Przekleństwo Ekstazy cz. VII [Rework] (Frodli) Brak ocen

Ling Zhao (Ling-z), "A warrior", CC BY-NC-ND 3.0

Ling Zhao (Ling-z), “A warrior”, CC BY-NC-ND 3.0

Rychela leżała nago na zimnym, dębowym blacie. Podkurczone i rozsunięte nogi prezentowały należący do dwudziestoparoletniej kobiety kwiat lotosu. Czekała na zabieg przywrócenia jej wnętrzu dziewiczego niemal stanu. Po kilku wizytach Orona w stolicy król Efellas mógł zorientować się, że nie tylko on zażywa rozkoszy z urodziwą królową.

Daedrot, młody cyrulik (a w wolnych chwilach alchemik) znał się z Półorkiem raptem dziesięć lat. Z braku lepiej wykształconych i bardziej doświadczonych medyków w Rimie (była wtedy wojna), to u niego musiał Oron wyleczyć uszkodzony w pojedynku z orkami worek mosznowy. Zrobił to wyśmienicie, przy okazji wyleczył też rannego z syfilisu (na który pacjent i tak był odporny, ale zarażał nim swe kochanki, którym i tak było wszystko jedno, bo ginęły podczas stosunku). Poza kilkudziesięcioma dukatami Oron wspomógł też Daedrota swą przyjaźnią i znajomościami, dzięki czemu młody mężczyzna był od paru lat znaczącą personą na stołecznych salonach i w półświatku.

Postury nikt nie mógł mu zazdrościć. Nieco od Rycheli niższy, szczupły, czarnowłosy facet o nijakich rysach nie miał powodzenia u kobiet, którym imponował jedynie jego status społeczny i pokaźny mimo młodego wieku majątek. Jak królowa przekonała się przed kilku laty podczas pierwszego zabiegu, nie był też dobrym kochankiem. Nie mógł poszczycić się zbytnią sprawnością bioder, a afrodyzjaki przezeń skomponowane nie nadawały jego personie szczególnej jurności.

Słowem – absolutny nyga i niedołęga, impotent, w dodatku odporny na wspomagacze. Ale alchemikiem był dobrym jak cholera. Bo na kobiety jego mikstury działały znakomicie – zanim szczytował, one bywały nieraz już po kilku orgazmach i błagały o jeszcze.

Tym razem jednak Rycheli nie było dane zaznać smaku afrodyzjaku od Daedrota. Zabieg wymagał pełnej naturalności. Jedynym, co odbiegało tu od norm, było obnażenie obojga – pacjentki i lekarza. W kącie siedział Oron i zaczytywał się w alchemicznych księgach. Rozumiał z nich coraz więcej. W zasadzie potrafił wyleczyć już większość ran i zakażeń, raz nawet uratował kompana od posocznicy, dla wielu medyków nieuleczalnej.

Daedrot podszedł do krótszej krawędzi stołu tak, by mieć przed sobą Rychelę eksponującą swe najintymniejsze miejsce. Nie doszukał się ani włosa na łonie pacjentki, co znaczy, że nowatorska metoda depilacji do grobowej deski poskutkowała. Postawił po swej prawej ręce mały stoliczek z różnymi medykamentami. Zaczerpnął garść bezbarwnej, lepkiej substancji, posmarował nią sobie dłonie, a potem wargi sromowe Rycheli. Poczuła przyjemne ciepło między nogami, a gdy wtargnął dwoma palcami do jej wnętrza, odruchowo zacisnęła mięśnie pochwy.

– Podoba ci się? – zagaił przyjaźnie. – To najnowszy lubrykant mojego pomysłu. Nie ma żadnych skutków ubocznych.

– Jesteś naprawdę genialny. – pochwaliła go. – Powinieneś zostać… och! …nadwornym medykiem… uch! …załatwiłabym ci jakąś dwórkę… ach! …do eksperymentów.

Jęczała, bo jego dłoń zaczęła pracować w jej pochwie, pobudzając wydzielanie śluzu. Po paru minutach była prawie na szczycie, gdy niespodziewanie wsunął w nią cztery palce i włożył dłoń aż po nasadę kciuka.

– Ała! Co ty wyrabiasz?!

– Sprawdzam rozmiary szkód, jakie wyrządził Oron.

Nie pochwyciła jego żartobliwego tonu i umilkła, zresztą w tym momencie wyjął dłoń.

– Wystarczy cztery razy i będziesz jak nowa.

Uśmiechnęła się. Oznaczało to masturbację kilkoma, coraz mniejszymi sztucznymi członkami (za każdym razem aż do orgazmu), a na końcu stosunek z samym Daedrotem, którego członek w sam raz nadawał się do tej roli jako zbieżny rozmiarem z królewskim.

Podniósł ze stolika największy model, długości około stopy. Nie był wiele mniejszy od penisa Orona. Umoczył go w drugim słoju, wypełnionym zielnym kremem, po czym wsunął aż po dłoń w Rychelę. Jęknęła i silniej rozwarła nogi. Dawał jej rozkosz bardzo powoli, aż nie poczuła w sobie gorąca połączonego z falą odprężenia i rozkoszy.

– Och! Tak! Tak!

Wygięła się w pałąk i zacisnęła mięśnie na znajdującym się w środku dildo. Co ją zdziwiło, to że rozkurcz nie nastąpił. Krem sprawił, że jej pochwa była teraz mniejsza, a co za tym idzie, ciaśniejsza i młodsza. Wyjął z niej urządzenie i chwycił za mniejsze, jednak także imponujące. Wsadził do słoja i puścił, po czym zbadał palcami szparkę Rycheli.

– Idealnie.

– Och tak, idealnie. – potwierdziła tonem świadczącym o wielkiej radości i zadowoleniu.

Następne trzy członki dały jej coraz silniejsze orgazmy. Na koniec został jednak Daedrot.

– Jeszcze tylko ja, i będziesz mogła zaskoczyć Efellasa niemal nową muszelką.

Odprężyła się, a na jej ustach zagościł szczery uśmiech. Była pewna, że po zabiegu Efellas będzie pieprzył ją do upadłego. Może nawet zapomni o podejrzeniach. Daedrot zanurzył w kremie dwa palce i rozprowadził po sterczącym fallusie. Wszedł w Rychelę i pociągnął ją ku sobie tak, że siedziała na blacie, obejmując alchemika nogami i rękoma. Następnie położył dłonie na jej pośladkach i będąc w niej cały czas, przeniósł na łóżko pod ścianą. Szedł powoli, uginając nogi w kolanach. Jego nikczemna postura nie najlepiej nadawała się do akrobacji w alkowie. Zdawało jej się, że Oron zachichotał schowany za opasłym tomiskiem. Medyk położył ją powoli, a następnie ustawił sobie jej łydki na ramionach. Naparł na nią i popchnął nogi tak, że kolanami dotykała sutków.

Kobieta odpowiedziała jękami. Objęła rękami swe nogi, dociskając je do biustu. Daedrot położył się na niej tak, że mogła zobaczyć jego głowę pomiędzy łydkami. Pochylił się tak bardzo, że mógł ją pocałować, co uczynił nie bez ochoty. Jednocześnie wykonał kilkanaście pchnięć. Docierał coraz dalej w wilgotnej i ciasnej szparce, aż nie zwarły się jego podbrzusze z jej udami. Wtedy oderwał od niej usta. Ich czoła zetknęły się. Spojrzał jej prosto w oczy i wznowił chędożenie.

– Och, tak… Jeszcze… Mocniej… Szybciej… Głębiej… Tak…

Im bardziej była rozpalona, tym bardziej zaciskała się jej pochwa, a rozkurcze były coraz słabsze. Ostatnia dawka kremu zaczynała działać. Każde pchnięcie czuła w sobie bardziej niż poprzednie; nie miała siły już dłużej powstrzymywać się przed orgazmem.

W tym momencie Daedrot szybko zaprzestał penetracji i zszedł z niej. Niedosyt, jaki poczuła, był ogromny. Oto klęczał przed nią niezaspokojony mężczyzna, ona też nie doszła. Szybko jednak poznała przyczynę. Medyk odsunął koc z rogu łóżka i po chwili trzymał w dłoni długi i wąski woreczek z nieznanego jej materiału.

– To mój następny wynalazek. Antyzalewacz, chociaż może kiedyś wymyślą stosowniejszą nazwę.

– Po co nam to?

– Bo ten krem znacznie wzmaga płodność. A chyba Efellas nie byłby zadowolony z bękarta?

Nie odpowiedziała.

– Połóż się na brzuchu.

Usłużnie wykonała polecenie. Zwarła ze sobą nogi i wyprostowała je. Leżała jak kłoda, kładąc ręce wzdłuż ciała. W tym czasie Daedrot nałożył antyzalewacz na członka, zostawiając przestrzeń dla nasienia na czubku. Położył dłonie na jej udach i rozsunął je szeroko. Zagłębił się w niej od tyłu i położył na jej plecach, nie pozwalając przybrać pozycji na pieska. Włożył pod nią dłonie i złapał  nimi piersi. Brodą przywarł do lewego ramienia kochanki. Pchnął raz i drugi, aż znowu zaczęła jęczeć.

Z lubością ściskał i ugniatał jej piersi, przygryzając przy tym płatek ucha i całując szyję królowej. Wykonywał przy tym coraz mocniejsze ruchy, mocne nawet jak na niego. Dopingowała go sama myśl, że za chwilę będzie szczytować pod nim królowa Rimonu (poprzednim razem była zaledwie przyszłą królową). Podniecenie obojga osiągało powoli najwyższy poziom. Mlaskanie członka w pochwie i klaskanie bioder o uda rozchodziły się po całym pokoju, mieszając się z jękami Rycheli i głębokim, ciężkim oddechem Daedrota. Alchemik zauważył, że jego partnerka jest cała spocona. Na jej plecach i szyi perliły się błyszczące kropelki spływające siłą grawitacji na pościel. Szczytowała pierwsza.

Poczuła kolejną falę ciepła i ekstazy przemieszczające się z krocza na całe ciało. Z rozkoszy wypięła biodra ku górze i krzyknęła:

– Tak… tak… och!

Po czym zakołysała biodrami, jeszcze bardziej podniecając tkwiącego w niej partnera. Ten jednak szybko się wysunął. Zdezorientowana Rychela poczuła napór na drugą dziurkę i po chwili naprężony, wilgotny od jej soków fallus wtargnął między jej krągłe, jędrne pośladki.

Poczuła piekący ból, a towarzyszący mu dreszcz przeszył całe jej ciało. Spróbowała zrzucić z siebie Daedrota, ale się nie dało.

– Zostaw mnie! Nie tak się umawialiśmy! Nie! Och! Nie!

Z każdą chwilą wchodził głębiej. Za którymś razem poczuła, że wsunął się cały. Nie sprawiało jej to najmniejszej przyjemności, a odbyt piekł ją coraz bardziej.

– Królowo, chyba mi nie powiesz, że nigdy nie użyczałaś tego miejsca swoim mężczyznom? – zadrwił cyrulik.

Rychela rozejrzała się po izbie, Oron najwidoczniej wyszedł. Gdzie się podział ten przeklęty Półork? Już ona mu pokaże, zostawił ją na pastwę tego napalonego półimpotenta! Daedrot ścisnął jej dłońmi pośladki, przyciskając biodra do blatu. Nie miała żadnych szans na opór. Cały czas penetrował jej tyłek, w końcu Rychela nie wytrzymała i wybuchnęła płaczem. Dawno już tak nie cierpiała, ostatnio chyba podczas pierwszego razu z Oronem przed ośmioma laty. Co prawdanie obce były jej pieszczoty anane, ale zawsze była do nich przygotowana i odprężona, a dodatkowo podniecona pieszczotami ukochanego mężczyzny. W obecnej sytuacji ciężko było mówić o gotowości, zrelaksowaniu i podnieceniu.  Niestrudzony medyk robił swoje, nie bacząc na szlochy i skargi kobiety.

Orgazm mężczyzny stanowił dla antyzalewacza próbę wytrzymałości. Kilka wystrzałów nasienia naprężyło końcówkę prototypu kondoma, który mimo wszystko wytrzymał. Zadowolony Daedrot wyszedł z Rycheli, zdjął ochraniacz i położył go na swym stoliku. Obolała kobieta obróciła się na plecy. Spomiędzy błyszczących warg wypływała strużka śluzu, mieszając się z potem spływającym z podbrzusza. Włożyła sobie palec w waginę, zacisnęła mięśnie i z zadowoleniem go wyjęła.

– Dzięki. Co prawda tego ostatniego nie miałam w planie, ale końcowy efekt mnie zadowala.

Daedrot nie słuchał jej. Wyszedł z pokoju i wrócił po kwadransie, by zastać tam ubraną już Rychelę całującą się z Oronem.

– Ekhem…

Zerwali się na równe nogi. Po pięciu minutach byli gotowi do wyjścia. Konspirujące kaptury na głowach i płaszcze stanowiły ich nieodłączny strój do przemieszczania się po mieście. Na odchodnym oboje podziękowali jeszcze raz i wyszli. Nigdy już tu nie wrócili.

*** *** *** *** ***

– Dziwny koleś, ten Daedrot.

– A co cię tak w nim zdziwiło?

– Zerżnął mnie w tyłek.

Oron w odpowiedzi położył dłoń na jej pośladku i ścisnął mocno.

– Ała! No co?! Nawet o tym nie marz. Rozerwałbyś mnie na pół.

– Wiem. Ale Efellas mógłby stanąć w szranki z Daedrotem.

– Pomyślę o tym.

Dalej szli już w milczeniu. Kilka przecznic przed pałacem rozdzielili się. Rychela wracała do dworskiego życia, a Oron do swoich ciemnych, miejskich zaułków.

*** *** *** *** ***

Główna sala oberży “Fajansowa rękojeść” nie pękała w szwach i nic dziwnego, skoro był środek tygodnia. W najciemniejszym kącie, przy małym stole siedziało naprzeciw siebie dwóch mężczyzn. Przed każdym stał duży kufel piwa i leżał drewniany talerz, na którym spoczywały objedzone do czysta kości kurczaka. Nawet na siedząco uderzała różnica wzrostu rozmówców. Potężna postać w pelerynie, której kaptur zwisał między łopatkami pochylała się ku niskiemu, szczurowatemu jegomościowi.

– Wczoraj pochwaliłeś się, jaka to nie była nagrzana nasza królowa, gdy już dobrałeś się jej do piczki. – zagaił mniejszy – To może teraz powiesz w końcu, jak ci się wiodło na północy? Chyba było ciekawie, bo unikasz tego tematu.

– To nie tak, Pascel… Po prostu muszę pozbierać myśli. – zaoponował wielkolud.

– W takim razie pozbierasz je przy dwójniaku, bo piwo jak widać nie pomaga. Hej, Randuina! Dwie kwarty miodu skarbie, na jednej nóżce!

*** *** *** *** ***

Nad mokrą glebą unosiła się mgła. Jak okiem sięgnąć, dokoła rosła w kępach trawa, gdzieniegdzie potworzyły się większe i mniejsze kałuże. Widoczność sięgała kilkunastu metrów, a dalej z mlecznobiałą zawiesiną kontrastowały tylko niewyraźne rysy rzadko rosnących drzew. Powietrze pachniało gnijącymi roślinami, padliną i wilgocią. Najbardziej parszywe miejsce na całym Zachodzie – Moczary Śmierci. Wbijały się klinem między Rimon i Narod, a w ich najwęższym miejscu wędrowiec miał do przebycia kilkanaście kilometrów niepewnymi, groźnymi szlakami. Pas trzęsawisk ciągnął się z północy na południe. Zaczynały się na mroźnych pustkowiach lodowego królestwa Buterii, kończyły zaś w miejscu, gdzie płynąca z Narodu Verfa wpadała do zmierzającej ku stolicy Rimii. Wzdłuż wschodniego i zachodniego krańca moczar biegły dwa brukowane trakty najeżone posterunkami i strażnicami rimońskimi lub narodańskimi, zależnie od strony. Rimon znajdował się na zachodzie, Narod na wschodzie.

Od czasu do czasu przez te niegościnne tereny przedzierały się niewielkie oddziały to jednej, to drugiej strony. Przeważnie kończyło się to spaleniem jednej strażnicy przeciwnika i powrotem do ojczyzny, nierzadko jednak oddział podjazdowy kończył nabity na pal co do głowy, gdy trafił po drodze liczniejszy wrogi patrol. Taktyka prztyczków na pograniczu stosowana bya od dziesięcioleci. Nawet, gdy Rimon i Narod znajdowały się w stanie pokoju, ambitni i co bardziej porywczy dowódcy przygranicznych placówek decydowali się sprawdzić czujność drugiej strony. Z różnym skutkiem, ale próbowali. Oba państwa już dawno przestały incydenty na Moczarach Śmierci traktować jako casus belli. Najazdów było dużo i często, ale mniej więcej po równo.

Krótki opis uroków pogranicza pozwala wyobrazić sobie, jak musiał czuć się Oron na czele wycieczki. Był zły jak cholera. Od kilkuset lat rozpaczliwie rzucał się w objęcia śmierci. Zimna i cierpliwa kochanka do tej pory uciekała przed nim, ale tym razem miał zamiar ją dogonić i dokonać żywota. Złość Orona nie miała jednak przyczyny w rozkazie, ponieważ sam prosił o najpaskudniejszą robotę, jaka obecnie jest do wykonania. Bardziej rozdrażniła go kompania, jaką otrzymał. Dziewiętnastu zakapiorów, których umiejętność obsługi broni ograniczała się do tawernianych bójek z użyciem noża. Z tym oto oddziałem dzielny, cny, zasłużony, przeklęty i nieszczęśliwy Oron Półork miał przedostać się na wschód i spalić tyle posterunków, ile zdąży, zanim wybiją jego oddział żółtodziobów. Rzecz jasna nikt im nie powiedział, że szanse na powrót do domu mają takie same, jak na namiętną noc z królową. Oron zaśmiał się z tego porównania. Jego szanse nie były zerowe.

*** *** *** *** ***

Podczas, gdy Oron relacjonował  przyjacielowiswą ostatnią wyprawę, Rychela spożywała wieczerzę z królem. Byli w jego prywatnych komnatach. Środek niewielkiej izby zajmował prostokątny stół z dostawionymi dwunastoma krzesłami – po pięć wzdłuż boków i po jednym na krańcach. Na kamiennych ścianach wisiały gobeliny z wizerunkami ośmiu poprzedników Efellasa. Posadzka również była naga z tym, że pod stołem i krzesłami zalegał dywan utkany z drogich, południowych włókien. W kątach stały wysokie świeczniki, każdy zwieńczony zielonym, płonącym woskowym walcem. Dodatkowy, trzyramienny świecznik stał pośrodku stołu. Każde z małżonków miało przed sobą złoty puchar, talerz i sztućce. Na stół podano pieczoną gęś, multum owoców i gotowanych warzyw, tuzin gotowanych na twardo i miękko jaj kurzych, przepiórczych i bażancich. Każde miało własną karafkę z czerwonym winem. Obsługiwali się sami. Kolacje zawsze jadali skromne (jak na możliwości króla), a parobków nie zajmowali usługiwaniem. Rychela ubrała się tak jak zazwyczaj, gdy miała ochotę na seks po wieczerzy. Nie miała na sobie bielizny, a jedynie na wpół prześwitującą, lazurową tunikę. Była to najważniejsza przyczyna, dla której jedli bez udziału służby. Zdarzało im się nie czekać, aż dojdą z jadalni do sypialni i zaczynali kochać się wśród pachnącego jadła.

Jej młode, jędrne wdzięki pysznie prezentowały się przez materiał. Piersi z wiśniowymi kółeczkami wielkości małej monety. Pośrodku każdego pomarszczony, miękki sutek. Suknia bez rękawów, ramiączka zapinane na dwie srebrne spinki w kształcie herbu Buterii. Biały niedźwiedź walczący ze śnieżnym wilkiem na czarnej tarczy. Efellas miał już pewne wyobrażenia co do dzisiejszego wieczora. Gdy odepnie te spinki, tunika opadnie z królowej niczym jesienny liść po nagłym podmuchu wiatru. I będzie jego.

Rychela śmiała się z anegdotek i dowcipów męża, a wstając, by nałożyć sobie jedzenia leżącego poza jej zasięgiem, poruszała się maksymalnie kobieco, prężąc się i kołysząc biodrami. Miała ochotę na przepiórcze jajko, które leżało w misie po stronie króla. Wstała więc, przeciągając się, by napiąć i pociągnąć ku górze piersi. Kątem oka obserwowała gapiącego się na nią mężczyznę. Wzięła swój talerz i ruszyła w stronę Efellasa, stawiając stopy na niewidzialnej linii prostej, co zwiększało tylko apetyczność kołyszących się przy każdym kroku bioder. Stanęła lewym bokiem do męża. Pochylając się do przodu i wyciągając lewą rękę po jajo, pozwoliła mu delektować się widokiem zwisających pionowo w dół i bujających się piersi.

Król nie wytrzymał tego widoku. Zerwał się i stanął za nią, przygniatając ją swymi biodrami do stołu. Ciężki, stabilny mebel ani drgnął. Położył dłonie na jej ramionach i gwałtownie zerwał spinki. Materiał puścił, sukienka zsunęła się w dół. A co tam, ma jeszcze dziesiątki takich. Oderwał od niej biodra, by tunika opadła na posadzkę. Chwycił jej dłonie w swoje i przygwoździł do stołu, rozchylając tym samym ramiona partnerki. Oparł się torsem o jej nagie, idealne plecy.

– Pragnę cię bardziej, niż kiedykolwiek. – wyszeptał jej do ucha – Jesteś najpiękniejsza…

Rychela zaczęła wiercić biodrami, aż poczuła twarde przyrodzenie pod materiałem spodni Efellasa.

– Jesteś dla mnie wszystkim… Masz tak cudowne ciało. Zróbmy to tu i teraz.

Przestał przygniatać jej dłonie do stołu, a następnie powoli ruszył palcami w górę, gładząc opuszkami skórę nadgarstków i przedramion. Jednocześnie  usta króla zamknęły się na lewym uchu oblubienicy. Ssał je, gładził językiem wzdłuż małżowiny, zaglądał jego czubkiem do środka, a na końcu przygryzł zwisający płatek i zaczął się nim bawić. Z ust Rycheli wydobył się cichy jęk. Uwielbiała jego pieszczoty. Musiała przyznać, że na ustnej i ręcznej robótce Efellas znał się nie gorzej, niż Oron na sednie sprawy. Nikt nie znał tak dobrze erotycznej mapy jej ciała, jak własny mąż. Gdy wargi mężczyzny zabrały się za drugie uszko, a dłonie zakończyły wędrówkę po rękach ukochanej i spoczęły pod pachami, powolnymi ruchami zaczęły zmierzać ku piersiom.

*** *** *** *** ***

Dwudziestu jeźdźców jechało w zwartym szyku – pięciu z przodu, a pozostali w trzech równych rzędach za nimi. Starali się zachowywać możliwie najciszej, więc tuż przed wyjazdem otoczyli kopyta wierzchowców szmatami. Przebyli już nie niepokojeni ponad połowę drogi. Za kilka minut mgła zacznie rzednąć i widoczność powinna się polepszyć. Nikt się nie odzywał. Nikt nie prowokował dyskusji o kobietach, światopoglądach, nawet na przełożonego Orona nie narzekali.

Ich milczenie nie było spowodowane żelazną dyscypliną, które to pojęcie pozostawało dla nich nieznane). Bali się. Do tej pory nigdy nie wstąpili na Moczary głębiej, niż na kilkanaście metrów i dłużej, niż na pięć minut. Wesoła i rubaszna kompania teraz zwiesiła głowy i podążyła milcząco za przywódcą. Grobową ciszę panującą dokoła zmącił metaliczny szczęk oręża. Oron zatrzymał się i uniósł prawicę z otwartą dłonią. Reszta stanęła posłusznie i bezgłośnie.

Odgłosy dochodziły z prawej strony. Nie widzieli drugiego oddziału (bo na pewno była to więcej, niż jedna osoba). Słyszeli jedynie pobrzękiwanie metalu i mamrotane przekleństwa po narodańsku. Kierunek, z którego nadchodzili, to południowy wschód.

– Chyba będziemy musieli zmienić plany i wpierw zaatakować ten oddział. -wyszeptał Oron.

– A rozkazy? – zaoponował żołnierz po jego prawej.

– Chrzanić rozkazy. To Narodańczycy, trzeba im przetrzepać skórę. Chcecie wrócić do spalonej bazy? Idą na naszą stronę w tym samym celu, co my.

Odpowiedziała mu cisza. Nie wierzyli, że wrócą żywi z eskapady na drugą stronę Moczar Śmierci.

– Omińmy ich i zaatakujmy od tyłu tak, by nie mogli uciekać na swoją stronę. – zarządził.

Oddział początkowo nie zmieniał kursu. Podróżowali pod wiatr, toteż mogli usłyszeć przeciwników odpowiednio wcześnie. Gdy odgłosy zaczęły dochodzić wyraźnie z prawej strony, zatoczyli duży półokrąg, by po kilkunastu minutach znaleźć się za Narodańczykami. Cicho śledzili ich jeszcze dłuższą chwilę

– Teraz albo nigdy. – zdecydował Oron – Za kwadrans skończą się moczary.

Oddział przyspieszył, coraz wyraźniej przechodząc w galop. Po minucie ustawieni w prostokąt jeźdźcy rozszerzyli szyk, jadąc teraz w dwóch rzędach. Na polecenie Orona skrzydła wysunęły się do przodu. Półork jechał ostatni, ale i tak raptem dwie długości konia za jeźdźcami po bokach.

Przed sobą usłyszeli szczęk oręża i głośne krzyki. W każdej chwili z mgły mógł wyłonić się przygotowany na ich atak oddział z Narodu. I w końcu się pojawił. Zanim fala konnych zderzyła się z piechurami, Oron doliczył się dwóch tuzinów mieczników i dziesięciu łuczników. Pierwsi uzbrojeni byli w długie jednoręczne miecze, w lewej ręce dzierżyli podłużne, prostokątne tarcze. Ustawili się w dwóch liniach (mniej więcej na szerokość szarżującej jazdy), wbili tarcze w ziemię i wysunęli miecze przez szczeliny między nimi. Łucznicy tymczasem stali kilkanaście metrów za nimi i szyli ze strzał. Celowanie utrudniała gęsta mgła.

Mimo tych trudności przed dotarciem do celu oddział Orona stracił dwóch członków, pozostali zaś w pełnym pędzie wbili się w blokującą piechotę. Umiejętnie ustawione tarcze uratowały właścicieli przed zmiecieniem przez szarżę z powierzchni ziemi. Rozległy się krzyki ludzi i kwik koni, gdy trójka zwierząt padła pod ciosami mieczy. Pozbawieni wierzchowców jeźdźcy chwycili za miecze i rzucili się na przeciwników. Pozostali po sforsowaniu linii obrony przeciwnika kłuli, cięli i rąbali mieczami, gdzie popadnie. Kolejna salwa z łuków dosięgła połowy jeźdźców, wykluczając kilku z walki. W tym czasie padło zaledwie dwóch piechurów. Także trójka walczących pieszo Rimończyków wyzionęła już ducha, nie mając szans przeciw przeważającym liczebnie i schowanym za tarczami przeciwnikom.

Na polu bitwy nie było Orona. Tuż przed końcem szarży odłączył się od oddziału, objechał pole bitwy poza zasięgiem wzroku i wpadł pomiędzy łuczników, zabijając ich zanim którykolwiek posłał ku niemu strzałę. Następnie wjechał w tył piechurów, czyniąc spustoszenie mieczem i kopytami Jasefela. Teraz walka się wyrównała, chociaż wrogowie nadal mieli dwukrotną przewagę liczebną. Połork wspomagany przez podkomendnych sukcesywnie ich wycinał, chociaż bronili się długie kilka minut, stanąwszy w kręgu plecami do siebie i atakując zaciekle napierających ze wszystkich stron.

Gdy już walka dobiegła końca, Oron mógł podliczyć straty. Pozostało mu zaledwie pięciu zdolnych do walki jeźdźców, padło dziesięciu, pozostali byli zbyt ciężko ranni, by ustać na nogach. Stracili osiem koni.

*** *** *** *** ***

Podczas obdarzania prawego uszka Rycheli wyrafinowanymi pieszczotami oralnymi ręce Efellasa skórę na jej dekolcie i pod pachami. Była delikatna i gładka, bez minimalnych choćby śladów owłosienia. Musiała stosować idealną depilację. Delektował się kontaktem z tym jakże intymnym i zarazem kłopotliwym w przypadku wielu kobiet miejscem. Gdy już się nim nacieszył, jego dłonie podążyły w dół. Robiły to jednak tak niespiesznie i tak delikatnie, że każde muśnięcie jedwabistej skóry przez dzierżące władzę dłonie powodowało dreszcze u skupionej na doznawaniu rozkoszy królowej. Opuszki ledwie stykały się z uciekającym w czasie wydechu ciałem i same cofały się podczas wdechu. Gdy minęły już piersi, podążyły ku sobie i na moment obie dłonie spotkały się. W mgnieniu oka jednak rozdzieliły się i zaczęły zataczać większe i mniejsze okręgi po brzuszku oblubienicy. Palce to głaskały, to masowały, to muskały, to szczypały, to znów delikatnie drapały drżącą skórę. Cała ta wędrówka trwała niemal pięć minut, w czasie których usta Efellasa zdążyły zmienić obiekt pożądania. Król wtulił twarz w sięgające za ramiona ciemne pukle, rozgarniając je nosem i wyciągniętym językiem, aż nie dobrał się do karku, na którym zaczął pieścić miejsca, gdzie wyraźnie rysowały się kręgi. Pachniała różanym olejkiem do kąpieli, tak jak lubił. Czubkiem języka podążał od potylicy kilka centymetrów w dół, a potem wracał i tak bez przerwy. Kreślił przy tym zygzaki, poruszając się rowkami wyraźnie znaczonymi przez koniec jednego kręgu i początek następnego.

Rychela czuła w sobie wzbierające pożądanie. Poczuła wilgość między nabrzmiałymi i lekko rozchylonymi płatkami rozpalonej kobiecości. Napierała biodrami na męskość męża, jednak uwięziony fallus nie mógł dać jej rozkoszy, którą pragnęła.

Mężczyzna nie spieszył się. Chaotycznie zataczające kręgi dłonie kontynuowały swoją pracę, a usta przesunęły się na ramię królowej. Obnażone zęby zacisnęły się na skórze pokrytej drobną gęsią skórką. Zaczął ssać to miejsce, aż z jego ukochanej z głośnym jękiem nie uszło powietrze. Wtedy oderwał od niej usta. Język rozpoczął wędrówkę, meandrując po całej powierzchni lewego barku Rycheli. Szorstki i wilgotny narząd nawilżał każde napotkane miejsce. Lewe ramię i łopatka, później rozkoszne wgłębienie kręgosłupa biegnące środkiem pleców, w końcu prawa łopatka i ramię.

Dłonie znudziły się wypieszczonym brzuszkiem i znienacka ujęły od dołu piersi. Zaskoczona tym Rychela wzdrygnęła się. Opuszki palców wskazujących zaczęły zataczać okręgi zwężające się stopniowo ku sutkom. Gdy już dotarły do aureolek, przestały zmniejszać dystans do sterczących końcówek. Krążyły dokoła nich, nie dotykając ani razu. Pieszczona kobieta drżała z podniecenia. Efellas nie miał jednak zamiaru tak szybko pozwolić jej dojść. Przesunął dłonie na smukłe ramiona i jednocześnie przywarł ustami do karku połowicy. Zaczął powoli przesuwać się w dół – językiem wzdłuż linii kręgosłupa, dłońmi po rękach, aż na biodra. Podróż zakończył, gdy minął krzyż Rycheli i klęcząc, wtulał usta w twardy i gładki trójkącik, gdzie zaczynały się pośladki. Rozpoczął masaż kości ogonowej, jednocześnie schodząc dłońmi ku łonu Rycheli. W napięciu oczekiwała tej chwili, aż wstrzymała na dłuższą chwilę oddech. Ręce nie dały jej jednak jeszcze rozkoszy, jedynie przemknęły po pachwinach, dotykając nawet wydepilowanego trókąta. Zaraz jedna z nich uciekła i chwyciła za pośladek, a druga cofnęła się na wzgórek łonowy. Lewa dłoń, spoczywając na krągłości królowej, chwilę ją pomasowała i wyściskała, po czym schowała się między udami Rycheli. Poczuła palce gładzące malutką przestrzeń między jej szparką a ciaśniejszą dziurką, co wywołało u niej mrowienie z rozkoszy. Jednocześnie druga ręka zaczęła głaskać łono. Schodziła też niżej, rozchylając palce przemykała po obu stronach kobiecości i wracała na swoje dawne miejsce

– Och! Tak! Jeszcze chwilę! Tak! Nie przestawaj! Ooooch!

Wypięła tyłeczek, aż zabolały ją plecy. Wygięła się w taki łuk, że profil od karku do bioder przypominał ćwierć okręgu. Opierała się obiema dłońmi na stole, drżąc z uniesienia i jęcząc z rozkoszy, jednocześnie wiercąc tyłeczkiem ze zniecierpliwienia. Wprawne dłonie i język Efellasa doprowadzały ją na nieziemskie wyżyny spełnienia. Kilkunastominutowa praca nad jej strefami erogennymi pozwoliła osiągnąć orgazm bez nawet lekkiego muśnięcia sutków i łechtaczki.

Wszystkie dotychczas pobudzone i do tej pory nie pobudzone czułe na pieszczoty punkty jej ciała zaczęły wysyłać silne i przyjemne sygnały. Sutki zapłonęły żywym ogniem, paląc wszystkie inne orgastyczne impulsy na swojej drodze. W podbrzuszu jeden skurcz gonił drugi, w gardle plątały się ze sobą wszystkie dźwięki i z ust płynęła cała symfonia najwyższych jęzków, jakie była w stanie z siebie wydobyć. Niczym wprawny kochanek zaczęła poruszać biodrami, wyrywając się wciąż pieszczącemu ją Efellasowi. Dzikim odgłosom towarzyszyły skurcze wszystkich mięśni ciała. Z kącików ust zaczęła sączyć się ślina, a po kilku sekundach ugięły się pod nią nogi. Gdyby nie stół i asekuracja króla, padłaby na podłogę, wierzgając i krzycząc z rozkoszy.

*** *** *** *** ***

Oron był w rozterce. Jak miał postąpić? Zostało mu pięciu ludzi. Kontynuować wypad do Narodu czy wracać? Spojrzał na ocalałych. W ich oczach dostrzegł bezgraniczne oddanie po tym, jak poprowadził ich do zwycięstwa w potyczce. Zwłoki ludzi i koni leżały bezładnie na pobojowisku. Rozmyślania przerwał tętent kopyt dochodzący z zachodu. Oron chwycił za rękojeść miecza i wybiegł przed grupkę podwładnych, oddzielając ją od nadciągającego przybysza. Po chwili kontury jeźdźca były widoczne we mgle.

– Stać! – krzyknął po rimońsku Oron.

Koń postąpił jeszcze kilka kroków, po czym zatrzymał się. Wędrowiec zaklął pod nosem i zeskoczył sprawnie z konia.

– Kto tam? – spytał, dobywszy miecza.

– Czternasty oddział kawalerii trzeciej armii Rimonu pod kapitanem Oronem. -odparł dumnie przywódca formacji.

Przybysz drgnął.

– Oron?

Półork rozpoznał głos przyjaciela, więc schował broń do pochwy.

– Tori?

Uspokojony szpieg chwycił konia za uzdę i podprowadził go do grupy żołnierzy. Miał na sobie szary płaszcz i wysokie buty, na głowie zaś kaptur. Dłonie okrywały skórzane rękawice. Spod wierzchniego odzienia dochodziły pobrzękiwania kolczugi.

– Coś was mało. – zauważył, nim zlustrował wzrokiem pole walki. – Miałem szczęście. Wpadłbym prosto na nich. Gdybym oczywiście wcześniej ich nie usłyszał. – tu mrugnął porozumiewawczo do Orona.

Półork był pewien, że Tori przemknąłby nawet pod ich nosami i nie spostrzegliby, że ktoś ich minął. Wśród żołnierzy powstało poruszenie. Zbliżyli się i otoczyli parę przyjaciół.

– Cóż, komu w drogę, temu czas. – odezwał się przybysz. – Mam zadanie do wykonania w Narze. Stary się wkurzył, gdy nakrył mnie z pokojówką Rycheli. Kolejnego wysłał na śmierć.

– Której rzecz jasna unikniemy. Obaj.

Tori uśmiechnął się krzywo słysząc komentarz przyjaciela.

– Co do ciebie jestem tego pewien. Też chętnie pożyłbym sobie jeszcze kilkanaście lat, ale cóż… Robię to ku chwale ojczyzny.

Nie mówiąc nic więcej padli sobie w objęcia. Minutę później samotny wędrowiec kontynuował podróż na wschód, do stolicy wrażego królestwa. Odwrócił sie do swoich, gdy usłyszał odgłosy zbliżającego się jeźdźca. Tori wracał. Przywitali się równie wylewnie, jak pożegnali chwilę wcześniej.

– Zostanę z tobą. – oświadczył szpieg. – Przy opróżnianiu redut jest lepsza zabawa niż na dworze króla Narodu, który odwiedzę później.

Półork roześmiał się.

*** *** *** *** ***

Podczas gdy Rychela dochodziła do siebie po zgotowanum jej przez męża orgazmie, Efellas niespiesznie się rozbrał. Jego oddech nieznacznie przyspieszył. Była pewna, że weźmie ją jeszcze przed wizytą w alkowie. Obejrzała się za siebie. Król był już bez koszuli. Widziała jego pomnikowo wyrzeźbiony tors. Rzadko porośnięty, z wyraźną linią mostka dzielącą go na dwie części. Małe, brązowe sutki. Uwielbiała je przygryzać i tarmosić, gdy kochali się w miejscu bardziej konwencjonalnym, niż jadalnia, czyli łożu. Powiodła wzrokiem w dół. Minąwszy umięśniony brzuch dotarła do pępka, z którego biegł w dół paseczek czarnego owłosienia. Rozpiął pas, wyjął go ze szlufek i rzucił precz, po czym zatrząsł biodrami. Spodnie zsunęły się, ale z przodu zahaczyły o prężącego się monarszego członka. Zirytowany chwycił dłonią materiał i zdjął spodnie bez zbędnych akrobacji. Uwolnił się z nogawek i stanął za żoną, kładąc dłonie na jej biodrach.

– Chcę twego ciała, najdroższa… – wyszeptał, przytulając tors do jej pleców.

– Skoro tak bardzo zagustowałeś w dziurce między pośladkami, może mnie tam odwiedzisz? – odparła zalotnie. Po doświadczeniach z Daedrotem miała ochotę na więcej seksu analnego. Często błądziły tam jej paluszki, by popracować nad oporem zwieraczy. Efellas zawsze ochoczo dobierał się do jej odbytu, czerpiąc zeń o wiele więcej przyjemności, niż podczas penetrowania wilgotnej kobiecości.

– Twe życzenie jest dla mnie rozkazem… – rzekł szarmancko, po czym przebiegł dwoma palcami między wilgotnymi wargami połowicy, by nabrać z nich śluzu. Poczuła ciepłe opuszki nawilżające jej odbyt. Zawierciła biodrami, zapraszając palce męża do środka. Wsunął czubek jednego do ciasnej dziurki i powiercił nim.

– Nie każ mi czekać, bierz mnie! – nieomal krzyknęła głosem przepełnionym ekstazą.

Wycofał z niej palec i przyłożył między jej pośladki odsłoniętą żołądź. Rychela położyła się biustem na stole i stanęła w szerszym rozkroku, by ułatwić mu wejście. Wszedł w nią płytkim ruchem bioder, zaledwie wnikając w nią główką. Kilkanaście ruchów i stała przed nim otworem. Wsunął się w nią głębiej. Czuł, jak się na nim zaciska. Nie spieszył się. Po sprawionym jej masażu erotycznym miał prawo brać od niej rozkosz tak, jak sobie zamarzy. Powoli. Jednakże z ruchu na ruch przyspieszał, by w krótkim czasie wdzierać się w nią mocno i szybko. Dyszał niczym miech kowalski, poruszając automatycznie biodrami do przodu i do tyłu najszybciej, jak mógł. Nawet nie wchodził zbyt głęboko. Dziurka pulsowała na jego penisie, czyniąc doznania Efellasa intensywniejszymi. Nie miał siły odkładać wytrysku na później. Wszedł w Rychelę najgłębiej, jak się dało. Kilka mocnych spazmów targnęło jego męskością, wyzwalając ciepłe nasienie prosto do wnętrza jędrnego tyłeczka. Przytulił się spoconym torsem do żony, niemal przygniatając ją do stołu.

*** *** *** *** ***

– Hagard, kurwa, czego się tam guzdrzesz?!

Krzyk porucznika wyrwał młodego rekruta z zamyślenia. Właśnie robił pod drzewo na skraju Moczar Śmierci. Jak to się zdarza w takich sytuacjach, naszła go zaduma nad sensem egzystencji i szansami Narodu w nieuniknionej wojnie z Rimonem. Wkurzał go cały ten imperializm wyznawany przez władcę. Shołdował już sobie cały wschód aż po bramy Reverii. Akuratnie młody chłopak pochodził z Keldonu, małego księstwa tysiące kilometrów stąd. Przybył jako orszak corocznego trybutu i natychmiast rzucili go na front zachodni. Co to za życie… Nawet wysrać się w spokoju nie można…

– Ty jebany gówniarzu, wracaj albo ci to gówno z powrotem w dupę wsadzę! – wydarł się porucznik, gdy młody szeregowy nie odpowiedział na pierwsze wezwanie.

Nie minęła minuta, a z mgły wyłoniła się niska postać Hagarda. W chwili, gdy wszedł do posterunku przez północną bramę, z tyłu spadł nań cios w potylicę. Padł na twarz, ale wnet zerwał się na równe nogi.

– Za co, panie poruczniku? – wydukał żałośnie.

Porucznik masował sobie prawą dłonią lewą pięść.

– Następnym razem pomyślę, że chcesz zdezerterować. Choćbyś dymał się z dziewką, masz zawsze odpowiadać na wezwania przełożonych! To nie twoje jebane Keldon, rozumiemy się?

– Tak jest, panie poruczniku. – zasalutował młodzieniec.

Po zgnębienu kota oficer był kontent, więc obrócił się i ruszył do swej kwatery. Prowincjusz! Zesłali mu na jedną z najtrudniejszych placówek jakąś ciotę, gołowąsa, który nawet mieczem dobrze robić nie umie. Całe szczęście, że pozostała trzydziestka jego podkomendnych to zabijaki z krwi i kości, zaprawieni w bojach na północy brutale nieznający litości. Aż strach było obrócić się do nich plecami, ale porucznik Nergal wyrobił sobie wśród nich mir jeszcze większym okrucieństwem. Dla odmiany sam udał się na stronę, by pofolgować pęcherzowi. Nic nie widział, nic nie słyszał. Długi, wąski kord wraził się pod jego lewą łopatkę i sięgnął ostrzem serca. Jednocześnie okryta rękawicą dłoń zasłoniła mu usta. Padł na ziemię, rzężąc i charcząc w agonii.

*** *** *** *** ***

Tym razem to Rychala czekała, aż z jej partnera opadnie podniecenie. Czuła przyjemne ciepło w swym wnętrzu. Rozochocił ją tą dziką szarżą, ale nie dał rady doprowadzić jej drugi raz na szczyt. Cóż, i tak spisał się znakomicie.

– Kochanie? – odezwała się nieśmiało.

– Słucham? – zareagował po dłuższej chwili. W głosie wciąż czuć było uniesienie.

– Chodźmy do łóżka. Zimno mi się robi.

Kilkanaście minut później królewska para wylegiwała się w alkowie w najlepszym łożu w państwie. Władca leżał na plecach, a w jego lewy bok wtulała się zadowolona Rychela. Misternie zdobione kolumny w czterech rogach przedstawiające nagie kobiety w wymyślnych, stojących pozach podtrzymywały baldachim. Siennik wykonany z najlepszego sukna skrywał niewyczuwalny żeliwny szkielet obleczony w wiele warstw wełny. Z racji letniej pory za przykrycie służyła jedynie delikatna, jewabna derka. Nadzy małżonkowie tulili się do siebie, snując dalekosiężne plany.

– Nie uważasz, że nadszedł czas pomyśleć o potomku? Trzy krzyżyki na karku, pierwsza połowa życia dobiega końca… – refleksyjnie rzucił Efellas niby od niechcenia. Rychela drgnęła usłyszawszy jego słowa.

– Wciąż jest ci zimno?

– Nie, tylko…

– Nie chcesz dziecka? Rychelo, wszak po to się ludzie pobierają… Poza tym mamy zobowiązanie względem królestwa.

– Rozumiem cię, ale… Ja chyba nie mogę. Przecież od kilku lat nie żałujemy sobie, a wciąż nie zaszłam w ciążę.

Król popadł w zadumę.

– W takim razie – odezwał się po chwili milczenia. – W takim razie nie opuścimy tej izby, dopóki nie uczynię cię brzemienną. Będę rządził państwem z alkowy, jeśli wymaga tego racja stanu.

Buteryjka z trudem powstrzymała śmiech. Uparty mąż jej się trafił, jeszcze z zadatkami na filozofa.

– Skoro aż tak pragniesz mieć mnie w każdej chwili – powiedziała powoli, drapiąc go lekko paznokciami prawej dłoni po podbrzuszu. – Dlaczego nie zaczęlibyśmy zaraz?

To powiedziawszy, ujęła w dłoń penisa swego małżonka i zaczęła go masować. W odpowiedzi wcisnął dłoń między jej uda i pogładził gładkie łono połowicy. Położyli się na bokach przodem do siebie. Uniosła prawą nogę i zgięła ją, postawiwszy stopę na posłaniu. Miał wspaniały widok na dwie mięsiste wargi kryjące rozkoszną zawartość. Przywarli do siebie ustami i zaczęli wzajemnie zaspokajać się dłońmi.

*** *** *** *** ***

Wieczorem, jak co dzień o tej porze, baraki zamieniły się w jaskinię hazardu. Kości stukały, karty szeleściły, monety brzęczały – każdy z żołnierzy był w swoim żywiole. Trzydziestu zakapiorów bez wyjątku szachrowało się wzajemnie i tłukło pod byle pretekstem, którego obecność nierzadko była zbędna. Ledwie jednak drgnęła klamka, a wszystkie dowody zbrodni znalazły się w siennikach lub pod pryczami. Drzwi otworzyły się z donośnym, denerwującym skrzypieniem. Do izby wkroczył porucznik Nergal. Wojacy jak jeden mąż wstali z posłań i zasalutowali. Postawny mężczyzna szedł pewnym krokiem przed ustawionymi w mig w dwuszregu zabijakami. Nim doszedł do ostatniej pary, znienacka trzasnął najbliższą bandycką mordę pięścią odzianą w ćwiekowaną rękawicę. Uderzony runął w tył, wpadając na stojącego za sobą żołnierza.

– Za co?! – ryknął, masując dłonią obolały policzek.

– Za jajco! Nie wolno mi?! – odparł porucznik. – Za pięć minut u mnie na górze. Ty i on! – dodał, wskazując ogłupiałego i wywróconego towarzysza żołdaka.

Obrócił się na pięcie i opuścił barak.

– Pojebało go do reszty. – stwierdzili zgodnie wszyscy w pomieszczeniu.

– Widział kto Hagarda? – odezwał się nagle pryszczaty, śmierdzący zdechłym szczurem żołnierz.

– Nie… hej! A może gówniarz zbiera cięgi i stary Nergal zaprasza pod pozorem gniewu dwóch do zabawy? Mało to razy przynieśli mu dziewkę, a on trzasnął kogo przy wszystkich w ryj, by ten po przyjściu doń sobie poużywał? Dziwny ten nasz wódz, ale nikt jeszcze z nim źle nie wyszedł poza kilkoma siniakami.

Cudowne wizje roztoczył przed towarzyszami najbardziej śmierdzący i kaprawy ze zgromadzonych.

– Mogłoby to być. – przytaknął inny, mniej śmierdzący, krępy mężczyzna o fizjognomii hieny z płaskim pyskiem.

*** *** *** *** ***

Efellas za każdym razem, gdy kochał się z Rychelą zastanawiał się, jakim cudem po kilku latach małżeństwa i nierzadko kilku zbliżeniach dziennie wciąż potrafił czuć do niej tak zwierzęcy pociąg. Rychela zaś nie mogła się nadziwić, że poza Oronem ktoś potrafił tak ją podniecić. Dwa skrajne żywioły, płomień z południa i lód z północy, dopełniały się wzajemnie. Jego żar topił ją i rozpalał, zaś jej chłód koił rozpaloną duszę. Gdy jako doświadczony, dwudziestoczteroletni mężczyzna rzucił się na jej wtórnie dziewiczą kobiecość wiedziała, że ma nad nim władzę. Z Oronem łączyło ją uczucie nieporównanie głębsze, niż z Efellasem. Owszem, był zręczniejszy od Półorka, ale seks z nim nie dawał takiej satysfakcji. Rzadko kiedy szczytowała podczas stosunku, przeważnie musiał ją dopieszczać. Kokietowała go już tylko po to, by podniecić jego niegasnący żar.

Tym razem także działała w tak zimny, wyrachowany sposób. Głaskała jego owłosioną mosznę i gładziła palcami jądra, delikatnie je ściskając. Podrapywała wzdłuż i wszerz męskość, przesuwała po niej opuszki palców. Odwdzięczał się jej w dwójnasób. Całował ją zaborczo, wpychając język w usta, spijając każdą kroplę uronionej śliny. Zupełnie jak Oron. Nie czuła się wcale źle z tym, że zwierając powieki podczas pocałunków oczyma wyobraźni widziała wielką postać kochanka buszującą w jej ustach swym językiem niepospolitych rozmiarów. To pomagało jej się podniecić. Nie minęło dużo czasu, a masująca jej uda i łono dłoń przemknęła po kroczu. Jeden palec naciskał na przerwę między wargami, nabierając soczków i kończąc podróż na łechtaczce. Wtedy czuła się wspaniale. Gdyby mogła, połknęłaby jego dłoń swoją szparką. Wyczuł, że jest jej dobrze. Zawiercił wilgotnym opuszkiem palca na łechtaczce, aż zaczęła drżeć z przyjemności.

Cofnął dłoń i położył ją na ramieniu ukochanej. Delikatnie pchął ją, by położyła się na plecach. Posłusznie ułożyła się na posłaniu z rozchylonymi nogami. Przestali się całować i masturbować wzajemnie. Szybko położył się na niej, opierając przedramiona po jej bokach. Spojrzał na kobietę z północy. Zwichrzone włosy otaczające zaróżowioną twarz, głębia niebieskich oczu, idealnie wyrzeźbiona szyja i obojczyki. Piersi. Niewielkie, nabrzmiałe, głodne pieszczot. Na śmierć o nich zapomniał. Drobne, wiśniowe, zaniedbane sutki. Wąska talia i zasłonięte jego podbrzuszem łono. Schylił usta do jej lewego sutka i ścisnął go wargami. Drgnęła. Złączyła dłonie na królewskiej potylicy. Miętosił malutki punkcik na jej ciele zdolny dać kobiecie tyle rozkoszy. Dopiero teraz poczuła się gotowa do spółkowania. Próbowała wygiąć się w pałąk, napierając na jego usta piersiami. Dopiero wtedy lewa dłoń Efellasa zajęła się jej drugą, nie pieszczoną półkulą. Zakwiliła, gdy ścisnął sutek palcami. Bawił się jej ciałem, aż w końcu nie wytrzymała i naparła łonem na jego członka.

– Weź mnie… – wyszeptała najbardziej podniecającym szeptem, na jaki potrafiła się zdobyć. – Pieprz tak długo, aż spod ciebie nie wyskoczę…

Momentalnie oderwał się od jej skarbów i szybkim, mocnym ruchem wszedł w nią. Do samego końca, aż zatrzęsły się jej piersi. Cofnął się i wrócił. Jednocześnie położył dłonie na jej ramionach, by mieć wsparcie dla swych coraz mocniejszych ruchów.

– Och… tak… jeszcze… – jęczała.

Pozostające na jego głowie dłonie przeniosła na twarde pośladki, by dodać mu animuszu.

– Ale mi dobrze… – zakwiliła wysokim głosem, aż zadzwoniło mu w uszach.

Od dobrych paru minut znów dyszał niczym po wygranym nie bez trudu pojedynku. Zaciskał palce na jej barkach i coraz bardziej starał się wynieść ją na wyżyny. W końcu sam nie wytrzymał i z kolejnym pchnięciem wystrzelił do jej rozgrzanego i wilgotnego wnętrza. Kilkoma kolejnymi ruchami wpompował w nią produkt swego orgazmu. Kilka sekund pozostał niczym sparaliżowany, po czym opadł na nią, składając głowę na drżących piersiach.

*** *** *** *** ***

Tori siedział w fotelu Nergala i uśmiechał się do siebie gładząc obrączkę skrytą pod skórzaną rękawicą. Jakie to wszystko proste! Zaraz przyjdzie tych dwóch kretynów, on ich zaszlachtuje, a później zdezorganizuje pozostały oddział i wyda na pastwę małej kompanii Orona. A wszystko przez jedną, małą obrączkę! To ona dała mu tak szerokie pole manewru. Umoczona w czyjejś krwi zmienia osobę, która ją założy, w osobę, do której owa krew należała. Najpierw znienacka poderżnął gardło tego chłopaka, a później pod jego postacią zasztyletował porucznika. Wyczyścił klejnot i po chwili był już Nergalem. Wraz z nowym ciałem posiadał pamięć jego wcześniejszego właściciela, stąd tak łatwo wcielał się w role zabitych przez siebie osób. Tak, podróż z Oronem wydaje się znacznie ciekawsza, niż rutynowa akcja w stolicy Narodu…

Świt zaskoczył kompanię Orona podczas plądrowania narodańskiej placówki. Zabrali ze sobą żywność i co lepszą broń. Zwłoki upakowali do spichrza, wcześniej dokładnie je przeszukując. Niedoświadczeni żołdacy pod okiem Półorka uczyli się podstawowych czynności przydatnych podczas dywersji na tyłach nieprzyjaciela – podejść, zwieść, oszukać, a następnie wyeliminować. Dzięki nieocenionej pomocy Toriego żaden z pięciu żółtodziobów nie ucierpiał. Kilka godzin spędzonych w ufortyfikowanym obozie wydawało się wystarczająco długim okresem, by znaleźć to, co było do znalezienia.

– Wracamy na Mokradła! – zakomenderował Półork. – Pod wieczór uderzymy na kolejną redutę, ale daleko na południu!

Pascel podzielał zdanie przyjaciela. W każdej chwili mógł przybyć ktoś z sąsiedniego garnizonu, a wtedy sytuacja znacznie by się pogorszyła, zaś szanse misji stopniałyby niemal do zera. Gabinet Nergala został starannie opróżniony z każdego skrawka papieru, który mógłby zawierać jakiekolwiek informacje mogące się okazać pomocne w nadciągającej wojnie. Nie spalili obozu, gdyż dym mógł ściągnąć ciekawskich, którzy byli obecnie bardzo niepożądani. Godzinę po wschodzie słońca siedmiu jeźdźców znalazło się w mglistych ostępach Moczar Śmierci.

*** *** *** *** ***

Komnata królowej była bodajże najkunsztowniej urządzoną ze wszystkich sal w pałacu królewskim. Kredensik zdobiony szylkretem sprowadzanym daleko z południa, gdzie nie sięgała już władza Efellasa. Stolik na złotych, wygiętych w łuk nogach odlanych w kształt pnia północnej wierzby porastającej nieprzebyte puszcze Buterii. Kryształowe flakoniki z pachnidłami i maściami wyrżnięte w figury niedźwiedzi, wilków i północnych bestii nienazwanych w żadnym z języków ludzi. Obrazy sprowadzane z północy przedstawiające buteryjskich bożków. Szczególnie umiłowała sobie Jarra, boga niepocieszonych. Sceny z jego udziałem przedstawiały odchodzącą z pięknym młodzieńcem boginię Vectrę i rwącego szaty brodatego mężczyznę. Gdzie indziej scenę miłosną niewiernej małżonki i podglądającego wiarołomnych oszalałego z cierpienia, schorowanego dziadygę. Przeklęty był los boga zdradzonego przez najpiękniejszą z bogiń, stąd i przeklęci przez swój los uciekali się do niego. Jak bowiem głosi mit, młodzieniec porzucił wybrankę dla brzydkiej śmiertelniczki, w której się zakochał. Furia Vectry pozbawiła ją wszelkiego piękna i od tej pory nikt nie ujrzał jej utraconej urody. Jeden Jarre w swym obłędzie miał wciąż żywy w pamięci obraz jej krasy. Wróciła więc do niego i dziś jako para sędziwych, szczęśliwych ze sobą bogów pomagają tym, którzy zatracają się w sobie (Vectra) lub los nie szczędzi im goryczy (Jarre).

Łoże zaściełały najdelikatniejsze z materiałów dostępnych u handlarzy całego królestwa. Siennik wypychało pierze zrzucone przez rajskie ptaki hodowane w królewskiej ptaszarni. Całość sprawiała wrażenie spania na obłoku, chociaż tej rozkoszy Rychela zaznawała rzadko – niemal codziennie za sypialnię służyła jej alkowa. Wstawała wtedy o świcie (nawyk z czasów niewolnictwa w Narodzie) i wracała do siebie, by wykąpać się w balii z wodą wzbogaconą aromatami i płatkami kwiatów. Tym razem jednak rozstała się z Efellasem niedługo po chwilach wspólnych uniesień. Późnym wieczorem siedziała na stołku przed toaletką odziana jedynie w koszulę nocną kończącą się w połowie ud. Pośrodku komnaty czekała już przytaszczona przez pachołków balia z ukropem. Nucąc pod nosem piosnkę ludową ze swych rodzinnych stron, kolejno dolewała sobie do kąpieli po kilka kropel z każdego flakonu stojącego na szafce. Rozpuszczone czarne włosy wprost prosiły się o odświeżenie. Samotność przerwało wejście dziewki służebnej przynoszącej suknię na jutro. Jak kazał zwyczaj, codziennie jedna ze szlacheckich panien usługiwała królowej w porannej i wieczornej toalecie. Skąd się wziął, nie wiadomo.

– Wejdź, proszę. – rzekła ciepłym tonem do dziewczęcia, które utkwiło w progu.

Szlachecka córa weszła, zgrabnie zamykając nóżką drzwi. Trzymała w rękach  czerwoną suknię, jedną z ulubionych Rycheli. Kobieta spojrzała na dwórkę. Była nastolatką. Duże, zielone oczy i blond włosy nadawały jej twarzy anielski wyraz, który potęgowały pokraśniałe policzki kontrastujące z białą niczym mleko cerą. Była wzrostu Rycheli, aczkolwiek nie posiadała tak kobiecych kształtów. Spodobała jej się już rano.

– Połóż suknię na łożu i usiądź sobie. Nie będziesz przecież stała.

Posłuszna młódka złożyła z namaszczeniem dzienną szatę królowej na haftowanej w kwiaty pierzynie i spoczęła na stołku. W tym czasie Rychela bezceremonialnie zrzuciła koszulę. Podparła się jedną ręką o krawędź balii, po czym uniosła prawą nogę i zanurzyła duży palec stopy w gorącej wodzie. W pomieszczeniu rozeszły się jednocześnie odgłosy dwóch głębokich, damskich oddechów.

*** *** *** *** ***

– Cholera, nikt nie idzie się wylać.

– Pewnie mają latrynę w środku.

– Plan chuj strzeli.

– Czekajcie, dopiero kilka minut po zachodzie.

Podenerwowane głosy podkomendnych Orona świetnie ilustrowały ich położenie. Zaczaili się na osamotnioną redutę pół dnia drogi na południe od spacyfikowanego obozu. Liczyli na cudowne zdolności Toriego, ale nie mieli okazji ich wykorzystać. Dodatkowo Półork wciąż chodził zaniepokojony.

– Odpuśćmy sobie. Wracajmy do Rimonu. Listy tego jak mu tam… Nekrala czy Nerkala wystarczą królewskim strategom. Miał ich całkiem sporo.

– Nie. – próbował wyperswadować przyjacielowi szpieg – Spróbujmy jeszcze tutaj. Dwa garnizony to więcej, niż jeden. Poza tym ten wygląda na słabo obwarowany, być może uda się zakraść w nocy.

– Będzie z tego bieda. – wieszczył Oron – Ale zgadzam się. Tylko coś czuję, że niedługo rzeknę “a nie mówiłem”, i usłyszy to twój trup.

Tori machnął ręką.

– Pal licho moje życie. Już dość sobie popiłem i pochędożyłem, by być gotowym na śmierć. Ty jak zwykle sobie poradzisz.

Towarzysze zaczęli się przekomarzać.

– Przepraszam kapitanie, ale chyba przesadzacie. – nieśmiało odezwał się niewysoki blondyn. – Po co się kryjemy w tych krzakach, skoro za chwilę o naszej obecności dowie się pół Narodu?

– To ja przepraszam. Nie śmiałbym narażać bez potrzeby życia swych żołnierzy. – Oron natychmiast spoważniał – Hector, czy tak? Miło mieć cię w kompanii.

– Dziękuję, kapitanie.

Rozmowę człowieka z Półorkiem przerwał rzężący pisk dochodzący z obozowiska. Siedmiu mężczyzn jak jeden mąż padło na ziemię. Po chwili nieprzyjemny dźwięk ucichł.

– Co to kurwa było? – odezwał się szeptem Gusas, czarnowłosy, umięśniony kuzyn Hectora.

– Cholerstwo jakie. – osądził Pascel.

– Miałem rację. Spierdalamy.

– Oronie, już duch w tobie upadł? Co to za przykład dla żołnierzy?

Uśmiech na twarzy szpiega zgasł, gdy ujrzał stężałą aparycję kompana.

– Tym razem nie żartuję. Tam jest nasza śmierć. Wiem to. I nie przekonuj mnie. Żaden z was niech nie próbuje mnie przekonać. Nie pójdę tam za żadne skarby świata. Za tą próchniejącą palisadą czeka na nas istota, której moc przerasta naszą zebraną do kupy.

– O czym ty pierdolisz?

Oron spojrzał na niego, jakby chciał go zasztyletować. Po raz pierwszy Tori przestraszył się najlepszego przyjaciela.

– Tam jest moja zguba. Tam jest mój ojciec.

*** *** *** *** ***

Wydane dźwięki należały do Rycheli i dziewczyny. Królową przeszły dreszcze z powodu włożenia nogi do gorącej wody, a ten gwałtowny spazm wzmocnił siłę jej oddechu. Obróciła się do dwórki i wnet poznała powód jej głośnego westchnięcia. Dziewczę wpatrywało się w delikatną, wydepilowaną muszelkę odsłoniętą po uniesieniu nogi. Po chwili namysłu kobieta postawiła stopę na ziemi i obróciła się do towarzyszki przodem. Nastolatka wpatrywała się w kobietę jak oczarowana.

– Jak masz na imię?

– Jo… Jonata. – młódka zająknęła się, a piersi zaczęły falować pod wpływem coraz głębszych oddechów.

– Podobam ci się? – pytanie Rycheli obliczone było na ośmielenie wyraźnie zażenowanej panny, która zapewne pierwszy raz widzi nago inną kobietę. – Ile masz lat?

– Sze… Szesnaście, pani. Je… Jesteś piękna, pani.

– Mów mi Rychela. – kobieta uśmiechnęła się w sposób prezentowany dotychczas jedynie Oronowi, Efellasowi i swoim żeńskim kochankom.

Kilka kroków do przodu i już stała pochylona nad Jonatą. Złączyła nogi i zasłoniła dłońmi łono, ale machała tuż przed twarzą dziewczęcia nagimi piersiami, na których powoli zaczynały twardnieć wiśniowe sutki.

– Masz ochotę na kąpiel? – wyszeptała jej wprost do małego uszka, po czym pocałowała nieświadomą niczego szlachciankę.

Pewnym chwytem złapała kochankę za pośladki i uniosła ją do góry. Jonata była od niej niższa prawie o głowę i dużo szczuplejsza, toteż uniosła ją bez problemu.

-Obejmij mnie nogami. – zarządziła, co dziewczę bezzwłocznie wykonało.

Krążyła czubkiem języka po szeroko otwartych wargach dwórki. Nie wchodziła do środka, by nie pozbawiać możliwości głębokiego oddychania podnieconej dziewczyny. Cofając się powoli, usiadła na krawędzi balii i przełożyła przez nią prawą nogę, a zaraz po niej lewą. Nie bez trudu uklękła i upuściła dziewczynę wprost w odmęty aromatycznej kąpieli. Z głośnym chlupotem woda przelała się na kamienną posadzkę wyłożoną futrami. W kilka sekund Jonata była mokra od stop do głów. Przez cienką, niebieską sukienkę zaczęły prześwitywać małe, twarde piersi. Materiał okleił jej ciało uwydatniając sprężyste piersi wielkości sporych jabłek i płaski brzuch. Co dostrzegła Rychela, to także owłosiony wzgórek łonowy. Nim dziewczynie minął pierwszy szok, królowa leżała już na niej i całowała przez materiał sukienki dziewicze zapewne półkule. Jedną nogę wsunęła między jej uda, by móc drażnić muszelkę młodej panienki z arystokratycznego rodu starszego, niż dynastia panująca w Rimonie.

– Pani… – wyszeptała dziewczyna w jednej z nielicznych chwil, gdy miaął wolne usta.

– Już mówiłam ci, że jestem Rychela.

– Kiedy ja… Ja się wstydzę… Ja jeszcze nigdy…

Dłoń królowej błyskawicznie wsunęła się pod mokrą sukienkę i powędrowała między delikatne płatki Jonaty. Dwa palce wsunęły się ostrożnie do środka dziewiczej norki.

– Kochana, to będzie najpiękniejszy dzień w twym młodym życiu. – wyszeptała, składając na jej ustach kolejny pocałunek.

*** *** *** *** ***

– Wciąż nie rozumiem. I domyślam się, że oni też. – Tori nie rozumiał oporów Półorka.

Pytające twarze żołnierzy uświadomiły Oronowi, że tak naprawdę nikt nic nie wie o jego pochodzeniu, które sam poznał całkiem niedawno i w zasadzie przez przypadek.

– Słuchajcie mnie. Wiem, co mówię. Krąży pewna stara legenda, która w rzeczywistości jest najprawdziwszą prawdą. Zamknijcie się, to wam ją wyłożę.

Odeszli kawałek dalej, gdzie uwiązali do starych pieńków konie. Usiedli w kole, krzyżując zgięte nogi.

– Przed dwoma tysiącami lat, gdy Rimon cieszył sie względnym spokojem, z Orchs Gezaherb wylała się przeogromna armia orków. Na ich czele stało trzech wodzów: Drinum, Ghask i Rimal. Za pomocą zaklęć z czarnej, zapomnianej księgi, wykuli sobie Broń Gromu – odpowiednio Topór, Młot i Miecz. Żaden pancerz im się nie oparł, żaden oręż nie sprostał. Spadli na Rimon niczym plaga, paląc wsie, mordując ludzi i gwałcąc kobiety. Połączone siły wszystkich ludzkich królestw z truem im podołały. W końcu nieznanemu bohaterowi dzierżącemu zaginiony od dawna miecz i niezniszczalną tarczę udało się zabić trzech tyranów. Ale bilans wojny był tragiczny – Rimon stracił króla i jego następców. Pomimo wypędzenia orków wojnę należało uznać za przegraną. Nie było rodziny w Rimonie, której członek nie poległby w otwartym boju lub obronie Rimu. Wodzowie wraz z Orężem Gromu przestali zagrażać Zachodowi. Aż do dziś. No i ostatnie słowo. Rimal to mój ojciec, a duch jego i dwóch pozostałych wrócił do świata żywych, by znów siać śmierć i wspomóc wrogów Rimonu. Tak więc róbcie, co chcecie. Ja wracam na dwór, ta informacja jest dla króla obecnie ważniejszą od wszystkich planów bitewnych Narodu razem wziętych.

*** *** *** *** ***

Jonata nie wiedziała, jak zareagować na pieszczoty. Do tej pory nie miała nawet bladego pojęcia o erotyce. Surowi rodzice pilnowali jej, a zamiast posłać ją do szkoły dla dzieci arystokratów, dostała prywatnych nauczycieli. Ściślej: nauczycielki, i to nie pierwszej młodości. Nikt nie zapoznał jej z pięknem i możliwościami własnego ciała, a sama przestała drążyć ten temat, gdy dotknąwszy podczas kąpieli swej nabrzmiałej łechtaczki poczuła ciepło w podbrzuszu i przestraszyła się, że może to być jakaś choroba. Rychela miała zamiar wyrwać ją z tego marazmu i pruderii. Usta królowej pieściły usta, nos, oczy, uszy i policzki dziewczęcia. Dłonie powoli pracowały nad piersiami, a udo jeszcze wolniej nad kroczem.

– Dziwnie się czuję… Chyba mam gorączkę…

– Nie… – zaprzeczyła jej kobieta – To rozkosz. Nie bój się jej. To najpiękniejsze, co może cię spotkać.

– Ale… Ale co ty robisz… Tak się nie robi…

Zirytowana Rychela ścisnęła palcami jej sutki, aż syknęła.

– Zdaj się na mnie, a nie pożałujesz.

Usta królowej powędrowały w dół. Chwyciła wargami jeden z sutków i zaczęła go miętosić. Wolna ręka podążyła aż między drżące nóżki dziewicy. Dwa palce spoczęły na muszelce okrytej mokrym, cienkim materiałem. Opuszki znalazły łechtaczkę. Nacisnęły ostrożnie, po czym zatańczyły kilka razy dokoła niej. Jonata jęknęła. Zwarła nogi.

– Robimy coś złego… Ja to wiem…

Zdenerwowana, ognista kobieta z północy miała już dość cnotliwych wstawek kochanki. Ugryzła ją lekko w sutek.

– Au… To bolało, ale…

Wiedziona instynktem Rychela ponownie ugryzła naprężoną brodawkę, po czym ścisnęła zębami zasłoniętymi wargami. Nogi rozwarły się na tyle szeroko, na ile pozwalała sukienka.

– Tak… Już to czuję… Nie przestawaj, pani…

Dominująca Buteryjka znalazła złoty środek na Jonatę. Szczypała, gryzła i ściskała ustami jeden sutek, podczas gdy drugi pocierała szybko ręką. Jednocześnie dwa palce wciąż wykonywały powolne, koliste ruchy dokoła nabrzmiałej, pulsującej łechtaczki. Z trudem hamowała się, by nie podrzeć sukienki dziewczyny i nie wylizać mokrej muszelki z pachnącej wody i dziewiczych soczków. Stwierdziła, że nocy nie spędzi w łóżku sama. Jutro dostanie pewnie wielokrotnie przełożoną dziewoję z któregoś z mniej zasadniczych rodów, gdzie dziewczęta i chłopcy kojarzą się już w szkole i nim dowiedzą się, jaki potencjał drzemie w ich łonach, muszą zakładać rodzinę z nastoletnim partnerem lub partnerką. Tymczasem miała w swych dłoniach prawdziwy skarb, nieskalaną pannę przeżywającą w jej objęciach pierwsze miłosne uniesienie. Dopingowana tą myślą przyspieszyła ruchy dłoni. Przesiąknięta wodą i śluzem sukienka nie stanowiła już żadnej przeszkody w pieszczotach. Pomimo ciepłej wody na skórze nastolatki pojawiła się gęsia skórka. Prężyła ciało, a sutki stały się twarde niczym kamyki. Jęczała i krzyczała, a jej dłonie nagle pojawiły się na głowie Rycheli i zaczęły gładzić pukle kruczoczarnych włosów.

– Co to jest… – krzyczała wysokim głosem, niemal piszcząc – Och! Ooooch!

Targnął nią gwałtowny spazm, ale nie wyrwała się z rąk królowej. Wygięła się w pałąk i jęknęła przeciągle, po czym opadła na dno balii tak, że tylko jej głowa wystawała ponad powierzchnię lustra wody.

*** *** *** *** ***

– Kurka, Oron, to faktycznie wiadomość tysiąclecia. Trzej Wodzowie ponownie żywi… – odezwał się do kufla Pascel, po czym gwizdnął przeciągle.

– Obawiam się nawet, że to wiadomość dwutysiąclecia. Ale mniejsza z tym, teraz nie chcę o tym myśleć. Dzisiaj piję na umór, a jutro wyjeżdżam. Zaczyna się gra o wielką stawkę. – w ponurym głosie Orona próżno było doszukiwać się optymizmu.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobre, ale kiedy c.d.??

Mustafa

Początek świetny. Mnóstwo dowcipnych pomysłów: zmyślny sposób odnawiania dziewictwa, “antyzalewacz” itp. Piękna scena uwodzenia podczas uczty. Rychela zaczyna mi się podobać. Potem nieco mniej ciekawie. Dalsze igraszki królowej mało prawdopodobne. Czy naprawdę idzie do łóżka z każdym/każdą kto się trafi? Ten fragment opowiadania sprawia wrażenie kontrapunktu wobec scen batalistycznych z udziałem Orona. Popychaja one akcję do przodu, jak rozumiem. Kontrapunkt erotyczny wydaje się tu (dla mnie) zbędny i sztucznie wprowadzony. Pozdrawiam i do zobaczenia w kolejnej części.

Napisz komentarz

− 1 = 2