Mam do nich słabość II (Karel Godla)  3.67/5 (3)

36 min. czytania

Link do pierwszej części opowiadania

W późniejszych latach młody licealista, a później student, rzadziej miewał kontakt ze służbą zdrowia, a gdy już koniecznie wymagał pomocy medycznej, stwierdzał z rozczarowaniem, iż personel nieco się statystycznie postarzał. Młode, fertyczne pigułeczki napotykał bardzo rzadko. Niemniej pielęgniarki tak jak za czasów chłopięcych nadal stanowiły dla Piotra symbol i kwintesencję kobiecej seksualności.

Po przejściu kilku życiowych zakrętów dojrzały, doświadczony przez los Piotr wiele razy rozmawiał ze swoim przyjacielem na temat pielęgniarek. A może nawet bardzo wiele razy. Pigułeczki stanowiły wdzięczny i nawracający temat męskiego gadulstwa. Przyjaciel został przecież lekarzem. Któż może lepiej znać tajniki pracy dziewczyn w białych fartuszkach, któż może mieć na ich temat rzetelniejszą, wypraną z wszelkiego romantyzmu opinię, niż ich zawodowy partner.

Konkluzje wspomnianych rozmów były często sprzeczne, w zależności od scenerii rozmowy, ilości wypitego alkoholu i innych okoliczności.

– To takie same kobiety jak wszystkie inne. Kurew wśród nich nie brakuje – wymądrzał się przyjaciel, gmerając z wprawą kijem w ognisku, doprowadzając geometrię dopalających się kawałków drewna do niemalże symetrii i dopijając entą puszkę mocnego, słodkawego piwa. Jego ręka słabo poddawała się wpływowi pogarszającego precyzję ruchów alkoholu.

– Pamiętasz Kazia? – pytał retorycznie.

Kazio to dobry kolega przyjaciela jeszcze ze studiów. Ów kolega mieszkał aktualnie w dużym mieście na wybrzeżu. Nadal praktykował medycynę w skromnym, nie przynoszącym kokosów, wymiarze. Piotr poznał lekarza parę lat temu w domu przyjaciela. Koleżeństwo medyków odżyło po latach stosunkowo luźnych kontaktów. W następstwie pierwszych odwiedzin Kazio regularnie co roku przyjeżdżał na tydzień wakacji. Przyjaciel pływał ze swoim gościem na żaglach, mimo, że Kazio nie szalał na punkcie kołysania i na wodzie wpadał zazwyczaj w pierwsze stadium choroby morskiej.

Wizyty i spotkania podstarzałych rówieśników rujnowały barek Piotra. Lekarze–żeglarze zawsze dużo pili, zwłaszcza, że alkohol skutecznie łagodził objawy morskiej choroby u Kazia. Gdy kumple mieli Piotra pod ręką, po pracy albo w weekendy, pili przeważnie jego delikatesy, które latami nabierała mocy w barku nietrunkowego właściciela i nagle przychodził na nie (delikatesy) koniec. Żeglarze po kolei rekwirowali na łajbę butelki wybornej wódki, a także koniaki, łyskacze oraz dżiny, i dobra połowa portowego towarzystwa, ta lepiej znajoma połowa, brała udział w degustacji tych czasem rzadkich specjałów. Powszechnie wiadomo, że rasowy żeglarz nie ma przyjemności z pływania, jeśli musi to robić cały dzień na trzeźwo. Pół dnia ujdzie, ale nie cały – od świtu do nocy.

Kazio był niedużym, wyjątkowo flegmatycznym facetem. Sprawiał wrażenie męskiego uosobienia dobroci, które nawet wściekle głodnej komarzycy, a nie tylko muchy, nie skrzywdzi. Medyk znad morza wyhodował trochę brzucha doskonale harmonizującego z ospałym sposobem bycia właściciela.

– Na studiach mieszkałem z Kaziem kilka lat w jednym pokoju. Znam go. Dusza człowiek. Nie wadzi nikomu – zaczynała się opowieść.

„Szlag by to trafił, ileż można” – Piotr krzywił się, słysząc ten wstęp, bo historię znał niemalże na pamięć. Ale nie było szans, aby uniknąć wysłuchiwania wspomnieniowej sagi po raz kolejny, jeśli nie chciało się urazić przyjaciela.

– …i Kazio miał trzy żony. Wszystkie pielęgniarki. Byłem na trzech ślubach, pierwszy to jeszcze na studiach, na czwartym czy piątym roku… Wspaniałe, śliczne dziewczyny. Można było Kaziowi pozazdrościć, gdyby nie to, że zawsze na wesele zapraszali jakieś ich fajne, albo wręcz bardzo fajne koleżanki i zawsze udawało się jakąś… wiesz…

Tu przyjaciel na chwilę utykał, może wspominając owe „fajniejsze”, ale narracja ciągnęła się po przerwie nieubłaganie.

– …żony – wszystkie cycatki, uśmiechnięte, długonogie…

„Akurat długonogie pasują do takiego kurdupla” – Piotr krzywił się z ironią, wspominając posturę lekarza z wybrzeża.

– …A Kazio jest jaki jest. Spolegliwy. Każda po paru miesiącach sielanki właziła mu na głowę. A potem zaczynały się awantury, złośliwości. Kazio prosił: „nie rób mi kotletów schabowych, bo nie znoszę”. A one na złość robiły. Codziennie. Przy rozwodach oskubywały go na maksa. Jedna to nawet mu drzwi porąbała siekierą. Ze złośliwości.

– Ej, czemu ty nic nie pijesz, Piotruś, kurwa…? Nie będę sam pił! Pij do cholery… – w słowach kryła się pretensja, forma niemal szantażu, któremu Piotr raz na jakiś czas ulegał.

Powyższy wariant to była wersja be–be przyjaciela, że pielęgniarki to niby takie same (albo wręcz gorsze) zdziry jak reszta kobiet, za wyjątkiem własnej żony opowiadającego (tu się akurat Piotr zgadzał) oraz paru innych fenomenów. Co jakiś czas przerabiali też wersję miodzio, kiedy przyjaciel znajdował się w bardziej sentymentalnym nastroju, a przede wszystkim nie pod wpływem. Mniej więcej taką:

– Wiesz, pielęgniarki, to strasznie kiepsko zarabiają. Tak jak lekarze zresztą. Ale one to już wyjątkowo źle są traktowane. Systemowa pokomunistyczna niesprawiedliwość. A to taka odpowiedzialna, wymagająca wyrzeczeń praca. Ciągłe dyżury nocne, weekendowe, świąteczne. Szybko się człowiek zużywa i starzeje od takiego trybu roboty. Dużo serca trzeba w pracę z pacjentem włożyć. Pacjent cierpi, boi się śmierci, umiera. A przecież o życie osobiste też trzeba zadbać. Własnymi dziećmi trzeba się zająć, o męża zatroszczyć, żeby przygód nie szukał u innych dup. Jest trochę przypadkowych kobiet w zawodzie, ale przynajmniej połowa z nich to jednak trochę inny typ człowieka, świadomie wybrały pracę wymagającą zaangażowania i poświęcenia.

Po czym następował szereg chlubnych przykładów z jego zawodowej praktyki.

– Pielęgniarki to najfajniejsze laski, nie musisz mi tłumaczyć – mruczał Piotr trochę nie na temat. Tego akurat wariantu opinii przyjaciela o pielęgniarkach mógł słuchać raz na jakiś czas bez wstrętu, bo utwierdzała go ona w jego własnych od dawna wykrystalizowanych poglądach.

****

Zazwyczaj wieczorem całą trójką wypływali z portu łodzią bez oświetlenia, w oparach wolno stygnącej wody, niczym widmowym latającym holendrem. Kazio najczęściej siedział skurczony u steru. Wydawało się, że myślami pozostał na brzegu i kurczowo wbija tam nogi w stały ląd. Piotr z przyjacielem zajmowali się żaglami i wypatrywaniem świateł najbliższego ośrodka, hotelu czy knajpy. Choć najczęściej płynęli na samym silniku. „Szmaty” stawiali tylko wtedy, kiedy przyjacielowi coś odbiło – nie chodziło o szpan, a raczej o adrenalinę. Czasem adrenalina potrzebna jest podstarzałym facetom jak powietrze, coś sobie jeszcze chcą udowodnić.

Trasa rejsu miała za każdym razem, mniej więcej, stały przebieg. Najpierw płynęli wskroś wody, hen na drugi brzeg, do którego przytuliły się dwa lub trzy ośrodki wypoczynkowe, i odwiedzali je po kolei, żeglując od jednego przybytku do kolejnego. W każdym miejscu wypijali jedno czy dwa piwa, albo setę, chwilę flirtowali z barmanką w ośrodkowym barze, jeśli takowa była i nadawała się według bardzo płynnych kryteriów do ksiutów. Potem płynęli z powrotem ku swojemu brzegowi, nawigując w stronę pobliskiego miasteczka, gdzie przycupnęły kolejne dwa nadbrzeżne bary, szumnie przez właścicieli nazywane restauracjami. Ten etap wyprawy stawał się bardziej ryzykowny, bo można było po ciemku nadziać się na mieliznę. Ale dobrze znali akwen, przyjaciel nawigował wg świateł miasteczka i co najwyżej Kaziowi dostawały się reprymendy, gdy bez wyczucia wykonywał polecenia dawnego kolegi ze studiów. Przyjaciel wychodził z założenia, że trasa rejsu jest tak oczywista, iż Kazio powinien prowadzić łódź jak po sznurku bez jego pomocy.

Czasem słyszeli w mroku cichy warkot silnika innej łodzi. To miejscowi wędkarze wracali z połowu. Ci obcy także znali akwen i nie bali się pływać w ciemnościach. Łodzie tubylczych rybaków zwyczajowo sunęły nieoświetlone, co podczas nowiu albo przy zachmurzeniu stwarzało ryzyko, że Piotrowa gromadka nie dojrzy na czas nadpływającej jednostki, aby bezpiecznie wykonać manewr minięcia. Przyjaciel przejmował wtedy ster od Kazia. Na pokładzie zapadała cisza, wszyscy wytrzeszczali oczy w ciemność i opary z nią zmieszane.

Zdarzało się, iż mijali obcą łódź na granicy widoczności, w całkowitym milczeniu, co zawsze pozostawiało pytanie, czy ekipa ze szlajającej się po ciemku łajby dojrzała ich czy nie. Ten z awanturniczych żeglarzy, który dostrzegł obcą łupinę wyciągał rękę i szeptał: – Tam jest.

Pewnego razu, gdy taką bezksiężycową nocką płynęli, przyjaciel przypomniał sobie na środku jeziora o skłonnościach Piotra do pigułeczek.

– Wiesz, Kaziu, Piotruś jest strasznie napalony na pielęgniarki. Nie masz tam u siebie jakiejś miłej, wolnej koleżanki? Na przykład ta Tereska była całkiem fajna. – Przyjaciel nawiązywał do ostatniej wizyty, jaką złożył Kaziowi zimą.

– Teresa odeszła z pracy i wyjechała. Straciłem z nią kontakt – mruknął Kazio. – A czemu pielęgniarki? Nie możesz sobie znaleźć jakiejś normalnej, spokojnej kobiety?

– Kaziu, nie pierdol! Co ty chcesz od pielęgniarek? – przerwał przyjaciel, żartobliwie próbując sprowokować medyka do sprzeczki.

– Ja nic. Ja się od nich trzymam z daleka – powiedział pokojowo Kazio, niespokojnie rozglądając się wokół, bo odpłynęli daleko od lądu i nadbrzeżne światła schowały się w oparach mgły.

Słowa medyka nie były, zdaje się, do końca prawdziwe, bo Kazio miał kochankę, zamężną pielęgniarkę, której mąż wyjechał na saksy. Długo już chłopa nie było w kraju, i nie wiadomo, czy w ogóle zamierzał wrócić do swojej połowicy. Ale informacja o grzesznym związku miała nieoficjalny charakter, i nie należało o tym wspominać, by nie popełnić niezręczności. Piotr wiedział o pielęgniarce z drugiej ręki, bo od przyjaciela właśnie, który też nie miał do końca pewności, tak się tylko domyślał. Kazio, jako starej daty dżentelmen, o swoich i cudzych kochankach nie rozpowiadał.

– Pielęgniarki to zły pomysł, ale jak nie dają ci spokoju, to daj ogłoszenie. Na pewno zgłosi się ich cała masa. Chętnie dorobią do swoich niewielkich pensyjek – dodał jeszcze Kazio i uznał temat za wyczerpany.

– Jakie ogłoszenie? W prasie? Pojebało cię? – przyjaciel radośnie zaczął rozważać propozycję. – Ogłoszenie erotyczne w prasie? „Poznam fajną pielęgniarkę.” Przecież Piotruś nie poda swojego telefonu, bo mu połowa kurew z miasta nie da spokoju – chichotał.

– Jakie erotyczne? Nie jestem zboczeńcem – zbulwersował się Piotr.

– No, wiem. Ale jak chcesz przerżnąć pielęgniarkę, to ci podaję skuteczny pomysł. Chcesz przecież zatrudnić gosposię. Zatrudnij do sprzątania pielęgniarkę i ją cyknij. A jak nie, to możesz sam łazić po szpitalach, klinikach, i szukać. Tylko, że jest problem. One nie mają naklejone na tyłkach, że są wolne i do wzięcia. Możesz tak szukać długo i namiętnie – obruszył się z powodu kpin Kazio. – Możesz… – zamilkł nagle, po czym zapadł w jakieś swoje bolesne wspominanie. Albo stupor.

– To jest pomysł. One mają przecież swój internat czy hotel – przypomniał sobie przyjaciel. – Dasz tam ogłoszenie i zgłosi się całe stado. To największe skupisko „strzykawek” w mieście.

– Internat?

Padła interesująca propozycja. Piotrowi zalęgła się w umyśle chęć wcielenia pomysłu w życie. A więc jest takie urocze miejsce na ziemi, inne niż szpital czy przychodnia, gdzie kłębi się od pielęgniarek?

****

W niedzielę rano Piotr gnębiony przez mikrokaca sklecił w domu przy komputerze ogłoszenie. W jego stylu, czyli kretyńskie, do czego poalkoholowa obolałość głowy także się przyczyniła. Wyglądało mniej więcej tak.

Praca dodatkowa

Drogie i Szanowne Pielęgniarki,

Szukam przedstawicielki Waszego Zawodu, Młodej, Sympatycznej Pani, samotnej, bez zobowiązań i bez nałogów, do pomocy na długi okres w skromnym domu pod Ł., w pięknej okolicy (kilka razy w tygodniu lub na stałe z zamieszkaniem). Sprzątanie, gotowanie (proste, zdrowe potrawy), pranie, prasowanie dla zapracowanego, samotnego, uczciwego mężczyzny bez nałogów. Terminy pracy elastyczne – dopasowane do Pani obowiązków zawodowych. Możliwość podwożenia.

Atutem kandydatki ambicja w zdobywaniu wykształcenia, wiejskie wychowanie, czystość w wielorakim znaczeniu, dobre serce, inteligencja, prawdomówność i łagodność, zamiłowanie do dzieci, zwierząt, roślin i pracy w ogrodzie.

Wadą lęk do pająków(żart), agresywność, skrytość, krętactwo, łamanie danych obietnic i wspólnie uzgodnionych ustaleń, niemoralność.

Zainteresowane Panie proszę o kontakt.

Piotr

Tel. kom. 9999999

Wydrukował kopię, aby pokazać kolegom. Będzie jeszcze jeden temat do rozmowy w letni upał, do przeczekania kaca.

Gdy przybył do weekendowego domu przyjaciela, lekarze–żeglarze siedzieli na tarasie w cieniu i podtrzymywali procesy życiowe herbatą tudzież wodą mineralną. Kazio wyglądał na człowieka o krok od śmierci, a przyjaciel jak zwykle umierał z uśmiechem na ustach. Słabo zareagowali, gdy pojawił się na horyzoncie. Zwykła otępiałość skacowanych osobników nie pierwszej młodości.

– Mam projekt ogłoszenia. Chcecie zobaczyć? – zapytał Piotr po wymianie standardowych niegrzeczności. Oczywiście nie pamiętali, o co chodzi. Rozmowa miała miejsce wieki temu, czyli w środku minionej nocy. Musiał przypomnieć.

Pierwszy przeczytał przyjaciel, odsuwając kartkę od oczu na wyciągniętą rękę. Kilka razy spojrzał demonstracyjnie, to na Piotra, to na kartkę, jakby zamieszczono w ogłoszeniu zdjęcie szukającego gosposi pracodawcy i próbował rozstrzygnąć, czy wydrukowana fotografia przedstawia stojącego opodal osobnika. Miała to chyba być w zamierzeniu bardzo obraźliwa pantomima, co się przyjacielowi udało, bo wielbiciel pielęgniarek poczuł niesmak. Potem lekarz bez słowa podał papier swojemu koledze po fachu. Temu wyraźnie trzęsły się ręce, a razem z nimi kartka. Piotr zaczął się zastanawiać, czy Kazio jest w stanie czytać, czy symuluje czytanie, nie chcąc się przyznać do chwilowej ślepoty. Ale nie – przeczytał.

– Kliniczny przypadek przerzutu spermy na mózg – zdiagnozował krótko nadmorski medyk i oddał kartkę przyjacielowi. A potem wypowiedział zaskakująco gładkie zdanie z nienaganną dykcją przeklętego inteligenta w co najmniej drugim pokoleniu, jakby kac był tylko aktorską grą, a on pozostawał w pełni władz zmysłowych: – Piotr, czy ty nie masz ani krzty samokrytycyzmu?

– Oj, napisałem to rankiem od ręki. Co mam poprawić? – Piotr nie miał ochoty na kłótnię, przezornie więc próbował jej uniknąć.

Popatrzyli na niego obaj i wiedzeni wspólnym impulsem zaczęli się pukać w czoło. Nie był to najmilszy wstęp do jednak nieuniknionej dyskusji, która się potem rozpoczęła i przebiegała burzliwie, niepozbawiona kolejnych złośliwości, słów uznawanych za obelżywe i całego tego koleżeńskiego, męskiego sztafażu. Piotr wszakże nie dał się zbić z tropu i pomysł zamierzał zrealizować.

Kazio zakończył krótki urlop i odjechał. W kolejny weekend przyjaciel zawiózł Piotra pod internat pielęgniarek.

– Piotruś, tylko załatw sprawę szybko, proszę. Nie będę tu czekał do usranej śmierci – powiedział i zaczął przypalać papierosa.

Piotr z tekturową teczką, w której schował dwie wersje ogłoszenia: znanej już czytelnikowi treści i nową, bardziej stonowaną; ruszył „załatwiać sprawę”.

Cerberki z recepcji internatu przyjęły przybysza nieufnie. Dwukrotnie musiał tłumaczyć, o co mu chodzi. Kobiety podejrzliwie czytały tekst, który im okazał. Dopiero banknot przełamał opór jednej z nich, najbardziej wyrozumiałej albo pazernej. „Niech sobie baby myślą, co chcą. Byle załatwiły, co trzeba” – pomyślał.

– Proszę to przyczepić w kilku widocznych miejscach. Niech wisi z tydzień, do następnej niedzieli. Bardzo potrzebuję pomocy w domu. I bardzo pani dziękuję.

W teczce zachował poprawione, suche w wymowie kopie tekstu ogłoszenia, zredagowanego pod dyktando lekarzy–żeglarzy. Dał kobietom z recepcji wszystkie kartki z oryginalną wersją, którą stworzył podczas poprzednio–niedzielnego kaca. Mimo wszystko, treść anonsu własnego autorstwa wydawała się Piotrowi przemyślana. Taka właśnie miała być. Naiwno–odjechana. „Nie będą mi ci cholerni znachorzy, kurwa jego mać, mówić, co mam robić.”

Piotr spodziewał się wielu telefonów. Ale w poniedziałek panowała cisza. Widocznie wystraszył wszystkie chętne pigułeczki swoim badziewiastym (co w chwili opamiętania sam przyznał) anonsem. We wtorek po południu zadzwoniła dziewczyna o imieniu Marzena i pytała, czy ogłoszenie jest nadal aktualne. Trzydzieści dwa lata. Właśnie zaczynała dzień pracy na oddziale. Miała niekorzystny układ zmian i dyżurów, więc mogła się spotykać dopiero w czwartek po południu. Zadała kilka pytań. Czy duży ten dom i co ogłaszający ma na myśli, mówiąc o gotowaniu? Rozmawiali przez dłuższą chwilę. Ona musi zobaczyć i dopiero wtedy się zdecyduje. Słuchał schrypniętego głosu pewnej siebie kobiety. Wyobrażał sobie jak mówi: „Proszę, spuść spodnie! Zrobię ci, Piotruś, lewatywę.” Na samą myśl robiło się gorąco. Umówili spotkanie tak, jak kobieta mogła najwcześniej, czyli w czwartek po pracy. Przywiezie ją do siebie pod miasto, pogadają i zadecydują. Tak, tak. Są inne kandydatki, skłamał. Tak. Będzie się spotykał z nimi w środę. Ale nie podejmie decyzji przed ich czwartkowym spotkaniem – obiecał Marzenie.

W środę rano, kiedy stał już na podjeździe przed swoim podmiejskim domem i później niż zazwyczaj miał wsiadać do samochodu, by jechać do pracy, zadzwoniła niejaka Maryla, która właśnie wróciła z nocnego dyżuru. Usłyszał w słuchawce miły, dziewczęcy głos. Dwudziestoośmioletnia dziewczyna, za rok kończy studia pielęgniarskie. Nie, nie. Ona nie przyjedzie, ona się musi najpierw spotkać, zastanowić. Lubi gotować. Lubi jeść. Jest duża.

Duża? Zastanowiło go tajemnicze stwierdzenie, ale umówili się na późne popołudnie, koło internatu.

****

Oto dzień przed nadchodzącym zmierzchem, umówiona pora. Żar bił z ziemi, od chodników, asfaltów i murów. Piotr wysiadł z samochodu i zadzwonił na numer dwudziestoośmiolatki. Przypomniał się rozmówczyni. Stoi przy takim i takim samochodzie na parkingu przed internatem, takiego koloru koszula, okulary przeciwsłoneczne na nosie, mówił on – wielbiciel pielęgniarek. Tak, tak. Już idzie, już go widzi, mówiła ona – pielęgniarka Maryla.

Chodnikiem zbliża się ogromna kobieta, potężna. Na oko sto kilkadziesiąt kilo żywej wagi. W tunice z krótkim rękawem, która ma zamaskować nieco otyłość, ale przecież nie da się takiej masy ciała ukryć, i w elastycznych spodniach. Nagie ramiona, ogromne, z licznymi dołeczkami, trzęsące się od tkanki tłuszczowej, przykuwają spojrzenie. Piotra oblewa momentalnie kolejna fala gorąca, potu, przerażenia i szarości, jakby ciemniało w oczach i miał zemdleć. „O kur!…”

Maryla nadchodzi lekko rozkołysana z boku na bok, jak Wańka–wstańka, choć stara się minimalizować efekt chybotania, kroczyć z palców, lekko i sprężyście. Na twarzy niesie uśmiech. Wysilony, skrywający kompleksy. Wiem, że jestem okropna, ale dobra ze mnie dziewczyna, z kościami.

Piotr rad nierad patrzy jej w oczy. Następuje zwyczajowy protokół wymiany spojrzeń. Dostrzega, że dziewczyna ma ładną twarz, super symetryczną, prawie nie zniekształconą otyłością, lekko tylko zarysowany drugi podbródek, włosy jasne, nieco rzadkie, świeżo umyte. On też próbuje się uśmiechnąć, usiłuje w swój głos mamroczący formułki powitalne wsączyć nieco luzu. Ale to się nie udaje. Obojgu naturalność przychodzi z trudem, swoboda wręcz zawodzi kobietę i mężczyznę, którzy stoją teraz naprzeciw siebie nieruchomo.

Dziewczyna zatrzymała się, tkwi o krok bierna. Czeka na inicjatywę mężczyzny. Ludzie nadchodzą, przechodzą. Gapią się z zainteresowaniem. Piotr nie widzi twarzy przechodniów. Przez chwilę w ogóle mało co widzi, bo w głowie szum, ale czuje ze strony obserwatorów zdziwienie, niesmak, zaciekawienie tak nietypową parą stojącą na rozgrzanym chodniku.

Trzeba coś zrobić, cokolwiek. Cisza i bezruch trwa już zbyt długo. Osiada na ramionach i ciąży.

– Pójdziemy gdzieś? Usiądziemy, porozmawiamy – proponuje Piotr i rozgląda się. – Jest tu coś w pobliżu? Jakiś bar, restauracja?

Maryla nie wie, choć to przecież jej najbliższa okolica, zastanawia się. Piotr spogląda na drugą stronę ulicy i widzi rozłożone parasole przed szeregowcem tandetnych pawilonów.

– Ooo! Tam na przeciwko jest, zdaje się, jakiś przybytek z napojami. Chodźmy tam – przejmuje inicjatywę.

Ruszają w stronę pobliskiego przejścia dla pieszych. Przez chwilę Piotr próbuje udawać, że on tylko przypadkiem idzie obok grubaski, że zmierza gdzieś zupełnie indziej, że nie ma nic wspólnego z tą wielką dziewczyną, ona to ktoś dla niego zupełnie obcy. Ale tak łatwo wykpić się spod pręgierza obcych spojrzeń nie da. Trzeba spróbować uśmiechu w stronę Maryli, powiedzieć kilka słów dla podtrzymania rozmowy. Cisza ciąży. Ludzie się gapią, widzi szydercze uśmiechy. Tak. Wszyscy się uśmiechają drwiąco i nagle przez mężczyznę przebiega oślepiająca iskra wściekłości. Przemyka i znika, a Piotr nagle staje się spokojny i rozluźniony. „Siostro, proszę, podać skalpel.” – Jest lekarzem, stoi w otoczeniu zespołu przy stole operacyjnym. Ta scena miga mu przed oczyma. To tylko młodzieńcze marzenie, którego żal. Zaraz pojawia się inna scena.

Jest letnia noc. Wiele lat temu. Siedzą przy herbacie w domku turystycznym. Okno otwarte na oścież mimo komarów, których nie brakuje w pobliżu wielkiego wodnego akwenu. Upał jeszcze nie odpuszcza, mimo, że słońce dawno już zaszło. Przy stole czwórka: Piotr, jego przyjaciel – świeżo upieczony absolwent liceum, wspólny – ich obu – kolega i młody kuzyn przyjaciela. Z dali dobiegają pijackie śpiewy. Birbancka sielanka. Nagle krzyk. Ogromny przenikliwy skowyt. Potem znowu krzyk, ale inny. Wrzeszczy kobieta. Rozpacza. Emocja we wrzasku, wołanie o ratunek. Wszyscy, cała czwórka, wypadają z domku, biegną co sił w stronę wycia. Oto polna droga, wywrócony motor pod drzewem. Dalej ciemny kształt na piachu ubitej kołami alejki – ktoś leży. Nad ciałem rannego klęczy pochylony ratujący. Obca kobieta zawodzi trzymana i odciągana od centrum sceny, w której ofiara i ratownik grają główną rolę. Tłum gęstnieje wokół. O metr, dwa. Nikt się nie zbliża bardziej. Piotr podchodzi jak w transie, klęka, zadaje proste pytania, pomaga. Po chwili jest upaprany we krwi. Widzi każdy szczegół, analizuje sytuację z lodowatym spokojem. Ranny śmierdzi alkoholem. Cicho jęczy, oddycha z trudem. Przybiegają ludzie z drzwiami wyjętymi z futryny. Chłopak asystuje przy układaniu na drewnianym łożu ciała, pomaga nieść rannego do motorówki, która przetransportuje go na drugi brzeg, do miasta.

Scena przelatuje jak błysk światła i ginie.

Piotr już się nie wstydzi. Patrzy agresywnie na ludzi, próbuje mierzyć się z ich spojrzeniami. Wydaje ciału komendę uśmiechu do olbrzymiej Maryli. Słuchają tego rozkazu tylko mięśnie mimiczne, oczy nie potrafią się uśmiechnąć.

Przechodzą jezdnię na pasach, ramię w ramię. Idzie całkiem blisko Maryli, czuje jak jej pot miesza się z zapachem taniego dezodorantu. Już mu nie przeszkadzają wgapiający się natrętnie ludzie wokoło. „Pierdolcie się”.

Siedli przy stoliku wewnątrz pawilonu, gdyż wszystkie miejsca na ulicy pod parasolami zajęto. Salę też zatłoczyli ludzie szukający ochłody w klimatyzowanym pomieszczeniu, siedzący ospale przy napojach i lodach, ale wolny stolik udało się zdobyć. Zakłopotanie oraz zawstydzenie wróciło do Piotra na moment, bo nagle wszyscy goście lokalu jakby wyrwali się z marazmu i z odczuwalnym natężeniem zaczęli spoglądać na jego towarzyszkę, zdumieni niezwyczajną posturą młodej kobiety.

Piotr ponownie przełamał słabość i skoncentrował się na Maryli. Spróbował zrozumieć sytuację otyłej dziewczyny–pielęgniarki. Ogarnęło go współczucie. Co prowadzi do ludzkiej bezradności wobec wydawałoby się oczywistej recepty na poprawę stanu rzeczy? Trzeba schudnąć. Niby proste, a jednak się nie udaje. Tak często występujący problem. Tysiące dostępnych porad dietetyków, bogactwo książek o zbijaniu wagi, mnóstwo ogłoszeń specjalistów od zdrowego odżywiania, wielość programów telewizyjnych typu: chudnij razem z nami. Cały prężny biznes. I nic. Ta bidula nadal wielka jak słonica.

Maryla zaczęła chaotycznie opowiadać. Że od zawsze lubiła jeść. Najbardziej śledzie, rolmopsy. Tu zakwitł na jej twarzy uśmiech rozmarzonego dziecka. Że kiedyś się zakochała i zrzuciła dla ukochanego trzydzieści kilogramów. Aż trudno słuchaczowi uwierzyć. Że studiuje na czwartym roku. Grubaska wyznaje mu także, skąd pochodzi. Mała miejscowość w centralnej Polsce, której nigdy nie odwiedził. Podkreśla, że lubi gotować. Do Piotra na pewno nie odważyłaby się tak od razu pojechać, ale mogłaby mu gotować u siebie i mógłby te posiłki odbierać. Twierdzi, że umie robić doskonałe ruskie pierogi. Jego ulubione, do czego z kolei mężczyzna się przyznał.

I tak dalej. I tak raczej lub inaczej – kręciła się leniwie rozmowa, o której Piotr marzył, aby się skończyła jak najszybciej, nie na tyle jednak szybko, aby złamane zostały reguły przyzwoitości. Nie chciał rozmówczyni sprawić przykrości niegrzecznym zachowaniem. Taki już z niego mięczak i wyznawca dobrych manier dla pozoru.

Pił sok z grejpfruta, ona niegazowaną wodę. Pielęgniarka rozkręciła się pod koniec interview. Opowiastką, że niby nie pojedzie tak od razu do Piotra, bo przyzwoitej dziewczynie nie wypada, bojaźliwie tworzyła dla siebie alibi. „Nie chciałam pojechać, więc nici wyszły z oferty współpracy. Moja nadwaga i nieatrakcyjność nic z tym wspólnego nie mają”. Z kolei propozycja domowego gotowania ze strony otyłej dziewczyny zaskakiwała. Nie wiedział, po co została złożona. Nieśmiała, pełna nadziei próba nawiązania relacji? Bo „przez żołądek mężczyzny do serca”? Już prababcie stosowały tę starą śpiewkę nieatrakcyjnych kobiet. Wolał o intencjach i nadziejach swojej towarzyszki nie myśleć.

Zabawili w barku około pół godziny. Odprowadził Marylę pod internat. Stała tam skrępowana, bo co chwila przechodziły znajome. Wchodziły do środka budynku, wychodziły. Dał jej negatywną odpowiedź. Prosto w oczy.

– W ogłoszeniu określiłem, że potrzebuję kogoś na miejscu. Jakbym nikogo nie znalazł to ewentualnie później zadzwonię. Miło było poznać ciebie, Marylo. – I takie tam grzeczności.

A jutro był czwartek. Marzena. Nie odebrał innych telefonów od pielęgniarek z internatu. Dziwne. Nie chcą kasy? Wystraszył je swoim anonsem oszołoma?

****

“Zabrać zapasową koszulę do biura, zabrać zapasową koszulę ” myślał Piotr rano przed wyjazdem do pracy. Tylko tyle czasu w pierwszej połowie dnia mógł jego umysł poświęcić Marzenie i ich dzisiejszemu spotkaniu. Planował jeszcze opłukać z tygodniowego kurzu samochód, bo nie wozi się kobiet w brudnym powozie, choćby go ciągnęły najpiękniejsze i najliczniejsze konie. Tak zrobi – pomyślał – wyrwie się w porze lunchu i pojedzie do pobliskiej myjni. Ale nic z tych planów nie wyszło.

Biuro powitało duszącym zapachem płynu do konserwacji mebli, którym sprzątaczki zbyt gorliwie przecierały drewniane sprzęty, oraz bezruchem i ciszą. Piotr zwykle pojawiał się w siedzibie firmy jako jeden z najwcześniej rozpoczynających pracę najemnych trybików polskiego oddziału korporacji.

Uporczywie molestowany automat w kuchni zmielił porcję ziaren kawowych równoważną czterem standardowym dawkom i wtrysnął cienką strugą napar do dużego fajansowego kubka opatrzonego żółtym logo firmy. Jeszcze kilka rzygnięć spienionego, podgrzanego mleka i można zanieść tę namiastkę wciąż świeżo i mocno pachnącej, egzotycznej aury (nie wiedzieć czemu, kawa często kojarzyła mu się z Tailandią[1] i uśmiechniętymi tajskimi dupami)

W poczcie nie zastał nic kłopotliwego i zaskakującego. Od razu rzucił się w oczy mail od Alexis, jak ją przezywali. Szefowa HR europejsko–bliskowschodnio–afrykańskiego teatru (taką „przepełnioną” geograficznymi etykietami kontynentów nazwę nosiła struktura korporacji), twarda baba, której nikt nie lubił, choć ona zdawała się lubić Piotra, przypominała mu ozięble i w telegraficznym skrócie, bez kończenia zdań kropkami, o przykrej konieczności.

From: Gould, Alexandra Cc: Wilson, Malcolm

Piotr

Hope you are well

We have 11 people in Poland to action in the restructuring programme (drużyna piłkarska – skojarzyło mu się nagle)

This has to happen this quarter

Can you please let me have the names of the people, the date they will be seen and the last day worked (ten HR–owy slang, brrr, bla … bla …bla)

Thanks

Aleaxndra ( z czeskim błędem w podpisie)

O zwolnieniu wiedziały w biurze trzy osoby łącznie z nim, dwie inne znały część prawdy, wszyscy inni się domyślali. Oczywiście lista pracowników została przekazana ponad miesiąc temu, ale Alexis chciała ostatecznego potwierdzenia. Wszystko jeszcze teoretycznie mogło ulec zmianie poza liczbą zwolnionych i terminem. Spróbuj coś zakombinować, będziesz musiał odbyć rozmowę telefoniczną z kobietą o powiększonej tarczycy, której głos podszyty jest histerią, agresją i opatrzony minimum kultury. Zajmował się problemem nazwisk przez pięć minut, w skupieniu i bez emocji.

Potem na tapecie stanęła wczorajsza, nocna, zdawkowa poczta od starego bossa, który stał się ponownie szefem Piotra od poniedziałku. Nic istotnego, ale zawsze miło przeczytać coś o kłopotach konkurencji.

From: Wilson, Malcolm

Gents and Lady,

FYI and action.

Regards,

Malcolm

(pod spodem kopia poczty od szefa biznesu na Europę z tekstem biuletynu)

Compatronics Shares Slump on First–Half Losses

Section: 01. Top Stories

Shares in infrastructure services vendor Compatronics NV nosedived yesterday…

Miód wlany w serce, że nie tylko oni cienko przędą w tych ciężkich czasach.

O siódmej trzydzieści (szóstej trzydzieści, Greenwich Mean Time), jego boss, Malcolm, pojawił się w swoim podlondyńskim biurze albo zalogował z domu lub hotelu. Brytyjczyk też lubił poranny spokój. Przyszedł od niego świeży mail potwierdzający, że Kurt H. – niemiecki szef Piotra przez ostatnie trzy lata – odchodzi z firmy. Kurt przysłał w ostatni piątek pożegnalny komunikat i zostawił prywatny adres paru przyjaciołom, więc jego odejście nie było niespodzianką, ale dla Piotra istnym gromem z jasnego nieba. W swojej karierze spotkał trzy osoby, które zrobiły na nim kolosalnie pozytywne wrażenie. Profesjonalne i ludzkie. Kurt należał właśnie do tej trójki. Dystyngowany, przyjazny, patrzący w oczy, przystojny gentleman, ni to Niemiec ni Szwajcar, bo pochodził z pogranicza i nie deklarował precyzyjnie swojej narodowości. Piotr czasem myślał, że Kurt minął się z powołaniem i powinien zostać profesorem, uczyć ludzi. Taki facet! Taka charyzma! I wielki pechowiec w biznesie jednocześnie.

Po ósmej zaczęli wlewać się do biura ludzie. Podchodzili do jego biurka, wydzwaniali, zawracali głowę i Piotr utonął w obowiązkach. Nie miał czasu ani ochoty na lunch. Poprosił, aby mu podrzucono na biurko kanapkę (anglosaski styl, „papierowe gówno” – jak o sandwichu myślał) i przed jej rozpakowaniem zadzwonił do Marzeny. Połowa dnia minęła jak z bicza trzasnął.

– Dzień dobry, Piotr mówi. Dzwonię w sprawie naszego spotkania. Nic się nie zmieniło? Możemy się spotkać?

– Dzień dobry. Tak, oczywiście. Mogę wyjść godzinę wcześniej, jeśli ci odpowiada – zaproponowała rzeczowo Marzena.

– Nie, nie, dzisiaj mam urwanie głowy, szósta godzina zostaje. To miała być szósta, prawda?

– Tak.

– Gdzie się spotkamy? Mówiłaś o szpitalu?

– Tak, znasz szpital na B…? – zapytała i podała adres.

– No to jesteśmy umówieni – dodała, gdy potwierdził dane adresowe – muszę kończyć, obowiązki…Do zobaczenia o szóstej.

Pod koniec dnia uznał, że wyjdzie wcześniej, tak jak zaplanował, ale zabierze notebooka do domu. Wieczorem jeszcze zajrzy do poczty i pomyśli nad tezami raportu, na którego wykonanie dostał pilne zlecenie po południu. Zadecyduje jak rozdzielić pracę analityczną między ludzi.

Podjechał pod szpital na B. dużo za wcześnie, ale zmitrężył czas. Podejmował próby parkowania trzykrotnie. Dwie pierwsze pozycje postojowe uznał za niewłaściwe natychmiast po zakończeniu manewru zatrzymania auta – jednym słowem marudził. W końcu udało się zaparkować obok przyszpitalnego chodnika w niedozwolonym miejscu. „Cholera.” Przypomniał sobie, iż koszula na zmianę została w biurze. Zapomniał o niej przez dzisiejsze zamieszanie.

Nie da się zaprzeczyć, że Piotr ciekawiło, jaką kobietą okaże się Marzena. Rozmawiała tak rezolutnie i z taką pewnością siebie, że stawały mu przed oczyma dziesiątki rzeczowych, energicznych pielęgniarek, o które się otarł w życiu. „Ściągaj portki, pobiorę ci wymaz z fiutka.” Potem przed oczyma stanęła postać Maryli. Oj, nie! Tylko nie to. Starczy szokujących niespodzianek w tym tygodniu.

****

Marzena miała miłą, pociągłą twarz, ujawniała się na niej czasem nerwową mimika południowca. Po przywitaniu bez zawahania wsunęła się do środka auta. Obcisła spódnica podjechała wysoko, cieśnina białych ud zanęciła swoim cieniem. Piotr zerkał ciekawie spod oka, czekając przy drzwiach, aby je zamknąć. Chłopięce polowanie na błysk majtek mimo statecznego, męskiego wieku. Diabła tam, statecznego. Przeleci ją i już.

– Fajne auto – stwierdziła banalnie jego pasażerka, na co on po raz setny pomyślał, że powinien mieć automatyczną skrzynię biegów, bo ta sprytna, co tu nie mówić, automatyka, daje jednej ręce swobodę do podstępnych ruchów. Definitywnie – podrywacz jak on – powinien mieć pojazd, który pozwala na zaczepne manewry w kabinie. I tak nie jeździł dynamicznie. Po co mu ręczna skrzynia.

– Dość daleko będziemy jechać. Nie bój się, że gdzieś cię wywożę w ciemny las – zażartował i spojrzał jej w oczy, szare, zmęczone po dyżurze, przekrwione lekko. – Te mini to chyba, żeby łamać serca mężczyznom – dodał żartobliwie, tylko na chwilę odrywając się spojrzeniem od oczu pielęgniarki (męskie badanie gruntu pod nogami, jeśli można użyć takiej mało wymyślnej przenośni). Nie znalazła żadnej riposty, uśmiechnęła się lekko i poprawiła spódnicę.

Rozmawiali żywo przez całą drogę. Gadka szmatka na najbardziej podstawowe tematy. O nic nie wahał się pytać. Przemaglował ją dokumentnie, a ona też nie odkładała swoich wątpliwości na święty nigdy, wykładała zastrzeżenia na stół. Pochodziła z małego miasteczka. „To tam, gdzie jest siedziba stadniny koni? – upewniał się, przerywając potok słów dziewczyny. Trójka rodzeństwa, dyplom położniczy. A więc okazało się, że nie pielęgniarka. Była położną, a to, jak się okazało, dwa odrębne zawody i Marzena oburzała się nie na żarty, gdy nieopatrznie przypisał ją w rozmowie do pielęgniarek. Dla niego to wszystko jedno, pielęgniarka czy położna, tu i tam biały strój, aura autorytetu i dobrego dla bliźnich serca. Wpiździegrzebałka. Klął w duchu swoją ignorancję i wbił sobie do głowy, iż zawodów nie można traktować jako zamienne, mimo, iż i jedne i drugie specjalistki chodzą na biało ubrane.

– Dlaczego szukasz wśród pielęgniarek? – Zapytała. Pewnie pomyślała, że jest mu potrzebna jakaś fachowa pomoc. Teraz lub w przyszłości.

– Bo to dobre dziewczyny są. Mam… dobre zdanie o kimś, kto wybiera taki zawód.

– Ja wybrałam przypadkowo. To było najlepsze rozwiązanie w moim mieście.

W trakcie zapoznawczej wizyty wyjaśniło się również, dlaczego zadzwoniły tylko dwie chętne na posadę gosposi. Marzena przyznała się, że zerwała ogłoszenie z tablicy i schowała kartkę do torebki natychmiast, gdy przeczytała tekst anonsu i uznała ofertę za interesującą. Dziewczynie wydawało się naturalne i oczywiste, że zerwała, bo przez swój czyn odebrała przecież szansę ewentualnym konkurentkom. Opowiedziała o swoim postępku w sposób pozbawiony zawstydzenia i jakiegokolwiek wyjaśniającego komentarza. Piotr skrzywił się w duchu. Tylko w myślach wyraził opinię. „Cóż walka o byt. Czysty, żywy egoizm. Moją pielęgniareczkę, tfu, położną, nie nauczono być damą w każdym calu. Jakie ma maniery w łóżku, to się okaże. Tam nie musi być damą.” Nie zastanawiał się nad postępkiem dziewczyny głęboko, ale pozostał niesmak. „Małpy–larwy z recepcji powiesiły ogłoszenia tylko raz, choć miały dość kopii, aby zapewnić tydzień ekspozycji” – skonstatował. Informacji, że zgłosiła się zaledwie para kandydatek, nie zdradził jej oczywiście od razu. Powiedział o tym, odwożąc dziewczynę do miasta, gdy już byli po słowie w kwestii pracy.

Marzena obejrzała od środka cały dom, który miała sprzątać. On pogapił się na bardzo zgrabny tyłek, gdy łaził jak przyklejony za pielęgniarką, która była położną, po schodach na wszystkie kondygnacje. Porozmawiali o gotowaniu, praniu, prasowaniu. Okazało się, że z dostępnością dziewczyny jest kiepsko, bo miała dużo dyżurów, czy to z musu, czy to z chęci zarobienia ekstra pieniędzy. Na towarzystwo i usługi we wszystkie weekendy w miesiącu nie miał najmniejszej szansy, a na tym mu najbardziej zależało. Ale i tak się zdecydował. Zapytał Marzenę, na ile wycenia swoją pomoc.

– Nie wiem. Nigdy nie pracowałam w charakterze gosposi, muszę popytać koleżanek, jak to cenić – zaśmiała się. Patrzyła na Piotra z zastanowieniem. Jakby po raz enty i decydujący oceniając, czy warto się angażować. Zapewne był to dla niej bardziej istotny dylemat, niż dla niego, bo po prawdzie, mężczyzna nie miał najmniejszego problemu z decyzją.

– Porozmawiamy o tym następnym razem, dobrze? – Po czym dodała, że niech się nie martwi. Nie będzie mu prasować rękawów koszul w kancik, bo wie, że tak się nie robi. Teraz i Piotr się zaśmiał.

– Ok. – Nie chciał sam proponować warunków finansowych, choć miał dobre rozeznanie w cenach usług. Przede wszystkim chciało mu się pielęgniarki. Fajne uda i tak dalej.

Wypili herbatę, którą sam przygotował. Nie chciała nic jeść. Obeszli jeszcze ogród. Podczas spaceru pytała, czy przy pracach ogrodowych też potrzebuje pomocy – ona lubi rośliny. Potem odwiózł pielęgniarkę pod sam internat, gdzie przekazał dziewczynie klucze od domu, podyktował jej dla pamięci, zdradzony już wcześniej kod dostępu do systemu alarmowego. Marzena miała przyjechać na własną rękę w środku przyszłego tygodnia – rano i coś ugotować na powrót gospodarza z pracy. Coś prostego. Miała doświadczenia z domu i oczywiście gotowała także w internacie dla siebie, czasem dla koleżanek.

– Ale zjesz ze mną, nie lubię jeść sam, zjesz chociaż symbolicznie – zastrzegał sobie jej towarzystwo przy stole. Miał ochotę cmoknąć ją w policzek na pożegnanie, bo nić sympatii najwyraźniej ich już sprzęgła.

Tego dnia wysłał smsa do grubaśnej Maryli, jeszcze raz dziękując za spotkanie oraz informując, że znalazł kogoś do pomocy i definitywnie rezygnuje.

Wieczorem rozmyślał chwilę o Marzenie i myśli z wolna zdryfowały w stronę marzeń o pielęgniarkach. Rozpoczął nieśpieszną masturbację.

Marzenia onanisty po raz drugi.

[cd] Pielęgniarka i Piotr stali naprzeciw siebie w słabo oświetlonej umywalni. Patrzył na piersi. Były niewielkie, rozmiaru jabłek, dla niego cudowne. Nie mógł oderwać wzroku, mimo poczucia winy, iż się tak łapczywie gapi. Ona przecież musiała zdawać sobie sprawę, że lustruje ją całą jak głodne psisko (poczciwy Guffi z rysunkowej bajki), które nigdy jeszcze nie miało do czynienia sam na sam z nagą, cycatą zdobyczą i nie wiedziało, co uczynić, by te ponętne jabłuszka stały się młodzieńczym łupem. Jak dobrać się do ciepłego, jędrnego ciała – tego zadania nie umiał nawet sformułować, ale o jego realizacji marzył. O zaciągnięciu w płuca słodkich oddechów podczas pocałunków i posmakowaniu soków, którymi ocieknie włochata brzoskwinia, nawet nie umiał pomyśleć. A także o odbyciu podróży w krwistym, wilgotnym wnętrzu, bo nie wiedział, że cel takiej wędrówki istnieje; że można do takiego miejsca dążyć; że to właśnie jest nagroda, o której zdobyciu każdy chłopiec i mężczyzna marzyć powinien. I najpierw marzy, a potem prędzej czy później zdobywa.

– Będziesz stał grzecznie, Piotrusiu? Umyjemy ci tego brudnego i zaślinionego drąga. A potem może pozwolę ci… Takiego dużego chłopca trzeba już zacząć uczyć, jak ma się obchodzić z kobietami. Bez nauczycielki wyrośniesz na egoistę albo jeszcze gorzej – na łobuza. Mam ochotę cię uczyć, cielaczku.

– Chcesz się uczyć, Piotrusiu?

Potwierdził bez namysłu.

Kiedy tak patrzyła na chłopca, przenikliwie i dobrotliwie – tak jak nie patrzyła na niego nigdy żadna kobieta poza rodzicielką, tylko że matka spoglądała bez tej figlarnej zalotności – niczego nie mógłby jej odmówić. Do piekła by za nią poszedł, tak go oczarowała swoimi jabłuszkami, białą skórą opiętą na harmonijnie w klepsydrę ukształtowanym ciele. Uwodziła młodego prostaczka tajemniczym cieniem kryjącym się pod antytezą dzisiejszych stringów – białymi majtadałami, jakie wtedy nosiły kobiety; majtasami podciągniętymi prawie pod pępek, zabudowanymi zewsząd jak rynek średniowiecznego miasta, z każdej strony przesłaniającymi panoramę łona, którą chciał podziwiać. Owe majtadały w swojej strzegącej tajemnic sromu nadmiarowości wydały się Piotrowi bardziej uwodzicielską bielizną niż dolna część kostiumu bikini – ostatniego krzyku mody, której gumka dużo niżej pod pępkiem się trzymała, a czasem w śmielszych, nieskromnych modelach – bardzo, bardzo nisko.

Skinęła głową w stronę brzucha pacjenta.

– Hi hi hi. Staniczek będzie przeszkadzał, chłopczyku. Zdejmij z ptaszka. Możesz go sobie przewiesić przez ramię, albo wokół szyi. Weź go szybciutko. A może… wiesz co? Może sobie nim zasłonisz oczy? Wtedy bym mogła… zdjąć majtki. Całe mokre. Chciałbyś, żebym zdjęła?

– Tak. – Chłopiec topił się w jej spojrzeniu, hipnotyzowało go. Tyle w nim było autorytetu, obietnicy darów, spełnienia marzeń. Mimo, że się wstydził, nie mógł oderwać wzroku.

– A zasłonisz sobie oczy? Bo ja się troszkę wstydzę. Cycuszki to jeszcze. Można pokazać piersi takiemu cielaczkowi. Ale jak ci pokażę moją sunię, to nie wiem, czy mi czego złego nie zrobisz. Będziesz grzeczny, Piotrusiu? Nie zrobisz mi krzywdy?

– Nie zrobię. Nigdy. – Piotr stęknął nieporadnie i spojrzeniem błagał. „SUNIĘ? Jaką sunię? To ona sunią nazywa te swoje miejsce między…?”

– Czemu tak patrzysz na mnie? Prosisz mnie, żebym nie kazała ci oczu zasłaniać?

Oczy chłopca potwierdzały, a język gorączkowo błądził po wargach. Nagle zrozumiał po raz kolejny w życiu, ale tym razem konstatacja wyraziła się dobitniej niż we wszystkich poprzednich przypadkach, że prostych odpowiedzi na najważniejsze pytania można udzielać bez słów. Że rozmowa może odbywać się w milczeniu i być bardziej wymowna niż najżywiej prowadzony dyskurs. Chwila satysfakcji z odkrycia równała się zapewne tej, kiedy jako dzieciak po raz pierwszy zawiązał poprawnie sznurowadła, choć nikt go tego nie uczył.

– A nie zrobisz tego, co wtedy? No, wiesz, o czym mówię. Nie sikniesz? Wytrzymasz, aż ci pozwolę?

Skinął głową, bo zawstydzająca obietnica nie przeszłaby mu przez gardło. Jak ona może podejrzewać, że on źle się wobec niej zachowa. To wręcz obraźliwe. Niech go nie traktuje jak dziecko.

– Staniczek – przypomniała, rozkazująco unosząc brwi. – Szybciutko!

Przykucnęła i uśmiechnięta patrzyła na chłopca z dołu.

– Teraz ci zrobię krótki wykład o higienie. Grzeczny chłopiec powinien regularnie myć swojego ptaszka… hi hi… w twoim przypadku wielkiego drąga.

– Tylko mnie nie obsikaj bez pozwolenia, Piotrusiu! Bo będę zła – przypominała, pokazując zęby w wyrozumiałym uśmiechu, jakby ostrzegała podopiecznego tylko pro forma, wiedząc, że chłopiec nie jest w stanie spełnić jej pobożnych życzeń.

Znowu coś wspominała o surowej Genowefie, ale nie słuchał, czekając na to, co ma się wydarzyć.

Ujęła od dołu mosznę i pociągnęła lekko: – Ugnij trochę kolana, żebym mogła się lepiej przyjrzeć. Jesteś za wysoko. – O, teraz bardzo ładnie. W sam raz.

Złapała drugą ręką trzon penisa i czuł jak dopasowuje dłoń, a potem przesuwa w dół.

– Ładnie schodzi skórka. Nie masz stulejki. Wiesz, jak się ta skórka nazywa? Napletek. Ładnie ci napletek schodzi. Przy myciu zawsze trzeba napletek ściągnąć do oporu. Żeby ptaszka dobrze umyć. Rozumiesz, cielaczku?

– Ale drżysz. Ściśniemy troszkę, żebyś mi nie siknął. Jak będzie ci się chciało, to mi szybko powiesz, tak? Wtedy ścisnę i ci przejdzie. W ten sposób będziemy twoją chęć sikania kontrolować. Zgoda? Będziesz mnie ostrzegał?

– Tak.

– Grzeczny chłopiec mówi: „tak, proszę siostry”.

Poczuł silny uścisk i potulnie powtórzył.

– Czubek trzeba zawsze umyć szczególnie dokładnie. Z każdej strony. Ale spory masz ten czubek. Jak tłoczek do wielkiej strzykawki – zamruczała coś pod nosem niewyraźnie. Zdawało się chłopcu, że słyszał określenia „wielka pała” czy „bajeczny kutas” i coś tam jeszcze, czego nie zdołał rozpoznać.

– Na czubek ptaszka fachowo mówi się… wiesz jak? Na pewno nie wiesz. Mówi się żołądź. Zbierałeś żołędzie jak byłeś młodszy? Na roboty ręczne w szkole?

– Zbierałem, proszę siostry. Każdej jesieni.

– A widzisz. Dobry chłopiec, szybko się uczy.

– Więc czubek właśnie tak się nazywa. I trzeba o niego dbać. Zwłaszcza tu, gdzie się żołądź zaczyna, naokoło – obwiodła wielokrotnie palcem i rozpoczęła wykład o wędzidełku.

– To jest łaskotliwe miejsce. Łaskocze? – uśmiechała się do niego z dołu, delikatnie go muskając, aż poczuł jak wypływa z niego więcej śluzu i robi się nadzwyczaj przyjemnie.

– Oj – jęknął ostrzegawczo i zaraz go uścisnęła niemal boleśnie. Uczucie przyjemności przygasło.

– No, widzisz? Mówiłam, że to czułe miejsce.

– Ten twój tłoczek, Piotrusiu, całkiem spory. Taki nabrzmiały! – obmacywała go delikatnie od góry wszystkimi palcami, uciskała.

– Bardzo dobrze, że ostrzegłeś. Można mieć do ciebie zaufanie, Piotrusiu – chwaliła. – Jak kobieta ma do ciebie zaufanie, to wszystko pozwoli ci zrobić. A jak nie ma, to możesz tylko pomarzyć. Będziesz pamiętał? To bardzo ważne, co ci mówię. Trzeba wiedzieć, jak postępować z kobietami.

– Będę, proszę siostry – potwierdził gorliwie, puszczając mimo uszu rady, których nie do końca rozumiał.

– Ale ci się tego nazbierało. Tyle śluzu, że jej. Dobre smarowanie ma twój tłok. Tłoczysko. Ogromne! – Pielęgniarka gadała ni to do niego, ni to do siebie, zapatrzona w chłopięce podbrzusze. Potem jakby o nim zapomniała. Zaczęła rozmawiać z „ptaszkiem”. Głos miała pieszczotliwy, mówiła serdecznie jak młoda matka do niemowlęcia. A on słuchał niczym bajki. Cokolwiek ogłupiały faktem, iż chłopięce ciało stało się, jak paluszek małego Jasia, brata Małgosi, bohaterem baśniowej sceny nie z tej ziemi; cokolwiek nawet z tej sytuacji dumny, lecz głównie wyczekujący, by coś bardzo ważnego, związanego ze sterczącą chłopięcością, się zdarzyło. Czuł, że na pewno dojdzie do niezwykłego finału bajki. „W popielniku na Piotrusia iskiereczka mruga…” – jej pieszczotliwe słowa kojarzył sobie ze śpiewem matki, z czasem dzieciństwa, które pełne było takich uroków. Czary, tuż tuż, miały się wydarzyć i czasem rzeczywiście do nich dochodziło, gdy się budził i biegł (na przykład) do choinki.

Pielęgniarka przemawiała do jego “ptaszka”.

– A ti ti, malutki. Otulimy rączkami, żeby ci było cieplutko. Ty byś pewnie do środeczka wolał wejść, co? Poślizgać się w mokrej sionce? Pojeździć na saneczkach, z górki na pazurki? Tak mi płaczesz, maluszku. Oczkiem łezki puszczasz. Nie płacz, utulimy, wpuścimy cię, maluszku, do ciepłego środeczka. Do mojej suni. Będzie ci lepiej niż w beciku. Będziesz się mógł powiercić, ile wlezie. Poślizgać. Popukać w drzwiczki mojego gniazdka tam w środku. Żeby jajeczko ostrzec przed odwiedzinami. Lubię długie staranne pukanie. A nie tylko szybkie puk puk i już prezent zostawiamy. Będzie cię trzeba cierpliwości uczyć. Oj, trzeba.

Piotr słuchał jak zaczarowany. Był w bajce. W bajce wszystko zdarzyć się może. Nawet kutas zostaje księciem z bajki. Albo bratem Małgosi.

Dziewczyna dotknęła samego czubka przy ujściu cewki.

– Oj, tak mi dziobek otwierasz, jak byś chciał mi coś powiedzieć. A może z głodu ten dziobek? Bo chyba nie chcesz się już całować, maluszku? Najpierw trzeba cię umyć. Nie pocałuję takiego obsikanego bruda–sika. Co to to nie. Ani mi się śni. Najpierw ładnie umyjemy mydełkiem. Ostrożnie. Bo mydło potrafi zaszczypać w oczko. Tak umyjemy, żeby nie zaszczypało. A potem pocałujemy maluszka w dziobek, tak?

Oszołomiony Piotr spoglądał z góry na dziwną scenę. „Jak to pocałujemy?” – przeszła mu przez myśl wątpliwość. Pielęgniarka trzymała członka w obu dłoniach, manipulując kciukami przy czubku. Zaślinione ujście cewki rozwierało się i zamykało. Niczym usta lalki próbującej mówić, ale nie potrafiącej wydobyć dźwięku. Albo jak ociekające łzami oko, które mruga zaślepione, aby odzyskać wizję.

– Tak. Jesteś ładniusi i zdrowusi. Malusi. Mogłabym ci ubranka szyć. I czapeczki na szydełku robić. Codziennie bym cię kilka razy przebierała. Po każdej zabawie na ślizgawce. Po jeździe z górki na pazurki. Po każdych odwiedzinach w moim pokoiku. Pukałbyś mi do gniazdka, mój malutki? Wiem, że byś to robił jak młody byczek. Stuku puku. Tyle razy, ile byś chciał.

Spojrzała w górę na Piotra, aby sprawdzić jaką ma minę i czy się nie niecierpliwi.

– Na lato robiłabym ci króciutkie, cieniutkie sukieneczki. Takie jakby mini. Wiesz? – Na chwilę zmieniła ton na rzeczowy. – Bo jajka muszą być na wierzchu i mieć przewiew. Nie można jajeczek przegrzewać, bo to niezdrowe. – Zaśmiała się i wróciła do pieszczotliwego głosu. – Nie, nie. I kapturki na główkę bym ci sprawiła z miękkiej bawełenki. A na zimę szylibyśmy dłuższe, ciepłe kubraczki dla maleństwa, żeby jajeczka też opatulić. I wełniane czapeczki. Chciałbyś z pomponem? Takie, żeby można było całą główkę od zimna osłonić i jeszcze ładnie wywinąć czapeczkę na wierzch. I szyłabym ci kolorowe szaliczki, apaszki do owinięcia szyjki tuż pod główką. I śliniaczek. Bo ty się tak ciągle ślinisz. Ty mój malutki łakomczuszku. Byłbyś najładniej ubranym kutasikiem na świecie. Dbałabym o ciebie, Piotruś. – Pielęgniarka patrzyła z dołu na chłopca, przybrawszy dziwny wyraz twarzy, lecz najwyraźniej wychodząc z transu, w jaki pogrążyła się podczas „rozmowy z ptaszkiem”.

Puściła przyrodzenie i uniosła się na proste nogi.

– A ty byś o mnie dbał, Piotrusiu? – pyta się figlarnie, aby go wprawić w zakłopotanie.

– Dbałbym, proszę siostry. O mamę też zawsze dbam, jak tata wyjeżdża – mówi odruchowo. To prawda. Miał od dawna umowę z ojcem, takie męskie ustalenie, że gdy on wyjeżdża, do obowiązków chłopca należy przynoszenie węgla z piwnicy, rąbanie drew, palenie w piecu, wynoszenie śmieci i takie tam różne mężczyźnie przynależne prace. Zawsze starał się z nich wywiązywać, a matka traktowała to jak coś normalnego. Nie był pewny, czy o takie „dbanie” pielęgniarce chodzi.

– To dobrze, chłopczyku, że potrafisz się opiekować.

Podaje Piotrowi kostkę białego mydła.

– Namydlij mocno ręce! Mam dla ciebie zadanie. Musisz naprawić to, co nabroiłeś. – Przygląda się, czy podopieczny dobrze wykonuje polecenie.

– Obrócę się, a ty mi oczyścisz majtki z tego, czym je pobrudziłeś. Dobrze, Piotruś? – spogląda mu w oczy z na nowo obudzoną figlarnością. – Mam nadzieję, że zrobisz to dokładnie. Liczę na ciebie, chłopczyku.

Już stoi trochę bokiem, trochę tyłem do swojego pacjenta, kołysze biodrami i patrzy na niego ciekawie, sprawdza jak zareaguje.

– Dobrze, proszę siostry – odpowiada zgodnie chłopiec i czerwieni się, bo rozumie, o co go proszą – prośba jak marzenie, mógłby co dzień z ochotą takie życzenie spełniać – lecz nie wie, jak ma zacząć.

– No. Do roboty, Piotruś – odwraca się i nadal kołysze biodrami dziewczyna, lekko wypina się w stronę chłopca.

– Wypnę się. Będzie ci łatwiej. Namydlij moje majteczki dokładnie. Mają być czyste. W każdym miejscu! Nieładnie jest dotykać kobiety bez pozwolenia. Pamiętaj, Piotruś. Ale ja ci pozwalam.

Piotr wyciąga ręce, dotyka samymi palcami, ona jeszcze bardziej się wypina i nagle cała powierzchnia dłoni przylega do wilgotnego napiętego na ciele materiału. Może się ślizgać po pagórkach, może macać. „O, rany!”. Marzenie się spełnia. Chciał dotykać i może.

– Dokładnie, Piotruś. Wszędzie mnie namydlij, bo chcę być czysta.

Waha się, gdy już wielokrotnie na wylot majtki zmoczył na pośladkach, niepewny co jeszcze mógłby dla niej zrobić. Nęci go, wręcz przyzywa południk zero, Greenwich obu półkul. Tam by chciał zwiedzać i nie wie, czy mu wolno. Dziewczyna zaraz chłopięcą rozterkę wyczuwa. Błyska niecierpliwie oko osadzone w profilu obróconej w podnieceniu głowy.

– Czemu tylko pupę mydlisz? Na środeczku też namydlij…, nie bój się. Dzisiaj ci pozwalam dotykać sunię. Dzisiaj są nauki chłopczyka. No! Szybciutko. Nie mamy całego dnia – ni to zachęca ni to rozkazuje i zaczyna pomrukiwać aprobująco, gdy ośmielony rusza do eksploracji nieznanego terytorium, obmacywania tłuściutkiego gorącego krocza przez śliski, niewiele co przesłaniający materiał – tak go uczynił przejrzystym, mydłem i wodą zmoczywszy.

Piotr najwidoczniej spisuje się dobrze, sądząc z reakcji siostrzyczki, bo kobieta zachęca chłopca, by to co czyni poprawnie, wielokrotnie ponawiał i sprawiał satysfakcję swojej nauczycielce. Uczeń słucha zdyszanego, przymilnego i nakazującego monologu:

– Teraz troszkę głębiej, Piotruś, mocniej, delikatniej, przyciśnij, potrzyj kilka razy, och, cudownie, cielaczku!

– Pocieraj palcami, nie przestawaj, o, boże, mocniej, szybciej, och, bosko, jeszcze chwilkę, jeszcze – nagły dotyk dłoni dziewczyny unieruchamiającej jego rękę, przyciskającej palce badacza do pulchnych fałdek, które można wyczuć przez mokry materiał, prawie jakby dotykało się skóry. Kobieta drży. Piotr to czuje i widzi. Trzęsie się całe dziewczęce ciało, prostuje, opada na jego pierś i podbrzusze, przytula się, potrąca jego „ptaszka”.

– Trzym mnie Piotruś, bo się przewrócę. Trzym mnie mocno. Tak mi słodko. Coś ty mi narobił, cielaczku? Cała sunia mokra. Tak dobrze. Zuch cielaczek. Piątka się należy do dzienniczka. Hi hi.

Dziewczyna ciągnie jego ręce na swoje piersi, otula się nimi.

– Oj, cielaczku. Ale mi było dobrze. Cała jestem roztrzęsiona. Pomasuj mi delikatnie piersi. Aż mnie bolą… Trzeba delikatnie dotykać. Naucz się. – Przekręca głowę, ociera się policzkiem o pierś i szyję chłopca.

Pielęgniarski czepek się przekrzywia, więc dziewczyna zdejmuje nakrycie i odkłada na bok bez komentarza. Rozsypują się uwolnione włosy, łaskoczą. Aromat mięty wdziera się do nozdrzy, zapach czystości miesza się z wonią świeżego kobiecego potu.

– Jak tam ptaszek, Piotruś? – Chłopiec czuje kobiecą rękę, która go pewnie obejmuje, kontroluje stan, kciuk pociera i sprawdza, co dzieje się na zaślinionym czubku. – Naczekałeś się mój malutki. Zaraz cię zaprosimy do środka. Będziemy uczyć. Ale chyba wyjdź z wanny. Szybciutko.

Młodzieniec wychodzi szybko z wody, staje przed dziewczyną pełny niesprecyzowanych oczekiwań. Czy ona zrobi to, o czym wspominała? Pokaże mu swoją „sunię”? Obiecywała, że zdejmie majtki, pozwoli mu zobaczyć. Na samą myśl o zniknięciu ostatniej zasłony chłopięcość napręża się, mało nie pęknie. Jeszcze bardziej przypomina „drąga”, zgodnie z etykietą przypisaną części ciała przez dzisiejszą nauczycielkę, a „tłok” pokrywa się dodatkową porcją lepkiego płynu, co z ciała wycieka.

– Możesz mi ściągnąć majtki, Piotrusiu. Tylko ostrożnie, nie podrzyj mi… No, co się gapisz? Klękaj i ściągaj, cielaczku. Chyba się nie boisz? Sama mam zdjąć?

Obraźliwy zarzut o bojaźń mobilizuje chłopca. Szybko klęka na ceramiczną podłogę. Przed nim biodra pielęgniarki. Miejscami widzi owłosienie łona, każdy ciemny włosek przez całkowicie przejrzystą od wilgoci bawełnę, miejscami wypełniony pęcherzami powietrza materiał zasłania obraz. Chłopiec nawet na twarz dziewczyny nie patrzy, nie szuka kontaktu wzrokowego. Szybko. Wkłada palce za gumkę, odciąga, zsuwa, ręce ciągną majtki w dół na uda, na kolana, a oczy psiska gapią się na włochate łono, straszliwie nieprzyzwoite, szokująco bliskie, porażająco pachnące. Takiego ostrego i pociągającego zapachu się nie spodziewał. Jest pszczołą, która po raz pierwszy wyruszyła z ula, zawisa nad łąką, odurzona i głodna.

Dłoń pielęgniarki czochra mu mokrą głowę.

– Całkiem mi je ściągnij, cielaczku. Całkiem. Bo mi będą ruchy krępować. I rzuć je na kaloryfer. – Podnosi po jednej stopie i pozwala się uwolnić z bielizny. Gdy to robi, pokazują się nagle w gąszczu fałdki ciemnej skóry, dziwne fartuszki. Od razu je zauważa niczym łowca, dostrzegający ruch w gęstwinie. Nigdy czegoś takiego nie widział. Nawet podczas zabaw w doktora.

– Odwrócę się. Od tyłu ci pozwolę. Zbliż się, Piotruś.

Déjà vu. Pielęgniarka pochyla się nad wanną tak, jak wtedy gdy szykowała mu kąpiel. Pulchne fałdy krocza przedzielone ciemnym rowkiem, mało nie zaczną pękać od nadmiaru soków niczym owoc, istna włochata brzoskwinia, mimo, że już gęsty syrop cieknie, białe smugi przywarły między włosami.

– Możesz sobie poszukać drogi, cielaczku. Każdy ją w końcu znajdzie. – Dziewczyna rozchyla się rękoma, widać nagle śliskie różowości między strużkami zlepionych włosów. Widać też ciemne wejście powyżej, zaciśnięte i pomarszczone.

– Tylko mi dziurki nie pomyl, Piotruś. Do tej górnej się nie zbliżaj. Tam nie wolno takiemu młokosowi wsadzać. Pamiętaj. Nawet nie próbuj, bo się pogniewam.

– Poszukaj sobie drogi, cielaczku. Tylko powolutku. Jak pójdziesz czubkiem wzdłuż szparki to znajdziesz. Tylko trzeba trochę przycisnąć. Wpuszczę drąga do suni. Cała jestem mokra. Wślizgniesz się.

– Ojej. Czuję ten wielki tłoczek! Powolutku, powolutku. Zdążysz. Całego cię wpuszczę. Po jajeczka. Zmieścisz się.

Piotr nie bardzo potrafi powolutku. Instynkt każe wręcz dźgać. Ale się stara. Mokry tunel otula chłopięcość, która właśnie staje się męskością. Pieści go ciało kobiety, ścianki szczeliny próbują go powstrzymać na chwilę, droczą się z jego „ptaszkiem”, a potem puszczają, pozwalają by szedł w głąb. Pierwsze dotarcie do dna jeszcze nic mu nie mówi. Ale gdy powoli wraca, wyczuwa, że tam na dnie jest mała twarda wysepka.

– Czujesz, Piotruś? Czujesz moje twarde gniazdko? Pukaj w nie, chłopczyku. Pukaj co sił. Już nie musisz powolutku. Już się nie boję twojego drąga.

I Piotr puka. Wali w spód pochwy gorliwie. Pluska się w mokrej sadzawce. Jędrne, wypukłe denko wita się z nim szybko i mocno. Coraz szybszy rytm uderzeń. Coraz większe zapamiętanie.

– Ojej! – Jeszcze zdąża wyjęczeć.

– Sikaj, cielaczku, sikaj. Daj mi nasionka, chłopczyku. Chcę wszystko co masz. – Daje mu pełne przyzwolenie kobieta.

Chłopiec z rozkoszną ulgą słucha swojej mentorki, napełnia jej ciało nasieniem. [cdn]

****

Ciepłe myśli o pielęgniarkach towarzyszyły Piotrowi przez całą młodość. Kreatywna wyobraźnia co rusz budowała sceny ablucji, w których wyuzdane uwodzenie grało najważniejszą rolę, istotniejszą niż sama kopulacja. Napotkaną w prozie iberoamerykańskiej wzmiankę o kobiecie traktującej kutasa jak obiekt miłości, wręcz fetysz, co przejawiało się między innymi szyciem ubranek dla penisa ukochanego mężczyzny, niczym dla lalki, rozwinął po swojemu. Fenomen matczynej miłości do niemowlęcia, tyle razy zaobserwowany w młodzieńczym życiu, zaadaptował do swoich masturbacyjnych praktyk. Bo czyż podświadomie każdy mężczyzna nie pragnie, aby jego genitalia stały się przysłowiowym oczkiem w głowie partnerki, czymś co ona kocha bezinteresownie, niczym własne dziecko, i bezgranicznie, a na pewno zawsze bezkrytycznie.

Dwa fetysze królowały w marzeniach podczas praktyk onanisty: młoda, figlarna, pełna delikatnej pożądliwości pielęgniarka i penis – napompowany krwią, budzący respekt i podziw kobiety, która przecież z racji obowiązków widziała niejedno (niejednego), więc tym bardziej cenny.

Z czasem jeden aspekt ulegał w marzeniach zmianie. Odwrócenie ról i dominacji. Z uległego, oczarowanego kobiecością prawiczka jego bohater, czyli on sam, zmieniał się w nieodpartego, nacierającego zdecydowanie i zapamiętale samczyka, a samiczka w pielęgniarskim czepku nieodmiennie ulegała męskiej mocy. Gwałt dokonywany w wyobraźni, bardziej psychiczny niż fizyczny, dodawał pieprzu młodzieńczemu „biciu konia”.

Przejdź do kolejnej części – Mam do nich słabość – część III

——————
[1] – W Tailandii rozgrywa się cykl Sekrety Syjamu (Link do I-szej części cyklu )napisany przez MissSwiss

Późniejsze przygody Piotra zostały opisane w cyklu o Elżbiecie. Tutaj link – Elżbieta I Początki

——————-
Tekst chroniony prawem autorskim. Opublikowany w witrynie najlepszaerotyka.blogspot.com. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i publikacja w innej witrynie bądź przedruk tylko za zgodą autora.

—————–

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Bardzo dobre opowiadanie!

Dobre! Kiedy c.d.?

Torre

@Torre,
Po pierwsze, nie wiem, czy redakcyjna cenzura puści do publikacji następną część. Mam co do tego spore obawy. Jeśli ingerencje będą niewielkie, to się dogadam. Jeśli będą duże, będzie wojna. 🙂 Po drugie, jeszcze tę kolejną opowieść szlifuję. Po trzecie, kalendarz wydań bloga Najlepsza Erotyka jest zapchany po kokardę i redakcja wyznacza bardzo odległe terminy. Reasumując – nie wiem, kiedy się ukaże. Zapraszam do zaglądania od czasu do czasu.

Karelu,

Twój "cykl pielęgniarski" coraz bardziej mi się podoba 🙂 Widzę już koncepcję, wedle której piszesz te opowiadania, czy raczej rozdziały minipowieści. Trudno mi też sobie wyobrazić, cóż takiego planujesz w części trzeciej, że może nie przejść przez dziurawe sito naszej cenzury 😀

Podoba mi się w tym tekście spory ładunek humoru. No i "wypadek przy pracy" z Marylą. Bohater daleki od doskonałości, ale znacznie fajniejszy niż późniejszy Piotr z cyklu "Elżbiety".

Pozdrawiam
M.A.

"Bohater daleki od doskonałości, ale znacznie fajniejszy niż późniejszy Piotr z cyklu "Elżbiety"."

Jedno pytanie. Bohater fajniejszy (jego cechy, zachowanie) czy przedstawienie przez autora inne, ponieważ jako czytelnicy przyjmujemy to co dostaniemy napisane.

WW.

White Wolf,
To jest pytanie, rozumiem, do Megasa.
Ja się nie dziwię niechęci do moich bohaterów, ino argumentacja tejże niechęci jest dziwna.
W pierwszej części Elżbiety, wyraźnie jest zaznaczone, że mężczyzna i kobieta postanawiają wejść w relację na próbę, i facet wyraźnie sygnalizuje swój sceptycyzm do perspektyw tak niedobranego związku. Dziewczyna chce spróbować, bo ma dobre doświadczenia ze starszymi partnerami i pragnie dalej iść drogą testowania tych dojrzałych.
Czy taki grający w otwarte karty bohater zasługuje na określenie stary satyr, jakim obdarza go Megas?
Cóż, czytelnik ocenia jak chce, a Megas nie jest, zdaje się odosobniony w swoich opiniach.
Ja mogę tylko dodać, że nie siliłem się na to, aby wzbudzić sympatię czytelnika do swojego bohatera. Akurat przechodzi (w Elżbiecie) ciężki okres i popełnia szereg niegodziwości (fragmenty niepublikowane na łamach NE, bądź jeszcze w ogóle nie napisane, acz majaczące w głowie autora)
W Pielęgniarkach bohater jest młodszy i ukazany z dalekiej perspektywy – chłodnym okiem. Ale to cały czas ten sam człowiek, ani lepszy ani gorszy.

Biały Wilku,

chyba musi nam wystarczyć to, co powiedział Karel 🙂 Młodszy bohater na pewno jest mniej zgorzkniały i bardziej skłonny do szaleństw. Ale być może różnica tkwi w tym, jak opisuje go Autor. Ot, zagwozdka 🙂

Pozdrawiam
M.A.

tak sie składa ze moge potwierdzic ze to cow tym opowiadaniu jeśt obarczone b. dużą dozą realnosci-prawdy.. miałem podobnie

Napisz komentarz