Opowieść helleńska: Demetriusz XXV (Megas Alexandros)  4.13/5 (34)

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 44 minut/-y    
William Etty, "Kobieta"

William Etty, “Kobieta”

Wiatr wydymał żagle okrętów. Ich smukłe dzioby cięły fale. Attyckie wybrzeże było coraz bliżej.

Trzy ateńskie trójrzędowce – „Salamina”, „Dar Posejdona” i „Złota strzała” – wysunęły się na prowadzenie. Były lżejsze i bardziej śmigłe niż piętnaście transportowców wyładowanych po brzegi żołnierzami, ich dobytkiem oraz bronią.

Spartanin Lizander stał na dziobie „Daru Posejdona”. Jego jasne oczy uważnie lustrowały obydwa ateńskie porty: Pireus i Faleron. Pierwszy wydawał się spokojny, ale nad drugim unosiły się ciężkie kłęby dymu. Domyślał się, co było tego przyczyną. Rozumiał też, że jego ludzie będą musieli być w pełnej gotowości bojowej od momentu zejścia na brzeg. W Mieście toczyła się bezpardonowa walka. Z tej odległości nie sposób było stwierdzić, kto ma przewagę. Lizander liczył jednak, że jego przybycie zdecydowanie przechyli szalę na rzecz oligarchów.

– Przekaż transportowcom – rozkazał swojemu sygnaliście. – Niech żołnierze wkładają pancerze i przypinają miecze. Możliwe, że będziemy musieli wyrąbać sobie drogę do Aten.

Sygnalista pobiegł na rufę. Tam prędko rozpalił dwie pochodnie, po czym zaczął wykonywać nimi tajemnicze ruchy. Zataczał kręgi, przerywane pionowymi machnięciami. Rozkaz najwyraźniej dotarł do załóg statków, które pozostały w tyle, bo na ich pokładach dało się zauważyć nagłe poruszenie. Szum fal był zbyt głośny, by można było przekazywać polecenia krzykiem, ale widoczność była wprost idealna.

Lizander miał już na sobie brązowy napierśnik, pod pachą zaś trzymał hełm ze szkarłatnym pióropuszem. Jego włócznia oraz hoplon oparte były o reling. Przy pasie kołysała mu się machaira w prostej, udekorowanej pojedynczym rubinem pochwie. Prowadził ze sobą tysiąc najemników z Tajnaronu: Elijczyków, Achajów, Argiwów oraz Spartan. Nienasycone psy wojny, które osierocone po śmierci Agisa III, bezczynnie czekały na okazję, by znów dobyć oręża w zamian za srebro. On dał im tę sposobność. Dziś skąpią swoje miecze we krwi nieprzyjaciół. Czuł ich podniecenie oraz niecierpliwość. Dzielił je z nimi. Jego dłoń instynktownie zacisnęła się wokół rękojeści machairy. Już niedługo, za niespełna klepsydrę, dotrą do Pireusu. A wtedy… Wtedy rozpęta się piekło.

* * *

U stóp wzgórza Hiperejdes, Demostenes i Kritias czekali na wynik bitwy na Akropolu. Choć demokraci sforsowali już Propyleje, choć wszystko zdawało się zwiastować triumf, wieść o nim wciąż nie nadchodziła. Przeciwnie, w dół Drogi Panatenajskiej znoszono coraz więcej zabitych i rannych.

– Zbyt długo to już trwa – stwierdził z niepokojem Demostenes. – Oligarchowie powinni już skapitulować! Muszą rozumieć, że przegrali!

– Nie, jeśli wciąż dowodzi nimi Dionizjusz z Faleronu – odparł Hiperejdes. – Dopiero kiedy zginie, możemy liczyć na rozsądek z ich strony.

– Więc niech idzie do Hadesu! – warknął delficki kapłan.

– Ciszej. Ludzie patrzą.

Wokół tej trójki zgromadzili się liczni obywatele. Byli zbyt ubodzy, by móc sobie pozwolić na rynsztunek hoplity, dlatego też nie pozwolono im wziąć udziału w szturmie. Mogli tylko czekać – podobnie jak ich przywódcy, którzy starali się robić dobrą minę do coraz mniej satysfakcjonującej gry. Hiperejdes widział w spojrzeniach ludzi coraz silniejszy niepokój, słyszał go w narastających szeptach. Podświadomie przeczuwał, że w jakiś niezrozumiały sposób zwycięstwo wymyka im się z rąk. Ale dlaczego?

Ujrzawszy schodzącego w dół Alkajosa, zadrżał. Macedończyk był cały we krwi. Wyglądało, jakby się w niej kąpał. Stracił gdzieś tarczę, a także hełm. Jego powolny krok nie przypominał jednak ucieczki. Nie cofał się przed nieprzyjacielem. Po prostu był krańcowo wyczerpany. Ktoś podbiegł do niego z bukłakiem. Przyjął go bez słowa podziękowania, przycisnął do ust i pociągnął obfity łyk. Czerwone wino popłynęło mu po brodzie i zmieszało się z pokrywającą go posoką. Kiedy nasycił pragnienie, otarł usta wierzchem dłoni. Hiperejdes postanowił nie czekać, aż tamten przyjdzie do niego. Sam wyszedł mu na spotkanie.

– Co tam się dzieje? – zapytał ściszonym głosem. – Mów!

Jednooki posłał mu wściekłe spojrzenie. Za Ateńczykiem stanął jednak Kritias i skinieniem głowy potwierdził rozkaz.

– Oligarchowie wycofali się do Partenonu i Erechtejonu – wychrypiał Alkajos. – Mają zamiar się tam bronić. Wasi ludzie nie chcą atakować świątyń. Boją się. Stracili swoich wodzów.

– Których? – zapytał drżącym głosem Demostenes.

– Leander jest ciężko ranny. Pewnie niedługo go zniosą. Sylanos poległ. Ale to nie wszystko.

– Co jeszcze? Mów, nie każ nam czekać!

– Statki. Cała eskadra. Zbliżają się do Aten. Za klepsydrę będą w Pireusie.

– Kto to może być?

– Z pewnością nie nasi sojusznicy – ponuro zauważył Delfijczyk. – Żaden z nich nie przypłynąłby morzem. Wygląda na to, że właśnie przybyło nam wrogów.

Nastała długa cisza. Demokraci, Kritias i Alkajos spoglądali po sobie w milczeniu. Niespodziewanie sprawy zaczęły przybierać zły obrót.

– Jak ich odeprzemy? – spytał w końcu Hiperejdes. – Nasi hoplici są wciąż na Akropolu.

Delficki kapłan rozejrzał się dookoła.

– Macie przecież znacznie więcej zwolenników. Ja widzę tu kilka tysięcy.

– To ubodzy obywatele, których nie stać na zbroje i tarcze – zaprotestował Demostenes. – Mają włócznie, proce, a niektórzy nawet łuki, ale nie stanowią wojska jak ci, których posłaliśmy na górę.

– Są za to liczni i zdeterminowani – zauważył Kritias. – Spragnieni działania. Obawiam się, że nie macie wyboru. Musicie obronić Pireus.

– Odwołamy część hoplitów ze wzgórza – zdecydował Hiperejdes. – Pójdą w pierwszej linii.

– Ja zaś – odparł Delfijczyk – dam wam olbrzyma, który poprowadzi was do zwycięstwa. Brennusie!

Stojący w pewnym oddaleniu Celt odwrócił ku nim głowę. Zbliżył się niespiesznym krokiem i spojrzał z góry na kapłana.

– Poprowadzisz tych oto do Pireusu. Pojawił się tam nowy nieprzyjaciel. Musisz utrzymać port.

Brennus popatrzył na zgromadzone wokół tłumy. Przyjrzał się wychudłym ciałom, niekompletnemu rynsztunkowi, bezładnej ciżbie, której nie sposób było ująć w karby bojowego szyku. Chciał chyba zaprotestować, ale ostatecznie potrząsnął tylko głową.

– Rozkaz – wycedził przez zęby.

– A więc postanowione – Kritias posłał Celtowi jadowite spojrzenie. – Kiedy ich odeprzecie, skończymy sprawę z tymi na wzgórzu.

* * *

W świątyni Ateny Dziewicy panował ścisk i zaduch. Do kobiet i dzieci, które schroniły się tu zeszłej nocy, dołączyło sporo nieuzbrojonych mężczyzn, niewolnicy, a także część najemników, którzy ocaleli po bitwie. Dowodził nimi Dionizjusz. Reszta żołnierzy wycofała się pod komendą Fokiona i Demadesa do Erechtejonu, by bronić starców oraz rannych, tam właśnie szukających azylu.

Przed wybuchem rebelii Dionizjusz utrzymywał w Mieście ponad dwustu zbrojnych. Po kilkunastu godzinach walk zostały mu ich trzy tuziny. Do tego dochodził jeszcze Meleager ze swym adiutantem i czterech Bizaltów z jego obstawy. No i Demetriusz. W razie szturmu demokratów na Partenon bronić go mogło zaledwie czterdziestu czterech mężczyzn, z czego część odniosła już rany. Strateg z Faleronu podejrzewał, że Fokion nie dysponuje większą siłą.

Wszystko to przedstawił swojej małej radzie wojennej, do której należeli teraz: Meleager, Demetriusz oraz Eneasz.

– Musimy się tu utrzymać do czasu, aż Lizander opanuje Ateny – zakończył swoją przemowę. – Liczę, że nie potrwa to długo.

– Zabarykadowaliśmy główne wrota oraz wszystkie boczne wejścia – stwierdził macedoński ambasador – ale póki co nikt nie próbuje ich sforsować. Wygląda na to, że nasi demokratyczni przyjaciele mają większe kłopoty.

– Co daje nam chwilę wytchnienia. Możemy odpocząć, ale miejcie się na baczności. Jeszcze ich nie pokonaliśmy. W desperacji mogą postawić wszystko na jeden rzut kością.

– Jeśli tu przyjdą, pokonamy ich! – wtrącił zapalczywie Eneasz. Nie wziął jak dotąd udziału w bitwie i był z tego powodu bardzo nieszczęśliwy. Miał chyba nadzieję, że niespodziewany szturm na świątynię pozwoli mu popisać się walecznością i odwagą. Zarówno przed Meleagrem, jak i swym nowym kochankiem, Dionizjuszem. Strateg posłał mu zmęczony uśmiech, ale nie skomentował. Macedoński ambasador wywrócił tylko oczyma.

Po zakończeniu narady Demetriusz ruszył główną nawą świątyni w stronę ołtarza oraz olbrzymiego posągu Ateny wykonanego przez samego Fidiasza. Młodzieniec zostawił tarczę i hełm nieopodal wrót Partenonu i teraz szedł w samej tunice i sandałach. Uwolnienie od ciężaru rynsztunku przyniosło mu ulgę. Bitewne podniecenie stopniowo mijało i mógł wreszcie uporządkować myśli. Tak wiele rzeczy wydarzyło się w przeciągu ostatnich kilku godzin… Brutalnie zakończona kłótnia z ojcem. Krwawa bitwa o Akropol. Poczucie klęski, a potem nagła odmiana losu. Włócznia Demetriusza wbijająca się w pierś Spartanina. Ojciec uratowany od pewnej, jak się wydawało, śmierci. Sojusznicze okręty na morzu. Ocalenie.

Coś takiego w pełni zasługiwało na dziękczynne modły wzniesione ku patronce tego miejsca.

Większość kapłanek starała się pomóc przepełniającym świątynię uchodźcom. Opatrywały rany, przynosiły jadło oraz wodę. Kilka niosło pomoc duchową – odprawiając nabożeństwo przy ołtarzu dla tych, którzy czuli się na siłach, by wziąć w nim udział. Demetriusz stanął pośród pogrążonych w modlitwie ludzi. Uniósł głowę i spojrzał w twarz fidiaszowej Atenie. Czy to ty prowadziłaś moje ramię, kiedy cisnąłem włócznią, zapytał boginię, wpatrując się w jej nieruchome rysy. Czy dzięki tobie pojednam się z ojcem?

Nie odpowiedziała, lecz przecież się tego nie spodziewał. Jeśli bogowie istnieją, Dziewica wystarczająco już mu się przysłużyła. Jeśli zaś bogów nie ma… Nie, lepiej wierzyć, że są. I dziękować im za wszystkie dary, jakie się otrzymało. Inaczej można ich urazić własną niewdzięcznością. Demetriusz szeptem zaczął recytować krótki hymn na cześć Ateny. Zamknął oczy i pochylił głowę. Nie miał pojęcia, jak długo trwał w tej pozycji. Z półsnu wyrwał go delikatny dotyk, który poczuł na ramieniu.

Uniósł powieki i spojrzał w bok. Tuż przy nim stała niewolnica Meleagra, Eufraksja. Patrzyła na niego z troską i z trudem skrywaną radością.

– Żyjesz, panie – szepnęła, pochylając się ku niemu. – Tak bardzo się cieszę… Przed bitwą widziałyśmy cię, jak szedłeś z tarczą i włócznią w stronę Propylejów. Modliłyśmy się z Charą, by nie przytrafiło ci się nic złego. Atenie niech będą dzięki. Była dziś łaskawa…

Demetriusz raz jeszcze popatrzył w twarz kamiennej bogini i pozdrowił ją skinieniem głowy.

– Bardziej niż łaskawa – odparł cicho. – Nie zostałem nawet draśnięty… W dodatku ocaliłem ojca.

Szare oczy Eufraksji rozbłysły z podziwu. Chwyciła go stanowczo za dłoń i poprowadziła między kolumny. Nie chcąc przeszkadzać modlącym się, Demetriusz podążył za nią bez najmniejszego sprzeciwu.

– A więc to prawda… – szepnęła niewolnica, gdy znaleźli się za jednym z filarów. – Najemnicy głośno o tym rozprawiają. Jesteś bohaterem, mój panie.

Chciał zaprotestować, lecz mu nie pozwoliła. Wtuliła się w Demetriusza swoim ciałem i przyparła go do doryckiej kolumny. Równie wysoka jak Falerończyk, przycisnęła wargi do jego ust. Zaskoczenie trwało tylko przez kilka uderzeń serca. A potem objął ją ramieniem w talii i odwzajemnił pocałunek. Drugą ręką sięgnął ku pośladkom dziewczyny. Chwycił jeden z nich i ścisnął mocno. Zadrżała.

Przypływ podniecenia był nagły i bardzo intensywny. Młodzieniec poczuł, że jego męskość momentalnie twardnieje i unosi się pod tuniką. Niewielkie, lecz twarde piersi Eufraksji dociskały się do jego torsu. Jej wargi były słodkie, wilgotne i chętne. Nie spodziewał się takiej namiętności po tej brunetce o alabastrowej cerze. Jej uroda sugerowała raczej naturę chłodną i pełną rezerwy. Najwyraźniej pozory myliły. Demetriusz pojął, że dziewczyna jest równie spragniona jak on.

Między pocałunkami wyszeptał:

– Czy jest tu jakieś ustronne miejsce?

Potwierdziła skwapliwie, jakby czekała, kiedy spyta.

– Pójdź ze mną, panie. Postaraj się być jak najciszej.

Doskonale zdawał sobie sprawę, że była niewolnicą Meleagra i czyniąc z nią to, co zaraz uczyni, sięgnie po cudzą własność. Mimo to nie zamierzał powściągać swojej żądzy. Macedoński ambasador przespał się z Raisą, która należała wszak do Falerończyka. Korzystał z niej przez cały tydzień… Demetriusz nie będzie gorszy. Miłe chwile z Eufraksją wyrównają rachunek. Może wtedy jego gniew choć trochę osłabnie.

* * *

Odwołani z Akropolu hoplici schodzili powoli w dół Drogi Panatenajskiej. Wielu z nich odniosło już obrażenia, wszyscy zaś byli wyczerpani dotychczasowymi zmaganiami. Nie wyglądali bynajmniej jak zwycięzcy, to było oczywiste. Brennus przyglądał im się spode łba, nie wypowiadając ani słowa. Tymczasem Hiperejdes wezwał obywateli, by zgromadzili się wokół niego. Kilka tysięcy mężczyzn posłuchało. Byli ciekawi jego przemowy, spragnieni słów pokrzepienia i otuchy. Adwokat nie zawiódł ich oczekiwań.

Wpierw podziękował im za to, co już osiągnęli. Wydarli Miasto z rąk uzurpatorów i sprzedawczyków, przynieśli mu wolność. Wymierzyli karę tym, którzy podeptali starożytne prawa, święty ustrój Solona oraz Peryklesa. A jednak, zastrzegł, ich praca jeszcze nie jest skończona. Oto bowiem w Pireusie ląduje kolejny oddział nieprzyjaciół. Trzeba stawić mu czoło i zepchnąć z powrotem do morza. Gdy to osiągną, będą mogli cieszyć się owocami zwycięstwa. Oligarchowie na szczycie Akropolu skapitulują, pozbawieni nadziei na jakąkolwiek pomoc. Ateny znów staną się demokratyczne, jak w czasach największego rozkwitu.

Potrzebny jest jeszcze jeden, ostatni już wysiłek, mówił Hiperejdes, ostatni krok na drodze do triumfu. Jeśli się przed nim cofną, utracą wszystko: to, co dotychczas osiągnęli, wolność Aten, a może nawet życie. Klęska oznaczać będzie upadek Miasta, pogrążenie się w chaosie, poddanie go obcej władzy. Choć nie wymienił imienia Antypatra ani też Macedończyków, słuchacze dobrze wiedzieli, kogo miał na myśli. Kiwali głowami, wznosili na jego cześć wiwaty, potrząsali włóczniami. Byli gotowi pójść wszędzie, gdzie im każe. Choćby w ogień.

Demostenes stał z boku, przysłuchując się tej ognistej przemowie. Układał w myślach plan własnej, którą, jak sądził, przyjdzie mu wkrótce wygłosić. W pewnej chwili padł na niego głęboki cień. Uniósł głowę i spojrzał w oczy stojącego nad nim Celta.

– Brennusie – rzekł, uśmiechając się do dawnego ochroniarza. – Nie zdążyłem ci właściwie podziękować za uratowanie mojej córki.

– Jeśli naprawdę chcesz ją ocalić – odparł cichym głosem olbrzym – czym prędzej opuść to zgromadzenie. Udaj się do domu, w którym przebywa. Zabierz ją stamtąd. A potem uciekajcie z Aten.

– Dlaczego tak mówisz? – zdumiał się demokrata. – Przecież wygrywamy. Musisz tylko utrzymać Pireus…

– Naprawdę w to wierzysz? – Celt postąpił krok w jego stronę. – Gdyby Kritias sądził, że istnieje szansa na triumf, posłałby tam Alkajosa. Spodziewa się jednak klęski. Dlatego to mnie powierzył dowodzenie.

– Z pewnością nie sądzisz…

– …że pragnie mojej śmierci? Jestem tego pewien. Szuka zemsty za to, że na Eginie okazałem mu nieposłuszeństwo. Nie zgodziłem się na zamordowanie Korinny. Teraz przyszedł czas zapłaty.

Demostenes milczał przez dłuższą chwilę. W końcu zapytał:

– Skoro jesteś tego świadom, czemu się zgodziłeś?

– Przysięgałem wierność Tryfonowi z Ambrakii – odparł Brennus. – On zaś kazał mi wykonywać rozkazy Kritiasa. Raz mu się sprzeciwiłem. Dziś będę posłuszny.

– Jeśli jest tak, jak mówisz, poprowadzisz Ateńczyków na rzeź! Nie mogę na to pozwolić…

– Przemów im do rozsądku, jeśli potrafisz.

Demokrata spojrzał na nieprzebrane tłumy zebrane wokół Hiperejdesa. Wpatrzone w tego, którego zwano Przyjacielem Ludu. Spijającego z jego ust każde słowo. I wtedy zrozumiał swą porażkę. Wiedział, że cokolwiek powie, nie zdoła ich przekonać. On, Demostenes, nie odwróci dzisiaj losu, nie odsunie zagrażającej katastrofy. Nie uratuje żadnego ze swoich współobywateli. Oni nie chcą być przez niego ratowani. Jedyną, którą może ocalić, jest jego własna córka. Tylko ona. Aż ona.

– Żegnaj, przyjacielu – rzekł drżącym ze wzruszenia głosem. Wyciągnął rękę w stronę celtyckiego olbrzyma. – Dzięki ci za wszystko, co uczyniłeś, dla Korinny i dla mnie. Za twoją radę. Chociaż nie jesteś Hellenem… okazałeś się bardziej godny i honorowy, niż którykolwiek z mych rodaków.

Brennus uścisnął jego dłoń tak mocno, że o mały włos nie połamał mu palców.

– Pożegnaj ode mnie Korinnę – poprosił. – Powiedz jej…

Wahał się przez krótką chwilę, a potem dokończył:

– A zresztą, nic jej nie mów.

* * *

Prowadziła go pod ścianami świątyni w stronę posągu. Za plecami Ateny Dziewicy znajdowało się przejście do kolejnego pomieszczenia. Ze swoich dawnych wizyt w Partenonie Demetriusz pamiętał, że przejścia strzegli zawsze dwaj strażnicy w płóciennych pancerzach, zbrojni w pałki oraz krótkie miecze. Tym razem jednak nigdzie nie było ich widać. Posłał Eufraksji pytające spojrzenie. Uśmiechnęła się do niego i wzruszyła ramionami.

Następna sala – znacznie mniejsza od tej, którą właśnie opuścili – nie była zazwyczaj przeznaczona dla oczu zwykłych wiernych. Urządzono tutaj skarbiec. W wielkich – i zawartych na cztery spusty – skrzyniach przechowywano bez wątpienia złoto, srebro oraz drogocenne przedmioty, które przez wieki ofiarowano Atenie. Pod ścianami ustawiono kamienne tablice z inskrypcjami. Zawierały one teksty ustaw oraz obwieszczeń publicznych zbyt istotnych, by powierzyć je glinianym tabliczkom czy papirusowi. Między skrzyniami Demetriusz ujrzał wreszcie strażników. Byli zajęci grą w kości i nie zwracali na nic uwagi. Przygrywała im na piszczałce odziana w zielony peplos dziewczyna – zapewne niewolnica któregoś z arystokratów, który znalazł schronienie w Partenonie. Najwyraźniej demokratyczna rebelia w Mieście spowodowała rozprzężenie dyscypliny, nawet wśród świątynnej straży. Zresztą, przed kim mieli pilnować zgromadzonych tutaj skarbów? Kto mógłby je teraz skraść, a gdyby nawet mu się to udało, dokąd by uciekł? Świątynia była oblężona. Szturm mógł się rozpocząć w każdej chwili.

Coś sprawiło, że przyjrzał się niewolnicy. Może to jej ognistorude włosy przyciągnęły jego uwagę? Kiedy zwróciła ku niemu głowę dostrzegł, że była to Chara. Uśmiechnęła się doń samymi oczyma, nie przerywając gry. Chciał ją zagadnąć, lecz wtedy poczuł niecierpliwe pociągnięcie za rękę. Zrozumiał, że nie mogą tu dłużej zostać. Prędzej czy później strażnicy przypomną sobie o swych obowiązkach. Zwłaszcza na widok pary intruzów w świątynnym skarbcu.

Eufraksja prowadziła Falerończyka przez salę, aż dotarli na jej tyły. W pewnej chwili wskazała w dół. W skąpym blasku lampy oliwnej dostrzegł drewniane drzwi w podłodze. Wymacał uchwyt i pociągnął zań ku sobie. Drzwi uniosły się. Oczom młodzieńca ukazał się wiodący stromo w dół korytarz oraz wycięte w kamieniu schody.

– Musisz się mocno schylać – rzekła brunetka, wstępując na nie. – Strop jest z początku dość niski. Nie chcę, byś rozbił sobie to piękne czoło.

Korytarz faktycznie był ciasny, wąski i niski, w dodatku oświetlały go nieliczne lampy oliwne. Wydrążono go w litej skale Akropolu. Pochylony do przodu Demetriusz podążał za niewolnicą, zastanawiając się, dokąd go zaprowadzi. O dziwo, w podziemiu nie panował zaduch, wręcz przeciwnie – dało się wyczuć przeciąg. Loch musiał być w jakiś sposób wietrzony.

Przez jakiś czas schodzili w dół, aż wreszcie ściany, podłoga i sufit oddaliły się od siebie, tworząc rozległą jaskinię. Oświetlały ją pochodnie zawieszone we wbitych w skalne ściany uchwytach. Gdzieś w oddali słychać było szmer wody. Podziemny strumień? Być może. Falerończyk zmarszczył brwi. Skąd Eufraksja wiedziała o tym miejscu? On nigdy o nim nie słyszał. W końcu zadał nurtujące go pytanie.

– Nim kupił mnie czcigodny Dionizjusz – odparła, nie zwalniając kroku – służyłam tu jako świątynna niewolnica. Znam każdy zakątek Partenonu, a także wiele miejsc pod nim.

Zauważył, że ściany i sufit jaskini były pokryte kroplami wilgoci. Minęli niewielkie jezioro i zagłębili się w następny korytarz, dla odmiany pnący się stromo pod górę. Panowała tu niemal zupełna ciemność. Demetriusz prędko stracił orientację w kierunkach i nie miał pojęcia, gdzie się znajdują względem świątyni.

– Powinniśmy zawracać – rzekł nagle, zatrzymując się i mocniej chwytając dłoń Eufraksji. – Jeśli demokraci uderzą na świątynię…

– Nie uderzą – odparła z przekonaniem brunetka. – A jeśli nawet, najemnicy twego ojca odeprą ich z pomocą Ateny, która nie pozwoli na splugawienia swego sanktuarium.

– Tak czy inaczej, nie może mnie tam zabrak…

Uniosła dłoń i położyła mu dwa palce na ustach. Zastanawiał się, jak udało jej się tak dokładnie trafić, bo przecież ledwie ją widział w mroku.

– Ty już jesteś bohaterem. Pozwól teraz innym zdobyć zasługi. Ty zaś… przyjmij nagrodę. Chyba że naprawdę chcesz wracać. Ale będziesz musiał to zrobić sam, bo ja tu zostaję.

Zamilkł, pokonany siłą jej argumentów. Kiedy znów ruszyła w górę korytarza, posłusznie poszedł za nią. Chwilę później poczuł na twarzy świeży podmuch. Zaraz też mrok został rozproszony przez strumień słonecznego blasku. Przysłonił oczy wolną dłonią. Weszli do niedużej jaskini, która kończyła się pionową szczeliną. Podszedł do niej, wychylił się i ujrzał błękit nieba, biel Miasta, w oddali zaś lazur morza. Zakręciło mu się w głowie; zachwiał się, lecz Eufraksja go przytrzymała.

– Jesteśmy na miejscu – szepnęła mu do ucha.

Jaskinia wybita była w ścianie Akropolu. Demetriusz domyślał się, że znajdują się poniżej szczytu, lecz na tyle wysoko, by miejsce to nie było dostępne, a może nawet widoczne od strony biegnącej w dole drogi. Szczelina wychodząca na zewnątrz była dość szeroka, by wpuścić tu sporo światła, lecz z dołu musiała wyglądać jak rysa na płowej powierzchni skały.

Młodzieniec odwrócił się plecami do słońca i spojrzał w dół. Kamienne, porośnięte mchem podłoże zostało przykryte kilkoma wojskowymi płaszczami. Domyślał się, że Eufraksja skradła je najemnikom. Razem tworzyły one w miarę wygodne posłanie. Nieopodal dostrzegł amforę oraz dwa gliniane kubki. Wino niewątpliwie pochodziło ze świątynnych zapasów.

– Widzę, że pomyślałaś o wszystkim – rzekł, zbliżając się do brunetki. Zarzuciła mu ramiona na szyję i przechyliła głowę na bok. On ujął w dłonie jej biodra i przyciągnął ku sobie.

– Bohaterowi Aten należy się wszystko, co najlepsze – wymruczała, śmiało spoglądając mu w oczy.

* * *

Eskadra wpłynęła na wody Pireusu i wykonała zwrot, kierując się w stronę Portu Afrodyty. Już z daleka Lizander dostrzegł, że na nabrzeżu zbierają się jacyś ludzie. Słoneczne promienie rozbłysły na obnażonych mieczach oraz grotach włóczni. Czyżby powitalna delegacja?

Śmiglejsze od statków transportowych trójrzędowce pierwsze dotarły do przystani. Na pokładzie każdego z nich stacjonowało po dwudziestu najemników. Spartanin uznał, że to musi wystarczyć, nim nadpłyną cięższe jednostki. Wezwał swoich ludzi i kazał im gotować się do bitwy. Ci, którzy mieli łuki, stanęli na dziobie i wypuścili pierwsze strzały. Deszcz śmierci spadł na stłoczonych obrońców portu. Wybuchło zamieszanie. Spartanin skrzywił się z niesmakiem. To nie byli żołnierze, tylko uzbrojeni naprędce cywile.

Już wchodząc do Pireusu, trójrzędowce zrzuciły żagle i płynęły dalej na wiosłach. Teraz sprawnie ustawiły się bokiem do nabrzeża. Marynarze rzucali cumy, łucznicy zaś nie przerywali ostrzału. Przystań prędko opustoszała. Tylko zalegające na drewnianych pomostach ciała świadczyły o tym, że ktoś próbował stawić tutaj opór. Po trzeszczących trapach zbiegali hoplici. Uformowali prędko płytką falangę, łącząc tarcze i kryjąc się za nimi. Łucznicy zajęli miejsca na skrzydłach szyku, przeszukując spojrzeniami przestrzeń przed nimi i pobliską portową agorę.

Pod osłoną żołnierzy kolejne transportowce przybijały do brzegu. Z nich zaś wylewały się już setki najemników. Port Afrodyty został opanowany. Pierwsze zwycięstwo, pomyślał Lizander. Jeśli kolejne przyjdą równie łatwo, to będzie bardzo nudny dzień.

* * *

Zagrzani do walki przez mowę Hiperejdesa demokraci opuścili Ateny Bramą Pireusu i dziarsko maszerowali między Długimi Murami w stronę portu. Brennus szedł pośród nich, górując nad tłumem, odróżniając się w każdy możliwy sposób. Długie, jasne włosy spływały na jego szyję oraz byczy kark. Krzyżujące się na piersi pasy podtrzymywały dwuręczny miecz galijski, którego rękojeść kołysała mu się nad prawym ramieniem. Pokryte niebieskim tatuażem oblicze nie wyrażało żadnych emocji. Stawiał krok za krokiem, bez wahania, ale i zbytecznego pośpiechu. Podążał w stronę swego przeznaczenia. Nie było sensu pędzić ku temu, co nieuniknione.

Żałował jedynie dwóch rzeczy: że nie skrzyżował oręża z Aratosem z Hierapytny w czasach, gdy Kreteńczyk był u szczytu formy. Wtedy przekonaliby się, który z nich jest lepszym szermierzem. A także tego, że nie uwolnił świata od Alkajosa z Ajgaj, Rzeźnika Elidy, potwora, który zasługiwał tylko na odesłanie do Tartaru.

Patrząc na swych towarzyszy broni, rozumiał, że nie może być mowy o zwycięstwie. Nieliczni hoplici, starający się trzymać równą linię, poprzedzali chaotyczny tłum – zbieraninę upojoną słowami demagoga. Teraz byli odważni, lecz załamią się po pierwszym niepowodzeniu. Najlepsi żołnierze, jakimi rozporządzali demokraci, leżeli martwi na szczycie Akropolu. Ci tutaj nie byli wojownikami, lecz drobnymi rolnikami, robotnikami budowlanymi, tragarzami, handlarzami z podupadłych straganów, zbankrutowanymi rybakami. Może co drugi z nich miał przyzwoity oręż, co dziesiąty zaś – koryncki hełm odziedziczony po pradziadku, weteranie Wojny Peloponeskiej. Prawie nikt nie posiadał tarczy. Posłanie ich do walki było szaleństwem.

A wśród tej ciżby on – celtycki olbrzym. Należycie uzbrojony, lecz bez wybornej, galijskiej kolczugi, która została na Eginie. Równie dobrze mógłby iść do walki nago.

W oddali widać było bramę w murze okalającym port. Brennus przymrużył oczy, by widzieć lepiej. Przez rozwarte podwoje z Pireusu wychodziły oddziały. Formowały szyk, by stawić czoła demokratom. Słońce rozbłysło na wypolerowanych dyskach tarcz i na brązowych zdobieniach hełmów. Celt od początku przeczuwał, że „utrzymanie Pireusu” było mrzonką. Nadbrzeżne miasto już upadło. Zapewne nikt go nawet zbytnio nie bronił. Ostatnie starcie demokratycznej rebelii rozegra się tutaj, między Długimi Murami. Przynajmniej było tu dość miejsca, by stoczyć porządną bitwę. Nie miał najmniejsze ochoty na wojowanie w ciasnych zaułkach portu.

W miarę jak zbliżali się do wrogich szeregów, Brennus zauważał coraz więcej szczegółów. Tarcze zdobione różnorodnymi malowidłami, wszystkie jednak porysowane od ciosów oręża. Równe linie, w których nikt nie wychodził nawet o pół kroku naprzód. Nie ulegało wątpliwości: to byli zawodowi żołnierze, weterani niejednej batalii. Podobni do tych, których spotkał w sanktuarium Artemidy na Eginie. Wtedy jego klinga zebrała krwawe żniwo. Dziś będzie tak samo. Czuł rosnące podniecenie przez zbliżającym się starciem. Sięgnął prawicą za plecy, zamknął dłoń na rękojeści miecza. Wciąż jednak go nie wyciągał. Ma na to jeszcze czas. Sporo czasu…

Najemnicy nie czekali, aż wrogowie przyjdą do nich: pochylili włócznie i ruszyli naprzód, miarowym krokiem, bez łamania szyku. Brennus szukał spojrzeniem ich dowódcy. Miał nadzieję wypatrzeć pozłacany napierśnik, pokrytą srebrem tarczę albo chociaż szczególnie okazały pióropusz na hełmie. Helleńscy generałowie lubili się wyróżniać. Powalenie wodza było istotne. Nawet jeśli nie przechyli szali zwycięstwa na stronę demokratów, to przecież będzie tematem na pieśń. Celtowie cenili sobie pieśni o wojennych przewagach. On zaś wiedział, że i Grecy nie gardzą tym tematem. Wszak najwspanialszy poemat tej krainy, ułożony przez niewidomego poetę, o wojnie właśnie traktował. Czas zasłużyć na poświęcone sobie strofy.

Olbrzym zaczął przepychać się do przodu, tak by znaleźć się w pierwszej linii. Potrzebował przestrzeni, by móc używać dwuręcznego miecza. Zajął miejsce przed hoplitami. Najemnicy byli tak blisko, że mógł zajrzeć w ich oczy, łypiące z głębi żelaznych i brązowych hełmów. Dopiero wtedy dobył swej obusiecznej klingi. Pokazał ją nieprzyjaciołom. Niech przyjrzą się broni, która poniesie im śmierć.

Zaśpiewały zwolnione cięciwy. Strzała przemknęła tuż obok ucha Brennusa. Następna drasnęła go w ramię. Nawet nie próbował się uchylać. Kolejne pociski spadały już za nim, siejąc tam spustoszenie i jeszcze groźniejszy chaos. Nie oglądał się za siebie. Nie obchodziło go, czy idzie za nim tysiąc, stu czy dziesięciu ludzi. Otrzymał rozkaz: powstrzymać wroga. Wypełni go lub zginie.

Brennus uniósł w obydwu rękach miecz i rzucił się do przodu.

* * *

Brunetka przywarła swoim ciałem do Demetriusza. Jej drobne piersi wtuliły się w jego tors. W szarych oczach dziewczyny zapłonęła żądza. Mocniej przyciągnął jej biodra do własnych, tak by poczuła, że on również jest podniecony. Westchnęła cicho, a on nakrył jej usta swoimi. Całując się z Eufraksją, nie mógł wprost uwierzyć, że nie zwrócił na nią uwagi wcześniej, gdy była jeszcze niewolnicą w domu ojca. Musiał być wtedy całkiem skupiony na Raisie. Opętany absurdalną ideą, by dochować jej wierności, bez względu na wszystkie pokusy, jakie pojawiały się w najbliższym otoczeniu.

Wierność niewolnicy! Dziś wydawało mu się to kompletnym nieporozumieniem. Ideał, w który przez pewien czas wierzył, stopniał pod wpływem pieszczot takich niewiast, jak Kleopatra, Fojbiane, Dorothea i Nephele. Teraz dołączała do nich Eufraksja o czarnych, spiętych w warkocz włosach i szarych oczach pełnych lubieżności. Zresztą, Raisa także nie była lojalna wobec Demetriusza: ukryła przed nim fakt, że sypiała zarówno z jego ojcem, jak i macedońskim ambasadorem. Czy zatem był jej cokolwiek winien? Czy miała prawo stawiać jakiekolwiek żądania?

Wargi Eufraksji były miękkie i wilgotne, język zaś zręczny i skory do igraszek. Demetriusz zsunął jedną dłoń na pośladek dziewczyny. Zacisnął na nim palce. Miała szczupłe, jędrne ciało o niemal chłopięcej sylwetce. Jakże inne od ciała Raisy, pełnego kobiecych krągłości, z obfitym biustem oraz szerokimi biodrami. I choć tak bardzo różniła się od jego iliryjskiej kochanki, pragnął jej tak samo mocno. A może nawet mocniej, bo przecież liczył się też posmak nowości, sposobność do eksploracji nowych, nieznanych dotąd lądów. Niecierpliwość Falerończyka rosła z każdą chwilą spędzoną na pocałunkach i pieszczotach. Chciał więcej, mocniej, intensywniej – i wiedział, że brunetka mu tego nie odmówi.

Uniósł rękę i przesunął ją na biust dziewczyny, a potem wyżej – ku wiązaniom peplosu. Zaczął się z nimi mocować, nie przerywając jednak pocałunków, którymi wzajemnie się obdarzali. Zaraz poczuł, że dłoń Eufraksji pomaga mu w rozplątywaniu wiązań. Ona również chciała czym prędzej wyswobodzić się z sukni. Wkrótce spod czarnej tkaniny ukazało się nagie ramię, równie blade jak reszta ciała, następnie zaś zwieńczona różową brodawką pierś. Demetriusz pochylił głowę i przywarł ustami do dekoltu brunetki. Pogładziła go dłonią po włosach, przeczesała je palcami. A potem przycisnęła jego głowę mocniej do siebie.

Sama poradziła sobie z wiązaniami na drugim ramieniu. Peplos zaczął się zsuwać, odsłaniając coraz więcej jasnego ciała. Falerończyk zszedł w dolinę między piersiami. Poczynał tam sobie coraz śmielej, na przemian całując i liżąc aksamitnie gładką skórę. Jego dłonie zbierały materiał sukni, ściągając ją coraz bardziej pospiesznie. Usta wspięły się na jedno ze wzgórz wznoszących się nad doliną i objęły wrażliwy sutek. Młodzieniec przygryzł go delikatnie, jakby na próbę. Eufraksja wzięła łapczywy wdech i zadrżała.

Zachęcony tą reakcją, zaczął na przemian lizać i kąsać brodawkę, zadawać lekki ból i koić go czułymi pieszczotami. Tymczasem jego dłonie zsunęły peplos Eufraksji poniżej jej pośladków. Dalej spływał już sam, aż wreszcie opadł na podłogę, układając się wokół jej stóp. Demetriusz chciał odsunąć się na kilka chwil, by ujrzeć dziewczynę w pełni jej nagości, lecz ona mu na to nie pozwoliła. Zagłębiła palce we włosy młodzieńca, a jednocześnie nadstawiła drugą pierś, dając mu znak, że pragnie, by ją również wymęczył. Zabrał się za to skwapliwie, zaś rosnące podniecenie sprawiło, że tym razem ukąszenia były mniej delikatne. Brunetka zamknęła oczy i przygryzła wargi.

Nie miała w sobie uległości Kleopatry ani zawodowego wyuzdania Fojbiane. Była za to ciekawa nowych doznań i chętna do wspólnego ich odkrywania. Demetriusza nie zraził fakt, że w jasny sposób pokazywała mu, czego chce. Wręcz przeciwnie, z ochotą spełniał te oczekiwania. Czuł, jak jej brodawki twardnieją pod wpływem pieszczot, domyślał się, że między udami jest już śliska i mokra. Nagle zapragnął jej skosztować. Zszedł pocałunkami niżej, z piersi Eufraksji na jej brzuch. Próbowała go powstrzymać, na powrót przyciągnąć do swego biustu, lecz tym razem nie posłuchał. Myśl o ociekającym wilgocią łonie wyparła wszystkie inne.

W końcu dotarł do celu swej wędrówki. Podbrzusze niewolnicy było gładko wygolone, na wargach sromowych perliły się już pierwsze krople. Demetriusz wpił się w nie ustami, językiem zaś sforsował bramę rozkoszy i wniknął w głąb. Eufraksja jęknęła głośno, z zachwytu oraz zaskoczenia. Nie spodziewała się, że młodzieniec zapragnie pieścić ją w ten sposób. Ale kiedy już to się stało, wrażenie wielce przypadło jej do gustu. Gładząc kochanka po włosach, myślała tylko o tym, by utrzymać równowagę, mimo dojmującej przyjemności rozlewającej się po lędźwiach. Niedługo potem dał jej znak, by nieco rozchyliła uda. Stanęła w rozkroku, ofiarowując mu lepszy dostęp do swej kobiecości.

Smak oraz woń podnieconej dziewczyny doprowadzała Falerończyka do szaleństwa. Miał ochotę pchnąć Eufraksję na posłanie z wojskowych płaszczy i natychmiast posiąść. Przynieść ulgę swej nabrzmiałej męskości oraz przepełnionym jądrom. A mimo to wciąż klęczał, całując i liżąc ją między udami. Jakby nie mógł oderwać ust od tego cudownego miejsca, obmywanego przez miłosne soki.

Jęk brunetki rósł w siłę, przeradzając się wreszcie w cichy krzyk. Uniosła nogę, wsparła udo na ramieniu młodzieńca i pozwoliła mu mocniej wtulić twarz w swe podbrzusze. Drżała w ekstazie, szepcząc coś niezrozumiale. On tymczasem podtrzymywał ją za pupę, by nie upadła w rozkosznym omdleniu. By jeszcze wzmocnić przeżycia dziewczyny, wsunął dwa palce między jej pośladki. Zaczął pocierać opuszkami wejście do odbytu, z początku delikatnie, by sprawdzić, czy nie ma nic przeciwko tego rodzaju igraszkom. Ponieważ nie zgłosiła sprzeciwu, przytknął palec wskazujący do ciasnego otworu i zaczął powoli naciskać. Po kilku próbach mięśnie rozwarły się i przepuściły go dalej.

Teraz pieścił ją z obydwu stron: usta przywarły do łechtaczki Eufraksji, palec penetrował jej pupę. Dziewczyna odrzuciła głowę do tyłu i donośnie krzyknęła. Podbródek i wargi Demetriusza były już mokre od jej rozkoszy. Czuł jednak, że to dopiero początek. Był ciekaw, na jak wysokie szczyty jest w stanie wznieść swoją kochankę. Zacisnął więc mocniej wargi i przyspieszył ruchy dłoni. Ciało dziewczyny ogarnęły spazmy.

Doznając kolejnego orgazmu, wykrzyczała jego imię.

* * *

Między Długimi Murami rozgorzała bitwa. Hoplici starli się z najemnikami, a w ślad za nimi poszła reszta demokratów. Włócznie zadawały pchnięcia, mierząc w szczeliny między hoplonami. Miecze wznosiły się i opadały. Co rusz rozlegał się bolesny krzyk. Krew lała się obficie.

Nawet nie spostrzegł, jak sforsował pierwszą linię wrogiego szyku. Najemnicy patrzyli z grozą na celtyckiego tytana. Umykali przed galijskim mieczem, który rozszczepiał tarcze, jakby były z gliny, wgryzał się w pancerze, rozłupywał hełmy i głowy. Brennus kosił nieprzyjaciół niczym łany zboża: szerokimi, zamaszystymi cięciami. Ci, którzy byli dość odważni, by stawić mu czoła, ginęli od ciosu w twarz lub brzuch. Ci, którzy próbowali uciekać, otrzymywali pchnięcie w plecy albo kark. Śmiał się i ryczał z furii, czując, że bogowie wojny idą u jego boku.

Hoplici wdarli się w lukę powstałą w falandze. Podążali dwa kroki za Celtem, ostrożnie, by nie zmiótł ich szerokimi cięciami. Grzęźli w ścisku, napierali tarczami na hoplony nieprzyjaciół. Krzyczeli im prosto w twarze, dając wyraz swojej waleczności. Tylko wokół Brennusa nie było tłoku. Sojusznicy i wrogowie trzymali się na bezpieczny dystans, wyznaczany długością jego miecza.

Celt wyglądał straszliwie: od stóp do głów spryskany krwią, z szalonymi oczami, które wciąż szukały nowych ofiar. Jak dotąd otrzymał tylko jedną, niewielką ranę. Włócznie zdawały się go nie trafiać, miecze nawet nie sięgały. W przypływie rozpaczy któryś z najemników cisnął w niego oszczepem. Brennus chwycił pocisk w locie, obrócił go w dłoni i rzucił w niefortunnego oszczepnika, przebijając go na wylot.

– Chodźcie do mnie! – ryknął z głębi piersi. – Czego się boicie? Każdy musi kiedyś umrzeć!

Prowokacja przyniosła skutek. Rzuciło się nań dwóch ciężkozbrojnych. Rozłupał tarczę pierwszego z nich, posyłając mężczyznę na ziemię ze zmiażdżonym barkiem. Drugiego, który przyskoczył blisko z gotowym do pchnięcia xiphosem, uderzył na odlew w twarz. Żołnierz zatoczył się do tyłu i wtedy Brennus okrutnym cięciem wypruł mu wnętrzności. Stanął nad powalonym, zerwał mu z głowy hełm i odrzucił w tłum obserwujących starcie. Następnie wyprostował się, uniósł nogę i opuścił ją z impetem. Rozległ się mdlący odgłos pękającej czaszki.

– Kto następny? – wychrypiał, tocząc błędnym spojrzeniem dookoła. – Każdy musi kiedyś umrzeć. Nawet ja.

Tym razem nie było chętnych. Najemnicy pierzchali przed nim, pełni lęku. Ich szyk, rozpruty przez Brennusa, chwiał się i pękał w kolejnych miejscach. Jeszcze chwila i demokraci zdołają się przedrzeć… Po raz pierwszy tego dnia Celt zaczął wierzyć, że mogą wygrać tę bitwę.

– Chodźcie do mnie – powtórzył. – A skończycie jak ci dwaj…

Chciał rzec coś więcej, lecz wtedy właśnie przeszył go nagły ból. Uderzenie było tak mocne, że aż go obróciło. Potrząsnął głową, próbując pojąć, co się stało. Ujrzał, że z jego piersi sterczy strzała o szarych, pierzastych lotkach. Kolejna ugodziła go w odsłonięty bok, nieco powyżej biodra. Opadł na jedno kolano. Sapnął przez zaciśnięte zęby. Rozejrzał się. W jego stronę szło dwóch łuczników. Właśnie sięgali do kołczanów po następne strzały…

Zerwał się z ziemi, rycząc niczym ranny byk. Niewiele myśląc, runął ku nowym przeciwnikom. Na widok jego szarży jeden spanikował. Odrzucił od siebie łuk z nałożoną już strzałą i zaczął umykać. Drugi wszakże nie okazał strachu. Spokojnie napiął cięciwę, przymierzył się. Brennus był tuż przy nim, unosił miecz do straszliwego cięcia… Pocisk ugodził go w brzuch, rozpruł mięśnie i wdarł się w trzewia. Celt nie zatrzymał się. Spadł na łucznika, obalając go własną masą. Rękojeść wysunęła mu się z palców, lecz to nie miało znaczenia. Jedną ręką chwycił mężczyznę za szyję. Drugą wbił mu w twarz. I znowu. I jeszcze raz. Bił tak długo, aż jego pięść okleiła obrzydliwa breja, w której krew mieszała się z odłamkami kości oraz kawałkami mózgu. Dopiero wtedy, z wyraźnym trudem, podniósł się znad nieruchomego ciała.

– Kto następny? – spytał raz jeszcze, choć krew pociekła mu po wargach. Sięgnął do strzały wystającej z torsu. Chwycił za drzewce i ułamał je tuż przy skórze. Podobnie uczynił z pozostałymi strzałami. Wykrzywiając twarz z powodu szarpiącego wnętrzności bólu, pochylił się i podniósł upuszczony miecz. – Każdy musi… kiedyś umrzeć.

– Ja.

Najemnicy rozstąpili się, robiąc miejsce swemu wodzowi. Brennus był zaskoczony: spodziewał się kogoś w pysznym pancerzu, tymczasem ujrzał wojownika niewiele różniącego się od swych podwładnych. Zwykły, skórzany napierśnik, koryncki hełm z wypłowiałym pióropuszem, tarcza bez jakiegokolwiek rysunku. W prawicy włócznia o długim grocie w kształcie liścia.

– Jak ci na imię? – wydyszał Celt.

– Lizander z Lacedemonu. Ciebie, jak się domyślam, zwą Brennusem.

– Słyszałeś o mnie?

– Przed kilkoma tygodniami próbowałem cię nawet pojmać. Zgładziłeś pięciu moich ludzi i uciekłeś z Aten. Cieszę się, że postanowiłeś wrócić.

W ustach zebrała mu się jakaś ciecz, więc splunął obficie. Ujrzał, że ślina zabarwiona jest na czerwono. Nie miał czasu się tym niepokoić. Skupił całą uwagę na Spartaninie.

– Dzisiaj też nie weźmiesz mnie żywego – stwierdził, odsłaniając zęby w upiornym uśmiechu.

– Nie zamierzałem tego czynić – odparł Lizander i pochylił włócznię. Zaczął niespiesznie zbliżać się do Celta, obchodząc go od lewej. Ten zastygł w bezruchu, próbując ocenić zagrożenie. Mężczyzna mógłby uchodzić za postawnego, ale tylko wśród Hellenów. Był od Brennusa o głowę niższy i znacznie węższy w barkach. Wybór broni dobrze świadczył o jego zdolnościach oraz bojowym doświadczeniu. Krótkie, greckie miecze nie miały szans z galijskim orężem. Jedynie broń drzewcowa dawała dostateczny zasięg. Z drugiej strony, jeśli odrąbie grot, włócznia stanie się bezużytecznym kawałkiem drewna…

Czuł na sobie spojrzenia wielu dziesiątek oczu: demokraci oraz najemnicy w napięciu czekali na wynik pojedynku. Odgłosy bitwy słabły na sile, aż wreszcie nastała całkowita cisza. Brennus pewniej uchwycił miecz, zacisnął na rękojeści obie dłonie. Obracał się powoli, tak by cały czas mieć Lizandra przed sobą. Starał się wykonywać jak najmniej niepotrzebnych ruchów. Przy każdym bowiem trzy tkwiące w jego ciele groty rozżarzały się bólem. Wolał nie myśleć, jakie spustoszenia poczyniły. Później się tym zajmie. Może.

Lacedemończyk stracił cierpliwość i uderzył. Włócznia pomknęła naprzód, chyża niczym atakująca żmija. Celt nie miał nawet czasu obrócić klingi, by rozrąbać ostrzem drzewce. Sparował więc cios płazem miecza. Jego przeciwnik tylko na to czekał. Momentalnie skrócił dystans i z półobrotu grzmotnął hoplonem w jego zraniony bok. Brennusowi aż pociemniało w oczach. Zaciskając zęby, wycofał się chwiejnym krokiem. Wykonał odruchową zastawę, lecz okazało się to niepotrzebnym trudem. Lizander nie próbował wyzyskać chwili zamroczenia. Stał w bezruchu, skryty za tarczą. Włócznię unosił nad głową. Idealna postawa, jakby był modelem dla posągu hoplity.

Czy on się ze mną bawi? Myśl przedarła się przez czerwoną mgłę bólu, która spowijała mózg Celta. Ponownie uniósł miecz, celując sztychem w koryncki hełm. Coś mokrego spływało mu po biodrze i ciekło w dół uda. Rozdarte mięśnie brzucha paliły przy każdym oddechu.

Lizander ruszył. Celt wyszedł mu na spotkanie. Nie próbował rozłupać hoplonu mieczem – to dałoby przeciwnikowi okazję do decydującego pchnięcia. Zamiast tego z impetem kopnął w powierzchnię tarczy, odpychając ją do tyłu. Tamten zachwiał się i stracił równowagę. Brennus zaatakował, mierząc w odsłoniętą szyję. Tyle tylko że gdy ostrze dosięgło celu, Spartanina już tam nie było. W jakiś nieprawdopodobny sposób wygiął ciało w tył, uchylając się przed dekapitującym ciosem. Ciężar hoplonu przeważył i mężczyzna z łoskotem zwalił się na plecy.

Najemnicy wydali z siebie pełen zawodu jęk. Lizander wszakże nie był jeszcze pokonany. Błyskawicznie uwolnił rękę z rzemieni tarczy i odturlał się w bok. Ani na chwilę nie wypuszczał włóczni z prawicy. Kiedy podnosił się na nogi, Brennus dyszał ciężko, zgięty w pół. Grot w jego brzuchu przesunął się podczas gwałtownego ruchu, powodując eksplozję nieznanego mu przedtem cierpienia. Minęły długie chwile, nim zdołał zapanować nad bólem, zepchnąć go na same dno świadomości. Odwrócił się do Spartanina. Ten znowu nie skorzystał z okazji. Na swój sposób był nawet honorowy. Pomijając drobny fakt, że pojedynkował się ze śmiertelnie rannym przeciwnikiem.

Teraz ujął drzewce włóczni w obie dłonie, przy samym końcu. Stał w pozycji petzetairosa, choć oczywiście jego broń nie była nawet w połowie tak długa jak macedońska sarissa. Wyglądało na to, że zamierza walczyć na dystans. Brennus potrząsnął głową, próbując zogniskować spojrzenie. Co rusz tracił jego ostrość, co utrudniało orientację w sytuacji. Źle ze mną, stwierdził. Bardzo źle.

Jeśli tym razem mu się nie uda, zginie.

Rzucił się do szarży z mieczem wzniesionym nad głową. Najpierw rozrąbie drzewce, a potem Spartanina. Zdawało mu się, że to dobry plan. Ale Lizander wszystko popsuł. Nie czekał w miejscu, lecz płynnym piruetem zszedł Celtowi z drogi. Kontynuując obrót, wyprowadził niskie pchnięcie. Grot wgryzł się pod kolano Brennusa, przebił mięśnie i ścięgna. Olbrzym potknął się, zrobił jeszcze kilka kroków, a potem upadł do przodu.

Lacedemończyk zastygł w bezruchu, czekając, aż się podniesie. Celt dwa razy dźwigał się z ziemi, lecz zranione kolano nie mogło utrzymać ciężaru jego ciała. W końcu, wspierając się na wbitym w grunt mieczu, udało mu się stanąć na nogach. Obrócił głowę w stronę Lizandra. Długo patrzyli sobie w oczy. A potem Brennus skinął głową. Był śmiertelnie znużony. Pragnął odpoczynku.

Gdy Spartanin ruszył ku niemu, zamknął oczy. Szedł na spotkanie z bogami wojny. Dotychczas zawsze mu sprzyjali, może i teraz nie odmówią miejsca przy swym stole? Chwiał się, zaciskając dłonie na rękojeści miecza, który nagle stał się tak ciężki, że nie sposób było nim operować. Życie wypływało z Celta poprzez cztery rany. Czuł, że z każdą chwilą coraz bardziej słabnie.

Włócznia uderzyła jeszcze raz. Trafiła w samo serce, rozdzierając je na strzępy, kiedy Lizander obrócił oręż w ranie. Brennus nawet nie jęknął. Jego potężne mięśnie napięły się i zwiotczały. Zanim Spartanin wyrwał grot z piersi Celta, ten osunął się już na ziemię. Ostatnim, co zobaczył, nim pochłonął go mrok, było pogodne, wiosenne niebo nad Helladą.

* * *

Lizander postawił stopę na torsie martwego olbrzyma i stanowczym szarpnięciem wyciągnął z niego włócznię. Zaraz też uniósł ją wysoko w górę, ukazując wszystkim – zarówno najemnikom, jak i demokratom zakrwawiony grot. Ci pierwsi zaczęli skandować jego imię, uderzając swoim orężem w tarcze. W tych drugich całkiem upadł duch walki. Widząc to, Spartanin zawołał:

– Do ataku, żołnierze! Roznieście ich na mieczach!

Pozostali przy życiu hoplici próbowali stawiać opór, lecz było ich za mało, by mogli cokolwiek zmienić. Najemnicy prędko się z nimi rozprawili, po czym zajęli się kiepsko uzbrojonym tłumem. Chaotyczne szeregi Ateńczyków ugięły się i pękły. Kto tylko mógł, w ucieczce szukał ocalenia. Zbrojni Lizandra rzucili się w pościg. Łucznicy podjęli przerwany wcześniej ostrzał. Przestrzeń między Długimi Murami została gęsto usłana ciałami tych, którzy padli w obronie wolnych Aten.

Zacięta bitwa przemieniła się w masakrę.

* * *

Eufraksja uniosła powieki i posłała Demetriuszowi niezbyt przytomne spojrzenie. W jakiś tajemniczy sposób oboje znaleźli się na posłaniu. Ona leżała na plecach, on zaś na boku, blisko, zwrócony ku niej twarzą. Nie miał już na sobie tuniki. Przesuwał dłonią po ciele dziewczyny, od piersi aż po udo, sycąc oczy urodą jej nagości.

– Co… co się stało? – szepnęła niepewnie.

– Zdaję się, że na krótki moment zemdlałaś.

Przeciągnęła się, czując, że przyjemność wciąż promieniuje z jej podbrzusza.

– To, co zrobiłeś… było cudowne. Nigdy jeszcze nie otrzymałam tak wiele…

Urwała, zawstydzona swoją wylewnością. Rumieniec oblał blade policzki. Zaraz jednak dostrzegła, jak jej słowa podziałały na Demetriusza. Uśmiechnął się z widoczną dumą z własnych dokonań. Wyglądał jak paw, który przed chwilą zaprezentował światu swój wielobarwny ogon, a teraz z satysfakcją przyglądał się reakcji widzów. Eufraksja stłumiła parsknięcie śmiechem. A zresztą, pomyślała, jeśli ma zamiar dawać mi tyle rozkoszy, niech się tym potem pyszni. Wcale mi to nie przeszkadza. Po stokroć wolę go od tych wszystkich mężczyzn, dla których ważna jest tylko ich własna przyjemność.

Nagle coś sobie uświadomiła. Demetriusz zaspokoił jej żądzę, zrobił to z entuzjazmem i ochotą. Ona zaś jak dotąd w żaden sposób mu się nie odwdzięczyła! Było to niewybaczalne zaniedbanie. Czym prędzej obróciła się ku młodzieńcowi i sięgnęła ręką między jego uda. Dłonią natrafiła na penisa. Objęła go palcami – był wciąż twardy i wzwiedziony. Falerończyk westchnął. Od dawna na to czekał, wykazując się nadzwyczajną w jego wieku cierpliwością. Chciała go za to nagrodzić. Pragnęła dać mu coś, co będzie długo wspominał.

– Teraz moja kolej – szepnęła, uśmiechając się do Demetriusza.

Położyła mu dłoń na piersi i lekko pchnęła, dając znak, by ułożył się na plecach. Gdy już to zrobił, przeniosła się w dół posłania. Skwapliwie rozsunął nogi, robiąc jej miejsce. Uklękła między nimi, przez moment spoglądając na niego z góry. Już wcześniej uważała, że jest bardzo przystojnym mężczyzną. Teraz, gdy był nagi, mogła się przekonać, że to, co wcześniej skryte było pod odzieniem, również prezentowało się doskonale.

Nachyliła się do przodu, wspierając się na jednej ręce. W drugą ponownie ujęła członek Demetriusza. Masowała go powoli, lecz stanowczo, czując, jak jeszcze mocniej twardnieje w jej dłoni. Młodzieniec obserwował ją spod na wpół opuszczonych powiek. Nie dawał jednak żadnych wskazówek. Powstrzymywał się również od jakiegokolwiek działania. Inicjatywa należała wyłącznie do niej. Dla Eufraksji była to całkowita nowość. Dotąd kochankowie nie zwykli dawać jej wyboru co do tego, w jaki sposób miała zaspokajać ich żądze. Zarówno Dionizjusz z Faleronu, jak i Meleager byli władczymi mężami, niewolnica zaś mogła jedynie ulegać ich zachciankom. A teraz… Jak się najlepiej do tego zabrać?

Opuściła głowę i ucałowała czubek penisa. Nasunęła się na niego wargami, po raz pierwszy kosztując męskości Falerończyka. Ssała żołądź i masowała ją ustami, dłoń zaś przeniosła niżej, ku samej nasadzie członka. Ślina spływała po twardym trzonie i kleiła jej palce. Za każdym razem, opuszczając głowę, starała się wziąć go nieco głębiej. Cieszyła się, że jej włosy związane były w długi warkocz. Nie musiała ich co rusz odgarniać, by nie zasłaniały jej kochankowi widoku.

Penis wsuwał się coraz dalej, aż wreszcie dotarł do końca. Całkiem niemal wypełnił usta Eufraksji. Wytrzymała tak kilka sekund, potem uniosła się, łapczywie zaczerpując powietrza. Oddech Demetriusza również przyspieszył. W jego oczach płonął ogień. To ja go rozpaliłam, pomyślała z satysfakcją. To mnie tak bardzo pragnie.

Jeśli przeżyją ateńskie powstanie, jutro znów będzie niewolnicą Meleagra, prostackiego Macedończyka o twarzy oszpeconej blizną. Dziś jednak należała w pełni do Demetriusza, przystojnego i pełnego młodzieńczego wigoru, traktującego ją jak równą sobie. I nigdy jeszcze nikomu nie chciała służyć tak bardzo, jak jemu.

Tym razem nie ujęła penisa między wargi. Odsunęła go na bok, nie przestając pocierać dłonią przy nasadzie. Pochyliła głowę niżej i skupiła się na jądrach. Najpierw całowała je, potem lizała, obficie zwilżając swoją śliną. Następnie zaś po kolei brała je do ust, delikatnie zasysając. Jej zabiegi nie pozostały bez wpływu na młodego Falerończyka. Coraz mocniej drżał on z podniecenia, coraz trudniej było mu powstrzymać się przed przejęciem inicjatywy. Chciał wyciągnąć ręce w stronę ciemnowłosej dziewczyny, przyciągnąć ją do siebie, przygnieść do posłania i wbić się z impetem między jej szczupłe uda… Wciąż jednak pozostawał pasywny. Podświadomie wyczuwał, że możliwość pokierowania ich zbliżeniem bardzo się Eufraksji podoba. A to, co czyniła, w pełni wynagradzało mu chwilowy brak kontroli.

Teraz lizała jego penisa od spodu, od nasady aż po żołądź. Docierając do główki, brała ją na chwilę do ust i ssała mocno, by zaraz podążyć liźnięciami w dół, w kierunku jąder. Jednocześnie dłońmi gładziła uda oraz biodra młodzieńca. Obdarzała go na przemian tyloma różnymi pieszczotami, że nie sposób było przewidzieć, czego doświadczy za chwilę. Bawiła się jego ciałem, sprawdzała, jak daleko może się posunąć. W pewnej chwili wcisnęła dłoń pod pośladki Demetriusza. Niemal natychmiast poczuł, jak opuszkiem palca pociera jego odbyt. Zacisnął wargi, by nie wydać z siebie jęku. Nikt nie dotykał go w tym miejscu od czasu zerwania z Hiperejdesem. Zdążył już zapomnieć, że i dla mężczyzny może to być bardzo przyjemne…

Eufraksja znów obciągała mu penisa ustami, niespiesznie, lecz mocno opinając żołądź. Jednocześnie wciskała palec w ciasne miejsce między jego pośladkami. Demetriusza zalał wezbrany strumień wspomnień. On i Hiperejdes w publicznej łaźni, gdzie poznał ich Kassander. W ateńskiej willi Macedończyka, gdzie urządzili sobie miejsce schadzek. Na zapleczu winiarni w Kerameikos, gdy adwokata ogarnęło nagłe pożądanie…

Zamiast jednego epicentrum przyjemności miał teraz dwa. Jego oddech przyspieszył jeszcze bardziej, przeszedł w gorączkowe dyszenie. Zacisnął dłonie w pięści, zaczął uderzać nimi w podłoże. Chyba cały wił się po nim. Chyba. Ale dotarł już tak blisko szczytu, że stracił zdolność rozróżniania, co było rzeczywistością, a co iluzją. Widząc jego reakcję, brunetka przyspieszyła swoje ruchy. Niemal w całości pochłaniała jego męskość, palec zaś wcisnęła najgłębiej, jak tylko była w stanie. Dreszcze rozkoszy wstrząsały ciałem młodzieńca. Jęk przedarł się przez zaciśnięte wargi, a za nim poszły następne.

Dziewczyna nie przerwała pieszczot nawet wtedy, gdy Demetriusz już eksplodował w jej ustach, napełniając je po brzegi nasieniem. Przełykała prędko, wciąż masturbując go dłonią, a także penetrując analnie. Pomagała mu wspiąć się na kolejne, niedostępne, jak mu się przedtem zdawało, wyżyny ekstazy. Wreszcie opadł na posłanie, całkiem wycieńczony. Wyssała go do ostatniej kropli. Dopiero wówczas wypuściła jego męskość spomiędzy warg i wysunęła palec spomiędzy jego pośladków.

Był zbyt zmęczony, by powiedzieć choćby słowo. Patrzył na nią tylko z wdzięcznością, a jego tors unosił się w nieregularnym oddechu, jakby po wielkim trudzie. Eufraksja posłała mu swój najpiękniejszy uśmiech. Dopiero teraz poczuła, że godnie odpłaciła młodzieńcowi za swą własną rozkosz.

* * *

Wieść o klęsce zastała Hiperejdesa na szczycie Akropolu, gdzie doglądał szturmu na Erechtejon. Mniejszy od Partenonu, wydawał się łatwiejszym celem do zdobycia. Przedsięwzięcie zakończyło się jednak niepowodzeniem. Choć demokratów poprowadził sam Alkajos, zostali odparci. Nieliczni obrońcy gmachu zabarykadowali wszystkie wejścia, pozostawiając tylko jedno. Tam urządzili napastnikom krwawą łaźnię, kładąc trupem ponad dwudziestu z nich. Rzeźnik Elidy zarządził trzy następujące po sobie ataki. Podczas ostatniego walczył w pierwszej linii. Otrzymał kilka powierzchownych ran, a gdy jego ludzie zaczęli pierzchać, musiał uznać swą porażkę. Strateg Fokion utrzymał swą pozycję i odniósł kolejny triumf w karierze – o tyle gorzki, że przeciw współobywatelom.

Teraz zaś do Hiperejdesa przypadł zakrwawiony Archelaos, jeden z wodzów rebelii, wysłany do Pireusu. Drżąc na całym ciele, opowiadał o niepowstrzymanym marszu Lizandra i jego najemników. Stojący nieopodal delficki kapłan przysłuchiwał się temu z pozornie obojętną miną.

– Musisz się ratować, Hiperejdesie. Oni nie biorą jeńców – mówił Archelaos, co chwila zanosząc się histerycznym szlochem. – Mordują każdego, nawet gdy odrzuci broń i błaga o litość! To nie ludzie, lecz bestie zakute w żelazo i brąz…

Adwokat był blady jak mury Partenonu, poza tym jednak nie okazał lęku.

– Przegraliśmy – stwierdził krótko. – Dalszy rozlew krwi niczemu nie posłuży. Musimy wycofać się z Miasta.

– Dokąd? – spytał Kritias. Ateńczyk nie zastanawiał się długo.

– Na zachód. Do Eleuzis. Tam założymy tymczasową bazę, przegrupujemy się i policzymy. Potem zdecydujemy, co czynić dalej. Na bogów, gdzie podziewa się Demostenes? On musi wyruszyć z nami. Oligarchowie pragną jego głowy…

Kapłan skrzywił się z niesmakiem. Ludzie, których pozyskał na rozkaz swej pani, wspaniałej Olimpias, okazali się niewiele warci. Choć dał im wszystko, czego mogli potrzebować – plan, złoto oraz wojskowe wsparcie – i tak zostali pokonani. Utracili Miasto, które w zamysłach królowej miało stać się ogniskiem buntu przeciwko macedońskiej władzy w Helladzie. Na jego oczach projekt ten walił się w gruzy. Bez potęgi i prestiżu Aten żaden poważny opór nie wchodził w rachubę.

Obserwował, jak Hiperejdes wydaje rozkazy, odwołując z Akropolu hoplitów. Spośród ponad czterystu mężczyzn posłanych na wzgórze, przeżył być może co trzeci. Wielu otrzymało rany. Wkraczali na Drogę Panatenajską krokiem ludzi pobitych. To nie była już armia walcząca o szczytne ideały, lecz banda maruderów, pozbawionych nadziei na jakikolwiek sukces.

Dalsze popieranie ateńskich demokratów Kritias ocenił jako czystą głupotę. Klęska jest jak zaraźliwa choroba. Kto trzyma z przegranymi, sam w końcu dozna porażki. On, ukochany syn Apollina, nie może sobie na to pozwolić. Czym prędzej opuści tę przeklętą polis, zamknie ten nieszczęsny rozdział, zostawi go za sobą. Jego stopa więcej nie postanie na attyckiej ziemi.

Podszedł do Alkajosa, który bandażował sobie zranione przedramię kawałkiem tkaniny oderwanej z czyjegoś płaszcza.

– Skończ z tym natychmiast – rozkazał. – Jesteś mi potrzebny.

– O co chodzi, klecho? – rzucił jednooki. Wyglądał na wyczerpanego. Czy to możliwe, że już zaraził się od Ateńczyków przegraną?

– Zabieramy się stąd. Znajdź dla nas jakieś konie.

Jedyne oko Alkajosa rozbłysło.

– Myślałem już, że się nie zdecydujesz. Idź za mną, klecho. Przy macedońskiej ambasadzie są stajnie. Może jeszcze ich nie rozgrabili.

* * *

Przez pewien czas odpoczywali, przytuleni do siebie. Kiedy poczuli pragnienie, wypili nieco świątynnego wina. Ono na powrót rozpaliło krew w ich żyłach. Nim opuścili jaskinię w trzewiach akropolskiego wzgórza, kochali się raz jeszcze. Eufraksja przyjęła w sobie Demetriusza, leżąc na plecach, z szeroko rozchylonymi udami i rękoma splecionymi na jego szyi. Penis młodzieńca wchodził w jej pochwę z wilgotnymi mlaśnięciami. Trwało to długo – oboje zaspokoili już swą pierwszą żądzę, teraz mogli zatem kosztować przyjemności, miast się nią upajać. Falerończyk jęknął przeciągle i w ostatniej chwili wysunął się z wnętrza kochanki. Owoc jego rozkoszy, znacznie mniej obfity niż poprzednio, rozlał się po jej piersiach i brzuchu.

Eufraksja była zadowolona. Nie zawiodła się w nadziejach, które pokładała w Demetriuszu. Okazał się czułym i namiętnym kochankiem, zupełnie innym od swego ojca – pełnego stanowczości, brutalnego, baczącego tylko na własną rozkosz. A przecież fascynowali ją obydwaj. Choć tak różni, byli niczym awers i rewers tej samej monety.

Leżący u jej boku młodzieniec miał zamknięte oczy. Marzył o tym, by już na zawsze mogli pozostać w cudownym miejscu, które znalazła dla nich Eufraksja. Tu, z dala od otaczającego wzgórze Miasta, nie liczyli się oligarchowie ani demokraci, ich walka o władzę była bez znaczenia. Zamiast krwi lało się wino, a w miejsce bolesnych okrzyków rozbrzmiewały westchnienia rozkoszy. Czuł, że nie chce wracać na powierzchnię – tam, gdzie rządzą okrutne ambicje oraz zdrada. Do świata zaludnionego przez surowych ojców, nielojalne kochanki, przekupnych urzędników, najemników o kamiennych sercach oraz całe tabuny wszelkiej maści spiskowców.

– Chciałbym tu zostać – powiedział, unosząc powieki. – Na zawsze.

– Wiem – odparła dziewczyna. – Bo i ja tego pragnę.

Wiedzieli jednak obydwoje, że jest to tylko fantazja, sen, który nie może się ziścić. Kiedy już odzyskali siły, podnieśli się i odziali. Potem zaś niewolnica poprowadziła Demetriusza w długą drogę powrotną, przez wydrążone w skale korytarze oraz jaskinię. Wrócili do Partenonu, kiedy strażnicy świątynni byli już mocno wstawieni. Zapewne upili się winem z tego samego magazynu, z którego jedną amforę wykradła Eufraksja. Falerończyk i jego kochanka bez trudu ich ominęli, po czym wrócili do głównej sali świątyni.

Tam niemal natychmiast wpadli na Charę.

– Jesteś wreszcie! – zawołała cicho do swej przyjaciółki. – Zaczynałam się już martwić… – potem zaś spojrzała na Demetriusza i jej policzki oblał rumieniec.

– Dziękuję ci, moja słodka – brunetka zarzuciła jej ramiona na szyję. – Za całą pomoc, którą nam okazałaś. Bez niej… nie moglibyśmy mieć tych paru chwil dla siebie.

Dopiero teraz Falerończyk pojął, że rudowłosa nie bez powodu znalazła się wśród świątynnych straży. Musiała działać w komitywie z Eufraksją, celowo odwracać uwagę wartowników, by oni mogli się przemknąć i zniknąć w jaskiniach pod Akropolem. Uśmiechnął się do niej i rzekł:

– Ja również jestem ci winien wdzięczność, Charo.

Już zawstydzona sytuacją dziewczyna zmieszała się jeszcze bardziej. Młodzieniec chciał coś dodać, lecz wtedy usłyszał za plecami głos:

– Tu jesteś, Demetriuszu! Dostojny strateg kilka razy pytał już o ciebie.

Odwrócił się i ujrzał Eneasza. Nowy kochanek Dionizjusza podszedł do niego i chwycił go za ramię.

– Nie traćmy czasu.

Falerończyk poczuł nagły przypływ irytacji. Prędkim ruchem wyrwał ramię z uścisku.

– Pójdę, ale bacz na to, byś więcej mnie nie dotykał. Charo, Eufraksjo, wybaczcie, lecz muszę was opuścić.

Przeszli we dwóch główną nawę świątyni i dotarli do wrót. Najemnicy właśnie rozmontowywali wzniesioną tu prowizoryczną barykadę. Doglądający ich pracy strateg zwrócił spojrzenie na dwóch młodzieńców.

– Widzę, że go znalazłeś, Eneaszu.

– Owszem. W towarzystwie niewolnic czcigodnego Meleagra.

Demetriusz z niechęcią spojrzał na donosiciela. Jego ojciec uniósł tylko brwi, ale nie skomentował. Zamiast tego oznajmił:

– Przed paroma chwilami demokraci wycofali się ze szczytu Akropolu. W takim pośpiechu, że aż się kurzyło. Dość już czasu strawiliśmy w tym dusznym wnętrzu. Pora odzyskać wzgórze. Chcę przywitać Lizandra na Drodze Panatenajskiej.

– Wycofali się… – powtórzył młody Falerończyk. Nie wiedzieć czemu, znowu pomyślał o Hiperejdesie. Czy przeżył starcia w Atenach? Czy kieruje odwrotem? A może leży gdzieś w zaułku, a biedota obdziera jego ciało z kosztowności? – Czy to znaczy, że wygrałeś?

Dionizjusz udał, że nie słyszał, w której osobie sformułowane było pytanie. Uśmiechnął się z zadowoleniem i odparł:

– Tak, Demetriuszu. Wygraliśmy. Ateny znów są nasze.

* * *

Kiedy u stóp Akropolu zjawiły się pierwsze szeregi najemników Lizandra, Dionizjusz, Meleager, Demades i Fokion ruszyli ze szczytu wzgórza w dół Drogą Panatenajską. Za nimi kroczył tłum kapłanów, arystokratycznych uchodźców, ich niewolników, a także nieliczni żołnierze. Demetriusz trzymał się kilka kroków za ojcem. Co pewien czas oglądał się za siebie, próbując dostrzec Eufraksję albo Charę, ale bezskutecznie.

Do spotkania doszło między Akropolem i Areopagiem. Przed czoło zbrojnych wyszedł pospolicie odziany i uzbrojony wojownik. Gdy jednak ściągnął z głowy hełm, stało się jasne, że to właśnie był Lizander. Dionizjusz zbliżył się do niego energicznym krokiem.

– Przybyłeś w samą porę – rzekł głośno, by słyszeli go nawet stojący w oddali.

– I mnie się tak wydaje – odparł Spartanin.

– Napotkałeś silny opór? – Strateg zaczął odbierać od niego raport.

– Port upadł szybko. Buntownicy próbowali bronić się między Długimi Murami. Prowadził ich ten oto człowiek – na dany przez dowódcę znak jeden z najemników wystąpił z szeregu. Trzymał w dłoni jakiś brunatny, poplamiony worek. Odwrócił go do góry dnem. Wypadła zeń odrąbana głowa. Krew sklejała długie włosy, ale nie była w stanie przykryć tatuażu zdobiącego oblicze. Kilku mężczyzn krzyknęło, parę niewiast zemdlało i trzeba je było cucić.

– Przyboczny Demostenesa – odgadł Dionizjusz. – A zatem wrócił do Miasta.

– Na swoją zgubę.

Nastała cisza. Wszyscy spoglądali na leżącą na kamiennym podłożu głowę. Wreszcie strateg z Faleronu odwrócił od niej oczy.

– Gdzie buntownicy?

– Wycofali się przez Świętą Bramę. Maszerują drogą na Eleuzis. Czy mam podjąć pościg?

Krótki namysł i decyzja.

– Mamy ważniejsze sprawy. Niech twoi ludzie przeczeszą Ateny. Każdy poplecznik tych, którzy zburzyli spokój Miasta, ma zostać zatrzymany i uwięziony. Jeżeli będzie stawiał opór, można go zabić jak zwykłego bandytę.

– Tak się stanie.

Dionizjusz odwrócił się ku pozostałym strategom.

– Demadesie, weź dwudziestu moich ludzi – rozkazał – i udaj się na wschód od Miasta. Znajdź Archonta, zapewne ukrywa się gdzieś tam z niedobitkami swoich Scytów.

Choć formalnie byli sobie równi, Demades posłusznie skinął głową. Chyba wciąż nie mógł uwierzyć, że ostatecznie zwyciężyli. Dionizjusz tymczasem spojrzał na najstarszego z nich wszystkich.

– Trzeba obsadzić bramy. Dopóki tego nie zrobimy, nasi wrogowie będą mogli swobodnie wymykać się z Miasta. Fokionie, weź stu ludzi Lizandra i zajmij się tym.

Od kiedy to rozkazujesz nam wszystkim, zastanawiał się sędziwy wódz. Jak to się stało, że człowiekowi, który rozpętał cały ten chaos, powierzyliśmy pełnię władzy? Z niechęcią musiał przyznać, że w wyniku demokratycznego buntu strateg z Faleronu stał się panem sytuacji. To opłaceni z jego środków najemnicy wygrali bitwę o Ateny. Wszyscy arystokraci w Mieście jemu właśnie zawdzięczali ocalenie. Z tym nie mógł się równać nawet budowany przez dekady autorytet Fokiona.

Starzec zdobył się tylko na to, by nie okazać służalczej skwapliwości Demadesa. Ale i tak było oczywiste, że wykona polecenie Dionizjusza.

* * *

Świątynia Tezeusza znajdowała się na północ od Areopagu. Demetriusz zmierzał ku niej przez milczące Ateny. Miasto wyglądało na całkiem opuszczone. Ulice, zwykle gwarne i tłoczne, dziś były nieruchome i ciche, drzwi domów zawarto na głucho. Tylko widoczne gdzieniegdzie zwłoki świadczyły o dramacie, który rozgrywał się tutaj przed kilkoma ledwie godzinami.

Młodzieniec odłączył się od tłumu uchodźców z Akropolu, gdy tylko opuścili oni wzgórze. Nie chciał oglądać powitania swego ojca z Lizandrem ani tego, jak gratulują sobie zwycięstwa. Jakież to było zwycięstwo – odniesione nad własnym Miastem, nad swoimi współobywatelami? Wciąż pamiętał masakrę, która rozegrała się na agorze, krwawe walki na Drodze Panatenajskiej, ostatnią potyczkę na progu Partenonu, w której powalił włócznią spartańskiego wodza. Widok pokonanych i upokorzonych Aten obudził wszystkie te wspomnienia. W końcu jednak wyparł je niepokój o najbliższych.

Wyszedł na niewielki plac przed świątynią. Stała tam – marmurowa, obojętna, niewzruszona tragedią Miasta, w którym ją zbudowano. Podwoje były zamknięte. Demetriusz wkroczył na schody, czując, jak jego serce bije coraz szybciej. Czy sanktuarium w ogóle przyjęło uchodźców szukających tu schronienia? Czy Menander i Raisa zdołali do niego dotrzeć, nim rozpętał się chaos? Czy znajdą się pośród tych murów?

Stanął przed solidnymi, drewnianymi wrotami. Uderzył w nie kilkakroć pięścią. Gdy to nic nie dało, wziął głęboki wdech i zawołał:

– Hej, wy tam, w środku! Otwórzcie! Bitwa dobiegła końca! Możecie już wyjść!

Przez dłuższy czas nikt mu nie odpowiedział. Jeszcze dwa razy powtarzał wezwanie, za każdym razem coraz bardziej czując się jak głupiec. Kiedy już zwątpił, czy w ogóle doczeka się jakiejkolwiek reakcji, drzwi zaskrzypiały i jedno ich skrzydło odsunęło się, otwierając niewielką szparę. Demetriusz dostrzegł, że ktoś podejrzliwie mu się przez nią przygląda.

– Mówisz prawdę, młodzieńcze? Pamiętaj, nie wolno okłamywać kapłana.

– Bitwa skończona – powtórzył Falerończyk. – Oligarchowie przejmują kontrolę nad Miastem. Demokraci się wycofują. Zagrożenie minęło.

Drzwi otworzyły się szerzej. Łysy kapłan wystawił głowę i rozejrzał się pospiesznie. Upewniwszy się, że Demetriusz jest jedynym człowiekiem w zasięgu wzroku, chwycił go za nadgarstek i wciągnął do środka.

W sanktuarium Tezeusza panowały jeszcze gorsze warunki niż w Partenonie, gdy schronili się do niego najemnicy. Było tu bardziej tłoczno, panował trudny do wytrzymania zaduch. Mężczyźni i kobiety, wbrew obyczajom zmuszeni do przebywania obok siebie, byli wymizerowani. Zapewne nocą nikt z nich nawet nie zmrużył oczu. Falerończyk zaczął przepychać się wśród nich, próbując dostrzec Menandra albo Raisę. Ludzie chwytali go za ręce, pytali o to, co się dzieje na zewnątrz. Odpowiadał pospiesznie i zdawkowo, a następnie wyrywał się z niechcianych uścisków.

W ten sposób przeszedł przez połowę głównej nawy świątyni, nim w końcu dostrzegł tych, których szukał. Wpierw mignęły mu przed oczami włosy w kolorze słomy. Ruszył w tym kierunku, przeciskając się wśród cuchnących potem oraz lękiem Ateńczyków. W końcu dotarł pod jedną z podtrzymujących strop kolumn. Ujrzał Raisę pochylającą się nad Menandrem. Poeta stał, wsparty rękoma o filar. Był nagi, jeśli nie liczyć świeżego opatrunku, który Iliryjka mocowała właśnie na jego żebrach, obwiązując je kawałkiem tkaniny. Sądząc po jej barwie, pas materiału urwała z własnego himationu.

Demetriusz przypomniał sobie słowa Arystotelesa: „opatrunek należy zmieniać dwa razy dziennie… Ważne, by nie wdało się zakażenie”. Poczuł głęboką wdzięczność wobec swojej niewolnicy. Pamiętała o tym, mimo wszystkiego, co się wydarzyło. Dbała o jego przyjaciela, kiedy on sam nie mógł tego czynić. Choć od Eufraksji dowiedział się o niewierności Raisy, teraz gniew, który się w nim żarzył, stopniał niczym śnieg w wiosennym słońcu.

Nim udało mu się do nich przedostać, Iliryjka zakończyła już mocowanie prowizorycznego bandaża, a potem schyliła się i podniosła z podłogi tunikę Menandera. Pomogła mu ją wciągnąć przez głowę. Poeta poruszał się powoli, ostrożnie, by nie urazić świeżej rany – pozostałości po operacji, którą przeprowadzono raptem przed dwoma dniami.

Wydostał się w końcu z ludzkiej ciżby. Pierwsza dostrzegła go Raisa. Nie bacząc na otaczających ich ludzi, podbiegła doń i rzuciła mu się na szyję.

– Demetriuszu! Tak bardzo się o ciebie bałam…

Menander zwrócił się w stronę przyjaciela. Twarz miał poszarzałą z cierpienia, ale na widok Demetriusza i on się uśmiechnął. Falerończyk przywołał go gestem. Jedną ręką obejmował talię Iliryjki, drugim otoczył ramiona poety i przygarnął go bliżej ku sobie.

– Żyjecie – wyszeptał, tuląc ich obydwoje. – Bogowie są łaskawi.

* * *

Drzwi do willi Hiperejdesa zostały wyważone już przed kilkoma dniami. Naprędce zreperowane, nie były w stanie powstrzymać najemników Dionizjusza. Ustąpiły już po kilku uderzeniach toporem. Lizander był jednym z pierwszych, którzy znaleźli się w przedsionku. Z obnażonym mieczem ruszył naprzód, wołając do swych ludzi:

– Rozproszyć się! Przeszukać wszystkie pokoje!

Nie obawiał się, że ktoś spróbuje wykorzystać zamieszanie i uciec. Budynek był szczelnie otoczony przez jego żołnierzy.

Choć byli gotowi do walki, nikt nie próbował ich powstrzymać. Przerażeni niewolnicy stawali pod ścianami, by nie wadzić zbrojnym, albo padali na kolana, pragnąc okazać swą uległość. Lizander nawet na nich nie spojrzał. Czuł pewność, że na przesłuchaniu nie zdradzą mu nic ciekawego. Jaką wiedzę mogli posiadać o zamiarach swego pana? To, że Hiperejdesa nie było już w willi, było dlań oczywiste. A jednak musiał ją przeszukać. Zaniechanie tego byłoby karygodnym niedopatrzeniem.

Po pobieżnym zlustrowaniu parteru rezydencji, zostawił go swym podwładnym i wstąpił na schody. Na piętrze nie ujrzał ani jednego niewolnika, zupełnie jakby zakazano im się tu pojawiać. Zdumiony tym faktem, mocniej zacisnął palce wokół rękojeści miecza. Choć nie spodziewał się zasadzki, nie zamierzał dawać szans potencjalnym napastnikom.

Stąpając lekko i cicho, wszedł do jednego z pokoi gościnnych. Spojrzał na frywolne freski, a także na wywrócone na podłogę lustro z wypolerowanego brązu. Nagle kątem oka dostrzegł jakiś ruch, któremu towarzyszył stłumiony jęk. Błyskawicznie obrócił się w prawo, cofając miecz do pchnięcia. Natychmiast też zrozumiał, że był to nadmiar ostrożności. Osoba, która ukazała się jego oczom, nie stanowiła bowiem żadnego zagrożenia.

Na szerokim i z pewnością wygodnym łożu leżała na wznak dziewczyna. Skrzyżowane nadgarstki miała przywiązane do wezgłowia. Nic nie osłaniało jej nagości, pociągającej swą urodą i zarazem przerażającej stopniem, w jakim zmaltretowano jej ciało. Prawa pierś młódki była pokryta zakrzepłą krwią. Kiedy Lizander zbliżył się do posłania, ujrzał, że na jej skórze widać zarówno pręgi po chłoście, jak i białe plamy zaschniętego nasienia. Już wiedział, co tu się wydarzyło. Poczuł, jak rośnie w nim gniew.

Nieznajoma miała otwarte oczy. Wpatrywała się w Spartanina z niemym przerażeniem. Opanował się, uklęknął przy posłaniu i zaczął rozplątywać więzy.

– Nie lękaj się – szepnął uspokajająco. – Cokolwiek przeszłaś, to już się skończyło.

– Kritias… Alkajos… – głos dziewczyny był ledwo słyszalny.

– Nie wrócą tutaj. A jeśli spróbują, przypłacą to życiem. Nie musisz się ich bać.

W spojrzeniu młódki dostrzegł coś na kształt ulgi. Kiedy uwolnił jej nadgarstki, zaczęła je sobie rozcierać, by pobudzić krążenie.

– Wody… – poprosiła przez spierzchnięte wargi.

Na szczęście dzban oraz ceramiczne kubki znajdowały się nieopodal, na niskim stole. Lizander napełnił jeden z nich wodą z niewielką domieszką wina, po czym przysunął naczynie do ust młódki. Ujęła je w obie dłonie i piła powoli, ostrożnie, jakby wciąż nie mogła uwierzyć w dobrodziejstwo, które spotkało ją po tylu mękach.

Spartanin czekał cierpliwie, aż zaspokoi pragnienie. Kiedy jeden z najemników zajrzał do sypialni, odesłał go prędkim gestem.

– Jak ci na imię? – spytał, kiedy dziewczyna oddała mu opróżniony kubek. – Skąd się tutaj wzięłaś?

– Dziękuję ci za ocalenie, panie – odparła nieco już mocniejszym głosem. – Gdyby nie ty, zapewne bym umarła… Na imię mi Diantha, panie. Byłam akolitką w świątyni Artemidy na Eginie…

Przejdź do kolejnej części – Opowieść helleńska: Demetriusz XXVI

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobry wieczór!

Tym razem zajęło to nieco dłużej, niż sobie zamierzyłem, ale w końcu jest: XXV rozdział Opowieści Demetriusza. Koniec jest coraz bliższy. Ale jeszcze tam nie jesteśmy. Demetriusz i ferajna mają wciąż sporo do zrobienia!

Jak zawsze w tym miejscu pragnę wyrazić swoją wdzięczność dla Areia_Athene, która pracowicie usunęła z mojego tekstu błędy gramatyczne, stylistyczne, interpunkcyjne, a i pewnie jakiś ortograf. Wszystko po to, by nic nie przeszkadzało Wam w lekturze. Do której teraz serdecznie zapraszam!

Pozdrawiam
M.A.

Ha! Filona ocalała… wiedziałam. I jeszcze miała siłę kłamać swemu wybawcy, twarda sztuka! Ciekawi mnie, czy ta postać też jeszcze nas czymś zaskoczy, podobnie jak Brennus. Ledwo pokazałeś jego szlachetność, już musiał się chłopak zbierać z tego świata. No cóż… trcohę szkoda, że już tej postaci nie zobaczymy, nie mogę powiedzieć, bym za nim przepadała, z drugiej jednak strony – przywiązałam się do niego. Pojawienie się Brennusa zawsze zwiastowało ciekawe kolejne zawiązanie akcji, bądź jej nagły zwrot.

Po doskonałej scenie erotycznej z udziałem Dionizjusza w poprzedniej części i u Demetriusza jakaś odmiana! Bardzo dobrze dobrana i opisana para… Demetriusz się rozwija, tak więc pewnie i jego związek, jeśli można to tak nazwać, z Raisą ulegnie przemianie. Podsumowując – nadal nie wiem, jak to się wszystko zakończy i nadal umiejętnie podsycasz moją ciekawość – czekam więc na ciąg dalszy!

Nb, pamiętam oczywiście, jak planowałeś Demetriusza w znacznie skromniejszych ramach… ale się porobiło po drodze! I bardzo dobrze:-)

Filona w tej scenie zareagowała bardzo przytomnie, mimo wszystkiego, przez co przeszła. Wiedziała, że gra o życie, ale wiedziała też, że ma atuty – mało kto w Atenach wiedział, jak wyglądała uczennica Tryfona z Ambrakii.

Co do Celta – muszę powoli zacząć usuwać z gry osoby dramatu 🙂 Brennus był zbyt szlachetny, by towarzyszyć Kritiasowi w jego zbrodniach. Dlatego musiał odejść. A przy okazji starałem się dać sygnał, że nie każdy "forshadowing" się sprawdzi. Nie każda przysięga zostanie dotrzymana i nie każda przepowiednia – spełniona. Brennus marzył o pojedynku z Aratosem, spodziewał się, że w końcu on nastąpi. Cóż – tak się nie stanie. Bogowie nie słuchają śmiertelników.

Odnośnie Demetriusza – czułem od dawna, że jego relacja z Raisą się rozluźnia. Kolejne informacje wzmacniają ten proces, choć młodzieniec ma też przypływy czułości do swej Iliryjki. Staram się prowadzić ten wątek tak, by jak najmniej zdradzić. Cenię sobie możliwość zaskakiwania Czytelnika.

Taaaak, w początkowych zamierzeniach Opowieść Demetriusza miała dorównywać długością Opowieści Tais. Wygląda na to, że ostatecznie będzie 3 razy dłuższa.

Pozdrawiam
M.A.

Alkajos i bożek Apollina znów się wymknęli…

Jak mawiają mądrzy ludzie, gówno zawsze na wierzch wypłynie. I chyba w tym wypadku nie jest inaczej. Giną szlachetni i honorowi (Brennus), przeżywają cwane sukinkoty. Tak jest w życiu, tak jest i w Opowieści 🙂

Pozdrawiam
M.A.

pfffff zniknął mi prawie cały komentarz to co się pojawiło to zakończenie :/

Świetna część, pełna akcji i niespodziewanych zdarzeń. Brennus zginął honorowo. Zasłużył na taką śmierć. Jego ostatni bój przypomina mi epizod z "Krzyżaków" gdzie niemiecki rycerz zabija swoim mieczem wszytskich, którzy zbliżają się na jego długość, a śmierć przywołuje mi opis ostatnich chwil życia Longinusa Podbipięty, który gdyby nie strzały, dałby sobie radę z wrogiem razem ze swym Zerwikapturem.

A Filona? Też jestem ciekaw czym nas jeszcze zaskoczy.

Scenę erotyczną na razie pominąlem, jednak to że Demetriusz bez skrupułów zdradza Raisę jest dla mnie czymś niespotykanym.

daeone

Daeone, no przecież już wcześniej zdradzał… Fojbiane, flecistki… wiesz, nie chciał, ale jakoś tak wyszło;-) A teraz jest jeszcze dodatkowo we własnych oczach usprawiedliwiony, bo dowiedział się, że Raisa spała z Dionizjuszem i z Meleagrem. Mnie to akurat nie zdziwiło.

Wiem że zdradzał. Ale teraz to jakoś inaczej Autor przedstawił. Wtedy chyba myślał o Raisie czekającej w domu. Ale może faktycznie wybielił się przez to czego się dowiedział.

@ Daeone:

Przykro mi z powodu Twego znikniętego komentarza, ale cieszę się, że sam rozdział przypadł Ci do gustu 🙂

W opisie ostatnich chwil Celta zapewne inspirowałem się zarówno "Krzyżakami" jak i "Władcą Pierścieni" (Boromir rozstrzeliwywany przez orków), a także wieloma innymi źródłami. O części z nich z pewnością nawet nie pamiętam, ale są gdzieś tam – w kreatywnej części mojego mózgu. I co jakiś czas zapładniają moją wyobraźnię nowymi pomysłami.

Piszesz, że zachowanie Demetriusza jest dla Ciebie czymś niezrozumiałym. Ale właściwie czemu? Jak zauważyła Miss.Swiss, już wcześniej Demetriusz, pomimo złożonej Raisie obietnicy wierności, zdradzał ją kilkukrotnie. Z Kleopatrą, Fojbiane, flecistkami Dorotheą i Nephele. Początkowo jego wyrzuty sumienia były najsilniejsze. Potem stopniowo słabły. A teraz Demetriusz dowiedział się, że Raisa nie była wobec niego w pełni lojalna. I to również posłużyło mu za wygodne usprawiedliwienie swego zachowania.

Musisz pamiętać, że gość ma 18 lat. Miotają nim hormony, powodując rozedrganie i brak konsekwencji. I tak był początkowo bardziej moralny niż standardowy Ateńczyk. Ale po wszystkich traumach i zawodach, które przeszedł, staje się coraz bardziej zepsuty przez świat w którym żyje. Tak to już niestety jest – nikt z nas nie uwolni się od wpływów zewnętrznych.

Pozdrawiam
M.A.

Nie napisałem że to niezrozumiałe jest dla mnie tylko niespotykane :). Wcześniej właśnie miał jakieś wyrzuty sumienia. Tutaj jakoś mi ich brakuje ;). Na pewno jego wiek miał na to wpływ, No i ojciec po części również.

A co do inspiracji to myślę że wszystko co czytamy/oglądamy ma jakiś wpływ na nas. Ukryty w podświadomości czasem się ujawnia.

Warto było czekać, oj warto! Wątek Brennusa poprowadziłeś i zakończyłeś po mistrzowsku.
Od dawna chciałam zadać dwa pytania:
1. Czy tworząc postać Celta o niebieskiej twarzy inspirowałeś się "Wiedźminem" Sapkowskiego? Rozmowa Brennusa z Demostenesem (zwłaszcza fragment: "A zresztą, nic jej nie mów") sprawiła, że musiałam zdać to pytanie.
2. Nie rozumiem, dlaczego Demetriusz czuje się zdradzony przez Raisę. Jego kochanka jest niewolnicą, gdyby sprzeciwiła się woli Dionizjusza lub Meleagra z pewnością spotkałaby ją surowa kara. I tu pojawia się pytanie: Czy Demetriusz nie potrafił wczuć się w sytuację Raisy, czy też w tamtych czasach zdradę pojmowano inaczej?
Eileen

A zatem z chęcią odpowiem, na miarę moich możliwości 🙂

ad 1. Człowiek nigdy nie może ze 100% pewnością sprecyzować, czym się inspirował, skąd brały się wszystkie pomysły, które przyszły mu do głowy. "Wiedźmina" czytałem kilkakrotnie, więc utkwił w mojej głowie i w niej siedzi. Potem przykryło go wiele innych powieści, ale mimo to, wciąż może wywierać pewien wpływ. Nie mogę go wykluczyć, choć gdy pisałem ostatnią scenę Brennusa, Biały Wilk nie stawał mi przed oczami. Jeśli już, to działał na płaszczyźnie podświadomych skojarzeń, nic więcej.
ad 2. Demetriusz nie czuje się zdradzony, bo Raisa przespała się z innymi (przynajmniej przez większość czasu, gdy młody Falerończyk jest zdolny do logicznego myślenia). Ma do niej żal za to, że mu o tym nie powiedziała. To właśnie uważa za objaw nielojalności. Co więcej, postrzeganie Raisy jako zdradliwej dziwki jest w jakiś sposób psychologicznie dlań wygodne: pozwala mu to zmniejszyć poczucie winy, które odczuwa z powodu własnej niewierności. Daeone zauważył, że scenę z Eufraksją napisałem inaczej, niż poprzednie "zdrady" Demetriusza – właśnie dlatego, że nastawienie Demetriusza uległo zmianie. Choć on sam może nie uświadamiać sobie wszystkich mechanizmów owej zmiany.

Pozdrawiam
M.A.

Skąd bierzesz te wszystkie fantastyczne ilustracje?
Danone

Początkowo tworzyłem swoją kolekcję obrazów o tematyce okołoerotycznej i okołostarożytnej samodzielnie, w czeluściach internetu. Potem wpadłem na stronę, którą wszystkim polecam: http://conchigliadivenere.wordpress.com/ Jest to olbrzymi i stale aktualizowany zbiór kobiecych aktów. Prawdziwa kopalnia wspaniałych ilustracji!

Pozdrawiam
M.A.

Szkoda Brennusa ale zginął jak bohater wydaje mi się, że autor za bardzo wykorzystał ostatni odcinek serialu spartacus war of the damned choćby scenę pojedynku Cezara z Gannicusem albo Spartakusa z Markiem Krassusem, obaj nie mieli szans gdyby nie to, że podwładni jeden poprzez podcięcie mięśnia a pozostali poprzez obrzucenie oszczepami ich uratowali.

http://www.youtube.com/watch?v=AUlsxHidpd4

Drogi Anonimie,

oczywiście widziałem ostatni odcinek "Spartacusa" i nie wypieram się inspiracji, choć wydaje mi się, że nie była ona decydująca – inni komentatorzy wskazali znacznie bardziej prawdopodobne źródła, jak choćby proza Henryka Sienkiewicza.

Pozdrawiam
M.A.

A co do tego pojedynku Brennusa to może zrealizować go w innej wersji choćby Alkajos kontra Aratos o ile wcześniej nie zlikwiduje go Filona w końcu on może ją rozpoznać.

Pojedynek Aratos vs. Alkajos z pewnością byłby interesujący (jak już Kreteńczyk się wykuruje, bo w tym momencie przegrałby nawet z dzieckiem), ale czy oni nie nazywają się zbyt podobnie? W dynamicznym opisie tej epickiej konfrontacji mogliby się czasem mylić 😉 Co zaś się tyczy Filony – póki Aratos jest na Eginie, znajduje się poza jej chwilowym, mocno ograniczonym zasięgiem. Ale gdy powróci do Aten…

Pozdrawiam
M.A.

doskonała robota autorze 🙂 mam nadzieję że podarujesz nam na gwiazdkę kolejny rozdział? a może nawet dwa? 😉

Dziękuję, Anonimusie! Przed gwiazdką będzie co najmniej 1, a może nawet 3 rozdziały przygód Demetriusza 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Uprzejmie donoszę, że następny rozdział Opowieści Demetriusza pojawi się na Najlepszej Erotyce nie 29 listopada, jak pisałem poprzednio, ale 2 grudnia. Jest to termin ostateczny i obiecuję, że nie ulegnie już zmianie 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Witaj Megasie!

Już na samym początku, gdy nadpływają tajemnicze statki, akcja robi się jeszcze bardziej ekscytująca .
Pojawia się Lizander razem z najemnikami, zwycięstwo oligarchów jest już jasne!

Świetnie pokazany Alkajos – lubię go gdy jest takim rzeźnikiem, nie jedynie krzywdzicielem niewiast i dzieci, ale też mordercą mężczyzn, żołnierzy. Taki Alkajos budzi grozę. Bardzo dobra, krótka wymiana zdań Hiperejdesa z Alkajosem.
Podobało mi się gdy Celt dostał od Kritiasa rozkaz poprowadzenia swojego "oddziału" do walki a potem wyruszenie tegoż oddziału. Mściwość wybrańca Apolla i Honor Brennusa.

Wspaniała ostatnia rozmowa Demostenesa z Brennusem, cudowny był też moment gdy Demostenes się zorientował że nie potrafi ocalić swoich rodaków którzy ruszą z Celtem. Że może ocalić jedynie swoją córkę.

Bardzo dobry opis sytuacji tuż przed walką najemników Lizandra z Brennusem i jego "żołnierzami". Podobał mi się pewien absurd tej grupy Celta – połączenie jego, wytatuowanego olbrzyma, którego Ateny i ich wolność nic nie obchodzą, oraz zbieraniny naprędce uzbrojonych biednych obywateli upojonych wiarą w zwycięstwo. No i świetne było to, że Brennus szykuję się tutaj na śmierć, jego pragnienie o tym by napisano na ten temat poemat, to będzie piękny koniec dla tej ciekawej postaci.
Olbrzym wspaniale i łatwo przedzierał się przez nieprzyjaciół – ah, zacząłem żałować że nie będzie mi dane zobaczyć jego walki z Alkajosem czy Kassandrem – to dopiero byłby pojedynek! Dobre było to, że nawet w tak, wydawało by się, beznadziejnej sytuacji, Brennus i jego ludzie zaczęli mieć w pewnym momencie szansę na zwycięstwo. Moje emocje wtedy mocno podskoczyły. Starcie z łucznikami i pierwsze rany u Celta też były świetne. No i pojedynek z Lizandrem – przestałem myśleć o Alkajosie i Kassandrze – najemny Spartanin okazał się godnym dla nich następcą. Wspaniała walka, pełna napięcia, do końca nie byłem pewny kto zwycięży – Brennus nawet ciężko ranny to wciąż jest jednak wielki wojownik (zdrowy Celt chyba był najsilniejszym wojownikiem jaki pojawił się na kartach Opowieści Helleńskiej, przynajmniej moim zdaniem), ale i Lizander pokazał się jako bardzo groźny przeciwnik. Gratuluję, bardzo ciekawa, emocjonująca walka! Ah, no i oczywiście śmierć Olbrzyma była pięknie opisana.

Kritias z Alkajosem postanowili dać nogę 🙂 Można się tego było po nich spodziewać, ale mnie i tak to zaskoczyło.

Podoba mi się niechęć jaką Demetriusz odczuwa do Eneasza, to dość ciekawa relacja, między synem i kochankiem ojca.
Ciekawe jest wywyższenie pozycji Dionizjusza ponad pozostałych strategów (zwłaszcza Fokiona). Wygląda na to, że starzec nie do końca się tego spodziewał.

No i spotkanie Demetriusza Z Raisą i Menandrem – piękne i pełne uczuć, cieszę się bardzo, że młody Falerończyk nie żywi już urazy do swojej niewolnicy.

A na koniec Lizander odnajduję sponiewieraną Filone, która przedstawia mu się jako Diantha. No, to się zapowiada bardzo interesująco.

Poziom jak zawsze rewelacyjny, zaraz biorę się za następny rozdział 🙂

Pozdrawiam
Aoba

Witaj, drogi Aoba!

Dawnośmy nie rozmawiali! Już się niepokoiłem, co dzieje się z wiernym i elokwentnym Komentatorem Opowieści helleńskiej! Cieszę się, że powróciłeś, na Najlepszą w ogóle i do komentowania w szczególności. I że najnowsze rozdziały przygód Demetriusza i spółki nie sprawiły Ci zawodu. Centralnym punktem tego rozdziału jest oczywiście bohaterska śmierć Brennusa. Od dawna zakładałem, że muszę mu dać możliwie epicki finał. Skoro nie miał szans na pojedynek z Aratosem, którego pragnął, ani na walkę z Alkajosem, od której z pewnością by się nie uchylił, trzeba mu było dać godnego przeciwnika w postaci Lizandra. Przy okazji wykorzystałem biegłość Spartanina w posługiwaniu się włócznią – z mojej orientacji w szermierce wynikało bowiem, że żadna grecka klinga nie miała szans z galijskim mieczem. Musiała być to zatem broń drzewcowa. Tworzyło to interesującą asymetrię między dwoma bojownikami. Nie ukrywam, że w opisie tej walki inspirowałem się również podobnym pojedynkiem opisanym w "Nawałnicy Mieczy" George'a R.R.

Martina. Miałem wrażenie, że w Opowieści helleńskiej brakuje równie interesujących starć. Postanowiłem więc usunąć ten brak. Jak mi wyszło – ocena należy do Was, Czytelników.

Samobójcze bohaterstwo Brennusa mogło wybrzmieć tym mocniej, bo zostało skonfrontowane z tchórzostwem Kritiasa oraz Alkajosa, którzy po prostu uciekli z Aten, gdy tylko wydarzenia przybrały niekorzystny obrót. Historia Celta dobiegła kresu. Ci dwaj będą nadal szkodzić, krzywdzić, siać spustoszenie. Zgodnie z prawem Kopernika-Greshama pieniądz gorszy wypiera lepszy. Honorowi giną, niegodziwcy przeżywają.

W tym odcinku Dionizjusz zdobywa w końcu zdecydowaną przewagę nad Fokionem. Wcześniej to tamten był potężniejszy z uwagi na swój autorytet, wiek, doświadczenie. Dionizjusz starał się nie wchodzić z nim w otwarty spór, nawet jeśli nie miał o sędziwym strategu najlepszego zdania. Teraz, mając za sobą poważną siłę zbrojną, Dionizjusz może się wreszcie wybić na niepodległość.

Lizander i Filona… to początek interesującego, jak sądzę, wątku 🙂

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Witaj ponownie Megasie,

Nie było mnie jakiś czas na NE gdyż postanowiłem poczekać aż rozdziałów Opowieści uzbiera się więcej – ostatnio zawsze miałem mało po skończeniu lektury 🙂 Próbowałem sobie "zachować" trochę rozdziałów już od dłuższego czasu, ale dopiero z tymi ostatnimi trzema mi wyszło 🙂

Ostatnia walka Brennusa jest doskonała, ale z świetnie opisanych pojedynków w Opowieści Helleńskiej moim zdecydowanym faworytem jest walka Dionizjusza ze spartańskim przywódcą najemników, walczących dla demokratów. Była absolutnie rewelacyjna, uwielbiam ten pojedynek!

Jak chodzi o Fokiona to czy można powiedzieć, że zlekceważył on Dionizjusza? Czy też wiedział, że tak to się może skończyć ale po prostu nie miał możliwości zapobiec takiemu wzrostowi pozycji Falerończyka?

Pozdrawiam
Aoba

Dobry wieczór,

rozumiem oczekiwanie na więcej rozdziałów – faktycznie, fajniej jest przeczytać raz 100 stron, niż 4 razy krótkie fragmenty po 25. Mam nadzieję, że do końca lutego opublikuję tu dość rozdziałów, byś mógł je znów hurtowo przeczytać 🙂

Co do Fokiona: był on już przyzwyczajony do tego, że siłą swego autorytetu był w stanie narzucać własne zdanie pozostałym strategom (głównie Dionizjuszowi: najczęściej skłaniając go do umiaru i powściągliwości). Teraz zrozumiał, że zasady gry się zmieniły. Prawdą jest, że miał niewielkie możliwości zapobieżenia takiemu rozwojowi sytuacji.

Pozdrawiam
M.A.

Witaj ponownie,

Naprawdę nie jest powiedziane, że dam radę 🙂 To jest trudne, bardzo mnie ciągnie by przeczytać już najnowszy rozdział, ale chyba do 10 lutego mi się uda, a jak dam radę, to wtedy będę miał już dwa 🙂

Więc Fokion może, chcieć ukrócić władzę Dionizjusza?

Pozdrawiam

Witam,

najpierw Fokion musi na własne oczy zobaczyć, co Dionizjusz zrobi z nowo zdobytą władzą. To be continued 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Bądź pozdrowiony twórco!
Nie wiedziałem za bardzo, gdzie napisać te słowa, wybór był więc podyktowany…komfortem 😉

Już od dłuższego czasu śledzę kolejne części Opowieści Helleńskiej. Przeczytałem tę poświęconą Kassandrowi, przeczytałem tę dotyczącą Tais, jak widać kończę i tę traktującą o losach Demetriusza. Przyznać muszę, że o ile rozpoczynałem lekturę skupiając się niemal zupełnie na scenach erotycznych, tak z czasem zacząłem coraz bardziej doceniać warstwę fabularną oraz opisy. W końcu złapałem się na tym, iż (przykładowo) chętniej czytam opis walki między oligarchami a demokratami, niż ten dotyczący spółkowania Kritiasa z Filoną.
Myślę, że większość moich przedmówców posiada już co najmniej ołtarzyk ku Twojej czci w swoim domu ( 😛 ) , ja jednak napiszę również od siebie: spośród wielu ,,opowiadań erotycznych” (cudzysłów konieczny, bowiem OH wykracza daleko poza te ramy) to czyta mi się najprzyjemniej. Jest bardzo rozbudowane, barwne, wydarzenia i zachowania są autentyczne a przede wszystkim zachęca czytelnika do lektury następnych części. Jestem pod szczerym wrażeniem Twojego Megasie warsztatu literackiego, jak również szczegółowej wiedzy na temat opisywanego okresu historii.

Twórz dalej, twórz solidnie.

Pozdrowienia,

Spokojna Woda

Witaj, Spokojna Wodo!

Cieszę się, że dotarłeś aż tutaj i najwyraźniej nie masz zamiaru się zatrzymywać 🙂 I że fabuła w końcu zdominowała w Twoich oczach sceny erotyczne, które są owszem, ważnym – ale jednak dodatkiem. Dziękuję za wszystkie miłe słowa i życzę jeszcze wielu miłych chwil przy tekstach mojego autorstwa 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Przyznam, że i ja cenię przemyślaną i rozbudowaną fabułę oraz dbałość o realia i różne szczegóły oddające klimat epoki, co jest wyróżniającą cechą OH. Jako zwolennik arystokratów z zadowoleniem przyjąłem ich zwycięstwo, tym bardziej, że w zasadzie nie zhańbili się tchórzostwem, czego o ich przeciwnikach powiedzieć się nie da. Jeden Brennus uratował honor demokratów, chociaż przynależał do tego obozu właściwie z przypadku.

Cieszę się, Neferze, że podobał Ci się ten rozdział. Pojedynek Brennusa to jedna z tych scen, z których jestem bardzo zadowolony. Mam nadzieję, że dalsza część tej opowieści nie przyniesie Ci zawodu 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz