Opowieść helleńska: Demetriusz XVII (Megas Alexandros)  4.41/5 (74)

47 min. czytania

Jean Andre Rixens, „Śmierć Kleopatry”

Drzwi prowadzące do gynajkejonu, części domu przeznaczonej dla kobiet, rozwarły się z donośnym hukiem. Wpadł przez nie Dionizjusz, rozjuszony i gniewny.

– Gdzie ona jest? – ryknął do pierwszej z niewolnic, którą napotkał. Przerażona dziewczyna rozwarła tylko usta i nic nie odpowiedziała. Zniecierpliwiony strateg odepchnął ją brutalnie i ruszył w głąb niewieścich komnat.

– Eurynome! – zawołał głosem nawykłym do przekrzykiwania bitewnego zgiełku.

– Tu jestem, mój mężu – odpowiedziała spokojnie, podnosząc się z krzesła. W dłoniach trzymała jedwabny szal, który jeszcze przed chwilą ozdabiała misternym haftem. Przędzenie, tkanie i haftowanie były jedynymi zajęciami godnymi ateńskiej matrony. Eurynome osiągnęła w tej ostatniej czynności niemałą biegłość. Dionizjusz wszakże nawet nie rzucił okiem na jej dzieło.

– Co robiłaś wczoraj w świątyni Hestii? – warknął oskarżycielskim tonem. I ujrzał w oczach swej małżonki błysk panicznego strachu. Postanowił kuć żelazo, póki gorące: – Z kim widziałaś się na osobności? Nie próbuj kłamać, wszystko już wiem.

– Kto ci powiedział? – spytała, nagle pobladła.

Ruszył w jej stronę. Cofnęła się o krok i wypuściła szal spomiędzy palców. Strateg uniósł rękę i spoliczkował ją tak, że omal nie upadła.

– To nieistotne, ty nędzna wywłoko. Jeszcze się nie nauczyłaś, że wszędzie mam oczy i uszy? Świątynia Hestii nie jest wyjątkiem. A teraz mów. Nie traćmy czasu.

Niewiasta potarła policzek, a potem dumnie uniosła głowę.

– Spotkałam się z czcigodnym Kritiasem, przełożonym świątyni Apollina w Delfach. Usłyszałam, że jest w Atenach, więc posłałam do niego służącą z prośbą o audiencję. Udzielił mi jej w odosobnionym miejscu, by nie budzić publicznego zgorszenia. Żona stratega nie powinna być oglądana z obcym mężczyzną. Nawet jeśli w ich rozmowie nie ma niczego zdrożnego.

– A o czym to rozmawiałaś z „czcigodnym Kritiasem”? – zadrwił Dionizjusz. – Słyszałem co nieco o tym świątobliwym mężu. W Beocji i Fokidzie, krainach, gdzie dał się dobrze poznać, powiadają, że jego wierzchniej urodzie dorównuje tylko wewnętrzne zepsucie. Powiedz mi, droga Eurynome, na jakież to tematy mogłaś mówić z kimś takim jak on?

Przez chwilę małżonka spoglądała na niego ze słabo skrywaną wrogością. Ślad po jego uderzeniu zaczynał już ciemnieć.

– O pielgrzymce do Delf – odparła tonem urażonej cnoty. – Chciałam cię prosić, mężu, byś pozwolił mi udać się do wyroczni i złożyć tam godny dar. Pragnę dowiedzieć się od pytii, czemu bogowie nie pozwalają, bym stała się brzemienna.

– Piękna wymówka! Skoro twe zamiary były tak szlachetne, czemu mi o nich nie powiedziałaś?

– Wiedziałam, jak bardzo jesteś zazdrosny. Nigdy byś mi nie pozwolił spotkać się z człowiekiem o tak złej opinii. Bez względu na godność, jaką piastuje.

– To prawda! Nie pozwoliłbym! – znów poczuł, jak ogarnia go gniew. Tłumaczenia Eurynome wystarczały mu tylko przez parę chwil. Nawet jeśli nie dopuściła się zdrady, pozostawała jeszcze kwestia nieposłuszeństwa woli męża. Równie dobry powód, by rozwiązać ten przeklęty przez bogów związek. – A jednak wiedząc to, postanowiłaś działać.

– Tylko z miłości do ciebie! – naprawdę się starała, by zabrzmiało to szczerze. Ale znali się zbyt długo, by mogła go zwieść. – Niczego nie pragnę bardziej, niż być dobrą żoną! Dać ci synów, których ode mnie oczekujesz!

O nie, słodka małżonko, pomyślał, spoglądając jej w oczy. Teraz już mi się nie wymkniesz.

– Fakty pozostają faktami – stwierdził chłodno. – Bez mojej zgody widziałaś się z obcym mężczyzną. Kto zaświadczy, że dochowałaś mi wierności?

– Kritias – odparła po krótkim wahaniu. – Spytaj go, mój drogi mężu! Powie ci to samo co ja. Nic między nami nie zaszło.

– Jakież to wygodne! Kochankowie wspólnie głoszą uzgodnioną wcześniej wersję! Obawiam się jednak, że to nie wystarczy. Słowa delfickiego kapłana to słaby dowód twojej niewinności. Będzie jeszcze słabszy, gdy wytoczę Kritiasowi sprawę!

– Nie zrobisz tego! – krzyknęła zalękniona. – Nie zhańbisz mnie publicznym oskarżeniem!

– Sama się zhańbiłaś, niewierna suko!

Chciała mu odpowiedzieć, lecz żadne słowa nie padły spomiędzy jej rozchylonych warg. Stała przed Dionizjuszem w bezruchu, a spory siniec ciemniał jej na pobladłym licu.

– Możesz uniknąć publicznego upokorzenia – rzekł po dłuższej chwili. – Jeśli twój ród zgodzi się na cichy rozwód bez zwrotu posagu i dalej będzie mi udzielał politycznego poparcia, zapomnę o całej sprawie. Wrócisz do domu ojca i być może kiedyś wyjdziesz jeszcze za mąż, jeśli znajdzie się ktoś, kto zechce bezpłodną żonę.

Równie dobrze mógłby ją znów spoliczkować. Milczała, zaciskając zęby w bezsilnym gniewie.

– Jeśli jednak twój ojciec zapragnie zwrotu kwoty, którą wręczył mi w dniu ślubu – ciągnął Dionizjusz – a także przestanie mnie wspierać, będę musiał upublicznić swoje podejrzenia. Oskarżę Kritiasa o to, że cię uwiódł. A gdy już wygram proces, potraktuję cię tak, jak zwykło się czynić z niewiernymi żonami. Własnoręcznie uduszę. I nikt, nawet najbliższa rodzina, nie powie słowa w twej obronie.

Eurynome zbladła jeszcze bardziej. W jej oczach dostrzegł przerażenie. Uznał, że najwyższa już pora kończyć występ.

– O ile mi wiadomo, Kritias zostanie w Mieście do końca Dionizjów. A zatem zostały ci dwa dni: dziś i jutro. Na twoim miejscu wykorzystałbym je, by przekonać ojca.

Skończywszy mówić, obrócił się na pięcie i nie czekając na odpowiedź, opuścił gynajkejon. Odchodząc, czuł na plecach nienawistne i zatrwożone zarazem spojrzenie swojej żony.

Dopiero na wewnętrznym dziedzińcu willi zaczął się zastanawiać, czy gdyby doszło do najgorszego, byłby w stanie spełnić swoją groźbę. W końcu przeżył z Eurynome kilka długich lat. To prawda, że nie dała mu szczęścia. W łożu była pruderyjna oraz nieruchawa. Brakowało jej zdolności i talentów, za które cenił kobiety. Nie urodziła mu też upragnionych synów. Ale zadać jej śmierć? Własnymi dłońmi przeciąć nić jej życia? Nie znajdował w sobie dość nienawiści, by tego dokonać.

Eurynome nie miała podobnych dylematów. Gdy tylko jej mąż wyszedł z komnat niewiast, przypomniała sobie o sygnecie otrzymanym od Kritiasa. A także o jego sypkiej zawartości. Złoty pył. Ulubiona trucizna perskich królów… Dionizjusz sam zakreślił czas, w którym musi się to stać. Dwa dni. Dziś albo jutro.

Atenka nie zamierzała nawet próbować rozmowy ze swym ojcem. Zbyt dobrze go znała. Był twardym, skrajnie konserwatywnym arystokratą, bardzo dbającym o to, co mówią o nim ludzie. Z pewnością przystałby na propozycję Dionizjusza, by chronić swoje dobre imię. Jednak dla Eurynome powrót do jego domu bynajmniej nie oznaczałby wyzwolenia z niechcianego związku, ale rychłą śmierć. Ojciec nie tolerował członków rodu, którzy obrazili publiczną moralność. Nie miałby zatem litości dla splamionej cudzołóstwem córki.

Żadna z alternatyw zakreślonych przez Dionizjusza nie dawała jego żonie szans na ujście z życiem. Jedyną możliwością było prędkie owdowienie. Tak więc dla Eurynome nastał czas działania.

Właściwie, dlaczego miała czekać do jutra?

* * *

Nim opuścili posłanie, kochali się raz jeszcze. Korinna była zafascynowana nowymi, nieznanymi jej przedtem doznaniami. Kreteńczyk zaś właśnie zamknął długi okres seksualnej ascezy. Pragnął nasycić się młodym ciałem kochanki, nadrobić stracony czas. Wciąż jeszcze był zawieszony między snem i jawą, nie w pełni świadom tego, co właśnie się wydarzyło. Opamiętanie – i zrozumienie wszelkich konsekwencji ich nierozważnego czynu – miało przyjść dopiero później.

Ponieważ Aratos był wyczerpany po pierwszym zbliżeniu (trucizna wciąż jeszcze płynęła w jego żyłach), Korinna przejęła inicjatywę. Wsunęła się na mężczyznę i uklękła w rozkroku nad jego biodrami. Członek Kreteńczyka znów wznosił się w erekcji, jakby nie dotyczyło go osłabienie pozostałych mięśni ciała. Młódka objęła go dłonią i nakierowała na siebie. Nie od razu się to udało – nadal bowiem była niedoświadczona – w końcu jednak żołądź wtuliła się między jej dolne wargi. Wówczas zaczęła osuwać się w dół, nabijając się powoli na wyprężoną męskość. Fechmistrz zacisnął palce na biodrach dziewczyny i łapczywie zaczerpnął powietrza.

Drugie zbliżenie trwało dłużej niż pierwsze. Korinna pochyliła się lekko do przodu i wsparła dłonie o tors kochanka. Unosiła się i opadała w niespiesznym tempie, spod opuszczonych powiek obserwując reakcje Kreteńczyka. Co pewien czas zaprzestawała tych regularnych ruchów i próbowała nowych rzeczy: a to kołysała biodrami na boki, a to próbowała zaciskać szparkę na penetrującym ją członku. Badała, co sprawia jej wyjątkową przyjemność, a co intensyfikuje rozkosz Aratosa. Mężczyzna z zachwytem przypatrywał się jej zabiegom: nigdy jeszcze nie spotkał dziewczyny tak odważnej w poszukiwaniach. Hetery oraz pornai, z którymi spędzał czasem noce, były już doświadczone i oferowały mu szeroki asortyment swych talentów. Dziewice, które pozbawiał niewinności, były najczęściej tak zawstydzone, że potrafiły tylko leżeć w bezruchu i czekać, aż on skończy. Córka Demostenesa była inna. Nie wahała się przed eksploracją nowych terytoriów. Nie zważała na to, że mógłby uznać ją za rozpustnicę. Zaspokajała po prostu swą ciekawość. A przy okazji – jego żądzę.

Pragnąc się jej odwdzięczyć, zsunął rękę między rozchylone uda dziewczyny. Dotknął kciukiem sromu, po chwili poszukiwań odnalazł nabrzmiałą podnieceniem łechtaczkę. Zaczął ją pocierać, jednocześnie mocniej poruszając biodrami, głębiej penetrując pochwę Korinny. Efekt był niemal natychmiastowy. Kasztanowłosa wydała z siebie głośny jęk, potem kolejny. Pochyliła głowę do przodu i nerwowym ruchem odgarnęła kosmyk włosów, który zsunął się jej na policzek. Posłała Aratosowi ogniste spojrzenie. Odpowiedział jej szelmowskim uśmiechem.

Dyszała gorączkowo, czując, jak jej ciało zalewają spiętrzone fale przyjemności. Nie mogła uwierzyć w to, co się dzieje. Kreteńczyk pieścił ją niemal tak wprawnie jak Ismena, a do tego przez cały czas zagłębiał się w niej stanowczymi pchnięciami. Dotychczas czuła się panią sytuacji, miała wrażenie, że góruje nad kochankiem – nie tylko za sprawą pozycji, w jakiej spółkowali. Teraz jednak nie była już wcale pewna swej przewagi. Aratos dowiódł, że potrafi sprawić, by zakręciło jej się w głowie. Nie wiedziała, co o tym myśleć. Lecz za nic w świecie nie pragnęła, by przerwał to, co właśnie jej czynił.

Oderwała ręce od torsu Kreteńczyka i położyła dłonie na swych niedużych, lecz kształtnych piersiach. Zaczęła ściskać je i masować, tak jak zwykła to robić pierwsza kapłanka podczas ich namiętnych nocy. Drżała z coraz silniejszej rozkoszy, która zdawała się promieniować z okolic jej podbrzusza. Ruchy dziewczyny stały się gwałtowniejsze, mniej płynne, a bardziej szarpane. Nadziewała się z całej siły na męskość Aratosa, która wypełniała jej szparkę po brzegi. Z ust młódki raz po raz dobywały się głośne jęki. Czuła, że tym razem znajdzie się tam, gdzie nie dotarła poprzednio. Razem z mężczyzną wespnie się na sam szczyt. Będzie z nim dzielić ekstazę, którą przedtem dzieliła tylko z Ismeną.

Jeśli nawet zadała sobie pytanie, czy nie zdradzi w ten sposób swojej ukochanej, wątpliwość ta prędko znikła, rozpłynęła się we wszechogarniającej przyjemności. Korinna krzyczała, odrzucając głowę do tyłu i wbijając paznokcie w swoje piersi. Nagły ból zmieszał się z rozkoszą, tworząc niepowtarzalną mieszankę. Aratos zadrżał, dochodząc niemal w tej samej chwili. Ponownie wytrysnął głęboko w pochwie dziewczyny. Jeszcze jedno niebezpieczne szaleństwo, które w przyszłości mogło go drogo kosztować.

Zmęczona intensywnością doznań, kasztanowłosa osunęła się na Kreteńczyka. Wtuliła się w jego pierś i szyję.

– Dziękuję – wyszeptała. W odpowiedzi objął ją ramieniem. Leżeli długo w ciszy, a ich ciała stygły po ognistym zespoleniu. Za oknem słońce dotarło już prawie na najwyższy punkt nieboskłonu.

– Muszę już iść – oznajmiła w końcu, zaś smutek w jej głosie wydał się Aratosowi szczery. – Pierwsza kapłanka zacznie się niepokoić, jeśli szybko mnie nie zobaczy.

– W takim razie biegnij. Za nic w świecie nie chciałbym burzyć spokoju Ismeny – odparł Kreteńczyk. Po chwili zaś dodał: – Kiedy znów się spotkamy?

Zawahała się tylko na moment.

– Przyjdę do wieczornych obrzędach.

– Będę na ciebie czekał.

Wsparty na łokciach patrzył, jak Korinna wstaje z łoża, schyla się, by podnieść z podłogi białą szatę akolitki, a potem wsuwa ją na siebie przez głowę. Do ostatniej chwili cieszył oczy jej nagością. Gdy była już odziana, wygładziła suknię na swym biuście oraz brzuchu. Obejrzała się ku mężczyźnie i napotkała jego wzrok. Uśmiechnęła się i rzekła:

– Jesteś lepszym człowiekiem, niż o tobie mówią, Aratosie z Hierapytny.

A potem czmychnęła w stronę drzwi. Po chwili już jej nie było. Kreteńczyk opadł na posłanie i zamknął oczy. Przez pewien czas zastanawiał się nad słowami młodej zakładniczki. W końcu jednak wyczerpanie po dwóch stosunkach zatriumfowało. Ponownie zapadł w sen, tym razem jednak wolny od fantazji i majaczeń.

* * *

– A więc Demetriusz oddał pierwszeństwo Korojbosowi? I ogłosił to przed wszystkimi sędziami? – na wieść o postępku swego syna Dionizjusz z Faleronu skrzywił się z niesmakiem. Musiał przyznać, że było to bardzo w stylu tego młodzieńca. Wychowałem idealistę, słabeusza i głupca, pomyślał gorzko.

– Tak właśnie się stało, dostojny panie – potwierdził Mathaios, przyjaciel Demetriusza, będący zarazem płatnym informatorem jego ojca. – Powiedział: „poślijcie go do Delf, czcigodni arbitrzy. To jemu należy się zaszczyt reprezentowania Aten”. Tymi słowami przyznał mu zwycięstwo!

– Wystarczy. Zejdź mi teraz z oczu, chłopcze. Aszur dopilnuje, by twe usługi zostały wynagrodzone.

Rozmawiali w ogrodzie na tyłach falerońskiej willi. Mathaios złożył głęboki pokłon, a potem się oddalił. Niewiele brakowało, a upadłby przede mną na twarz, stwierdził z obrzydzeniem strateg. Ten lizus i sprzedawczyk uważa mnie chyba za perskiego króla, któremu podobają się tego rodzaju hołdy. I taka kanalia ośmiela się nosić dumne imię Ateńczyka! Kiedy już przejmę władzę, będę musiał rozprawić się z jemu podobnymi. Najwyższa już pora oddzielić ziarno od plew. Nawet, gdyby ulice miały spłynąć krwią.

Chociaż Dionizjusz z Faleronu chętnie posługiwał się zdrajcami, miał dla nich tylko pogardę. Prędko jednak zapomniał o Mathaiosie. Jego uwagę w pełni zaprzątnął syn. Cóż on sobie myślał? Dwoma niebacznie rzuconymi zdaniami przekreślił wielomiesięczne starania. Miasto wyśle kogoś innego, by reprezentował je na Igrzyskach Pytyjskich. Szansa na wspaniałą inaugurację publicznej kariery Demetriusza została bezpowrotnie utracona.

A już wydawało się, że wszystko zaczyna się układać! Eurynome została zastraszona i wkrótce będzie mógł się z nią rozwieść. Zgromadzenie Ludowe, które zbierze się w dzień po zakończeniu Dionizjów, okaże posłuszeństwo jego woli, uchwalając zbrojną pomoc dla Macedonii. Sojusz z północnym mocarstwem zostanie umocniony przez wspólną kampanię przeciw barbarzyńskim Dardanom. Niesmaczny skandal, jakim było wygwizdanie w teatrze, niedługo pójdzie w zapomnienie. Przed dumnym arystokratą z Faleronu otwierały się wspaniałe perspektywy.

Macedoński ambasador otwarcie mu zakomunikował, że Antypater chętnie widziałby na czele Aten silnego człowieka, takiego jak on. Dionizjusz od dawna snuł podobne plany, marząc o odsunięciu pozostałych oligarchów i zdobyciu pełni władzy. Teraz, z poparciem macedońskiego namiestnika Hellady, mógł wreszcie przystąpić do działania. Owa świadomość wprawiała go w stan bliski upojenia: po raz pierwszy od upadku dynastii Pizystratydów Attyka będzie mieć jednego pana! Może nie „króla” – obywatele nie znieśliby bowiem przywrócenia tytulatury z czasów Tezeusza – lecz wodza trzymającego pewnie stery polityki zagranicznej i wewnętrznej. Pod jego rządami Miasto rozkwitnie i zajmie należne mu miejsce pośród helleńskich poleis. A pewnego dnia – kto wie? – może stanie się tak silne, by uwolnić się od macedońskiej kurateli i sięgnąć po hegemonię nad całą Grecją.

Podjęcie tego tytanicznego dzieła wymagało jednak wielu wcześniejszych zabiegów. Wśród nich – przygotowania swego następcy i kontynuatora politycznej linii. Dionizjusz zawsze uważał, że władzę raz zdobytą należało utrzymać w obrębie rodu. Nie miał zatem wielkiego wyboru: musiał postawić na swego syna – bez względu na to, co o nim sądził. Fakt, że Demetriusz wcale nie pragnął tego zaszczytu, sam w sobie był niezwykle frustrujący. A teraz jeszcze ów incydent na bieżni. Czy w tym młodzieńcu nie ma odrobiny woli walki?

Nikt nie uwierzy w jego stanowczość oraz męstwo, jeśli będzie stale ustępował innym. Nikt nie będzie go darzył szacunkiem ani się go bał, jeśli jego przeciwnikom będzie się powodzić. A bez silnego, odważnego i zdeterminowanego następcy dzieło Dionizjusza będzie trwało tylko tak długo, jak on sam. Nie mógł na to pozwolić.

Nie ulegało wątpliwości, że chłopak zasłużył na nauczkę. Przez moment strateg rozważał ponowne odebranie mu Raisy. W końcu jednak zrezygnował z tego kroku. Demetriusz by go za to znienawidził. Zbyt mocno przywiązał się do tej Iliryjki. Podobny skutek przyniosłoby uderzenie w jego przyjaciela, Menandra. Pozostawała zatem tylko jedna możliwość.

Na wewnętrznym dziedzińcu willi natknął się na Miltiadesa z Rodos, który pod nieobecność Aratosa i Lizandra służył mu za dowódcę przybocznej straży. Rosły żołnierz wyprężył się na jego widok.

– Chcę widzieć Dziobatego Ophiona – oznajmił mu Ateńczyk. Po krótkim namyśle dodał: – Sprowadź go, ale dyskretnie. Nikt nie może go zobaczyć.

Nie życzę sobie, by gadano, że przyjmuję jednego z królów ateńskiego półświatka, pomyślał z irytacją. Kiedyś za kontakty z przestępcami odpowiadał Aratos z Hierapytny. Właściwa robota dla niegdysiejszego pirata i zbójcy. Pod jego nieobecność Dionizjusz musiał zajmować się tym osobiście. Nikomu nie ufał na tyle, by powierzyć mu owe niewdzięczne zadanie.

– Tak jest, strategu. – Miltiades był sprawnym wojownikiem, lecz brakowało mu polotu i własnej inicjatywy. Skoro jednak lepsi od niego zostali wysłani w ważne misje na Eginę i przylądek Tajnaron, nie było alternatywy dla Rodyjczyka. Dionizjusz musiał tylko pamiętać, by wydawać mu dokładne i precyzyjne rozkazy. Marnował przy tym mnóstwo słów, lecz dzięki temu miał pewność, że zostaną wykonane.

Odprawiwszy najemnika, udał się do swojej samotni. Domyślał się, że Ophion przybędzie najwcześniej za godzinę. W Atenach nie brakowało podłych spelun, w których mógł akurat przebywać. Uparty Miltiades będzie go szukał do skutku, a w międzyczasie Dionizjusz może się trochę odprężyć. Należało mu się to – choćby za triumf, który odniósł nad Eurynome.

Tak jak rozkazał, Kleopatra czekała w jego komnacie. Odziana była w niemal przezroczystą suknię z najcieńszego jedwabiu, odsłaniającą ramiona oraz dekolt. Dionizjusz mógł bez trudu podziwiać smagłe ciało Fenicjanki pod jasnoczerwoną tkaniną. Jej przedramiona zdobiły złote bransolety w kształcie węży, w uszach zaś lśniły kolczyki z rubinami. Egipska szminka oraz cień do powiek sprawiały, że wyglądała tajemniczo i bardzo pociągająco. Zatrzymał się w progu i milcząc, podziwiał egzotyczną urodę swojej faworyty. Ona zaś dygnęła przed nim wdzięcznie i po krótkim wahaniu dała upust swojej ciekawości:

– Czy informacje, które przyniosłam, okazały się przydatne, panie?

Kiedy indziej skarciłby ją za wścibstwo i wkładanie nosa w nieswoje sprawy. Może nawet by ją uderzył, żeby przywołać do porządku. Dziś nawet o tym nie pomyślał. Stała się jego wspólniczką. Miał wobec niej dług wdzięczności.

– Owszem – odpowiedział, wchodząc do pokoju i zamykając za sobą drzwi. – Już wkrótce moja urocza żona przestanie zatruwać nam życie.

Jego słowa przyniosły jej wyraźną ulgę. Uśmiechnęła się nieśmiało.

– Cieszę się twą radością, panie.

Podszedł do niej, przypatrując się zachłannie. Jakże piękna była tego wieczoru! Wprost nie mógł nasycić się jej widokiem. Gdyby bogowie uczynili ją Hellenką, mógłby – po obdarowaniu wolnością – uczynić z niej swą oficjalną konkubinę. Na taki zaszczyt nie mogła wszakże liczyć córka barbarzyńskiego ludu zamieszkującego azjatyckie wybrzeże. Jak zatem miał ją wynagrodzić za przysługę, którą mu wyświadczyła?

– Proś, o cokolwiek zechcesz – rzekł łaskawym tonem. – Przysięgam, że to otrzymasz, jeśli tylko będzie leżało w granicach moich możliwości.

Powiedział to pod wpływem impulsu. Zaraz jednak poczuł niepokój. A co, jeśli Fenicjanka poprosi go o wolność i o prawo powrotu w ojczyste strony? Musiał przyznać, że nie zawsze dobrze ją traktował… Kilka razy ukarał dziewczynę chłostą, poznała również jego ciężką dłoń. Na pewno było jej tu lepiej niż w korynckim domu rozkoszy, z którego wyciągnął ją Kassander. Mimo to byłoby całkowicie zrozumiałe, gdyby postanowiła skorzystać z okazji i na zawsze opuścić Helladę, gdzie spotkało ją tyle cierpień. W decydującej chwili poczuł, że za nic w świecie nie chciał się rozstawać z tą smagłolicą niewiastą o czarnych włosach oraz ciemnych oczach. Zrozumiał, że w jakiś tajemny sposób udało jej się związać go ze sobą. Mimo to słowa już padły. Nie mógł ich cofnąć. Ani tym bardziej złamać.

Kleopatra nie zastanawiała się długo.

– Pozwól mi zostać z tobą, panie. Przysięgnij, że nigdy mnie nie sprzedasz ani nie oddasz innemu. Nawet na jedną noc. Wiem, że nie mam prawa oczekiwać twej wierności… ale na zawsze chcę już należeć do jednego tylko męża – dostojnego Dionizjusza z Faleronu.

Tym razem to on poczuł ulgę. Zaraz potem przepełniła go wdzięczność i euforia. Intensywność tych doznań całkowicie go zaskoczyła. Od wielu już lat nie doświadczał równie silnych emocji. Ostatnim razem zdarzyło się to, gdy był efebem nieco młodszym od Demetriusza, beznadziejnie zakochanym w swym nauczycielu. Teraz wszakże był mężczyzną w sile wieku! Namiętności, które nim targały, jeszcze niedawno uznałby za słabość. Dziś nie był już tego taki pewny.

Postąpił krok w stronę Fenicjanki, objął jej szczupłą talię i stanowczo przyciągnął ku sobie. Przywarła doń całym ciałem, jej bujne piersi wtuliły się w jego tors, zaś smagłe ramiona oplotły szyję. Pocałunek, którym ją obdarzył, był mocny i czuły, zachłanny i nieustępliwy. Odpowiedziała z namiętnością równą jego własnej. Masowała język Ateńczyka swoim, smakowała jego wargi. Gdy ich lędźwie docisnęły się do siebie, natychmiast wyczuła podniecenie mężczyzny. Przyjęła to z wielką satysfakcją. Ona również była złakniona tego, co miało się zaraz wydarzyć.

– Chodźmy do łoża – szepnęła, gdy tylko ich usta oderwały się od siebie.

Dionizjusz pochylił się lekko, chwycił ją w pół i bez najmniejszego wysiłku uniósł w górę. Pod ścianą jego samotni umieszczono wąską, pozbawioną jakichkolwiek luksusów pryczę. Fenicjanka miała okazję dobrze ją poznać, bo parę razy uprawiali na niej miłość. Była twarda i niewygodna, we dwoje ledwie się na niej mieścili. Jej pan nie skierował się jednak ku pryczy. Mocno i pewnie trzymając Kleopatrę w ramionach, przeszedł do drugiej komnaty, będącej właściwą alkową. Po chwili ułożył dziewczynę na szerokim posłaniu, pod bogato haftowanym baldachimem.

Fenicjanka znała również to łoże. To właśnie w nim Dionizjusz próbował spłodzić potomka, jeszcze nim podjął decyzję o rozstaniu z Eurynome. Podczas tych zabiegów zawsze towarzyszyła im któraś z niewolnic. Miała ona za zadanie rozpalić żądze Ateńczyka i doprowadzić go na skraj rozkoszy, tak by w ogóle był zdolny do współżycia z żoną. Rola ta najczęściej przypadała Kleopatrze. Dziś wszakże niemiłe wspomnienia mogły pójść w niepamięć. Była jedyną kobietą w sypialni. Miała swego pana wyłącznie dla siebie.

Stojąc przy łóżku, zaczął się rozbierać. Czynił to prędko, z niecierpliwością zrodzoną z pożądania. Fenicjanka przyglądała się temu łapczywie. Uwielbiała ciało Dionizjusza, jego widok, zapach, smak i dotyk. Nie próbując zdejmować półprzezroczystej sukni, podciągnęła ją jednak w górę, odsłaniając w pełnej krasie swoje zgrabne, brązowe uda. Poszerzyła również już i tak głęboki dekolt, sprawiając, że wylały się z niego kształtne piersi. Ujrzała, jakie wrażenie zrobiło to na Ateńczyku. Niech patrzy, podziwia, pragnie jeszcze mocniej!

Całkiem już nagi wsunął się na łoże. Zapraszająco rozchyliła uda, pozwalając mu ułożyć się między nimi. Natychmiast przycisnęła je do jego bioder. Śmiało spoglądała mu w oczy. Jeszcze kilka dni temu mógłby ją skarcić za taką bezczelność. Teraz jednak wzmagało to jeszcze podniecenie, które odczuwał. Penis Dionizjusza unosił się dumnie wyprężony. Ateńczyk ujął go w dłoń i nakierował na właściwe miejsce. Fenicjanka nie musiała nawet sięgać tam i sprawdzać palcami, czy jest już gotowa. Była tego całkowicie pewna.

Kiedy w nią wszedł – głębokim, silnym pchnięciem – jęknęła głośno i chwyciła go za boki. On zaś znalazł się w wąskim i ociekającym sokami wnętrzu, tej najprawdziwszej ze wszystkich świątyni Afrodyty. Szparka Fenicjanki ciasno otuliła jego członek i zacisnęła się na nim, jakby nie chcąc wypuścić go z siebie. Dionizjusz cofnął się i natarł ponownie. Chciał, by poczuła, jak bardzo jej pragnie. Oparty na wyprostowanym ramieniu, drugą ręką chwycił za pierś Kleopatry i wbił w nią palce.

Niewolnica oddychała prędko, w urywanym rytmie. Przy każdym sztychu wychodziła mu na spotkanie biodrami. Była chętna, chętna i mokra, bezwstydna w wyrażaniu swojej żądzy. Zdawała sobie sprawę, że jej pan gustuje w bardziej nieśmiałych i opanowanych niewiastach. Lubił, gdy taiły swoje podniecenie, w pełni skupiając się na jego przyjemności. Kiedyś również próbowała być właśnie taka – by zasłużyć na jego uznanie i dobre słowo. Jednak sprawy między nimi zaszły zbyt daleko, by wciąż przywdziewać maski. Miała już dość ukrywania, co czuje, gdy kocha się z Ateńczykiem. Chciała, by zobaczył ją w pełni, by zrozumiał, kim dla niej jest.

Prędko poruszał biodrami, penetrując ją w szybkim tempie. Sycił się gościnną ciasnością jej pochwy, jędrnością biustu, namiętnością, którą dostrzegał w jej spojrzeniu. Choć była tylko niewolnicą – jedną z wielu, które przewinęły się przez jego willę oraz łoże – czuł, że właśnie w tej chwili staje się dla niego kimś dużo ważniejszym. Oto dokonywały się ich tajemne zaślubiny, skryte przed ludźmi, a przecież znacznie potężniejsze od tych, które połączyły go z Eurynome. Prośba Kleopatry doskonale współgrała z jego pragnieniami. Nigdy nikomu nie odda Fenicjanki. Na zawsze już pozostanie ona w jego władaniu. A on – choć nigdy by się do tego nie przyznał – we władzy jej cudzoziemskiego uroku.

Mocniej objęła udami biodra Dionizjusza. Przyjmowała w sobie jego mocarne pchnięcia, czując, że coraz bardziej zatraca się w ekstazie. Na rozpiętym wysoko baldachimie wyhaftowano wierny obraz nocnego nieboskłonu, z księżycem oraz wszystkimi gwiazdami. Kleopatra nawet nań nie spojrzała. Patrzyła bowiem w oczy jedynego mężczyzny, którego w swym krótkim i niespokojnym życiu obdarzyła miłością. Penis Ateńczyka pulsował głęboko w jej szparce. Zaciskała mięśnie, otulając go najciaśniej, jak było to możliwe. Nawet gwałtowne pieszczoty, którymi obdarzał jej piersi, nie sprawiały bólu, lecz tylko potęgowały przyjemność. Była szczęśliwa i spełniona. Marzyła już tylko o jednym – by doszli w tej samej chwili, złączeni najsilniej, jak to możliwe między mężem i niewiastą.

Lecz wtedy właśnie Dionizjusz znużył się pozycją, w której się kochali i zapragnął zmiany. Cofnął się, wysuwając męskość z wilgotnej pochwy Fenicjanki. Uklęknął między jej udami, a następnie chwycił krągłe biodra dziewczyny – po to, by obrócić ją na brzuch. Kleopatra uniosła się na łokciu, wsparła dłoń na jego torsie i szepnęła:

– Proszę, nie rób tego… Chcę widzieć twoją twarz, panie.

Natychmiast przestraszyła się wypowiedzianych słów. Nigdy przedtem nie ośmieliła się mu sprzeciwić ani wyrazić własnego życzenia. Jeśli go rozgniewa, straci wszystko, co udało jej się osiągnąć… a tego sobie nie wybaczy.

On jednak uśmiechnął się tylko i przysunął ją na skraj łoża, tak że pośladki niewolnicy znalazły się tuż za jego brzegiem. Sam zaś zszedł z posłania i uklęknął na przykrytej perskim dywanem podłodze. Wciąż leżąc na plecach, Kleopatra nieco się uspokoiła. Zrozumiała, że nie poniesie konsekwencji swego czynu. Uniosła nogi i oparła łydki na ramionach Dionizjusza. Uniosła ręce nad głowę i znalazła po omacku jedną z poduszek. Z całych sił zacisnęła na niej dłonie. W tej pozycji będzie jeszcze bardziej otwarta, a on sięgnie znacznie dalej niż dotychczas. Nie gustowała w tak głębokiej penetracji, ale ponowny sprzeciw wobec woli pana nie wchodził w grę.

Przysunął się do niej blisko. Poczuła, jak twarda żołądź ociera się o jej wargi sromowe. Przymknęła oczy, lecz wciąż obserwowała Ateńczyka spod opuszczonych powiek. Dlatego też jego pierwsze pchnięcie nie było zaskoczeniem. Nie spodziewała się tylko tego, że zadając je, przyciągnie jej biodra ku sobie. Penis wdarł się w nią aż po nasadę, a Fenicjanka krzyknęła.

Dionizjusz był gwałtownym, egoistycznym kochankiem. Brał od niej to, czego pragnął, nie bacząc, czy zadaje przy tym cierpienie. Nawet teraz, gdy miał wobec niej dług wdzięczności, nie silił się na bycie delikatnym. Jego głębokie sztychy wstrząsały ciałem Fenicjanki. Każdemu towarzyszył paroksyzm bólu. Oderwała prawą rękę od poduszki i skierowała ją na łono. Odnalazła pod palcami nabrzmiałą z podniecenia łechtaczkę. Zaczęła ją masować w nadziei, że rozkosz przytłumi inne doznania. Ateńczyk nie kazał jej przestać. Wręcz przeciwnie, zdawało się, że widok masturbującej się bezwstydnie niewolnicy jeszcze silniej rozpalał jego zmysły.

W miarę jak wzmagała się przyjemność Kleopatry, męskość Dionizjusza z coraz większą łatwością wślizgiwała się w jej wnętrze. Sypialnię wypełniły mokre odgłosy oraz intensywna woń spółkowania. Fenicjanka wygięła się w łuk, eksponując pełne piersi o ciemnobrązowych, stwardniałych brodawkach. Niech jej pan dobrze się przypatrzy! Jakby w odpowiedzi, przyspieszył i tak już mordercze tempo. Ten czterdziestoletni mężczyzna zdumiewał swą kondycją i wytrzymałością. By go doścignąć w szaleńczym pędzie na szczyt, pieściła się coraz mocniej, dociskając opuszki palców do pulsującego coraz mocniej punktu…

Dogoniła go tuż przy mecie. Ciałem Kleopatry wstrząsnął silny dreszcz. A potem przyszły następne. W tej samej chwili Dionizjusz zadrżał, a przez jego twarz przebiegł niemal bolesny grymas. Po raz ostatni spenetrował szparkę niewolnicy, po czym wycofał się pospiesznie w ostatnim świadomym odruchu. Objęła penisa i zaczęła go masować prędko i natarczywie. Pierwszy strumień nasienia wytrysnął na jej łono, wargi sromowe i palce, którymi wciąż się dotykała. Jęknęła przeciągle, dając upust przepełniającej ją, oślepiającej zmysły rozkoszy. Lecz nawet teraz nie przerwała swoich pieszczot. Ich wspólny orgazm trwał i trwał, przedłużany przez jej zabiegi. Kolejne mleczne krople spadały na brzuch Fenicjanki, sięgając aż do podnóży piersi. Ateńczyk wydał z siebie ochrypły krzyk.

Stopniowo spowalniała ruchy dłoni, a potem wypuściła z niej zaspokojoną już męskość. Dionizjusz pochylił się, jakby dopiero teraz poczuł wyczerpanie po forsownym stosunku. Drżącą ręką starł krople potu ze skroni. Rozwarła szerzej nogi, wpuszczając go pomiędzy nie. I wtedy zrobił coś niespodziewanego. Nachylił się głębiej, tak że ich ciała znów przywarły ciasno do siebie i pocałował Kleopatrę w usta. Już nie tak mocno i gwałtownie, jak poprzednio. Teraz ich wargi połączyły się na długo, raczyły się sobą bez pośpiechu i niecierpliwości. Zdumiona Fenicjanka zrozumiała, że ten pocałunek zrodził się z czegoś głębszego niż tylko czysta żądza.

– Będzie tak, jak sobie życzysz, Kleopatro – wyszeptał jej pan. – Na zawsze już pozostaniesz przy mnie.

Była zbyt szczęśliwa i wzruszona, by odpowiedzieć. On jednak nie oczekiwał od niej kolejnych słów. Podniósł się z łoża i popatrzył na nią z góry. Leżała na wzburzonej pościeli, wciąż wilgotna i nieco zmęczona. Jego nasienie odznaczało się wyraźnie na tle ciemnej skóry jej łona oraz brzucha. Egzotyczna piękność, w pełni mu oddana. Pomyślał, że mogłaby z powodzeniem służyć za modelkę dla posągu „Afrodyta Wschodu”. Może on sam powinien zamówić takie dzieło u któregoś z wielkich rzeźbiarzy, choćby Praksytelesa? Słyszał, że ludy Azji czczą Zrodzoną z Piany pod licznymi imionami: Astarte, Derketo, Kybele. Kleopatra była nimi wszystkimi i każdą z osobna. Stanowiła personifikację orientalnej zmysłowości, tak pociągającej dla każdego Hellena zrodzonego na Zachodzie.

Na chwiejnych nogach podszedł do niewielkiego stolika, na którym stała amfora z winem, czara z wodą oraz srebrny puchar. Kiedy jednak spróbował go napełnić, okazało się, że w dzbanie zostało tylko kilka kropel trunku. Miał zamiar wezwać sługę i kazać mu przynieść nowy, ale właśnie wtedy rozległo się pukanie do drzwi, po chwili zaś dał się słyszeć przytłumiony głos Rodyjczyka Miltiadesa:

– Strategu, przybył Ophion. Czeka na ciebie w ogrodzie.

Dionizjusz westchnął. Obowiązki znów go wzywały. Jakże krótkie były chwile, które udawało mu się wyrywać dla siebie! Zwrócił się w stronę Kleopatry. Leżała teraz na boku, z głową wspartą na ramieniu. Patrzyła na niego.

– Poczekaj na mnie w łóżku – rzekł, wciągając na siebie krótką tunikę. – Niedługo wrócę.

– Nie ruszę się stąd o krok, panie – odparła z lekkim uśmiechem.

* * *

Odnalazła ją w Dzikim Ogrodzie.

Tego dnia Ismena obudziła się w pustym łożu. Jej młoda kochanka zniknęła gdzieś, zostawiając po sobie tylko wspomnienie ciepła na pościeli. Przełożona sanktuarium Artemidy nie zmartwiła się tym zbytnio. Podejrzewała, że dziewczyna udała się na spacer albo zażyć kąpieli w łaźni. Dopiero podczas składania ofiar poczuła ukłucie niepokoju. Córka Demostenesa rzadko opuszczała obrzędy ku czci Boskiej Łowczyni. Kiedy zatem ceremonia dobiegła końca, pierwsza kapłanka udała się na poszukiwania. Dowiedziała się, że nikt nie widział Korinny w łaźni ani w jadłodajni kapłanek. Nie pojawiła się także w okolicy świątyni.

W końcu Ismena skierowała swe kroki do Dzikiego Ogrodu. Było to ulubione miejsce jej kochanki w całym świętym okręgu. Minęła posąg zbrojnej w oszczep Artemidy, przebrnęła przez gęsto pleniące się tu krzewy, wreszcie wydostała się na polanę. Niemal natychmiast dostrzegła Korinnę. Dziewczyna siedziała na potężnym głazie, pławiąc się w promieniach słońca. Białą suknię miała podciągniętą nad kolana, co przystawało być może Spartankom podczas ćwiczeń, ale z pewnością nie dobrze wychowanej damie z ateńskiego domu. Odchylała głowę do tyłu, eksponując przed oczyma Heliosa swą szyję oraz niewielki dekolt.

Pierwsza kapłanka zbliżyła się do niej i stanęła w cieniu kamienia.

– Zejdź do mnie, Korinno!

Dziewczyna usłuchała. Z gracją zsunęła się z głazu, a potem zeskoczyła na trawę tuż obok Ismeny. Gdy spadała, wiatr uniósł suknię, odsłaniając jej uda. Widok był bardzo pociągający, lecz przełożona sanktuarium nie była w nastroju, by go docenić.

– Co robisz, najdroższa? – spytała, usiłując zachować spokój. – Czy chcesz, by słońce spaliło twoją jasną cerę, której zazdroszczą ci całe Ateny?

Młódka uśmiechnęła się, a potem przytuliła do kapłanki. To trochę złagodziło irytację Ismeny. Zanurzyła twarz w kasztanowych włosach.

– Chciałam po prostu poczuć jego promienie na skórze. Z pewnością kilka chwil mi nie zaszkodzi…

– W dodatku bezwstydnie odsłoniłaś nogi. Gdyby zobaczył cię jakiś pielgrzym… Nie chcę, by w Atenach mówiono, że nabrałaś takich zwyczajów w świątyni Artemidy na Eginie.

– Dzień jest taki upalny… Nawet najlżejsza suknia staje się wtedy zbyt ciepłym odzieniem. Chciałabym, by wolno nam było czasem zrzucić ubranie, jak młodzieńcom podczas ćwiczeń w gimnazjonie.

– Cóż to za myśli chodzą ci po głowie?

Korinna odsunęła się nieco i zrobiła mądrą minę.

– Arystokles pisze, że dziewczęta powinny brać udział w treningach, podobnie jak chłopcy. Oczywiście, tak samo odziani… Powołuje się, o ile dobrze pamiętam, na przykład Lacedemończyków…

Ismena machnęła niecierpliwie ręką. Również czytała wielki traktat o państwie, spisany przez mędrca, którego z uwagi na szerokie barki przezywano Platonem. To jednak nie była pora na dyskusję o literaturze albo filozofii.

– Niepokoiłam się o ciebie w czasie porannych obrzędów. Oddano cię pod moją opiekę, czuję się za ciebie odpowiedzialna. Gdzie byłaś?

– Byłam zajęta. Nie musisz się o nic martwić.

Wymijająca odpowiedź jeszcze bardziej zaniepokoiła Ismenę.

– Korinno – wypowiedziała to imię z naciskiem. – Odpowiedz mi. Gdzie byłaś?

Kasztanowłosa milczała przez chwilę.

– I tak miałam ci powiedzieć… Byłam u Aratosa z Hierapytny.

Pierwsza kapłanka Artemidy poczuła, że robi jej się zimno. Bynajmniej nie z powodu cienia rzucanego przez wysoki głaz.

– O czym z nim rozmawiałaś? – spytała powoli.

– Nie rozmawialiśmy zbyt wiele.

Jeśli żywiła choć odrobinę nadziei, że schadzka z Kreteńczykiem może znaleźć jakieś niewinne wytłumaczenie, to odpowiedź, jaką usłyszała, pozbawiła ją wszelkich złudzeń. Potrząsnęła głową.

– Najdroższa… coś ty uczyniła…

– Zrobiłam to dla nas! – Korinna złapała ją za ramiona i zajrzała w oczy. – Powiedziałaś przecież, że potrzeba nam przyjaciół… że lepiej mieć Aratosa po swojej stronie.

– To nie było twoje zadanie! Ja miałam zdobyć jego przychylność!

– I skazać się na zemstę bogini? Nie mogłam na to pozwolić, Ismeno.

Mimo całej powagi sytuacji poczuła ulgę. Świadomość, że Korinna oddała się Aratosowi nie po to, by dać upust żądzy, lecz by osłonić ukochaną przed klątwą Artemidy, była dziwnie kojąca. Ismena zrozumiała, że jej wybuch był spowodowany tyleż lękiem o dziewczynę, co zazdrością o jej względy. Spróbowała się uspokoić i przemówić tamtej do rozsądku.

– Pewnego dnia nauczysz się, Korinno, że ludzie bywają bardziej mściwi niż bogowie. Modlę się, byś nie musiała przekonać się o tym na własnej skórze. Czy zdajesz sobie sprawę, jak wiele zaryzykowałaś? Wystarczy, że Kreteńczyk okaże się niedyskretny… Pochwali się nowym podbojem kompanom przy winie… To całkiem zrujnuje twoją reputację. Zranisz swego ojca, stracisz szansę na dobry ożenek, przyniesiesz wstyd całemu rodowi.

– On taki nie jest – zaprzeczyła żarliwie młódka. To znów zezłościło Ismenę.

– Skąd wiesz? Poznałaś go tak dobrze w ciągu kilku godzin igraszek? A może jesteś koneserką mężczyzn? Może on wcale nie pozbawił cię dziewictwa, bo dawno już nie było czego pozbawiać?

Dziewczyna zacisnęła wargi, dogłębnie zraniona. Kapłanka pojęła, że się zagalopowała. Jej policzki oblał rumieniec.

– Wybacz mi, Korinno. Wiem, że jesteś dobrą i posłuszną córką swego ojca. Nie chciałam cię zranić nieuczciwym oskarżeniem… Musisz jednak zrozumieć groźbę, jaka nad tobą zawisła. Nawet jeśli Aratos będzie trzymał język za zębami, nie jesteś całkiem bezpieczna. Kiedy twój przyszły mąż przekona się, że nie poślubił dziewicy, może natychmiast cię porzucić. A potem nazwać ladacznicą przed całym Miastem. Jesteś gotowa na takie upokorzenie?

Kasztanowłosa wzruszyła ramionami.

– To już się stało. Nic, co powiesz, tego nie zmieni.

– Masz rację. Zresztą, ja również ponoszę winę. Nie powinnam była wtajemniczać cię w mój plan uwiedzenia Kreteńczyka. Podsunęłam ci ten pomysł…

Po tych słowach Korinna położyła jej dwa palce na ustach.

– Nie obwiniaj się – poprosiła.

Ismena popatrzyła na nią z niedowierzaniem. Jakże mogła się nie obwiniać? Powierzono jej opiekę nad córką Demostenesa. Ona zaś, miast ze wszystkich sił ochraniać młodą i niedoświadczoną dziewczynę, wciągnęła ją w swoje intrygi. Pozwoliła, by Korinna poświęciła się dla niej w nadziei, że ocali ją w ten sposób przed karą za złamanie ślubów… Gdyby tylko wiedziała, że pierwsza kapłanka Artemidy złamała je ponad dwie dekady temu! Jak dotąd zemsta Boskiej Łowczyni jeszcze jej nie dosięgła. Choć sądząc po rozwoju wypadków, całkiem możliwe, że ten moment właśnie nadchodził.

– Czy umówiliście się na kolejne… spotkanie? – spytała, spoglądając uważnie w oczy Korinny.

– Tak. Dziś po wieczornym składaniu ofiar.

Westchnęła.

– Musimy to przerwać. Teraz, póki jeszcze całe sanktuarium nie plotkuje o romansie zakładniczki i jej strażnika… Nie spotkasz się więcej z Aratosem – na pewno nie na osobności. Ja się z nim rozmówię.

Przez chwilę wyglądało, jakby młódka chciała zaprotestować. W końcu jednak tego nie uczyniła. Powiedziała tylko:

– Proszę, nie czyń mu wyrzutów. To ja do niego przyszłam. A on… on był dla mnie dobry.

Pierwsza kapłanka skinęła głową. Następnie odprawiła swą kochankę, nakazując jej, by pozostała w swych pokojach. Upewniwszy się, że Korinna nie idzie w stronę zajazdu dla pielgrzymów, Ismena wróciła do Dzikiego Ogrodu. Usiadła w cieniu wysokiego głazu i przyłożyła czoło do chłodnego kamienia. Jego dotyk przynosił ulgę we wszechogarniającym skwarze. Zamknęła oczy i zaczęła planować konfrontację z Aratosem z Hierapytny.

* * *

Ophion – zwany Dziobatym z uwagi na ślady po przeżytej w młodości ospie – był jednym z najpotężniejszych złoczyńców w Atenach. Rządził południem Miasta, jego dziedzina rozciągała się między Areopagiem a Długimi Murami. Razem z pozostałymi hersztami podziemnego świata – Jednookim Akristosem, grubym Myronem i półmartwym Deimosem – związał się z Dionizjuszem z Faleronu paktem, który zakończył wojnę gangów, określił strefy wpływów i uczynił każdego z nich klientem stratega. W zamian za świadczone usługi oraz dziesiątą część łupów, mogli swobodnie prowadzić swój proceder, nieniepokojeni przez stróżów prawa. Był to układ korzystny dla wszystkich stron. Dlatego też arystokrata nie zdziwił się, że wezwany przez niego człowiek przybył w takim pośpiechu. Nawet taki rzezimieszek jak Dziobaty wiedział, że zyskowne stosunki należy troskliwie pielęgnować.

– Bądź pozdrowiony, dostojny strategu – uprzejme słowa kontrastowały ze szpetną fizjonomią bandyty. – Czym mogę ci służyć?

Dionizjusz odpowiedział mu ledwo dostrzegalnym skinieniem głowy. Był w końcu ateńskim oligarchą, możnym i świetnie urodzonym, jego rozmówca zaś – pospolitym zbirem. Jeśli już musiał zniżać się do kontaktów z podobnymi ludźmi, nie zamierzał okazywać im nadmiernego szacunku.

– Chcę, by twoi ludzie zajęli się pewnym dobrze zapowiadającym się młodzieńcem.

Ophion uśmiechnął się, ukazując swe nadpsute zęby.

– Mają go potraktować tak – przesunął kciukiem koło gardła – czy może tak? – chwycił rękoma biodra wyimaginowanego kochanka i wbił się w niego energicznym pchnięciem. – Obydwie rzeczy uczynią z równą ochotą. A najchętniej wpierw jedno, a potem drugie.

– Nie będę nawet pytał o kolejność tych czynności. Nie, nie życzę sobie, by został zamordowany ani zgwałcony. Twe zbiry mają go tylko porządnie obić. Pokaleczyć, ale z umiarem. I, co najważniejsze, pogruchotać nogi. Najlepiej w kilku miejscach.

Dziobaty wydawał się nieco zawiedziony.

– Zgodnie z życzeniem. Jak ma na imię ów nieszczęśnik?

– Korojbos z demu Aixone. Mieszka nieopodal Wzgórza Muz. Niech twoi ludzie przydybią go w miejscu, skąd nie ma ucieczki. To wyśmienity biegacz.

Herszt zmarszczył brwi i łypnął podejrzliwie. Zaraz jednak rozpogodził się, a w jego oczach pojawił się błysk zrozumienia.

– Nie kłopocz się nim więcej, strategu. I niech twój syn też śpi spokojnie. Jego konkurent nie będzie mu już sprawiał problemów…

Nie dokończył, bo na jego szyi zamknęły się mocne dłonie Dionizjusza.

– Mój syn nie ma z tym nic wspólnego – wycedził arystokrata. – Zapamiętaj to sobie. On nigdy nie dowie się o tym, że rozmawialiśmy. Zrozumiałeś, psubracie?

Ophion wydał z siebie nieartykułowany dźwięk i pokiwał prędko głową, dając znak, że rozumie. Kiedy dławiące go palce poluzowały uchwyt, zaniósł się kaszlem. Dopiero po dłuższym czasie zdołał wycharczeć:

– To było zbyteczne… Będę milczał jak grób.

– Bardzo się cieszę. W innym wypadku sam znajdziesz się w grobie. A teraz oddal się czym prędzej.

Dziobaty naciągnął na głowę chlamidę i opuścił ogród przez tylną furtkę. Strateg spoglądał za nim przez chwilę. Gdy kroki tamtego ucichły, na Dionizjusza spłynęła ulga spowodowana faktem, że ma już to za sobą. Interesy z władcami ateńskiego półświatka sprawiały, że czuł się zbrukany i miał ochotę wziąć długą kąpiel. A jednak Demetriusz nie pozostawił mu wyboru. Za jego słabość, fizyczną i duchową, przyjdzie zapłacić Korojbosowi.

Pojedziesz do Delf, synu, pomyślał Dionizjusz. Pobiegniesz na Igrzyskach Pytyjskich jako reprezentant Aten. Już ja o to zadbam.

* * *

Popołudnie spędził, ćwicząc się w fechtunku. Zdecydował się nań nie tylko dlatego, iż czuł, że musi jak najprędzej wrócić do dawnej biegłości w posługiwaniu się mieczem. Forsowny trening pozwalał mu także oczyścić umysł, co po ostatnich wydarzeniach było bardzo wskazane. Znalazł w świętym okręgu ustronne miejsce, osłonięte przed wścibskimi oczyma przez drzewa i krzewy. Panujący tu cień dawał nieco wytchnienia od wszechobecnego skwaru. Był całkiem sam. Nie zaprosił do udziału w treningu żadnego ze zbrojnych strzegących sanktuarium. Wprawdzie przydałby mu się przeciwnik, lecz nie ufał żadnemu z ludzi Pamfilosa. Nie na tyle, by pokazać mu, jak bardzo jest wciąż osłabiony.

W pojedynkę mógł ćwiczyć pchnięcia i cięcia, pracę ramienia, do którego przytroczoną miał tarczę, a także szybkość uników. Już po kwadransie pot ciekł mu strużkami po karku i zalewał oczy. Kreteńczyk zignorował te niedogodności. Godzina mijała za godziną, mięśnie pulsowały coraz silniejszym bólem, on zaś zadawał ciosy, wyprowadzał podstępne sztychy, wyrzucał hoplon w górę, jakby bronił się przed ciśniętym w niego oszczepem lub wbijał jego brzeg w ziemię, by osłonić zagrożone nogi.

Jednocześnie rozmyślał. Czuł, że jego przybycie na wyspę uruchomiło łańcuch wydarzeń, na które miał niewielki tylko wpływ. W życiu Aratosa pojawiły się dwie niezwykłe kobiety: tajemnicza Ismena i śmiała, spontaniczna Korinna. Jedna najwyraźniej próbowała go uwieść, drugiej udało się to bez najmniejszego trudu. Choć pochlebiało mu zainteresowanie niewiast, nie mógł się pozbyć wrażenia, że obydwie wciągają go coraz głębiej w otchłań.

Sprawa z Filoną niczego mnie nie nauczyła, ze smutkiem stwierdził Kreteńczyk. Wciąż zamiast mózgiem myślę kutasem. Kiedyś bogowie wystawią mi za to rachunek.

Gdyby miał choć odrobinę rozumu, powinien odwołać wieczorną schadzkę. Nie potrafił się jednak do tego zmusić. Córka Demostenesa fascynowała go i pociągała mocniej niż jakakolwiek inna dziewczyna. Była pełna entuzjazmu, ciekawości, szczera w okazywaniu rozkoszy i odważna w jej poszukiwaniu. Przy niej czuł się młodszy o co najmniej tuzin lat! Wspomnienia poranka wracały doń często, wywołując przyjemne podniecenie i sprawiając, że z jeszcze większą niecierpliwością wyczekiwał nadejścia nocy. Wtedy, po ostatnim składaniu ofiar, Korinna przyjdzie do niego. Za nic w świecie z tego nie zrezygnuje.

Zarazem jednak czuł, że gra, na którą się poważył, była bardzo ryzykowna. Został posłany na Eginę, by strzec zakładniczki, a nie wpuszczać ją do swego łoża. Korinna zaś, choć więziona w sanktuarium, wciąż należała do Demostenesa. Aratos naruszył jego ojcowskie prawa, za co w Atenach w najlepszym razie mógł mu grozić proces. Jako cudzoziemiec miał niewielką szansę obronić się przed trybunałem, musiałby zatem liczyć na koneksje i wpływy swego protektora. Pytanie tylko, czy Dionizjusz zechce z nich skorzystać, by ratować Kreteńczyka przed surową karą.

Zresztą, trybunał i tak był najprzyjemniejszą z alternatyw. Ateńskie prawo dawało upokorzonemu ojcu prawo do samodzielnego wymierzenia sprawiedliwości. Kiedyś Aratos widział coś takiego na agorze. Spragniony wrażeń tłum otoczył ciasnym kręgiem grupkę ludzi, która wywlekła na środek rynku nagiego mężczyznę. Fechmistrz przecisnął się przez ciżbę i przy okazji usłyszał, jaka była przyczyna zbiegowiska. Szanowany obywatel Miasta znalazł w łóżku swej córki kochanka. Zamiast iść do sądu, zwołał przyjaciół i pochwycił niefortunnego uwodziciela. Postanowił dać mu nauczkę zgodnie ze starymi zwyczajami, przed obliczem całej polis. Najpierw bił go kijem, aż tamten cały zalał się krwią. Potem, gdy podniesiono półprzytomnego, chwycił za nóż i obciął mu włosy łonowe, przy okazji raniąc kilkakrotnie przyrodzenie. Kiedy podbrzusze nieszczęśnika było gładkie jak u hetery, zhańbiony ojciec dał znak swoim druhom. Ci zmusili cudzołożnika, by pochylił się do przodu, a potem rozchylili mu pośladki. Sękaty koniec kija wbił się brutalnie w jego odbyt, następnie został wepchnięty do środka na dobry łokieć. Bolesny ryk urwał się raptownie, gdy mężczyzna nie wytrzymał cierpienia i zemdlał. Mściciele zostawili go na agorze zmaltretowanego, w rosnącej kałuży krwi. Kreteńczyk nie wiedział, czy człowiek ten przeżył wymierzoną mu karę. Był wszakże pewien co do jednego: sam nie chciałby żyć po takim upokorzeniu.

Nie chciał nawet myśleć o losie Korinny, gdyby ich postępek wyszedł na jaw. Trzeba dołożyć starań, by wszystko to pozostało tajemnicą. Nie mogą pojawić się żadni świadkowie ani dowody.

Aratos wykonał ostatnie cięcie mieczem, po czym uznał, że na dziś wystarczy. Wbił klingę w ziemię, uwolnioną ręką odwiązał rzemienie tarczy i pozwolił, by zsunęła się z jego przedramienia i opadła na spaloną trawę. Stał w przepoconej doszczętnie tunice, ze wzrokiem utkwionym w bliżej nieokreślonym punkcie. Nagle coś sobie przypomniał. Obydwa zbliżenia z Korinną zakończyły się dokładnie tak samo. Zamiast wysunąć się z gościnnej szparki dziewczyny, doszedł głęboko w niej. Wprost zalał jej wnętrze swym nasieniem.

Całkiem możliwe, że jednak pojawi się dowód. W dodatku taki, który bardzo trudno ukryć, niebezpiecznie zaś usunąć.

Wyczerpany Kreteńczyk zwalił się plecami na trawę. Przez dłuższą chwilę leżał na wznak, gapiąc się na ciemniejące o zachodzie słońca niebo.

– Ależ ze mnie dureń – oznajmił głośno światu. Po czym dodał z rezygnacją: – Mam przepieprzone.

* * *

Czekała na niego tam, gdzie jej rozkazał. Naga i odsłonięta, bo panował zbyt wielki upał, by przykrywać się choćby cienką kołdrą. Kiedy wszedł do sypialni, wyciągnęła rękę w kierunku stolika.

– Anteja przyniosła wino – oznajmiła, uśmiechając się do niego.

Zdziwił się lekko. Przynoszenie amfor z chłodnych piwnic wykopanych pod willą było zadaniem niewolników płci męskiej. Ciekawe, czemu tym razem powierzono je dziewczynie. Były to jednak kwestie zbyt błahe dla stratega Aten, zaraz więc przestał je roztrząsać.

– Świetnie. Od tego całego gadania zaschło mi w gardle.

Podszedł do stolika i napełnił puchar do połowy winem z dzbana. Przyjrzał mu się uważnie. Było ciemne niczym krew. Uniósł naczynie i wciągnął w nozdrza wyśmienity zapach. Dopiero potem dolał wody, by rozmieszać nazbyt mocny trunek. Picie nierozcieńczonego wina było zwyczajem trackich barbarzyńców, któremu wciąż hołdowali także na wpół ucywilizowani Macedończycy.

Z pełnym już pucharem przemierzył komnatę i usiadł na łożu. Kleopatra obróciła się na brzuch, wsparła podbródek na obydwu rękach i spoglądała na niego ciemnymi oczyma. Po raz nie wiedzieć już który zachwycił się jej urodą, jakże daleką od ateńskiego wzorca piękna. Ciemna karnacja odróżniała ją od tutejszych elegantek, dbających o nieskazitelną bladość skóry. Naturalne kobiece krągłości przez wielu uznane byłyby za wyzywające i wulgarne. Dionizjusz wszakże umiał je docenić. Chłopięce kształty uważał za właściwe dla efebów, z którymi także zresztą sypiał. Niewiasta powinna wyglądać inaczej. Miękkie linie jej ciała pobudzały go i rozpalały zmysły. Kassander musiał być głupcem, skoro oddał mu taki skarb!

Uczynię ją moją konkubiną, zdecydował Dionizjusz. Świat nigdy nie uzna związku arystokraty z barbarzyńską niewolnicą… a więc do Tartaru ze światem! Żadne z nas nie potrzebuje takiej akceptacji. Gdy Eurynome odejdzie – w ten czy inny sposób – Kleopatra zajmie jej miejsce przy moim boku. Nigdy nie będzie nosić miana żony, to absolutnie wykluczone. Ale otrzyma wolność, zaś dla dzieci, które mi urodzi, wywalczę ateńskie obywatelstwo. Są wszak precedensy… Syn Peryklesa i Aspazji też nie był rodowitym Ateńczykiem! A jeśli ktokolwiek zechce mi czynić wyrzuty z tego, że związałem się z cudzoziemką…

Już wkrótce będzie rządził tym Miastem. Wtedy nikt nie ośmieli się czynić mu jakichkolwiek wyrzutów. Przeciwnie, wszystkie kanalie i pochlebcy ustawią się w kolejce, by choć ucałować rąbek jego chitonu. Władza to ciężkie brzemię, lecz bez wątpienia ma też swoje jasne strony.

Dionizjusz spojrzał na Fenicjankę i uniósł puchar.

– Napij się ze mną – zaproponował. Niewolnica uniosła brwi w niemym zdziwieniu. Nigdy przedtem nie częstował jej winem. Uważał wręcz, że nie jest to napój wskazany dla kobiet, które tracą po nim naturalną skromność. Widząc jej wahanie, dodał: – To szczególny i radosny dzień. Musimy go uczcić.

Podniosła się z posłania i uklękła na złączonych nogach. Ostrożnie wzięła z jego ręki naczynie, bacząc, by nie rozlać ani kropli. Czuła, że właśnie spotkało ją wielkie wyróżnienie. Należało wystrzegać się wszystkiego, co mogłoby zniszczyć tę doniosłą chwilę.

– Dziękuję ci, mój panie – szepnęła z wdzięcznością.

– Pij. Niech wino rozgrzeje twą krew i rozpali namiętność. Potrzeba ci tego, bo będziemy się kochać do samego rana.

Spełniła jego wolę. Wino było słodkie i, pomimo rozcieńczenia, wciąż mocne. Już po kilku łykach poczuła, jak ciepło rozlewa się po całym ciele. Odjęła puchar od ust, lecz on skinieniem głowy dał jej znak, że nie musi się wstrzymywać. Piła zatem dalej, rozkoszując się smakiem. Cały czas wpatrywała się w oczy Dionizjusza. Jakże była w nim zakochana!

– Wystarczy – zdecydował. – Nie chcemy, byś się upiła.

Natychmiast przestała, a potem wyciągnęła ku niemu rękę z opróżnionym w jednej trzeciej naczyniem.

– Dla ciebie pa…

W tej właśnie chwili puchar wysunął się z jej dłoni. Upadł na łoże, a wino rozlało się po pościeli. Fenicjanka spojrzała z przerażeniem na własne palce. Przez całe jej ramię przeszedł bolesny skurcz. Próbowała coś powiedzieć, przeprosić Dionizjusza za swą niezdarność, ale ze ściśniętego gardła wyrwał się tylko rozpaczliwy skrzek. Ateńczyk spoglądał na nią szeroko otwartymi oczami. Momentalnie zbladł – nie z gniewu jednak, a z grozy.

– Kleopatro! – krzyknął, wyciągając ku niej ręce. Niewolnica usłyszała jego głos, jakby dochodził z bardzo daleka. A potem twarz Dionizjusza zniknęła, a w jej miejsce pojawił się upstrzony gwiazdami nieboskłon. Leżę na plecach, mignęła jej jedna z ostatnich świadomych myśli. To baldachim.

Przypadł do niej i ujął w ramiona wstrząsane konwulsjami ciało. Nie zważał na to, że dziewczyna krztusi się krwią zmieszaną z winem, a przód jego tuniki jest już całkiem czerwony.

– Kleopatro! – zawołał znowu, jakby w ten sposób mógł przynieść jej ratunek lub choćby ukoić cierpienia. Jego krzyk sprawił, że drzwi do sypialni otworzyły się z łoskotem, a do środka wpadli dwaj najemnicy z obnażonymi mieczami. Widząc, co się stało, opuścili oręż.

– Pędź po medyka – rzucił jeden z nich drugiemu. – Już!

– Czemu ja? – obruszył się tamten.

– Ja idę po Miltiadesa.

Fenicjanka znów patrzyła w oczy Dionizjusza. Mężczyzna pochylał się nad nią i coś mówił, a przynajmniej poruszał wargami. Nie słyszała jego słów, lecz czuła, że zwraca się do niej, opowiada o łączącej ich miłości, silnej i niepokonanej, miłości, która przetrwa nawet śmierć. Wreszcie mi się udało, pomyślała. Zdobyłam cię. Próbowała unieść rękę, pogładzić go po policzku. Tym jednym gestem zapewnić, że wszystko będzie dobrze, że wszystko jakoś się dla nich ułoży. Nie udało się, więc posłała mu tylko przepełniony bólem uśmiech.

– Nie umieraj, słyszysz? – krzyczał Dionizjusz, całkiem zapominając o umiarkowaniu, które winno cechować ateńskiego arystokratę. Jedną rękę podłożył jej pod głowę, drugą tulił do siebie drżące ciało. – Nie teraz, gdy mamy przed sobą tak wiele! Zabraniam ci umierać! Zabraniam!

Lecz tego rozkazu nie mogła już wypełnić. Ateńczyk ujrzał, jak jej pełne, poplamione krwią wargi wykrzywiają się w upiornym grymasie. Potem znieruchomiała, a w jej oczach pozostała tylko pustka. Bardzo powoli wypuścił ją z ramion. Wyprostował się. Gdy do alkowy wpadł Miltiades, ujrzał swego wodza na łożu, klęczącego w zakrwawionej tunice nad zwłokami nagiej dziewczyny. Szkoda jej, pomyślał Rodyjczyk. Była taka piękna.

– Nic ci nie jest, panie? – spytał podchodząc bliżej. – Wkrótce przybędzie medyk.

– Nie żyje – oznajmił pustym głosem strateg. – Zabili ją.

Dopiero teraz Miltiades zauważył srebrny puchar i jego rozlaną zawartość. Wino skapywało na podłogę, niszcząc drogocenny perski dywan. Najpierw niewolnica, teraz to… Cóż za marnotrawstwo!

– Trucizna – Rodyjczyk po raz kolejny udowodnił, że lubi stwierdzać rzeczy oczywiste. Następnie zwrócił się ku żołnierzowi, który go tu wezwał. – Natychmiast zamknąć wszystkie wrota! Nie wypuszczać nikogo, ani niewolnika, ani zbrojnego. Nikt nie może opuścić willi!

– Zgodnie z rozkazem – najemnik zasalutował i wybiegł z sypialni.

– Strategu – Miltiades postąpił krok naprzód. – Musimy dowiedzieć się, kto to zrobił. Powiedz mi, czy pamiętasz, który sługa przyniósł wino?

Dionizjusz z Faleronu mu nie odpowiedział. Już drugi raz próbowali mnie zgładzić, myślał, wpatrując się w martwą dziewczynę. Poprzednio zginął Kleantis, zasłoniwszy mnie przed mieczem iliryjskiego mordercy. Dziś przyszedł czas na Kleopatrę, by wypiła przeznaczony dla mnie puchar. Wszyscy, których dopuszczam blisko siebie, płacą za to życiem. Jestem przeklęty. Zgrzeszyłem pychą. Bogowie ukarali mnie, skazując na samotność.

– Jestem przeklęty – rzekł sam do siebie.

Miltiades spoglądał na niego zaniepokojony. Czy śmierć, która przeszła tak blisko stratega, całkiem pomieszała mu rozum? To nie był czas na tkwienie w bezruchu i użalanie się nad własnym losem! Każda sekunda była na wagę złota.

– Panie – spróbował raz jeszcze. – Musisz podjąć ważne decyzje…

Tak. Decyzje były nie do uniknięcia. To było brzemię, które strateg od lat dźwigał na swych barkach. Teraz zrozumiał, że to nie wystarczy. Była jeszcze samotność. Na szczytach zawsze jest się samemu. Jak to napisał Arystoteles? Tylko bogowie i zwierzęta żyją poza wspólnotą. Z pewnością nie był zwierzęciem. Kim zatem…? Dionizjusz pojął, że to, co przed chwilą wziął za klątwę, stanowiło nieodłączny element rzeczy, której pożądał ponad wszystko inne. Władzy. Im wyżej zajdzie, tym bardziej oddzieli się od innych. Każdy krok w górę ma swoją cenę. Tym razem stracił Fenicjankę. Co będzie musiał odrzucić, gdy wespnie się jeszcze wyżej?

I tak nie bylibyśmy długo szczęśliwi, uświadomił sobie Ateńczyk. Prędzej czy później musiałby pojąć nową żonę, dla zawarcia kolejnego sojuszu. A także po to, by spłodzić następców lepiej rokujących, niż ten żałosny mazgaj, Demetriusz. Kleopatra stałaby się wówczas obciążeniem. Być może sam by ją oddalił… A tak, jej śmierć wyklarowała wiele kwestii. Sprawiła, że ujrzał wyraźnie ścieżkę, którą musiał zdążać. Naturalnie, będzie trzeba wziąć pomstę. Ukarać wszystkich odpowiedzialnych za ten zamach. Nie chodziło wcale o ugaszenie gniewu we krwi – Dionizjusz był już ponad tym. To był po prostu kolejny krok na drodze ku najwyższym celom.

Próbowali mnie zabić, pomyślał raz jeszcze. Zamiast tego wzmocnili mnie po stokroć. Sprawili, że w pełni zrozumiałem, co muszę zrobić. Wypełnię to co do joty. A wtedy oni zaniosą się szlochem.

– Zgromadź wszystkich na dziedzińcu – rozkazał, unosząc głowę. – A potem idź po Arystotelesa ze Stagiry. Trzeba przeprowadzić śledztwo.

* * *

Aratos stał przy oknie swojej komnaty w zajeździe dla pielgrzymów. Spoglądał na rozciągającą się szeroko panoramę Eginy, skąpanej w blasku zachodzącego słońca. Gdy opuścił wzrok, ujrzał kilka kapłanek Artemidy zmierzających w stronę świątyni. Wkrótce miało się zacząć wieczorne składanie ofiar.

Usłyszał za sobą skrzypnięcie uchylanych drzwi. Nie za wcześnie? – przeszło mu przez myśl. Ciche kroki na podłodze a potem odgłos zamykania drzwi. Kreteńczyk nie odwrócił się ku przybyłej. Zamknął oczy i z żalem podjął decyzję.

– To, co robimy, to szaleństwo – oznajmił. – Musimy przestać się spotykać, Korinno.

– Całkowicie się z tobą zgadzam, Aratosie – odpowiedział mu znajomy głos.

Fechmistrz obrócił się na pięcie. Ismena miała na sobie suknię pierwszej kapłanki, białą z zieloną lamówką. Włosy przewiązała srebrnymi wstążkami. W jej oczach odbijały się ostatnie promienie słońca, czyniąc je niemal fioletowymi.

– Cieszy mnie, że nie ma tu między nami sporu – ciągnęła kobieta. – To był obłęd. Modlę się o to, by nie przyniósł poważniejszych konsekwencji.

Potrząsnął głową. Ismena roześmiała się bez śladu wesołości.

– Jestem jej przyjaciółką. Poza mną nie ma tu nikogo. Dziwisz się, że uczyniła ze mnie swoją powierniczkę?

– Spytam zatem, co zamierzasz zrobić z tą wiedzą.

– Nie obawiaj się. Z mojej strony nic wam nie zagraża. Nie doniosę ani Dionizjuszowi, ani Demostenesowi o tym, co tu się stało. Zależy mi na zaufaniu, jakim darzy mnie Korinna. Zresztą, skompromitowałabym w ten sposób również siebie. Wiele szlachetnych rodów przysyła nam córki na wychowanie. Utrata reputacji słono by nas kosztowała.

Kreteńczyk poczuł ulgę, lecz trwała ona ledwie kilka sekund.

– Muszę cię jednak ostrzec, że nawet bez mojego działania wasz sekret może łatwo wyjść na jaw. Zwłaszcza jeśli nie byliście… ostrożni – nie doczekawszy się odpowiedzi, kontynuowała. – Jeśli tak się stanie, możesz obwiniać tylko siebie. Jesteś starszy i dalece bardziej doświadczony. Powinieneś był zadbać, by nie pojawiły się żadne komplikacje.

Gdzieś w oddali uderzył piorun. Silniejszy wiatr szarpnął koronami drzew. Nad pełnym morzem rozpętywał się właśnie jeden z gwałtownych wiosennych sztormów.

– Wątpię, byś zastanawiał się nad owocami twoich działań – podjęła Ismena. – Pozwól więc, że ci je przedstawię. Gdy do Demostenesa dotrze wieść, że sięgnąłeś po jego własność, wpadnie w furię. Nie będzie jednak obwiniał ciebie, lecz twego pana, Dionizjusza z Faleronu. Uzna, że to strateg kazał ci zdeflorować jego córkę – po to, by jeszcze bardziej go upokorzyć. Korinna zaś straci dla niego większą część ze swej wartości. Wiesz, jacy są ci Ateńczycy. Traktują dziewczęta jako narzędzia do zawierania politycznych sojuszy. Nikt zaś nie będzie się ubiegał o rękę panny zhańbionej romansem ze zwykłym najemnikiem.

Chciał coś powiedzieć, lecz powstrzymała go uniesioną dłonią.

– Skoro zaś córka przestanie się liczyć dla Demostenesa, Dionizjusz straci ostatni już instrument nacisku na demokratów. Po ucieczce pozostałych zakładników Korinna była jedyną nadzieją na zachowanie pokoju w Atenach. Przez wasz nierozważny czyn nadzieja ta jest coraz bardziej złudna.

Milczał. Jak mógł jej odpowiedzieć? Zrzucić winę na młódkę, oskarżyć ją, że sama doń przyszła? To byłoby tchórzliwe, on zaś nigdy nie postępował w ten sposób. Przekonać, że tajemnica nie zostanie ujawniona? To z kolei było naiwne. Jeśli nauczył się czegoś w życiu, to właśnie tego, że sekrety rzadko pozostają nimi długo. Ten, który łączył go z Korinną, mógł wyjść na jaw w ciągu kilku najbliższych miesięcy. Mniej więcej wtedy, gdy ciąża stanie się widoczna…

Ismena westchnęła.

– Całkiem możliwe, Aratosie z Hierapytny, że dzisiejszego ranka pchnąłeś całą Attykę w otchłań wojny domowej. Uczynię jednak wszystko, by naprawić wyrządzone szkody. Masz moje słowo, że nie spocznę, póki nie ocalę tego pokoju. Z pomocą bogów albo wbrew ich woli.

* * *

Kiedy Arystoteles przybył do willi Dionizjusza, nad miastem zapadł już mrok. Przechodząc przez dziedziniec, zobaczył zgromadzoną tam służbę domową. Niewolnicy obojga płci byli stłoczeni w ciasnym kordonie stworzonym przez najemnych żołnierzy. Wśród uwięzionych ludzi panował niepokój. Słyszeli, że ktoś próbował otruć ich pana, to zaś mogło oznaczać tylko jedno: pieczołowite dochodzenie. Najczęściej połączone z torturami. Na twarzach niektórych widać było lęk, kilka osób nie kryło łez. Otaczający ich żołdacy mieli na sobie pełne zbroje, zaś w rękach dzierżyli miecze i włócznie.

– Czy kogoś brakuje? – spytał jednego z nich Miltiades.

– Tylko Anteji. Osobistej niewolnicy pani domu. Przed godziną opuściła willę razem z czcigodną małżonką stratega.

Rodyjczyk zacisnął zęby.

– Zabroniłem kogokolwiek wypuszczać! – warknął. Najemnik wytrzymał jego piorunujące spojrzenie i odparł:

– Nie wiedzieliśmy, że twój rozkaz dotyczy członków rodziny stratega. A wolnej Atence opuszczającej dom męża zawsze musi przecież towarzyszyć niewolnica…

– Gdzie się udały?!

– Skąd mam wiedzieć?

Miltiades zadrżał z gniewu. Szybko jednak się opanował i nie zbeształ swego podwładnego.

– Chodźmy, uzdrowicielu – zwrócił się do Arystotelesa. – Czcigodny Dionizjusz oczekuje nas w swej komnacie.

Ateński strateg wciąż jeszcze miał na sobie zakrwawioną tunikę. Siedział pochylony na łożu, nieopodal ciała niewolnicy. Kiedy usłyszał ich kroki, podniósł głowę i spojrzał ku drzwiom.

– Jesteś, medyku. Dziękuję za twój pośpiech, biorąc pod uwagę okoliczności.

– Przybyłem, gdy tylko usłyszałem, co się stało, Dionizjuszu – Arystoteles nie miał w zwyczaju zwracać się do nikogo per „panie”. Najwyraźniej zamierzał być w tym konsekwentny. Miltiades zmarszczył brwi, lecz jego dowódca nawet się tym nie przejął.

– Wiem, że znasz się na truciznach – ciągnął wypłukanym z jakichkolwiek emocji tonem. – Wyleczyłeś Aratosa z Hierapytny. Chcę, byś ją zbadał. Muszę wiedzieć, jak zginęła.

Stagiryta popatrzył na martwą dziewczynę. Nawet teraz była bardzo urodziwa. I taka młoda… Jej czas jeszcze nie powinien był nadejść. Serce filozofa ścisnęło się z żalu. Bez zbędnych słów zabrał się do pracy.

Rodyjczyk zbliżył się do Dionizjusza.

– Panie, musisz się przebrać… – zaczął.

– Czy wszyscy są już na dziedzińcu? – przerwał mu strateg.

– Wszyscy… z wyjątkiem Anteji. Towarzyszy twojej żonie w podróży do miasta.

– Anteja. Kleopatra mówiła, że to ona przyniosła wino…

Miltiades zbladł.

– Panie! Gdybym wiedział…

– Mówisz, że moja żona opuściła willę, zabierając ze sobą naszą podejrzaną? Cóż za niefortunny przypadek. Tyle tylko, że ja nie wierzę w przypadki. Zacznij przesłuchiwać niewolników. Najpierw tych, którzy zwykle nosili wino. Chcę wiedzieć, czemu tym razem pozwolili na to dziewce.

* * *

Słońce kryło się już za horyzontem. Nad Eginą prędko zapadał zmrok. Wkrótce należało zapalić lampę oliwną, lecz Aratos nie myślał teraz o tym.

– Co zamierzasz uczynić? – spytał zdumiony.

– Trzy rzeczy – odparła Ismena. – Po pierwsze, jak już ci obiecałam, zachowam milczenie. Po drugie, dołożę starań, byś więcej nie znalazł się sam na sam z Korinną. Nie dlatego, że boję się, iż znów wylądujecie w łóżku. Liczę, że przemówiłam wam choć trochę do rozsądku. Musicie jednak wystrzegać się wszelkich plotek. Ateny je uwielbiają, a córka Demostenesa nie może sobie na nie pozwolić.

Kreteńczyk skinął głową.

– Po trzecie wreszcie, przygotuję napój, który sprawi, że Korinna nie stanie się brzemienna. Bez względu na to, jak usilnie pracowałeś, by to osiągnąć.

– Potrafisz sporządzić coś takiego?

– Kapłanki Artemidy od wieków były uzdrowicielkami. Znamy się na wywarach z licznych ziół. Niektóre ułatwiają zajście w ciążę. Inne służą zgoła innym celom. Domyślasz się, że to przydatna wiedza dla kobiet, które ślubowały nigdy nie złączyć się z mężczyzną.

– Domyślam się, że wiele z was nie dotrzymało tej przysięgi.

W gęstniejących ciemnościach wydało mu się, że Ismena oblała się rumieńcem. Może jednak było to tylko złudzenie, spowodowane ostatnim, czerwonym blaskiem gasnącego słońca.

– Nie czynię wam z tego zarzutu – dodał prędko. – Uważam celibat za całkiem pozbawiony sensu. Skoro bogini chce pozostać nietkniętą, niech taką będzie. Po co jednak zmusza do tego swe kapłanki?

– Nie bluźnij – przerwała mu ostrym tonem. – I nie próbuj zmieniać tematu. Trzeba ci wiedzieć, że moja pomoc nie jest pozbawiona ceny. Przygotowując wywar, narażę się na zemstę Afrodyty i Demeter. A także Asklepiosa, który również nie pochwala spędzania płodów. Jestem gotowa podjąć ryzyko, ale w zamian musisz spełnić moją wolę.

Fechmistrz poczuł, że oto przyszedł moment, by wziąć odpowiedzialność za swe czyny. Nie zamierzał od niej uciekać.

– Zrobię cokolwiek każesz, Ismeno.

– Przysięgnij, że będziesz strzec Korinny, Aratosie. Cokolwiek się wydarzy. Że zostaniesz jej wiernym i niezłomnym obrońcą. Nawet wbrew rozkazom Dionizjusza. Boję się tego, co przyniesie przyszłość. Możliwe, że bez względu na to, co zrobimy, wojna domowa i tak wybuchnie. Nie chcę, by ona stała się jej pierwszą ofiarą.

Kreteńczyk przyglądał się jej uważnie. Postąpił krok naprzód i zajrzał w oczy kapłanki.

– Ty ją kochasz – stwierdził cichym tonem.

Nie próbowała zaprzeczać.

– Tak jak Safona kochała swoją Mnasidike. Przysięgnij. Tu i teraz.

Zawahał się tylko chwilę. A potem przypomniał sobie słowa Dionizjusza: „Gdyby okazało się, że nie uda się ochronić dziewki, nakazuję ci ją zgładzić. Demostenes ukorzy się przede mną albo do końca życia będzie opłakiwał córkę. Cokolwiek się stanie, nie pozwolę mu wygrać tej partii”. Już wcześniej nie był pewien, czy zdołałby wykonać ten rozkaz. Teraz, gdy poznał Korinnę, wiedział, że nie jest do tego zdolny. Obietnica, której domagała się od niego Ismena, jedynie potwierdzała ten fakt.

– Przysięgam – odpowiedział, ujmując kobietę za ręce. – Będę bronił Korinny przed każdym, kto zechce ją skrzywdzić. Nie pozwolę, by spadł jej włos z głowy.

Następnie, choć o to nie prosiła, dodał:

– Jeśli zawiodę, niech pochłonie mnie Tartar.

Dokonało się, pomyślała Ismena. Odniosłam zwycięstwo. Korinna ma wreszcie możnego sojusznika. Niech zadrży ten, kto spróbuje podnieść na nią rękę.

Żałowała tylko, że to nie ona, lecz córka Demostenesa zapłaciła cenę za to przymierze.

* * *

– Trucizna, której użyto, nie ma zapachu – mówił Arystoteles ze Stagiry, obmywając ręce w misce wody. – Całkiem możliwe, że nie da się jej także wyczuć w smaku napoju, z którym została zmieszana. Pies, któremu podałem resztkę wina rozcieńczoną w wodzie, wychłeptał je bez oporów. Skutek był natychmiastowy. Jad atakuje mięśnie, płuca, powoduje krwotok. Zgon następuje z powodu uduszenia. Niestety, jest bolesny. Twa niewolnica cierpiała przed śmiercią. Dobrze chociaż, że nie trwało to zbyt długo.

Dionizjusz powoli skinął głową.

– Wiesz, czego użyto?

– Jest tylko kilka trucizn o podobnych cechach. Jedna z nich omal nie zabiła Aratosa z Hierapytny, ale zdołał się jej pozbyć, wymiotując. Inną jest złoty pył. Przygotowują go Persowie. Jest o tyle skuteczniejszy, że nie sposób go zwymiotować, gdyż od razu paraliżuje gardło. Nie słyszałem jednak, by ktokolwiek używał go w Grecji.

Strateg przypomniał sobie relację Aratosa z wyprawy do Ilirii i Epiru. Kreteńczyk podejrzewał, że ateńskich demokratów wspiera sama królowa Olimpias, matka króla Aleksandra i rzeczywista władczyni Epiru, sprawująca rządy w imieniu małoletniego wnuka. Dla niej sytuacja w Atenach była istotnym elementem wielkiej gry toczonej z regentem Macedonii, Antypatrem. Gdyby zatriumfowała tutaj, mogłaby zbuntować przeciw niemu liczne kraje południowej Hellady.

– Moi wrogowie dysponują znacznymi środkami – zauważył. – Możliwe, że sprowadzili truciznę z daleka.

W tym momencie do komnaty wszedł Miltiades z Rodos.

– Panie… – rzekł niepewnym tonem. Odkaszlnął i zaczął znowu: – Wzięliśmy na tortury twą służbę domową. Wszyscy przesłuchiwani zgadzają się co do jednego. Twoja czcigodna żona osobiście kazała Anteji zanieść wino do twych komnat. Zakazała pozostałym nawet zbliżać się do dzbana z napojem.

Po tych słowach zapadła długa cisza. W końcu przerwał ją sam Dionizjusz.

– Niektórzy niewolnicy lubią podpijać trunki swoich panów… Tępiłem takie praktyki, ale z pewnością nieskutecznie. Gdyby któryś skosztował choćby kilka łyków, próba otrucia niechybnie wyszłaby na jaw. A zatem Eurynome miała pełną świadomość, co znajduje się w winie.

– I dołożyła starań, by nikt nie skosztował go przed tobą – dodał Arystoteles.

Czy traktowałem cię aż tak źle, że przyłączyłaś się do moich wrogów? Skąd ta nienawiść, Eurynome? Ateńczyk zacisnął dłonie w pięści. Dotarli nawet do mojej żony, pomyślał. Nikomu nie mogę już zaufać.

– Zostawcie mnie samego – rozkazał.

Gdy wyszli, podszedł do okna i wyjrzał na dziedziniec. Niewolnicy, których nie zawleczono jeszcze na męczarnie, wciąż tam stali, zbici w gromadkę pomiędzy najemnikami. Na widok pana wznieśli ku niemu okrzyki z prośbą o łaskę. Dionizjusz skrzywił się z niesmakiem i cofnął w głąb komnaty. Wciąż nie mógł się pogodzić ze zdradą żony. Potrafiłby zrozumieć, gdyby zaniedbywana przez niego znalazła sobie kochanka, choć biorąc pod uwagę jej wrodzoną pruderię, byłoby to bardzo dziwne. Ale próba morderstwa? Czym sobie na to zasłużył? Zawsze starał się traktować ją z szacunkiem, chyba że go akurat rozgniewała. Bił nie częściej niż inni ateńscy mężowie, zresztą tylko w uzasadnionych okolicznościach. Jak mogła obrócić się przeciwko niemu? Z miejsca odrzucił hipotezę, że zabijając go, chciała oszczędzić sobie hańby, jakim byłby publiczny rozwód. Eurynome musiała zdobyć truciznę, zanim przedstawił jej swe ultimatum. Być może jego słowa popchnęły ją do czynu, lecz z pewnością planowała to już wcześniej.

Pozostawało tylko jedno pytanie. Skąd jego żona miała złoty pył? Czegoś takiego nie sposób kupić na agorze. Za handel truciznami obowiązywały prawdziwie drakońskie kary, łącznie z ukrzyżowaniem i zakopaniem żywcem w ziemi. Kto zatem dostarczył jej tak rzadki specyfik?

Błysk zrozumienia przeszył go na wskroś. Był przecież mężczyzna, z którym Eurynome spotkała się poza willą. On sam ją o to oskarżył, zarzucając niewierność! Przypomniał sobie Kritiasa, przystojnego kapłana o wyniosłym sposobie bycia i nienagannych manierach. Przedtem znał go tylko z korespondencji dyplomatycznej, którą rząd Aten prowadził z sanktuarium Apollina w Delfach. Dopiero niedawno spotkali się osobiście. Zasiedli razem w loży honorowej Teatru Dionizosa i zamienili raptem kilka słów. Stało się to owego nieszczęsnego dnia, gdy publika wygwizdała sfinansowaną przez oligarchów komedię Menandra. Strateg przypomniał sobie reakcję kapłana na wybuch ludowego gniewu oraz towarzyszącej mu przemocy. Kritias przyglądał się temu zachłannie, jakby właśnie spełniały się jego skryte marzenia! Przypominając sobie wyraz jego twarzy, Dionizjusz nabrał absolutnej pewności. Ten urodziwy mąż był zamieszany w mroczne sprawy. Kto wie? Może po ucieczce Epiroty Tryfona oraz Celta Brennusa to on był nowym wysłannikiem królowej Olimpias w Atenach?

Bez względu na to, jak miały się sprawy, jedno było pewne: tylko Kritias mógł dostarczyć truciznę Eurynome. Nie istniało inne rozwiązanie tej zagadki.

Miltiades stał w korytarzu, czekając, aż znów zostanie przywołany. Arystoteles gdzieś się zapodział. Strateg podszedł do dowódcy swej przybocznej straży.

– Możesz przerwać tortury niewolników – oznajmił. – Wiem już wszystko, czego mi potrzeba.

– Rozkaz – na twarzy Rodyjczyka zarysowała się ulga. Najwyraźniej nie gustował w zadawaniu zbędnych cierpień. Ateńczyk ciągnął dalej:

– Każ usypać w ogrodzie stos pogrzebowy. Chcę godnie pożegnać Fenicjankę, która wypiła przeznaczoną dla mnie śmierć. A potem poślij ludzi do wszystkich kwater moich najemników. Mają się niezwłocznie zgromadzić na agorze.

– Wszyscy? – Dionizjusz opłacał ponad setkę zbrojnych, rozlokowanych po całym Mieście.

– Wszyscy. Niech przyjdą w pełnym rynsztunku.

Godzinę później wyszedł na dziedziniec. Nad Atenami zapadł już zmrok, zaś upał powoli tracił na sile. Służba kończyła właśnie wznosić stos pogrzebowy, wysoki na pięć stóp. Po długich tygodniach suszy w Mieście nie brakowało suchych gałęzi, które mogły posłużyć za budulec. Niewolnicy wciąż byli przerażeni wydarzeniami tego wieczoru. Dionizjusz ujrzał także Arystotelesa, który siedział na kamiennej ławie i patrzył na postępy pracy.

– Gdzie byłeś, medyku? – spytał Ateńczyk.

– Opatrywałem ludzi, których posłałeś na męki – odparł Stagiryta. – Na szczęście, twoi żołnierze nie zdążyli jeszcze zrobić im nic nieodwracalnego.

– Dziękuję ci za wszystkie usługi. Zostaniesz sowicie wynagrodzony.

W tym momencie słudzy wynieśli z willi Kleopatrę. Jej ciało zostało obmyte i odziane w czarny peplos. Suknia należała do Eurynome, która zwykła nosić ją na uroczystościach pogrzebowych. Dionizjusz kazał umieścić zwłoki na szczycie stosu. Wszyscy zgromadzili się wokół – zarówno niewolni, jak i najemnicy. Przyglądali się, jak ich pan kładzie na powiekach martwej dziewczyny brązowe obole, a potem wyciąga rękę po pochodnię. Podał mu ją Miltiades z Rodos.

– Przybyłaś do nas jako barbarzyńska niewolnica – szepnął Dionizjusz, spoglądając na piękną, wygładzoną śmiertelnym spokojem twarz Kleopatry. Mówił tak cicho, że nawet stojący obok najemnik nie słyszał jego słów. – Lecz pochowamy cię jak wolną Hellenkę. Niech Charon zabierze cię na drugą stronę Styksu, gdzie znajdziesz ukojenie wszystkich smutków.

Przyłożył pochodnię do stosu, z obydwu stron. Suche drewno natychmiast zajęło się ogniem. Po chwili na środku dziedzińca wystrzelił w górę płomień. Gorąco uderzyło w twarz Dionizjusza. Mimo to nie cofnął się nawet o krok. Przez ścianę ognia patrzył na Fenicjankę. Dym piekł go w oczy, które zaczęły łzawić. Ludziom, którzy stali najbliżej, mogło się zdawać, że Dionizjusz z Faleronu płacze.

– Bądź spokojna, odchodząc do krainy umarłych – rzekł, czując, jak rozpalone powietrze wdziera mu się do gardła. – Przysięgam, że twym mordercom przysporzę wielu zgryzot. Gorzko pożałują dnia, w którym odebrali mi ciebie. Już wkrótce każdy z nich poczuje, jak smakuje sprawiedliwość.

Stos zapadł się pod własnym ciężarem, strzelając naokoło tysiącami iskier. Kleopatra zniknęła za całunem dymu. Kiedy Dionizjusz odwrócił się od pożogi, Miltiades z Rodos poczuł ukłucie lęku. Strateg miał osmoloną twarz, jego brwi niemal całkiem zniknęły. Chiton, który przywdział, był doszczętnie zniszczony, biały materiał zbrukały ślady sadzy. Za to w oczach skrzyła się ponura determinacja, jakby wciąż odbijał się w nich płomień.

– Na agorę! – rozkazał. – Czas pokazać moim wrogom, czym kończy się wojna z domem Faleronu!

Przejdź do kolejnej części –  Opowieść helleńska: Demetriusz XVIII

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Biedna Kleopatra, lubiłam ją. Lubię nawet Dionizjusza, który jest okrutny ale ciekawy i pełen niedomówień…
Pozdrawiam Lily

Dionizjusz dopiero rozwinie skrzydła, Lily. Cieszę się, że go lubisz – ja z kolei lubię tworzyć takich niejednoznacznych bohaterów.

Pozdrawiam
M.A.

Kleopatra, biedna Kleopatra, żal mi jej, bardzo lubiłem ją i jej relacje z Dionizjuszem. Współczułem jej tragicznej historii i cierpienia jakie przeszła, cieszyłem się gdy kogoś pokochała, chciałem aby mogła być szczęśliwa. Ale niestety, tak musiało być. Zastanawiałem się czy on wypije truciznę czy ona, gdyby to on wypił…co by się wtedy stało? Podejrzewam że los Kleopatry mógłby być okrutny…No cóż. Podejrzewałem że to się tak może skończyć, zbyt zacięta i okrutna robi się już walka między wrogimi stronnictwami, niewinne ofiary tej walki – jak Kleopatra – pojawiły się i będą się pewnie dalej pojawiać.Ja już się nie mogę doczekać dalszego ciągu 🙂
Rewelacyjne opowiadanie, cudowne. Czytałem już całą opowieść helleńską i uwielbiam ją. Jakbyś miał kiedyś sprzedawać swoje opowiadania w wersji papierowej to na pewno bym kupił. Kocham ten okres historii Hellady
a to w jaki sposób piszesz, jak mistrzowsko operujesz opisem i jak budujesz rewelacyjne postacie – tak barwne
i prawdziwe – to sprawia że jestem Opowieścią Helleńską zachwycony i z przyjemnością postawiłbym sobie ją
w formie książki na półce. Ciężko mi powiedzieć czy była to moja ulubiona część opowieści helleńskiej, emocje są na razie zbyt silne, a też było wiele innych fantastycznych rozdziałów, będę musiał je sobie przypomnieć.

Pozdrawiam Aoba

Witaj Aoba, cieszę się, że dołączyłeś do grona komentatorów. Mam nadzieję, że zostaniesz dłużej 😉

Oczywiście, śmierć Dionizjusza miałaby znacznie większy oddźwięk niż śmierć zwykłej niewolnicy. Mogłaby wstrząsnąć Atenami. Ale akurat zabójstwo Kleopatry było istotne: ostatecznie pchnęło Dionizjusza do tego, ku czemu się skłaniał, ale jednak wzdragał się przed 'pójściem na całość' – twardej, bezpardonowej walki o władzę. Całą władzę.

Co do ciągu dalszego – dwie następne części pojawią się na NE w pierwszym tygodniu lipca. A więc już całkiem niedługo!

Dziękuję za wszystkie miłe słowa. A co do wydania książkowego – na razie pracuję nad wydaniem .pdf. A potem się zobaczy 😉

Pozdrawiam
M.A.

Witaj Megasie, dziękuję za miłe powitanie 🙂

Rozumiem, to brzmi bardzo ciekawie, więc to dopiero teraz Dionizjusz przestaje mieć jakiekolwiek opory…Oj, wydaje mi się że na pewno emocji nie zabraknie, zwłaszcza tych związanych ze zdradą, walką i intrygami. A ja takie emocje bardzo lubię więc jestem zadowolony 🙂
Uwielbiam Dionizjusza i cieszę się że będę mógł się nim teraz dużo nacieszyć 🙂
Ciekawi mnie jednak jedna kwestia – jak Uważasz, co by się stało z Kleopatrą gdyby otrucie Dionizjusza powiodło się?

Ach, cieszę się bardzo że już tak niedługo będę mógł czytać kolejne części Demetriusza, cudownej Opowieści Helleńskiej. Dzięki Ci raz jeszcze za Twoją wspaniałą pracę!

Pozdrawiam
Aoba

Witaj ponownie, Aoba!

Myślę, że w najbliższych kilku rozdziałach Dionizjusza Ci nie zabraknie 🙂 Gość już niedługo zarządzi w Atenach i niekoniecznie mówię to w stylu młodzieżowej przenośni.

Pytasz, co by się stało z Kleopatrą, gdyby to Dionizjusz został otruty? Cóż, los Fenicjanki byłby nie do pozazdroszczenia. Myślę, że wszyscy niewolnicy byliby wzięci na przesłuchanie – a nieludzkie ateńskie prawo stanowiło, że zeznania niewolnika nie są ważne, jeśli nie były wydobyte przy pomocy tortur. Tak więc Fenicjanka przeżyłaby naprawdę wiele bólu. Pytanie, do jakich zeznań by ją zmuszono. Gdyby pod wpływem męczarni przyznałaby się do czegoś – czekałaby ją śmierć. Gdyby wytrzymała i zeznała, że nie miała z zabójstwem nic wspólnego – zostałaby w końcu uwolniona. Pytanie tylko, czy oszpecona torturami miałaby jeszcze jakąś wartość na ateńskim rynku niewolników.

Dziękuję za wszystkie miłe słowa i serdecznie pozdrawiam!

M.A.

Odnośnie prawa. Gdyby rzecz działa się w Rzymie i któregoś z niewolników uznano by winnym śmierci pana (otrucie specjalnie wyszczególniono jako jeden z możliwych rodzajów zabójstwa) to ustawy nakazywały torturowanie i stracenie wszystkich niewolników obecnych wówczas w domu czy posiadłości właściciela, niezależnie od tego, czy wykryto faktycznego winowajcę, czy też nie. Takie prawo wydał senat za czasów cesarza Augusta, a ponowiono je za czasów Nerona, rozszerzając nawet o niewolników z sąsiedztwa, którzy mogliby słyszeć wołanie o pomoc, ale takowej nie udzielili. W 61 r. zastosowano to prawo w praktyce, gdy z przyczyn osobistych (poszło prawdopodobnie o pieniądze zebrane na wykup) jeden z niewolników zamordował pewnego rzymskiego nobila. Osoba sprawcy i jego motywy nie stanowiły tajemnicy, ale skazano na śmierć ponad 400 niewolników obojga płci i w różnym wieku. Trzeba przyznać, że wywołało to oburzenie i niesmak wielu senatorów oraz zamieszki wśród ludu (wielu proletariuszy rzymskich było wyzwoleńcami lub miało ich wśród swoich przodków). Wyrok wykonano jednak pod osłoną wojska. Aby nie łączyć tego akurat wydarzenia z osławionym Neronem warto zauważyć, że faktyczną władzę zarówno podczas odnawiania wspomnianego prawa jak i późniejszych wydarzeń sprawował wychowawca i doradca młodego cesarza, filozof Seneka – skądinąd znany z wielu humanitarnych wypowiedzi w jego pismach, także dotyczących losu niewolników. Cóż, teoria swoje, a praktyka swoje.
Co do tego rozdziału powieści, to przeczytałem z prawdziwym zainteresowaniem i uważam za znakomity. Mniej może chodzi mi o opisy scen erotycznych, a bardziej o budowanie napięcia fabuły, zarysowanie postaci, szczegóły obyczajowe. Skądinąd, Dionizjusz popełnił oczywisty błąd, który zgubił już niejednego: rzucał poważne groźby nie wprowadzając ich natychmiast w życie, przy czym zagrożeni wiedzieli, że może je bez trudu zrealizować. Z podobnych powodów zginęli m. n. Robespierre, emir Zanki (władca Saracenów w epoce krucjat), może też Stalin. Zamierzając pozbyć się żony i informując ją o tym, Dionizjusz powinien bez zwłoki usunąć Eurynome z domu i odesłać ją do ojca. Jeżeli zależało mu na w miarę polubownym załatwieniu sprawy, zachowaniu posagu i poparcia politycznego byłego teścia, to powinien rozmówić się w pierwszej kolejności właśnie z nim. Wszystko wskazuje na to, że nie docenił małżonki. On zresztą w ogóle nie docenia kobiet, traktując je jako narzędzia realizacji własnych celów (legalne potomstwo) i zaspokajania potrzeb seksualnych. Można powiedzieć, takie czasy i ukształtowała go epoka, w której żył, nie potrafi jednak spojrzeć szerzej i wznieść się ponad te ograniczenia. Przykładowo, Perykles to potrafił i okazał się prawdziwie wielkim politykiem. Dionizjusz jednak mu nie dorównuje, tym razem miał szczęście, ale na jak długo tego szczęścia wystarczy? Nie wróżę mu sukcesów w przywracaniu Atenom wielkości.

Dobry wieczór, Neferze!

To prawda, regulacje rzymskie w tym zakresie były nieludzkie. Ale ateńskie prawo nakazujące w czasie przesłuchań niewolników obowiązkowo stosować tortury, również do delikatnych nie należało 🙂 Tym bardziej że takie zabiegi zwykle kończyły się okaleczeniem lub oszpeceniem.
Owszem, Dionizjusz powinien inaczej rozegrać sprawę, ale wtedy nie byłby Dionizjuszem, czyż nie? To nie jest człowiek na miarę Peryklesa. Choć ambicjami mu z pewnością dorównuje. Jak długo dopisze mu szczęście? Przekonasz się za kilkanaście rozdziałów 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Szkoda Kleopatry ale niestety ktoś musiał zginąć by Dionizjusz mógł przeżyć.

A Aratos dopiero teraz uświadomił sobie co zrobił i jakie mogą być tego konsekwencje. Śmiem twierdzić że przysięga, którą złożył będzie niosła dla niego poważne konsekwencje.

daeone

No właśnie, Dionizjusz ma jeszcze wiele do zrobienia. A Kleopatra, choć darzyłem ją dużą sympatią, była niestety skazana. Myślę wszakże, że umierając, była szczęśliwa – udało jej się zdobyć mężczyznę, którego kochała. Możliwe, że tylko na chwilę – ale jednak.

Co zaś się tyczy Aratosa – w moich opowieściach przysięgi zwykle mają długofalowe konsekwencje 😉

Pozdrawiam
M.A.

Najlepsza część historii o Demetriuszu! Udało Ci się ukazać Dionizjusza w zupełnie innym świetle, zaczyna się robić naprawdę intrygująco! 🙂
L

Dziękuję i postaram się utrzymać stan zaintrygowania w kolejnych rozdziałach 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Co do zemsty Menandra to raczej pewnie w tych okolicznościach uzyska pomoc ojca Demetriusza

Powiem tyle: reakcja Dionizjusza na wieść o zemście będzie nadzwyczaj ciekawa 🙂

Pozdrawiam
M.A.

To moja ulubiona część "Demetriusza". Mam wrażenie, że w tej części wszyscy są sobą, zrzucili maski.
Eileen

Ja też lubię tę część z powodu tragizmu śmierci jednej z bohaterek. Ale mam nadzieję, że uda mi się jeszcze przeskoczyć tę poprzeczkę i dać Ci rozdział, który polubisz jeszcze bardziej 🙂

Pozdrawiam
M.A.

K

Wszyscy są w coś umoczeni. Osobiście wbiła mnie w fotel sprawa połamania nóg temu biegaczowi. Co za wredny dziad z tego Dionizjusza.

Nawiasem mówiąc, zdaje się że Zachowujesz zasadę „przemoc rodzi przemoc”. Jednym z fundamentów Twojego geniuszu jest dynamiczna akcja i reakcja.

Nie mogę uwierzyć że niespełna dwa tygodnie temu zaczęło się tak niewinnie, że pogrążony w swoistej dekadencji wywołanej przesyceniem erotyką w obrazie, zupełnie przypadkowo znalazłem ten portal. A tu już dwóch twórców na których dzieła czekam. A to dopiero początek.

Dobry wieczór, Mick!

Bardzo się cieszę, że znalazłeś u nas teksty godne czytania i Autorów wartych śledzenia 🙂 Zapewniam Cię, że jest ich tu znacznie więcej niż dwóch. Warto też zajrzeć do tych twórców, którzy już nie są aktywni, ale pozostawili nam wiele cennych prac.

Akcja-reakcja to według mnie jedna z podstawowych cech budowy przekonującej fabuły. Wszystkie poważniejsze działania bohaterów powinny nieść z sobą konsekwencje, z tych zaś wypływać kolejne. Ostatecznie trudno jest stwierdzić, czy losy postaci potoczyły się tak czy inaczej za sprawą wyroków przeznaczenia, czy też ich własnych wyborów. W pewnym momencie swoboda decyzji zawęża się pod wpływem tych podjętych wcześniej. Pewne alternatywy przestają być możliwe. Z tej perspektywy może się wydawać, że bohater od początku zmierzał ku temu skutkowi. Pytanie jednak, czy tak było w istocie. Odpowiedź na nie pozostawiam Czytelnikom 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz