Max Malycki II (Foxm)  3.52/5 (34)

37 min. czytania
Lies Thru a Lens, "Natasha", CC BY 2.0

Lies Thru a Lens, „Natasha”, CC BY 2.0

Restauracja hotelu D’Angleterre cieszyła się w pełni zasłużoną sławą. Liczący sobie blisko sto pięćdziesiąt lat obiekt położony był w jednym z najbardziej malowniczych miejsc w całym kraju. Na tle gór kompleks hotelowy wydawał się śmiesznie mały, nic w tym jednak dziwnego – żaden twór wzniesiony ludzką ręką nie mógł równać się z majestatyczną wielkością Alp Szwajcarskich.

Rysujący się w oddali szczyt Mont Blanc królował nad okolicą i uzmysławiał gościom własną małość w obliczu geniuszu natury. Wpatrując się w górskie stoki łatwo można było popaść w refleksyjny nastrój. Ciągły pośpiech, nieodłączny kompan nowoczesności, wydawał się szerokim łukiem omijać ten zakątek Alp.

Max Malycki lubił wpatrywać się w najbliższy łańcuch górski, siedząc bezpiecznie w ciepłej restauracji, najlepiej z kubkiem parującej jeszcze kawy w zasięgu ręki. Wybrał hotel D’Angleterre nie tyle ze względu na pięć gwiazdek i świetną kuchnię – urzekł go nade wszystko panujący w tym miejscu klimat.

Drewniany budynek hotelu skrywał wiele sekretów, znanych tylko nielicznym. Setki, tysiące historii splatały się w tym miejscu w pasjonującą całość.

Wrażenie pustki było przytłaczające. Malycki sporo zapłacił, aby mieć całą restaurację dla siebie i swoich gości. Od najważniejszego spotkania w tym roku dzieliły go ledwie minuty. Spotkania, którego przygotowanie wymusiło na nim znaczne inwestycje; musiał też uczynić pewne poświęcenia.

Gass osobiście nadzorował podróż na miejsce spotkania najważniejszego gościa – ten człowiek musiał być traktowany z wszelkimi honorami. Tym razem nawet Max porzucił tak lubianą nonszalancję w ubiorze na rzecz klasycznego ciemnego garnituru od Hugo Bossa. Tylko do krawata nie mógł się przemóc, założył więc muchę. O dziwo, czuł się w tym formalnym stroju całkiem nieźle, chociaż minęło całkiem sporo czasu, odkąd po raz ostatni miał na sobie strój wieczorowy.

Pierwszy płatek śniegu zawirował pośród nocy. Malyckiemu wydawało się, że przez ułamek sekundy dostrzega go w całej okazałości. Pociągnął malutki łyk z kubka. Latte macchiato było wyśmienite. Gorący płyn działał powoli, dodając sił.

Usłyszał ruch, odwrócił się więc od okna, by sprawdzić kto przybył pierwszy. Szef kuchni, doglądający jeszcze przed chwilą ostatnich szczegółów, zniknął bezszelestnie.

To na jego polecenie tu przyszła. Bywały takie okazje, kiedy nawet on potrzebował dobrze wyglądającej kobiety u swego boku. Ta, która miała mu towarzyszyć dzisiaj, musiała spełniać jeszcze jeden warunek: doskonale znać się na wszystkim, co dotyczyło chińskiej gospodarki. Przez dłuższy czas na własną rękę szukał odpowiedniej kandydatki – bezskutecznie. W końcu musiał zaakceptować kandydaturę podsuniętą mu przez ludzi z firmy.

Łączył tę kobietę niemal wyłącznie z nieudaną koncepcją dotyczącą Węgier. Jednak jej bezpośredni przełożeni w raportach niemal jednomyślnie wskazywali na jej duży wkład w ostatnie sukcesy firmy właśnie na chińskim rynku. Poświęciła dekadę na naukę kilku dominujących w regionie języków. Biegle mówiła po japońsku; mandaryńskim władała w takim stopniu, w jakim może opanować go człowiek Zachodu. Rozumiała specyfikę regionu lepiej niż większość kolegów po fachu. Stała się ekspertem od spraw chińskich. Pracując trzy lata w Szanghaju poznała wielu wpływowych ludzi, sieć jej osobistych kontaktów stale się powiększała.

Raporty zwracały uwagę na fakt, że Olya często chodziła własnymi ścieżkami i miewała kłopoty z wykonywaniem poleceń. Jej praca przynosiła jednak wymierne finansowe korzyści MIG. „Jest krnąbrna i pyskata, ale to materiał na prawdziwą gwiazdę”. Jedyne szczere zdanie, jakie wypowiedział na temat Olyi szef oddziału MIG w Szanghaju, zaintrygowało Malyckiego do tego stopnia, że kazał swoim ludziom dokładnie prześwietlić swoją pracownicę. Research dał ciekawe rezultaty.

Dwukrotnie odrzuciła propozycję pracy dla uniwersytetu w Szanghaju, za każdym razem argumentując, iż jest zdecydowanie zbyt wcześnie na podobny ruch. Między wierszami można było wyczytać, iż akademicka praca ją nuży. Chińczycy musieli być niepocieszeni – od lat robili wszystko, by kadra wykładająca na ich uniwersytetach składała się z możliwie najlepszych fachowców.

Wyrazy uznania nie napływały zresztą wyłącznie z Chin. Tuż przed przenosinami do Genewy odmówiła objęcia intratnej posady w Centralnym Banku Japonii; obecny prezes tej instytucji osobiście namawiał ją do przenosin. Max miał za sobą lekturę kilkunastu e-maili, które udało się przechwycić jego specjalistom od elektronicznych brudnych sztuczek – wszystkie wiadomości stanowiły dowód niezwykłej determinacji Japończyka. Czytając prywatną korespondencję Olyi, Malycki po raz pierwszy prychnął z pogardą. Zachowanie Azjaty wydało mu się bardzo naiwnym, nawet jeżeli łączyło go z kobietą coś w rodzaju przyjaźni. Niemniej podobne gesty świadczyły bez wątpienia o szacunku, na jaki tam zapracowała.

Do Europy wróciła po zasłużony awans, ale jako postać niezbyt znana. Wyglądało na to, że ten stan rzeczy niezbyt jej przeszkadzał. Rzuciła się w wir pracy.

Studiując jej pełne dossier, nie sposób było nie dostrzec ogromu pracy, jaki wykonała przez ostatnich kilka miesięcy. Przychodziła pierwsza, wychodziła ostatnia, jeśli w ogóle. Kolejny awans zdawał się być tylko kwestią czasu w wypadku starszej analityk, Olyi Pilszczuk.

Styl jej analiz był do zniesienia – Max zgadzał się z większością jej konkluzji. Przekonanie o tym, że to ona jest odpowiednią kandydatką na jego partnerkę podczas dzisiejszego spotkania, kiełkowało w nim bardzo długo. Zdecydował niemal w ostatniej chwili, wysyłając zaproszenie wraz z kompletem dokumentów naświetlających cel negocjacji.

Przystała na propozycję bycia jego towarzyszką, choć z całą pewnością – podobnie jak on – pamiętała feralne zebranie rady.

Dla dobra tego mającego trwać jeden wieczór sojuszu postanowił, że zrobi, co będzie konieczne, by ją ugłaskać. Musieli wyglądać naturalnie w tym zaimprowizowanym partnerstwie. Jedno spojrzenie wystarczyło mu, by stwierdzić, że dziś wieczorem będzie miał u boku kobietę nieprzeciętnej urody. Warunek atrakcyjności w jej przypadku spełniony był z nawiązką.

W długiej do ziemi czarnej sukni prezentowała się efektownie. Tylko włosy łagodnie opadały na nagie ramiona. Makijażu, jeśli nie liczyć delikatnego cienia na powiekach, nie było. Wyraźnie postawiła na naturalność – nawet usta zostały podkreślone jedynie poprzez delikatny róż pomadki. Zdaniem Malyckiego, kolor jej warg całkiem ładnie harmonizował się z bladością skóry.

Widział ją po raz drugi w życiu, ale tak naprawdę oglądał po raz pierwszy. Z sekundy na sekundę coraz mniej żałował swojego wymuszonego wyboru.

Idąc w jego stronę, blondynka płynnie lawirowała między stolikami, co w takiej długiej kreacji nigdy nie jest rzeczą prostą.

Max wyjechał kobiecie na spotkanie. Taktownie zatrzymała się, zauważywszy ruch z jego strony. Kiedy znalazł się tuż przy niej, przez sekundę wpatrywał się w czarne oczy ukryte za oprawkami okularów. Wyciągnął rękę, ona odpowiedziała tym samym. Krótki uścisk dłoni. Max przyglądał się jej przez chwilę. Na wysokości oczu miał smukłą szyję, przyozdobioną klasycznym wisiorkiem yin-yang – w chińskiej kulturze uchodzącym za symbol równowagi pomiędzy dwoma potężnymi pierwiastkami, od których wszystko się zaczyna. Ozdoba była niewielkich rozmiarów, ale kombinacja białego złota z czernią onyksu przyciągała uwagę. Ich dzisiejszy gość był mocno przywiązany do wszelkich symboli związanych z tradycją Chin. Musiała o tym pamiętać, dlatego wybrała taki drobiazg. Bardzo wytworny drobiazg, podobnie zresztą jak drobne kolczyki wykonane z małych diamentów.

Jej zarobki były niezłe, ale nie na tyle wysokie, by stać ją było na wiele podobnych błyskotek. Prawdopodobnie strojąc się na spotkanie, musiała założyć na siebie najlepszą biżuterię.

– Cieszę się, że moja propozycja została przyjęta. W czasie naszego pierwszego spotkania potraktowałem panią zdecydowanie zbyt ostro.

– Zbyt ostro? – wpadała mu w słowo Olya. – Ma pan na myśli wyszydzenie moich kompetencji już pierwszego dnia pracy?

Czarne oczy zdawały się przewiercać go na wylot.

Wytrzymał, nie odwrócił wzroku.

– Pax – stwierdził Malycki. – Musimy zacząć od początku. Przyznaję, że pani osiągnięcia przeczą w części moim słowom. W sprawie Węgier pani się myliła, a ja nieco zbyt pośpiesznie wydałem werdykt. Oboje popełniliśmy błąd. Uznajmy stan idealnego remisu. Proponuję zakopać topór wojenny – dzisiejszego wieczoru będziemy walczyć o wielkie pieniądze.

Olya uśmiechnęła się. Malycki z pewnością nie był typem człowieka nawykłego do częstego przyznawania się do błędów. Dzisiejszy wieczór musiał być dla niego szczególnie istotny, skoro zdecydował się na podobny gest. Takie zachowanie nie pasowało do krążących o nim opinii. Mówiło się, że Max nigdy nie przeprasza. Olya była skłonna uwierzyć w to bez zastrzeżeń.

Nie do końca wiedziała, co o tym wszystkim sądzić. Zaskoczył ją – tak wytrawny gracz nie ucieka się do podobnych metod. Znacznie bardziej w jego stylu byłyby próby zastraszenia, groźba złamania kariery, ale nie przeprosiny.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy dyskretnie zbierała krążące na jego temat opowieści. Wszystkie źródła były zgodne co do jednego: „Malycki jest pozbawionym wszelkiej empatii sukinsynem, szachistą, który przestawia te swoje figurki tak długo, aż będzie zadowolony”. „Pewnie byłby gotów sprzedać własną matkę, gdyby wiedział, że mu się to opłaca”. Jedno było pewne – na stole pojawią się ogromne kwoty. Max wydawał się być zdeterminowany, chciał zarobić i to dużo. Potrzebował jej, w imię większego celu zdecydował się zatem na pewien akt skruchy. Potrafiła to zrozumieć – a przynajmniej tak jej się wydawało.

Postanowiła zaczekać na rozwój wypadków. Na srebrnej tacy dostała możliwość partycypowania w wielce delikatnej rozgrywce. Była profesjonalistką – zdawała sobie sprawę, iż otrzymała rzadki dar w tej branży. Drugą szansę.

– Doceniam, że tym razem pański komplement odnosi się do mojej pracy i tylko do niej.

– Max. Jeśli będziemy sobie mówić po imieniu będzie to wyglądać bardziej swobodnie.

– Olya.

Malycki dyskretnie skinął na kelnera. Mężczyzna w białej liberii pojawił się z tacą, niosąc dwa wysokie kieliszki wypełnione czerwonym winem.

Max ostrożnie ujął jeden z nich w dłonie.

– Za owocną współpracę.

Uniósł go delikatnie w kierunku blondynki i skosztował pierwszy łyk.

Spełniwszy toast, odstawili alkohol z powrotem na tacę. Przy zarezerwowanym stoliku czekała na nich nieotwarta jeszcze butelka.

Po drodze Malycki postanowił sprawdzić przygotowanie kobiety.

– Kto jest naszym gościem?

– Zu Chan, sekretarz Chińskiej Partii Komunistycznej. Ważna figura w tamtejszym układzie władzy. Znakomity taktyk, cichy właściciel największego banku w Chinach. Oficjalnie urzędujący prezes to figurant, bez żadnej realnej władzy. Zu jest tak potężny, że gdyby tylko zechciał mógłby przełamać oficjalną partyjną linię, stając się tym samym jednym z najbardziej majętnych ludzi w państwie. W tamtym systemie jest trochę jak władca marionetek – niezliczona ilość sznurków zbiega się w jego dłoni. Nikt dokładnie nie wie ile. De facto Chan trzyma w garści sześćdziesiąt procent tamtejszego górnictwa. Prawdziwa szara eminencja. Nawet bacznie obserwując każdy jego krok, nie można mu niczego udowodnić z całą pewnością. Co więcej przewiduje się nawet, że w przyszłości ma duże szansę objąć stanowisko sekretarza generalnego.

– Dla nas lepiej, żeby nie zaszedł aż tak wysoko, gdyż…?

– Właśnie dobiegła końca wielka fuzja największych azjatyckich banków. Od ponad roku Chan podróżuje po świecie, poszukując współpracowników. My chcemy obracać jego pieniędzmi. Taka fortuna jest łakomym kąskiem dla wszystkich. Lista negocjujących jest trudna do dokładnego określenia. Jedno jest pewne – gra jest warta świeczki. Ten, kto wygra, zyska szerokie wpływy na chińskim rynku. Potencjalne zyski szacowane są na setki miliardów dolarów.

Malycki skinął głową.

– Jak zamierzasz nakłonić go do zainteresowania się akurat nami? – zapytała Olya.

– Mam atut, który powinien go przekonać. Jestem w posiadaniu jego obsesji – urwał jednak, gdyż dotarli do stolika. Olya usiadła naprzeciwko Maxa. Puste miejsce po lewej czekało na Chana.

Blondynka dalej spoglądała na niego pytającym wzrokiem.

– Moje kontakty na miejscu potwierdzają, że Chan jest paranoikiem, ale nie udało mi się znaleźć niczego ponad to.

Tym razem to mężczyzna uśmiechnął się z wyraźnym zadowoleniem.

– Co wiesz o pasji naszego gościa?

Olya zastanowiła się kilka sekund, nim udzieliła odpowiedzi:

– Kolekcjoner sztuki. Interesują go tylko rzadkie okazy. Obrazy, rzeźby, stara ceramika nie ma znaczenia – liczy się estyma danego dzieła. Im trudniej je zdobyć, tym bardziej chce je mieć. Tak zresztą można scharakteryzować naszego gościa: niedostępność go kręci.

– Bardzo trafnie. Tym razem nie mam zastrzeżeń do analizy. – W oczach Malyckiego zatańczyły iskierki rozbawienia.

Olya podparła łokciem brodę, wydymając usta niczym znudzony dzieciak.

– Słyszałaś kiedyś o Wilhelmie Canarisie?

Tym razem blondynka zastanawiała się znacznie dłużej:

– Jakiś Niemiec? Chyba miał coś wspólnego z Hitlerem.

Malycki tylko skinął głową i wyjaśnił:

– Admirał Wilhelm Canaris był szefem niemieckiego wywiadu i kontrwywiadu wojskowego. Nie wchodząc w szczegóły jeden z najbliższych współpracowników Adolfa. Próbował całymi latami odsunąć potwora od władzy, w ten czy inny sposób. By streścić całą historię związaną z działaniami admirała jako prowodyra spiskowców z całą pewnością potrzebowałbym kilku nocy. Nie mamy tyle czasu, więc ograniczę się tylko do wydarzeń z przełomu lutego i marca 1939. Wtedy to rozpoczęła się wielka gra.

– Wielka gra? To znaczy?

– Admirał zlecił kradzież pewnego działa sztuki. Obraz uchodził wśród kolekcjonerów za prawdziwego białego kruka. Wierzę, że miał ku temu swoje powody, ale to już zupełnie inna historia.

Malycki odchrząknął.

– Niewielu historyków zajęło się napadem na willę brytyjskiego ambasadora w Belgii. Mam pewne podstawy wierzyć, że ów dyplomata miał w posiadaniu naprawdę cenny skarb. „Białą Nałożnicę”.

W oczach Olyi nie wyczytał zrozumienia, więc uściślił:

– Nałożnica jest zaginionym dziełem Jacquesa-Louisa Davida, powstałym jeszcze za czasów Napoleona. Obraz od ponad dwustu lat jest obiektem pożądania wszystkich liczących się kolekcjonerów.

Zaczynała rozumieć. Malycki odnotował trwające tylko ułamek sekundy wahanie na twarzy kobiety.

– Gdybyśmy weszli w posiadanie obrazu, moglibyśmy rozmawiać z kimś takim jak Chan z pozycji siły.

– Widzisz? Nie tylko ja dostrzegam rozkoszną prostotę siłowego wariantu negocjowania. Cieszę się, że nasze myślenie w końcu podąża jednakowym torem.

Olya spoglądała na swojego szefa coraz większymi oczyma.

– Co się stało z tym obrazem? Możemy go pozyskać?

Max Malycki roześmiał się jak dzieciak przyłapany na podkradaniu łakoci.

Dreszcz przebiegł po plecach Olyi. Śmiejący się rekin finansjery – kompletna abstrakcja. Wychodząc z pierwszego spotkania, miała poważne wątpliwości co do istnienia u niego ludzkich odruchów. Tymczasem on szczerze się śmiał i tym razem, o ile potrafiła to właściwie zinterpretować, nie czynił tego, by wzmocnić szyderstwo.

Kiedy w końcu się uspokoił, podjął urwany wątek.

– Pierwszej kradzieży dokonał pracujący dla admirała najlepszy złodziej tamtych czasów – najczęściej posługujący się nazwiskiem Freiherr. Persona niezwykle tajemnicza i przez to fascynująca. Tak się składa, że tylko ja i kilku zaprzyjaźnionych historyków dysponujemy możliwie pełnym życiorysem tego pana. Oczywiście pewnych faktów nigdy nie uda się ustalić  – w jego świecie przetrwał tylko ten, kto był na tyle ostrożny, by za dużo po sobie nie pozostawić. Ów złodziej zabrał do grobu wiele tajemnic ostatniej wielkiej wojny. Osobiście wierzę, że gdybyśmy poznali je wszystkie, mogłoby to zmodyfikować nasze patrzenie na niektóre szalenie istotne dla historii kwestie.

Olya słuchała Malyckiego z coraz większym zainteresowaniem. Kiedy nie warczał i nie szydził, potrafił snuć opowieść w całkiem zajmujący sposób. Kobieta, słuchając jego słów, poczuła się tak, jakby sama przeniosła się w odległe czasy. Brawurowe kradzieże, szpiedzy grający o wysokie stawki, zaginione dzieła wielkich mistrzów malarstwa – wszystko to miało w sobie coś ze starych kryminałów pisanych w klimacie noir.

Jako nastolatka uwielbiała czytać historie, których głównymi bohaterami byli ponurzy, taplający się w brudach tego świata twardziele. Literacka fikcja czasami tak mocno sczepiała się z jej własną wyobraźnią, że powracała w sennych wariacjach. Bywało, że niezwykle pieprznych.

Zazwyczaj budziła się wówczas zlana potem, tuż przed nadchodzącym spełnieniem w muskularnych ramionach tego czy innego pogromcy złoczyńców. Zabierała wtedy mokrą od własnych soków rękę spomiędzy ud, by po chwili poczłapać do łazienki i opłukać palce.

Opowieść Malyckiego tym się jednak różniła od sensacyjno-kryminalnej powiastki, że zdarzyła się w rzeczywistości. Fakt ten tylko rozniecał ciekawość. Miała ochotę go przynaglić, by jak najprędzej przeszedł do meritum.

– Podążyłem śladami Canarisa i Freiherra. – Pauza została uczyniona chyba tylko dla spotęgowania efektu. – Mam „Białą Nałożnicę”. Nie było to ani łatwe, ani tanie. Na sfinansowanie całej operacji pozyskania obrazu wydałem według pobieżnych wyliczeń jakieś dwieście milionów dolarów.

– Mam rozumieć, że pieniądze Malycki Investment posłużyły do sfinansowania jakiegoś rabunku stulecia? I dlaczego mi to wszystko opowiadasz? Mogę przecież po prostu wstać i wyjść. Jeśli to zrobię, będziesz miał poważne kłopoty. – Kobieta uśmiechnęła się do niego szeroko.

Zdawał się odgadywać jej myśli, gdyż, unosząc palec, powiedział, delikatnie machając nim przed oczyma blondynki:

– Nie będziesz się mścić. Nie uda ci się mnie z tym powiązać. Nie gramy w tej samej lidze.
Pewność brzmiąca w jego głosie nie pozostawiała żadnych złudzeń.

Max kontynuował wątek spokojny i zupełnie zrelaksowany.

– Korzystałem wyłącznie ze środków pochodzących z mojego osobistego majątku; nie wydałem złamanego centa z budżetu firmy. Uznałem, że gra jest warta świeczki, nawet jeśli wymaga wynajęcia kilku współczesnych następców Freiherra. Kradzież łupu złodziejowi nie jest w mojej ocenie rzeczą wielce naganną. Nie mam wyrzutów sumienia – jestem finansistą, nie ministrantem. Gdyby komuś udało się powiązać mnie z tą sprawą, do pracy przystąpią moi prawnicy. Pewnie nawet nie doszłoby do procesu; nie spędziłbym w wiezieniu choćby sekundy. Ja w czasie proceduralnych batalii będę żył spokojnie na dotychczasowym poziomie. Jak widzisz, jakikolwiek donos dowiódłby wyłącznie tego, iż wtedy na zebraniu miałem rację i powinienem cię odesłać tam, skąd przyszłaś.

– Nie kuś, bo mogę się jeszcze odwrócić i odejść – stwierdziła Olya. – Prawdą jest jednak, że szkoda byłoby stracić z oczu taką tłustą zwierzynę jak Chan. Nawet jeśli wymaga to nagięcia kilku zasad i zawierania nieprzyjemnych sojuszy.

– Ten sojusz wcale nie musi być nieprzyjemny – stwierdził Max. – Pozyskanie tego Chińczyka i radość z dostępnych dzięki temu nowych źródeł pieniędzy i możliwości może stanowić wystarczającą rekompensatę poniesionych kosztów.

– I za to się napijmy – zaproponowała Olya.

– Zaraz powinni tu być, więc lepiej wstrzymajmy się ze świętowaniem sukcesu. Chan jest typem człowieka przywiązującego ogromną wagę do symboliki. Jego rozmówca z całą pewnością musi mu zaprezentować znamiona własnego prestiżu. Butelka trunku warta pięćdziesiąt tysięcy dolarów i piękna kobieta u boku są jak najbardziej odpowiednie do tego celu.

Blondynka odnotowała komplement, wypowiedziany mimochodem, ale mile łechtający ego. Była pewna, że wszystkie słowa Malyckiego wynikają z zimnej kalkulacji, wliczając w to pochlebstwa. Przygotowywał strategię i wizję dzisiejszego wieczoru przez wiele miesięcy. O dziwo, przesada i nieszczerość nie mierziła jej; wzbudziła nawet uznanie. Zu Chan przybył niespełna dziesięć minut później, otoczony przez chmarę współpracowników stanowiących jego świtę. Na czoło pochodu wysforował się Gass. Max przypuszczał, że jego przyboczny ma już serdecznie dość bycia opiekunem na dwa etaty.

Chan również miał przy sobie kobietę. Max ledwie rzucił na nią okiem – doskonale wiedział, że Chan lubi towarzystwo pięknych kobiet. Informatorzy utrzymywali jednak, że jego gość traktuje ich obecność przy swoim boku wyłącznie jako rodzaj ozdoby.

Delikatnie skłonił głowę przed Chińczykiem, chcąc zademonstrować swój szacunek.

– To wielka przyjemność poznać człowieka, o którym krąży tak wiele pochlebnych opinii.

Angielski towarzysza Chana był doskonały, bez śladu akcentu. Partia Komunistyczna od prawie dwóch dekad kształciła swoje wyższe kadry wedle wzorców skopiowanych z najbardziej prestiżowych zachodnich uczelni. Możliwość uczenia się w takich specjalnych placówkach otrzymywali tylko najbardziej uzdolnieni młodzi aktywiści.

Max od wielu już lat z podziwem patrzył na transformację zachodzącą w Chinach. Był skłonny zgodzić się z tezą stawianą przez część ekspertów: Państwo Środka miało obecnie najbardziej zliberalizowaną gospodarkę świata.

– To samo można powiedzieć o panu, panie Chan.

Zaczęło się. Kelner kilkoma wprawnymi ruchami otworzył wino, rozlał zawartość do kieliszków i usunął się w cień, gotów w każdej chwili służyć pomocą.

Świta Chińczyka zajęła sześć stolików. Max był na to przygotowany – już wcześniej Gass otrzymał szczegółowe instrukcje i dokładnie wiedział, co ma uczynić.

Sztab Chana miał na bieżąco dopinać wszystkie drażliwe kwestie formalne, kiedy tylko obie strony uznają wypracowane w najważniejszych kwestiach rozwiązania za zadowalające. Kluczowe decyzje miały zapaść w trzyosobowym gronie.

Rozmawiali ponad trzy godziny. Omawiano każdy punkt i każdy podpunkt założonego planu. Malycki z zadowoleniem zauważył, że partnerująca mu blondynka nie odstaje od towarzystwa. Wręcz przeciwnie – to ona referowała trudniejsze, bardziej zawiłe kwestie. Głos miała spokojny, budzący zaufanie i pozbawiony nawet śladów wahania. Chan stopniowo koncentrował całą swoją uwagę na Olyi.

To właśnie blondynce przypadł zaszczyt wyłożenia na stół najmocniejszej karty przetargowej. Malycki z radością ograniczył swój udział do niemal milczącej asysty.

– Prócz tych niezwykle korzystnych warunków do zaoferowania mamy pewien rzadki przedmiot, który, jak mniemam, jest w sferze pańskich zainteresowań od bardzo dawna.

Zu Chan popatrzył na nią przeciągle. Śledzący całą sytuację z boku Malycki prawie podskoczył z radości. Blondynka okazała się całkiem w typie Azjaty. Sama zainteresowana musiała również być tego świadoma, gdyż dumnie wypięła biust w kierunku pana sekretarza.

– Niezwykle rzadki przedmiot?

– „Białą Nałożnicę”.

– Niemożliwe. – Nawet oczarowany urodą blond negocjatorki nie dał wiary jej słowom.

Max Malycki wyciągnął telefon.

– Na karcie pamięci jest zapisany zestaw zdjęć wysokiej jakości. Na kotwicy w porcie w Hanowerze stoi statek pod duńską banderą – „Krucze Serce”. Jednostka należy do największego cypryjskiego armatora i właśnie teraz powinna wypływać w pięciomiesięczny rejs, w trakcie którego ma zawinąć do portu Kaohsiung. Na moje polecenie w ładowni „Kruczego Serca” umieszczono skrzynię, której próżno szukać w oficjalnych wykazach. Tam znajduje się płótno, którego pan z takim uporem poszukiwał przez dekady. Jednostka będzie w ciągłym ruchu do czasu aż nie uzyskam jasnej odpowiedzi na moją propozycję. Plotka głosi, że dla tego obrazu jest pan w stanie wiele poświęcić. Gdyby przyszło panu na myśl coś tak głupiego jak próba kradzieży, uprzedzam – wśród załogi jest grupa moich ludzi, których jedynym zadaniem w czasie tego rejsu jest ochrona „Białej Nałożnicy”.

Malycki skosztował mały łyk wina i ciągnął dalej:

– Strzelanina, dajmy na to z chińską strażą przybrzeżną w pobliżu tajwańskiego portu zakończyłaby się międzynarodowym incydentem. Jestem pewny, że kilku z tych dzielnych marynarzy zostawiło taśmy sugerujące, że zostali opłaceni przez pewnego szalonego kolekcjonera, mocno powiązanego z władzami w Pekinie. Jeśli w tym samym czasie „Wikki Mix” upubliczni całą dokumentację dotyczącą pańskich zamiłowań do kolekcjonowania rzadkich antyków, z całą pewnością wybuchnie skandal. Partia idzie z duchem czasu, towarzysze robią się wrażliwi na nagłówki światowej prasy, a ja zadbałem, żeby mieli o czym pisać. Ciemne sprawki bardzo wysoko postawionego urzędnika światowego mocarstwa to wprost wymarzony temat na serię dużych artykułów Jeśli spróbuje mnie pan okraść, mogę mocno narozrabiać. – Max uśmiechnął się niewinnie. – Znacznie mądrzejszym wyjściem jest przyjęcie mojej oferty. Pański ekspert od malarstwa uda się do Tajpej, gdzie podda obraz wszystkim niezbędnym testom. Ze swojej strony mogę zaoferować pomoc byłego kustosza Luwru – wielki autorytet, jeśli idzie o malarstwo Davida. Gwarantuję, że nikt nigdy nie zacznie się interesować, co się stało z dodatkowym ładunkiem „Kruczego Serca” – zakończył.

Wyłożył wszystkie karty na stół.

Malycki wiedział, co mówi – po cichu wykupił pakiet kontrolny akcji cypryjskiego armatora, w praktyce dysponował więc własną flotą.

Dotychczasowy zarząd, który doprowadził firmę niemal do bankructwa, zachował stołki i dostał premię. W zamian mieli bez szemrania wykonywać wszystkie polecenia napływające z Genewy. „Wikki Mix” również nie stanowiło problemu – nie upublicznią niczego bez jego zgody.

Gullien Wassage przez pewien czas korzystał z hojności Malyckiego, co pozwoliło mu się skutecznie ukrywać w okresie największej aktywności portalu, którego był redaktorem naczelnym i frontmanem. Kiedy Australijczyk znalazł się pod czułą opieką FSB, ich kontakty uległy osłabieniu. Gullien wciąż jednak miał spory dług do spłacenia; ponadto darzył kalekiego finansistę czymś w rodzaju sympatii.

Niespodziewanie głos zabrała blondynka, przerywając tym samym przedłużającą się ciszę:
– Jedyne, czego wymagamy, to skromne pięćdziesiąt milionów znaleźnego – wypaliła. – W końcu znaleźliśmy płótno, w którego istnienie nikt nie wierzył. Bezcenny skarb światowej kultury.

Max wstrzymał oddech. Ta część nie była elementem taktycznego planu! Olya podjęła samowolną decyzję, która mogła obrócić wniwecz wszystko, co udało się zyskać do tej pory.

Zachowując twarz pokerzysty, wpatrywał się w azjatyckiego adwersarza. Chińczyk gapił się przez długą chwilę na zawadiacko uśmiechającą się blondynkę. Mierzyli się wzrokiem, prowadząc niewerbalną grę.

Mężczyzna westchnął:

– Gracie twardo i jesteście chciwi. – Chan wyraźnie ważył każde słowo, kupując sobie tym samym czas do namysłu.

Kalkulował, Olya była tego pewna. Nie grali twardo i nie byli przesadnie chciwi. Pięćdziesiąt milionów nie stanowiło dla niego ceny zaporowej. Decyzja była w rękach Azjaty.

– Ależ to niewielka cena, prawdziwa okazja – przekonywała kobieta, okrasiwszy swoje słowa zalotnym trzepotaniem rzęs.

Zu Chan skinął w końcu głową.

– Jestem skłonny przystać na podobne dictum.

– Pan tutaj ma decydujący głos – zgodził się skwapliwie Malycki.

Ulga spowodowana reakcją Chana na spontaniczną inicjatywę Olyi była nie do opisania. Przytłumiła nawet złość na niesubordynację podwładnej. Z drugiej strony, byłoby głupotą dyscyplinować ją za to, że zarobiła dodatkowe pięćdziesiąt milionów. Przychód tej wysokości niemal w całości pokrył koszty zakupu akcji podupadającego armatora.

„Krnąbrna i pyskata” – przypomniało się nagle Malyckiemu. Całkiem trafnie ją opisali. On sam dołożyłby jeszcze jeden epitet: „interesująca”.

Na chwilę oddał inicjatywę partnerce. Olya dopinała detale, on asekurował, gotów wkroczyć w razie konieczności. Złotowłosa radziła sobie jednak bardzo dobrze – kurz po stoczonej niedawno batalii z wolna opadał. Maxa Malyckiego zaczynało ogarniać zmęczenie. Uwaga mężczyzny coraz mocniej koncentrowała się na kwestiach zgoła nieistotnych.

Powoli przesunął wzrokiem po całej postaci dziewczyny. Po raz kolejny stwierdził, że wieczorowy strój leży na niej wyjątkowo dobrze.

Naszła go absurdalna ochota na wygłoszenie jakiegoś komplementu na ten temat. Być może, kiedy to wszystko się zakończy, będzie ku temu okazja.

W trakcie negocjacji zajęta walką o korzystny rezultat Olya roztaczała wokół siebie dziwną aurę siły.

Miał szczęście, że podczas ich pierwszego spotkania nie była w tak wybornej formie jak dziś. Nie doceniłem jej – uświadomił sobie. Wówczas zwyczajny splot okoliczności spowodował, że oddała mu pole tak łatwo. Był zadowolony z faktu, że ma ją dziś po swojej stronie.

Niebezpieczna kobieta, posiadająca cały arsenał sztuczek – analizował. W sposób niezwykle świadomy wykorzystuje każdy dostępny atut.

Spotkanie zakończyło się kwadrans przed drugą w nocy. Zapierającą dech w piersiach górską panoramę przysłoniła noc. Śnieg padał coraz intensywniej – wyglądało na to, że do rana ziemię przykryje kilkunastocentymetrowa warstwa puchu. Po spożyciu ostatniego posiłku i symbolicznym toaście, pieczętującym wstępne porozumienie między stronami, Max wezwał Gassa skinieniem:

– Poinformuj kapitana „Kruczego Serca”, że ma natychmiast obrać kurs na Tajwan.

– Czekają. Incydentów brak, załoga od dwóch dni jest w stanie podwyższonej gotowości. Przed chwilą dostałem potwierdzenie, że kurier dostarczył na pokład ostatnią partię uzbrojenia. Tanio skóry nie sprzedadzą.

Max miał niemal pewność, że Azjata nie zrobi nic głupiego. Nie było takiej potrzeby, Musiał jednak trzymać rękę na pulsie do ostatniej chwili, w myśl zasady: „Spodziewaj się niespodziewanego”.

– Dopilnuj wszystkiego, później weź sobie wolny wieczór. Nie ma sensu, żebyś wracał. Skorzystam z tutejszego apartamentu. Zarezerwuj drugi apartament dla pani Pilszczuk.

Gass popatrzył na niego z lekkim zdziwieniem:

– Poradzisz sobie? Dam znać obsłudze.

Malycki ograniczył się tylko do skinienia głową.

***

Była wprost upojona zwycięstwem nad Zu Chanem. Być może właśnie w tej chwili święciła największą wiktorię w swojej karierze. Przehandlowała kradzione dzieło wielkiego malarza i pomogła doprowadzić do podpisania najbardziej lukratywnego kontraktu w dziejach firmy. Była przekonana, że wszystko pójdzie po ich myśli. Była z siebie dumna. Jej wkład w ten sukces był niebagatelny. Dzisiejszego wieczoru stworzyła z Malyckim świetnie funkcjonujący duet.

Rozejrzała się po apartamencie, w którym miała spędzić noc. Był ogromny i wyposażony we wszelkie możliwe wygody. Do swoje dyspozycji miała gigantycznych rozmiarów łóżko, najnowszy telewizor plazmowy, wyglądający jakby ledwie wczoraj przywieziono go z fabryki koreańskiego giganta elektronicznego; nie do pogardzenia była również zawartość barku. Olya ledwie rzuciła okiem na olbrzymią wannę, zajmującą pół łazienki, i szybkim krokiem podeszła do łóżka. Zaczęła analizować wydarzenia dzisiejszego dnia – musiała uporządkować myśli.

Przebieg wypadków przypominał nieco wydarzenia z „Iguany” sprzed kilku miesięcy. I tu, i tu kusiła i uwodziła – różnił się tylko stopień ekspresji wkładanej w oba działania. W klubie zaciągnęła dziewczynę do toalety, wyżyła się na niej i dała upust własnym emocjom. Jej gniew znalazł ujście.

Zu Chan nie był z całą pewnością typem samca, który wzbudzał w niej choćby namiastkę emocji. Bawiła się z nim: uśmiechami, spojrzeniami, trzepotaniem rzęs, delikatnym wypięciem biustu. Wykorzystywała przewagę, jaką udało jej się zdobyć dla własnych celów. Chciała z niego wyciągnąć jak najwięcej, a by tego dokonać nie mogła stosować półśrodków. Musiała wygrać.

Oba te zdarzenia miały dla niej pewien zaskakujący wspólny mianownik: Maxa Malyckiego. Rozmawiając z Azjatą uświadomiła sobie, że to nie jemu chce zaimponować. Chciała wywrzeć wrażenie na prezesie, dowieść swej wartości. Max intrygował, odpychał i przyciągał jednocześnie. Był dla niej jak układanka złożona z wielu niepasujących do siebie elementów.

Nie dawał się sklasyfikować – być może właśnie dlatego zamiast podsycać swoją niechęć do niego, zapragnęła dowiedzieć się o szefie czegoś więcej. Nie rozumiała dlaczego ów research tak ją pochłonął – nie rozumiała aż do dziś.

Malycki stanowił wyzwanie. Był największym ekscentrykiem, jakiego w życiu spotkała; socjopatą, który – niczym mityczny król Midas – zamieniał w złoto wszystko, czego się dotknął

Max był jednym z najpotężniejszych ludzi na świecie, a jednocześnie był tak słaby, że niemal bezbronny. Cudowny mózg zamknięty w klatce pokrzywionego ciała. Ten kontrast ją podniecał, fascynował.

Im dłużej przebywała w jego towarzystwie, tym częściej zastanawiała się, co znajduje się za barierą wzniesioną z połączenia intelektu, chłodnej kalkulacji i sarkazmu. Jaki naprawdę jest Max? Czy naprawdę jest tak zimnym skurwysynem,, jak utrzymują jego wrogowie? Czy coś poza zarabianiem pieniędzy jest w stanie wywołać u niego ekscytację?

Wiedziała, jak bardzo łajdaczył się przez całą poprzednią dekadę. O jego zamiłowaniu do luksusowych dziwek jej źródła opowiadały chętnie i długo. Szczegóły ekscesów Malyckiego stanowiły tajemnicę poliszynela, przekazywaną w formie pikantnych opowiastek podczas suto zakrapianych wyjazdów służbowych i wszelkiego rodzaju konferencji. Maxa traktowano z wyraźnym lekceważeniem. „Koledzy” po fachu nawet nie starali się ukrywać swojej niechęci. Olya potrafiła zgadywać, że za ich wypowiedziami kryje się czysta zazdrość. I najzwyklejsze poczucie niższości.

W czasie kryzysu, gdy praktycznie wszyscy tracili fortuny, firma Malyckiego zdołała wyjść na zero, notując wprawdzie okresowe straty, ale w porównaniu z konkurencją MIG było ewenementem. Kapitał klientów firmy pozostał nienaruszony. Max zachował pełną kontrolę nad firmą – nie przyjął nawet dolara z rządowych pożyczek. Przeniósł się do Szwajcarii, by stamtąd kierować swoimi interesami. Branża nienawidziła go po kryzysie jeszcze bardziej, a on z radością dał jej ku temu powody. Uparcie wskazywał na pychę kolegów, na oczywiste jego zdaniem błędy w ich prognozach. Bez wahania i z lubością szydził z upadłych autorytetów, które jeszcze nie tak dawno głosiły na Wall Street prawdy objawione.

Wycofał się, choć tak naprawdę nigdy nie był na świeczniku. Zamknął się w swojej willi pod Genewą.

Mówiło się, że zaprzestał zabaw z prostytutkami. W tej kwestii w zasadzie nic nie było wiadomo na pewno. Świeże, pikantne plotki przestały się pojawiać. Nikt nie wiedział, dlaczego tak się stało ani tym bardziej, na co trwoni obecnie swój majątek niepełnosprawny miliarder.

Olya również tego nie wiedziała. Domniemywała jednak, że Max po prostu znudził się tamtym stylem życia. Ona sama również przeszła ów etap – były czasy, gdy w jej łóżku co noc gościł inny mężczyzna, czasem dwóch. Z wiekiem jednak stała się zdecydowanie bardziej wybredna, a proces selekcji stał się zdecydowanie dłuższy i ostrzejszy.

Ten człowiek pełen zagadkowych sprzeczności – pogrążony w celibacie miliarder zajmujący sąsiedni apartament sprawił, że na moment wróciła do dawnych praktyk. Mało tego – miała ochotę do niego pójść i zaproponować wspólne świętowanie sukcesu. Nie wiedziała, jak to odbierze, czy nie wyrzuci jej z hukiem z pokoju. Miała zamiar zagrać ostro i bezpośrednio. Była przekonana, że szefowi spodoba się właśnie takie zachowanie. Doskonale zdawała sobie sprawę z faktu, że podczas spotkania pożerał ją wzrokiem. Zamierzała zaproponować mu seks. Bezpośrednio i bezwstydnie.

Przemierzyła kilkukrotnie pokój. Puszysty dywan tłumił dźwięki kroków. Chciała tego, naprawdę miała ochotę na faceta, którego niepełnosprawność chwilami była aż nadto widoczna Pod względem fizycznym wyglądał źle. Nawet ubrany w najdroższy garnitur od Bossa nie mógł tego zmienić.

Sama przed sobą przyznawała, że była ciekawa. Nigdy nie była z kimś takim. Odmienność, której symbolem był wózek, fascynowała ją w jakiś pierwotny sposób. Gdyby przypominał jednego z facetów, których do tej pory zaliczyła, nie stanowiłby takiej atrakcji.

Mogła się tylko domyślać, jak wygląda pod tymi ochronnymi warstwami materiału. Podejrzewała, że widok nie wprawiłby w drżenie jej kolan. A jednak… A jednak myślała o nim właśnie jak o potencjalnym kochanku. Uporczywie powracała do niej myśl o tym, że nagi, pozbawiony wózka i wszystkich atrybutów pozycji i władzy byłby taki bezbronny i słaby. Ta myśl podnieciła ją jeszcze bardziej. Była zdecydowana zaciągnąć go do łóżka.

Weszła do łazienki. Machinalnie poprawiła fryzurę. Sprawdziła makijaż. Krytycznym okiem oceniła całokształt. Efekt w pełni ją zadowolił.

Zdecydowanym krokiem wyszła na korytarz. Podeszła do drzwi apartamentu i nacisnęła klamkę.

***

Malycki usłyszał otwierające się drzwi. Siedział przy stoliku, na którego blacie stała szklanka w jednej trzeciej wypełniona whisky. Butelka czerwonego wina stała nietknięta nieopodal pustej karafki. Ileż to już zwycięstw świętował sam na sam z butelką? Po każdym większym sukcesie przychodził ten nieprzyjemny moment, kiedy uświadamiał sobie, że nie ma go z kim świętować. Czuł się samotny, zmęczony. Wpadł w dziwny nastrój i postanowił z pełną świadomością go przeczekać. Jutro rano obudzi się w wielkim, pustym łóżku. Rozpocznie się nowy dzień, który zapewne przyniesie ze sobą nowe wyzwania. On jak zawsze podejmie rękawicę – znów wyznaczy sobie jakiś cel, któremu poświęci cały swój czas i energię. Tylko takie podejście pozwoliło mu zajść tak wysoko. Był na szczycie, a zdobywca z reguły jest sam. Jest tym, który wytrwał najdłużej i zniósł najwięcej.

Była jeszcze sytuacja z Norą. To, co zobaczył w salonie, obudziło w nim dawno uśpione ciągoty. Jeszcze kilka drobnych impulsów, a znów zafunduje sobie jakąś piękność. Kupi ją sobie, wykorzysta, obsypując przy okazji podarkami. Nawet dziwki bywają próżne.

Pociągnął długi łyk ze szklanki, nieomal opróżniając zawartość.

– Problemy ze snem? – Zdziwiło go, że stoi w progu jego pokoju, ale nie dał tego po sobie poznać. Ciekawe, czego chciała.

Cokolwiek to było, wybrała niefortunny czas. Zaczynało go nosić, zupełnie jak za starych, szalonych czasów. Nabierał coraz większej ochoty na świętowanie sukcesu w staromodny sposób.

Coraz intensywniej pragnął kobiety i zwierzęcego seksu.

Widząc Olyę, stojącą w drzwiach jego pokoju, przez ułamek sekundy rozważał możliwość, że Zu Chan miał mniej wspólnego z jego obecnym stanem potrzeb, niż początkowo zakładał.

Świadomość fizycznej atrakcyjności podwładnej tylko dodatkowo utrudniała całą sprawę.

Olya nie odpowiedziała natychmiast. Weszła do pokoju, starannie zamykając za sobą drzwi. Z gracją modelki przeszła kilka kroków. Max dopiero teraz zauważył, jak kusząco kołysze biodrami. A może nie robiła tego wcześniej?

Było źle, bardzo źle. Działała na niego, i to mocno – nie był pewien, czy zdoła się opanować, jeśli przysunie się choć odrobinę bliżej.

Kurwa, dlaczego akurat teraz?, pomyślał. Jeżeli źle odczyta jej intencje, najdalej w poniedziałek horda prawników zjawi się pod drzwiami jego gabinetu. Mało to karier zostało zniszczonych przez podobne oskarżenie.

A ona podeszła do niego ze zmysłowym uśmiechem na pełnych ustach i oparła dłonie na podłokietnikach wózka. Max wstrzymał oddech.

– Zamierzam spędzić z tobą noc – wypowiedziała życzenie, zbliżając usta do jego ucha.

No, to przynajmniej zamykało kwestie interpretacji – już bardziej otwarcie nie dało się tego powiedzieć.

– Wyglądałaś dzisiaj cudownie – wyszeptał jakiś banał. Jego członek obudził się do życia.

– Nie musisz mówić takich głupstw. To do ciebie nie pasuje. Poza tym… – przesunęła drobną dłonią zakończoną długimi paznokciami w kolorze wina od jego szyi aż do wypukłości w spodniach.

– Wolałabyś, żebym wprost powiedział, że mam ochotę na kobietę, że muszę się wyżyć?

– Nie przerywaj mi – syknęła ostro. – Poza tym… – Znów zrobiła pauzę, lecz tym razem jej nie przeszkodził. – Żadne twoje słowo nie zmieni moich zamiarów.

Malycki zamruczał cicho. Naprawdę interesująca kobieta.

Po pierwszym spotkaniu miała pełne prawo go nienawidzić, a wyglądało na to, że chce mu wskoczyć do łóżka. Bardzo chce, a jemu się to podoba.

Potrafiła z wprawą dotykać mężczyzny, to już wiedział na pewno. Zdrowy rozsądek udawał się tego wieczoru na zasłużony odpoczynek.

– I kto by ci dziś porozpinał te wszystkie guziki…? – Uśmiechnęła się, klękając przed wózkiem w bardzo dwuznacznej pozycji. Kobiece palce błyskawicznie poradziły sobie z muchą i szeregiem guzików. Paznokciami przejechała po chudym torsie, zostawiając ciemniejsze smugi. Z zadowoleniem popatrzyła na swoje dzieło.

– Miałem sobie przygruchać jakąś zgrabną pokojówkę – odparł Malycki – ale okazuje się, że mam całkiem zdolnych pracowników

– Nie oczekuję premii za dzisiejszą noc… – wymruczała. – Robię to zupełnie bezinteresownie… – Zbliżyła usta do jego warg.

To nieprawda, że dziwki się nie całują. Za odpowiednim wynagrodzeniem zrobią wszystko, czego klient zażąda. Ale ten pocałunek był tak różny od wszystkiego, czego dotychczas doświadczył. Początkowo jakby nieśmiały, delikatny, stopniowo przeradzał się w bardzo intymną pieszczotę.

Dawno nie całowała go żadna kobieta. Kilka lat przerwy sprawiło, że chciał przedłużyć maksymalnie nawet zwykły pocałunek. Blondynka jednak postanowiła przyśpieszyć.

Całowała bez opamiętania, a on dał się ponieść – niemal włożył jej język do gardła. Nie pozostała mu dłużna.

Nie do końca wiedział, kiedy złapał ją za tyłek. Jego gest był niemal agresywny. Bez litości gniótł materiał wytwornej sukni. Wózek zachybotał się niebezpiecznie – dopiero wówczas Max oderwał się od ust blondynki. Ta przez chwilę bawiła się połami jego rozpiętej koszuli, gładziła dłonią nagi tors. Mężczyzna był coraz bardziej rozpalony – wolał jednak przenieść się na nieco pewniejszy grunt.

– Powinniśmy chyba grzecznie iść do..

– Zostajemy tutaj – zdecydowała Olya. – I na pewno nic, co będę tu z panem robić, panie Malycki, grzeczne nie będzie.

Tym razem Max nachylił się do jej ucha.

– Ale kiedy ja coraz bardziej chcę poznać panią od innej strony. Mam ochotę zrobić użytek ze swojego niewyparzonego języka inaczej niż zazwyczaj. – Uległ impulsowi. Dziwki nie domagają się nigdy specjalnej uwagi. Większość twierdzi, że jest obłędnie mokra i gotowa na niego. Tutaj chciał poświntuszyć słowem, sam będąc ciekaw efektu.

– Czy wysokość tego stołu panu odpowiada? – Olya wskazała nowoczesny mebel, po czym sprawdziwszy jego wytrzymałość, zgrabnie usiadła na blacie.

Takiemu zaproszeniu nie sposób było odmówić. Bez zbędnej zwłoki ustawił się pod odpowiednim kątem. Długa wieczorowa suknia stanowiła pewne wyzwanie. Sprawdził, czy uda mu się je obejść.

– Rozłóż dla mnie grzecznie nogi – poprosił niewinnie.

– Palant – wysyczała.– Masz wymagania.

– Nie drocz się, bo sobie pójdę.

W apartamencie rozległ się śmiech.

– Życzę powodzenia ze schodami – powiedziała Olya, rozstawiając szeroko nogi.

Malycki przez moment patrzył urzeczony na smukłe uda i zgrabne łydki. Jej kobiecość przysłonięta była przez czerwień koronki.

Trafiła w jego gusta – uwielbiał wyzywającą bieliznę w odważnych kolorach. Tym razem jednak nie poświęcił jej tak wiele uwagi, na ile jego zdaniem zasługiwała. Odsunął niezgrabnym ruchem delikatny materiał, wychylając się przy tym z wózka możliwie daleko. Zyskał dzięki temu swobodę manewru. Kiedy tylko dotknął jej tam językiem wiedział, że się nie powstrzyma – już nie. Zaczął ją lizać; śliski, długi narząd kreślił w jej wnętrzu skomplikowane wzory, wytyczał ścieżki.

Olya nie spodziewała się aż takiej intensywności pieszczot. Gwałtownie szarpnęła biodrami, łapiąc powietrze niczym ryba wyrzucona na brzeg.

Mam cię, pomyślał z satysfakcją. A jednak nie jesteś z kamienia.

Owa myśl bardzo mu się podobała. Nie miał najmniejszej ochoty oddawać zdobytej przewagi sytuacyjnej.

Dawanie przyjemności tej pięknej kobiecie w dziwny sposób jeszcze bardziej go pobudzało. Oddawał się obecnemu zajęciu z entuzjazmem, jakiego dawno u siebie nie uświadczył. Krew wrzała mu w żyłach, a poziom adrenaliny stale szybował w górę.

Wyczuwał na języku jej słodkawy smak, kosztował go z lubością. Sok spijany z tego jedynego w swoim rodzaju pucharu smakował lepiej niż warte krocie wino. Gdzieś wysoko nad swoją głową usłyszał szelest materiału. Czyżby zaczęła bawić się piersiami? Nie był pewien.

Dłoń Malyckiego dołączyła do języka. Nieco na wyczucie odnalazł zgrabną wypukłość łechtaczki. Była duża i jeszcze pęczniała mu pod palcami. Delikatnie przesunął po najczulszym kobiecym miejscu. W podobnej sytuacji brak pełnej sprawności w dłoniach zamieniał się z przekleństwa w korzyść – mógł pieścić kobiety palcami ze znacznie większym wyczuciem, mniej agresywnie, przez co zabiegi te nie były nieprzyjemne. Wprost przeciwnie. Powoli, bardzo powoli potarł malutką kuleczkę niczym swój największy skarb. Klejnot, którego oszlifowanie mogło ją w szybkim tempie zaprowadzić ku rozkoszy.

W apartamencie rozległo się głośniejsze westchnienie, które Malycki powitał z zadowoleniem. Olya traciła panowanie nad własnymi emocjami w coraz bardziej jednoznaczny sposób. Jeszcze jeden ruch języka, wspomagany przez delikatną pieszczotę palcami.

W momencie, w którym Malycki nie oparł się pokusie i wetknął dwa palce do ociekającego pożądaniem wnętrza blondynki, dziewczyna dała się ponieść – wyrzuciła biodra do góry i zakwiliła cicho.

– Drań – wyszeptała.

Wielokrotnie nazywano go już draniem, skurwielem, dupkiem, ale bardzo rzadko czyniono to w taki sposób, że odczuwał podniecenie zamiast irytacji.

Niespodziewany ruch Olyi sprawił, że palce Maxa opuściły dotychczas zajmowane miejsce.

Na opuszkach pozostały mu tylko ślady jej prawdziwej ekscytacji; zapach, którego nie sposób pomylić z niczym innym, wwiercał mu się w nozdrza. Jej zapach. Widok również zapierał dech w piersiach. Jego piękna pracownica wyglądała naprawdę oszałamiająco.

Światło będącego w pełni księżyca zdawało się czule obejmować jej ciało. Leżała na szklanym stole z szeroko rozłożonymi nogami; dorodne piersi nakryła dłońmi. Widać było, że i ona wytrwale pracowała, ugniatając półkule w sobie tylko znanym rytmie. Zatraciła się w tym przez moment, zamykając oczy. Blond włosy rozrzucone w uroczym nieładzie, usta delikatnie rozchylone. Mógłby długo tak patrzeć na Olyę, ale ciało dopominało się o swoje.

– Nie znoszę kobiet, które nie umieją nad sobą panować, a ty już jesteś mokra.

Blondynka z wyraźnym ociąganiem zsunęła się ze stołu. Max mógłby się założyć, że na szklanej tafli znalazłby dużo jej śladów.

Znów przed nim klęknęła. Usta objęły jego lepkie palce. Max poczuł jak delikatnie owija wokół nich język. Zaczęła ssać, spoglądając mu w oczy. Czerń jej oczu zdawała się mieć intensywniejszą barwę niż nocne niebo za oknem.

Doskonale wiedział, czego chciała; on potrzebował tego równie mocno.

– Mniam – wymruczała. – Smakowite.

– Lubisz się tak bawić, co? – zapytał ni to ją, ni to siebie. – Też umiem w to grać, ale nie dziś. Dziś mi się zwyczajnie chce.

– Czego pan chce, panie Malycki? – Zmrużyła ciemne oczy.

Zirytowała go. Nie odpowiedział, tylko złapał ją za biodra, ciągnąc ku sobie. Olya pokrzyżowała mu szyki, sadowiąc się na nim okrakiem.

Musiała czuć jego podniecenie, prowokacyjnie otarła się o niego.

Zrozumiał.

– Ty chcesz to zrobić tutaj, bo cię to kręci. Chcesz się pieprzyć na kółkach, prawda?

– Brawa za domyślność, panie Malycki. – Znów lekko się uniosła, opierając rękami o oparcie wózka, i opadła, zostawiając mokry ślad na jego kroczu. Kuszącym ruchem osunęła się na kolana i rozpięła mu rozporek. Penis naparł na bieliznę, stając na baczność. Uśmiechnęła się na ten widok i oblizała lubieżnie. Zrobiła to tak naturalnie, niemal odruchowo, że Max uznał, że jego pracownica lubi to robić.

Sięgnęła dłonią między swoje uda, a drugą sprawnie odsunęła męskie bokserki.

– Pragnę panu obciągnąć, panie Malycki… Mam nadzieję, że nie ma pan nic przeciwko…

Nie miał. Bezbłędnie odgadywała jego potrzeby. Musiał przyznać, że dał się zaskoczyć. Jeszcze w Nowym Jorku płacił dziwkom za seks w fotelu. Czynił to dla własnej podniety, druga strona nie zdobyła się nigdy na nic więcej poza „urzędowym” entuzjazmem. Nie sądził, że kiedyś spotka kobietę, która na myśl o czymś podobnym zrobi się wilgotna. A Olya? Cokolwiek by nie mówiła, jego niezbędny do życia rekwizyt zdawał kręcić ją tak samo mocno jak on sam. Podobało mu się to, cholernie mu się to podobało.

Nie czekając na odpowiedź szefa, pochyliła blond głowę. Wysunęła język i musnęła leciutko czubek penisa, zlizując kroplę śluzu. Członek drgnął i uderzył jej usta. Uśmiechnęła się figlarnie i spojrzała Malyckiemu w oczy. A potem szybkim ruchem głowy pochłonęła całą długość przyrodzenia, aż Max poczuł, że wciska się do gardła dziewczyny. Tak intensywna pieszczota dostarczyła mu całej gamy doznań. Zacisnął palce na jej ramionach i gwałtownie zassał powietrze. A Olya nie przestawała. W cudownie regularnym rytmie wsuwała w usta męskość. Dziwki mogły to robić równie biegle, ale w tej pieszczocie widział prawdziwy entuzjazm. Blondynka naprawdę pragnęła jego rozkoszy. W czarnych oczach dostrzegał odbicie własnych żądz. Więc kiedy nagle przestała, znalazł się w próżni.

– Chcę pana dosiąść… Czy mogę to zrobić teraz…? – Z czułością pogładziła męskie ramię, a potem tą samą pieszczotą obdarzyła metalowy stelaż wózka.

– Ta suknia raczej ci w tym nie pomoże. Pozbądź się jej. – Jego własny głos był nadmiernie zachrypnięty, przepełniony wyczekiwaniem. Chciał zobaczyć ją nago, najlepiej w pełnym świetle.

Z trudem odwrócił od niej wzrok. Z członkiem pozostającym w pełnej erekcji podjechał do włącznika światła. Całe szczęście, kartę miał w kieszeni marynarki, więc w chwili największej potrzeby wetknął ją tylko w przeznaczoną do tego szczelinę.

Pokój zalało światło. Malycki zmrużył oczy, wykonując obrót wokół własnej osi.

Dalej była ubrana. Podjechał do niej najszybciej, jak się dało.

Nie udałoby mu się stworzyć międzynarodowej korporacji, gdyby nie posiadał pewnego specyficznego talentu. Max Malycki potrafił naginać ludzi do swej woli, a kiedy zachodziła taka potrzeba, potrafił sprawić, że działali natychmiast.

Tym razem nie walczył o milionowe stawki – tym razem użył swojej umiejętności do czegoś innego.

– Olya, rozbierz się – nie podniósł głosu. Nie musiał.

Kochanka posłusznie wykonała polecenie, zostawiła tylko wisiorek yin-yang. Nie chodziło o to, że się przed nim rozebrała. Ale w jaki sposób… Obróciła się tyłem i irytująco powolnym ruchem zaczęła rozpinać zamek sukienki. Suwak zaciął się, kiedy oczom Maxa ukazał się cudowny rowek między pośladkami ledwie okryty cienką koronką.

Suknia już zsuwała się z jej ramion, kiedy podjechał, by pomóc. Nie musiał wiele robić. Zamek zaciął się w takim momencie, że wystarczyło, by delikatnie popchnął materiał, aby ten spłynął w dół, układając się miękko wokół jej kostek. Na wysokości oczu miał czerwony materiał skąpych fig. Ujął jędrne półkule w dłonie, bawiąc się nimi przez chwilę. Miała naprawdę gładką skórę, przyjemną w dotyku. Max złożył na lewym pośladku dziewczyny delikatny pocałunek. Ledwie musnął ją ustami – to jednak wystarczyło, by w zakamarkach jego umysłu zrodził się iście szatański pomysł. Jednym ruchem zsunął czerwone majtki. Kiedy trawiła go niecierpliwość, potrafił przezwyciężać nawet własne ograniczenia manualne.

Olya zdawała się być bardzo zadowolona z faktu, że pełnia jej wdzięków w końcu została odkryta. Ochoczo wysunęła pupę, chcąc usiąść na kolanach, chcąc go w końcu w sobie poczuć i dać upust własnej żądzy.

Powstrzymał ją. Miał ochotę na coś innego. Obiema dłońmi maksymalnie rozszerzył jej pośladki. Anus kusił go, zachęcał do podjęcia działania. Olya zorientowała się, co zamierza zrobić dopiero w ostatniej chwili.

– Noo, proszę, jaki śmiały … – wyrwało jej się, ale nie zdołała dokończyć zdania.

Język Maxa wsunął się między jej pośladki, poczynając sobie równie swobodnie jak wtedy, gdy siedziała na stole.

Wsunął go naprawdę głęboko, z rozmysłem poruszając się bez pośpiechu. Resztki samokontroli zostawił sobie właśnie na ten moment.

Kochanka najwyraźniej nie dysponowała podobnymi rezerwami.

– Mmmm, tak, Max, mmm. Drań. Cholerny, umiejący lizać drań, mmmmm.

W końcu oderwał się od partnerki. Krótki ruch ręką i w apartamencie rozszedł się głuchy odgłos uderzenia.

Olya zachęcona klapsem zakręciła wyzywająco biodrami, wyraźnie domagając się powtórki.

– Usiądź – nakazał Malycki. – Chce w ciebie wejść, natychmiast.

Zanim wykonała polecenie, odwróciła się do niego twarzą. Chciała spoglądać mu w oczy, kiedy będzie się z nim zabawiać.

Dosiadła swojej zdobyczy – w końcu miała go w sobie. Widziała z odległości kilku centymetrów, jak gwałtownie złapał oddech, na chwilę tracąc rezon.

Nigdy nie kochała się z kaleką, ale instynktownie wyczuwała, że będzie musiała wykazać większą inicjatywę. Sprawność fizyczna Malyckiego była mocno ograniczona – będzie musiał oddać jej władzę, nawet jeśli bardzo mu się to nie podobało. Kochając się z nim, raczej nie przerobi połowy Kamasutry, ale mogła się bez tego obejść. Dużo ważniejszy był fakt, że to ona była w tej relacji na górze – dosłownie i metaforycznie.

Uwielbiała podobne układy. To było jak narkotyk – nie umiała żyć bez posiadania kontroli. Po prostu nie umiała.

Uczucie wypełnienia wyparło z jej głowy wszystkie myśli. Napawała się tym, czego dokonała przez moment, aż przynaglił ją krótki ruch bioder Maxa. Przez moment zastanawiała się, czy faktycznie to zrobił – pchnięcie było delikatne, niemal niewyczuwalne. Normalnie czułaby już w sobie energiczne, szybkie pchnięcia triumfującego zdobywcy. Dzisiejsza sytuacja z całą pewnością była dla niej nieco odmienna. Rozumiała jej specyfikę, potrzebę dostosowania się, ale to nie oznaczało, że trzeba mu było nadmiernie folgować.

Przytuliła się do niego. Jej dorodne piersi rozpłaszczyły się na wątłym torsie kochanka. Całowała czoło, policzki, nos, starannie omijając przy tym usta. W końcu odchyliła głowę i patrząc mu głęboko w oczy, powiedziała głośno:

– Kaleka. Tylko na tyle cię stać? Oj, marnie. Nie wydaje mi się, żebyś był w stanie coś zdziałać. – Dźgnęła go długim paznokciem w sam środek mostka; musiał to poczuć. – Nieporadność, kiedy już jesteś we mnie, to najgorszy możliwy rodzaj kalectwa, Max. Jesteś zwykły i nudny, jak oni wszyscy. Niczym się wyróżnisz, a wręcz odstajesz. Rozczaaaa…

Dwa szybkie i mocne szarpnięcia przerwały jej w pół słowa. Blondynka wiedziała, że trafiła w czuły punkt, bardzo czuły. Zaciskała się na jego penisie, nie miała zamiaru go wypuszczać – nie, dopóki porządnie go nie wymęczy. Jeśli on nie będzie w stanie dotrzymać jej kroku, jego strata.

Nagrodziła determinację pana prezesa serią własnych ruchów – chciała, musiała czuć pulsującego penisa zatopionego wewnątrz jej kobiecości. To był jedyny sposób, by uchronić się od szaleństwa.

Narzuciła mordercze tempo, chcąc dogodzić samej sobie, ale jednocześnie pragnęła czynami zaprzeczyć własnym słowom. Uderzyła w jego ego z całą brutalnością – intuicja podpowiadała jej, że tak właśnie należy postąpić. Była pewna, że nie ma jej tego za złe. Był maksymalnie zmotywowany i podniecony.

Opadała i wznosiła się na nim. Olya sama pragnęła osiągnąć granicę swoich fizycznych możliwości i dała się ponieść chwili. Liczyła się tylko jego obecność między jej nogami. Nie był szczególnie duży – miała większych – w tym jednak momencie była zadowolona

Przyjemność narastała. Udało im się wypracować wspólny rytm – trzy, cztery ruchy jej bioder przypadały na jeden jego sztych.

Ciało blondynki odgięło się do tyłu. Wydawało się, że dłużej się na nim nie utrzyma. Malycki instynktownie zacisnął palce na jej piersiach, delektując się ich sprężystością. Olya w ostatnim dogodnym do tego momencie odzyskała panowanie nad sytuacją – chwyciła jedną z rączek, za które można prowadzić wózek, i podciągnęła się przy jej pomocy. Znów siedziała pewnie, uchwytu jednak nie puściła. Dziwnie działał na nią kontrast pomiędzy chłodem, jaki bił od lśniącego połyskiem metalu, a rozgrzanym fiutem. Wrażenia tak szalenie przeciwstawne, a jednak powiązane z jednym człowiekiem.

Malycki przyciągnął ją ku sobie po raz kolejny tego wieczoru; całował się z nią zapamiętale, a ona nie przestawała go ujeżdżać. Sprawiła, że wściekłość walczyła w nim o lepsze z pożądaniem. Mając w sobie jego kutasa, nazywała go kaleką, wątpiła w jego możliwości jako kochanka, sugerowała, że nie potrafi jej zaspokoić! Ta brutalna lingwistyczna gra podniecała go w sposób, jakiego się zupełnie nie spodziewał. W zasadzie Olya stwierdzała proste fakty. Dlaczego więc słysząc słowo „kaleka” stał się jeszcze twardszy? Dlaczego pragnął jej udowodnić, jak bardzo się myliła, doskonale zdając sobie sprawę, że miała rację?

Kiedy w końcu nasycił się całowaniem, podążył za głosem instynktu. Szarpnął biodrami raz, drugi i kolejny. Chciał jej udowodnić, że go nie doceniła. Nie przestawał, z każdym kolejnym ruchem przesuwając granice własnego kalectwa. Nieistotne liczyło się tylko to, by wbić się w Olyę jak najgłębiej, rozpychając ciasnotę jej wnętrza. Musiał wytrzymać jak najdłużej – dreszcz przeszedł całe jego ciało. Soki Olyi strużką spływały po trzonie kutasa. Czuł, że dłużej nie wytrzyma.

– O kurwa… – wyrwało mu się. Ostatni, desperacki sztych i z ust Maxa Malyckiego wydobył się długi jęk. W zupełnie niekontrolowany sposób wyrzucił biodra do góry. Przez ułamek sekundy zdawało mu się nawet, że tym razem to nie blondynka się na nim uniosła, ale uczynił to impet jego własnego spełnienia.

Olya zamknęła oczy, przyjmując w sobie kolejne pchnięcie Maxa. Szarpał się niemiłosiernie, ale nie przestawał – była mu za to niezmiernie wdzięczna. Właśnie tego tak bardzo teraz potrzebowała – kilku mocniejszych ruchów. Będący u szczytu swych możliwości kutas wniknął w nią naprawdę głęboko. Dostosowała się, nieco zwolniła galopadę, oszczędzając siły na ostatnią prostą.

Szczytowała w momencie, w którym ostatni raz, delikatniej niż poprzednio, opuściła się na kochanka. Ich łona zetknęły się ze sobą. Wiedziała, że pochwa zaciska się na nim, próbując zatrzymać strzelającego spermą kutasa jak najgłębiej w sobie. Ręka Olyi odnalazła łechtaczkę. Nieporadna, pośpieszna pieszczota wzbogaciła tylko gamę odbieranych bodźców. Orgazm trwał przez kilkanaście cudownych sekund. Ekstaza pozbawiła ją tchu. Jak przez mgłę widziała Maxa, który wydawał się być równie zmęczony jak ona.

Nie miała sił wypuścić skurczonego penisa z pochwy. Siedząc Malyckiemu na kolanach, po prostu odpoczywała. Blondynka nie unikała biegania, tenisa czy siatkówki, ale teraz była po prostu wycieńczona. Kochając się z szefem w intensywny sposób, zużyła mnóstwo energii.

Wciąż siedząc mu na kolanach, odwróciła się do niego plecami. Nie potrzeba było słów; obie strony osiągnęły pełnie zadowolenia. Wtuliła się w niego mocno, objął ją ramieniem. Max poczuł się dziwnie – na palcach jednej ręki mógł policzyć przypadki, kiedy nie zapłacił za seks. To, co dla znakomitej większości ludzi było czymś absolutnie normalnym, dla niego stanowiło wyjątek.

Ta kobieta była niesamowita, pełna pasji, inna, obdarzona naturalną ciekawością. Mógłby to z nią robić w nieskończoność. Zamruczał cicho, rozleniwiony i zamknął oczy. Upajał się każdą sekundą jej bliskości.

Olya przesunęła drążek sterowania wózka do przodu. Pojazd natychmiast obudził się do życia. Nie ujechali daleko. Przejażdżka zakończyła się w momencie, kiedy rama wózka uderzyła o wielkie łoże, mogące spokojnie pomieścić z siedem osób.

– Zawsze chciałam tego spróbować – stwierdziła, uśmiechając się szeroko.

– Nie nadajesz się na kierowcę – zrzędził Max, rozmasowując boleśnie obity podczas tej kraksy piszczel.

Ponownie odwróciła się przodem do niego, w czarnych oczach dojrzał złośliwe chochliki. Po czym oboje, jak na komendę, roześmiali się.

Zanim pozwolił jej wstać, złożył delikatny pocałunek na jej wargach. Przeniosła się na łóżko szybko i zwinnie. Jemu samemu zajęło to trochę więcej czasu. Musiał poradzić sobie z pozbyciem się spodni, następnie wykonał popisowe nurkowanie na łóżko, przypominające nieco skok „na główkę”, a całą sekwencję zakończył obrotem na plecy połączonym z ponownym przyjęciem pozycji siedzącej. Czekała na niego cierpliwie.

– Nie uczciliśmy jeszcze sukcesu – zauważył Max, wyrywając Olyę z zamyślenia. – Byłabyś tak uprzejma?

Wino zostało odkorkowane, kieliszki napełnione, a czarna wieczorowa suknia trafiła pieczołowicie złożona na krzesło.

– Za sukces i za tę noc – zaproponował Malycki, jednocześnie sycąc wzrok figurą Olyi. Długie złote włosy, duże piersi, płaski brzuch, wypukłość wzgórka ozdobiona uroczym paseczkiem włosów, smukłość ud. Był pewien, że te obrazy zostaną mu na długo.

– Za sukces i za tę noc – powtórzyła, dochodząc do wniosku, że wie o Malyckim dużo więcej niż jeszcze kilkanaście godzin temu. Wysadzenie go z pojazdu nie uczyniło go w magiczny sposób czymś mniej lub więcej. Jednego była pewna: do wszystkich jego zalet, które znała, należało dodać jeszcze jedną – sprawdzał się w łóżku.

Butelkę czerwonego wina opróżnili, dyskutując o przyszłości firmy – ona słuchała jego pomysłów i oceniała, on robił to samo.

Gdy temat się wyczerpał, Malycki powiedział:

– W przyszłym tygodniu mój plan zajęć jest dość luźny, a w twoim na pewno da się coś poprzestawiać. Wiesz, bycie założycielem firmy ma swoje zalety. Czy…? – Przerwała mu, kładąc palec na ustach.

– Cicho, ja znowu… – i zamiast dokończyć ponownie usadowiła się na nim okrakiem. Mężczyzna ponownie dał się zaskoczyć obrotem spraw. Kieliszek wypełniony pozostałościami wina wypadł mu z dłoni; zawartość wylała się wprost na wieczorową kreację Olyi. Nie zahamowało to bynajmniej tempa rozwoju wydarzeń.

Ręka zacisnęła się na penisie, wykonując krótki, posuwisty ruch na trzonie.

Pracowała nad nim naprawdę szybko – tym razem to ona nie miała ochoty na gierki Przyrodzenie Maxa szybko nabiegło krwią, znów był w stanie pełnej gotowości.

Kiedy ponownie znalazł się w ciasnym i mokrym wnętrzu, z jego gardła dobył się jęk. Olya spojrzała na niego z wyraźnym zadowoleniem, jednocześnie odgarniając niesforny kosmyk złotych włosów zachodzący na oczy.

– Jest dobrze – wysapał.

Musiała podzielać tę opinię, gdyż ponownie zaczęła energicznie pracować biodrami.

C.D.N.

Wszelkie uwagi mile widziane: foxmnede@gmail.com

Przejdź do kolejnej części Max Malycki Rozdział III

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Świetny ciąg dalszy. Podobało mi się wiele, ale chyba najbardziej sposób, w jaki pokierowałeś postacią Olyi. Brawo, Foxie!

Techniczna uwaga: znalazłem jeden błąd (tak, tak, wiem…):
"…Oczywiście pewnych faktów nigdy nie uda się ustalić nigdy…"

I kliknąłem Maxa (znaczy pięć gwiazdek). Heh, ale jestem zabawny, boki zrywać.

Pozdrawiam, s.

Czymże byłby dobry żeglarz bez porządnych "sucharów"? Podobało mi się, ale jeszcze ważniejsze, że Tobie się podobało. Olya jest postacią kobiecą, którą kreuje mi się w nadzwyczaj łatwy sposób. Mam wielką frajdę z pisania kolejnych scen i dodawania detali:) Co za kobieta! Po prostu palce same pracują.
Pozdrawiam,
Foxm

Drogi Foxie,

Niestety, Autorze, kłopoty techniczne przeszkodziły mi w śledzeniu ewolucji Twojego tekstu i ustosunkowaniu się do poprawek. Utwór zmienił się w bardzo pozytywny sposób, niemniej tu i ówdzie nadal mam wątpliwości.

Bankierów można postrzegać jako mafiosów i niewiele się zapewne od szakali różnią, niemniej rozmowa dwóch ludzi, którzy mają sobie wiele do zaoferowania, nie może, moim zdaniem, wyglądać jak rozmowa dwóch złodziei. Złodzieja i pasera – to już prędzej. Max w niedwuznaczny sposób mówi do jednego z najpotężniejszych ludzi – „ja ukradłem, ale ty nie próbuj mnie okraść, choć nie wiedzieć czemu podaję ci dane, abyś mógł spróbować”. Publika łyknie, ale co poniektórzy skrzywią się. Po prostu drobna rysa w realizmie psychologicznym i wielkobiznesowym, tudzież w logice.

Takich drobnych usterek nadal widzę wiele. Jeśli dojdzie jeszcze kiedyś do prac redakcyjnych nad historią Olyi i Maxa, powinieneś spojrzeć, Autorze, krytycznie po raz kolejny, na to, co napisałeś.

A generalnie? Świetnie się czyta, chociaż do sypialni już nie wchodziłem, zakładając, że wprowadzone zmiany w drugiej części tekstu są bardziej stylistyczne niż fabularne.

Ukłony,
Karel

Karelu nie wszedłeś do sypialni? Jak mogłeś?:D Ok, rozumiem napracowaliście się z Megasem i Miss. Bez waszych uwag nie udałoby się nadać rozdziałowi II jego obecnego kształtu. Za tą ogromną pracę jeszcze raz, publicznie Wam dziękuję. Dopracowując robiłem co w mojej mocy, by wyszło jak najlepiej. Jeśli jakieś błędy logiczne, fabularne, naiwności zostały odpowiadam za ten stan rzeczy wyłącznie ja.

Max Podał mu nazwę statku, bo ten płynął do portu na Tajwanie. Tajwan, jak wiesz jest miejscem szczególnie drażliwym dla Chin. Jakikolwiek atak miałby mieć opłakane konsekwencję, zarówno dla połowy Azji, jak i dla politycznej kariery Chana. Wody terytorialne Tajwanu to jedyne miejsce na świecie, gdzie ten statek jest bezpieczny. Malycki wysyłając obraz na Tajwan wiedział ci robi. Chan jest opętany obsesją kolekcjonowania, ale z pewnością nie jest głupi.

Twoje uwagi są dowodem na to, że pomimo bardzo przychylnego przyjęcia moich tekstów czeka mnie jeszcze ogrom pracy nad wszystkim właściwie. 🙂
Jestem niezmiernie zobowiązany za każdy Twój komentarz 🙂
Pozdrawiam,
Foxm

Teoretyzując i dedukując: Tajwan tylko zwiększa ryzyko utraty cennego obrazu. Jako polityk Chińczyk czyni jedno, jako biznesman drugie. Tajwan to obszar, gdzie ma wielu potężnych i cichych partnerów. Dziwiłbym się, gdyby ich nie miał. Za ułamek ceny zdobędzie to za co każą mu płacić 50M. Otwarta i oficjalna zimna wojna nie oznacza, iż w dzisiejszych czasach nie trwa cichy proces integracji biznesu albo jego mafijnego nurtu pomiędzy pozornie wrogimi krajami. Pieniądz nie lubi ideologii.

O, do geopolitycznej dyskusji chętnie się przyłączę 🙂

Max poinformował Chana, że statek płynie do Tajwanu. Ale z Hanoweru do Tajwanu daleka droga – Chan zdążyłby zorganizować sto razy atak na ten statek, nim w ogóle zbliżyłby się do wód terytorialnych Tajwanu. Sytuację jeszcze pogorszyła Olya – za 50 milionów dolarów można wynająć dowolny oddział najemników, którzy wykonaliby zadanie szybko i sprawnie. Tak więc Max i Olya pokpili tak naprawdę sprawę – gdyby Chan był bardziej zdeterminowany, to mógłby skorzystać ze wszystkich wskazówek, które podali mu na posrebrzanej tacy.

Pozdrawiam
M.A.

Hmm.Ok, powyższe dwie uwagi skłoniły mnie do rozszerzenia wątku z obrazem, choć absolutnie tego nie planowałem. Myślę jednak, że to tylko ubogaci rozdział III. Nie mogę w temacie powiedzieć jeszcze nic konkretnego, gdyż jestem na etapie zbierania pomysłów, czytania/odpowiadania na Wasze komentarze i uwagi. Być może za około tydzień znów zabiorę się do pracy.
Kwestia Tajwanu zostanie doprecyzowana w należyty sposób, nawet jeśli miałoby to nieco opóźnić premierę następnego rozdziału.:) Dalej uważam, że żadna kradzież po drodze nie grozi temu bezcennemu obrazowi, a dlaczego tak uważam?
Tego dowiecie się w następnym odcinku:)
Pozdrawiam,

Foxm

Komentarz napiszę chronologicznie do wydarzeń przedstawionych w opowiadaniu.

Góry…

Uwielbiam gdy budzę się rano a za oknem w oddali widać ich odległą, choć zarazem tak bliską majestyczną potęgę co wywołuje u mnie dreszcze.To moja miłość już od dawna a wyobrażenie sobie widoku jaki miał Max w Alpach Szwajcarskich wywołuje u mnie właśnie ten rodzaj dreszczy.

Malycki potrafi przepraszać. Zaskoczył mnie w scenie, w dziękował Olyi za towarzystwo w spotkaniu z chińskim sekretarzem. Może to była jego gra, jednak zrobił to po mistrzowsku. Nie mogła odmówić :).

Gdy wspomniałeś o panu Canarisie, coś mi zaczęło świtać. Moje przypuszczenia sprawdziły się kilka zdań dalej. W mistrzowski sposób połączyłeś swoje opowiadanie z innym i nawet wtrąciłeś jego tytuł.

Negocjacje z Zu Chanem mistrzowskie. Max miał w ręku wszystkie karty a także asa w rękawie w postaci pokerowej zagrywki Olyi. 50 milionów to nic w grze o setki miliardów, ale myślę że to zagranie było idealne w tej sytacji, Rozładowało napięcie, pozwoliło rekinom finansjery poczuć się jak zwykli pomniejsi gracze.

Scena łóżkowa (może raczej scena na kółkach?) bardzo mi się podobała i spodziewałem się jej od chwili gdy dowiedziałem się że Olya będzie towarzyszyć Malyckiemu. Potrafi kusić oj potrafi ;). Sprawdza się to co powiedziałem o niej w komentarzu do pierwszej części. Max nawet w łóżku ma ten swój dystans do siebie ("pójdę sobie", masowanie uderzonego piszczela).

To była naprawdę WIELKA GRA.

daeone

Co się będę dużo rozpisywać? Takie komentarze jak Twój sprawiają, że aż się człowiekowi chce pracować. Naprawdę dziękuję pięknie! Poruszę tylko kilka wątków. Góry wydawały mi się romantyczną scenerią dla tego co chciałem zrobić. Dlatego Alpy Szwajcarskie.

Cieszę się, że komuś podoba się scena na kółkach. Długo zastanawiałem się czy nadać jej właśnie taki bezpruderyjny kształt. Z ukazaniem wszystkich blasków i ceni. Bez wygładzania czegokolwiek, Twój komentarz potwierdza słuszność obranej drogi. Wielce mnie to cieszy.

Pomyślałem, że mój debiut "Wielka Gra" jest praktycznie zapomniany, pora go nieco odświeżyć. Mogę zrobić przynajmniej tyle skoro nijak nie potrafię zrobić niczego sensownego z częścią trzecia mojego historycznego cyklu.
Pewne wątki mogły przetrwać próbę czasu i proszę "Biała Nałożnica" dalej miesza, choć nikt jej nigdy nie widział ani nie opisał.
Pozdrawiam,
Foxm

Powiem szczerze, że świetnie się bawiłam przy lekturze. Bardzo lubię głównego bohatera. Kojarzy mi się z Gregorym H. 😉 ( Jak widać lubię popaprańców, ale inteligentnych. Sam stan popaprania mnie nie kręci. 😉 )
Czekam na kolejny odcinek.
Pozdrawiam i weny życzę.
Lily

Porównanie do House czytam sobie jako wielki komplement dla mojego pisania. Nie ukrywam, że ta jedna z najgenialniejszych postaci w dziejach TV była dla mnie inspiracją przy kreowaniu stylu bycia Malyckiego.
Cieszę się, że moja postać Cię kręci. Bardzo fajnie, że przyjemnie spędzacie razem czas:)
Pozdrawiam,
Foxm

No i co ja mam napisać, Lisie…
Od fotografii, którą uwielbiam, po ostatnie linijki tekstu – po prostu wspaniałe. Motywacje bohaterki – jak najbardziej wiarygodne i zrozumiałe 😉 Bardzo się cieszę, że palce Ci same pracują podczas pisania scen z jej udziałem.

Gratuluję Ci udanego tekstu. I czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy.
Pozdrawiam
Rita

Twoich komplementów nigdy dość. Cieszy mnie ogromnie, że znów tak bardzo Ci się podoba. Olya? Nie będę ukrywał, że dziewczyna jest chyba najbardziej udaną z moich postaci kobiecych. Gdyby to nie kolidowało z przymusem istnienia fabuły nie wypuszczałbym jej z łóżka. 🙂
Pozdrawiam,
Foxm

P.S Pisząc łóżko miałem na myśli również wszelkie inne ciekawe lokacje, na których można robić TO 🙂 Stoły, komody, blaty kuchenne, podłogi, wózki inwalidzkie etc. 😀

Intrygujące postacie, piękne scenerie i fabuła godna Jamesa Bonda. Czego chcieć więcej? Podoba mi się to, że skupiasz się na charakterach, a nie na wyglądzie. Jak dla mnie uroda Olyi mogłaby być przeciętna, a opowiadanie by nic nie straciło.

Po przeczytaniu zacząłem się mocno zastanawiać, jak kobiety postrzegają kalekich geniuszy. Dajmy na to Stephen Hawking – myślę, że nie jest takim sukinsynem jak Malycki, ale na pewno nie jest mniej interesujący.

Ja uwielbiam Bonda, ale Max Malycki to zupełnie inna para kaloszy. Nie było moim celem budowanie fabuły na miarę 007.
Pytanie, które sobie zadajesz legło u podstaw mojej pracy nad tym tekstem. No, może ja je delikatnie rozszerzyłem ogólnie dumając nad tym jak kobiety postrzegają takich facetów? Geniusz Maxa, to jest fajny ozdobnik, ale egzystujący w tym tekście raczej dla zwiększenia radości z czytania. Do dziś nie odpowiedziałem sobie na stawiane przez Ciebie pytanie, więc dumam dalej. Przy okazji bardzo pilnie wczytuję się w komentarze pań, a te w większości są wielce pochlebne.

Ciekaw jestem jaki byłby odbiór, gdybym osadził Maxa gdzieś w klasie średniej z zupełnie przeciętnym intelektem:) [W tym miejscu przydałby się komentarz jakiejś kobiety]
Z tego co wyczytałem w notce biograficznej Hawkinga ma za sobą trzy małżeństwa, więc nie jest źle.
Pozdrawiam,
Foxm

Ja tam jestem za opcją "jedno małżeństwo – byle szczęśliwe", więc te trzy Hawkinga nie wiem czy odebrać jako sukces czy porażkę. W każdym razie świadczy to o tym, że są kobiety, dla których jego niepełnosprawność nie było przeszkodą by spróbować.

A jeślibyś Maxa zbanalizował – wrzucił go w odmęty szarej rzeczywistości, niepewności zatrudnienia, kiepskich zarobków, czy w ogóle życia na garnuszku rodziców, nie grzeszącego inteligencją to wszystko zależałoby od Ciebie jako autora. Czy umiałbyś stworzyć wiarygodną postać kobiecą, która potrafiłaby odkryć w nim cechy wartościowe. Może nie inteligencję, ale chociaż poczucie humoru, empatię, lojalność determinację. Myślę, że większość związków, w których jedna z osób jest niepełnosprawna, a druga pełnosprawna nie wygląda tak jak bajka o Maxie i Olyi. Jest w nich pewnie wiele radości, ale przede wszystkim są też codzienne zmagania z rzeczywistością, z tymi wrednymi chodnikami, schodami, kompleksami i zgorzknieniem, z problemami natury fizjologicznej, ze zwykłą niemożnością poradzenia sobie z niektórymi rzeczami. Zwykli niepełnosprawni nie mają Gassa i sztabu pomocników "prostujących im ścieżki". Ale podobnie jak Max pewnie muszą wykrzesać w sobie wolę walki i hart ducha, by osiągać swoje cele. Nawet na miarę mniejszą niż milionowe transakcje 😉

W każdym razie… może kiedyś opisać, spróbować opisać taką "zwykłą" relację. Bez upiększeń i ozdobników w postaci garniturów od Hugo Bossa i brylantowych kolczyków 🙂

Pozdrawiam!

Zbanalizowana postać z problemami Maxa? Hmm, ciekawe. Podstawą dla stworzenia tego tekstu był dogłębny research, a właściwie moja dość nieoczekiwana i długa przygoda z pewną grupą ludzi, którzy pokazali mi, że punkt widzenia czasem naprawdę w wielkim stopniu zależy od punktu siedzenia.

Ja w tym tekście nie mogłem pewnych rzeczy zbanalizować, gdyż z całą pewnością kilka osób mogłoby się czuć z tym faktem niezbyt ciekawie. Może ktoś się kiedyś pokusi:)
Niemniej mam swój kobiecy głos w dyskusji, o który tak zabiegałem. Mówiąc w skrócie Rito: masz wiele racji w swoich domysłach. Chociaż to tworzenie relacji w takich "mieszanych związkach" widocznie nie jest takie znowu skomplikowane. Ludzie z problemami Maxa, albo i jeszcze cięższymi zakładają rodziny, tworzą związki. To jedna z dziedzin, gdzie nie ma podziału na sprawnych i kalekich.
Wszyscy jadą na tym samym wózku – nomen omen.
Pozdrawiam i dziękuję za komentarz,
Foxm

Uff. Wreszcie mam czas skomentować nowe opowiadanie Foxma.

Po raz kolejny mamy okazję spotkać się z Maxem Malyckim oraz złotowłosą Olyą. I od razu zostajemy rzuceni w nurt światowych wydarzeń. Chińscy sekretarze, wielkie pieniądze, fuzje banków, zaginione dzieła sztuki (nota bene, fajne nawiązanie do "Wielkiej gry". Lubię takie fabularne klamry). A wszystko to z pięknym pejzażem Szwajcarii w tle. Warto było czekać, tym bardziej, że nie trzeba było czekać długo 😀

Jednocześnie rozdział ten cierpi na typowy syndrom środkowej części cyklu. Wiem, że Foxm rękoma i nogami broni się przed nazwaniem "Maxa" serią, tym niemniej właśnie w serię wypączkowało jego opowiadanie. Rozdział II jest środkowym – a więc cierpi na syndrom. W pierwszej części tworzy się zręby fabuły i pokazuje ciekawych bohaterów, w ostatniej daje się interesujące, emocjonujące zakończenie. W środkowej zaś – tylko ciągłość i kontynuacja. I bardzo trudno coś z tym zrobić.

Wobec braku nowych wątków fabularnych (bo wątek "Białej nałożnicy" jest, jak mi się zdaje, raczej smaczkiem) gwoździem programu okazuje się konfrontacja Maxa z Olyą. Ciekaw jestem, jaki to będzie miało ciąg dalszy – czy skończy się na one night standzie, czy może rozwinie się w coś poważniejszego.

Tak więc – czekam na Wielki Finał, który jak wiadomo, wieńczy dzieło. Pierwszy rozdział wyrobił "Maxowi" dobrą markę, drugi ją potwierdził. Trzeci zadecyduje o tym, jak ostatecznie będziemy spoglądali na ten tekst.

Pozdrawiam
M.A.

Cieszę się, że znalazłeś czas, żeby skrobnąć ten komentarz:) Pozwolę się nie zgodzić z Tobą w takiej kwestii, że ten rozdział cierpi na ów wspomniany wyżej syndrom. Moim zdaniem dzieje się w tym rozdziale bardzo dużo ważnych rzeczy, które nie pozwalają(taką przynajmniej mam nadzieję) nudzić się czytelnikowi.
Max pogodził się z Olyą, z którą "darł koty" w nieprawdopodobny sposób na kartach części pierwszej, pogłębiłem w znaczący stopniu dwie najważniejsze dla tego tekstu postacie.
Nie jest łatwo w tempie iście ekspresowym zbudować relację pomiędzy takimi osobowościami jak Max I Olya. Z mojej perspektywy ten rozdział jest wielce dynamiczny.

I scena, scena łóżkowa zajmuję prawie połowę tekstu, myślę więc, że powodów do radości czytelnikom nie braknie.
Niestety popełniłeś też małe fopas, gdyż zdradziłeś moim czytelnikom, że następna część jest szykowana jako wielki finał.:( Pozbawiłeś mnie przywileju trzymania publiki w niepewności, ale ja jestem istota przekorna i pewnie coś wymyślę, żeby sobie powetować stratę.
Pozdrawiam, dziękując jednocześnie za wszystkie uwagi 🙂
Foxm

To nie była kwestia czy, tylko kiedy 😉

Podtrzymam moje zdanie odnośnie syndromu, ale nie traktuj tego jako zbyt ostrej krytyki. Po prostu – pierwszy Max miał w sobie posmak nowości, drugi nie może być równie innowacyjny… dlatego czekam na finał, by zobaczyć tę historię w pełni jej glorii i chwały. A za fopasa (tak to się chyba odmienia, zgodnie z regułami języka polskiego 😉 przepraszam i o wybaczenie suplikuję. I jednocześnie umieram z ciekawości, jak powetujesz sobie tę stratę, którą żem Ci poczynił!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Żałuję, że będą tylko 3 części. Z drugiej strony to nie "Moda na sukces"…
Człowiek łatwo się przywiązuje do tak wyrazistych postaci i dobrze skrojonych. 🙂
Lily

Moja droga,
W obecnej sytuacji rozważam naprawdę rozmaite opcje. Koncepcja Maxa zmieniała mi się już tyle razy, że absolutnie nic nie jest przesądzone 🙂
Zwłaszcza po tym przecieku.
Pozdrawiam,
Foxm

Fantastycznie się czyta opowiadanie i komentarze też 🙂 Wydaje się, że po obu stronach stoją pięknie skrojeni bohaterowie :). Zazgrzytało mi ciut przed negocjacjacjami z wielkim chińczykiem,groźba Małyckiego wydawała mi się nieco przeszarżowana jak na sugestię Olyi o tym, że ma coś na niego.Jakby go nerwy poniosły?A może mi się tylko zdawało. Ale to detalik w porównaniu do smakowitej całości i kreacji charakterów:) A co do tematu fascynacji niepełnosprawnością-coś w tym jest, może to kwestia inności,a może tej siły duchowej, którą muszą zdobyć sprawni niepełnosprawni? A Maks ma wiele innych atutów, znane jest powiedzenie,że największym afrodyzjakiem jest władza i pieniądze…i charakter G.H. 😉

Cieszę się, że masz łatwość czytania tego tekstu:) Groźba była jak najbardziej uzasadniona, Malycki miał pełne prawo sądzić, że Olya pała żądzą zemsty. Musiał jej wybić z głowy ewentualne głupie pomysły, najłatwiej było to osiągnąć poprzez jasne pokazanie kto jest silniejszy.

"Sprawni niepełnosprawni", cóż za określenie? Do bólu poprawne politycznie, Max z pewnością by się skrzywił:D Oboje postrzegamy atuty Malyckiego w bardzo podobny sposób, Myślę jednak, że sama Olya tego tak nie postrzega.Ona chciała dreszczyku, chciała sprawdzić jak to jest z kimś takim. Władza i pieniądze raczej jej nie motywowały, kiedy wchodziła do jego pokoju.
Mnie również lektura Waszych komentarzy daje ogromną frajdę, obym miał jak najwięcej czytania. 🙂
Pozdrawiam,
Foxm

Smakowite. Przeczytałam z ogromną przyjemnością. Co do kalectwa: w mężczyznach najbardziej kręci mnie inteligencja. Dodajmy do tego pieniądze i władzę i koktajl gotowy. Kalectwo może być wtedy źródłem ciekawości. Odhaczeniem kolejnej fantazji, która urodziła się gdzieś tam w głowie. Nie jestem pewna, czy na dłuższą metę ta sytuacja miała by szansę zaistnieć – przynajmniej w moim wypadku.

Gdyby bohatera pozbawić jego atutów, pozostawiając inteligencję (koniecznie tę emocjonalną), połączoną z jakąś dozą perwersji – myślę, że efekt mógłby być podobny.

Myślę, że właśnie w ten sposób postrzegała Maxa Olya w tym rozdziale. Dlatego bardzo cieszy mnie to co piszesz, gdyż oznacza, że udało mi się wiarygodnie oddać motywację bardzo silnego kobiecego charakteru. Tu nie ma miłości, tu jest, pozwolisz, że zacytuję: "Odhaczenie kolejnej fantazji, która urodziła się gdzieś tam w głowie."

Perwersja mówisz? Hmm, nie jednak nic nie powiem, za dużo ryzyko zdradzenia fabularnego materiału.
Pozdrawiam,
Foxm

Jeszcze raz muszę to powiedzieć, tym razem publicznie. Foxm, rozwój Twojego pisania jest niesamowity. Wszystko inne na temat tekstu zostało już chyba powiedziane. Gratulacje.

Co prawda, to prawda. Fox nam rozwinął skrzydła. Nie tylko pisze coraz lepiej, ale również coraz szybciej. Ostatnio publikuje teksty jak prawdziwy stachanowiec 😉

Pozdrawiam
M.A.

@Miss wiesz doskonale, że bez Ciebie ten tekst nie miałby obecnej formy. 🙂 Miałaś anielską cierpliwość, do moich przecinków,rozmaitych gaf innego rodzaju. Wcale bym się nie zdziwił, gdybyś po takiej dawce miała awersje do tych tekstów. Pozwól, że i ja publicznie coś powiem: DZIĘKUJĘ 🙂
@Megasie Wypowiedziałeś ową pochwałę w złą godzinę, wszystko wskazuje na to, że Max III będzie miał opóźnienie, ale fakt faktem ostatnio mam coraz większy zapał do tej pracy. W sensie ogólnym 🙂
Pozdrawiam,
Foxm

Cała przyjemność po mojej stronie. Uwielbiam dopieszczanie. Tekstów, rzecz jasna:-)

Jak napisał Megas – Fox rozwinął nam skrzydła. Potężnie, jak u kondora jakiegoś :). Teraz tylko wypadałoby skorzystać z komentarzy sportowych sprawozdawców przy okazji wyczynów A. Małysza i zakrzyknąć – leć Lisie leeeeć! Świetna lektura, a postać Olyi naprawdę udana.

Również uwielbiam Olyę! Kondor powiadasz? Ja chyba jednak wolę pozostać na stałym gruncie, Lisy raczej nie są dobrymi lotnikami 🙂 A. Małysz był niekwestionowanym mistrzem, mnie do mistrzostwa wiele brakuje, ale będę się starał nie tylko utrzymać się na obecnym poziomie, ale i wykonać krok naprzód.

Mam nadzieję, że jeszcze nie raz spotkamy się pod moimi tekstami. Max jest historią skończoną bez obaw możesz więc czytać/komentować. Gorąco Cię do tego namawiam, drogi Snfulu!
Pozdrawiam,

Fox

Widzę że jestem mocno po czasie jeśli chodzi o termin komentarza ( jakieś 4 lata ha,ha,ha) ale i tak się wypowiem. Bardzo ciekawy cykl osadzony w realiach biznesowych. Z nawiązaniem do historii drugiej wojny światowej i zaboru dzieł sztuki. Poza tym wyraziście nakreślone postacie o silnych osobowościach. Perwersyjne sceny erotyczne…. Jednym zdaniem , czyta się z przyjemnością, jednym tchem.

Napisz komentarz