Złe wychowanie (seaman) 4.5/5 (4)

Jeden

Cicho wszedłem do mieszkania. Chciałem, nie zauważony, przemknąć do siebie, lecz najpierw musiałem obmyć twarz. Nie była mocno zakrwawiona, ale i tak czułem się obrzydliwie. Miałem jedynie nadzieję, że nikogo nie spotkam. Znowu głupie wymówki, jeszcze głupsze tłumaczenia i te łzy w oczach. Ja pierdolę, nienawidzę tego.

Zdradził mnie mój własny iPhone.

Nie wiem, na jaką cholerę zainstalowałem w nim końcówkę fejsa, chyba tylko po to, żeby brzdękał powiadomieniem w najmniej odpowiednim momencie. Teraz też pisnął cicho, nie na tyle jednak, by umknęło to uwadze Czujnego Ucha. Zwanego także Marcinem, albo – rzadziej – tatą.

– Franek, to ty? – Jego pytanie dobiegło mnie z gabinetu. To na drugim końcu mieszkania. Może mi się udać, pomyślałem. Muszę tylko dotrzeć do schodów, a wtedy zamknę się na poddaszu i ich po prostu nie wpuszczę.

– Tak – odparłem. – Umyję ręce i idę do siebie, zmęczony jestem.

Łapy musiałem przepłukać, to fakt. Wyglądały jeszcze gorzej, niż gęba. Podrapane, utytłane w ziemi. Cóż, tak to jest, jak trzeba lać się z trzema frajerami. Dostałem raz czy dwa, i owszem. Ale oni wyglądali teraz o wiele gorzej ode mnie. Poczułem satysfakcję. Nagle skrzypnęły drzwi od łazienki. Kurwa, nie zdążyłem.

– Jezus, Maria! – Nie ukrywam, że Marcin potrafił bardzo teatralnie operować głosem. – Znowu się biłeś?

– Nic ci do tego – burknąłem. Byłem zły, że mnie przyłapano. Znowu się zacznie.

– Jak to, nic mi do tego? – rzucił oburzony. – Kochanie, chodź tu natychmiast! – rzucił przez ramię. Ja cię… teraz dopiero będzie histeria. – Franek się bił!

Pełen złości, energicznie płukałem dłonie. Woda chlapała na boki. To rozwścieczy ich jeszcze bardziej, ale już mi nie zależało.

Drzwi skrzypnęły ponownie. Zaczyna się, pomyślałem.

– Jezusie, coś ty narobił? – rozdarł się stojący w drzwiach Adam. Nie, nie nazywam go mamą. W sumie do Marcina tez nie mówię tata. W ogóle staram się z nimi nie rozmawiać. Ale nie zawsze mi to wychodzi.

– Spokojnie – syknąłem. – Jestem Franek, z Jezusem porozmawiaj sobie w kościele.

Widziałem, jak zabolał ich ton mojego głosu. O to mi chodziło. Jeśli kiedykolwiek zastanawiałem się, co czuję do tej dwójki, to nie przychodziło mi do głowy nic pozytywnego. Obrzydzenie. Nienawiść. Smutek. Same negatywne emocje..

Marcin zasłonił sobą partnera. Zawsze tak robił w podobnych sytuacjach. Ochraniał ukochanego. O ile można cokolwiek powiedzieć o tej parze, to Marcin był w niej mężczyzną. Pieprzone pedały. Rzygać mi się chciało.

– Nie takim tonem, Franek, dobrze? – syknął starszy z pary. Sięgnąłem po ręcznik, mimo że twarz i ręce miałem jeszcze całkiem brudne. Ale poczucie satysfakcji, jakie mnie ogarnęło, gdy do niedawna śnieżnobiałe frotte wylądowało na podłodze u ich stóp, było bezcenne. – Nie wiem, czemu tak się zachowujesz, ale sprawiasz nam ogromną przykrość.

Naprawdę? Sprawiam WAM przykrość? Co też moje obkolczykowane uszy słyszą! A to niespodzianka! Chciałem krzyczeć, napluć im w twarz, pobić ich tak samo, jak tamtą trójkę pod szkołą. Im jest przykro?! A co ja mam powiedzieć? Czy oni naprawdę nie zdają sobie sprawy, jak ja się czuję?

Nie rozumieją, że to wszystko dzieje się przez nich?

Bo nie jest łatwo być cudownym dzieckiem dwóch pedałów. Uwierzcie mi na słowo.

Dwa

Byłem jednym z pierwszych dzieci w Polsce, zaadoptowanych przez parę homoseksualną. Zgodnie z dyrektywą unijną, która zobowiązywała wszystkie państwa członkowskie do ujednolicenia zapisów konstytucyjnych z prawem ogólnoeuropejskim, małżeństwa jednej płci mogły od pierwszego maja dwa tysiące czternastego roku występować o adopcję. Miałem wtedy pięć miesięcy i byłem małym brzdącem, podrzuconym przez biologiczną matkę do jednego z Okien Nadziei w moim mieście.

Nie myślę o niej inaczej, jak o nosicielce. No, bo jaka mama donosi ciążę do końca, zamiast spokojnie usunąć niechcianego bachora, a potem porzuca słodkiego malca na łaskę obcych ludzi? To jedynie nosicielka, a ja byłem wirusem. Na samym początku byłem tylko kłopotliwym balonem w brzuchu, ale gdy ukazałem ludzkości prawdziwe, przerażające oblicze, zostawiła mnie, jak organizm odrzuca przeszczepiony organ. Rozumiem, jasne. Zdarza się nawet najlepszym.

Ale potem musiałem paść ofiarą najnowszego eksperymentu społecznego dwudziestego pierwszego wieku. Dziecko, które ma dwóch tatusiów. Kochających się, homoseksualnych mężczyzn. Boże, to nawet brzmi jak choroba. Nie mogę o tym za często myśleć, bo zaczyna mnie boleć głowa. Więc teraz, nim wpadnę w niekończąca się spiralę ponurych myśli, nasuwam na uszy białe słuchawki – najnowszy model Beatsów, na Allegro grubo ponad trzysta euro – włączam starego, dobrego Hendriksa i wyciągam z kieszeni plecaka skręta. Nie to samo, co bluba, ale nie trzymam już sprzętu w domu. Po ostatniej rewizji rodzicieli nie chcę narażać się na utratę takiego skarbu. Pozostaje mi staromodna zawijka. Jedyna nadzieja, że ten najnowszy towar od Jędrzeja będzie porządny. Bo ostatnio wcisnął mi straszliwy syf, po którym czułem się, jakby potrącił mnie autobus.

– To przez te chemiczne dodatki – tłumaczył mi potem, gdy poszedłem zgłosić reklamację. – Nie uwierzysz, ale teraz nawet trawa jest poddawana modyfikacjom genetycznym.

Dopiero, gdy potrząsnąłem nim kilka razy, uznał moje roszczenia i gratisowo dał mi dzisiejszą działkę ziela.

– Czyste złoto – zachwalał. – Domieszka dwudziestoprocentowego roztworu kwasu daje niezłe filmy, ale nie nakręca, jak sam kartonik. Będziesz miał idealne połączenie miłej fazy i kolorowych filmów. Nie zawiedziesz się.

Okazało się, że miał rację. Nie wybiję mu jutro zębów, tylko kupię więcej tego syfu. Bo Jędrzej miał rację. Nie kopie, nie trzęsą się po nim ręce. Siedzę sobie spokojnie na parapecie okna, wieczorne powietrze chłodzi mi twarz, a lampy uliczne nieźle wywijają w rytm „Crosstown Traffic”. Podkręciłem głośność na maksa, żeby nie słyszeć krzyków tamtych. Na pewno się kłócą. Zawsze tak jest, kiedy wykręcę jakiś numer.

Nie czaję tego, że oni nie widzą prawdziwej przyczyny mojego zachowania. Przecież dzisiaj wystarczyło zapytać, o co poszło. Zapewne nie powiedziałbym im prawdy, tylko nawymyślał jakieś brednie. Chociaż, kto wie? Może w końcu odważyłbym się i wyrzucił z siebie to, co od zawsze mnie męczyło, jedyną stałą mojego życia. Bo przecież powód był zawsze ten sam.

– Patrzcie, to ten pedał – zaczął jeden z tych gnojków spod szkoły. – Co, idziesz do domku, zrobić laskę swojemu tatusiowi? A może obu naraz, bo przecież ty masz dwóch tatusiów.

Jego koledzy, podobne mu orangutany ze sportowej klasy, odpowiedzieli salwą śmiechu. Mieli pecha. Może innego dnia spokojnie przeszedłbym obok, zlewając całą sprawę. Ale akurat dziś strasznie wkurwiła mnie polonistka. Urządziła przy wszystkich aferę, gdy złapała mnie na lekcji z Ulissesem na kolanach. Pewnie, że nie chciało mi się słuchać jej ględzenia, wolałem poczytać chore wizje pijanego Irlandczyka. A teraz te trzy gnojki dostaną po ryjach, bo wkurzyła mnie tępa baba. Cóż, takie życie. Nie zawsze jest różowo.

Tak to było dzisiaj. Ale zawsze jest podobnie, choć szczegóły bywają inne. Odkąd pamiętam, czyli od początków mojej edukacji, musiałem stawiać czoła podobnym ludziom. Jak to, to ty nie masz mamy? Oj, biedne dziecko. Co? Masz DWÓCH tatusiów? Przecież to niemożliwe. Pierdolone pedały… I znowu trzeba komuś przywalić w zęby.

Nie zrozumcie mnie źle. Kiedyś byłem normalnym, spokojnym człowiekiem. Znaczy, w wieku sześciu lat. Bawiłem się z innymi dziećmi i nie miało dla mnie znaczenia, kto podaje mi kolację. Co z tego, że jeden tato uśmiecha się do drugiego? Nie przeszkadzało mi to, ważne było, że mnie kochali. Nigdy im nie mówiłem, co działo się w szkole czy na ulicy. Nie wiem, dlaczego. Jestem skryty, to fakt. Nie opowiadam nikomu o tym, co mnie dusi. Trzymam w sobie wszystkie emocje, dobre i złe. Poza tym, nie chciałem martwić “rodziców”. Przynajmniej na początku. Zdawałem sobie sprawę, że te wszystkie epitety obrażają bardziej ich niż mnie, więc nie powtarzałem zasłyszanych słów. Dusiłem je w sobie aż do momentu, w którym postanowiłem przywalić w zęby jakiemuś wyjątkowo złośliwemu kolesiowi. Ta metoda nie rozwiązywała problemu, ale pozwalała mi na rozładowanie napięcia.

Nie chciałem ich obarczać problemami, które – jak sądziłem – były tylko moje. Bałem się, że jeśli przekażę im te wszystkie okropności, których musiałem się nasłuchać, pozbędą się mnie jak biologiczna matka. Po co im taki kłopot, jak ja?

Z czasem zacząłem odczuwać złość również w stosunku do Marcina i Adama. Bo to przecież była ich wina, że obcy ludzie tak się do mnie odnosili. Przez nich musiałem bić się z silniejszymi od siebie. Ich broniłem. A oni jakby tego nie widzieli. Żyli w swoim pięknym, kolorowym świecie, pełnym ekologicznych zabawek, A ja stałem na linii frontu, codziennie odpierając ataki tych, którym przeszkadzała nasza rodzina.

Rodzina. Rzadko myślę w ten sposób o naszej trójce. Nie wiem czemu. Pewnie dlatego, że nie jestem pewien, czy nadal można nas w ten sposób określić. Po tylu latach piekła, jakie urządzam w domu,Marcin i Adam pewnie po tysiąckroć żałują, że wzięli tego słodziaśnego brzdąca z przytułku Sióstr Miłosierdzia. Dziewczynka byłaby lepszym wyborem. Jestem przekonany, że tak mówią. A przynajmniej myślą. A to przecież to samo. Bo mnie nie da się kochać. Bez dwóch zdań, jestem zdrowym popaprańcem. Ale kto by pozostał normalnym człowiekiem, będąc w mojej sytuacji? Jakoś nie widzę, żeby ktoś z was podniósł rękę.

Bo wziąć sobie dziecko do domu, tę maleńką istotę, to jedno. A skazać je na piekło dorastania w naszym pięknym kraju, to drugie. Pomiędzy tymi dwiema decyzjami, jakie mniej lub bardziej świadomie podjęli Marcin z Adamem, zieje bezdenna przepaść, nad którą balansuję, trzymając w jednej dłoni fachowo skręconego jointa, a w drugiej – zapalniczkę. A co, jak spaść z wysokiego konia, to ujaranym. Najlepiej korzystając z dobrego towaru. Jak ten dzisiejszy na przykład.

Trzy

Rano Adama już nie było. Pojechał do pracy. Był wziętym fryzjerem, żony bogaczy cierpliwie czekały miesiącami na wolny termin u niego. Gdy zszedłem do kuchni, Marcin siedział już przy stole, z gotowym śniadaniem. Oho, pomyślałem, coś się kroi.

Jedliśmy w milczeniu, aż w końcu nie wytrzymał.

– Słuchaj, Franek – zaczął, odkładając posmarowanego masłem tosta. – Wiem, że nie jesteśmy takimi rodzicami, jakich byś sobie wymarzył…

– Daj spokój – przerwałem mu w pół zdania. – Jestem inteligentny, możesz przejść od razu do rzeczy.

Spojrzał na mnie przeciągle.

– Jesteś – potwierdził. – Dobrze, nie będę owijał w bawełnę. To się musi skończyć. – Wymierzył we mnie nożem. – Ty się musisz zmienić. Nie wiem, co się z tobą dzieje, być może to kwestia wieku. Ale cierpimy na tym wszyscy, a my z Adamem chyba sobie na to nie zasłużyliśmy.

– Zasłużyliście – wycedziłem powoli. – Na wszystko i jeszcze więcej. Jeśli tego nie rozumiecie, nie mam o czym z wami rozmawiać.

– O co ci chodzi? Źle cię traktujemy? Brakuje ci czegokolwiek? Masz wszystkie najnowsze gadżety, jakie mógłbyś sobie wymarzyć. Te pieprzone rzeczy kosztują bardzo dużo pieniędzy, chyba zdajesz sobie z tego sprawę.

– Nie stać was? To oddajcie mnie do domu dziecka. Przeżyłem wtedy, dam radę teraz.

Zatkało go na dobrą minutę. W końcu odetchnął głęboko.

– Wielu chciałoby być na twoim miejscu – powiedział w końcu. – Nie doceniając tego, wykazujesz się skrajnym egoizmem.

– To co mam powiedzieć o was? – rzuciłem ostro. – Wy też kierowaliście się egoizmem, adoptując mnie. Chyba temu nie zaprzeczysz. Jedni biorą sobie psa ze schroniska, wy przygarnęliście dziecko. W sumie to niewielka różnica.

Patrzył na mnie bardzo długo.

– Nie wiem, skąd w tobie tyle jadu – mruknął w końcu, odsuwając talerz ruchem pełnym rezygnacji. – wydaje mi się, że dostawałeś od nas jedynie dobrze rzeczy. Kocham cię jak własnego syna, Adam też.

– Problem w tym, że nie jestem waszym synem. Z jednego, prozaicznego powodu. Wy nie możecie mieć dzieci.

Wstał, włożył brudne naczynia do zmywarki. Nowoczesne urządzenie, ekologiczne i w ogóle, zaszumiało, włączając się w trybie automatycznego programu.

– Nie mogę do ciebie dotrzeć, Franek – stwierdził smutnym tonem. – Musimy więc poszukać innego rozwiązania. Od dziś zawożę cię do szkoły, a odbierał cię będzie Adam. To jedno. Drugie, spotkam się z twoją wychowawczynią i poważnie z nią porozmawiam. Nie wiem, co się dzieje w szkole, jakie masz oceny, jak się zachowujesz. W sumie powinienem się chyba cieszyć, że nie było u nas jeszcze policji, po tych wszystkich bójkach. I przy paleniu takich ilości ziela.

Zatkało mnie. Co on bredzi?

– Słuchaj – zacząłem z gniewem w głosie – mam szesnaście lat, nie będziecie mnie traktowali jak smarkacza. A z trawą mi tu nie wyjeżdżaj, wiem dobrze, co robiliście za młodu, ty i Adam.

– Dokładnie, masz szesnaście lat – potwierdził spokojnie. – Do pełnoletności trochę ci jeszcze brakuje, więc musisz niestety słuchać tego, co się do ciebie mówi. I nie wypominaj mi tego, że jesteśmy z tobą szczerzy i otwarci. To akurat powinno dać ci do myślenia.

– Tak, daje – warknąłem. – Nie macie najmniejszych podstaw, by uważać się za jakiekolwiek moralne autorytety.

Wzruszył ramionami.

– Bo tak nie jest – odparł. – Chcę, żebyś jedno zrozumiał. Nie będę stał z boku i obojętnie się przyglądał, jak pakujesz się w coraz poważniejsze kłopoty. Za bardzo mi na tobie zależy.

Nie było dyskusji. Wsiedliśmy do jego nowiuteńkiej, błyszczącej hybrydy i pojechaliśmy pod szkołę. Wprawdzie moje liceum było jednym z tych lepszych, ale i tak obowiązywały tam standardowe zasady bezpieczeństwa. Ochroniarze pilnujący wjazdu na teren przyszkolny, dokładnie sprawdzili samochód. Na szczęście nie porysowali przy tym lakieru, bo wtedy Marcin chyba by ich rozszarpał. Mimo, że wyglądali na twardych facetów, z tymi pałkami i paralizatorami przypiętymi do pasów. Unia wprowadziła restrykcyjne przepisy ochrony szkół po tym, jak w zeszłym roku w trzech różnych miejscach – w Hiszpanii, Niemczech i na spokojnej Słowacji – doszło do krwawych strzelanin. Jedna w liceum, druga na jakimś uniwerku, a ostatnia, ta najgorsza, w podstawówce. Widok zapakowanych w czarne worki ciał, pokazywany na milion różnych sposobów przez wszystkie telewizje świata, zmusił urzędników do podjęcia radykalnych kroków. Nie powiedziałbym, żebym przez to czuł się bezpieczniejszy, choć bramki do wykrywania metalu, kontrole policji antynarkotykowej i poważnie wyglądający ochroniarze wywoływali wrażenie. Ale dla chcącego nic trudnego, przykładem może być choćby moja wczorajsza bójka. Młodzież nadal była taka sama, wynajdując nowe sposoby na to, by interesująco spędzić wolny czas. Tyle, że rodzice zyskali poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Śmiech na sali.

Rzuciłem Marcinowi oschłe „cześć” i pobiegłem do głównego wejścia. Brakowało tylko tego, żeby ludzie zobaczyli, kto przywiózł mnie do budy. Żenada.

Nigdzie nie widziałem moich nowych przyjaciół z klasy sportowej, zresztą nie przejmowałem się nimi za bardzo. Nieraz musiałem łopatologicznie tłumaczyć temu czy innemu matołowi, że nie podoba mi się, jak nazywa mnie pedałem. Wyrobiłem się. Zawsze byłem duży jak na swój wiek, a tego, jak należy przywalić, żeby zabolało, nauczyłem się bardzo szybko. Musiałem. Inaczej zjedliby mnie żywcem.

Wydawałoby się, że ludzie się zmienili. Tyle lat w Unii powinno zmienić ich poglądy na pewne kwestie. Okazało się jednak, że wcale tak nie jest. Uchodźcy zza wschodniej granicy i ci z dalszych części świata stali się doskonałą pożywką dla nowej fali ksenofobii i nienawiści. A gdy coraz więcej gejowskich i lesbijskich par zaczęło występować o prawo do adopcji, na tapetę powrócił również temat mniejszości seksualnych. Ja miałem podwójnego pecha. Z czarnymi włosami i ciemną karnacją, byłem idealnym celem dla tych wszystkich kretynów: obcy, a do tego pedał. Nie, gorzej. Dziecko pedałów.

Taka jest historia mojego życia, podana w wielkim streszczeniu. Sam już nie wiem, kogo mam nienawidzić – moich seksualnych inaczej opiekunów za to, że zapewnili mi piekło na ziemi, czy tych nietolerancyjnych gnojków za wypełnienie owego piekła różnego rodzaju atrakcjami.

Kolesie, chcący dowalić spedalonemu Gruzinowi (choć do Gruzji mi równie daleko, jak do Madagaskaru), to jedna strona medalu. Gorzej radziłem sobie z dziewczynami, bo okazało się, że chcą się ze mną spotykać tylko w jednym celu: żeby sprawdzić, jak bardzo jestem gejem. Na ile spaczyli mnie homoseksualni rodzice. Kręciło je to chyba, sam nie wiem. Sparzyłem się dwa razy i od tego czasu trzymałem się z dala od wszystkich lasek, które próbowały się ze mną umówić. Co, oczywiście, dało jedyny możliwy efekt. Jestem gejem, bez dwóch zdań.

Nie zależy mi. Chciałbym to wyjaśnić tak dosadnie, jak tylko mogę. Niech mówią sobie o mnie to, co chcą. Ale nie zniosę, gdy obrażają mnie prosto w twarz. Nie pozwolę sobie na to. Nigdy.

Wydawało się, że jedyną osobą, której wisi moja domniemana orientacja seksualna, jest Jędrzej. He, jeśli popatrzeć na to z innej perspektywy, można by stwierdzić, że jest on kimś w rodzaju mojego jedynego przyjaciela. Mam jego numer w komórce. Często wysyłam do niego jakieś info na fejsie czy twitterze. On wie, co lubię i zawsze ma dla mnie czas.

Przygnębiające stwierdzenie. Co za dół. Zaraz po szkole zadzwonię do niego. Lepiej, żeby miał ten najnowszy syf, bo mam wszystkiego dość. Tak samo, jak wczoraj. Czy tydzień temu.

Cztery

Nie chciałem dzwonić do Jędrzeja w szkole, przy wszystkich. Wiadomo, każdy ma jakiegoś ziomka, od którego bierze haszysz czy inne chemiczne ścierwo, ale się z tym nie zdradzają. Niby, że takie niewiniątka. Ja też w to gram, choć sam nie wiem czemu. W każdym razie, chciałem przekręcić do niego po budzie, ale nie wyszło. Okazało się, że Marcin nie ściemnia i na parkingu stało już auto Adama. Nie wiem, skąd wzięła się moda na te wszystkie super hiper wodorowe hybrydy, ale teraz każdy postępowy musi takie mieć. Benzyna jest retro, że aż wstyd mieć zwykłego benzyniaka czy, nie daj Boże, diesla. Szczerze mówiąc, mam to gdzieś, nawet lubię te hałasujące, smrodzące samochody, ale jestem w domu mniejszością. Dosłownie i w przenośni, bo pedziem na pewno nie jestem.

A, właśnie. Coś trzeba wyjaśnić. Tylko pedzie mogą oficjalnie używać słów „pedzio” czy „ciota”. Hetero to już nie bardzo, bo oznaczałoby to, że dany osobnik jest ksenofobem i do tego nietolerancyjnym (ja oczywiście jestem wyjątkiem – przynajmniej w czymś los mnie uprzywilejował). Wytłumaczyli mi to moi ukochani tatusiowie. Bo hetero niby mógłby powiedzieć, oficjalnie i na cały głos, że pedzio to pedzio, ale tylko w jednym, jedynym przypadku. I to jest jasno sprecyzowane, więc jak kiedyś któremuś z was, kochane heterzaki, coś takiego się zdarzy, to wtedy możecie sobie z czystym sumieniem ulżyć. Tylko trzeba pamiętać, kiedy wam coś takiego wolno.

To musi być dwudziesty czwarty grudnia, ten jedyny i wyjątkowy dzień w roku, grubo po dwudziestej. Wracacie właśnie do domu z pracy, spóźnieni i na wkurwie, bo dopiero co odbyło się bardzo ważne, strategiczne dla przyszłości firmy spotkanie z szefem, czyli klasyczne, dwugodzinne pitu-pitu o niczym. Więc jedziecie sobie do domciu na ciśnieniu, bo żona już od czwartej wisi na telefonie i zostawia wam wiadomości typu: jak zaraz nie będziesz w domu i takie tam. I nagle patrzycie, a tu wskaźnik w waszym superanckim, błyszczącym hybrydosamochodzie zaczyna pulsować, że bateria zasłabła i trzeba ją podładować. No, więc podjeżdżacie na stację benzynowo-elektryczną, cały czas w pędzie i wnerwieni, bo przecież żona i w ogóle. Jest! Jedno, jedyne stanowisko elektryczne się zwolniło, ekstra, a tu wciska się wam przed maskę inna fura, wysiada z niej zniewieściały homoseksualista i, podłączając swój samochód do wtyczki, mówi wam z niewinnym uśmiechem:

– Bardzo przepraszam, ale troszkę to potrwa, bo muszę naładować na maksa. Wie pan, jadę na sylwestra do Barcelony, tam będzie taka wypasiona parada równości, no i trochę się spieszę.

No, i wtedy, z pełną świadomością tego, że ładowanie jego baterii potrwa pewnie ze czterdzieści minut, a kolejna stacja z kablem znajduje się na przeciwległym końcu miasta, dopiero wtedy, gdy odbierzecie osiemdziesiąte połączenie od szanownej, wkurwionej małżonki, możecie rzucić zdawkowe i pełne nienawiści:

– Pierdolony pedał!

W każdym innym przypadku zostaniecie z miejsca napiętnowani. I bardzo słusznie. Bo nic wam do tego, jak żyją inni ludzie, z kim sypiają i co jedzą na śniadanie.

Odpłynąłem trochę z opowieścią, więc wracam do momentu wyjścia ze szkoły. Wyciągnąłem już telefon z kieszeni, na trójwymiarowym ekraniku szczerzy się morda najlepszego przyjaciela, a tu podjeżdża czerwony Prius Adama.

– Schowaj ten telefon! – krzyczy drugi tata, machając do mnie ręką. – Miałeś cały dzień na gadanie z kumplami. Musimy uciekać, uprzejmy pan ochroniarz wpuścił mnie na parking grzecznościowo, bo zapomniałem karty wjazdowej. Wsiadaj, no!

Cały Adam. Dobry z niego człowiek, nigdy nie powie złego słowa o innych, ale straszna gapa. Mimo że zezłościł mnie tym ponaglaniem, uśmiechnąłem się pod nosem, bo przypomniało mi się, jak kilka lat temu pobił wszelkie rekordy zapominalstwa. Wybraliśmy się na niesamowitą wyprawę przez pół Polski, a że miałem wtedy dziesięć lat, to bardzo się nakręciłem. Jeden z kolegów Marcina użyczył nam swojego wypasionego domku w górach, więc tygodniowy wypad zapowiadał się bardzo ekscytująco. Gnamy po świeżo odremontowanych, pachnących nowością autostradach, aż w końcu dojeżdżamy na miejsce późnym wieczorem. Totalne zadupie, ciemno i głucho dookoła, najbliższa wiocha została cztery kilometry za nami. Domek był niesamowity, cały drewniany, piętrowy, mega góralski. Wyskakuję z samochodu, pędzę na werandę i wtedy okazuje się, że Adam zapomniał spakować klucze do domku. Ech, działo się, mówię wam.

Widzicie, nie byli dla mnie źli. Naprawdę miałem – i mam – chyba wszystko, czego współczesny dzieciak potrzebuje. Najnowszy mac? Proszę. Plejka z okularami 3D i wbudowanym sensorem ruchu? Nie ma sprawy. Wypasiony, przezroczysty iPhone? Zrobione. A do tego troszczą się o mnie, jakbym był niemowlakiem. Naprawdę nie wiem, skąd u mnie takie pokłady agresji. Mimo tego, co od nich dostaję, czasami miałbym ochotę spalić cały świat. Przeważnie kończy się na obiciu czyjejś twarzy i kolejnej awanturze w domu, podczas której powiem za dużo i zupełnie co innego, niż chciałbym. Ale taki już jestem i nie potrafię się zachowywać inaczej. Na przykład teraz, Adam anulował strzyżenie czy inne farbowanie jakiejś nadzianej lafiryndzie, żeby odebrać mnie ze szkoły, na zewnątrz pada i jest podle, jak to w październiku. A ja jestem na niego wściekły, że po mnie przyjechał, mimo, iż przed chwilą wspominałem jeden z najprzyjemniejszych momentów mojego krótkiego życia. Chyba nigdy nie zrozumiem samego siebie. Może naprawdę powinni oddać mnie do domu dziecka. Albo lepiej do psychiatryka, bo tylko tam się nadaję.

Najlepsze jest to, że wykrakałem. Mam chyba jakieś ukryte talenty paranormalne, bo przy obiedzie, trzymając się za rączki jak prawdziwi mamusia i tatuś, oznajmili mi wiadomość dnia.

– Rozmawiałem z twoją wychowawczynią, a także z panią dyrektor – zaczął Marcin. – Wydaje się, że mają o tobie bardzo dobre, choć nieco schizofreniczne zdanie. Obie stwierdziły, że jesteś jednym z najzdolniejszych uczniów w szkole. To było naprawdę miłe. A z drugiej strony obydwie zastrzegły, że zamykasz się na jakikolwiek kontakt z otoczeniem, nikt nie potrafi do ciebie dotrzeć. Jesteś samotnikiem.
– Bardzo mnie to zmartwiło – dorzucił Adam, patrząc na mnie z typowo gejowską czułością. – Czy ty masz w ogóle jakichś przyjaciół? Albo dziewczynę? Nigdy nam nic nie mówisz – zakończył z wyrzutem.

Tak, mam. Moim kumplem jest jeden diler, który ma szafę wypchaną taką ilością stafu, że wystarczyłoby go na dwanaście lat odsiadki.

– W każdym razie – kontynuował Marcin, ściskając dłoń partnera – po rozmowie z dyrektorką postanowiłem coś zrobić, a Adam poparł mnie w tym zamierzeniu. Zgłosiłem cię na spotkania z psychologiem, to bardzo mądry facet, który pomógł wielu młodym ludziom z problemami.

Zatkało mnie. Zamarłem z widelcem przy ustach. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Czy mam któremuś z nich przywalić, żeby dali mi spokój? Czy aż tak nisko mnie oceniają? Zapisali mnie do grupy AA? Albo, co gorsze, do sali samobójców? Co im odbiło?

Na nic zdała się siła moich argumentów. Ani argumenty siły. Nie, nie użyłem pięści. Wydzierałem się przez pół godziny, obrzucając ich najgorszymi inwektywami, jakie tylko przyszły mi do głowy. Nie ma co, dałem pokaz. Bezspornie udowodniłem, że psycholog jest w moim przypadku niezbędny. Chociaż może jest już za późno.

W końcu zabrakło mi energii do dalszych krzyków. Siadłem na sofie, ich burżujskiej, designerskiej sofie obszytej śnieżnobiałą ekoskórą, i skapitulowałem. Niech się dzieje wola nieba. Poddaję się. Wysyłajcie mnie, gdzie tylko chcecie. Zobaczycie, na co mnie stać. Dam taki popis, że w te pędy polecicie z reklamacją do Sióstr Miłosierdzia. Ale okres rękojmi już minął. Nikt przeterminowanego, zepsutego towaru już nie przyjmie. Nawet tak święte kobiety, jak owe Siostry. Nie ma bata.

Pięć

Powiem szczerze, że sesje okazały się ciekawsze, niż można było się spodziewać. Choć prowadzący spotkania doktor Steller nie zdobył mojego zaufania – miał niepokojąco spokojny głos, przez co kojarzył mi się z Hannibalem Lecterem – to cała reszta była całkiem spoczko. Mam na myśli pozostałych pacjentów pana psychologa. Mieliśmy niezły przekrój dziwaków: para bliźniaków, Ola i Alek, trzymających się cały czas za ręce jak para zakochanych; potężny, ponury Filip z twarzą pokrytą przerażającymi tatuażami; bojący się własnego cienia Darek, który cały czas wyłamywał nerwowo palce i Zuza, sympatyczna dziewczyna o pyzatej twarzy i ciemnych, kręconych włosach, jedyna osoba z całego towarzystwa, nie zdradzająca objawów jakiejkolwiek psychozy. No i ja, cudowne dziecko dwóch pedałów ze skłonnością do agresji. Nie ma co, dobrana z nas paczka.

Na początku nie miałem zamiaru zaprzyjaźniać się z żadnym z tych wariatów, a tym bardziej opowiadać im o moim życiu. Ale doktor Lecter był naprawdę dobry. Każdy powoli się otwierał, opowiadając o dręczących go demonach. Aleksandra i Aleksander mówili o wujku czy innym stryjku, który dawno temu zabijał czas, rozbierając ich do naga i zmuszając do zabawy w lekarza. Mrukliwy Filip pokazał nadgarstki, ozdobione paskudnymi bliznami, a była to jedna z kilku prób przeniesienia się do lepszego ze światów. Nawet Darek rozluźnił się na tyle, że wspomniał coś o tajemniczej organizacji, śledzącej go na każdym kroku, a zwłaszcza wtedy, gdy oglądał filmy porno, ściągnięte z netu. A ja? Zdziwiłem się, bo gdy mówiłem o moich tatusiach, słuchali uważnie, bez śladu zniecierpliwienia. Bo przecież, doszedłem do wniosku, ich problemy były dużo poważniejsze od moich. Nie wiem czemu, ale poczułem ulgę.

Tylko Zuza, zamknięta i tajemnicza, nie potrafiła wydusić z siebie słowa. Patrzyła tylko czarnymi, błyszczącymi oczyma na każde z nas, gdy wywlekaliśmy na zewnątrz wszystkie te ponure sekrety. Hannibal dwoił się i troił, ale dziewczyna milczała jak zaklęta. Doktorek był niepocieszony.

Aż pewnego dnia, chyba na dziesiątym spotkaniu, zaskoczył nas niespodziewaną propozycją.

– Złożyłem pewną propozycję waszym opiekunom – powiedział spokojnym tonem. Pieprzony psychopata, zaśmiałem się w duchu. – I wszyscy zgodzili się, że to dobry pomysł. Ważne jest jednak, żebyście sami zdecydowali, czy go zrealizujemy.

– O co chodzi? – spytałem zaciekawiony.

– Mamy drugi, jeszcze nie otwarty ośrodek terapeutyczny, tuż za miastem. Pod lasem, bardzo cicho i spokojnie. Basen, siłownie, prywatne jezioro. Chciałbym was tam zabrać na weekend. W nagrodę za bardzo dobre wyniki w nauce – uśmiechnął się nieznacznie.

W sumie i tak nie mam żadnych planów. Najwyżej mogę się ujarać, a przecież równie dobrze mogę to zrobić na wyjeździe. Kiwnąłem głową.

– Jestem za – powiedziałem. Pozostali również przystali na propozycję psychologa. Przez moment przemknęła mi przez głowę myśl, że oto Steller-Lecter wciąga niczego nie podejrzewające ofiary w pułapkę. Widziałem za dużo horrorów, musicie zrozumieć.

Marcin i Adam bardzo się ucieszyli, gdy przekazałem im wieści o wyjeździe. Muszę przyznać, że od momentu rozpoczęcia spotkań naszej grupki zachowywali się bardzo poprawnie i nie kłóciliśmy się ani razu. A może to ja zrobiłem się mniej toksyczny, sam nie wiem. Ważne jest jedynie to, że zapanował spokój. Rozejm, haha. Mniej uszczypliwych uwag, złośliwości i krzyków. Widziałem, że obydwaj zrobili się spokojniejsi, co, muszę przyznać, przyniosło mi zaskakujące uczucie zadowolenia. Miło było na nich popatrzeć, gdy tak gruchali sobie przy kawie, jak para zakochanych. Matko, jak to dziwnie brzmi.

No, nieistotne. W piątek wieczorem spakowałem kilka najpotrzebniejszych gratów, nie zapominając o blubie i kilku gramach haszyszu, wskoczyłem do podstawionego przez klinikę Stellera minibusa i pomknęliśmy przed siebie, zostawiając światła wielkiego miasta daleko za plecami. Wsi spokojna, wsi wesoła, oto nadchodzę.

Sześć

Steller miał rację. Okolica była naprawdę wyjątkowo piękna. Ciemne, groźnie wyglądające lasy otaczały małą kotlinkę, w której znajdował się ośrodek. Stare budynki gospodarcze, ze ścianami z pruskiego muru wzmacnianymi ciemnymi belami drewna, zostały starannie odrestaurowane. Gęsty bluszcz porastał wysoki płot, otaczający całą posesję, co dodawało tajemniczego, mrocznego klimatu. Ścieżki wysypano małymi, szarymi kamyczkami, które cicho chrzęszczały przy każdym kroku. Widać było masę pieniędzy i pracy, włożonych w odnowienie budynków. W stodole znajdował się duży, podświetlany basen, a chlewy przerobiono na sale terapeutyczne. Spodobało mi się to miejsce. Zjedliśmy kolację, po czym wszyscy rozeszli się do swoich pokojów. Nawet nie miałem siły na wieczornego skręta, padłem na łóżko i odjechałem.

Zbudziłem się wcześnie rano. Nie mogłem już zasnąć, a było jeszcze ciemno. Wstałem z łóżka i wyjrzałem przez okno. Niewielkie, wbite w ziemię latarnie rozświetlały plac przed głównym budynkiem. Dostrzegłem dwoje ludzi, wtulonych w siebie, szybkim krokiem zmierzających ku wysokiemu budynkowi basenu. Pomyślałem, że to świetny pomysł, o ile oczywiście mają tu podgrzewaną wodę. Zabrałem puszysty, biały ręcznik i wyszedłem na zimne powietrze. Wilgotny, mało przyjemny poranek nie zachęcał do jakichkolwiek spacerów, ale nie poddałem się chwilowej słabości i truchtem przemierzyłem podwórze. Drzwi do stodoły otworzyły się bezszelestnie i z przyjemnością wciągnąłem do płuc pachnące chlorem powietrze. Jedyną formą aktywności fizycznej, jaką uznawałem, było pływanie i chodziłem na pływalnię przynajmniej raz w tygodniu.

Szybko przebrałem się w kąpielówki i wszedłem do wyłożonego białymi kaflami pomieszczenia z natryskami. Zamarłem. To, co usłyszałem, na pewno nie brzmiało jak rozchlapujący wodę pływak. Ani trochę. Ostrożnie podkradłem się do przejścia, prowadzącego do sali pływackiej i zajrzałem do środka.

Przykryty folią termiczną basen był pusty, ale jacuzzi, wypełnione bulgocącą wodą, już nie. Ola i Alek, nieodłączne bliźniaki po przejściach, pluskali się w rozświetlonej lampkami wodzie jak para młodych foczek. Nie chciałem podglądać, nie jestem taki, ale patrzyłem jak zahipnotyzowany. Nie wiem, czy bardziej podniecał mnie widok splecionych, błyszczących ciał, ciche jęki i postękiwania, czy też fakt, że oglądałem rodzeństwo, do tego niemal identyczne z wyglądu, robiące coś bardzo nieprzyzwoitego. Żaden ze mnie purytanin, lecz muszę przyznać, że czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Dziewczyna, szczupła i smukła tak samo jak jej brat, miała jednak wszystkie cechy dojrzewającej kobiety – małe, okrąglutkie piersi, wąską talię i zgrabne długie nogi, którymi oplatała Alka w pasie. Chłopak szeptał siostrze coś do ucha i entuzjastycznie wbijał w nią zdecydowanymi ruchami bioder. Objęci, wtuleni w siebie nawet nie zauważyli, że ktoś ich obserwuje. Co, powiem szczerze, jeszcze bardziej mnie kręciło. Ola odrzuciła głowę i jęknęła głośno, dając upust swojemu podnieceniu. Odepchnęła się od kochanka i odwróciła tyłem, wypinając ku niemu pupę. Obejrzała się i skinęła zachęcająco głową. Aleksander sprawnie nakierował sterczącego kutasa dłonią i usłyszałem głośne klaśnięcie, gdy obił się podbrzuszem o jej pośladki. Widać było, że nie robili tego pierwszy raz. Dwuznaczna, zakazana namiętność, jaką czułem aż tutaj, kilkanaście metrów dalej, musiała połączyć tę parę już bardzo dawno temu.

Powoli, ostrożnie wycofałem się do przebieralni i zgarnąłem porozrzucane ciuchy. Szybko nałożyłem spodnie i bluzę, zażenowany własnym podnieceniem. Chciałem uciec do pokoju, zostawić ich samych. Miłość, jaka łączyła bliźniaków, należała tylko do nich. Nikt nie powinien o tym wiedzieć.

Wyskoczyłem na zewnątrz i ucieszyłem się, czując zimne powietrze na twarzy. Chciałem, żeby mnie jak najszybciej ostudziło. Zrobiłem krok w kierunku głównego budynku i nagle zamarłem, gdy usłyszałem cichy, wyraźny szept.

– Podobało ci się, prawda?

Odwróciłem się na pięcie. Za rogiem budynku, z twarzą niemal przyklejoną do grubej szyby, stała Zuza. Machnęła ręką.

– Chodź, nie wstydź się – mruknęła i rzuciła mi błyszczące spojrzenie. – To nic złego, dostać wzwód na widok czegoś takiego.

Zerknąłem w dół. Rzeczywiście, moje ciało kierowało się własnymi zasadami i chłód poranka nie mógł nic na to poradzić. Poczułem straszny wstyd. Dawno nikt mnie tak nie speszył.

Dziewczyna zdawała się nie widzieć mojego zażenowania. Ponownie kiwnęła dłonią.

– Chodźże tu – syknęła. – Na coś takiego warto popatrzeć.

Pierwszy krok zrobiłem mechanicznie, niemal wbrew sobie. Potem poszło już łatwiej. Po chwili stałem obok Zuzy, choć nie byłem z tego powodu uszczęśliwiony. Nie odwracając głowy, wyciągnęła rękę i złapała mnie za ramię.

– Czy widziałeś kiedykolwiek coś równie pięknego? – spytała tak cicho, że ledwie ją usłyszałem. – Zobacz, jak oni się kochają.

Zerknąłem przez okno. Choć nie pomyślałem o bliźniakach w ten sposób, dziewczyna miała rację. Bo jeśli popatrzeć na nich tak, żeby nie pamiętać o łączącym oboje pokrewieństwie, naprawdę można było dostrzec gorące uczucie. Czułość, z jaką Alek pieścił siostrę, widoczne na jej twarzy oddanie dodawały zwykłemu wydawało się spółkowaniu czegoś wyjątkowego, jakąś ulotną aurę, której nie sposób opisać słowami.

Nie uciekłem do siebie. Zostałem, ściskając ciepłą dłoń Zuzy, i podglądałem razem z nią kochających się bliźniaków. W końcu, gdy zamarli na skraju okrągłej wanny, zespoleni i szczęśliwi, porzuciliśmy nasz punkt obserwacyjny i pobiegliśmy cicho przez podwórze, omijając wysypane kamieniami ścieżki.

Wstawał nowy dzień. Mgła wznosiła się nad mokrą dolinką i nagle wszystko, co przed chwilą widzieliśmy, wydało mi się tak nierealne, jakby było tylko snem.

W drzwiach wejściowych Zuzanna zatrzymała się na chwilę. Odwróciła się z delikatnym uśmiechem, wspięła na palce i szybko, przelotnie pocałowała mnie w usta.

– Nikomu nie mów o tym, co się tam działo – szepnęła i pobiegła korytarzem w kierunku swojego pokoju.

Jakbym miał taki zamiar, pomyślałem, patrząc na nią. Nie jestem przecież psychiczny.

Siedem

Dziwnie czułem się tego dnia. Patrzyłem na bliźniaków, szczęśliwych i rozgadanych, zajadających puszyste rogaliki z miodem, i zastanawiałem się, jak długo są parą. Tak naprawdę nie miało to znaczenia, ale ciekawiło mnie jedno. Jaki był prawdziwy powód, dla którego rodzice zgłosili ich na terapię? Zaczynałem powątpiewać, że chodziło o zboczonego wujka sprzed lat. Może powodem była zażyłość, jaka połączyła rodzeństwo. Tylko, że w takim przypadku ich starzy wychodzili na niezłych lamusów; z tego, co opowiadali Ola i Alek, nic złego nie spotkało wujka za to, do czego ich nakłaniał. Widocznie dla mamusi i tatusia ważniejsze było, co wyrabiają ich dzieci, niż przyczyna takiego postępowania. Pomyślałem wtedy, że wolę moich pedałków, niż normalnych rodziców, jeśli są tacy, jak matka i ojciec Oli i Alka. Obrzydliwość.

Przede wszystkim jednak rozpamiętywałem zachowanie Zuzy. Wciąż myślałem o smaku jej miękkich ust. Dlaczego mnie pocałowała? Co skrywa ta dziwna, milcząca dziewczyna? Siedziała po przeciwnej stronie stołu, co jakiś czas rzucając mi ogniste spojrzenie. Nie to, żebym się z miejsca zakochał, ale minęło chyba pół roku od mojego ostatniego pseudo związku. Który w dodatku skończył się bardzo nieprzyjemnie. Nie byłem jednak pamiętliwy, zapomniałem już o wrednej stronie kobiecej natury. Natomiast Zuzanna przywołała wszystkie miłe wspomnienia. Rozpierała mnie pozytywna energia i z trudem przychodziło mi zachowanie pozorów spokoju. Na szczęście Steller nie zaplanował tego dnia żadnej nudnej sesji, bo nie wytrzymałbym zamknięcia w czterech ścianach. Doktorek miał lepszy pomysł.

– Jest piękny dzień – powiedział, wyprowadzając nas na podwórze – i szkoda byłoby go zmarnować. Mam dla was niespodziankę. – Wyciągnął rękę. – Za rogiem budynku stał równy rządek błyszczących, nowych quadów.

– Myślę, że jeździliście już na czymś takim – kontynuował, gdy podeszliśmy do pojazdów. – Ale na pewno nie tak, jak dziś. Nie ma żadnego bezpiecznego, zamkniętego toru. Ograniczników prędkości. Sami musicie zadbać o siebie i innych. Wykazać się odpowiedzialnością. Pojedziemy w las.

Pojechaliśmy. Było grubo. Ledwie widoczny szlak leśników wił się między potężnymi drzewami, omijając zarośnięte, ledwo widoczne oczka wodne i głębokie rozpadliny. Kilka razy ktoś się zakopał w piachu lub grząskim błocie i musieliśmy wyciągać nieszczęśnika z tarapatów. Taki wypad w dzicz był dokładnie tym, czego potrzebowałem. Krzyczałem na całe gardło, śmiałem się i ujeżdżałem potężnego, ciężkiego quada jak jakiegoś konia. Już bardzo dawno nie miałem takiej radochy. Było epicko.

Po powrocie bylem tak zmeczony, że wykąpałem się i padłem na łóżko. Gdy wstałem, był już wieczór. Przebrałem się w świeże ciuchy i odnalazłem resztę grupy w restauracji. Na widok jedzenia poczułem głód. Wszyscy byli wciąż podekscytowani wyprawą i gadali jeden przez drugiego. Śmiać mi się chciało, gdy patrzyłem na radosnego Filipa, przeżywającego jakiś wyjątkowo widowiskowy manewr. Nawet bojący się własnego cienia Darek gadał głośno, starając się przekrzyczeć pozostałych. Usiadłem obok Zuzy i nabrałem na talerz potężną porcję sałatki cesarskiej. Dawno nie czułem takiego głodu i szybko pochłaniałem pyszne jedzenie. Nagle poczułem delikatne dotknięcie – ciemnowłosa dziewczyna położyła dłoń na moim udzie. Zerknąłem na nią kątem oka. Uśmiechnęła się nieznacznie, tak samo jak wczesnym rankiem, zanim mnie pocałowała. Cofnęła rękę, a gdy sięgnąłem pod blat stołu, znalazłem pozostawioną przez dziewczynę kartkę papieru. Matko, jak bardzo chciałem przeczytać wiadomość. Zuza chyba spostrzegła moją niecierpliwość, bo znów poczułem jej dotyk, a gdy rzuciłem jej ukradkowe spojrzenie, mrugnęła w odpowiedzi. Cierpliwości, Franek, pomyślałem. Ogarnij się.

Długo przyszło mi czekać na możliwość przeczytania karteczki. Udało mi się urwać od stołu dopiero, gdy przyniesiono nam deser. W drzwiach restauracji odwróciłem się na chwilę i zobaczyłem, że dziewczyna wpatruje się we mnie z uwagą. Zaraz po wyjściu rozłożyłem kawałeczek zmiętolonego, wilgotnego od potu papieru.

„Dziesiąta. U mnie”

Zdębiałem. Poza oczywistym podtekstem zaproszenia nie mogłem wymysleć innego powodu, dla którego mogłaby napisać coś takiego. Czy moja rozgorączkowana, młodzieńcza wyobraźnia podpowiadała mi coś, czego nie było? No, bo o co innego mogło jej chodzić?

Ale dlaczego akurat dzisiaj? I czemu ja? Nie potrafiłem odpowiedzieć na te pytania. Cóż, chyba musiałem cierpliwie poczekać do wieczora.

Powiem szczerze, to były najdłuższe godziny mojego młodego życia. Z trudem wysiedziałem przy stole, potem pod pretekstem bólu głowy zmyłem się razem z bliźniakami. Śmiać mi sie chciało, gdy szedłem z nimi korytarzem. Widziałem, z jakim trudem zachowywali powściągliwość, nie chcąc zdradzić się przede mną. Chciałem im powiedzieć, że nie muszą się ukrywać, przecież widziałem ich ledwie kilkanaście godzin wcześniej. I to w pełnej krasie. Ale nie odezwałem się słowem. Niech mają swoje pięć minut szczęścia, zanim ktoś powie im, że nie mogą być razem. Romeo i Julia moich czasów. Widocznie mamy takich bohaterów, na jakich zasługujemy, pomyślałem. Choć z drugiej strony, ta dwójka nie była przecież taka zła. Równie piękni, zakochani i skazani na klęskę, jak tamci, wymyśleni przez Szekspira.

Pożegnałem ich ciepłymi słowami, nie wiem nawet, czy nie powiedziałem czegoś w rodzaju „miłego wieczoru”. Mam nadzieję, że nie przesadziłem. Zresztą, to był ich problem. Ja miałem własne plany. Właśnie, w sumie nawet nie zastanowiłem się nad tym, co zamierzam zrobić. Biorąc prysznic, postanowiłem, że nie będę niczego oczekiwał. Po prostu popłynę z prądem. Przecież to Zuza wręczyła mi zaproszenie. Najwyraźniej ona wiedziała, co będziemy robili. Niech i tak będzie. Choć czułem się z tym nieswojo, bo po raz pierwszy od bardzo długiego czasu ktoś podejmował za mnie decyzję, ulżyło mi. Wszystko w twoich rękach, Zuzanno.

Osiem

Oczywiście nie wytrzymałem i pojawiłem się przed jej drzwiami pięć minut przed dziesiątą. Potwornie mnie kusiło, by zabić te trzysta sekund w towarzystwie ostatniego skręta, jaki został w pokoju. Z trudem oparłem się tej pokusie. Stałem więc cierpliwie na pustym korytarzu, co chwila zerkając na zegarek, ale czerwona wskazówka sekundnika była dla mnie bezlitosna. Wlokła się niemiłosiernie, a ja zaciskałem zęby w rytm jej powolnych ruchów. W końcu najdłuższe pięć minut świata upłynęło i cicho zapukałem. Dziewczyna uchyliła drzwi niemal natychmiast. Zerknęła szybko na boki, a potem wpuściła mnie do środka.

Ku mojemu rozczarowaniu nie była naga. Nie miała na sobie nawet seksownej bielizny. No, tego nie byłem pewien, bo mogła ją ukrywać pod tym szarym dresem i bluzą. Potrząsnąłem głową. Zachciało mi się śmiać.

– Co jest? – spytała Zuza, siadając na jednym z fotelików, stojących pod oknem. Nie mogłem jej powiedzieć, że jestem kompletnym idiotą, który przez cały wieczór wyobrażał sobie nie wiadomo co. Machnąłem ręką.

– Nic, spoko – odparłem. Za wszelką cenę starałem się nie okazać rozczarowania, które mimowolnie poczułem. – Bardzo intrygująca była ta… tajemniczość.

– Och, to. – Uśmiechnęła się lekko. I w dodatku bardzo ładnie. Ogarnij się chłopie, pomyślałem. Na pewno chce pogadać i tyle. – Wiesz, Filip i Darek wydają się w sumie okej, ale nie mam siły na ich doły. Bliźniaki, jak sam widziałeś, są zajęte sobą nawzajem, więc zostałeś tylko ty.

– O, to super – mruknąłem, siadając na łóżku. – Wybrany drogą eliminacji.

– Weź wyluzuj. Chodziło mi o to, że wydajesz się normalnym kolesiem, a właśnie kogoś takiego mi dzisiaj potrzeba.

Chrząknąłem. Nie potrafiłem jej rozgryźć.

– Nie, no fajnie – powiedziałem. – Cieszę się, że mogę być do czegoś przydatny.

Dziewczyna przejechała koniuszkiem języka po górnej wardze.

– A poza tym – ciągnęła spokojnie – mam trochę stafu do rozpalenia i wydawało mi się, że nie odmówisz.

– No, raczej nie – szepnąłem, wpatrzony w jej usta. Bez wątpienia, była interesująca. – Temu nie odmówię.

Sięgnęła do stojącej obok fotela torby. Wyciągnęła z niej bardzo porządną blubę i woreczek z marihuaną. Przyglądałem się, gdy fachowo nabijała fajkę.

– Po co chciałaś się spotkać? Tak naprawdę? – spytałem po chwili. Rozpalała ziele, nie patrząc na mnie. Zastawia się, co powiedzieć, przemknęło mi przez głowę. Zaciągnęła się i podała mi faję. Muszę przyznać, że towar był pierwsza klasa. Czułem, że był zmieszany z jakąś chemią, ale smakował inaczej niż zioło od Jędrzeja. Za to kopał podobnie.

– Chciałam… – Zawahała się na moment. – Chciałam pogadać. Z kimś, kto będzie czaił, o co mi chodzi.

– A o co ci chodzi?

Wzięła następnego bucha i powoli wypuściła biały dym. Poruszyła głową i jej oczy rozbłysły na moment, jak oczy kota w ciemnościach.

– Jak się czułeś, wychowywany przez obcych ludzi? – spytała.

Teraz przyszła moja kolej, by przy pomocy trawy zdobyć chwilę na zastanowienie się nad odpowiedzią. Znowu o moich tatusiach, pomyślałem. A miałem nadzieję na niezobowiązujący seksik.

– Nie czułem, że byli obcy – odpowiedziałem. – Wiesz, nie pamiętam matki. Byłem niemowlakiem, gdy oddała mnie do domu dziecka. Nie wiem, jak się nazywała, jak wyglądała. Nawet mnie to nie interesuje.

Słuchała uważnie, wpatrzona we mnie jak zahipnotyzowana. Nie potrafiłem określić, czy to dlatego, że byłem ujarany, ale ta rozmowa była inna od wszystkich dotychczasowych, które dotyczyły mojej rodziny. Każda poprzednia wywoływała u mnie poczucie zagrożenia. Bałem się, że będą się ze mnie śmiali, bo moja własna matka nienawidziła mnie tak bardzo, że porzuciła mnie jak psa. Albo gorzej. Obawiałem się drwin na temat rodziców zastępczych. I żartów o mnie, przeważnie dotyczących jednej rzeczy – jestem pedałem, czy nie.

Jakiekolwiek dyskusje kończyły się poważną awanturą lub mordobiciem – zależnie, z kim rozmawiałem. Tamtego wieczoru po raz pierwszy w życiu nie bałem się mówić. Owszem, temat był trudny, bolesny. Ale nie wywoływał u mnie strachu.

– Nie korciło cię, żeby ją odnaleźć? – spytała. Pokręciłem głową. – Nigdy?

– Nie – mruknąłem. – A po co? Nie mam jej nic do powiedzenia.

Milczała przez chwilę.

– Zawsze jest coś do powiedzenia – rzuciła, przerywając ciszę.

Załadowałem blubę po raz drugi. Dziewczyna ma tyle towaru, że starczy na całą noc, pomyślałem. Pakowałem trawę mechanicznie, głowę miałem pełną dziwnych, sprzecznych uczuć.

– Nie. Ona jest dla mnie obca. Marcin i Adam są moimi rodzicami. Jakkolwiek dziwnie to brzmi – zaśmiałem się niewesoło. – To oni zawieźli mnie do szpitala, gdy pogryzł mnie pies sąsiada. Adam chodził ze mną na basen, nauczył mnie pływać. Marcin zajmował się nauką – codziennie pomagał mi przy lekcjach i sprawdzał, czy odrobiłem zadanie domowe. Kiedy teraz o tym myślę, patrzę na nich trochę inaczej. Chyba nawet jestem im wdzięczny. Wiesz, w końcu zawsze byli przy mnie. Ona – nigdy.

– Rozumiem – odparła, dziwnie smutna.

– A co z twoimi starymi? Co robią?

Wzruszyła ramionami.

– Nie mam rodziców – szepnęła. Zamilkła na minutę, potem powoli wykrztusiła: – Wujek mnie wychowuje.

– Mam nadzieję, że jest dla ciebie dobry – chrząknąłem, chcąc przerwać ciszę, jaka zapadła po jej słowach. – Jak nie, to… wiesz. Pogadam z nim.

Uśmiechnęła się, choć nie było w tym radości.

– Nie, jest spoko. Zresztą, znasz go. To nasz doktorek.

Uniosłem ze zdziwieniem brwi.

– Steller jest twoim wujkiem? Takim prawdziwym, czy też jesteś adoptowana?

Popatrzyła na mnie przez moment, po czym odpowiedziała:

– To się nazywa kuratela. Do osiemnastki, więc jeszcze półtora roku. I tak, jest bratem mojej mamy.

Musiałem zadać następne pytanie.

– A co jest z twoją prawdziwą mamą? I ojcem?

Dmuchnęła białym dymem, który uniósł się gęstą falą pod sam sufit. Patrzyłem na nią, jak zmienia kształt i znika, czekając na odpowiedź Zuzy. Drgnąłem, gdy poczułem jej dotyk na twarzy. Klęczała przede mną, bardzo blisko, a jej oczy były chyba jeszcze większe niż zwykle. Zanim zrozumiałem, co się dzieje, pochyliła się ku mnie i dotknęła moich ust swoimi. Objąłem ją mocno, przyciskając to małe, kruche ciałko do siebie. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jaka była drobna. Miała miękkie wargi i smakowała słodko, jakby przed chwilą jadła watę cukrową. Pchnęła mnie delikatnie i położyłem się na łóżku, patrząc jak dziewczyna ściąga z siebie szarą bluzę. Była szczupła, wąska w ramionach i miała maleńkie, dziewczęce piersi. Powoli, by jej nie spłoszyć, wyciągnąłem ręce. Jej ciało było ciepłe, jakby dziewczyna miała gorączkę. Głaskałem jej szyję, drażniłem palcami sterczące, brązowe brodawki, pieściłem płaski brzuch. Zuza przechyliła głowę na bok i patrzyła na mnie, przyciskając moje dłonie swoimi. Potem zaczęła szybko, niecierpliwie rozpinać guziki koszuli, którą wciąż miałem na sobie.

Nigdy wczesniej nie kochałem się, będąc ujaranym. Wielka szkoda, powiem szczerze. Wszystko wydawało się być wyjątkowo intensywne. Dotyk jej palców, obejmujących mi kutasa zaskakująco silnym uściskiem. Podniecenie, gdy wzięła go do ust. A razem z mocą wrażeń i emocji pojawiło się takie błogie rozleniwienie, które nie pozwalało się nigdzie spieszyć. Powoli ściągnąłem z Zuzanny majtki. Z nienaturalnym dla siebie spokojem położyłem ją na łóżku, rozchyliłem uda i zacząłem lizać. Dotychczas zawsze pędziłem w łóżku jak sprinter, z różnych powodów. A tamtego wieczoru podszedłem do tematu jak doświadczony maratończyk, umiejętnie rozkładający siły. Pieściłem ją i pozwalałem się pieścić, nie szukając szybkiego zaspokojenia. Może to kwestia trawki. A może zasługa Zuzanny. Nie potrafiłem tego sprecyzować. Nieświadomie czułem, że jest inaczej niż zwykle. I bardzo mi się podobało.

Wspięła się na mnie, niczym wprawny jeździec dosiadający konia. Zaczęła podskakiwać, przy każdym poruszeniu głośno jęcząc. Złapałem ją za wąską talię. Ciemna skóra Zuzanny była gorąca, jakby jej ciało zrobiono z ciepłej czekolady. Przesunąłem dłonie wyżej, palcami ścisnąłem brązowe brodawki. Rzucała głową na boki, a ja nie mogłem oderwać od niej wzroku. Czarne, niemal granatowe włosy zasłaniały jej twarz, widać było tylko oczy i czubek zadartego noska. Boże, jak mi było dobrze. Zuza wsparła się o mój tors, boleśnie wpijając paznokciami w pierś. Ale ten ból dawał też przyjemność, dziwną i nieznaną, więc nie protestowałem. Dotknąłem jej twarzy, kciukiem odnajdując miękkie usta. Rozchyliła wargi i zassała palec, przygryzając opuszek zębami. Poruszała się coraz szybciej, głęboko nabijając na mojego kutasa. Jej wnętrze, ciasne i wilgotne, z trudem go mieściło. Nie chciałem, żeby to się skończyło, pragnąłem być w niej jak najdłużej. Czując zbliżający się orgazm, zrobiłem coś, co zaskoczyło nawet mnie samego.

Ściągnąłem Zuzę z siebie i rzuciłem na miękki materac. Chciała usiąść, podparła się łokciami, ale nie pozwoliłem na to. Zdecydowanym ruchem obróciłem ją na brzuch. Nie zaprotestowała. Wręcz przeciwnie. Podkurczyła lekko nogi i podstawiła pupę, jakby mówiąc: Proszę bardzo, masz mnie całą. Nigdy nie spotkałem nikogo takiego, przemknęło mi przez głowę, gdy wsuwałem penisa w jej drobne ciało. Była zachłanna, nie odmawiała niczego. Nie zgłosiła sprzeciwu nawet wtedy, gdy wciskałem palec w jej tyłek. Robiłem to niespiesznie, delikatnie, ale żadna z moich poprzednich dziewczyn nigdy nie zgodziłaby się na coś takiego, dostałbym pewnie po pysku przy pierwszym podejściu. A Zuzanna? Chowając twarz w puszystą poduszkę jęknęła głośniej i wypięła się jeszcze mocniej. Zgadzam się na wszystko, mówiło jej ciało. Tylko zrób mi dobrze, a w jaki sposób – zależy jedynie od ciebie.

Kochaliśmy się bardzo długo, a najpiękniejsze było to, że osiągnięcie spełnienia było najmniej istotne. Liczyła się tylko Zuza, jej ciało, żądza i rozkosz. A orgazm nadszedł niemal niechcący, zupełnie nieoczekiwanie. Potem znowu zapaliliśmy. I znowu się pieprzyliśmy. To była wyjątkowa noc.

Kiedy zrobiło się bardzo późno, choć w sumie było już dość wcześnie, poszliśmy do łazienki i wzięliśmy wspólny prysznic. Nie potrafiłem się zdenerwować nawet wtedy, gdy śmiała się z mojego fiuta, przekrzywionego w lewą stronę jak banan.

Kiedy wycierałem jej plecy puszystym, białym ręcznikiem, spytałem:

– Czemu wychowuje cię Steller? Co się stało twoim rodzicom?

Zesztywniała. Poczułem, że zadałem niewłaściwe pytanie, ale nie chciałem się już zatrzymywać.

– Ja ci powiedziałem o mojej matce – mruknąłem, obejmując ją mocno.

– Co to ma być, rewanż? – syknęła wściekle dziewczyna. Odwróciłem ja twarzą do siebie. Miała zaciśnięte usta i smutne, zimne oczy.

– Nie musisz mi mówić – powiedziałem spokojnie. – Ale ja poczułem się jakoś lepiej, odpowiadając na twoje pytania.

Chciałem ją przytulić, jakoś załagodzić znaczenie moich słów. Odepchnęła mnie jednak, lekko, lecz zdecydowanie.

– Mi się lepiej nie zrobi – warknęła i wyszła z łazienki. Powoli, bez pośpiechu, skończyłem się wycierać i otworzyłem drzwi do pokoju. Siedziała na łóżku, znów ubrana w dresy. Dłonie położyła równo na udach. Klapnąłem na podłogę przed nią.

– Nie będę cię do niczego zmuszał – odezwałem się pierwszy. W sumie nie wiedziałem, czemu tak bardzo mi zależy.

– Myślę, że powinieneś już sobie iść.

Spojrzałem na nią z zaskoczeniem. Musiałem dotknąć bardzo wrażliwego tematu. Liczyłem na jakieś wyjaśnienie, ale unikała mojego wzroku. Ubierając się, miałem cały czas nadzieję, że coś powie, nie pozwoli mi wyjść. Ale milczała, a ja nie potrafiłem wymyśleć niczego mądrego, więc w ciszy zawiązałem sznurówki i wyszedłem z pokoju. Byłem wściekły. Na siebie, że musiałem otworzyć gębę. I na nią, że po prostu nie powiedziała, o co jej chodzi. Spoko, nie chce gadać o swoich rodzicach. Nie ma tematu. Ale wystarczyło wydusić to z siebie, a nie wyrzucać mnie za drzwi.

Z głową pełną sprzecznych emocji położyłem się spać i, ku własnemu zaskoczeniu, bardzo szybko odjechałem.

Dziewięć

Na drugi dzień już jej nie było. Wszyscy byli zaskoczeni. Z wyjątkiem doktorka. Powiedział nam, żebyśmy się nie martwili, że Zuza nieraz już tak robiła.

– Wróciła do miasta, do domu. Nic się nie stało, zostawiła mi wiadomość.

Przykro mi się zrobiło. Z dwóch powodów. Pomyślałem, że przeze mnie wyjechała i raz jeszcze pożałowałem niewyparzonego języka. A z drugiej strony, poczułem smutek, że to nie mi zostawiła informację. Wiem, że zupełnie się nie znaliśmy, ot, raptem poszliśmy do łóżka. Dla jednej osoby to dużo, dla innej – nic. Chyba miałem nadzieję, że Zuzanna należała do tej pierwszej grupy.

Nie odzywałem się przez całe śniadanie. Szczerze mówiąc, nic mi się nie chciało, jedynie zamknąć się w pokoju i nie widzieć innych ludzi. Dlatego, gdy w końcu udało mi się uciec od stołu, pukanie do drzwi wprawiło mnie w zły nastrój. Wściekły, szarpnąłem za klamkę i zamarłem, widząc stojącego na korytarzu Lectera.

– Mogę? – spytał, wskazując dłonią pokój. Odsunąłem się na bok i wpuściłem go do środka. Podziękował i zajął jeden z foteli. Usiadłem w drugim. Milczałem; nie miałem ochoty na rozmowy, zwłaszcza z nim. Ale nie dał za wygraną.

– Znam Zuzę od dziecka – zaczął. – Wtedy z jej mamą nie byłem mocno zżyty, ale po raz pierwszy zostałem wujkiem. To ważne, wiesz. Przyjeżdżałem do nich regularnie. Była rozkosznym dzieckiem. Dzięki niej zbliżyliśmy się z siostrą, zrobiło się normalnie. Potem Zuzanna dorosła i zaczęły się kłopoty.

– Rodzice byli nadopiekuńczy – ciągnął po chwili milczenia. – Aż do przesady. Zaborczy, zwłaszcza ojciec. Chciałem z nimi porozmawiać, ale skończyło się na tym, że to nie moja sprawa, żebym się nie wtrącał. Rok temu poznała jakiegoś chłopaka. Wiesz, jak to jest. Pierwsza miłość, wydaje się tą jedyną, na całe życie. Marta i Rafał, rodzice, byli temu zdecydowanie przeciwni. Bali się o Zuzę. Nie chcieli słyszeć o żadnym chłopaku, a gdy powiedziała, że wyjeżdża z nim na wakacje, wściekli się na całego.

Westchnąłem.

– No, masz rację – mruknął doktorek, patrząc przez okno. – Dostała szlaban. I następnej nocy uciekła z domu. Była tak wściekła na ojca, że spaliła mu paszport. Niestety, dokument tlił się na tyle długo, że zajęły się śmieci w kuble. W garażu, za cienką ścianką, stał duży, czterdziestolitrowy baniak z benzyną, którą jej ojciec przywiózł wieczorem z działki. To było paliwo do motorówki, czy coś takiego. Zuzanna nawet o tym nie wiedziała. Nastąpiła eksplozja, co spowodowało awarię systemu przeciwpożarowego. Po chwili zajął się dach. Zanim przyjechała straż, było już po wszystkim.

Milczałem. Bo co tu można było powiedzieć?

– Policja stwierdziła wypadek. Ja, choć z wielkim trudem, namówiłem Zuzę do tego, by nie składała zeznań. Uznano to za wypadek, a ja wystąpiłem o adopcję.

– Kuratelę – poprawiłem go mimochodem. Pokiwał głową.

– Po raz pierwszy odezwała się dopiero dwa miesiące temu – powiedział w końcu. – Nie mam pojęcia, co się musi z nią dziać. Oczywiście, obwinia się o śmierć rodziców, choć była to seria nieszczęśliwych okoliczności. Dołączałem ją do wielu grup, chciałem jej pomóc. Ale udało mi się dopiero teraz, w waszej.

– Jak to, przecież niemal się nie odzywała? – spytałem zaskoczony.

– Na spotkaniach milczała, to fakt – potwierdził. – Ale potem, w domu, zaczęła się otwierać. Nie tak od razu, to oczywiste. Powiedziała, że podoba jej się ta grupa, że was polubiła. Po raz pierwszy od wypadku opowiadała o własnych uczuciach.

– Czemu przyszedł pan do mnie?

Sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął telefon. Chwilę pogrzebał w menu, potem wyciągnął urządzenie w moją stronę.

Ręce lekko mi się trzęsły, gdy brałem od niego aparat. Przeczytałem wiadomość.

„Gdyby moja mama żyła, chciałabym ją spotkać. Choćby na chwilę. Bez względu na to, co zrobiła. Nie martw się wujku, jadę odwiedzić rodziców. Spotkamy się w poniedziałek.”

– Znam twoją kartotekę – mruknął Steller. – Myślę, że pierwsza część wiadomości nie była do mnie.

Milczał przez chwilę.

– Wydaje mi się, że ostatnia też nie – dodał, choć zupełnie niepotrzebnie.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Już parę godzin wisi i żadnego komentarza?Nie lubię być pierwsza,zwłaszcza,że jestem tu od niedawna.
Ale do brzegu-oczywiście bardzo mi się podobało,nawet "grubo"i "epicko",lubię opowiadania z perspektywy szczawia.Wątek dwóch tatusiów ładnie zarysowany,choć nieco stereotypowo.Ale u nas sami sobie nakreślili taki obraz.
Wierna fanka:
Zu.

Seaman – opowiadacz.

Ładne, z nadzieją, starannie napisane. Podobało mi się – to tyle na razie, na świeżo.

Opowiadanie świetne, niestety, jak dla mnie za mało erotyczne.

Seamanie,

odwaliłeś kawał porządnej roboty. Twoje opowiadanie zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie. Udało Ci się w nim zmieścić a) interesującego, wewnętrznie skonfliktowanego bohatera b) wewnętrzną ewolucję, którą przechodzi c) ciekawą wizję świata i problemów, jakie niosą ze sobą starcia sprzecznych systemów wartości d) całkiem nieźle nakreślone postacie drugoplanowe.

Sytuacja, którą opisujesz, już zdarza się w Polsce. Nie trzeba do tego odgórnych unijnych dyrektyw ani małżeństw gejowskich. Po prostu, wiele dzieci jest faktycznie wychowywanych przez pary jednopłciowe: naturalnego ojca/matkę oraz jego/jej partnera/partnerkę. Oczywiście, osoby takie spotykają się w naszym katolickim państwie z wieloma objawami dyskryminacji – to smutna codzienność, która jeszcze wiele lat się nie zmieni. Bardzo się cieszę, że opisałeś te zjawisko, dotkliwe zwłaszcza wobec młodzieży.

Mam wrażenie, że cały Twój tekst jest hymnem na cześć tolerancji dla bliźnich – czy to takich jak Marcin i Adam, czy też takich jak Aleksander i Aleksandra. Jednocześnie udało Ci się ten hymn wyśpiewać bez namolnego dydaktyzmu i przytłaczającego poczucia moralnej wyższości. To zasługuje na pochwałę. Zbyt często bowiem opowieści "słuszne" co do meritum, popadają w błędy typowe dla XIX-wiecznej "powieści tendencyjnej" – prezentują swoje tezy w tak nieatrakcyjny sposób, że aż chce się z nimi – z przekory – polemizować. Cieszę się, że tym razem tak nie jest. A słusznemu przekazowi towarzyszy słuszna forma.

Co się tyczy użytego języka i w ogóle stylu opowiadania – umiejętnie łączysz gorycz z poczuciem humoru. To już niepierwszy tekst, w którym to udowadniasz.

Jak widzisz, nachwalić się dziś Ciebie nie mogę 🙂 Jeden mały zarzut: coś mało tej erotyki! Wprawdzie sceny aż dwie, ale chciałoby się ciut więcej, bardziej szczegółowo! Wiem, że ostatnio skupiasz się bardziej na fabule, niż na "momentach" i w sumie Cię nawet rozumiem, ale jednak miło byłoby także spędzić nieco czasu na lekturze owych "momentów" 🙂

Tak czy inaczej, stawiam najwyższą notę. Smakowity!

Pozdrawiam
M.A.

Po pierwszym czytaniu jestem bardzo zadowolony. Warto było wykraść chwilę w ciągu dnia pracy. Świetnie ugryziona konwencja językowa.
Odrobinę przegadane; Trzy, połowę Cztery i kawałek Pięć do przemyślenia, czy są konieczne. Wybieg w przód z czasem trwania akcji też chyba niepotrzebny, nie wniósł nic nowego do opowieści.
Erotyki mało, ale w sumie… podobało mi się.

A ja zostałam z halo po zakończeniu. Strasznie smutne jest ono i przygnębiające. I te sceny erotyczne też jakby przykrywa żałoba. Jakoś sex się niby kojarzy z miłością i radością a tu pożegnanie. Ale taki wymiar ma też swój melancholijny urok…Ładne i smutne, zaskakujące.

Ekstensyfikacjo,

czemu uważasz zakończenie za smutne? Moim zdaniem daje dużo nadziei:

***** UWAGA, SPOILERY. CZYTACIE NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ *****

Franek zbliżył się nieco do akceptacji swej nietypowej rodziny. Zuza zaczęła się otwierać po swych traumatycznych przeżyciach. Jej list nie jest pożegnalny, to obietnica podtrzymania znajomości. No a Aleksander i Aleksandra mogli jeszcze trochę pobyć razem. Co miałoby tutaj smucić?

***** KONIEC STREFY SPOILERÓW *****

Pozdrawiam
M.A.

Hmm. Rodzice Zuzy umarli i pojechała ich odwiedzić. Ja to odebrałam dosłownie. I to że zobaczą się w poniedziałek też. Takie chwilowe przebudzenie w głębokiej depresji się zdarza, zwłaszcza przed ostateczną próbą odebrania sobie życia. Tak to zrozumiałam w pierwszym momencie…

Zapomniałam dodać, że wg mnie opowiadanie spełnia najważniejsze zadanie: porusza i wzrusza i niepokoi. Nietypowo jak na erotyczne więc tym bardziej robi wrażenie. Pozdrawiam

Zgadzam się! Seamanie, prosimy (prosimy?) o więcej!
Eileen

Seamanie, twoje opowiadania niezwykle łatwo zapadają w pamięć. Myślałeś kiedyś, żeby napisać coś większego i to wydać? 🙂
Eileen

Witajcie

przepraszam za dłuższe milczenie, ale jechałem do domu, a na lotniskach internet jest słaby. Tak, czy inaczej – wracam do tematu.
Dziękuję Wam bardzo za komentarze. Wrzucając ten tekst, miałem poważne obawy, że nie podołam tematowi – że wyjdzie banalnie albo pompatycznie właśnie. Dlatego cieszę się, czytając słowa Megasa.
Barmanie – dzięki za pochwały. Wiem, że momentami odbiegałem od sedna sprawy, ale historyjka z wigilijną stacją benzynową tak mnie rozbawiła (choć chodziło o możliwość użycia słowa "nigger"), że musiałem ją tutaj wrzucić. Czemu akcja w przyszłości? Bo nie wiedziałem, że już dziś takie sytuacje są możliwe. zresztą, przyszłość sprawiła mi dość duże problemy – musiałem zastanowić się na chwilę, co mogłoby ulec zmianie w ciągu kilku-kilkunastu lat. Nie rozbudowywałem tej strony historii, żeby za bardzo nie popłynąć…

Ekstensyfikacjo, Eileen – pozwólcie, że odpowiem Wam jutro – zmiana czasu mnie zabija…

Pozdrawiam, s.

Witam ponownie.

Ekstensyfikacjo, piszesz, że opowiadanie smutne. Troszkę tak jest, bo ostatnio uważam, że relacje damsko-męskie są coraz częściej zaprawione smutkiem i goryczą. Trochę nam się rozjeżdża świat, potrzeby kobiet i mężczyzn są zupełnie inne. Ale to temat na inną historię.

Wracając do opowiadania – chciałem poruszyć taki trochę drażliwy temat od dłuższego już czasu. Kilka lat temu brałem udział w burzliwej dyskusji, w której jeden z moich młodszych kolegów wykazał się bardzo tradycjonalistycznym podejściem do tematu homoseksualizmu (do tego stopnia nawet, że stwierdził, iż gdyby jego syn okazał się gejem, to chyba by go zabił – sic). Z drugiej strony stanęła dziewczyna, prowokująco podrzucając sprawę małżeństw i adopcji dzieci przez pary gejowsko-lesbijskie. Ja stanąłem pośrodku. Bo z jakiegoś nieokreślonego powodu nie przemawiała do mnie myśl dziecka, wychowywanego przez parę tej samej płci. Czemu? Myślałem nad tym długo. Czy jestem mało tolerancyjny? Czy tak trudno porzucić tradycyjne wzorce? I doszedłem do wniosku, że chodziło mi o dziecko właśnie.
Sądzę, że ta część świata, zwana Polską, nie jest – i jeszcze długo nie będzie – otwarta na tyle, by akceptować odmienności. Przykładem podpalenie meczetu w Gdańsku. Dużo wody w Wiśle musi upłynąć. I stąd ten tekst.

Eileen – dziękuję Ci za pochwały, bardzo miło łechcą me ego 😉 Myślę, że każdy z nas, autorów NE, gdzieś tam myśli o książce z własnym nazwiskiem na księgarskiej półce. Czy to możliwe? Nigdy nie mów nigdy ;-). Powiem tylko, że dzięki pomocy i wsparciu przyjaciół z NE udało mi się odnieść maleńki sukces i gdzieś tam opublikowano pierwsze moje opowiadanie. Dowodzi to jednej rzeczy – jeśli mi się udało, każdemu może się udać.

Za mało erotyki, powiadacie. Cóż, widzę, że muszę powrócić do starszych tekstów, poczytać mistrzów pióra erotycznego z NE i odświeżyć umiejętności "pisarza-erotomana".

Pozdrawiam wszystkich, seaman.

Napisz komentarz