Opowieść helleńska: Demetriusz XX (Megas Alexandros) 4.53/5 (5)

John William Godward, "Grecka piękność"

John William Godward, “Grecka piękność”

To była gorąca noc w Atenach.

Tysiące ludzi bawiło się do białego rana na ulicach, w poślednich burdelach i wykwintnych domach rozkoszy, w szemranych szulerniach oraz na urządzanych w willach sympozjonach. Złodzieje – zarówno pospolici rabusie, odcinający w tłumie sakiewki, jak i bardziej zdeterminowane zbiry, potrafiące zabić dla kilku złotych monet – zebrali tej nocy obfite żniwo. Wielu obywateli i przyjezdnych rozstało się ze swym majątkiem – pół biedy zresztą, jeśli tylko z nim.

Zgwałcono kilkadziesiąt kobiet, które wbrew rozsądkowi i zwyczajom opuściły swe bezpieczne domy, by bawić się pośród mężów. Pohańbiono też kilkunastu efebów, którzy upili się do nieprzytomności w niefortunnie wybranej kompanii.

O poranku Scytowie, ateńska straż miejska, zaczęli odnajdywać w zaułkach ciała pomordowanych. Ateny nigdy nie były najspokojniejszą polis w Helladzie, ale tym razem zwłok było szczególnie wiele. Ładowano je na wozy, a kiedy już się napełniły, kierowano je do koszar straży. Rodziny, których bliscy zaginęli owej upalnej i krwawej nocy, będą mogły przez najbliższy dzień udać się tam i, być może, rozpoznać ciała. Te, których nikt nie odbierze, zostaną pod wieczór spalone razem, na pojedynczym stosie. W panującym skwarze nie dało się ich dłużej przechowywać.

Większość morderstw pozostawała nieukarana. Jeśli zabójcy nie schwytano na gorącym uczynku albo też nie przyznał się do winy z własnej, nieprzymuszonej woli, zazwyczaj nie było sposobu, by zadośćuczynić sprawiedliwości. Sądy rzadko godziły się na procesy poszlakowe. Wymuszanie zeznań przy pomocy tortur stosowano wyłącznie wobec niewolników. Niemniej jednak nawet bez wyroku sądowego niektóre zbrodnie miały się okazać brzemienne w skutki. Zwłoki Eubulosa odkryto jeszcze przed południem, w podłej okolicy znanej z tanich winiarni oraz burdeli. Ktoś wbił mu sztylet w gardło. Zdumienie strażników wzbudził fakt, że ciało nie zostało doszczętnie ograbione. Na palcu komediopisarza wciąż pysznił się srebrny pierścień. To było tak niecodzienne, że po Mieście prędko rozeszła się pogłoska, iż Eubulosa zamordowano z innych niźli rabunkowe przyczyn.

Piękny Narkissos, kochanek niezrównanego mówcy, Hiperejdesa, został odnaleziony dopiero pod wieczór. Zabójca rozbił mu czaszkę kamieniem i porzucił na cmentarzu Kerameikos. Jemu również nie odebrano sakiewki ze srebrem. Dwa tak podobne do siebie – choć dokonane w inny sposób i w zupełnie różnych miejscach – mordy nie mogły być zrządzeniem przypadku. Musiało je coś łączyć. Do wieczora całe Ateny dyskutowały o tajemniczych zabójstwach.

Wielu łączyło je z osobą członka kolegium strategów, Dionizjusza z Faleronu, którego najemnicy zostali zeszłej nocy spuszczeni z łańcucha. W niewielkich, lecz uzbrojonych po zęby oddziałach przemierzali Ateny, wszczynając burdy, przeczesując zajazdy i prywatne domy, szukając nie wiadomo kogo. Ponoć największe szkody poczynili w jednym z najsłynniejszych domów rozkoszy – Sekrecie Penelopy. Tam też najobficiej polała się krew. Kto jednak walczył z kim, trudno było ustalić. Fakty mieszały się z plotkami, jeszcze bardziej zamazując i tak już nieczytelny obraz wydarzeń. Wiadomo było tylko jedno: oligarchia ateńska pokazała swą prawdziwą twarz – brutalnego tyrana, nieliczącego się z nikim ani z niczym.

Stopniowo rósł w ludziach gniew, zwłaszcza gdy rozeszła się wieść, że Hiperejdes, jeden z najznamienitszych demokratów, zbiegł z Aten – ponoć w obawie przed tym, co może go spotkać z rąk Dionizjusza. Pomimo faktu, że był to ostatni dzień Wielkich Dionizjów Miejskich, a pod wieczór w teatrze miały zostać przyznane nagrody za najlepsze sztuki tragiczne, tysiące demokratycznie nastawionych obywateli postanowiło darować sobie owe widowisko. Tłumnie opuszczali Miasto poprzez zachodnie bramy: Świętą, Dipylońską, Hippadesa oraz Acharneńską i udawali się do oddalonej o kilkadziesiąt stadiów rezydencji, gdzie mieli nadzieję ujrzeć swego politycznego mentora.

Na dzień po zakończeniu festiwalu zostało zwołane Zgromadzenie Ludowe, które miało zadecydować o udzieleniu zbrojnej pomocy Macedonii zagrożonej inwazją barbarzyńskich Dardanów. Obydwie strony politycznego sporu, demokraci i oligarchowie, szykowały się do rozstrzygającego starcia. Od jego wyniku zależało, kto będzie rządził najwspanialszą polis Hellady. Wydawało się zatem, że całe Ateny wstrzymywały oddech w oczekiwaniu na to, co już wkrótce miało się wydarzyć.

* * *

To była gorąca noc na Eginie. Szczególnie dla Ismeny.

Korinnie nigdy nie brakło namiętności. Pierwsza kapłanka wielokrotnie miała okazję się o tym przekonać podczas przemijających w mgnieniu oka tygodni, które upłynęły od ich pierwszego pocałunku w Dzikim Ogrodzie. Jednak owej nocy córka Demostenesa przeszła samą siebie. Godzinami pieściła nagie ciało swej kochanki, dając jej rozkosz i nie pragnąc niczego w zamian. Jej usta, policzki i podbródek były wilgotne od miłosnych soków Ismeny, a delikatne palce docierały do jej najintymniejszych miejsc. Przełożonej egineckiego sanktuarium zdawało się niekiedy, że jest tylko bezwolnym instrumentem, na którym zręczne dłonie Korinny wygrywają melodię ekstazy.

Poddawała się w pełni zabiegom swej młodej oblubienicy, czerpiąc z nich coraz intensywniejszą przyjemność. Tamta zaś nie szczędziła żadnych starań, nie skąpiła żadnej pieszczoty. Gdzieś na dnie świadomości pozostawała wiedza, że to, co czyniła jej Korinna, nie było całkiem bezinteresowne. Córka Demostenesa chciała przeprosić pierwszą kapłankę za zdradę, której się wobec niej dopuściła, idąc do łóżka z mężczyzną. Choć obie wiedziały, że było to konieczne, że któraś z nich musiała to uczynić, by zyskać sobie przychylność Aratosa z Hierapytny, zdrada pozostawała zdradą. Ismena mogła zrozumieć postępowanie Korinny, mogła je wybaczyć, a nawet – do pewnego stopnia – pochwalić, lecz nie zmieniało to faktu, że należały się jej przeprosiny. Przyjmowała je ze skwapliwością i ochotą, marząc, by ta noc nigdy się nie skończyła. By na zawsze pozostały splecione w namiętnym uścisku, z piersią przy piersi, z udem między udami kochanki. Z dala od brutalnego, pełnego niebezpieczeństw świata, który zmuszał do kompromisów i poświęceń. Który nakazywał skrywać swe emocje i uczucia, taić pożądanie, tłumić najbardziej naturalne z instynktów.

Córka Demostenesa kochała się z nią z takim zapamiętaniem również po to, by udowodnić, że nic się między nimi nie zmieniło. Igraszki z Aratosem z Hierapytny były tylko epizodem niewartym rozpamiętywania. Korinna do szaleństwa pożądała Ismeny – i tylko jej. Nie rozsmakowała się w gwałtownych, męskich pieszczotach, nie tęskniła za silnymi ramionami Kreteńczyka. Po kilku godzinach saficznej miłości kobieta była skłonna w to uwierzyć. A z pewnością nie miała siły, by stawiać jakikolwiek opór.

Zasnęły późno, przytulone do siebie, wyczerpane dawaniem oraz przyjmowaniem rozkoszy. Mimo to pierwsza kapłanka obudziła się przed świtem. Przez chwilę zdawało jej się, że w oknie komnaty ujrzała jakiś ciemny kształt. Choć noc była upalna, naciągnęła kołdrę na siebie, zasłaniając pełny biust. Kształt poruszył się i zniknął. Ismena bardzo ostrożnie podniosła się z łoża, tak by nie zbudzić śpiącej u jej boku Korinny. Narzuciła na ramiona barwiony na zielono lniany himation i bezszelestnie skierowała się ku drzwiom.

Niebo było już coraz bledsze, kolejne gwiazdy roztapiały się w szarym świetle przedświtu. Ismena wyszła na taras domu kapłanek i rozejrzała się. Może tylko jej się przywidziało? Już miała wrócić do wnętrza budynku, gdy nagle poczuła za sobą czyjąś obecność. Odwróciła się prędko, przestraszona. Stała przed nią niewysoka dziewczyna, odziana w suknię świątynnej akolitki. Miała długie, czarne włosy, kontrastujące z bardzo jasną cerą. Wygląda jak ja sprzed dwudziestu pięciu lat, uświadomiła sobie pierwsza kapłanka. Była to niepokojąca myśl, zważywszy na to, z kim miała do czynienia.

– Witaj, Filono – szepnęła, starając się opanować drżenie głosu.

– Bądź pozdrowiona, czcigodna Ismeno – odparła lekko drwiącym tonem tamta.

– Ufam, że nie dałaś się nikomu zauważyć, opuszczając komnaty nowicjuszek?

– Nie obawiaj się, pierwsza kapłanko. Potrafię poruszać się niepostrzeżenie.

Bez trudu zakradłaś się za moje plecy, pomyślała kobieta. Musiała przed samą sobą przyznać, że bała się tej młódki. Była zupełnie odmienna od Korinny, w jej oczach skrywał się jakiś mrok, którego nie sposób było przeniknąć. Zresztą, czy można się temu dziwić? Dwórka szalonej królowej Olimpias nie mogła być zwykłą, pogodną dziewczyną. Nosiła w sobie jakąś część krwawego obłędu swojej pani.

– Czemu zawdzięczam tę nocną wizytę? – spytała nieco głośniej i pewniej. Filona postąpiła krok w jej stronę. Uniosła głowę, by wciąż spoglądać jej w oczy.

– Czas skrywania się w cieniu dobiega końca – wyszeptała, unosząc rękę i przesuwając dłonią po ramieniu pierwszej kapłanki. – Nadchodzi czas działania. Wkrótce się ujawnimy. A wtedy w świętym okręgu Artemidy poleje się krew.

Ismena zadrżała. Ciaśniej otuliła swe ciało himationem, jakby próbując się przekonać, że to tylko chłód był przyczyną dreszczy.

– Nie chcę tego.

– Więc pomóż nam. Wydaj Korinnę, a odejdziemy, nim ktokolwiek się zorientuje.

– Przysięgałam Dionizjuszowi z Faleronu, że będę jej strzegła. Także przed wami. – Nawet dla niej nie zabrzmiało to przekonująco.

Filona parsknęła śmiechem.

– Wciąż myślisz, że Dionizjusz dba o córkę Demostenesa? W chwili, gdy przestanie być mu potrzebna, pozbędzie się jej. Ma równie mało skrupułów jak Tryfon czy Kritias. Bierzesz udział w niebezpiecznej grze, pierwsza kapłanko. Strzeż się, byś nie ubrudziła swej nieskazitelnej szaty.

Przełożona sanktuarium Artemidy nie zamierzała jednak składać broni. Myśl o tym, że mogłaby zostać na zawsze rozdzielona z kochanką, mroziła jej serce.

– Nie pozwolę, by Korinna stała się pionkiem w tej grze – odparła, spoglądając wyzywająco w oczy Filony. – Poza tym ma teraz obrońcę. On osłoni ją przed każdym, kto spróbuje wyrządzić jej krzywdę.

 – Mówisz o Aratosie z Hierapytny? Ciekawa jestem, czym kupiłaś jego lojalność. Własnym ciałem czy może jej?

Zabolało. Ismena poczuła, jak rośnie w niej gniew.

– Nie twoja sprawa, ty macedońska żmijo.

Filona nie przejęła się obelgą.

– Tak też myślałam. Ciekawe, co powie Demostenes, gdy dowie się, że stręczysz jego ukochaną córeczkę. Albo że zapoznałaś ją ze wszystkimi naukami Safony z Lesbos. I nie chodzi mi wcale o poezję…

W tym momencie młódka uczyniła coś, co kompletnie zaskoczyło pierwszą kapłankę. Sięgnęła ku jej himationowi i szeroko rozchyliła jego poły. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w nagie ciało kobiety.

– Muszę przyznać, że jesteś całkiem apetyczna, zważywszy na twój wiek – stwierdziła złośliwie. – Kto wie, może sama bym się skusiła… Ciekawe czego potrafiłaby mnie nauczyć dziewicza kapłanka Artemidy!

Ismena poczuła przemożną chęć spoliczkowania Filony. Nie uczyniła tego jednak. Nie chciała pokazać, że dała się wyprowadzić z równowagi. Zastygła w bezruchu, czekając, aż tamta nasyci się widokiem. W końcu młódka znudziła się nieudaną prowokacją i znów spojrzała jej w oczy.

– Rozumiem cię – oznajmiła. – Próbujesz zachować równy dystans wobec wszystkich stronnictw w nadziei, że ocalisz w ten sposób ją i siebie. Niestety, nadciąga czas, kiedy będziesz musiała dokonać wyboru. Dla Korinny byłoby lepiej, gdyby trafiła w nasze ręce. My przynajmniej chcemy zwrócić ją ojcu.

Czy na pewno? Ismena pomyślała, że za nic w świecie nie chciałaby ujrzeć Korinny w rękach ludzi takich jak Kritias czy Filona.

– Nie dostaniecie jej – zdecydowała. – Nie pozwolę na to.

Odpowiedziało jej niemal teatralne westchnienie.

– Szkoda. Sądziłam, że my, kobiety, dojdziemy do porozumienia. Skoro jednak wolisz pokładać nadzieje w Aratosie z Hierapytny…

Odwróciła się plecami do pierwszej kapłanki. Podeszła do drzwi i otworzyła je.

– Pamiętaj tylko, że raz już prawie udało mi się go zabić. Wygląda na to, że właśnie dałaś mi drugą szansę.

Nim Ismena zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, Filona zniknęła we wnętrzu budynku i zawarła za sobą drzwi. Niedługo potem pierwsze promienie słońca dotknęły zboczy góry Oros oraz prastarych murów świątyni Artemidy.

* * *

Spodziewając się, że noc, która nastała po nieudanym zamachu na Dionizjusza, będzie szczególnie niebezpieczna, Arystoteles nie ryzykował podróży przez Miasto. Skorzystał z gościny stratega i dopiero nad ranem wyruszył z jego willi w Faleronie do Likejonu, gdzie mieszkał i nauczał. Był to długi spacer, zwłaszcza dla kogoś w jego wieku. Kiedy dotarł do otoczonych cyprysami zabudowań, słońce wzniosło się już wysoko nad horyzont. Stagiryta był tym bardziej znużony, że do późna doglądał niewolników swego gospodarza, których poddano torturom w śledztwie. Zdrzemnął się tuż przed świtem, to zaś nie wystarczyło, by zregenerować nadwątlone siły. Marzył więc już tylko o zapadnięciu w sen. Nie było mu to jednak dane. Przed drzwiami swego domu zauważył przycupniętą postać. Kiedy się zbliżył, uniosła ona głowę i spojrzała na niego.

Arystoteles uniósł wysoko brwi w zdumieniu. To był Demetriusz, syn Dionizjusza! Wyglądał bardzo kiepsko. Miał potargane włosy, błędne spojrzenie, zniszczone ubranie. Gdy podniósł się na równe nogi, Stagiryta ujrzał, że dolną część jego tuniki pokrywają rude plamy. Domyślał się, co mogło je pozostawić.

– Jesteś ranny, Demetriuszu? – spytał z troską, zbliżając się do młodzieńca.

– Nie ja – odparł znużonym głosem tamten. – Menander. Mocno oberwał… Zaniosłem go do domu, a potem przybiegłem tutaj. Źle z nim.

Filozof i medyk westchnął ciężko.

– Czy słusznie domyślam się, że miało to coś wspólnego z zemstą na gwałcicielach Fojbiane? Nie, nie musisz odpowiadać. Twoje spojrzenie mówi aż nadto. Na wasze szczęście mam przy sobie wszystkie potrzebne narzędzia. Idźmy zatem, Demetriuszu. Sprawdźmy, jak się ma mój młody i wielce nieroztropny uczeń.

Po około godzinie dotarli do domu Menandra. Raisa, iliryjska niewolnica Demetriusza, czekała na nich w progu. Miała na sobie prosty, biały chiton bez żadnych ozdób. Jej oczy były podkrążone z niewyspania.

– Zasnął – oznajmiła nowoprzybyłym. – Strasznie kaszlał, spluwał krwią, a potem zasnął.

– Prowadź do niego – rozkazał Arystoteles.

Podczas oględzin poeta zbudził się i jęknął z bólu. Stagiryta ujął go za lewą, zdrową rękę i uścisnął, by dodać mu otuchy.

– Już dobrze, Menandrze. Jesteś wśród przyjaciół.

– Będę… żył? – wykrztusił chłopiec.

– Tak sądzę. Porządnie cię obili, ale i tak dopisało ci szczęście. Masz złamaną rękę oraz dwa żebra. Jedno z nich uciska na płuco, dlatego tak trudno ci oddychać. Założymy łupki na przedramię i spróbujemy ulżyć twemu oddechowi.

– Będzie bolało?

– Pierwszy zabieg – niekoniecznie. Drugi z pewnością.

Menander skinął z wysiłkiem głową.

– Czyń, co będzie konieczne… mistrzu.

Starzec otworzył swą torbę z narzędziami. Wydobył z niej nóż i podał go Raisie.

– Rozgrzej go nad ogniem.

Następnie wyciągnął dwa długie na łokieć kijki oraz pęk sznura. Obmacał prawe przedramię poety i stwierdził, że kości, choć złamane, nie zostały przesunięte. Wprawnym ruchem założył łupki i kazał Demetriuszowi przywiązać je przy pomocy sznura.

– Macie wino? – zapytał.

– Zostało jeszcze trochę – odparł Falerończyk.

– Doskonale. Podaj mu je. Bez rozcieńczania. Niech się znieczuli.

Poeta wypił wino duszkiem, choć było mocne, gęste i z pewnością paliło go w język. Demetriusz podtrzymywał mu głowę, a potem delikatnie ułożył ją z powrotem na poduszce. Arystoteles nachylił się nad Menandrem.

– Muszę teraz połączyć ułamany kawałek żebra z resztą kości i odsunąć go od płuca. Niestety, oznacza to, że będę musiał włożyć palce do środka twego ciała. Postaram się zrobić to jak najszybciej. Musimy cię jednak związać, byś się nie szarpał.

Słysząc opis zabiegu, któremu miał zostać poddany, poeta zbladł jak ściana. Zerknął na Falerończyka, który posłał mu znużony uśmiech.

– Dasz radę, przyjacielu. Jesteś mężczyzną. Dasz radę.

Pokrzepiony tym Menander szepnął:

– Zdaję się na ciebie, nauczycielu.

Menander został przywiązany do łóżka za lewą rękę i obydwie nogi. Demetriusz miał przytrzymywać jego tułów oraz uważać na złamaną prawicę. Kiedy Raisa wróciła od strony paleniska z nożem, Arystoteles sięgnął raz jeszcze do swej torby. Wyjął z niej drewnianą deseczkę.

– Włóż mu ją między zęby – nakazał Falerończykowi. – Nie chcemy, by człowiek tak pięknie operujący słowem odgryzł sobie język z bólu.

Usłyszawszy to, pacjent zbladł jeszcze bardziej, co przedtem wydawało się niemożliwością. Iliryjka ostrożnie przekazała nóż Stagirycie. Demetriusz wstrzymał oddech, gdy zobaczył, że ostrze żarzy się na czerwono.

– Trzymaj mocno! – rzekł medyk, pochylając się nad Menandrem. W chwili, gdy rozpalone ostrze nacięło jego bok, poeta zawył z bólu i wbił zęby w deseczkę.

* * *

Miltiades z Rodos trzykrotnie przemawiał do Dionizjusza z Faleronu, nim w końcu odważył się ująć go za ramię i lekko potrząsnąć. Strateg spał jak zabity. Nic w tym dziwnego – całą noc spędził w Mieście, ścigając wraz z najemnikami swoich nieprzyjaciół. Łowy nie okazały się szczególnie owocne: zarówno Kritias, jak i udzielający mu gościny Hiperejdes zdołali umknąć z Sekretu Penelopy. Co gorsza, ludzi stratega, którzy wzięli się już za plądrowanie domu rozkoszy, niespodziewanie zaatakowano. Później domyślił się, że napastnicy musieli należeć do eskorty delfickiego kapłana. Ich natarcie było szaleńczo odważne, ale samobójcze. Uderzyli z impetem, prędko uśmiercając trzech zbrojnych, nim sami zostali okrążeni i wyrżnięci w pień. Kto wie, być może własnym poświęceniem osłonili ucieczkę ich pana. Dionizjusz krzyczał, by wziąć któregoś żywcem, lecz okazało się to niemożliwe. Ostatni przeciwnik wolał obrócić miecz przeciw sobie, niż pójść w niewolę.

Po powrocie do willi Dionizjusz, nie rozdziewając się nawet, rzucił się na posłanie (wąską pryczę w swej samotni – nie mógł się bowiem zmusić do położenia się na łóżku, w którym zginęła Kleopatra) i zapadł w głęboki sen. Miltiades z najwyższą niechęcią przyszedł go zbudzić, lecz okoliczności tego właśnie wymagały.

– Dostojny panie – rzekł po raz czwarty – musisz wstać. Przybył czcigodny Fokion. Pragnie się z tobą rozmówić.

Na dźwięk imienia sędziwego oligarchy Dionizjusz momentalnie otworzył oczy. Podniósł się z łoża i spojrzał na dowódcę swej przybocznej straży.

– Długo już czeka?

– Będzie z ćwierć klepsydry.

– Przyślij mi niewolnicę z miską wody.

Po kolejnej pół klepsydrze pobieżnie odświeżony strateg, odziany w nowy chiton, wkroczył do komnaty sympozjonów. Sędziwy polityk czekał tam na niego. Nie spoczął na którymś z biesiadnych łóżek, nie sięgnął też po wino, które mu podano. Gniew jeszcze bardziej wyostrzył jego rysy, zaś z oczu zdawały się sypać skry.

– Witaj, Fokionie – Dionizjusz spodziewał się, że rozmowa nie będzie przyjemna, ale chciał przynajmniej zachować pewne formy. – Bądź pozdrowiony w moim domu.

Najwyraźniej jego rozmówca nie dbał tak bardzo o zwyczaje.

– Czyś ty całkiem postradał rozum? – wypalił pełnym irytacji tonem Fokion. – Nie wystarczą ci już polowania w attyckich lasach, skoro urządzasz sobie łowy na ludzką zwierzynę? I to w noc Wielkich Dionizjów, podczas której ulice pełne są zarówno obywateli, jak i cudzoziemców! Jak myślisz, co sobie pomyśleli jedni i drudzy, kiedy zobaczyli, że paradujesz na czele zbrojnej eskorty, włamujesz się do domów szanowanych Ateńczyków, terroryzujesz ich mieczem i groźbami? Czy wciąż wierzą, że Ateny mają ustrój rządzony przez prawa? A może widzą już w tobie tyrana, dla którego najwyższym prawem jest jego własne słowo?

Stary głupiec był niebezpiecznie blisko prawdy. Dionizjusz uznał, że musi się wytłumaczyć.

– Uczyniłem to, co musiałem. Zeszłej nocy próbowano mnie zgładzić. Przy pomocy niezwykle trudnej do zdobycia trucizny, zwanej złotym pyłem. Gdyby moja nałożnica – tu głos zawiódł go na krótką chwilę – nie wypiła przeznaczonego dla mnie pucharu, nie rozmawiałbyś dzisiaj ze mną.

Fokion wydawał się poruszony.

– Kto ośmieliłby się otruć stratega Aten?

Nie chciał wprowadzać starca w szczegóły i opowiadać, jak jego własna żona zatruła wino, a następnie posłała mu do alkowy pełen dzban. Odpowiedział więc tylko:

– Przełożony delfickiego sanktuarium, Kritias. Zeszłej nocy ponad wszelką wątpliwość dowiodłem istnienia spisku, łączącego ateńskich demokratów z królową Olimpias, matką Aleksandra. To właśnie jej agentem był Tryfon z Ambrakii, który zimą nasłał na ciebie morderców, a potem uciekł z Miasta. Celt Brennus, krzyżujący nasze plany na Eginie. Ladacznica Filona, która otruła mego najlepszego człowieka, Aratosa… A także Kritias z Delf, najbardziej podstępny z nich wszystkich.

– Jaki jest związek łączący ich z naszymi demokratami?

– Poza faktem, że Kritias pozostawał w gościnie u Hiperejdesa, zaś Brennus przez dłuższy czas służył Demostenesowi jako osobisty ochroniarz? Jest to sojusz oparty na wspólnych celach. Jedni i drudzy chcą upadku Antypatra, regenta Macedonii i namiestnika Hellady.

Po krótkim namyśle Fokion skinął głową.

– To zrozumiałe. Koniec Antypatra pozwoli Olimpias wrócić do Macedonii i objąć władzę w imieniu syna. Z jej poparciem demokraci z łatwością przejmą władzę w Atenach.

– Kluczem jest jutrzejsze głosowanie na Zgromadzeniu Ludowym. Jeśli Ateny wyślą Antypatrowi posiłki przeciw Dardanom, inne poleis Hellady też to uczynią. Jeśli natomiast odmówimy regentowi pomocy…

– …to zginie w beznadziejnej walce albo będzie musiał wycofać macedońskie garnizony z całej Hellady – dokończył za niego starzec – co skompromituje go w oczach samego Aleksandra.

– Sam widzisz, jak istotne było przecięcie owych planów – podjął Dionizjusz. – Niestety, zarówno Kritias, jak i Hiperejdes zbiegli. Demostenesa trzymam w areszcie domowym, lecz pozostali demokraci wciąż chodzą na wolności.

Fokion zmarszczył brwi. Widać było, że zastanawia się nad czymś głęboko. Kiedy znów spojrzał na Dionizjusza, w jego oczach nie było już gniewu, a jedynie zmęczenie.

– Odwołaj ludzi spod domu Demostenesa. Zabraniam ci też podejmowania dalszych prób pochwycenia Hiperejdesa. Co do Kritiasa, jeśli ma choć odrobinę rozumu w głowie, jest już daleko stąd, co najmniej w Eleuzis, jeśli wręcz nie w Megarze.

Tym razem to Dionizjusz zatrząsł się z gniewu.

– Może mam ich jeszcze obdarzyć swym pocałunkiem? Pieścisz się z nieprzyjaciółmi zamiast ściąć im głowy!

– Żądam tylko, byś wstrzymał się z zemstą przez dwa dni! Do końca Zgromadzenia Ludowego. Musimy wygrać to głosowanie. Sam widzisz, jak wiele od niego zależy. By zatriumfować, musimy przez jakiś czas jeszcze przestrzegać zasad, którymi rządzą się Ateny. Jeśli w przeddzień Zgromadzenia zaczniesz terroryzować przeciwników politycznych, uzyskasz efekt odwrotny od zamierzonego.

– Dwa dni – powtórzył za nim jak echo Dionizjusz. – A potem?

Sędziwy polityk westchnął.

– Potem masz moje pozwolenie na rozprawę ze stronnictwem demokratycznym. Chcę tylko, by odbyło się to przynajmniej pozornie w zgodzie z prawem. Nie skrytobójstwa, a procesy o zdradę stanu. Oczywiście, zakończone skazaniem i napojem z cykuty. A jeśli uda ci się jakimś cudem schwytać Kritiasa… – zawiesił na chwilę głos, a potem dokończył: – Próbował cię zabić, więc jest twój. Nie będę się sprzeciwiał, jeśli postanowisz usmażyć go na rożnie. Zadbaj tylko, bym nie musiał wdychać odoru spalenizny.

* * *

Po skończonej operacji Menander zasnął, napojony kolejną porcją nierozcieńczonego wina. Jego zapasy były już na wyczerpaniu, więc Falerończyk posłał sędziwego niewolnika poety, by nabył kilka dzbanów.

– Opatrunek należy zmieniać dwa razy dziennie – mówił Arystoteles Demetriuszowi i Raisie – a ranę przemywać podgrzanym winem. Nie szczędźcie go też Menandrowi. Ważne, by nie wdało się zakażenie, a mocne trunki w jakiś tajemny sposób trzymają je z daleka.

Młodzieniec oraz Iliryjka skinęli głowami.

– Kiedy Menander podniesie się z łoża, trzeba mu usztywnić tułów, najlepiej ciasno owiniętym płótnem. Poza tym niech przez kilka najbliższych tygodni unika gwałtownych ruchów i gromkiego śmiechu. Jeżeli ułamany kawałek żebra znowu się przesunie, cały zabieg trzeba będzie powtarzać na nowo… Rękę powinien przez cały czas nosić na temblaku. Jest szansa, że kości się uleczą i kiedyś jeszcze użyje jej do pisania.

– A teraz… – Stagiryta spojrzał uważnie w oczy Demetriusza – chyba najwyższa pora, byś opowiedział mi, co się stało.

Tak więc opowiedział. Cichym, wypranym z emocji głosem. O poszukiwaniach Menandra, które zajęły mu większą część dnia. O zamiarach poety wobec Eubulosa z Soli, jednego z gwałcicieli Fojbiane i jego osobistego wroga. O tym, jak on, Demetriusz, obiecał przyjacielowi pomoc. O pościgu za komediopisarzem po ulicach Aten. O starciu z bandytami. I o dokonaniu zemsty. Kiedy skończył, Arystoteles długo milczał, wpatrzony w pustkę. Przez chwilę Falerończyk i Raisa sądzili, że filozof i medyk zasnął z otwartymi oczyma, jak niekiedy zdarza się starcom. On jednak był w pełni świadomy wszystkiego, co zostało powiedziane. Pochylił swą łysą głowę i rzekł:

– Teraz widzę, że ponoszę część winy za to, co się wydarzyło. Ty również, Demetriuszu. Powinieneś był odwieść go od tego, co sobie zaplanował, a nie udzielać mu pomocy. Być może poszłoby ci lepiej niż mnie.

Młodzieniec nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Stagiryta ciągnął jednak dalej:

– Największą jednak winę ponosi nie kto inny, lecz Eubulos z Soli. To jego czyn był bowiem warunkiem, bez którego wszystko, co późniejsze, nie mogłoby się zdarzyć. Zgodnie z nieubłaganymi regułami logiki to on jest sprawcą całego łańcucha krzywd, które wyrządzono.

– On, a także człowiek, który popchnął go do czynu. Fojbiane zdradziła Menandrowi imiona wszystkich, którzy ją upokorzyli. On zaś powtórzył mi wiernie jej słowa. Wśród swoich gwałcicieli najbardziej nienawidziła delfickiego kapłana imieniem Kritias. Jak to ujęła? „On wprawdzie nie tknął mego ciała, lecz spośród wszystkich najbardziej jest winny”.

Arystoteles spojrzał na niego szczerze zdumiony.

– Czy jesteś pewien, że wymieniła to właśnie imię?

– Jakbym słyszał je przed chwilą, mistrzu. Kiedy Menander się obudzi, z pewnością to potwierdzi.

– Kritias, Kritias… Ja też słyszałem to imię – z ust najemników, którzy o świcie wrócili do rezydencji twojego ojca. Dionizjusz posłał ich w pościg za tym człowiekiem. Narzekali, że wyślizgnął im się z rąk…

Teraz to Demetriusz był szczerze zaskoczony.

– Wybacz mi, nauczycielu, lecz muszę zapytać: co robiłeś o świcie w domu mego ojca?

Stagiryta wyrwał się z zamyślenia.

– Przecież ty o niczym nie wiesz! – uświadomił sobie nagle.

– O czym nie wiem?! – coraz bardziej zdezorientowany Falerończyk uniósł głos. Raisa położyła dłoń na jego własnej, dając mu w ten sposób znak, że może zbudzić chorego.

– Wygląda na to, że teraz moja kolej na snucie opowieści – odparł Arystoteles. – Choć bogowie wiedzą, że to smutna historia. Wczoraj pod wieczór przybył do mnie wysłannik twego ojca. Poproszono mnie, bym udał się bezzwłocznie do jego willi w Faleronie…

* * *

Ogrody podmiejskiej rezydencji Hiperejdesa były wypełnione ludźmi.

Niektórzy zabrali ze sobą stare, zakurzone pancerze hoplitów, które służyły im podczas dawnych bojów. Teraz obnosili je z dumą, świeżo wypolerowane na błysk. Jeszcze liczniejsi mieli jakąś broń: krótkie hoplickie xiphosy, kawaleryjskie machairy, włócznie albo – jeśli byli naprawdę ubodzy – proce oraz drewniane pałki. Nie było w tym nic dziwnego: mężowie ci przybyli, by bronić Hiperejdesa przed ateńskimi oligarchami. Poprzedniej nocy już raz otarł się o śmierć. Ledwie uciekł przed siepaczami Dionizjusza z Faleronu, najbardziej śmiałego spośród stronnictwa sprzedawczyków – chodzących na macedońskiej smyczy arystokratów. Nie można było dopuścić, by choć włos spadł mu z głowy!

Wielu mężczyzn nie wzięło wprawdzie oręża, lecz i tak byli tutaj, gotowi w razie potrzeby osłonić Przyjaciela Ludu własnymi piersiami. Tak właśnie nazywali go zgromadzeni w ogrodach: Przyjacielem Ludu. Sam wywodzący się z arystokracji, bogaty dzięki zawodowi prawnika, który uprawiał z wielką biegłością, nigdy nie wywyższał się nad zwykłych obywateli. Dla każdego miał miłe słowo, roztropną radę, przyjacielski gest. Jak bardzo jego sposób bycia różnił się od zachowania wyniosłych oligarchów: Dionizjusza, Demadesa czy Ejschinesa! A nawet Fokiona, który choć nie tak dumny jak tamci, raził wielu swą prawością, umiłowaniem cnoty i niechęcią do pustych, retorycznych popisów. Hiperejdes lubił mówić, a tłumy uwielbiały go słuchać. Nie krył swoich przywar, umiłowania do heter oraz pięknych chłopców, nie stroił się w szaty moralisty. Choć od ateńskiego pospólstwa dzieliło go niemal wszystko, był przez nie postrzegany jako „jeden z nas”, „obrońca naszych spraw”. Teraz na tym korzystał, gdy setki zwykłych obywateli przybyło, nie czekając na wezwanie, by czuwać nad jego życiem.

Jego obrońcy byli zdeterminowani. Rozbili wokół rezydencji obozowisko, zaczęli ciąć gałęzie na szałasy. Najwyraźniej zamierzali trwać tu do następnego ranka. Determinacji brakowało za to temu, którego poprzysięgli bronić. Hiperejdes rozkazał wydać zgromadzonym jadło ze swej spiżarni, a także wodę ze wszystkich czterech studni, jakie wykopane były na jego ziemi. Nadal jednak nie wychodził do Ludu, który okazał mu taką wierność. Nie miał bowiem pojęcia, co mu rzec. Wciąż był wstrząśnięty wydarzeniami poprzedniej nocy. Brutalność, z jaką Dionizjusz wtargnął do Sekretu Penelopy, a także – jak donosili mu Ktezyfon i Gorgonios – do jego ateńskiej willi, była czymś bezprecedensowym. Oznaczała ponadto, że strateg z Faleronu czuł się bardzo pewnie. Jeżeli demokraci podburzą przeciw niemu obywateli, któż zgadnie, co może się wydarzyć?

 W podmiejskiej rezydencji zgromadzili się wszyscy przywódcy stronnictwa demokratycznego prócz Demostenesa. Oni również byli zdezorientowani i przerażeni rozwojem wydarzeń. Archelaos, który przybył najpóźniej, przyniósł wieść o zamordowaniu Eubulosa z Soli. To jeszcze bardziej pogorszyło nastroje. Jeśli Dionizjusz zgładził komediopisarza (nikt nie zakładał innego przebiegu wydarzeń) tylko za to, że jego sztuka pokonała tę sponsorowaną przez oligarchów, jakiż los może czekać politycznych adwersarzy stratega? Ciężar odpowiedzialności przygiął barki demokratów ku ziemi. Czy mają iść na otwartą rozprawę, ryzykując wybuch wojny domowej w Attyce? A może powinni udać się na wygnanie? Czy jednak ich poplecznicy nie uznają tego za tchórzostwo? Wszystkie te pytania pozostawały bez odpowiedzi.

Hiperejdes lękał się ponadto o swego kochanka, Narkissosa. Czy efeb wpadł w ręce Dionizjusza z Faleronu? Może udało mu się wymknąć pościgowi? Niepewność co do losu młodzieńca obezwładniała. W dodatku podczas ucieczki Ateńczyk zgubił gdzieś Kritiasa. Najważniejszy sojusznik stronnictwa demokratycznego zapadł się jak kamień w wodę.

Godzina mijała za godziną. Wraz z napływem kolejnych bojowo nastawionych obywateli ogrody wypełniały się coraz bardziej.

* * *

– Bogowie, ale skwar – mruknął do siebie Aratos, po raz kolejny ocierając spotniałe czoło wierzchem dłoni. Jeśli pierwszy wiosenny miesiąc, Elaphebolion, był aż tak upalny, jak będzie latem? Jeszcze przed wyjazdem z Aten Kreteńczyk słyszał, że w Mieście wprowadzono racjonowanie wody. Jak najwięcej trzeba było oszczędzić dla rolnictwa, by nawadniać wysuszone na wiór pola i uratować chociaż część tegorocznych zbiorów. Fechmistrz obawiał się, że to nie wystarczy. Przeczuwał, że za kilka miesięcy w Attyce wybuchnie klęska głodu. Pół biedy, jeśli uda się zaimportować zboże z odległych krain: z Sycylii, Egiptu albo znad brzegów Morza Pontyjskiego. Jeśli jednak słońce jest tam równie bezlitosne, tego lata śmierć z niedożywienia czeka tysiące Hellenów.

Te niewesołe myśli towarzyszyły Aratosowi, kiedy opuszczał zajazd dla pielgrzymów. Po samotnej nocy zbudził się lepki od potu i mocno niewyspany. Zjadł proste śniadanie i postanowił zażyć kąpieli. Właśnie zmierzał w stronę łaźni, gdy coś przykuło jego uwagę. Zza rogu budynku wyszła młoda, ciemnowłosa dziewczyna w sukni akolitki Artemidy. Coś w sposobie jej poruszania się, w miękkich i pełnych gracji krokach, które stawiała, z lekka kołysząc biodrami, sprawiło, że spojrzał na jej twarz. Jasna, niemal mleczna cera. Wydatne kości policzkowe. Wąski, lekko zadarty nos. Oczy w barwie sztormowego morza.

Niewiele myśląc, przyskoczył do niej i chwycił za ramię.

– To ty! – zawołał, popychając ją stanowczo na ścianę. – Wreszcie się spotykamy, Filono.

– To pomyłka – próbowała się bronić, lecz widział w jej oczach, że go rozpoznała. – Na imię mi Dorkas, panie…

– Wiem, że używałaś również tego miana! – chwycił ją za gardło i zacisnął palce. – Nie próbuj mnie zwieść, suko. Mów, co tutaj robisz! Niech zgadnę: węszysz wokół Korinny, prawda?

W tym momencie wielka kropla potu spłynęła mu z czoła i wpadła prosto do oka. Zamrugał, by pozbyć się szczypiącej wilgoci. Ten ułamek sekundy jej wystarczył. Wyrzuciła jedną nogę w górę, wbijając łydkę między uda Kreteńczyka. Sapnął z bólu i na krótką chwilę rozluźnił uścisk palców na szyi Filony. Wyrwała mu się i rzuciła do ucieczki.

W dawnych, lepszych czasach Aratos nie pozwoliłby się tak potraktować. Trucizna osłabiła jednak nie tylko jego siłę, lecz także refleks. Ignorując pulsujący ból krocza, ruszył w pościg za dziewczyną. Zostawił miecz w zajeździe, więc teraz klinga nie obijała mu się o nogi, gdy przeszedł do biegu. Filona zniknęła za rogiem budynku łaźni. Gdy tam dotarł, mignęła mu między drzewami. Najwyraźniej uciekała w stronę domu kapłanek. Nie mógł pozwolić, by tam dotarła.

Pędził za nią przez święty okręg Artemidy, uliczkami wysypanymi drobnym żwirem i przez niewielkie zagajniki. Kapłanki i nieliczni o tej porze roku pielgrzymi oglądali się ze zdumieniem na biegnącą akolitkę i ścigającego ją męża. Słońce parzyło Aratosowi kark, a jego płuca pracowały ciężko, jakby miały zaraz pęknąć. W pewnej chwili stracił ją z oczu. Stało się to w miejscu porośniętym gęsto drzewami. Zatrzymał się i rozejrzał gorączkowo. Próbował złapać oddech, lecz zamiast tego zaniósł się długim kaszlem. W chwili, gdy podniósł głowę, Filona wynurzyła się zza najbliższego drzewa. A potem sypnęła mu piaskiem w załzawione z wysiłku oczy.

Kreteńczyk instynktownie rzucił się do tyłu, unikając pchnięcia sztyletem. Usłyszał tylko syk ostrza przecinającego powietrze. Z trudem otworzył jedno oko i zobaczył atakujący go kształt. Przyjął kolejne pchnięcie na lewe przedramię i zadał cios zaciśniętą w pięść prawicą.

Oboje trafili, choć niedoskonale. Sztylet wbił się płytko, zdzierając mu skórę aż do łokcia. Uderzenie Kreteńczyka dosięgło policzka i ucha Filony, lecz nie na tyle mocno, by pozbawić ją przytomności. Wypuściła z ręki broń i znów zaczęła uciekać. Kiedy Aratos pozbył się wreszcie piasku z oczu, już jej nie było. Zaklął plugawo, jak potrafią to uczynić tylko ludzie, którzy spędzili większą część życia na morzu. Podniósł z ziemi porzucony sztylet. Ładne cacko, uznał. Ostrze w kształcie liścia, równie dobre do sztychów oraz cięć. Może mu się przydać.

Przyjrzał się swojej ręce. Rana nie była głęboka, lecz krwawiła obficie. Miał tylko nadzieję, że klinga nie była zatruta. Po Filonie można się było tego spodziewać. Zastygł na moment w bezruchu i wsłuchał się w siebie. Nie dostrzegł zaburzeń równowagi ani wzroku. W głowie nie wybuchały mu tysiące amfor, jak wtedy, gdy wypił śmierć ukrytą w winie. Chyba będzie żył.

Trzymając się za lewy łokieć, ruszył w stronę świątyni. Spodziewał się znaleźć tam Ismenę. Mieli sporo do omówienia.

* * *

W ładowni statku handlowego „Tisis” panowała nieznośna wilgoć i duchota. Deski kadłuba oraz pokładu przepuszczały panujący na zewnątrz skwar, lecz zatrzymywały chłodny powiew znad morza. W dodatku towary, którymi wypełniono wnętrze statku, najwyraźniej właśnie gniły. Słodka woń zepsucia unosiła się w stojącym powietrzu, przyprawiając o mdłości.

A jednak dla poszukiwanego w całych Atenach człowieka była to najbezpieczniejsza kryjówka. Kritias siedział na jednej ze skrzyń, przy ustach trzymając kawałek tkaniny nasączonej orientalnymi perfumami. Wciągał w nozdrza ich zapach, który choć trochę tłumił swąd zgnilizny. Pocił się obficie, bo w ładowni było jeszcze cieplej niż na zewnątrz. Obok jego uda stał dzban z mocno rozwodnionym winem oraz opróżniony do połowy kubek. Delfijczyk milczał, uporczywie wpatrując się w drabinę wiodącą na pokład. Gdzie on jest, myślał z irytacją. Wezwałem go z samego rana.

W końcu usłyszał nad sobą czyjeś głosy. Kapitan zapytał o hasło, które ktoś podał mu niskim, ochrypłym głosem. Dopiero wtedy został przepuszczony. Drabina zatrzeszczała, a oczom Kritiasa ukazał się schodzący po niej człowiek. Był rosłym i szerokim w barach mężczyzną o jasnych włosach. Kiedy stanął na podłodze ładowni i odwrócił się ku Delfijczykowi, ten ujrzał, że ma szeroką, gładko ogoloną twarz. Jego tułów chronił napierśnik z wygotowanej skóry, a przy pasie kołysał się spartański xiphos oraz długi sztylet w ozdobnej pochwie. Uwagę przyciągało jednak coś innego. Lewe oko przybysza było zasłonięte czarną opaską. Kapłan wiedział, że skrywała ona ziejący pustką otwór.

Mężczyzna uśmiechnął się wyjątkowo niemiło.

– Znowu się spotykamy, ty wymuskany, pieprzony klecho.

Kritias nie wstał, by go powitać.

– Widzę, że twa mowa jest równie plugawa jak wtedy, gdy widzieliśmy się po raz ostatni – stwierdził chłodnym tonem.

– Wiele się od tego czasu zmieniło. Ale ty wciąż jesteś wymuskanym, pieprzonym…

– Wystarczy! – kapłan uniósł rękę, nakazując tamtemu zamilknąć. O dziwo, najemnik usłuchał. – Chcę wiedzieć, co wydarzyło się zeszłej nocy. Jak Dionizjusz i jego psy wpadły na mój trop.

Jednooki wzruszył ramionami.

– Zdradził cię Demostenes. Byłem przy tym. Na rozkaz Dionizjusza zarżnąłem jednego z niewolników, by zmusić tego głupca do mówienia. Nie podziałało. Dopiero groźba wobec córki rozwiązała mu język. Powiedział, że gościsz u Hiperejdesa. Czym prędzej udaliśmy się do jego domu. Zarządca willi wskazał nam, w którym burdelu cię znajdziemy.

– Demostenes – powtórzył Kritias. – Podejrzewałem, że ten zakochany we własnej córce imbecyl okaże się najsłabszym ogniwem spisku… Pożałuje, że mnie wydał. I będzie żałował do końca życia.

Najemnik stłumił ziewnięcie.

– Czy to wszystko? Niedługo zaczyna się moja zmiana w eskorcie Dionizjusza. Jeśli się spóźnię, Miltiades obetnie mi żołd.

– Od jak dawna służysz rodowi Faleronu?

– Od dwóch miesięcy. Tryfon z Ambrakii uznał, że przyda mu się dodatkowa para oczu w Atenach. Swoje raporty przekazywałem tej dziwce, Filonie, do chwili, aż uciekła z Miasta.

– Teraz jesteś moim człowiekiem. Zrozumiałeś? To ja przemawiam głosem królowej Olimpias w Atenach.

Skinienie głowy, bez potwierdzenia choćby jednym słowem. Kritias uznał, że na razie musi mu to wystarczyć.

– Powiedz mi, jak to się stało, że Dionizjusz dotąd cię nie rozpoznał? Sądziłem, że widywaliście się w Koryncie i podczas kampanii przeciw Spartanom na Peloponezie. Ktoś o twoim przydomku łatwo zapada w pamięć.

– Kiedy widział mnie po raz ostatni – odparł najemnik – miałem dwoje oczu i brodę. Jak już wspomniałem, wiele się od tego czasu zmieniło.

– Także twoje imię. Przypomnij mi, jak cię teraz wołają?

– Pelopidas.

– Tebańskie. Sprytnie. Mówisz też w całkiem niezłym dialekcie attyckim. Któż rozpoznałby w tobie Macedończyka?

– Mam nadzieję, że nikt – mężczyzna znów wykrzywił usta w szpetnym uśmiechu.

– Niedługo ta komedia się skończy – kapłan podniósł się wreszcie ze skrzyni i podszedł do barczystego najemnika. – Niedługo cały świat znów usłyszy twe prawdziwe miano. I wtedy zadrży ze strachu.

– Najwyższa pora. Już prawie o nim zapomniałem.

– Pozwól więc, bym ci je przypomniał, Alkajosie z Ajgaj.

– Tak… brzmi zdecydowanie lepiej.

Delfijczyk skinął głową.

– Twa służba u Dionizjusza z Faleronu dobiegła kresu. Zapomnij o zaległym żołdzie, w ładowni tego statku znajduje się więcej złota, niż kiedykolwiek widziałeś. Czyń wszystko, co ci rozkażę, a nigdy już nie zabraknie ci pieniędzy. Ani też kobiet do maltretowania. Tak, Alkajosie, znam cię przecież. Pamiętam również o Chryseis oraz Dafne.

– Ja również miło je wspominam.

– Mam dla nich kilka godnych następczyń. Na razie jednak… przez resztę dnia jesteś wolny. Zabaw się, zerżnij jakąś dziwkę albo uduś ją. Nie robi mi to żadnej różnicy. Żądam jednak, byś jutro o pierwszym brzasku stawił się tu z powrotem. Poleciłem kapitanowi przygotować „Tisis” do rejsu. Przydasz mi się tam, gdzie pożeglujemy.

– A gdzie jest „tam”?

Tym razem to Kritias się uśmiechnął. Jego nadludzko piękna, doskonale harmonijna twarz na krótką chwilę stała się niemal odpychająca.

– Na Eginie. Pokłonimy się dziewiczej Artemidzie i odpłacimy córce Demostenesa za zdradę, której dopuścił się jej ojciec.

* * *

Niewolnicy ubierali właśnie Dionizjusza w wyjściowy, elegancki chiton, kiedy Miltiades oznajmił mu, że przybył jego syn. Strateg był zaskoczony, ale i zaintrygowany. Minęło wiele dni, odkąd Demetriusz opuścił jego willę. Od tego czasu, choć ojciec kilkukrotnie wyciągał rękę do zgody, młodzieniec konsekwentnie ją odpychał. Cóż mogło go skłonić do zmiany decyzji?

– Proś go tutaj. A wy – zwrócił się do służących – oddalcie się.

Gdy do komnaty wszedł Demetriusz, miał na twarzy wyraz głębokiego zaniepokojenia. Przywdział tunikę oraz ciemną chlamidę, co przy panującym na zewnątrz upale było dość niepraktycznym odzieniem.

– Witaj, ojcze. – Skłonił głowę, jak przystało na dobrego syna. Zatrzymał się jednak w drzwiach, jakby bał się podejść bliżej. – Wychodzisz? Nie chcę przeszkadzać.

– Dziś zakończenie Wielkich Dionizjów Miejskich – odparł strateg. – Wszyscy dostojnicy Aten będą w amfiteatrze. Nie muszę jednak udawać się tam od razu. Mamy dość czasu, by porozmawiać.

– Arystoteles powiedział mi o próbie otrucia… Cieszę się, widząc cię w dobrym zdrowiu.

Dionizjusz miał nadzieję, że Stagiryta będzie trzymał język za zębami. Nie skomentował wszakże jego niedyskrecji. Przecież to właśnie dzięki niej mógł ujrzeć swego pierworodnego i jedynego jak dotąd syna. Wyciągnął ku niemu ręce i rzekł:

– Zbliż się, Demetriuszu. Przysięgam, że nie ugryzę.

Po krótkim wahaniu młodzieniec ruszył w jego stronę. Objął sztywno ojca, po czym cofnął się o krok.

– Słyszałem też o Kleopatrze – rzekł ze smutkiem w głosie. – Wiem, że była ci bliska. Opłakuję ją wraz z tobą.

Ukłucie w sercu. Słabość, którą należało wyrwać z korzeniami.

– Kleopatra była niewolnicą – stwierdził martwym tonem. – Zaś mężom naszego stanu nie godzi się ronić łez.

Demetriusz skrzywił się, jakby skosztował owocu, który niespodziewanie okazał się gorzki.

– Masz twarde serce, ojcze. Chyba nawet twardsze niż wtedy, gdy mówiliśmy ze sobą po raz ostatni.

Strateg wrócił myślami do tamtej nocy. Sympozjon, na którym podejmowali obaj macedońskiego ambasadora, Meleagra. Kłótnia, która wbiła między nich klin. Nie było to przyjemne wspomnienie.

– Opowiedz mi o Kritiasie – młodzieniec zmienił nagle temat. – Czy to on kazał cię otruć? Dlaczego? Co cię z nim łączy?

– Dlaczego się nim interesujesz?

– Skrzywdził kobietę mego przyjaciela. On, a także Eubulos z Soli i Narkissos.

Dionizjusz popatrzył uważnie na syna.

– Ponoć dziś rano znaleziono zwłoki Eubulosa. Czyżby to była sprawka twego przyjaciela? Muszę przyznać, że go nie doceniłem…

– Nie uczynił tego sam. – Wypowiadając te słowa, Demetriusz ściągnął przez głowę chlamidę. Oczom stratega ukazało się to, co miała zasłaniać: ciemnorude plamy na jego tunice. – To krew człowieka, który upokorzył Menandra i zgwałcił Fojbiane.

Nastała długa cisza. Ojciec wpatrywał się bez słowa w ślady krwi. W końcu uniósł spojrzenie. A następnie podszedł do młodzieńca i mocno go uściskał.

– Miałem cię za pozbawionego honoru słabeusza. Wątpiłem nawet, czy w istocie jesteś moim synem. Teraz jednak widzę, że płynie w tobie krew rodu Faleronu, krew, która nie pozwala ci znosić żadnego poniżenia. Mogę nie pochwalać pobudek, dla których to zrobiłeś, lecz z chęcią chwalę sam czyn!

Demetriusz wyglądał na mocno zdezorientowanego. Chyba nie spodziewał się takiej reakcji. Dionizjusz, widząc jego konfuzję, parsknął śmiechem.

– Poza tym w ostatnich dniach Eubulos stał się ulubionym komediopisarzem demokratów. Pewnie już teraz to mnie oskarżają o to morderstwo! Proszę bardzo, z chęcią przyjmę na siebie winę. Ich zdanie o mnie i tak już wkrótce przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie…

Urwał w pół zdania, uświadamiając sobie, że może zbyt wiele zdradzić. Czuł, że właśnie zrobił wielki krok w stronę pojednania z synem. Nie chciał tego psuć zbyt dużą dozą prawdy o swoich przyszłych planach.

– Pytałeś mnie o Kritiasa – podjął – lecz jeśli mam ci o nim opowiedzieć, musimy cofnąć się do późnej jesieni. Jak doskonale pamiętasz, próbowano wtedy zamordować Fokiona. Ty i Menander powstrzymaliście ten zamach.

– Otrzymaliśmy za to wieńce oliwne. – Demetriusz uśmiechnął się do tych wspomnień.

– Wkrótce potem nastąpił atak na willę w Faleronie. Prawie udało im się mnie dorwać.

– Gościłem tamtej nocy u Fojbiane. Lecz dobrze pamiętam szeregi zabitych ułożone następnego ranka na dziedzińcu…

– My, oligarchowie – ciągnął Dionizjusz – już wtedy podejrzewaliśmy, że demokraci nie poważyliby się na otwartą konfrontację, gdyby nie stała za nimi jakaś potężna, cudzoziemska siła. Tryfon z Ambrakii był jej pierwszym agentem. Aratos ścigał go aż do królestwa Dardanów, gdzie ślad się urwał. Następny był Celt Brennus. Kritias jest trzecim, o którym wiemy. Kto wie, czy nie najgroźniejszym ze wszystkich.

– Komu służyli ci wszyscy ludzie? – Demetriusz wyglądał na wstrząśniętego tym, co właśnie usłyszał. W jego głosie nie było jednak niedowierzania. Dopiero teraz zaczął układać sobie w głowie wszystkie elementy, które dotychczas zdawały się do siebie nie pasować.

Strateg klasnął w dłonie. Po chwili do komnaty wszedł niewolnik.

– Wygląda na to, że czeka nas dłuższa rozmowa. A zatem każę podać chłodne wino. Przyniesie nam ulgę w tym upale.

Po chwili zaś dodał:

– Nie obawiaj się, to nie będzie zatrute. A dla całkowitej pewności, każemy go wpierw skosztować Miltiadesowi.

* * *

Kiedy biegłe w sztuce uzdrawiania kapłanki opatrzyły mu rękę, Aratos zbliżył się do Ismeny i cichym głosem rzekł:

– Musimy porozmawiać. Na osobności.

Skinęła głową, jakby od dawna spodziewała się tych słów.

– Pójdźmy do Dzikiego Ogrodu. Tam nikt nas nie usłyszy.

Opuścili świątynię Artemidy i przemierzyli święty okręg. Kreteńczyk rozglądał się czujnie, lecz oczywiście Filona więcej się nie pokazała. Raz okazała się nieostrożna, był jednak pewien, że to już się nie powtórzy. O tej porze dnia Dziki Ogród był pusty. Minęli brązowy posąg Artemidy, przedostali się przez krzewy i wyszli na polanę ciągnącą się aż do urwiska. Dopiero wtedy milczący podczas drogi Kreteńczyk zwrócił się ku Ismenie.

– Zastanawiam się, gdzie leży twa lojalność, pierwsza kapłanko – oznajmił, spoglądając na nią podejrzliwie. Uniosła brwi w niemym zdziwieniu, ale nie skomentowała. Uznał, że musi jej cisnąć oskarżenie w twarz. – Przyjęłaś do nowicjatu agentkę naszych wrogów! Dziewczynę posługującą się imionami Filona albo Dorkas.

Kobieta wzięła głęboki wdech.

– Ona jest macedońską arystokratką. Świątynia Artemidy przyjmuje na wychowanie dobrze urodzone panny…

– Ona nie jest żadną panną! To ladacznica i zabójczyni! W pierwszej roli spotkałem ją w Atenach. To właśnie wtedy mnie otruła. Teraz skończyło się na draśnięciu sztyletem. Tak, Ismeno. Właśnie taką osobę dopuściłaś w pobliże Korinny.

Choć miała bardzo jasną karnację, dostrzegł, że blednie jeszcze bardziej.

– Przysięgam, że o tym nie wiedziałam…

– …że jest śmiertelnie groźna? W to akurat uwierzę. Zbyt mocno kochasz córkę Demostenesa, by świadomie narazić ją na niebezpieczeństwo. Musiałaś jednak mieć świadomość, z kim powiązana jest Filona. I czemu tu przybyła.

– Zrobiłam to dla Korinny! Chciałam zwiększyć jej szanse, na wypadek gdyby Dionizjusz kazał ją zgładzić.

– Przecież złożyłem obietnicę, że nie pozwolę jej skrzywdzić! Czy to nie wystarczy?

– Zrobiłeś to dopiero wczoraj! Przedtem nie miałam innego sposobu, by zapewnić Korinnie bezpieczeństwo. Wiedz jednak, że dziś rano odmówiłam Filonie dalszej pomocy. Zerwałam z nią i tymi, którym służy. Złożyłam los swój oraz Korinny w twoje ręce.

Kreteńczyk przyglądał się uważnie przełożonej egineckiego sanktuarium. Wahał się, czy tym razem może jej zaufać. Z perspektywy Dionizjusza z pewnością dopuściła się zdrady. Czy jednak sam Aratos należał wciąż do obozu stratega? Od wczorajszego wieczoru nie miał już tej pewności.

– Przysięgałem, że będę obrońcą Korinny i tak się stanie. Ale nie mogę pozwolić, by wpadła w ręce nieprzyjaciół. Filona, Brennus, Tryfon z Ambrakii – to nie są ludzie, wśród których chciałabyś widzieć swoją ukochaną. Wykorzystają ją do własnych celów, tak samo jak oligarchowie.

– Wiem o tym – odparła Ismena.

– A jednak pozwoliłaś im tutaj przeniknąć. To zaś zmusza mnie do podjęcia kroków zaradczych. Moi ludzie obozują przy drodze do świątyni. Za daleko, by sprawować tu efektywną kontrolę. Żądam twej zgody na obsadzenie świętego okręgu.

– Już raz odmówiłam Dionizjuszowi…

– Mi nie odmówisz – przerwał jej w pół słowa. – Ten obszar stracił już status neutralności. Z twojej winy.

– Nie chcę, by zbrojni niepokoili kapłanki.

– Zatroszczę się o należytą dyscyplinę. Jeśli któryś z najemników chociaż spojrzy na twoje kobiety, pożałuje. Ty również powściągniesz swe podopieczne. Niech nie robią słodkich oczu do moich wojaków.

– W takim razie zgadzam się – odparła zrezygnowana.

– Doskonale. Moi żołnierze zakwaterują się w domu pielgrzymów. Posterunki zostaną założone przy wejściu do świętego okręgu, a także przy świątyni, domu kapłanek i w Dzikim Ogrodzie.

– Tutaj?

Fechmistrz podszedł do krawędzi urwiska i spojrzał w dół. Stromo, lecz nie na tyle, by całkiem wykluczyć wspinaczkę.

– Nie zamierzam zaniedbać jakichkolwiek środków ostrożności.

Pierwsza kapłanka zbliżyła się do Kreteńczyka. Uniosła rękę i po chwili wahania położyła ją na ramieniu mężczyzny.

– Wybacz mi – poprosiła. – Wiesz, że wszystko, co robiłam, było dla niej.

Skinął głową, ale wciąż patrzył w dół, na stromy stok. Czy go straciłam?, zaniepokoiła się Ismena. A jeśli tak, co mogę zrobić, by znów pozyskać jego zaufanie? Czuła, jak wiele od tego zależy.

– Proszę – szepnęła, przesuwając dłonią po ramieniu Aratosa. Zakończyła ten płynny, pełen gracji ruch, gładząc go po szorstkim od kilkudniowego zarostu policzku. – Nie każ mnie za to.

W końcu osiągnęła swój cel – spojrzał na nią. W jego oczach było zaskoczenie i niedowierzanie. A także coś jeszcze – coś, czego nie potrafiła odczytać.

– Próbujesz na mnie swoich sztuczek, Ismeno? Tak jak wtedy, w łaźni? – spytał, zamykając palce wokół jej nadgarstka. Delikatnie, acz stanowczo odsunął jej dłoń od swojej twarzy.

– Sądzisz, że jestem aż tak wyrachowana? – odpowiedziała żywo dotknięta.

– Jeszcze chwila i pomyślę, że sama posłałaś Korinnę do mojej sypialni.

Ismena nie dała się sprowokować Filonie, gdy ta odsłoniła jej nagość i poczęstowała ją cierpką drwiną. Teraz jednak nie była tak opanowana, jak wtedy, o świcie. Nim zdążyła pomyśleć, już unosiła drugą rękę. Spoliczkowała fechmistrza, który nawet nie próbował uchylić się przed uderzeniem.

– Jak śmiesz? – w jej głosie rozbrzmiewał gniew. Wzmógł się jeszcze, gdy ujrzała uśmiech Kreteńczyka.

Znów uniosła rękę, ale tym razem chwycił również za nią. Przytrzymywał kapłankę za obydwa nadgarstki, spoglądając jej z bliska w oczy. Nagle uświadomiła sobie, że są w Dzikim Ogrodzie zupełnie sami. I raczej nikt nie zjawi się tu w najbliższym czasie.

– Co robisz? – próbowała uwolnić ręce, lecz uścisk Aratosa był zbyt mocny. – Natychmiast mnie puść!

– Czemu? Przecież właśnie do tego dążyłaś – odparł Kreteńczyk. – Nie przewidziałaś tylko tego, że ubiegnie cię Korinna. Teraz już wiem, że przyszła do mnie z własnej woli… lecz realizowała plan, który narodził się w twojej głowie.

Pojąwszy, że jej wysiłki są daremne, przestała się szarpać.

– Tak, chciałam cię uwieść, by przez to mocniej związać z naszą sprawą – przyznała w końcu. – Zamierzałam uczynić to bez pośpiechu, dawkując ci pokusy i stopniowo rozpalając ogień pożądania. Sprawiając, byś pragnął mnie najbardziej na świecie…

– Dużo wiesz o uwodzeniu – stwierdził ochrypłym głosem – jak na dziewiczą kapłankę Artemidy.

Kobieta zignorowała jego słowa.

– Ty jednak nie miałeś ochoty czekać. Skorzystałeś z pierwszej okazji, która się nadarzyła.

– Rzekłbym raczej: wskoczyła do mego łoża.

– To było niemądre… zarówno z jej strony, jak i z twojej. Na bogów, ona jest córką Demostenesa! Powinieneś był się opamiętać, odsunąć ją od siebie, odepchnąć, gdyby nie dało się inaczej. A jeśli tak bardzo paliła cię żądza…

Ścisnął mocniej nadgarstki Ismeny, sprawiając jej ból. Mimo to dokończyła:

– …powinieneś był przyjść do mnie.

* * *

Hiperejdes popijał chłodne wino, wyglądając przez okno. W ogrodzie musiały już obozować setki ludzi. Kto wie, może było ich nawet tysiąc. Co pewien czas do komnaty wchodzili Gorgonios albo Archelaos, przynosząc mu wieści o kolejnej grupie, która przybyła, by go bronić. Kamieniarze z okolic Pnyksu. Garncarze z Kerameikos. Marynarze z Pireusu. Siła stronnictwa demokratów wzmagała się z każdą chwilą.

A on zupełnie nie wiedział, co z nią zrobić.

Bezlitosne słońce paliło ziemię. Zapewne tam, w ogrodzie ludzie mdleją już od upału. Nie dla wszystkich starczyło cienia rzucanego przez wysokie cyprysy. A przecież trwali na swoim miejscu, nie wracali do Miasta, by ukryć się przed skwarem w zaciszu własnego domu lub w gościnnej tawernie. Tłum czekał, by ktoś go poprowadził. Hiperejdes zdawał sobie sprawę, że mówiąc „ktoś”, każdy ma na myśli właśnie jego.

Kiedy indziej byłby uradowany takim dowodem uwielbienia Ludu. Dziś jednak nie potrafił się nim cieszyć. Przewodzenie wymagało podejmowania decyzji. Zaś podejmowanie decyzji – przewidywania ich długofalowych konsekwencji. Adwokat rozważał różne warianty rozwoju wydarzeń i żaden nie wydawał mu się obiecujący.

Ponure rozmyślania zostały przerwane przez Ktezyfona. Adwokat oderwał spojrzenie od pucharu wina, który znów należało napełnić. Podniósł głowę i spytał:

– Kto przybył tym razem, przyjacielu? Handlarze wina z agory? Hodowcy koni z równiny Maratonu? A może ladacznice ze Wzgórza Wilków?

Ktezyfon nie zaśmiał się. Jego twarz była blada i ściągnięta pełnym cierpienia grymasem.

– Znaleźli go – powiedział cicho. – Znaleźli go na cmentarzu przy Kerameikos.

Hiperejdes już miał zapytać, kogo znaleźli, ale nagle poczuł strach. Podniósł się od stołu. Zakręciło mu się w głowie od wypitego wina i musiał się oprzeć o blat, by nie upaść.

– Gdzie teraz jest?

– Już w ogrodzie. Przyniosą go tutaj…

– Nie będę czekał – zdecydował adwokat. – Wyjdę mu na spotkanie.

Chcąc nie chcąc, musiał wesprzeć się na silnym ramieniu Ktezyfona. Razem wyszli z rezydencji prosto do wypełnionego przez Ateńczyków ogrodu. Twarze mężczyzn były poważne, zatroskane. Niektórzy nie ukrywali swoich łez. Dwaj demokratyczni przywódcy szli pośród nich w stronę zbitej grupki mężów. Otaczali oni leżący na ziemi, przykryty czyimś płaszczem kształt. Rozstąpili się przed Hiperejdesem. Adwokat opadł na kolana i uniósł rąbek płaszcza. Jego oczom ukazała się twarz Narkissosa, piękna jak w dniu, w którym ujrzał go po raz pierwszy. Efeb miał zamknięte oczy i lekko rozchylone usta. Zdawało się, że żyje, że tylko zasnął na chwilę. Kiedy jednak Hiperejdes wsunął mu dłoń pod głowę, jęknął. Jego palce natrafiły bowiem na miękką masę składającą się ze skóry, mózgu, okruchów rozbitej czaszki i sklejonych zaschniętą krwią włosów.

Zabili go, pomyślał, czując, jak ból rozdziera mu pierś. Zabili go tylko dlatego, że był mój. Nie ponosił innej winy niż miłość, którą go darzyłem. Zaraz jednak poprawił się w myślach: nie zabili. Zabił. To nie Fokion czy Demades ścigał Hiperejdesa zeszłej nocy. To Dionizjusz z Faleronu. On odpowiada za tę śmierć.

Spojrzał na swoją dłoń, którą próbował podtrzymać głowę Narkissosa. Była zbrukana krwią i innym plugastwem. W Atenach nie sposób zachować czystych rąk, pomyślał nieco bez związku. Spróbował się podnieść, lecz nie był na to dość silny. Zaraz jednak pomogły mu czyjeś mocne ramiona. Ramiona, które odepchnął od siebie, gdy tylko stanął na równych nogach. Czuł bowiem, że teraz nikt nie powinien go podtrzymywać. Odwrócił się do tłumu i pokazał mu twarz człowieka, który stracił radość swego życia, lecz w zamian zyskał ponurą determinację.

– Ateńczycy! – zawołał głosem nawykłym do wielogodzinnego przemawiania. – Najlepsi spośród obywateli!

Odpowiedział mu donośny pomruk. Ludzie dobrze wyczuli jego nastrój, wiedzieli, że nie spodziewa się teraz wiwatów, oklasków czy też skandowania swego imienia. Chciał tylko, by go wysłuchali. A potem zapłonęli tym samym gniewem, który trawił jego duszę.

* * *

Stanowczym ruchem pchnął ją na spaloną słońcem trawę. Ismena upadła na plecy, drżąc z gniewu, ale również z podniecenia, które uderzyło w nią z oszałamiającą mocą. Aratos uklęknął nad nią i pochylił się, przysłaniając swoim ciałem słoneczny dysk.

– A więc jestem – rzekł ciężkim z pożądania tonem. Wyciągnęła ku niemu ręce, oplotła nimi szyję Kreteńczyka i przyciągnęła ku sobie. Nim zdążyła pomyśleć, co robi najlepszego, ich usta połączyły się już w namiętnym pocałunku.

Wiele lat minęło, odkąd ostatni raz całowała się z mężczyzną. Potem była już tylko Korinna. Wraz z ustami Aratosa powróciły zatem bardzo przyjemne wspomnienia. Niepomna faktu, że jest kapłanką Artemidy, a złamanie przykazania czystości może na nią ściągnąć klątwę zazdrosnej bogini, całym ciałem przywarła do Kreteńczyka. Krągłe piersi przycisnęły się do jego torsu, a uniesione uda otuliły mu biodra. Przez swoją suknię i jego tunikę czuła podniecenie fechmistrza.

Obrócili się na trawie, wciągnął ją na siebie. Klęcząc, objęła go udami i uniosła się na wspartych o ziemię, wyprostowanych rękach. Spojrzała mu w oczy i dostrzegła w nich płomień. Nie wątpiła, że i on widział w jej oczach namiętność, która wzbierała od dawna, by wreszcie wziąć ją we władanie. Przestała martwić się o konsekwencje i po trzy razy zastanawiać się nad każdym krokiem. Pozwoliła się nieść porywczemu prądowi zdarzeń. Czciła teraz Afrodytę, zrodzoną z piany kochankę, a nie Artemidę, dziewiczą łowczynię.

Kreteńczyk uniósł rękę i sięgnął do wiązań szaty na ramieniu Ismeny. Ich rozplątanie zajęło mu ledwie parę chwil – widać było, że nie pierwszy raz rozdziewa kobietę. Suknia zsunęła się z prawego ramienia i odsłoniła ciężką, bujną pierś. Ismena poczuła, że się rumieni. Od lat nikt – poza Korinną i niewolnicami służącymi jej w kąpieli – nie oglądał nagości pierwszej kapłanki. Nim jednak zdążyła naprawdę się zawstydzić, Aratos podniósł się i ucałował jasnobrązowy sutek. Wziął go między wargi i przygryzł delikatnie, aż zakwiliła z podniecenia. Wspierał się na jednym łokciu. Druga ręka spoczęła na udzie kobiety i zaczęła zbierać jej szatę, stopniowo podciągając ją ku górze.

Brodawka pozostająca między ustami Kreteńczyka zesztywniała i stała się twarda niczym pestka oliwki. Mężczyzna obnażył również jej drugą pierś i zajął się nią w ten sam sposób. Ismena gorączkowym ruchem chwyciła go za głowę i przycisnęła mocniej do swego biustu. Jej ciało drżało z pożądania. W dole brzucha czuła rosnące z każdą chwilą ciepło. Pochyliła się i wyszeptała do ucha Kreteńczyka:

– Proszę, nie każ mi czekać dłużej…

Ponownie się obrócili i Aratos znalazł się nad Ismeną. Uklęknął i oburącz chwycił za skraj jej długiej sukni. Pozwoliła mu podciągnąć szatę wysoko w górę. W ten sposób odsłonił długie nogi pierwszej kapłanki. Spoglądał na nie coraz bardziej rozpalony. Chciał odsłonić również łono, lecz chwyciła za tkaninę i nie pozwoliła unieść jej wyżej. Wciąż jeszcze została w niej jakaś odrobina wstydu. Mężczyzna nie naciskał. Ściągnął przez głowę swą tunikę i rzucił ją gdzieś w bok. Nagi pochylił się nad kochanką. Szerzej rozchyliła uda, by przyjąć go w sobie. Jedną ręką naprowadził penisa na właściwe miejsce. Twarda żołądź otarła się o miękkie, wilgotne już wargi sromowe. Popatrzył jej w oczy, jakby chciał się upewnić, czy naprawdę tego chce. Niezdolna, by wydać z siebie choćby krótkie „tak!”, skinęła tylko głową.

Pchnął. Niezbyt mocno, by nie sprawić bólu, lecz na tyle, by zacząć zagłębiać się w jej wnętrzu. Gdy zrobił to po raz wtóry, docierając dalej, wydała z siebie spazmatyczny jęk. Jej palce zacisnęły się na ramionach mężczyzny, który właśnie ją zdobywał i dla którego złamała najświętsze zakazy. Uda przywarły do jego bioder, uwięziły je w namiętnym objęciu. Ismena odchyliła głowę w bok, oddając szyję gorączkowym pocałunkom Aratosa. Czuła w sobie jego sztychy, coraz bardziej zdecydowane, w miarę jak poznawał jej ciało i upewniał się, jak daleko może się posunąć. Zamknęła oczy.

Kolejnymi pchnięciami zagłębiał się w wilgotną ciasność pierwszej kapłanki. Dyszał z wysiłku, między pocałunkami łapczywie zaczerpywał powietrza. Słońce paliło mu nagie plecy, lecz nie zważał na to. Liczyła się tylko Ismena. Ach, jakże jej pragnął! Od pierwszej chwili, gdy ujrzał ją na schodach świątyni Artemidy. A teraz wreszcie mu uległa! W jednej chwili puścił w niepamięć zdradę, tajemne rozmowy z Filoną, grę na dwa fronty. Czyniła to, co musiała, by zapewnić bezpieczeństwo Korinnie. A teraz – głęboko w to wierzył – czyniła to, czego z całej duszy łaknęła. Z miejsca odrzucił wszelkie wyrachowane pobudki, jakie mogła żywić. Ich zespolenie było zbyt wspaniałe, by mogło zrodzić się z czegoś innego niż czyste i szczere pożądanie.

Znów objęła szyję kochanka i mocniej przyciągnęła go ku sobie. Prosto do ucha wyjękiwała mu swą coraz intensywniejszą przyjemność. To zaś zachęcało go do zwielokrotnienia wysiłków. Przybierające na sile oraz stanowczości sztychy wstrząsały ciałem pierwszej kapłanki. Jej szparka ciasno otulała penetrującą ją męskość. Piersi rozpłaszczyły się pod naporem Kreteńczyka, a twarde brodawki wciskały się w jego tors.

Ich lędźwie płonęły. Ugaszenia owego pożaru mogli szukać wyłącznie w sobie nawzajem. W pewnej chwili Ismena poczuła na szyi namiętne ukąszenie. Nawet nie pomyślała, że zostanie ślad, który może wzbudzić czyjąś ciekawość. Jęknęła tylko donośnie i wzmocniła uścisk swych ud na biodrach Aratosa. Zbyt zatraciła się w rozkoszy, by logicznie rozumować. Fechmistrz również nie był do tego zdolny. Ogarnął ich zesłany przez Afrodytę szał, miłosny obłęd, uderzający do głowy niczym najsłodsze wino. Gdyby ktoś postronny wszedł na polanę, nawet by go nie zauważyli. On za to mógłby się do woli napatrzeć, ucieszyć oczy podniecającym widowiskiem. Na szczęście, nikogo takiego nie było o tej upalnej porze dnia. Byli tu całkowicie sami, skryci przed światem za zasłoną z drzew i krzewów porastających Dziki Ogród.

Ruchy Aratosa stały się szybsze i bardziej gwałtowne. Ismena pojęła, że jej kochanek zbliża się do szczytu. Zanurzyła palce w białych włosach Kreteńczyka i odważnie przywarła ustami do jego ust. Unosił się i opadał na nią w coraz bardziej gorączkowym pędzie ku rozkoszy. Ona również ją odczuwała, choć innego rodzaju – było to doznanie długotrwałe, rosnące powoli, lecz nieprzerwanie, rozlewające się po całym ciele.

Mężczyzna zadrżał i po raz ostatni pchnął biodrami naprzód. Przyciągnęła go ramionami ku sobie, jakby chciała upewnić się, że nie opuści jej wnętrza. Jęknął przeciągle i zacisnął dłoń na spalonej słońcem trawie. Ismena czuła, jak dochodzi głęboko w niej. Westchnęła i z całej siły zacisnęła mięśnie. Szparka ciasno otuliła męskość Kreteńczyka, wzmagając jeszcze rozkosz, jakiej doznawał.

Kiedy jego pożądanie wypaliło się w ognistym spełnieniu, Aratos osunął się na kochankę, wyczerpany. Czuła na sobie jego ciężar, lecz wcale jej nie przeszkadzał. Gładziła dłońmi plecy kochanka i delikatnie całowała jego wargi. Miał zamknięte oczy, ale wiedziała, że nie zapadł w sen. Po chwili uniósł powieki, spojrzał na nią i uśmiechnął się.

– Ismeno…

Chciał powiedzieć coś więcej, lecz uniosła rękę i położyła mu dwa palce na wargach.

– Nic nie mów, mój kochany. To nie jest właściwy moment na słowa.

Leżeli tak jeszcze przez pewien czas, tuląc się w milczeniu i dzieląc ze sobą ostatnie iskry przyjemności. Członek Kreteńczyka zmiękł i wysunął się z pochwy pierwszej kapłanki. Kilka kropli nasienia spadło na jej podbrzusze. Zasłoniła swoje łono suknią, tak by Aratos nie dostrzegł jej sromu. Nie mogła mu dać wszystkiego. Był to widok zarezerwowany tylko dla Korinny.

– Przenieśmy się w cień tego głazu – szepnęła. – Inaczej do reszty spalisz sobie plecy.

Aratos zgodził się skwapliwie. Mimo zmęczenia poderwał ją z ziemi i na ramionach zaniósł w stronę wysokiej skały. Ismena zaś domyśliła się, że gdy odpoczną w chłodnym cieniu, Kreteńczykowi prędko wróci wigor. I choć z każdą chwilą spędzoną w Dzikim Ogrodzie rosło ryzyko wykrycia, była pewna, że i tym razem nie zdoła mu się oprzeć.

* * *

Chyba jeszcze nigdy przedtem Teatr Dionizosa nie musiał pomieścić aż tylu widzów. Nieprzeliczone tysiące przybyły, by ujrzeć ostatnie przedstawienia Wielkich Dionizjów, a także przyznanie nagród w konkursie tragicznym. Loża honorowa również pękała w szwach. Kiedy Dionizjusz wkroczył do niej wraz ze swym synem, początkowo nie było dla nich miejsca. Szybko jednak się znalazło: dwóch archontów tesmotetów podniosło się z ław. Skłonili się z szacunkiem przed strategiem i zaprosili go wraz z Demetriuszem na opróżnione siedziska.

Młody Falerończyk otrzymał od ojca nową tunikę, nieskazitelnie białą, z purpurową lamówką właściwą dla arystokraty. Niewolnice Dionizjusza wykąpały go, uczesały mu włosy i natarły ciało wonnymi olejkami, które nie przywodziły na myśl zniewieściałego Wschodu. Nie chciał tu przychodzić, wciąż bowiem miał w pamięci upokorzenie Menandra, ale nie zamierzył też urazić ojca, z którym dopiero co się pojednał. Obiecał więc, że obejrzą razem pierwszą sztukę, a potem uda się do domu swego przyjaciela, zobaczyć, jak ten się miewa. Dionizjusz przystał na to. Potrzeba mu było publicznej deklaracji jedności, przecinającej plotki o tym, jakoby poróżnił się z własnym synem. To zaś nie wymagało, by Demetriusz spędził w teatrze cały dzień.

Tym razem pojawienie się możnego oligarchy nie sprowokowało gwizdów i obelg ze strony publiczności. Najbardziej fanatyczni demokraci zgromadzili się w ogrodach Hiperejdesa, zaś pozostali woleli się nie wychylać. Za to opłaceni przez ludzi Dionizjusza klakierzy i pochlebcy (a także całkiem spora grupa nieopłaconych lizusów, którzy mieli nadzieję na przyszłe zyski) wznosili na jego cześć pochwalne okrzyki oraz bili brawa. Strateg przyjmował ich hołdy łagodnymi skinięciami głowy. Nie przeszkadzało mu, że te wybuchy entuzjazmu były interesowne, a nie zrodzone z autentycznej miłości Ludu. Nigdy nie pragnął być kochany przez tłumy – pożądał jedynie ich posłuchu. Otrzyma go bez względu na dawne zniewagi.

Aktorzy zaczęli grać, lecz Dionizjusz nie zwracał na nich uwagi. Przyglądał się zgromadzonym w amfiteatrze ludziom. Bogaci i biedni. Piękni i szpetni. Mieszczanie i wieśniacy. Zwolennicy oligarchii oraz demokracji. Życzliwi oraz wrodzy Macedonii. Jego współobywatele. A już wkrótce – poddani.

Co jakiś czas zwracał spojrzenie ku Demetriuszowi. On również nie potrafił skupić się na widowisku. Pomimo wszystkich odświeżających zabiegów niewolnic, widać było, że pada z nóg. Ubiegłej nocy nie zmrużył nawet oka, teraz zaś opuściło go skumulowane przez ostatnie kilkanaście godzin napięcie. Głowa kołysała mu się i opadała co chwila, gdy młodzieniec zapadał w krótki, niespokojny sen. W pewnej chwili ojciec położył mu dłoń na ramieniu.

– Chyba pora, byś udał się na spoczynek – szepnął. – Nie ma sensu, byś się tu dłużej męczył.

Nie dodał, że główny cel obecności jego syna w amfiteatrze został już zrealizowany. Ateńczycy ujrzeli, że Falerończycy się pojednali. Przy odrobinie szczęścia uda się także zachować w tajemnicy fakt ucieczki Eurynome. Dionizjusz rozpoczynał grę o najwyższą władzę. Nie życzył sobie, by rodzinne problemy stanęły mu na drodze.

Opuszczone przez Demetriusza miejsce prędko zostało zajęte przez jednego z tesmotetów. Strateg nawet na niego nie spojrzał. Jego myśli mknęły już w stronę następnego dnia. Wtedy to miało się odbyć Zgromadzenie Ludowe. Decyzje, które tam zapadną, zaważą na wszystkich jego planach. Poprzysiągł sobie, że za nic w świecie nie pogodzi się z porażką. Miał już serdecznie dość skrupułów Fokiona oraz lękliwego kunktatorstwa Demadesa. Skończył się czas wahania. Nadeszła pora rozstrzygnięć.

I jemu, Dionizjuszowi, z pewnością nie zabraknie determinacji, by osiągnąć wszystko, co sobie zamierzył.

* * *

Noc zapadła nad willą Hiperejdesa i otaczającymi ją ogrodami. Wraz z jej nadejściem zapłonęły liczne ogniska. Zebrani wokół nich mężczyźni zażarcie i do późna dyskutowali o wydarzeniach poprzedniego dnia. O okrucieństwie morderstw dokonanych przez oligarchów. I o przemowie Hiperejdesa, która do głębi poruszyła każdego z nich.

Słowa adwokata wciąż rozbrzmiewały im w uszach, drgały w sercach, ściskały gardła. Zawarł w nich swój gniew, ale też coś więcej: miłość. Zarówno dla chłopca zamordowanego przez wrogów, jak i dla państwa, którego był obywatelem. Hiperejdes opowiedział im o niej, prostymi słowami, bez erystycznych sztuczek, w których lubowali się demagodzy. Mówił szczerze, nie kryjąc niczego. Choć rozpacz podpowiadała mu, by maszerować na Ateny i z mieczem w dłoni szukać tam zemsty, troska o kraj zmusiła go do odrzucenia tych zamierzeń. Uniesie oręż tylko w ostateczności, nie w imię osobistego szczęścia, lecz po to, by ratować ojczyznę.

Jego słuchacze byli najbardziej zagorzałymi demokratami, a tym samym – patriotami. Tylko marynarze z Pireusu, od niemal półtora wieku związani ze sprawą rządów ludu, mogli z nimi konkurować, jeśli chodzi o pewność przekonań i stanowczość w ich obronie. Marynarze jednak byli daleko – wraz z główną częścią floty stacjonowali na wyspie Samos, pod wodzą oligarchy Ejschinesa. Tak więc to właśnie im, zgromadzonym w ogrodach Hiperejdesa, przypadło trudne zadanie obrony ateńskiego ustroju i niepodległości.

Adwokat uzmysłowił im, że tej nocy to oni właśnie są Atenami – tym, co najwspanialsze i najbardziej cenne w polis, którą mieniono Słońcem Hellady. Jutro zaś będą musieli dać z siebie wszystko. Ich bronią będą w pierwszej kolejności słowa i argumenty. Dopiero gdy te zawiodą, przyjdzie czas na miecze oraz włócznie. Do tego jednak, mówił Hiperejdes, także może dojść. Jeśli oligarchowie sprzeciwią się woli Ludu, dokonają zamachu na wolność powszechną. Są do tego zdolni, to nie ulegało wątpliwości. Skoro bez najmniejszych skrupułów mordowali współobywateli, czemuż mieli cofnąć się przed odebraniem im prawa do decydowania? Oni jednak nigdy się na to nie zgodzą. Wolność bowiem cenią sobie nad życie.

Siedzący wokół ognisk mężczyźni zapewniali się o tym nawzajem, składali sobie śluby wierności i niezłomnego oporu. Pito niewiele, nikt się nie upijał. W końcu udali się na spoczynek. Jutrzejszy dzień wymagać będzie od nich świeżych sił. Nie zapomnieli wszakże o wystawieniu wart, na wypadek gdyby oligarchowie raz jeszcze spróbowali krwawej konfrontacji.

* * *

Płomień strzelał wesoło, rzucając na ściany jaskini migotliwe refleksy. Tłuszcz ociekający z obracającego się na rożnie mięsiwa syczał, gdy kroplami spadał na palenisko. Dookoła roznosiła się smakowita woń.

Celtycki olbrzym kucnął przy ognisku i obracał rożen w dłoni. Z uwagi na panujący żar rozebrał się do naga. Krople potu perliły się na jego torsie, a płomienie odbijały się w głęboko osadzonych oczach. Wytatuowaną twarzą zwrócony był ku wejściu do jaskini. Nigdy bowiem nie zaniedbywał środków ostrożności. W zasięgu mocarnej prawicy leżał galijski miecz o szerokiej i długiej klindze. Ostrzył go o poranku tak zapamiętale, że iskry strzelały naokoło. Nieco dalej, na niewysokim głazie lśniła świeżo naoliwiona kolczuga. Pancerz, jakiego poza nim nie posiadł nikt w całej Helladzie.

Choć większość uwagi Brennusa skupiona była na przygotowywanym posiłku, natychmiast spostrzegł jakiś ruch przy wejściu. Uniósł gwałtownie głowę i zmrużył oczy, próbując przeniknąć nimi mrok. Na zewnątrz musiała już zapaść noc. Oderwał dłoń od rożna i sięgnął po rękojeść miecza. Objął ją palcami i zacisnął je. Nie spodziewał się, by ludzie Donizjusza odnaleźli jego kryjówkę na zboczach góry Oros, ale nie zamierzał ryzykować.

– To ja – usłyszał dźwięczny głos, należący bez wątpienia do młodej kobiety. – Odłóż broń, proszę.

Filona weszła w krąg światła rzucanego przez płomienie. Nadal miała na sobie szatę akolitki Artemidy, rozdartą teraz przy ramieniu. Na policzku dziewczyny Celt dostrzegł ciemniejący siniec.

– Kto ci to zrobił? – spytał niezdradzającym emocji tonem.

– A jak myślisz? Aratos z Hierapytny.

– Kazałem ci trzymać się od niego z daleka.

– Rozpoznał mnie w Świętym Okręgu. W pierwszej chwili rzuciłam się do ucieczki. Potem jednak dostrzegłam szansę i postanowiłam z niej skorzystać. Nie udało się.

Brennus zacisnął masywne szczęki. Wstał, ukazując się Filonie w całej okazałości. Nie próbując nawet zasłonić swoich genitaliów, okrążył palenisko i ruszył w jej stronę. Górował nad drobną Macedonką, tak jak dorosły ojciec góruje nad dzieckiem. Musiała zadrzeć głowę w górę, by spoglądać mu w oczy.

– Po co przysłano nas na Eginę? – zapytał ją, wciąż maskując swój gniew.

– W celu uwolnienia zakładników – odparła po krótkim wahaniu.

– Czy śmierć Aratosa z Hierapytny jest warunkiem koniecznym, by to osiągnąć?

Wzruszyła ramionami.

– Tak czy inaczej skończy się rozlewem krwi. Ismena odmówiła nam pomocy.

– Przedtem czy po tym, jak chciałaś zabić Kreteńczyka?

Tym razem przepełniająca go furia w pełni wybrzmiała w słowach.

– Przedtem! – odparła szybko, cofając się o krok. – Spotkałyśmy się przed świtem. Jej odmowa nie miała nic wspólnego z moim… niepowodzeniem. Zdołała uzyskać kontrolę nad Aratosem. Ma nadzieję, że to on ocali Korinnę.

– W takim razie nie mamy wyboru – Celt momentalnie ugasił płomień swego gniewu. Zrozumiał, że pozostała już tylko jedna droga i nie ma co rozpamiętywać innych. – Jutro uderzymy na święty okręg Artemidy. Rano udasz się do miasta i zwołasz moich ludzi.

– Musisz wiedzieć coś jeszcze. Najemnicy wkroczyli do świętego okręgu. Nie strzegą już tylko górskiej drogi.

– Tym lepiej – odparł stanowczym tonem. – Tam byli skoncentrowani. Bitwa z nimi drogo by nas kosztowała. W sanktuarium będą rozproszeni. Łatwiej będzie ich pozabijać.

– Nie zapominaj o Kreteńczyku…

– Nim zajmę się osobiście – Brennus łaknął starcia z fechmistrzem, o którym wiele słyszał w Atenach. Chciał przekonać się, który z nich jest lepszym wojownikiem. Jutro w końcu nastąpi rozstrzygnięcie.

Filona zdawała się czytać mu w myślach. Jej usta wykrzywiły się w kpiącym uśmiechu.

– Wy, mężczyźni. Zawsze gotowi do porównań, który ma większego fiuta.

Jej perlisty śmiech wypełnił jaskinię, po czym urwał się raptownie. Brennus spoliczkował ją na odlew, tak mocno, że osunęła się na kolana. Momentalnie do jej nozdrzy dotarła ostra woń męskości Celta. Olbrzym spoglądał na nią z góry, imponujący i groźny.

– Na razie możesz porównać, który z nas skuteczniej uczy cię pokory.

Milczała, lękając się, że harda odpowiedź ściągnie na nią kolejne razy. Brennus zamknął oczy. Perspektywa bliskiej walki działała nań bardzo podniecająco. Znów wciągnie w nozdrza woń rozlanej krwi, skrzyżuje miecze z przeciwnikami… z których być może jeden okaże się godnym tej próby.

Na razie jednak potrzebował kobiety.

Kiedy uniósł powieki i spojrzał w dół, dostrzegł, że jego członek pręży się w erekcji. A potem przeniósł spojrzenie na Filonę. Wpatrywała się w niego bez słowa. Teraz już obydwa jej policzki przybrały tę samą ciemną barwę świeżych sińców.

– Rozbieraj się i idź na posłanie – rozkazał. Sam zaś odwrócił się od niej plecami i podszedł do ogniska. Mięso było już gotowe. Zdjął je znad ognia i umieścił na pobliskim kamieniu, by ostygło. Później zaspokoi głód. Teraz jego lędźwie paliła inna potrzeba.

Macedonka podniosła się z kolan i ruszyła w stronę posłania, na które składało się kilka koców rzuconych na nagą skałę. Jeden z nich służył do przykrycia się, pozostałe oddzielały po prostu od twardego i zimnego podłoża. Podejrzewała, że śpi tu się ciężko i niewygodnie. Brennusowi najwyraźniej to nie przeszkadzało. Powoli zaczęła zsuwać z siebie szatę nowicjuszki. Choć nie pierwszy raz oddawała się Celtowi, teraz naprawdę się bała. Postanowił, że jutro będzie zabijał. Tej nocy będzie zatem szczególnie brutalny.

Zbliżył się do niej – wysoki, szeroki w barkach, długowłosy. Podobny mitycznemu Heraklesowi, który powstał spośród martwych. Spojrzała na jego męskość i zadrżała. Choć przez kilka miesięcy była ladacznicą w Atenach i poznała w tym czasie setki mężczyzn, żaden z nich nie był tak hojnie obdarzony jak Brennus. Nawet bożek Priap mógłby mieć powody do zazdrości. Jedną rzeczą było wszakże podziwiać tego olbrzyma. Zupełnie inną – wziąć go między uda.

Tej nocy Celt nie wypowiedział już ani słowa. Zmęczyło go mówienie, pragnął czynu. Uniósł rękę i chwycił Filonę za włosy. Zmusił, by opadła na kolana, a potem przysunął jej ogromnego penisa do ust. Choć otworzyła je naprawdę szeroko, i tak żołądź zmieściła się dopiero po kilku natarciach. Zaczęła ją lizać i masować wargami, całkowicie posłuszna niemej woli Brennusa. Uniosła dłonie i położyła je na twardych pośladkach mężczyzny. On zaś przyciągnął ją bliżej do swego krocza, zmuszając, by przyjęła go jeszcze głębiej. Był nieustępliwy w swych usiłowaniach. Wiedziała, że nie zdoła mu się w żaden sposób oprzeć. Co chwila traciła dopływ powietrza, lecz nie próbowała szarpać się ani wyrywać. Dopiero gdy dotarł do jej gardła, wycofał się, pozwalając dziewczynie zaczerpnąć tchu. Dyszała ciężko, nie patrząc mu w oczy. Bała się, że niebaczne spojrzenie może go sprowokować do większej gwałtowności.

Zdążyła wziąć jeszcze jeden haust powietrza i znów wypełnił jej usta sobą. Kilkoma stanowczymi pchnięciami wdarł się głębiej, tak że jego ciężkie jądra otarły się o podbródek dziewczyny. Ślina spływała po szerokim trzonie i kleiła ciemne owłosienie łonowe Celta. Filonie kręciło się w głowie. Kurczowo zaciskała palce na udach mężczyzny, czując, że za moment straci przytomność. Wątpiła, by w ogóle to zauważył. Zaczynało jej już ciemnieć w oczach, kiedy w końcu cofnął biodra. Penis wynurzył się cały spomiędzy jej warg. Przez dłuższą chwilę walczyła z odruchem wymiotnym, zgięta w pół. Łzy ciekły jej z oczu, krew biła w skroniach. W mocarnych dłoniach Brennusa była całkowicie bezsilna. Gdyby zechciał, z łatwością udusiłby ją własnym przyrodzeniem.

On jednak miał inne plany. Bezceremonialnie pchnął Filonę na posłanie. Opadła na nie plecami i natychmiast poczuła, jak bardzo jest niewygodne. Domyślając się, że Celt zaraz przygniecie ją swym ciałem, pospiesznie obróciła się na brzuch i uklękła, wypinając ku niemu pośladki. Lepiej otrzeć sobie kolana, niż pozwolić, by nierówności skalne wbijały jej się w kręgosłup. Chwycił ją za biodra i unieruchomił je. Nabrzmiała żołądź, wciąż mokra od śliny, przysunęła się do jej sromu. Otarł się kilka razy, a potem zaczął się w nią wpychać.

Filona uchwyciła w zęby rąbek jednego z koców. Zacisnęła je na nim z całych sił. Tylko to pozwoliło jej wytrzymać ból wywołany przez potężnego penisa, pospiesznie torującego sobie drogę w głąb jej pochwy. Kiedyś odczuwała dumę z tego, jak bardzo jest ciasna. Wielu kochanków ją za to chwaliło. Mówili, że spółkowanie z nią przypomina im zdobywanie nietkniętej jeszcze przez innego męża dziewicy. Teraz jednak przeklinała tę cechę własnej anatomii. Znowu poczuła wilgoć na policzkach. To nie tam mam być mokra, pomyślała z gniewem. Puść soki, ty mała dziwko. Puść soki albo on rozerwie cię na strzępy.

W końcu jej życzenie zaczęło się spełniać. Brennus poruszał się w niej z większą łatwością, jego członek przesuwał się w przód i w tył w coraz lepiej nawilżonej pochwie. Wciąż była bardzo ciasna, lecz penetracja przestała być już tak koszmarnie bolesna. Celt nadal przytrzymywał ją za biodra, uniemożliwiając jakąkolwiek inicjatywę, lecz Filona i tak nie próbowałaby już uciekać nimi do przodu. Przypomniała sobie, że lubi, gdy mężczyzna bierze ją mocno i zdecydowanie, gdy zdobywa jej ciało z bezlitosną stanowczością zrodzoną z żądzy. Wypuściła spomiędzy zębów rąbek koca i pozwoliła sobie na jęki, wyrażające zarówno słabnące na sile cierpienie, jak i wzmagającą się przyjemność.

 Olbrzymi mężczyzna przyspieszył tempo swoich sztychów. Penis wdzierał się w nią teraz aż po jądra, sięgał głębiej, niż jakikolwiek przed nim. To również było bolesne, na swój własny sposób. Mimo to Filona już się nie skarżyła. Sięgnęła ręką pod siebie, między uda. Odnalazła palcami kolczyk, który przechodził przez jej łechtaczkę. Zaczęła nim poruszać, podrażniając się i coraz mocniej podniecając. Czołem oparła się na kocu, zaś drugą dłoń skierowała na swą prawą pierś. Zaczęła ją ściskać i miętosić, to znów pociągać za sutek. Żałowała, że nie miała jeszcze jednej ręki. Dla niej również znalazłaby zastosowanie.

Pchnięcia stały się jeszcze mocniejsze, głębsze, bardziej natarczywe. Filona masturbowała się pospiesznie i pocierała opuszkami palców trzon olbrzymiej męskości Celta w chwili, gdy ta wbijała się w jej szparkę. Była mokra, i to bardzo. Miłosne soki spływały po jej udach. Teraz sama wychodziła na spotkanie Brennusowi i nabijała się na niego na tyle, na ile pozwalały jej dłonie mężczyzny. Żelazny uchwyt na biodrach dziewczyny rozluźnił się nieco, dając więcej swobody. Z ust Celta wyrwał się ochrypły krzyk.

Wdarł się w nią po raz ostatni i zamarł w bezruchu, niczym posąg herosa wykuty w marmurze. A potem zalał ją istnym potopem. Nasienie rozlało się po brutalnie rozciągniętej szparce Filony. Było go tak wiele, że nie mieściło się w niej i wyciekało mlecznobiałym strumieniem. Przez chwilę jeszcze poruszała biodrami, nadziewając się na wciąż twardą męskość. Ona także znalazła swą rozkosz, mimo całego bólu, który jej sprawił. A może właśnie za jego sprawą? Niczego już nie mogła być pewna.

Członek Brennusa wysunął się z niej, ciągnąc za sobą lśniącą nitkę nasienia. Osunęła się na koc, wyczerpana, oszołomiona, w pełni podbita. Celt wstał i z góry popatrzył na drobną, nagą dziewczynę, którą właśnie posiadł. Następnie zwrócił się ku wejściu do jaskini i ruszył w jej stronę. Wyszedł na chłostane wiatrem zbocze góry Oros. Nagi, z męskością wciąż wilgotną od soków Filony, stanął w ciemności. Po upalnym dniu nastała ciepła noc. Uniósł głowę i spojrzał w górę, na widoczny w oddali, ponad koronami drzew, święty okręg. Pogrążony we śnie, mroczny. Oświetlany jedynie przez pochodnie w rękach patrolujących go strażników. Z tej odległości wyglądały jak pojedyncze iskierki.

Już jutro, pomyślał Brennus, zaciskając dłonie w pięści. Dawno już nie czuł się tak pełen życia. Zaspokoiwszy cielesną żądzę, poczuł pragnienie zupełnie innego rodzaju. Wkrótce zmierzy się z najlepszym fechmistrzem w służbie Dionizjusza z Faleronu. Skrzyżują miecze i z pola walki zejdzie tylko jeden. Nie wątpił, że ich starcie będą po wsze czasy opiewać helleńscy poeci oraz celtyccy bardowie. I choć znudził się zabijaniem – od dawna już nie znajdował w nim tej przyjemności, jaką pamiętał z młodszych lat – czuł przecież, że odebranie życia Kreteńczykowi, po wspaniałym boju, który stoczą, sprawi mu prawdziwą rozkosz. Do tego właśnie został stworzony!

Już jutro. Niedługo. Za chwilę.

Przejdź do kolejnej części – Opowieść helleńska: Demetriusz XXI

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobry wieczór wszystkim Czytelnikom Opowieści helleńskiej! A także tym, którzy Czytelnikami nie będąc, zbłądzili w te strony. Kto wie, może zostaniecie dłużej? 😉

Oddaję w Wasze ręce następny, dwudziesty już rozdział przygód Demetriusza. W tym miesiącu będzie to niestety wszystko. Za to w następnym powinny pojawić się ni mniej, ni więcej, tylko 4 pełne rozdziały!

Po raz kolejny składam głębokie podziękowania Areia_Athene, która jest moim dobrym duchem, recenzentką i korektorką moich tekstów. Tym razem pracowała w naprawdę ekspresowym tempie.

A teraz zapraszam już do lektury!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Jutro nastąpi więc dopiero za miesiąc :). Teraz wiele osób będzie z niecierpliwością czekało na kolejne rozdziały, w kórych podejrzewam będzie dużo akcji, morderstw, zwrotów akcji i zaskoczenia.

Tak myślałem że Alkajos (choć teraz raczej Pelopidas 😉 się tutaj pojawi, bo pamiętam że w ostatnich częściach Opowieści Tais został wysłany na służbę do królowej Olimpias, choć szczerze przyznaje zapomniałem o nim już :).

Czyżby jednak miało dojść do konfrontacji Aratosa z Brennusem? Wiem że tego nie zdradzisz i każesz czekać na kolejne rozdziały ;).

A kolejna rzeźnia szykuje się w Atenach – demokracji kontra oligarchia.

daeone

Witaj, Daeone!

No niestety, mój cykl twórczy jest niestety czasochłonny i nie tak łatwo wrzucać kolejne rozdziały w takim tempie jak dotychczas 🙂 Tym bardziej,że na sierpień przygotowuję jeszcze coś specjalnego, co jest moim prywatnym oddechem od przygód Demetriusza. Ale wciąż będzie w helleńskich klimatach, bo nie zamierzam opuszczać tego uniwersum.

Powrót A. tudzież Pelopidasa domyka klamrę fabularną otwartą w Opowieści Tais. Uznałem,że najwyższa pora, by wykorzystać owe monstrum, tym bardziej, że nadchodzi czas wielkich konfrontacji. Oczywiście nie zdradzę, czyich konfrontacji. Powiem tylko, że szykuje się w tym względzie parę niespodzianek 😀

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Dzień dobry Megasie!

Cudowny rozdział, wspaniały początek – uwielbiam gdy we wprowadzeniu jest opis tego wyjątkowego miasta i jego mieszkańców. A tu, już po tym początku było widać że reszta będzie bardzo, bardzo ciekawa.

Powrót Filony, jak się cieszę że ponownie mogłem poczytać o tej fascynującej kobiecie. Jej rozmowa z Ismeną była bardzo ciekawa, emocjonująca wręcz (Filona to kolejna nieprzewidywalna osoba w Opowieści Helleńskiej) nie byłem pewny co się może wydarzyć – czy Filona nie zabiję kapłanki? Nie zabiła tym razem, ale z nią nigdy nie wiadomo 🙂

Lubię rozmowy Dionizjusza z Fokionem. Sędziwy strateg to chyba jedyna osoba która potrafi wpływać na Falerończyka, poskramiać jego gniew.

Arystoteles leczący Menandra. Podobał mi się opis leczenia w tamtych czasach, to było bardzo realistyczne. Biedny Menander. Znieczulanie przy pomocy wina tez warte wyróżnienia (czy w tamtych Atenach tak właśnie robiono, wino było jedynym znieczuleniem?).

Starcie Filony z Aratosem mistrzowskie! Gdy to czytałem czułem dużą ekscytację, ciekawy byłem bardzo jak to się skończy, miałem nadzieję że Filona nie zginie, Aratosa jednak też bym chciał jeszcze widzieć w Opowieści Demetriusza. Na szczęście "macedońskiej żmii" udało się uciec.

No! I na reszcie powraca Alkajos. Długo musieliśmy na Ciebie Alkajosie czekać 🙂 Lubię jego relację z delfickim pięknisiem, dwa potwory, jakże inne, ale oba tak samo potworne. Bardzo dobre było miejsce w którym ukrywał się kapłan – Biedny Kritias 🙂 Podobały mi się też prostackie docinki Alkajosa do Delfijczyka, oni się jednak nie kochają 🙂 Ciekawi mnie też co Alkajos naprawdę sądzi o Kritiasie, czy dostrzega jego zło?

Bardzo mi się też podobało pogodzenie ojca z synem. Relacja Dionizjusza z Demetriuszem jest ciekawa od początku a ta scena tutaj była nawet trochę piękna. Myślę, że Dionizjusz ma jednak jakieś uczucia wobec swego syna niezwiązane z samą potrzebą zostawienia dziedzica, "dobrem rodu".
Świetna była reakcja Dionizjusza – gdy Demetriusz przyznał się do morderstwa i jego ojciec wziął syna w ramiona dumny i zadowolony z niego. Uwielbiam te "różnice kulturowe" 🙂

Wszystkie sceny z willi Hiperejdesa były piękne, naprawdę się wzruszyłem tą lojalnością ludu wobec niego. Tu chyba pierwszy raz sprawa związana z Ateńską polityką była szczera, pozbawiona cynizmu.
Natomiast rozbawił mnie smutek po śmierci Narkissosa. Opłakiwanie go jako niewinnej ofiary to było za dużo dla mnie bym mógł odczuwać jakikolwiek żal 🙂 Wyglądało jednak na to, że Hiperejdes go kochał. Szkoda mi ateńskiego adwokata, szkoda że nie miał teraz kogoś, kto by chociaż trochę zasługiwał na jego miłość.

No i znowu Filona, to kolejna z moich ulubionych postaci, chyba w którymś ze Swoich komentarzy Napisałeś, że będziemy mieli okazję dowiedzieć się o niej więcej, a także że coś ją uczyniło taką jaka jest teraz – mam nadzieję że dobrze pamiętam i że rzeczywiście coś takiego Napisałeś, bo bardzo bym chciał dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Jej relacja z Brennusem (za którym też już się stęskniłem) jest bardzo ciekawa, chociaż tutaj to Filona ewidentnie się go bała.
Ciekawy byłbym relacji wszystkich agentów Olimpias – Kritiasa, Filony, Brennusa, Tryfona i chyba Alkajosa – czy kiedyś się spotkają lub czy kiedyś zobaczymy jeszcze jakieś nowe ich "układy" – np. Kritiasa z Filoną, Alkajosa z Brennusem?
Scena sexu (czy bardziej gwałtu) Filony z Brennusem była bardzo mocna, ale ja akurat takie preferuję. Jak zwykle u Ciebie, była też świetnie opisana. Podobało mi się również, że Macedonka zaczęła też w pewnym momencie odczuwać rozkosz i nawet wykazywać inicjatywę. To chyba jedyna kobieta z Opowieści Helleńskiej, która by to potrafiła z taką olbrzymią bestią jak ogromny Celt.
No i Brennus ma ochotę na walkę z Aratosem, tylko czy Kreteńczyk miałby jakiekolwiek szanse? Jest wciąż osłabiony po otruciu – nie wrócił do pełnej formy. I czy Brennus o tym wie, zdaję sobie sprawę z tego że Aratos będzie słabszy niż kiedyś?
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że do tej walki bynajmniej nie musi dojść 🙂

Witaj, Aoba!

Długo czekałem z powrotem Filony, ale wreszcie wraca do akcji, podobnie jak pozostali agenci Olimpias. To jedna z moich ulubionych bohaterek Opowieści Demetriusza, choć oczywiście negatywna: w przeciwieństwie do innych pań to postać działająca, aktywna, mająca w sobie szczyptę szaleństwa. Seksualnie uległa, ale poza sferą alkowy spiritus movens różnych wydarzeń. No i strasznie na Aratosa cięta – już dwa razy prawie udało jej się go zabić. Co do przeszłości Filony: w jednym z rozdziałów zawarłem jej skróconą biografię. Dwórka Olimpias na dworze macedońskim w Pelli, a potem na dworze epirockim w Passaronie, wybrana przez Tryfona na swą agentkę. Tryfon przemocą zmusił ją, by została prostytutką. Później rozsmakowała się w tej roli, lecz wątpię, by kiedykolwiek mu to wybaczyła. A co do spotkań agentów Olimpias… Kritias i Alkajos płyną na Eginę. Brennus i Filona już tam działają – więc jest pewne prawdopodobieństwo. Natomiast Tryfon siedzi u dzikich Dardanów i podburza ich przeciw Macedonii, a to przecież drugi koniec helleńskiego świata. Not a fat chance.

Powrót Alkajosa to kolejny come back z którym czekałem, czekałem, aż w końcu uznałem, że czekać dłużej już nie można 🙂 W ten sposób Alkajos staje się chyba jedyną postacią, która przewija się przez wszystkie Opowieści (Kassandra, Tais, Demetriusza) we własnej osobie. Urósł mi ten macedoński sadysta. Może nawet za bardzo. No, ale lubię o nim pisać. Co Alkajos myśli o Kritiasie? Z pewnością nim gardzi, jak każdym, kto nie potrafi zmierzyć się z nim w walce. Ale jednocześnie go potrzebuje – na tyle, by na razie być wobec niego lojalnym. No i dzięki sadystycznym żądzom Kritiasa on również jest w stanie nasycić swą potrzebę okrucieństwa. Używając fejsbukowej nomenklatury, myślę, że ich związek można określić sformułowaniem "to skomplikowane" 😀

Relacje Dionizjusza z Fokionem również są złożone. Z jednej strony Dionizusz szanuje starszego stratega i jest świadom, że tamten posiada więcej prestiżu i politycznego kapitału, niż on sam. Z drugiej – uważa go za politycznego naiwniaka, któremu ciążą polityczne skrupuły. Fokion nie tyle powściąga gniew Dionizjusza – on po prostu zmusza swego młodszego kolegę, by odłożył swoje plany na później. Kiedy już wyzwoli się spod kurateli dobrotliwego starca.

Demetriusz i Dionizjusz… to cała historia. Dołożyłem starań, by ten związek był trudny dla obydwu. Z jednej strony wygórowane oczekiwania i poczucie zawodu tym, że syn do nich nie dorasta. Z drugiej strony podskórny żal za emocjonalny chłód i niezgoda na bezwzględność ojca. Ich spotkanie to istna komedia pomyłek – Dionizjusz jest dumny z syna za coś, o czym ten chętnie by zapomniał. Z kolei Demetriuszowi zdaje się, że ojciec porzucił mrzonki o jedynowładztwie. Obaj mylą się co do drugiego. Jak długo będą pozostawali w błędzie?

No i Hiperejdes. Pełen wątpliwości bohater ludu, który nie potrafi widzieć zła w tych, których miłuje. Mam wrażenie, że najszczęśliwszy byłby z Demetriuszem, który nie ma w sobie nic (albo bardzo niewiele) z Narkissosa. Niestety, ten związek zniszczył Dionizjusz. To kolejny, obok politycznych, powód dla wzajemnej niechęci tych panów.

Brennus i Aratos to jeden z wątków, po których wiele sobie obiecuję, więc nie napiszę tutaj nic, by nie wypuścić najmniejszego spoilera 😀

Dzięki za entuzjastyczną recenzję! Ze swej strony mogę obiecać, że dołożę wszelkich starań, by następne rozdziały Opowieści Demetriusza dotarły na NE bez opóźnień!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Witaj Megasie,

Ja też bardzo lubię Filonę i cieszę się, że wróciła. Bardzo jestem ciekawy jaka przypadnie jej rola w szykującej się walce. Co będzie gdy (jeśli) przybędą Kritias i Alkajos…Oj, spodziewam się że cokolwiek się wydarzy, będzie to fascynująca lektura dla mnie 🙂
Przeszłość Filony, pamiętam ten rozdział, to była chyba IX część. Błędnie wydawało mi się że Twój komentarz w którym Pisałeś o zamiarze pokazania jej historii był już po tym, musiałem się pomylić.
Więc nie należy się już spodziewać żadnych "flashbacków" do przeszłości Filony?
Agenci Olimpias się znają? Więc zapewne mają jakieś relacje już między sobą. Chciałbym zapytać, ale pewnie będę miał okazję się dowiedzieć w przyszłych rozdziałach.
Czyli nigdy już Tryfona nie zobaczymy? Może w jakiejś przyszłej "Opowieści" jest szansa?

Rzeczywiście, Alkajos okazuję się być trochę klamrą spinającą całą Opowieść Helleńską 🙂
Alkajos jest postacią która sporo wnosi do akcji, niby jest tępym sadystą i rzeźnikiem, ale jednak – być może z powodu skali jego sadyzmu – kiedy się pojawia emocje są gwarantowane. Ja się cieszę że jest 🙂 Podobnie jak Kritias – chociaż jak dla mnie pięknemu kapłanowi ciężko dorównać – jest świetnym złoczyńcą. Na pewno nie pozostawia obojętnym a to, w takiej roli, chyba najważniejsze.
Rozumiem też, że jest to postać która zaczęła w pewnym momencie "żyć własnym życiem" i wyszła poza początkowo przypisaną jej rolę?

Fokion to chyba jedyny z przywódców oligarchów którego szanuję Dionizjusz?

Relacje Demetriusza z Dionizjuszem lubiłem od początku. Dionizjusz i uczucia, to zawsze jest ciekawe, zarówno jego związek z Kleopatrą, z Euronyme no i z synem. Są tak kompletnie różni z charakteru, to ich niezrozumienie. Zawód jakim jest Demetriusz dla ceniącego siłę, bezwzględność, zdecydowanie i pewność siebie Dionizjusza. I jego radość gdy, nieraz przypadkowo, odnajduję w nim te cechy. To też, że do końca nie wiem czy w nim jest ta rodzicielska, bardziej bezwarunkowa miłość do Demetriusza (ja myślę, że trochę jej jest).

Demetriusz z pewnością nie jest psychopatą jak Narkissos 🙂 Ale czy sam Demetriusz byłby w związku z Hiperejdesem szczęśliwy, gdyby on wciąż trwał?

Wiem, że niestety w tym miesiącu już nie będzie następnego rozdziału, ale podobno w przyszłym mają być aż cztery 🙂

Pozdrawiam
Aoba

Witaj ponownie, Aoba!

Flashbacków Filony nie należy wykluczać – jak długo postać jest w grze, różne rzeczy mogą się wydarzyć. Rozumiesz jednak, że nie mogę zdradzić już nic więcej – i tak w moich poprzednich wypowiedziach znalazło się sporo spoilerów 🙂

Czy agenci Olimpias się znają? Tryfon zna Filonę, Brennusa oraz najprawdopodobniej Kritiasa. Kritias – Tryfona i Alkajosa, choć jest też świadom istnienia Filony i Brennusa, do których odnosi się jako do "agentów na Eginie".

Moje czarne charaktery zwykle zaczynają żyć własnym życiem. Alkajos miał być tylko epizodyczną postacią w Opowieści Kassandra, nim jakimś cudem pojawił się jako jednooki łowca nagród w Opowieści Tais. Kritias natomiast miał równie niewielką rolę u Tais, ale pod koniec podjąłem decyzję o powiązaniu go z Olimpias, przez co awansował również do Opowieści Demetriusza. Ja po prostu zbyt lubię klamry fabularne spinające różne serie, by moi niegodziwcy mogli ograniczyć się do jednej z nich 🙂

Nie jestem pewien, czy Dionizjusz szanuje Fokiona. Obecnie uważa go za zbyt miękkiego i politycznie naiwnego. Ale to na pewno jedyny oligarcha, z którym się liczy. A to chyba jakaś odmiana respektu. Nie jestem również pewien, czy ten facet jest zdolny do bezwarunkowej miłości do syna. Na pewno zapewnił mu "zimny chów".

Czy Demetriusz byłby szczęśliwy z Hiperejdesem? Dobre pytanie. Taki związek zapewne nie przetrwałby długo, właśnie dlatego, że relacje homoseksualne w Atenach miały charakter pederastii – łączyły starszych mężczyzn z młodzieńcami. Gdy Demetriusz nieco by dojrzał, straciłby dla swego kochanka znaczną część powabu. A i on pragnąłby czegoś więcej.

Istotnie, we wrześniu mają być cztery rozdziały. Wish me luck 🙂

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Witaj Megasie,

To już nic tutaj, w tej sprawie, nie pytam, nie będę kusił spoilerów 🙂 Cieszę się, że szansa na flashbacki jest 🙂

Uważam, że to bardzo dobrze iż postacie "przechodzą" z jednej Opowieści do drugiej. Zawsze miło zobaczyć starych – a zwłaszcza lubianych – znajomych. To także pokazuję, że dana Opowieść jest tylko częścią wielkiego helleńskiego (i nie tylko) świata. Ciekaw jestem bardzo jakie jeszcze spotkania z postaciami z poprzednich Opowieści mogą się pojawić w aktualnej historii czy jakiś innych, przyszłych Opowieściach.

Co do Dionizjusza to też mi się nie wydaję, że byłby zdolny do takiej miłości. Ale sądzę, że nie jest to uczucie mu absolutnie obce, że były przynajmniej chwile w jego życiu gdy (nawet nieświadomie) kochał Demetriusza bezwarunkowo. Chociaż takie uczucie na pewno byłoby sprzeczne ze wszystkim w co Dionizjusz wierzy.

Co do Hiperejdesa i Demetriusza to gdyby ich związek potrwał dłużej to jest przynajmniej szansa że Hiperejdes by się nigdy z Narkissosem nie związał więc chociaż z tego powodu by mu to wyszło na dobre.

W takim razie trzymam kciuki aby udało Ci się zrealizować plan i by te cztery rozdziały powstały na czas.

Pozdrawiam
Aoba

Wspaniały rozdział – powracają starzy, dobrzy znajomi, intryga robi się coraz gorętsza i ciekawsza no i oczywiście to wszystko (zwłaszcza rewelacyjne postacie) doskonale napisane. Tylko czemu aż cały miesiąc będzie trzeba czekać na ciąg dalszy 🙁
Żartuję oczywiście, na tak wysoki poziom pisarstwa to i dwa miesiące bym mógł poczekać. Ale już może nie więcej, nie wytrzymał bym 🙂

Pozdrawiam
Aoba

tomamor: w sumie to tylko jedno przychodzi mi do głowy: AHHHHHHHHHHHH…. ja gęsto, jak gorąco, atmosfera robi się tak gęsta, że jak wstrzymać oddech na kolejne x dni??? 🙂

W celu ulżenia w niełatwym oczekiwaniu, zaplanowałem pewną niespodziankę na 26 sierpnia. Brace yourselves!

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz

6 + 2 =