział po raz pierwszy w życiu. Natychmiast jednak domyślił się, że to Półmartwy Deimos, król attyckich skrytobójców.

Na trawie przed nimi klęczało dwóch mężczyzn. Mieli ręce skrępowane za plecami, na głowy zaś wciśnięte worki. Szczupły zastygł w bezruchu, ale tłuścioch trząsł się wyraźnie.

– Bądź pozdrowiony, czcigodny strategu! – wychrypiał Deimos.

– Bądź pozdrowiony – powtórzył jak echo Ophion.

– Witajcie w moim nowym domu – odparł Dionizjusz. Po czym dodał rozbawiony: – Musicie mi wybaczyć bałagan. Zostawił go poprzedni lokator.

– Doskonale to rozumiemy – Dziobaty uśmiechnął się przebiegle. – Każdy z nas był w sytuacji… gdy musiał sprzątać po poprzedniku.

Dionizjusz uznał, że dość tego spoufalania się. Był wprawdzie w triumfalnym nastroju, ale nie znaczyło to, że pozwoli, aby byle oprych przyrównywał się do niego. Machnął niecierpliwie ręką i choć dobrze znał odpowiedź, i tak zadał pytanie:

– Jakież to dary przynosicie mi tak późną nocą?

Ophion postąpił krok do przodu i ściągnął worek z głowy szczuplejszego z jeńców. Oczom stratega ukazała się jednooka twarz Akristosa, byłego już przestępczego władcy północnych Aten. Deimos odsłonił oblicze grubszego. Był to rzecz jasna Otyły Myron, do niedawna król przemytników z Pireusu. Teraz nie pachniał już orientalnymi perfumami, w których tak gustował. Cuchnął strachem, który wylewał się każdym porem jego skóry.

– Chciałem zgładzić tych zdrajców osobiście – rzekł Dziobaty – lecz Deimos przekonał mnie, że możesz zechcieć wpierw ich przesłuchać, dostojny panie.

– Przesłuchać? – zapytał spokojnym głosem Dionizjusz, zbliżając się do klęczących. – A cóż mogą mi powiedzieć? Przecież ja już wszystko wiem. Dali się kupić demokratom. Złamali pakt, który zawarliśmy po śmierci Haimona Łysego. Przyłączyli się do rebelii i wysłali swoich zbirów przeciw arystokratom. Domyślam się, że otrzymali trochę złota i obietnicę nowego, bardziej korzystnego podziału rewirów, kiedy już Hiperejdes i jego klika przejmą tutaj władzę. Czyżbym się mylił? – spojrzał z góry na Akristosa. Jednooki splunął mu pod nogi. A potem poleciał z jękiem do przodu, kiedy Ophion zdzielił go pięścią w potylicę.

– Sami widzicie, że ten nie chce gadać – ciągnął strateg z Faleronu, przechodząc do drugiego ze skrępowanych. Myron gapił się na niego szeroko rozwartymi oczami. Sądząc po coraz intensywniejszym smrodzie, jaki od niego bił, jego zwieracze nie wytrzymały napięcia.

– A ty co mi powiesz, świnio z Pireusu?

Myron nie miał dość odwagi, by powtórzyć hardy gest Akristosa. Pochylił głowę do przodu i zaczął szlochać. Dionizjusz odstąpił od niego z wyrazem pogardy na obliczu.

– Już ich przesłuchałem – rzucił w stronę pozostałych hersztów. – Róbcie swoje.

Poszło szybko. Ophion złapał Jednookiego za włosy, poderwał go z ziemi, a gdy ten gramolił się na kolana, szerokim nożem poderżnął mu gardło. Deimos chwycił oburącz głowę Myrona i szarpnął nią mocno, przekręcając w bok. Dał się słyszeć trzask pękającego kręgosłupa. Po chwili obydwa ciała upadły na trawę. Akristos charczał jeszcze przez kilka sekund, ale i on w końcu umilkł.

– Tak kończą ci, którzy rzucają mi wyzwanie – oznajmił strateg. – Natomiast ci, którzy dochowują wierności, zostaną za to nagrodzeni. Wasz trybut wobec mnie nie ulegnie zmianie. Wciąż będzie to jedna drachma z każdych dziesięciu, które zarobicie. Ale będziecie płacić go od znacznie wyższych zysków. Ophionie, przejmujesz rewir Akristosa. Od dziś rządzisz całymi Atenami.

Dziobaty skłonił się z widoczną satysfakcją.

– Deimosie, otrzymujesz wszystko to, czym dysponował Myron. Pireus wraz ze wszystkimi dochodami z przemytu.

Półmartwy skinął głową. Jego oblicze było jakby wykute w kamieniu. Dionizjusz wiedział jednak, że to królewski dar i herszt skrytobójców go docenia.

– Myślę, że to już wszystko na dziś. W przyszłości będziecie się ze mną kontaktować przez Lizandra.

Powiedziawszy to, odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę willi. Nim opuścił dziedziniec, usłyszał jeszcze, jak Spartanin mówi:

– Nim odejdziecie, zabierzcie truchła. Zostawcie je gdzieś za murami Aten, na pastwę dzikich zwierząt. Niech nikt nie ośmiela się urządzać im pogrzebu. Odtąd każdy rzezimieszek w Mieście będzie wiedział, jak kończy się bunt przeciw domowi Faleronu.

* * *

Ostatni raz wbił się między zaciśnięte piersi dziewczyny. Zadrżał mocno, zatrzymując się na pół kroku przed szczytowaniem. Oddychając z trudem, wyswobodził penisa z rozkosznej ciasności. Kręciło mu się w głowie, czuł, że zaraz upadnie. Jasnowłosa chciała wziąć jego męskość do ust, wciągnąć ją w siebie i wyssać do ostatniej kropli. Te próby przejęcia inicjatywy budziły w nim rosnącą furię. Odepchnął ją stanowczo, aż opadła na dno balii. Wzburzona woda uniosła się, kilka kropli przelało się na podłogę.

– Mam chęć na coś innego – warknął. – Nie próbuj niczego mi dyktować!

Skinęła, nie wypowiadając ani słowa. Czyżby w jej oczach dostrzegł błysk strachu? Bez względu na to, czy tak w istocie było, Delfijczyk poczuł nagły przypływ pewności siebie. Choć nigdy by się do tego nie przyznał, spontaniczność dziewczyny budziła w nim głęboki niepokój, graniczący niekiedy z lękiem. Czułby się lepiej, gdyby w sypialni znajdował się Alkajos, albo chociaż Narkissos. Łatwiej byłoby mu okiełznać tę jasnowłosą dziwkę, pokazać, gdzie jest należne jej miejsce.

Byli jednak sami i musiał radzić sobie w pojedynkę. Powoli w jego głowie uformował się plan, jak może to uczynić.

– Obróć się i wypnij ku mnie.

Usłuchała. Balia była wystarczająco duża, by mogła oprzeć się na kolanach i dłoniach, wciąż pozostawiając mu miejsce za sobą. Czym prędzej je zajął i wbił spojrzenie w szeroką pupę dziewczyny. Ma zad jak krowa, zauważył z pogardą. Może choć w środku jest ciasna. Zaraz się o tym przekonam.

– Rozchyl pośladki – polecił.

Wciąż opierając się na jednej ręce, drugą sięgnęła za siebie. Chwyciła za pośladek i odsunęła go od drugiego, sprawiając, że zagłębienie między nimi stało się lepiej widoczne. Odbyt był brązowy i zaciśnięty, spływały po nim leniwe krople. Kritias ujął penisa w dłoń i obciągnął go powoli. Nakierował ciemnopurpurową żołądź na szczelnie zawarte tylne wrota. Oblizał swoje piękne wargi. Najwyższa pora przejść do szturmu.

Woda wciąż była ciepła, choć już nie parowała. Pierwsze pchnięcie wyrwało z ust dziewczyny bolesne kwilenie. Pochylił się do przodu, sięgnął pod nią i chwycił za jedną z piersi. Ścisnął, ale niezbyt mocno. Nie chciał jej przestraszyć. Przynajmniej na razie.

– Rozluźnij się – szepnął jej do ucha, siląc się na łagodność tonu. – Na pewno już kiedyś to robiłaś… Nie mogę być jedynym, który tego oczekuje…

– Jesteś pierwszym – wydyszała. – Naprawdę…

– Więc tym bardziej musisz się postarać – ciągnął, poruszając powoli biodrami. Każde pchnięcie głębiej wprowadzało jego żołądź między pośladki jasnowłosej. Wzdychała i pojękiwała, mówiła coś przez łzy, ale on już jej nie słuchał, skupiony na własnej, dojmującej przyjemności. Od wielu już lat preferował ten sposób zbliżenia – bardziej rozkoszny dla mężczyzny, często zaś przykry i poniżający dla kobiety. W dodatku nie niósł on ze sobą ryzyka zapłodnienia. A przecież pierwszy kapłan delfickiego Apollina musiał baczyć, gdzie składa swe nasienie. Matkami jego dzieci powinny być co najmniej królowe.

Zawsze żałował, że Olimpias przekroczyła już wiek, w którym mogła zajść w ciążę. Niezrównana władczyni Epiru przespała się ponoć z samym Zeusem, by spłodzić Aleksandra. Tak przynajmniej mówiono, ona zaś nigdy nie zaprzeczała owym plotkom. Kritias był pewien, że syn, którym on by ją obdarzył, stukrotnie przerósłby macedońskiego króla. Nie było mu to jednak pisane. Choć kilkakrotnie wypełnił sobą jej łono, nigdy nie zrodziło ono owocu. Jeśli chciał kiedyś cieszyć się potomstwem, musiał poszukać sobie innej królowej.

Jasnowłosa z pewnością nią nie była, dlatego zamiast zaszczycać jej pochwę, z coraz większym impetem wdzierał się w dziewiczy odbyt. Jęki, które wyrywały się z ust dziewczyny, także rosły w siłę. Jeszcze trochę i zacznie krzyczeć, co może obudzić czujność gospodarza. Delfijczyk nie życzył sobie, by im przerywano, nadeszła więc pora, by uciszyć smarkulę. Przesunął dłonią w górę jej pleców, dotarł do szyi. Objął ją palcami i zacisnął je mocno. Drugą ręką chwycił za włosy. A potem wepchnął jej twarz pod wodę.

Pozbawiona tchu, zaczęła się panicznie szarpać, on jednak trzymał ją pewnie i nie zamierzał wypuścić. Nadal poruszał biodrami – nawet zwiększył siłę oraz tempo penetracji. Odbyt dziewczyny zaciskał się w spazmach, co przynosiło mu jeszcze więcej przyjemności. Odczekał kilkadziesiąt uderzeń serca, nim w końcu szarpnięciem wydobył jej głowę spod powierzchni.

Próbowała zaczerpnąć powietrza, lecz zamiast tego zaczęła się krztusić. Kritias nie przerywał ani na chwilę swoich sztychów. Męskość kapłana raz po raz zagłębiała się aż po jądra. Był bliski spełnienia, które jednak wciąż mu się wymykało. Tymczasem córka oberżysty odzyskała oddech. Odwróciła się ku niemu – jej twarz wykrzywiał grymas wściekłości.

– Coś ty zrobił? – dyszała. – Powiem wszystko ojcu…

– Nie powiesz – odparł zimno. Złapał ją tak, jak poprzednio i zmusił do zanurzenia głowy. Szarpała się, ale jakby słabiej. Biodra Delfijczyka uderzały o pośladki dziewczyny z głośnymi mlaśnięciami. Członek silnie pulsował, rozpychając się w ciasnym wnętrzu. Na wzburzonej powierzchni wody pojawiały się bąbelki – jasnowłosa próbowała chyba krzyczeć. Jedną dłoń zacisnęła na krawędzi balii i usiłowała się do niej przyciągnąć. Kritias wzmocnił jeszcze uchwyt i pochylił się, napierając na nią całym ciężarem ciała. Zamknął oczy. Jego przyjemność mieszała się z grozą podtapianej. I to było wspaniałe.

Ekstaza przeszyła go na wskroś niczym strzała boga, któremu służył. By nie krzyczeć z przepełniającej go rozkoszy, zatopił zęby w barku jasnowłosej. Jej odbyt zacisnął się konwulsyjnie wokół jego penisa, wyciskając zeń istne strumienie spermy. Niezwykła chwila trwała i trwała – sam nie był w stanie określić, jak długo szczytował. Nigdy jeszcze nie przeżył czegoś tak intensywnego.

Tymczasem córka oberżysty przestała się już szarpać, zwiotczała. Miał nadzieję, że otuli jego męskość w chwili, gdy będzie się wycofywał, lecz mięśnie odbytu również wyraźnie się rozluźniły. Dłoń przestała się zaciskać na krawędzi balii i osunęła się pod wodę. Delfijczyk oderwał się od pleców dziewki, wypuścił z rąk jej szyję i włosy. Spodziewał się, że gdy tylko jego uchwyt zelżeje, tamta wyrwie się na powietrze, parskając i walcząc o oddech. Miał nadzieję, że w jej oczach znajdzie to, czego łaknął: bezgraniczną uległość. Piętno złamanej bezpowrotnie woli.

Ona jednak nie uczyniła żadnej z tych rzeczy. Jej twarz pozostała zanurzona w wodzie, a oswobodzone włosy unosiły się na powierzchni, tworząc w świetle lamp oliwnych coś na kształt lśniącej aureoli. Czas płynął, woda stygła, a męskość Kritiasa, wciąż zagłębiona między pośladkami dziewczyny, powoli się kurczyła.

Kiedy pojął, że jasnowłosa nie żyje, poczuł głębokie obrzydzenie. Czym prędzej wyswobodził się z jej ciała i wyskoczył z balii, jakby wypełniał ją wrzący olej. Gdy tylko upadł ciężko na podłogę, wstrząsnęły nim torsje. A potem zwymiotował całą wieczerzę, którą uraczył go gospodarz.

* * *

Droga, którą już przebyli, rozjarzyła się blaskiem ognia. Kawalerzyści jechali kłusem, nie chcąc narażać swych wierzchowców na potknięcia. Kilku z nich trzymało w rękach pochodnie. Korinna podniosła się szybko i chwyciła ojca za ramię. Gdy jednak próbował z jej pomocą wstać, kolano ugięło się pod nim i znów zwalił się na ziemię.

– Uciekaj sama – rozkazał. – Ze mną nie zdążysz…

– Nie zostawię ciebie! – krzyknęła zdesperowana. Znowu chwyciła go za ramię i pociągnęła w górę. Zdobył się na jeszcze jeden wysiłek, ale to było na nic. Kolano znów odmówiło mu posłuszeństwa.

– Ukryj się… – wycedził przez zaciśnięte z bólu zęby. Było już jednak za późno. Kawalerzyści omal ich nie stratowali. Pierwszy minął ich bardzo blisko – musiał dostrzec ich kątem oka, bo wydał z siebie ostrzegawczy okrzyk. Następny spiął konia, który zatrzymał się tuż przed nimi. Pozostali poszli w jego ślady.

Korinna uniosła głowę, lecz zaraz zasłoniła oczy. Tak przywykły do ciemności, że płomienie strzelające z pochodni zdawały się oślepiająco jasne.

– Któż to wędruje po zmroku, bez żadnego światła, niczym rabuś czmychający do kryjówki? – spytał jakiś rozbawiony głos. – Ani to praktyczne, ani roztropne. Mieliście szczęście, że was nie rozjechaliśmy.

Demostenes pochylił się do przodu, by ukryć twarz.

– Wybacz, dostojny panie – odezwał się zmienionym głosem. Jego ton brzmiał niemal uniżenie. – Nie chcieliśmy nocować na drodze… Nasza wioska leży nieopodal.

– Doprawdy? A jak się nazywa? – Jeden z jeźdźców ześlizgnął się z końskiego grzbietu i podszedł do nich. W blasku płomieni Korinna zauważyła, że ma na sobie brązowy napierśnik, który pokrywały zaschnięte plamki krwi.

– Alopeke.

– Więc idziecie ze wschodu, tak? – kontynuował przesłuchanie człowiek w zbroi. – Spotkaliście może po drodze archonta lub jego Scytów?

– Nikogo nie widzieliśmy.

Spieszony kawalerzysta wyciągnął ramię w górę. Któryś z jego ludzi podał mu pochodnię. Podszedł jeszcze bliżej i stanął nad siedzącym na gościńcu Demostenesem. Wpierw długo przyglądał się Korinnie. Poczuła się nieswojo. Choć jej włosy i ramiona skromnie przykrywał himation, nie przysłoniła nim twarzy. Pod zaciekawionym spojrzeniem tego mężczyzny poczuła się odsłonięta, bezbronna, niemal naga. W końcu jednak oderwał od niej wzrok i skierował go w dół.

– Spójrz mi w oczy, przyjacielu – rozkazał. – Lubię wiedzieć, z kim rozmawiam.

Jej ojciec nie podniósł głowy. Domyślała się dlaczego. Odparł tylko:

– Na imię mi Menestas. Jestem prostym rolnikiem…

– Mnie natomiast zwą Demadesem – rzekł tamten, rozbawiony. – Jestem ateńskim strategiem. Powinieneś zatem być mi posłuszny i wypełniać rozkazy. Ja zaś rozkazałem: spójrz mi w oczy.

Nastała pełna napięcia cisza. Korinna wstrzymała oddech. Lodowate palce strachu zacisnęły się wokół jej serca. W końcu jej ojciec usłuchał. Strateg opuścił pochodnię, by oświetlić jego twarz. A potem uśmiechnął się szeroko.

– Wygląda na to, chłopcy – zwrócił się do pozostałych jeźdźców – że to do nas uśmiechnęło się szczęście.

– Proszę cię tylko o jedno – głos Demostenesa zadrżał. – Nie czyń krzywdy mojej córce.

– Z mojej strony nie spotka jej nic złego.

– Zatem oddaję się w twoje ręce, Demadesie.

Tamten parsknął śmiechem.

– Jakbyś miał wybór, Demostenesie. Brać ich.

* * *

Lizander odprowadził Dionizjusza do drzwi jego sypialni. Nim wszedł do środka, Ateńczyk obejrzał się jeszcze na niego, jakby o czymś sobie przypomniał.

– A jak się ma twoja ślicznotka z Eginy? Powiedziała coś więcej?

– Śpi. Była zbyt wyczerpana i przerażona, by coś z niej wyciągnąć. Rano obejrzy ją medyk. Wtedy zostanie przesłuchana. Osobiście się tym zajmę.

– Uczyń to. Trzeba ustalić, co wydarzyło się w sanktuarium Artemidy. Naturalnie, poślesz tam jutro kilku ludzi, lecz zanim wrócą, minie trochę czasu. Ja zaś chcę to wiedzieć jak najszybciej.

– Wyciągnę z niej wszystko, co wie – zapewnił Lacedemończyk.

– Wyśmienicie. Możesz już odejść. Wypocznij, czeka nas pracowity dzień.

Spartanin zawahał się na moment.

– Co się stało? – spytał Dionizjusz.

– Za tymi drzwiami… ktoś czeka na ciebie. Przyszedł po zmroku, jeszcze przed Ophionem i Deimosem. Widziałem go przedtem u twego boku, więc upewniłem się tylko, że nie ma broni i kazałem wpuścić.

– Jeśli to ten, o kim myślę, właśnie zrujnowałeś mi słodką niespodziankę.

– Uznałem, że powinieneś o tym wiedzieć, strategu.

– I słusznie. Ostatnio nie lubię niespodzianek. Dobrej nocy, Lizandrze.

Zostawił za sobą Lacedemończyka i wszedł do sypialni. Panowały w niej ciemności, rozproszone jedynie przez kilka lamp oliwnych ustawionych przy łożu. Na samym zaś posłaniu… leżał najpiękniejszy efeb, jakiego kiedykolwiek dane mu było oglądać. Eneasz był całkiem nagi. Spoczywał na boku, z głową wspartą na łokciu. Złociste włosy zdawały się lśnić. Błękitne oczy wytrzymały spojrzenie Dionizjusza. Uśmiechnął się lekko i – zważywszy na sytuację – bez śladu lubieżności.

– Witaj, mój panie.

– Sądziłem, że wróciłeś do macedońskiej ambasady. Meleager…

– Jego ekscelencja nie potrzebuje mnie nocą – odparł Eneasz. – Ale pomyślałem, że ty tak.

Strateg spoglądał w milczeniu na czarującego młodzieńca. Sycił się jego widokiem. Adiutant macedońskiego ambasadora przypominał mu ożywiony posąg Adonisa lub Ganimedesa. Smukły i wiotki, lecz bez zniewieścienia, świadom swojej urody, ale pozbawiony pychy. Mimo fizycznego i nerwowego wyczerpania, Ateńczyk poczuł, że znów rośnie w nim żądza. Postąpił krok w stronę łoża. Eneasz podniósł się i uklęknął na jego brzegu.

Kiedy Dionizjusz zrobił kolejny krok, jego kochanek rozpostarł ramiona.

* * *

Nikt nie próbował ich powstrzymać przed opuszczeniem Thrii.

Alkajos był z początku wściekły za pobudkę w środku nocy. Lecz gdy tylko usłyszał, co się stało, jego nastrój natychmiast się poprawił. Jeszcze w stajni, kiedy w pośpiechu wyprowadzali konie, zanosił się ochrypłym śmiechem. Czym prędzej zostawili za sobą pogrążone we śnie miasteczko i wyjechali na równinę. Noc była mroczna, księżyc i gwiazdy skrywały się za grubą powłoką chmur. Dlatego nie zmuszali wierzchowców do galopu. I tak zanim nadejdzie świt, będą już daleko. Tempo jazdy pozwalało na prowadzenie rozmowy, a rozbudzony Macedończyk nie zamierzał z tej okazji rezygnować.

– Muszę ci przyznać, że mnie zaskoczyłeś, klecho – mówił rozbawiony. – Nie spodziewałem się, że masz to w sobie. Wiedziałem, że lubisz gwałtowne zabawy. Pokazałeś to z tą dziwką, Filoną… Ale morderstwo? Własnymi rękoma? Jestem pod wrażeniem.

– Nie miałem zamiaru jej zgładzić – zaprotestował Kritias. Chociaż zwrócił już wszystko, co zjadł tego wieczoru, a także sporo żółci, wciąż czuł, że jego żołądek zgniata jakaś bezlitosna siła. – Chciałem tylko…

– Nie łżyj! – przerwał mu brutalnie Alkajos. – Nic, co powiesz, nie zmieni prawdy. Jesteś zimnokrwistym zabójcą, Kritiasie. Brak ci wprawdzie mojej biegłości, w dodatku wciąż głupio przeczysz swej naturze… ale to, co najważniejsze, jest w tobie. Zapewniam cię, że ta kurewka z oberży nie będzie ostatnią. Kto wie, może nawet nie była pierwszą?

Delfijczyk przypomniał sobie niewolnicę Eurynome i to, jak w jej oczach gasło życie. Zacisnął wargi i nic nie odrzekł. Alkajosowi jednak to nie przeszkadzało. Mówił dalej, a w jego słowach rozbrzmiewała drwina:

– Kto by pomyślał? Kapłan, święty człowiek, czciciel dobra i piękna! Śnieżnobiała szatka, gładka cera, wyperfumowany jak koryncka ladacznica. A tymczasem…

– Zamilcz wreszcie! – krzyknął łamiącym się głosem Kritias i spiął konia. Wysforował się przed najemnika, ale prędko musiał zwolnić. Bał się, że wierzchowiec połamie sobie nogi na nierównym gruncie.

By nie pogubić się w ciemnościach, trzymali się brzegu rzeki Aenoe. Przeprawili się przez nią jakiś czas temu i teraz mieli ją po lewej ręce. Gdzieś przed nimi rozciągało się pasmo górskie Kerates. Alkajos zrównał się z Delfijczykiem. Ten postanowił nie czekać na kolejną serię kpin.

– Miniemy góry od północy – oznajmił. – Zatrzymamy się na spoczynek w Eleuthere. Jutro przekroczymy granicę Beocji. Za trzy dni chcę być w Delfach.

– Zgodnie z rozkazem – odparł poważnie Macedończyk. Potem zaś dodał: – Tylko proszę, skoro mamy zatrzymać się w Eleuthere… postaraj się tam nikogo nie zabić. Chciałbym choć raz porządnie się wyspać.

Przejdź do kolejne części – Opowieść helleńska: Demetriusz XXVII

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobry wieczór,

Mam przyjemność zaprezentować Czytelnikom Najlepszej Erotyki XXVI rozdział przygód Demetriusza (tym razem dość nietypowy, bez samego Demetriusza, który pojawia się tu tylko mimochodem; rozdział koncentruje się bowiem na innych postaciach). Jest to jakby domknięcie ostatnich wydarzeń w Atenach. Bardzo jestem ciekaw jego przyjęcia.

Jak zawsze przy przygotowaniu tego rozdziału do publikacji pomagała mi nieoceniona Areia_Athene, niezastąpiona Korektorka mojej pisaniny. Korzystając z okazji, raz jeszcze pragnę złożyć Jej serdeczne podziękowania. Ona już wie, co jest na tych stronach. Was natomiast zapraszam do lektury, licząc, że okaże się ona satysfakcjonującą.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Okazała się satysfakcjonującą, choć znów (jestem przyzwyczajona do Twoich długich opowiadań), chciałoby się powiedzieć, że za krótką i znowu (pewnie aż do Nowego Roku?) trzeba się uzbroić w cierpliwość.
Coraz niecierpliwiej czekam, kiedy karma wróci do Kritiasa i Alkajosa. Gdziekolwiek tych dwóch się pojawi, osobno albo w duecie, sieją spustoszenie w każdym tego słowa znaczeniu.
Trochę szkoda, że zatrzymaliśmy się na progu sypialni Dionizjusza i kurtyna opadła, bo doskonale wyszła Ci scena Dionizjusza i Eneasza w poprzednim rozdziale, co już chwaliłam. Wolałabym ją od igraszek w balii, ale rozumiem, że ze względów konstrukcyjnych było to konieczne.

Widać już w tej części początek zachodu słońca czyli domykanie wątków niektórych postaci, ale jeszcze nie powiedziałeś ostatniego słowa i podejrzewam, że po serii części tzw. "środkowych" nastąpi finał z fajerwerkami. Finiszowanie opowieści jest trudne, tym bardziej, że na scenie Twojej historii jest naprawdę duży tłok.
Ja w każdym razie czekam dalej na Demetriusza, moją ulubienicę Ismenę, nieocenioną Filonę i… coś czuję, że przypomni nam o sobie Eurynome, która już dawno nie pojawiała się w opowieści.

Miss,

dziękuję za pochlebny komentarz. Faktycznie, ta część jest krótka (24 strony) w porównaniu z poprzednimi (średnio 40 stron), ale potrzebny był taki właśnie łącznik przed kolejnymi, dłuższymi rozdziałami. Następny powinien się tu pojawić 20 grudnia, ale nie obiecuję nic, bo dopiero się pisze. W każdym razie plan jest taki, by Czytelnicy OH otrzymali prezent jeszcze przed gwiazdką 😉

Do sypialni Dionizjusza jeszcze nie raz zawitamy. W tym rozdziale nie chciałem dawać sceny gejowskiej bliźniaczo podobnej do tej w Rozdziale XXIV. Dlatego pozostawiłem dalsze rozrywki Dionizjusza i Eneasza domyślności Czytelników. Zamiast tego była scena w balii, która jak sądzę mówi sporo o postępującym szaleństwie Kritiasa. A więc fabularnie jest bardziej uzasadniona.

Masz pełną słuszność, Miss. Wielki finał z fajerwerkami (mam nadzieję, wystarczająco jasnymi 🙂 nadciąga. Mam dość precyzyjny plan, ale jak to "wyjdzie w praniu" – dopiero zobaczymy.

Pozdrawiam
M.A.

Jak zwykle wysoki poziom lecz szkoda że ten rozdział był tak krótki. Mam nadzieję że następny nam to wynagrodzi 🙂 Co do postaci, w przeciwieństwie do Miss Swiss nie sądzę że Eurynome się przypomni, ale kto wie co autor nam zaserwuje? 😉

Co za idiota za przeproszeniem morduje po drodze o ile nie ma potrzeby ci panowie powinni raczej z kurami szczać niż zajmować się konspiracją. Z drugiej strony przed autorem rysuje się możliwość pozbycia się Alkajosa wystarczy żeby napotkali na drodze ten patrol Demadesa albo innego setnika.

Podsumuję krótko: NARESZCIE 🙂
Eileen

@ Anomin 1:

Następny wynagrodzi, zapewniam 🙂 Co do Eurynome – nie sprzedaję już żadnych spoilerów 🙂

@ Anonim 2:

Kritias nie jest idiotą, tylko szaleńcem. Jego obłęd pogłębia się stopniowo. Kiedy go poznaliśmy, był po prostu zwyrodnialcem amatorem, lubującym się w oglądaniu cierpień zadanych przez kogoś innego (Danae gwałcona przez Kritiasa, Fojbiane gwałcona zbiorowo na sympozjonie u Hiperejdesa). Następnie, wraz zabójstwem Anteji, po raz pierwszy zasmakował, jak to jest, odebrać życie własnymi rękoma. Na razie jeszcze się w tym nie rozsmakował… ale to, co zrobił dziewczynie w tawernie świadczy o tym, że jest coraz bardziej niebezpieczny. Jego sadyzm przekracza już wszelkie granice.

Niestety, z geografii Attyki wynika, że Kritias i Alkajos nie wpadną w ręce Demadesa. Demades wraz ze swym oddziałem pojechał na wschód, szukać Archonta i jego ludzi. Kritias i Alkajos uciekają na północny zachód, kierując się w stronę Beocji i Fokidy. A akurat na kierunku zachodnim Dionizjusz wstrzymał pościg, stwierdzając, że najemnikom należy się odpoczynek. Tam więc "synowi Apolla" znowu się poszczęściło.

@ Eileen

Cieszę się, że mogłem sprawić Ci radość… a teraz Ty spraw mi proszę radość i podsumuj długo 😉

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Witaj Megasie!

Dionizjusz bierze wille Hiperejdesa za swoją siedzibę. Zwycięstwo Oligarchów jest ostateczne. Podobało mi się przesłuchanie niewolnego chłopca przez Dionizjusza zakończone decyzją o zmianie pościeli cuchnącej "potem zdrajcy i jego kochasiów".

Podoba mi się opis powolnej ucieczki Korinny z ojcem, jest bardzo realistyczny, dobre jest to że oni – będący zwykłymi ludźmi, "cywilami" – nie mają zbyt dużej wytrzymałości, siły szybko ich opuszczają, pasowało że córka Demostenesa usnęła.

Egzekucja Akristosa i Myrona była świetnie opisana. Podobała mi się zdrada tej dwójki, dokładnie tak jak powinno być ze światem przestępczym – każdy wybrał tego, kogo szanse na zwycięstwo wyżej oceniał (bo powątpiewam by Deimos i Ophion wybrali Dionizjusza z samej wierności).

Kritias i jego ofiara…Radziłeś mi bym nie wahał się krytykować więc tutaj trochę będę krytykującym krytykiem 🙂 Nie jestem pewny czy ewolucja postaci wybrańca Apolla poszła w najlepszym kierunku, po tym jak zamordował niewolnicę Euronyme i miał z tym problem, odczuwał wręcz wyrzuty sumienia, to bardzo mnie zaskoczył – dotąd byłem przekonany że Delfijczyk to kompletny potwór, bez cienia współczucia czy żalu za czynione zło. To mnie więc zdziwiło ale i spodobało się. Natomiast teraz wydaję mi się (może źle zakładam?), że Kritias zaczyna się stawać kimś w rodzaju seryjnego mordercy, że oszalał lub jest tego bliski. Moja wizja tej postaci, jest taka:
Najpierw piękny kapłan był absolutnie zły, zdolny do wszystkiego, ale też bardzo inteligentny i z fascynującą osobowością – tym skrajnym narcyzmem – uwielbiałem czytać jego myśli. Potem, po zabójstwie niewolnicy, byłem zaskoczony i zaintrygowany – "Kritias okazał się inny niż zakładałem", "co teraz będzie, jak to na niego wpłynie?". Natomiast teraz, po rozdziale XXVI, poczułem coś trochę jak: "Ah. Więc jednak jest potworem…", zdaję sobie sprawę że to moje subiektywne spojrzenie, że Ty wiedziałeś – wtedy gdy ja, go, na początku, brałem za zło absolutne – iż on wtedy jeszcze taki nie był, więc dla Ciebie ewolucja jego postaci jest inna. Zapewne coś w stylu – coraz głębszego upadania w mrok i pewnie szaleństwo – ale ja tego tak nie widziałem, ja odczuwam pewne zmarnowanie potencjału "uczłowieczenia" wybrańca Apolla, jego wyrzutów, zobaczenia chociaż troszkę dobrej twarzy Delfijczyka (skoro miał jakieś sumienie). I ten "nowy" piękny kapłan co lubi sobie zabić jest też w moim odczuciu trochę żałosny (nie wiem czy to zamierzone). Trochę szkoda jeśli groźny, piekielnie inteligentny Kritias zamienił się w szaleńca opętanego mordowaniem kobiet. No chyba, że taki ma być jego, zaplanowany przez Ciebie, koniec tej postaci – wybraniec Apolla ma tak nisko upaść, swoista kara za całe jego zło – jeśli tak to jego "żałosność" nie jest wtedy dla mnie problemem, taki plan zagłady osobowości Delfijczyka uważam za ciekawy.
No, to krytyk pokrytykował, tak jak chciałeś Megasie 🙂

No i Demostenes z córką wpadli w ręce Demadesa…Zaczynam się denerwować 🙂 Proszę, Megasie, nie zabijaj Korinny, a już zwłaszcza gdy żyje jeszcze jej ojciec. Bardzo Cię proszę 🙂

Dionizjusz miał miłą niespodziankę na koniec ciężkiego dnia 🙂 Należało się mu po tym wszystkim. Ciekawi mnie jaką rolę jeszcze odegra Eneasz, czy przypadkiem Meleager nie wykorzysta jakoś zauroczenia Falerończyka przeciwko niemu…Ciekawe, ciekawe 🙂

Następny wspaniały rozdział. Ten jeden, mały problem z Kritiasem nie zmienia mojej oceny – miałem prawdziwą czytelniczą ucztę, uwielbiam Opowieść Helleńską!

Pozdrawiam
Aoba

Witaj ponownie, Aoba!

Bardzo lubię krytykę, zwłaszcza gdy jest tak solidnie umotywowana i przemyślana. Zgadzam się w pełni, że ewolucja Kritiasa może budzić wątpliwości. We mnie również – nie jestem wcale pewien, czy kierunek, który wybrałem dla tej postaci jest optymalny, czy nie spłaszczam i nie banalizuję kogoś, kto mógł być znacznie bardziej interesujący i złożony. Mimo to podejmę się jednak obrony mojej wizji delfickiego kapłana.

Przed przybyciem do Aten Kritias był bezwzględnym, okrutnym, sadystycznym człowiekiem, który jednak nie lubił sobie brudzić wypielęgnowanych starannie rąk. Pamiętasz zapewne w Opowieści Tais – Kritias często fantazjuje o tym, że odda Tais do "wytresowania" Alkajosowi. Jednak gdy sam konfrontuje się z Beotką, choć stara się być brutalny, przegrywa ten pojedynek. Nie udaje mu się jej złamać. Jeszcze nie jest gotów pójść zbyt daleko. Natomiast z wielką przyjemnością ogląda Alkajosa przy "pracy" – łamaniu niewolnicy Dafne.

Po przybyciu do Aten, Kritias posuwa się na drodze okrucieństwa. Wciąż jednak krzywdzi za pośrednictwem innych. Inspiruje zbiorowy gwałt na Fojbiane, lecz nie bierze w nim udziału. Zmusza Helenę, by zadawała ból Narsesowi i przygląda się temu – z bezpiecznej odległości. Morderstwo niewolnicy Eurynome jest przełomem – po raz pierwszy uśmierca kogoś własnymi rękoma. Choć nie do końca samodzielnie – pomaga mu wszak Narkissos. Przy okazji w Delfijczyku budzi się jego ostatni ludzki pierwiastek – stąd poczucie winy, wewnętrzne zmieszanie.

Kolejnym przełomem jest zabójstwo córki właściciela zajazdu. Kritias być może nie zamierzał jej uśmiercać, ale gdy już to się stało, nie czuł wyrzutów sumienia – a jedynie obrzydzenie. Stąd torsje i wymioty. Tym razem kapłan zabił w pojedynkę. Nawet jeśli w pierwszej chwili odczuł wstręt, to z pewnością wzmocniło to także jego samoocenę. Pojął, że nie potrzebuje pomocy, by zadawać śmierć.

W następnych rozdziałach Kritias coraz bardziej rozsmakowuje się w nowo odkrytej podniecie. Wstręt ustępuje tak samo, jak przedtem ustąpiły kłopoty z sumieniem. Pozostaje czysta rozkosz. Słusznie interpretujesz: piękny kapłan pogrąża się coraz bardziej w szaleństwie, które zawsze gdzieś się tam czaiło, ale dopiero teraz znalazło ujście w osobiście dokonywanych zbrodniach. Ja również uważam, że czyni to Kritiasa coraz bardziej żałosnym. Nie wiem tylko, czy to kara za całe jego zło – myślę, że ta dopiero go spotka. Choć trudno sobie wyobrazić sprawiedliwą odpłatę za wszystkie jego zbrodnie. Tym bardziej, że on z każdym dniem wzbogaca swoją kartotekę.

Natomiast nie nazwałbym go piekielnie inteligentnym. Owszem, nie brak mu rozumu, ale zbyt często pozwala, by kierowały nim namiętności, zwłaszcza te z gatunku najbardziej obmierzłych. Kaprys, jakim był gwałt dokonany na Filonie, może drogo kosztować zarówno jego, jak i całe stronnictwo, które reprezentuje. Tym bardziej, że uciekając z Aten, nie zabrał z sobą (ani nie zgładził) tej piekielnie niebezpiecznej młódki. To gorzej niż zbrodnia, to po prostu błąd. Poza tym pamiętajmy, że wszystkie intrygi, które snuł Kritias po przybyciu do Aten, ostatecznie się załamały. Nie udało mu się zamordować Dionizjusza, nie dał też rady utrzymać długotrwałej kontroli nad Miastem. Jego agentka – Eurynome – została spalona, ale gdy próbował się jej pozbyć – wybrał do tego narzędzie tak niewłaściwe, jak głupi i lekkomyślny Narkissos. Właściwie jedynym sukcesem Kritiasa w Atenach była zemsta na Fojbiane – a więc działanie podjęte z pobudek osobistych. No i zagranie na nosie Hiperejdesowi – co było już bardzo małostkowe.

Po przeczytaniu tego całego wywodu nie jestem wcale pewien, czy jest on wewnętrznie spójny 🙂 Mam nawet podejrzenie, że wcale nie jest. Pamiętajmy jednak, że staramy się scharakteryzować i opisać ewolucję postaci szalonej, obłąkanej, której umysł coraz głębiej pogrąża się w mroku. Chciałem oddać zstępowanie Kritiasa na coraz niższe stopnie wiodące ku Otchłani. Czy mi się udało? Ocena należy do Ciebie i do innych Czytelników.

Odnosząc się do innych wątków w Twojej wypowiedzi: Demostenesa zabić nie mogę, bo to postać historyczna. Jego córkę owszem, ale wcale nie jest powiedziane, że tak uczynię. Korinna ma swoją wartość, bo dzięki niej można wpływać na postępowanie ojca. Co zaś się tyczy romansu Dionizjusza z Eneaszem – powiem tylko, że słusznie dopatrujesz się tu drugiego dna 🙂

Ale nic już więcej na ten temat nie zdradzę.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Witaj Megasie!

Jak chodzi o Kritiasa to na pewno ja będę miał pełne zdanie o nim gdy jego losy się zakończą. Wtedy dopiero będę mógł w pełni zobaczyć całą ewolucję jego postaci i jaki będzie miała ona wpływ np. na jego koniec.
Twoja wizja jest oczywiście prawdziwa jako pisarza 🙂 I ja myślę, że wyolbrzymiłem znaczenie tych wyrzutów sumienia – ja błędnie to wtedy odczytałem jako zobaczenie pierwszy raz ludzkiej, lepszej strony Delfijczyka. I wydawało mi się że mogą się takie cechy następne pojawić. Więc gdybym mógł coś zmienić teraz w całej historii, to pewnie bym był za tym by piękny kapłan pokazał parę razy lepszą stronę, jeszcze przed zamordowaniem niewolnicy, tak by bardziej było widać że on wcześniej nie był jednak taki całkiem zły.

Co do jego inteligencji to ja jednak obstaje przy swoim 🙂 To też zależy jak zdefiniować "inteligencję", czym ona jest? W każdym razie dla mnie szaleństwo, arogancja, lekceważenie innych (nawet przeciwników), uleganie namiętnościom wszelakim nie odbiera inteligencji, co najwyżej Kritias gorzej z niej korzysta niż gdyby nikogo nie lekceważył, nie czuł żadnych namiętności i był całkowicie zdrowy psychicznie 🙂 Ja bym powiedział, że wybraniec Apolla nie jest wyjątkowo mądry, ale inteligentny (może nie piekielnie, nie jestem pewny) jest – tylko że nie w pełni wykorzystuję ten dar.

Mnie się wydaję, że Delfijczyk jest spójny, właśnie takim go zawsze widziałem, i teraz też widzę. Jest to moim zdaniem świetnie skonstruowana postać, uważam że jest prawdziwy – że ktoś taki mógłby żyć w tamtych czasach, tak myśleć, mieć taką arogancko-narcystyczną osobowość. A w wypadku postaci skrajnej, wyjątkowej też, to jest wielka zaleta. Teraz gdy już wiem jak przebiegała ewolucja jego osobowości to ją także uważam za spójną. Jedyne co sądzę że mogłoby być ciekawsze to gdyby po zamordowaniu niewolnicy pociągnąć dłużej wątek jego wyrzutów sumienia i może pokazać jego jakąś lepszą stronę, wręcz Kritias mógłby się zacząć powoli zmieniać w stronę dobra. Ale czy to by było dobre, gdy już jego los się zakończy, to nie wiem. Może się tak okazać że to co dla Kritiasa szykujesz będzie tak świetne iż uznam to za lepsze niż ewentualne, hipotetyczne, "odnalezienie w sobie dobra" przez Delfijczyka

Aha, no to trzymam kciuki za życie Korinny 🙂

Serdecznie pozdrawiam
Aoba

Witaj ponownie!

Przyznam, że w stosunku do niektórych moich czarnych charakterów kusi mnie zabieg, który dokonał George R.R. Martin z postacią Jaime'a Lannistera, którego najpierw odmalował jako zbrodniarza wyrzucającego z okien dzieci, a potem w przekonujący sposób pokazał nam jego motywacje i pewną wewnętrzną szlachetność, sprawiając, że wielu Czytelników nienawidzących przedtem Królobójcy po prostu go polubiło. Zastanawiałem się nad czymś takim w stosunku do Alkajosa i Kritiasa. W obydwu przypadkach zrezygnowałem. To są postacie, które nie nadają się do procesu wybielania. Być może pokażę jeszcze jakiś ludzki odruch któregoś z nich, ale uważam, że posunęli się już zbyt daleko, by teraz cofnąć się do sektora zastrzeżonego dla bohaterów moralnie ambiwalentnych.

Odnośnie inteligencji Kritiasa, być może masz rację – uleganie coraz mroczniejszym namiętnościom nie odbiera kapłanowi inteligencji, może tylko utrudnia mu jej wykorzystanie 🙂 A co do tego co szykuję dla Kritiasa… cóż, wprawdzie w Opowieści helleńskiej nie ma wprawdzie klasycznie rozumianej sprawiedliwości… ale jednak doceniam wartość fabularną katharsis, możliwe więc że Czytelnicy doczekają się takiego momentu. A wtedy niech wybraniec Apolla drży!

Co zaś się tyczy Korinny – trzymanie za nią kciuków z pewnością jej nie zaszkodzi 😀

Pozdrawiam
M.A.

Witaj,

To prawda, Alkajos i Kritias tkwią już zbyt głęboko w mroku, by mogli jeszcze stać się dobrzy. Jaime Lannister nawet na początku, nie był jednak aż tak zły, jak tamci dwaj. Natomiast "ludzki odruch" u kogoś z nich mógłby być interesujący, ale musiałoby to być naprawdę porządnie zrobione by pasowało do tego kim oni teraz są. W wypadku Alkajosa jedynie przychodzi mi do głowy, że mógłby mieć jakieś uczucia wobec swojego dziecka, którego jeszcze nie poznał.

Pozdrawiam

W takim razie pozostaje Ci czekać na kolejny rozdział Opowieści Demetriusza 😀

Pozdrawiam
M.A.

Jak zwykle, czytało się świetnie. W Atenach mamy coś w rodzaju pobojowiska, ciekawe, jakie porządki teraz nastaną, to znaczy, czy Dioniuzjusz da sobie radę. Też nie jest wolny od popełniania błędów. A właśnie, w komentarzach bardzo ciekawa dyskusja o szaleństwie, zwyrodnieniu oraz inteligencji Kritiasa. I tu, Aleksasndrze, poprę Twoje pierwotne zdanie, od którego częściowo chyba odstąpiłeś pod wpływem argumantacji Aoby. Kritias, wbrew pozorom, nie wydaje się aż tak inteligentny, za jakiego sam się zapewne uważa. Popełnia liczne błędy (które powyżej wyliczyłeś), ponosi porażki, nie potrafi zapanować nad emocjami czy niewczesnymi odruchami – nawet Alkajos uznał zabójstwo w gospodzie za czystą głupotę, choćby dlatego, że on sam nie mógł się z tego powodu wyspać (sic! – ale to świetnie pasuje do sylwetki tego typa). Natomiast za główne obciążenie kapłana w materii rozumu uważam nie uleganie namiętnościom ale zadufanie w sobie. Niedocenianie przeciwników to gorzej niż zbrodnia, to błąd. To musi się kiedyś zemścić. A Kritias czyni tak odruchowo, bo uważa się za najlepszego w każdej prawie dziedzinie. Nie potrafi dostrzec własnych ograniczeń, a to podstawa działania każego prawdziwie inteligentnego gracza.

Witaj, Neferze!

Zapewniam Cię, że błędy Kritiasa kumulują się powoli i czeka go ich rozliczenie. Owszem, jest przebiegły, lecz nazbyt folguje swoim słabościom, i to czyni go nieskutecznym. Jego namiętna miłość własna również nie poprawia sytuacji. Gdyby lepiej nad sobą panował i potrafił darzyć szacunkiem nieprzyjaciół, mógłby osiągnąć wszystko. A tak, musi uciekać z Attyki w niesławie i to w dodatku w bardzo złym towarzystwie. A to dopiero początek dalszych upokorzeń!

Cóż więcej rzec? Miłej dalszej lektury!

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz