Manhattan IV: Tube Games (Miss.Swiss) Brak ocen

36 min. czytania
Marianna (mariannaphotography), "Secret Love", CC BY-NC-ND 3.0

Marianna (mariannaphotography),
„Secret Love”, CC BY-NC-ND 3.0

Sierpień 2011

Sean zastygł ze słuchawką w ręku. Opuścił ją machinalnie i odłożył ostrożnie, jakby parzyła mu dłoń. Poczuł znów, że zbiera mu się na mdłości i ledwo dobiegł do łazienki. Nie miał nic w ustach od poprzedniego wieczora, pusty żołądek skręcał się w supeł, wyrzucając z siebie samą żółć i ślinę. Jeszcze wczoraj planował, że na sobotnie śniadanie usmaży wołowe steki, kupione okazyjnie u lokalnego rzeźnika. Tak sobie myślał, szykując się na imprezę. Że po tych orgiach będzie na pewno głodny, będzie mu się chciało mięsa, soczystego, dobrze wysmażonego kawałka mięsiwa z górą grilowanych ziemniaków i dobrym, ostrym sosem. Teraz na samą myśl o zjedzeniu czegokolwiek, brało go obrzydzenie. Drżącą ręką nacisnął przycisk spłuczki, opuścił klapę toalety i usiadł na niej, ukrywszy twarz w dłoniach. Czuł dreszcze jak przy grypie. Poranek był chłodny, ale bezchmurne niebo oraz New York City Radio nastawione na cały regulator w sąsiednim mieszkaniu zapowiadały upalną sobotę. Optymistyczny głos popularnego spikera, Donalda Moore, wieścił nawet upalny weekend i wzrost temperatury w nadchodzącym tygodniu. Miasto przeszło już do porządku dziennego nad huraganem, można powiedzieć, że chciano jak najprędzej o nim zapomnieć, jak o jakiejś niestosowności popełnionej przez nietaktownego gościa.

Nie dla wszystkich perspektywa upałów oznaczała dobrą nowinę. Ciasne mieszkanie w starej kamienicy pozbawione było wielu wygód, między innymi klimatyzacji (choć wygody te istniały już w wyobraźni Seana oraz na jego Tablicy Marzeń, do której przymocowywał regularnie wycięte z katalogów lub wydrukowane z internetu zdjęcia ekskluzywnych rezydencji. Nic nie powstrzyma człowieka z entuzjastycznym nastawieniem głosił dumny napis na górze tablicy. Tej zasady Sean trzymał się już od pierwszych lat college’u.

Był przekonany, że taka strategia zapewni mu sukces. Wszystko układało się zgodnie z planem. Dyscyplina, tworzenie precyzyjnych planów i żelazna konsekwencja w ich realizacji pomagała mu w zdobywaniu kolejnych szczytów.

Gdzie popełnił błąd, w którym momencie prosta i szeroka droga z jasno wytyczonym celem skręciła w nieoczekiwanym kierunku i zmieniła się w bagnistą, pełną pułapek ścieżkę, prowadzącą na manowce? Okazało się, że istniał ktoś, kto mógł go skutecznie powstrzymać i w dodatku zrobić to w bardzo nieprzyjemny sposób. Zastanawiał się gorączkowo. Wiedzą, kim jest. Kwestią dni lub nawet godzin było to, że go zlokalizują. Być może bandziory, razem z tym paskudnym typem z przystani, który zabrał mu telefon (i teraz jeszcze się nim zabawiał) już szykują się do mokrej roboty na zlecenie szefa Mary albo kogoś innego, kogo nie znał.

Znalazł się tam, gdzie nie powinien był nigdy nawet postawić stopy. Nie powinien nigdy poznać ich twarzy. Iść na policję oznaczało pożegnać się ze wszystkim na zawsze. Nawet, jeśliby przeżył, gdyby objęto go programem ochrony świadków czy czymś podobnym i zapewniono spokojne życie na przedmieściach Lubbock, Cupperville czy innej paskudnej dziury na środku pustyni, o której nikt na świecie nie ma pojęcia, musiałby na zawsze porzucić swoje marzenia. Myśli galopowały jak stado mustangów, powodując ból głowy i przyspieszając tętno.

Uciec? Porzucić pracę? To właśnie byłoby podejrzane. Co robić? Kogo spytać o radę? Raz był pewien, że z tej sytuacji nie ma wyjścia, innym razem – że owszem, wyjście jest, trzeba je tylko znaleźć. Zmobilizować wszystkie siły. Myśleć jasno. Ale trudno było mu zachować zimną krew. Wdepnął w jedno wielkie gówno, zdawał sobie z tego dobrze sprawę. A przecież nie zasłużył! Nie zrobił nic złego, nikogo nie skrzywdził. Dotknęła go wielka niesprawiedliwość. Ale wyjdzie z tego! Nie brak mu było determinacji, a ta, jak wiadomo, ważniejsza jest nawet od inteligencji i talentów. A może lepiej udać w poniedziałek chorobę? Podskoczył, słysząc dziwny dźwięk w mieszkaniu. Nie, nie w mieszkaniu, ale na klatce schodowej. Ktoś był pod drzwiami i usiłował je otworzyć. Zgrzytnął zamek. Skulił się i wstrzymał oddech. Przyszli tak szybko? Nie, to chyba niemożliwe… A jednak drzwi skrzypnęły, byli w środku.

Ktoś chodził po mieszkaniu, wszedł do kuchni, pokręcił się po przedpokoju. Sean zsunął się z sedesu i podpełzł do kabiny prysznicowej osłoniętej tandetną, plastikową zasłonką w hawajskie wzory. Chwycił za róg materiału. Nikt nie będzie go szukać pod prysznicem. No tak, nie pamiętał o ciasnocie. Trącił łokciem lekki stojak na ręczniki, który zachybotał się i przewrócił z hukiem. Już po wszystkim, pomyślał z przerażeniem. Jedyną bronią, jaką dysponował, były małe nożyczki do paznokci. Kroki wyraźnie skierowały się w stronę łazienki. Ktoś pociągnął za klamkę. To koniec.

– Se–oon?

Odetchnął z ulgą. Drzwi uchyliły się lekko.

Jego współlokator, Deepak, spoglądał na niego z głębokim wyrzutem w ciemnych oczach.

– Ja ci już mówiłeś, że nie wypada dla moja religia ty trzymał święta wołowina w lodówka?

Kwiecień 2010

Droga do domu zabrała Annie ponad dwie godziny. Oszołomiona samym zdarzeniem, mężczyzną, który z taką łatwością przyszło ją uwiódł, bała się wrócić do domu i spojrzeć w oczy Piotrkowi. Długo chodziła po mieście, zajrzała do ulubionych sklepów, machinalnie przerzucając stosy kolorowych, wiosennych ubrań. Zrobiła to! Po raz pierwszy była z innym. Najbardziej przerażał ją fakt, że tak łatwo jej to przyszło. Nigdy by się tego po sobie nie spodziewała. Gdy opadły największe emocje, do głosu doszło poczucie winy. Będzie trzeba z tym dalej żyć, bo nie wyobrażała sobie, by Piotr kiedykolwiek miał się dowiedzieć o zdradzie. To nie powinno było się zdarzyć. Czuła wstyd, pogardę do samej siebie i łatwo się tego ciężaru nie pozbędzie, nawet, jeśli obecnie w modzie było usprawiedliwienie takich grzeszków łatwą formułką – mam prawo do szczęścia, to tylko jeden raz. Najgorsze będą najbliższe tygodnie. Czy w ogóle kiedykolwiek zdoła zapomnieć? Poczuła znużenie. Weszła do najbliższego Pret–a–Manger i zamówiła duże latte. Tak, miała już nie pijać kawy na mieście. Prawie sześć dolarów. Gorący płyn lekko parzył ją w język. Najważniejsze jednak było to, że duży kubek dał jej pretekst do zawładnięcia na kilka chwil małym, okrągłym stolikiem w rogu lokalu. Próbowała uspokoić rozbiegane myśli. Zdradziła Piotrka, swojego prawie już męża. Nie da się tego zanegować, zapomnieć, odwrócić… Mieli swoje problemy, ale to nie jest usprawiedliwienie. Będzie się trzeba z tym uporać, we własnym sumieniu, w pamięci. Leonard zniknie, wyjedzie, gdy tylko otworzą lotniska. Nigdy więcej się nie spotkają. Bo przecież i jemu zależało wyłącznie na miłej przygodzie. Usiłował ją wprawdzie zatrzymać, chciał, by z nim poszła na kolację, może znów do teatru. Pożegnała się w popłochu, uciekła ze wstydem, który teraz coraz bardziej doskwierał. Podskoczyła, słysząc sygnał przychodzącego SMS–a.

Porwali cię? Kup mi moją gazetę.

Ani proszę, ani nawet podpisu. Ale to taki styl, lakoniczna, krótka wiadomość. Wiadomo, kto u nich rządzi i tyle. Powrotu nie dało się przeciągać w nieskończoność. Znów wróciła na ulicę, pełną ludzi spieszących, zapewne z radością, do domów. Turyści, którym skończyły się rezerwacje w hotelach, a którzy nie mogli odlecieć do domów, snuli się po chodnikach, ciągnąc za sobą bagaże. Słyszała, że w mieście trudno było o miejsca noclegowe. Co z tego? Szczęściarze! Ona też chciałaby iść przed siebie z walizką, wiedząc, że wkrótce znajdzie się gdzieś indziej.

Zatrzymała się przed zejściem do metra. Ogłuszający ryk przejeżdżających wagonów dochodził czasem na powierzchnię, przez otwory wentylacyjne. Spojrzała w ciemność wejścia. Wydało jej się nagle, że zstępuje do piekła.

Sierpień 2011

Jon nie umiał jednoznacznie określić swoich uczuć. Tilda poszła zrobić coś do picia, taktownie dając mu czas na ochłonięcie po ich ponownym spotkaniu. Nie wiedział, czy powinien z nią współpracować, narażać się na takie sceny jak dzisiejsza. Z drugiej strony nie za bardzo miał pomysł na nadanie kierunku śledztwu.

Wróciła z herbatą, małymi kanapkami i air bookiem pod pachą.

– Pokażę ci coś – otworzyła komputer i przesunęła w jego stronę.

– Co to jest?

– Jakby to powiedzieć… Underground takich jak ja. Na całym świecie. Założył je mój dobry przyjaciel, Timothy z Londynu. Dyskutujemy o ciekawych przypadkach, prowadzimy archiwum.

– Po co? Przecież są międzynarodowe banki danych? Czy to w ogóle legalne? – przerwał jej agresywnie. Znów poczuł się wyłączony z czegoś, o czym na pewno powinien wiedzieć. Czyżby naprawdę był beznadziejny, nie tylko w życiu prywatnym, ale także w swoim zawodzie?

– Po co tak nerwowo? Wyluzuj, Jon. Sam wiesz, ilu rzeczy w takich bankach nie ma. A tu… kopalnia wiedzy. Nie mówiąc o tym, że całą sieć tworzą najlepsi. – No, jasne, jednak go nie oszczędziła. Opanował się.

– Nie chodzi zresztą o fakty… te oczywiście można znaleźć wszędzie. Ale o przypuszczenia, najbardziej nawet nieprawdopodobne teorie, niekonwencjonalne myślenie, rozumiesz? Tu mogę je swobodnie przedyskutować. Nawet rzeczy, za które twoi przełożeni wyrzuciliby mnie za drzwi – kontynuowała.

– Ale czemu ci to pokazuję. Spójrz tu! – Powiększyła zdjęcie. Zastanawiał się, co przedstawiało. Dopiero po chwili, patrząc pod właściwym kątem dostrzegł małe, dość ściśle przylegające do czaszki ucho, a za nim ciemny, ledwo rozpoznawalny znak, przypominający literę T. Pytająco spojrzał na Tildę.

– Tę kobietę znaleziono w zeszłym roku, w tunelu metra w Londynie.

– W… Londynie?!

– Tak, właśnie tam. Udało się ją nawet zindentyfikować. Przyjechała kilka miesięcy wcześniej z Brighton. Miała pracę w banku, lubiła imprezować, ale nie więcej, niż jej rówieśnice. Normalna, zwykła dziewczyna około trzydziestki. Wynajmowała mieszkanie z koleżanką, Islandką. podobno powiedziała jej, że kogoś poznała i wyjeżdża na dłużej. Nie udało się tego potwierdzić. Sprawcy nie wykryto, ale…

– Ale?

– Są pewne nieoficjalne teorie, jak to się mogło stać. I dlatego…

– No?

– Chciałabym, żebyśmy najpierw porozmawiali z kilkoma osobami, tu, w Nowym Jorku, a poza tym… Jeśli mamy pracować razem, to… – Spojrzała na niego przeciągle.

– Tak?

– Dobrze byłoby, gdybyś mógł wziąć kilka dni urlopu. Powinniśmy polecieć do Londynu.

Sierpień 2011

Sean spędził weekend w domu pod pozorem infekcji. W niedzielę wieczorem postanowił iść następnego dnia do pracy. Jeszcze dwa razy zmieniał decyzję, budził się w nocy zlany potem. To śniło mu się, że pracuje w Rockefeller Center, codziennie rano przemierza szerokie marmurowe schody świadom, że w pobliżu czają się mordercy, a on jest im niemal podany na talerzu, to znów widział zbuntowane, pełne gniewu oczy Yulong. Szary poniedziałkowy świt zastał go już w pełni rozbudzonego. Wstał, wykonał kilka codziennych ćwiczeń gimnastycznych ( ten dobry nawyk wyrobił sobie już jakiś czas temu), ubrał się starannie i wyszedł do pracy. Postanowił zachowywać się, jak gdyby nigdy nic. W końcu nikt nie wiedział, że był świadkiem zabójstwa młodej Chinki. A może wezmą go za swego, za tak samo zdemoralizowanego, zepsutego i pozbawionego wszelkich uczuć osobnika jak oni sami. Cóż, kiedyś przecież marzył, by być jednym z nich. Kiedyś? Uśmiechnął się gorzko.

Po wielu przemyśleniach doszedł do wniosku, że nie zaryzykują morderstwa. A zaaranżowanie wypadku wymaga przygotowań. Może wcale o tym nie myślą? Gdy już niemalże uwierzył w to, jak bardzo obojętna im jest własna pomyłka, jak mało przywiązują wagę do faktu, czy to on, Sean Dalone, czy nadęty Steve Malone pieprzył wczoraj chińskie imigrantki, przypomniał sobie o bolesnej utracie telefonu. Zadzwonili przecież.

Wyszedł z domu nie za wcześnie, ale i nie za późno, starając się pozostać wśród ludzi, ale unikając ścisku. Na szczęście w metrze było stosunkowo luźno, pora rush hours dopiero się zaczynała. Nowojorczycy spieszyli do pracy jak co dzień, niektórzy wybiegali już myślami do swoich obowiązków, inni wykorzystywali poranną podróż na lekturę gazet. Czujnie kontrolował otoczenie, dyskretnie lustrował przechodniów. Wyobraźnia pracowała pełną parą. Nie dam się zwariować, postanowił. Do swojego biurka dotarł bez przeszkód. Od razu włączył komputer i zagłębił się w papierach, starając się skoncentrować na pracy i usiłując nie zwracać na siebie uwagi. To ostatnie niezbyt mu się udało. Koledzy pamiętali, że spotkał go wyjątkowy zaszczyt i nie żałowali mu komentarzy i przytyków. Pan Barry nie pojawił się w biurze przez cały poranek. Sean nie dopytywał się specjalnie o przełożonego, ale nadstawiał ucha, gdy wspominano szefa. Do przerwy na lunch nic się nie wydarzyło i zaczął nabierać otuchy. Przedpołudnie minęło szybko, za to czas po lunchu wlókł się sennie – jak zwykle. Sean zauważył, że myśli zaczynają odpływać w niepożądanym kierunku, przywołał więc na pomoc całą swoją gorliwość i poczucie obowiązku, skarcił się w duchu za rozterki i brak zdecydowania, zdyscyplinował i starał skupić na rządkach cyfr na ekranie komputera. Około wpół do czwartej pozwolił sobie na małą pauzę, wstał od biurka, przeciągnął się i wyszedł na korytarz, do stojącego tam automatu z kawą. Obserwował syczące, brunatne strugi wypluwane ze stalowej dyszy przy akompaniamencie złowrogich dźwięków dochodzących z wnętrzności maszyny. Najwyższy czas, aby dyrekcja wymieniła urządzenie na nowszy sprzęt, pomyślał. Obiecano im już w zeszłym roku, że paskudne, wielkie i głośne automaty znikną, a w każdym biurze pojawią się nowoczesne, wielofunkcyjne ekspresy najnowszej generacji. Jednak najwidoczniej nie spieszono się z wymianą maszyn. Niedaleko miał Starbucks, ale nie chciało mu się wychodzić w upał (Donald Moore miał jednak całkowitą rację) z przyjemnego, klimatyzowanego wnętrza. Z drugiej strony… z lekkim obrzydzeniem popatrzył na ostatnie, jasnobrązowe krople spływające do papierowego kubka, maszyna produkowała naprawdę paskudną kawę.

I wtedy ich zobaczył. Wyszli z windy, razem z panem Barry. Stanęli na chwilę w korytarzu, żywo rozmawiając. W jednym z gości rozpoznał Steiermarka, w drugim – mężczyznę o nieznanym nazwisku, którego na jachcie nazwał Lordem. Pogrążeni w rozmowie, nie zauważyli Seana, tak że miał czas schować się za automatem. Podziękował w duchu opieszałej administracji firmy za zwłokę w wymianie maszyn. W napięciu czekał, w którą stronę skierują się przybysze. Pan Barry mocno popił w piątek, ale zarówno Lord, jak i Steiermark na pewno go zapamiętali. Głosy oddaliły się. Sean ostrożnie wysunął się zza automatu i przemknął z powrotem do biura. Serce biło mocno, po plecach ściekła mu mała strużka zimnego potu.

– Sean, telefon – upomniał go Kenneth, siedzący w rogu pokoju – mógłbyś nieco ściszyć dzwonek, albo odbierać!

– Dział Analiz, Sean Dalone, czym mogę… – Głos uwiązł mu w gardle, gdy na wyświetlaczu numerów ujrzał znajome cyfry.

Po drugiej stronie ktoś odchrząknął.

– Hmmm… zapomniałem ci zwrócić twój telefon, brachu. Wybacz. Ktoś podrzuci ci go do biura. Może dziś, może jutro. Jak się wyrobimy. To nara.

Nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, rozmówca przerwał połączenie, uznawszy wyraźnie, że sprawa została załatwiona.

Powoli odłożył słuchawkę. Nie potrzebował już kawy. Ciśnienie podskoczyło mu tak wysoko, że niemal słyszał szum krwi szybko płynącej kanałami żył. W głowie poczuł nieznośny łomot.

Nie zniosę tego dłużej, pomyślał z nagłą rozpaczą.

Kwiecień 2010

Anna wyszła ze stacji metra. Od domu dzieliło ją jeszcze kilkadziesiąt metrów. Jeszcze nigdy powrót nie wydawał się taki trudny. Z każdym krokiem stawało się dla niej jasne, że wcale nie ma ochoty na chmurne, krytyczne spojrzenie Piotra i jego wyrzuty. Oczywiście, zapomniała o gazecie! To pozwoliło jej na odwleczenie konfrontacji o dalsze kilkanaście minut. Musiała cofnąć się o dwie przecznice, na szczęście znajomy kioskarz z uśmiechem podał jej pismo. Przynajmniej jeden powód do kłótni mniej.

Ciemnoskóry portier pozdrowił ją z sympatycznym uśmiechem.

– Ma’am, mam dla pani coś specjalnego!!

– Dzień dobry, Andrew. Co takiego? – Nie spodziewała się żadnej przesyłki.

Murzyn sięgnął za swój kontuar i wydobył biały wazon z piękną kompozycją czerwonych i białych róż. Drogi gatunek, na długich, mocnych łodygach. Zapewne kosztowały fortunę.

– Przyniesiono je kilka minut temu.

Anna zbliżyła się spłoszona, z poczuciem winy wypisanym na twarzy. Co on sobie pomyśli, przecież zna nas od dawna, przemknęło jej przez myśl.

– To chyba pomyłka? Ja nie dostaję kwiatów…

– Najwyższy czas, by pani dostała. A o pomyłce nie może być mowy. Zresztą, jest bilecik do pani adresowany.

Nie potrzebowała nawet zaglądać do koperty, by wiedzieć, od kogo… Szybki i zdecydowany facet. Skoro kwiaty… to chyba nie chodziło mu tylko o seks? Zresztą, wszystko jedno…

Portier wyjął już ostrożnie bukiet z wazonu, troskliwie osuszał końcówki łodyg kawałkiem papierowego ręcznika.

– Dziękuję, Andrew. Nie mogę przyjąć tych kwiatów. Zabierz je, proszę, dla żony – stwierdziła zdecydowanym tonem i, nim zdołał odpowiedzieć, schroniła się w ciasnej kabinie windy. Nacisnęła guzik piątego piętra. Pachniało potem i kiepskim klejem, od lat administracja budynku łatała lekko podupadłe wnętrze tanimi sposobami. Piotrek zżymał się i narzekał, za każdym razem, gdy jechali razem windą. Obraził się, gdy zasugerowała, że może wchodzić po schodach.

Żałowała, iż nie mogła wziąć ze sobą kwiatów, ale bukiet był zdecydowanie zbyt ostentacyjny, by udawać, na przykład, prezent od wdzięcznego klienta. Zresztą Piotr zaraz zacząłby wypytywać o szczegóły, a Anna nie lubiła i niezbyt zresztą umiała kłamać. Nie, dobrze zrobiła.

Pod drzwiami mieszkania usłyszała śmiechy i głosy.

Jeszcze chwila, dam sobie jeszcze chwilę, stwierdziła. Oparła się o ścianę, przymknęła oczy. Obraz mężczyzny, z którym kochała się bez oporów w bezosobowym pokoju hotelowym zaledwie trzy godziny temu, natychmiast pojawił się pod powiekami. Jeśli chłodny, kwietniowy wieczór sprawił, że lekko zmarzła, wspomnienie czułych, zachłannych pocałunków na szyi, gorącego języka na piersiach i między nogami, niecierpliwych dłoni i słów, pełnych uznania dla jej urody i słodyczy, na nowo ją rozgrzały. Czy widać po niej, co przeżyła? A może pachnie innym samcem, a Piotrek to natychmiast odgadnie? We wczesnej fazie chodzenia ze sobą, kilka razy rozmawiali w szerszym gronie o zdradzie. Fizycznej, emocjonalnej. Znała jego poglądy. Żadnego psychologicznego bełkotu, żadnego lewackiego relatywizmu. Zdrada przekreśla wszystko. Rozumiała to dobrze. Przecież to były też jej poglądy. Trzeba będzie samej uporać się z ciężarem tajemnicy, wybaczyć sobie – a to było najtrudniejsze. Sięgnęła do torebki i wyjęła małe, podręczne lusterko.

Wyglądała na nieco zmęczoną, ale w jej twarzy nie było nic osobliwego, żadnego błysku w oku, łuny rozświetlającej twarz. Wypróbowała kilka grymasów w lusterku. Zmęczenie… pod pretekstem zmęczenia… nie mam ochoty… jestem zmęczona, miałam męczący dzień – powiedziała bezgłośnie. Im bardziej banalna, niepozorna i nieatrakcyjna się dziś okaże, tym lepiej. Tym mniej zwróci na nią uwagę, tym mniej będzie miał ochotę na zbliżenie, oczywiście ewentualną ochotę, bo wciąż spał w drugim pokoju obrażony za jej samotne wyjście do teatru,

Otworzyła drzwi i wkroczyła do dawnego, dobrze znanego życia.

Siepień 2011

Tilda umówiła się z Johnem przed południem, na zachodnim odcinku Czterdziestej Trzeciej. Nie zadawał pytań, nie okazywał ani ciekawości, ani zniecierpliwienia. Stawił się punktualnie o dziesiątej przed niewysoką, trzypiętrową kamienicą z początku dwudziestego wieku. Kate uwielbiała takie domy, stąd wiedział, że typowe wykusze z szerokimi, półokrągłymi oknami nazywają się bay–windows. Ulica była na tym odcinku wyjątkowo cicha i spokojna, jakże inna, od tętniących życiem alei, które łączyła. Mieszkanie tu kosztowało fortunę.

– Przepraszam za spóźnienie – Tilda zaszła go od tyłu. Odwrócił się niezgrabnie. Jak zwykle nie zdołał ukryć swojego oszołomienia na jej widok. Zawsze, gdy przebywał w pobliżu tej niesamowitej kobiety, jego puls niebezpiecznie przyspieszał. Prezentowała się wspaniale w białym, lnianym, doskonale dopasowanym kostiumiku a la bizneswoman, na wysokiej szpilce (buty wybrała wyjątkowo, jak na nią, konserwatywne), z niewielką czarno–białą torebką na ramieniu i aktówką w dłoni. Długie włosy spięła we francuski kok, w czym było jej wyjątkowo do twarzy. Całości dopełniały okulary przeciwłoneczne w stylu lat 60–tych.

– Czy wyglądam dostatecznie poważnie? – spytała z udaną troską.

– Wyglądasz pięknie, niesamowicie – wyrzucił z siebie, jeszcze zanim zdążył przemyśleć odpowiedź. – ale… to zupełnie nie w twoim stylu… po co to? Czego tu szukamy?

– Dzięki – uśmiechnęła się z wdziękiem. – To tak, na wszelki wypadek… Idziemy do poważnej instytucji. No i żebyś nie musiał się mnie wstydzić. Nie myśl, że nie wiem, co tam u was o mnie mówią… – zaśmiała się, dając mu do zrozumienia, jak mało interesują ją policyjne plotki.

Nim zdołał zaprotestować, pociągnęła go za rękaw w stronę niewysokich, zewnętrznych schodów, do których wiodła żeliwna furtka.

– Dokąd idziemy?

Bez słowa wskazała na skromny, mosiężny szyld.

– Towarzystwo Przyjaźni Amerykańsko–Luksemburskiej? To jakiś żart?

Tilda położyła palec na ustach i pchnęła furtkę. Nacisnęła na ukryty przycisk, znajdujący się w nietypowym miejscu, bo na wysokości kolan i dla niewtajemniczonych niemal niewidoczny, ukryty w szczelinach pomiędzy brązowymi cegłami, z których zbudowana była fasada budynku.

Drzwi uchyliły się z cichym kliknięciem. Znaleźli się w obszernym, wyłożonym ciemnym drewnem hallu. Tilda skierowała się na piętro. Jon podążał za nią bez słowa, aż znaleźli się przed lakierowanymi na biało drzwiami, na końcu długiego korytarza. Wtedy dopiero się odezwała.

– Słyszałeś kiedyś o śmieciowym ministrze?

Pokręcił przecząco głową.

– Tak myślałam… – westchnęła i spojrzała na niego współczująco. – Ciężko macie w tym waszym departamencie… Jak w ogóle można pracować, nie znając podstawowych kontaktów zawodowych?

Spojrzał na nią, nie rozumiejąc, o co chodzi.

Pchnęła białe drzwi i wkroczyła do środka. Chcąc nie chcąc, podążył za nią.

Biuro umeblowano masywnymi antykami, wartymi zapewne fortunę. Jedyny nowoczesny akcent stanowiły ogromne ekrany umieszczone na ścianie i wysokiej klasy sprzęt komputerowy. Pokój pogrążony był w cieniu, mimo szerokiego okna wychodzącego na południową stronę. Rozłożysta, rosnąca przed nim lipa przesłaniała słońce.

– Tilda, skarbie! – siedzący za masywnym biurkiem szpakowaty mężczyzna w okularach uśmiechnął się na widok wchodzących. – dawno cię tu nie było! Znów na tropie jakiejś ekscytującej aferki?

– Po prostu stęskniłam się za tobą, Theodor! – Tilda podeszła do biurka i uściskała serdecznie okularnika.

– Poznaj, proszę, inspektora Swifta, który jest w sprawie, którą prowadzimy, moim partnerem.

– Jon, to Theodor. Nowojorski Minister of Garbage, jak go nazywamy.

Mężczyzna nie ruszał się zza biurka, nawet nie uniósł się w geście powitania, więc Jon wzorem Tildy podszedł do niego i uścisnął mu dłoń, choć nadal nic nie rozumiał. Theodor zauważył najwidoczniej niepewność gościa, bo postanowił udzielić krótkiego wyjaśnienia.

– W Nowym Jorku wyrzuca się codziennie tysiące ton śmieci. W tym nietypowe przedmioty, w nietypowych miejscach. Oczywiście nie jesteśmy w stanie znaleźć wszystkiego, ale dokumentujemy szczegółowo różne dziwne znaleziska, wyglądające z pozoru niewinnie. Na wysypiskach śmiecie są przebierane, sortowane, taśma sortująca jest filmowana, pod koniec dnia analizowana. Znajdujemy różne rzeczy, od broni i części ludzkich zwłok, o tym się oczywiście słyszy, do biżuterii, pieniędzy, dokumentów, kluczy, narkotyków, materiałów wybuchowych, części samochodowych, a nawet samolotowych, zakrwawionej odzieży i tak dalej… To wszystko jest dokumentowane. Stale pracujemy nad ulepszeniem Systemu. Mamy specjalnie wyszkolone psy, mamy nawet tresowane szczury do znajdowania pewnych substancji… to tak w skrócie, bo nie przyszliście tu przecież słuchać wykładów. Kiedy Tilda poprosiła mnie o pomoc w waszej sprawie, sięgnąłem do archiwum z zeszłego roku. Zabrało nam to kilka tygodni, ale odkryliśmy coś ciekawego… – Theodor odwrócił się w stronę komputera. Ekran na ścianie rozbłysnął srebrzystym blaskiem. Po chwili tło ściemniało, a na pierwszym planie pokazał się but. Zwykły, damski sandałek z turkusowych paseczków na wysokiej szpilce.

– Niesamowite – wyszeptał Jon, zelektryzowany znajomym widokiem.

– Prawda? A jeszcze lepsze jest to, że wcale nie został znaleziony w Holland Tunnel, ani nawet w pobliżu, tylko kilkanaście kilometrów od niego.

– Gdzie dokładnie?

– W szybie tunelu metra, przy stacji Bowling Green.

– O, cholera!

– No właśnie… nawet nie na peronie, nie w obszarze, na którym poruszają się pasażerowie, tylko na terenie dostępnym właściwie jedynie służbom technicznym metra. Nie miał prawa tam się znaleźć.

– A to znaczy?

– Przynajmniej tyle, że najprawdopodobniej dziewczyna tam była. Gdzie zginęła i dlaczego, tego nie podejmuję się rozwiązać. To wasza działka. Ale… mamy coś jeszcze, mniej więcej z tego samego okresu. – Theodor zmienił obraz. Tym razem na ekranie ukazały się dwa ekstrawaganckie i z pewnością drogie buty – purpurowa atłasowa szpilka z kolekcji Jimmy Choo i ozdobiony czarnymi sztucznymi kamieniami złoty sandałek Blahnika.

– Obiekt pierwszy znaleziono na stacji Bleecker Street, drugi zaś przy Union Square.

– Czy jest jakiś związek między tymi miejscami? – odważył się spytać Jon.

– Owszem. Wszystkie stacje leżą przy linii Lexington Avenue – zaczęła Tilda. Nowojorskim metrem jeździła od jedenastego roku życia.

– I mają zamknięte perony – dokończył Theodor. – To nawet jest ważniejsze. Sprawdziłem. W Nowym Jorku są stacje całkowicie lub częściowo wyłączone z ruchu. Martwe. Przygotowałem ci listę. Możecie sobie urządzić wycieczkę w podziemia miasta.

– Czy to tam znaleziono buty?

– Tak, właśnie tam… dokładny opis miejsc ze szkicem prześlę ci zaufanym kanałem, jeszcze na niego czekam. O pasujących do nich zwłokach nic mi nie wiadomo… – Theodor pozwolił sobie na żart.

– Nie szkodzi. Może zwłok w tym przypadku wcale nie było?

– No tak, to jest, oczywiście możliwe. – gospodarz spotkania wydawał się nieprzekonany. – Chociaż ja mam swoją teorię.

– Jestem ciekawa, czy podobną do mojej!

– Uważam – powiedział wolno, patrząc jej w oczy – że to niestety, nie przypadek. Zabójstwo z Holland Tunel nie jest jednostkowym morderstwem. To seria. Mamy do czynienia ze zbieraczem.

Tilda skinęła głową. Nie była zdziwiona.

– Tak. Powiedziałabym, że swego rodzaju shoe freak. Jednak jestem zdania, że niekoniecznie zabijał. Mógł przecież gwałcić? Choć, jeśli chodzi o kobietę z Holland Tunel nie stwierdziliśmy śladów gwałtu, jedynie fakt, że przed śmiercią miała kontakty seksualne. Zabezpieczony materiał genetyczny jest nieznany. Kiedy znaleźliście pozostałe buty?

– Czerwony to koniec marca 2010, turkusowy jest z kwietnia, złoty z początku maja. Co nie oznacza jednak, że nie zostały porzucone wcześniej. Daty w moim banku danych oznaczają jedynie dzień znalezienia obiektów.

– A później? Było coś jeszcze?

Theodor pokręcił głową.

– Nie, absolutnie nic. Ani na Manhattanie, ani gdzie indziej w mieście. Na twoją prośbę sprawdziłem jeszcze Boston i Waszyngton. Moi ludzie przekopują się przez to w wolnych chwilach, ale jak wiesz, nie mamy ich za wiele. Mnożą się oficjalne zapytania w różnych aktualnych sprawach. Na topie jest, jak zwykle, zagrożenie terrorystyczne.

– Jednym słowem po maju 2010 mieszkanki Nowego Jorku przestały gubić pantofle na zamkniętych stacjach metra?

– Na to wygląda – uśmiechnął się Theodor – jeśli jednak znów zaczną to robić, dowiesz się o tym pierwsza.

– Jestem ci bardzo wdzięczna – Tilda cmoknęła Theodora w policzek. – Bardzo nam pomogłeś.

– Zawsze do usług, piękna Tildo. – Niezdarnie poklepał ją po plecach. – Odprowadzę was. Pochylił się z trudem do przodu, jakby majstrował przy poręczy fotela. Odepchnął się od biurka z cichym świstem.

Dopiero w tej chwili Jon zauważył, że Theodor siedzi na wózku inwalidzkim, którego oparcie i poręcze wyglądem doskonale komponowały się z resztą wyposażenia gabinetu. Wytoczył się zza biurka i podjechał do drzwi,

– Mała przechadzka do schodów i z powrotem dobrze mi zrobi – zażartował, dostrzegając zmieszane spojrzenie Jona.

– Jesteś w znakomitej formie – powiedziała Tilda z czułością w głosie. – Gemma dobrze o ciebie dba.

– Nie narzekam – odparł pogodnie. Sprawiał wrażenie szczęśliwego, zadowolonego z życia człowieka.

Po chwili znów stali na zalanej słońcem ulicy. Tilda założyła okulary.

– No i jak podobał ci się nasz minister?

– Niesamowite! Ale dlaczego nic o tym nie wiedziałem? Czy Wayne go zna?

– Twój szef? Na pewno…

– To dlaczego nie korzystamy z pomocy kogoś takiego?

– Właśnie skorzystaliśmy…

– Tak, ale ja powinienem wiedzieć, że są tacy ludzie! Towarzystwo Przyjaźni Amerykańsko–Luksemburskiej, też mi coś, a w środku cały ośrodek analityczny… Masz jeszcze jakieś niespodzianki, niedostępne dla zwykłego, szeregowego gliny?

– Nie wkurzaj się, Jon. Oni są przede wszystkim dla służb wywiadowczych. Trudno, żeby zajmowali się wszystkimi sprawami kryminalnymi w Nowym Jorku.

– Jasne. Są dla służb i dla panny Brzezinski, czy tak? – trudno było mu powstrzymać gniew. Ile jeszcze rzeczy było mu nieznanych? Wychodził przy niej na kompletnego idiotę, gorzej, wychodził na amatora, a tego nie umiał znieść. Jej specjalny status działał mu na nerwy.

Tilda ruszyła spacerowym krokiem w kierunku wschodnim. Jego złość nie robiła na niej żadnego wrażenia. Rad nie rad, poczłapał za nią. Odezwała się dopiero po dłuższej chwili.

– Nie rozumiem twojej irytacji. Zaprowadziłam cię do niego, bo nie chcę niczego przed tobą ukrywać. Pracujemy razem. A nie było łatwe uzyskać zgodę Theodora. Rzadko kto wie, gdzie mieszczą się agendy naszych służb. Być może jednak będziesz go musiał kiedyś sam odwiedzić. To wyraz naszego zaufania. Doceń to. Ty masz etat i pewne oficjalne możliwości, ja mam kontakty, które pomogą nam w tej sprawie. A może się rozmyśliłeś i nie chcesz ze mną pracować?

Z trudem stłumił złość. Odmruknął coś niezrozumiale. Tilda niemal demonstracyjnie obejrzała się za przystojnym, wysokim mężczyzną w ciemnych okularach, który ich właśnie mijał. Ten także się odwrócił, obdarzając blondynkę porozumiewawczym, pełnym uznania uśmiechem. To też zdenerwowało Jona, ale opanowanie tych emocji przyszło mu już łatwiej. Ostro go trenowała, dając na każdym kroku wyraźnie do zrozumienia, że łączą ich wyłącznie zawodowe relacje.

Zatrzymali się na rogu Czterdziestej Trzeciej i ósmej Alei.

– Dokąd teraz?

– Skoro się uspokoiłeś, chodźmy na lunch. Proponuję Zupowego Nazistę przy Pięćdziesiątej Piątej.

– Że co???

– Nie masz ochoty na najlepsze gazpacho w mieście? Albo na polski chłodnik? Zaraz wróci ci dobry humor! Na co czekasz? Łap taksówkę!

Sierpień 2011

– Nie widzę uzasadnienia dla twojej podróży do Londynu – szef zmierzył Jona uważnym spojrzeniem. – To wszystko teorie, domysły… Powinieneś raczej zająć się identyfikacją ofiary, na tym skupić teraz wysiłki.

– Nawet jeśli ten trop jest od Tildy?

Komisarz Wayne westchnął głęboko.

– Na temat Tildy ucięliśmy sobie w zeszłym roku małą pogawędkę, o ile pamiętam? Cieszę się, że umiecie znów razem pracować, bez tego całego… – machnął ręką – no wiesz, romansowania. Niemniej nie puszczam cię do Londynu. Nie potrafisz mi nawet powiedzieć, z kim chcesz się tam spotkać. A bajeczki o zgubionych dizajnerskich butach, które mogą przyczynić się do wyjaśnienia morderstwa, należy pozostawić na swoim miejscu. W Hollywood.

– Czy to znaczy, że nie zna pan ministra?

– Jakiego znów ministra?

– Theodora, mówią na niego Minister of Garbage…

Wayne spojrzał na swojego podwładnego z wyraźną troską.

– Nic mi to nie mówi, Swift. Bierz się wreszcie do porządnej, policyjnej roboty, albo osobiście skopię ci tyłek – dodał z ojcowską groźbą.

– Tak jest, szefie!

– Cieszę się, że się rozumiemy. Odmaszerować!

Jon otworzył drzwi.

– Swift…

Trzymając za klamkę, odwrócił się powoli. Jak zwykle, na odchodnym padało tak zwane ostatnie słowo, ulubiony chwyt Komisarza, najprawdopodobniej zaczerpnięty z tanich powieści sensacyjnych. Podwładni zwali je „dobrym słowem na drogę“.

– Nie przeceniaj Tildy. Jej gwiazda już gaśnie. Zapowiadała się na świetną policjantkę, ale że tak lubi słuchać swojej cipy… to seksoholiczka, nimfomanka. Powinna się leczyć. Nieoficjalnie powiem ci, że zamierzamy powoli odsuwać ją od śledztw. Nawaliła parę razy.

Jon wysłuchał tej przemowy uważnie, nie zdradzając żadnych uczuć. Skłonił głowę na znak zrozumienia i opuścił biuro. Właściwie powinien być zadowolony. Może, gdy Tilda na dobre zniknie z jego życia zawodowego, uda mu się wyjąć tę głęboko tkwiącą zadrę spod skóry i odzyskać szacunek do siebie? Jednak nie odczuwał żadnej radości, jedynie niesmak.

Sierpień 2011

Tilda nie lubiła opuszczać Nowego Jorku. To było jej miasto. Była typowym, wielkomiejskim zwierzęciem, nawet w lecie (zwłaszcza w lecie) czuła się doskonale w cieniu drapaczy chmur, przemierzając kilometry chodników Manhattanu, buszując wśród dziwacznych sklepików na East Village czy na Times Square. Wielokrotnie przyjaciele, a czasem bogaci kochankowie, namawiali ją na egzotyczne wakacje, ale prawie nigdy z sugestii nie korzystała. Nigdy nie wyjechałaby na zorganizowany urlop z biurem podróży, to było zupełnie nie w jej stylu. Jedyny wyjątek stanowiły weekendowe wypady na małą prywatną wyspę w archipelagu Wysp Dziewiczych. Tę atrakcję zapewniał Tildzie kilka razy w roku przyjaciel i okazjonalny kochanek, bajecznie bogaty przedsiębiorca. Nie raz jednak i on musiał obejść się smakiem, bo Tilda przyjmowała zaproszenie jedynie wtedy, gdy nie kolidowało ono z jej, dobrowolnie podjętymi, zawodowymi obowiązkami. Odmówiwszy zatem Geraldowi Jr. Crosby III zaszczytu spędzenia najbliższego weekendu razem, co przyjął z mieszaniną smutku i irytacji, uznała, że zasługuje na dobry zamiennik.

Poprzedniego dnia, już po spotkaniu z Johnem, odbyła jeszcze długą i bardzo ciekawą rozmowę z inspektorem Timothy Roughem ze specjalnej jednostki zapobiegania i zwalczania przestępstw na tle seksualnym z Londynu oraz z profesor Isabellą Knight, która o londyńskim metrze wiedziała wszystko. A jeśli czegoś nie wiedziała, to najwidoczniej nie było to warte zachowania w pamięci. Informacje, które uzyskała Tilda, były na tyle ciekawe, że warto było dla ich sprawdzenia poświęcić weekend z przystojnym i pełnym temperamentu Geraldem. Ponadto potrzebowała spokoju dla uporządkowania danych. Czuła, że rozwiązanie jest wcale nie tak dalekie, jeśli tylko pozostanie na dobrym tropie. Zrobiwszy sobotnie zakupy koło targowiska w Hells Kitchen, zamknęła się w domu i wyłączyła telefon. Spokój, cisza, skupienie… tego potrzebowała w najbliższych godzinach.

Mieszkanie Tildy znajdowało się na piątym, przedostatnim piętrze starej kamienicy z lat trzydziestych ubiegłego wieku. Jego wielkim atutem była też spora, kamienna, kwadratowa loggia, w której latem dziewczyna spędzała większość dnia. Przy dobrej pogodzie przenosiła tam wszelką aktywność. Pracowała, jadła i spała, przykryta jedynie lekkim kocem.

Tilda z zasady nie opalała się, w trosce o skórę. Czasem, we wczesnych godzinach przedpołudniowych pozwalała sobie jedynie na, jak to nazywała, wygrzewanie. Rozebrała się i weszła pod prysznic. Jak zwykle przy dobrej pogodzie pozwoliła mokrym włosom wyschnąć na wietrze. Rozstawiwszy swój ulubiony szezlong, ułożyła się na nim wygodnie. Była całkiem naga, lecz zadbała o ochronę przeciwsłoneczną, smarując się dokładnie balsamem z wysokim przeciwsłonecznym filtrem. Słońce dotykało ją przyjemnym, łagodnym ciepłem. Dokładnie tak, jak lubiła. Założyła okulary przeciwsłoneczne i wyciągnęła przed siebie stopy. Podziwiała swoje świeżo polakierowane, czerwone paznokcie. Wprawiały ją zawsze w dobry humor. Lubiła swoje ciało, lubiła je ozdabiać i upiększać, sprawiać mu przyjemność. Westchnęła głęboko. Łagodne pieszczoty słońca i ciepło na skórze działały pobudzająco. Szkoda, że nie było obok niej Geralda. Dwa ostatnie razy w jego towarzystwie były dla niej ogromnie satysfakcjonujące, lubiła sposób, w jaki uprawiał miłość, lekką skłonność do perwersji, którą podzielała i, niedoceniany podobno przez jego prawowitą małżonkę, temperament.

Pogłaskała się po udzie, ciesząc się gładkością i sprężystością ciała. Palce powędrowały wyżej, na królującą ponad zbiegiem ud wypukłość i zatrzymały się przez chwilę na łonie. Ponowne westchnienie uświadomiło jej, czego pragnie. Odłożyła notatnik obok leżaka, wyprężyła się i obiema dłońmi dotknęła sutków. Były, jak zwykle nawet po krótkim działaniu słońca, lekko podrażnione, wrażliwe na dotyk. Stwardniały natychmiast pod opuszkami. Przez chwilę bawiła się nimi tak, jak lubiła, stopniując nacisk, lekki ból i przyjemne pieczenie. Mało który kochanek potrafił pieścić jej piersi tak, jak lubiła. To była dobra strona samozaspokajania. Robiła dokładnie to, na co miało ochotę jej spragnione ciało. Przykryła piersi całymi dłońmi, masując je coraz mocniej kolistymi, posuwistymi ruchami. Jedną rękę przesunęła niżej, tuż pod piersi, przez wklęsły, twardy brzuch ponownie na wypukły wzgórek i niżej, gdzie czuła już rozlewające się przyjemne ciepło. Podciągnęła kolana i wygodnie ustawiła stopy na szerokości bioder. Dłoń zyskała w ten sposób swobodny dostęp do całego krocza. Powolnymi ruchami, w górę i w dół masowała je na całej długości. Cieszyła się dotykiem, cieszyła się będąc sama ze sobą i mogąc sprawić swojemu pięknemu ciału radość. Przez kilka minut stopniowała tempo pieszczot, nie spiesząc się i dbając o każde miejsce, które potrzebowało stymulacji.

Coś błysnęło, wysoko w górze, błysk odbiło się od powierzchni okularów Tildy.

Czujnie uniosła głowę.

W okolicy był tylko jeden budynek wyższy od domu, w którym mieszkała Tilda. Ustawiony w stosunku do jej kamienicy prostopadle, liczył sześć pięter. Na ostatnim, z którego można było mieć widok na loggię, nikt do tej pory nie mieszkał. Apartament, prawdopodobnie przeznaczony do wynajmu, stał już od dawna pusty.

A jednak coś się zmieniło.

Na balkonie stał człowiek. Z odległości około osiemdziesięciu metrów w linii prostej, nie była w stanie zobaczyć, kim był. Błysnęło znowu. Wstała, jakby nigdy nic i weszła do mieszkania. Wróciła z małą, teatralną lornetką. Wszystko stało się jasne. Ktoś ją obserwował. Dobrze zbudowany, wysoki mężczyzna podglądał ją, za pomocą lornetki, z balkonu sąsiedniego domu. Uśmiechnęła się tylko i ułożyła ponownie na leżaku. Wspaniale. Obecność nieznajomego tylko ją podnieciła, czuła, jak drobne krople potu – robiło się coraz cieplej – mieszają się z intensywnie pachnącą wilgocią. Wróciła do poprzedniej pozycji i jeszcze bardziej rozchyliła uda. Dłońmi przykryła piersi, jakby rozpoczynając od początku przerwany spektakl, przesunęła je zmysłowo w dół, aż do wewnętrznej strony ud, rozwarła je powoli, dając nieznajomemu możliwość dokładnego oglądania wszystkich anatomicznych szczegółów. Zsunęła kolana i znów je rozchyliła, tym razem rozszerzając palcami krańce krocza, jakby chciała otworzyć dojrzały owoc. Nie musiała nawet sprawdzać, jak wilgotna była. Delikatny ruch palca, potem dwóch, ślizgający się po twardej wypukłości łechtaczki i wilgotnych, różowych ściankach sprawił jej przyjemność.

Zazwyczaj nie potrzebowała długo, by dojść, ale teraz, ze względu na nieznajomego, postanowiła przedłużyć tę chwilę. Zapewne przedstawienie w jej wykonaniu zaciekawiło obserwatora, lub też nawet podnieciło, bo nieruchoma sylwetka cały czas tkwiła na balkonie. Tilda udawała, że go nie widzi. Bawiła się więc ze sobą, włączając do gry kolejne palce, zanurzając je w pochwie, w czasie, gdy druga ręka zajmowała się wyrafinowanymi pieszczotami łechtaczki. Czuła fale podniecenia, wtedy przerywała na chwilę przenosiła mokre od soków dłonie na piersi i bawiła się nimi, by za chwilę znów trafić do zroszonych, miękkich płatków. Słońce grzało teraz mocniej, po całej powierzchni ciała, promienie docierały do wrażliwych, pokrytych śluzem warg. Tildzie robiło się coraz przyjemniej i coraz goręcej. Nie przerywając coraz gwałtowniejszych pieszczot zaczęła się niespokojnie wiercić na leżaku, by w końcu dojść z głośnym krzykiem. Trwała tak chwilę, po czym otworzyła oczy. Na przeciwległym balkonie nikogo nie było. Nieco ją to rozdrażniło. Weszła do mieszkania i owinęła się miękkim ręcznikiem. Była w dziwny sposób rozczarowana. Kąpiel słoneczna, dotykowe wrażenia i masturbacja na oczach nieznajomego nie zaspokoiła jej do końca, tylko sprawiła, że Tilda nabrała ochoty na więcej. Krążyła więc po mieszkaniu podminowana, niespokojna, ocierając się o sprzęty. Potrzebowała mężczyzny, potrzebowała wypełnienia, mocnej, niemal brutalnej penetracji, na granicy bólu, tak jak to przed kilku dniami zrobił z nią Galeh. Rozdrażnił ją fakt, że nieznajomy zniknął, nie doczekał do końca. Ciekawa była, czy i na ile zdołała go podniecić, sprawić, żeby jej pragnął? A może mieszkał z kobietą i podniecony widokiem masturbującej się blondynki, właśnie teraz doprowadzał do orgazmu swoją dziewczynę?

Szkoda, bo przydałby jej się taki samiec. Seks z nieznajomymi zdarzał jej się od czasu do czasu. Żaden z tych kochanków nie sprawił jej zawodu. Bezbłędnie, instynktownie wyławiała spośród spotkanych mężczyzn idealnych w danej chwili, takich, którzy zazwyczaj oferowali jej to, na co miała akurat ochotę. Zdawała sobie sprawę, że może się pomylić, że stąpa po kruchym lodzie, naraża się, mimo wszelakich środków ostrożności, na różnego rodzaju niebezpieczeństwa. Jednak wciąż na nowo świadomie pozwalała, by to żądza kierowała jej poczynaniami. Nigdy tego nie planowała, po prostu stawało się. Wybierała samców (tak o nich właśnie myślała), a oni podążali za nią. Nie dalej jak kilka tygodni temu, w środku dnia… nudziła się w kolejce po bilety na premierę w jednym z pobliskich teatrów. Za nią stanął młody, przystojny mężczyzna. Tilda otaksowała go dyskretnie. Rasowy nowojorczyk, dobrze wyglądający, ubrany z niedbałą elegancją. Sądząc po rozmowie, którą prowadził podniesionym, lekko zniecierpliwionym głosem ze swoją żoną lub dziewczyną, wyszedł po ten zakup w czasie przerwy na lunch. Był zły, że musi poświęcić wolną godzinę na “sterczenie za biletami na durne romansidło”, jak wynikało z tego, co zarzucał swojej rozmówczyni. Tilda nawet nie udawała, że nie podsłuchuje. Wystarczyło kilka prowokujących spojrzeń, jedno, niby przypadkowe otarcie się biodrem o jego spodnie i… był jej. Bez słowa opuścili kolejkę. Jeszcze na schodach wziął ją po raz pierwszy, od tyłu, a zanim dotarli na piąte piętro i dała się wylizać (trzeba przyznać, że był w tym świetny, a ona miała właśnie bardzo dużą ochotę na takie pieszczoty), była już prawie rozebrana do naga. Usadzona na parapecie z jego głową między udami, rozkoszowała się chwilą i umiejętnościami nieznajomego. Pobrudził trochę koszulę, ale wydawał się zachwycony. Wyszedł po czterdziestu minutach, pozostawiając po sobie bardzo miłe wspomnienie. Nigdy więcej już go nie widziała i nie czuła takiej potrzeby. Świat pełen był mężczyzn gotowych poratować kobietę w potrzebie.

Gdyby teraz wyszła na ulicę… Wkrótce zaczynała się przerwa na lunch, kawiarnie i bary zapełnialy się pracownikami średniego i wyższego menedżmentu, młodymi, przystojnymi ludźmi sukcesu. Niejeden z nich…

Ostry dźwięk dzwonka przerwał jej rozważania.

W drzwiach stał mężczyzna z balkonu. Był wysoki, potężnie zbudowany. Ciemne, półdługie włosy były lekko wilgotne. Albo się spocił, albo wziął pospieszny prysznic… W każdym razie widocznie spieszno mu było do niej, bo nie zadał sobie trudu założenia choćby podkoszulka. A może zrobił to celowo? Żeby mogła podziwiać szeroki tors porośnięty ciemnymi , kręconymi włosami (tak, kogoś takiego zamówiłaby Tilda w katalogu kochanków, gdyby było to możliwe). Miał na sobie jedynie dżinsowe bermudy i sportowe buty. Jej wzrok powędrował do linii paska spodni i nieco niżej. Spojrzała na niego. Otwarcie, zachęcająco. Opierał się o futrynę i przyglądał jej się z zaciekawieniem. Zrozumieli się bez słów. Mężczyzna zamknął za sobą drzwi i jednym pociągnięciem rozplątał niedbałe zawiązany supeł ręcznika. Ona sięgnęła do metalowego guzika i suwaka przy jego spodniach. Patrzyła mu bezczelnie w oczy. Był podniecony. Niemal tak jak ona. Dotknęła sterczącego w erekcji członka. Długiego, szerokiego, a przede wszystkim, cudownie twardego. Mruknęła z aprobatą, co nieznajomy uznał za ostateczne przyzwolenie. Przyciągnął ją do siebie, opierając dłonie na miękkich pośladkach dziewczyny. Zdziwiła się, że miał szorstkie, twarde dłonie człowieka pracującego fizycznie, ale jej wrażliwa skóra przyjęła ten nieoczekiwany bodziec z zadowoleniem.

Mężczyzna pochylił się, by pocałować ją w szyję, ale wywinęła się i pociągnęła go na podłogę. Nie chciała już dłużej czekać. I nie potrzebowała dziś czułości. Jednym, bezwstydnym ruchem rozsunęła uda i objęła przybysza ściśle w pasie. Wszedł w nią od razu. Cudownie. Właśnie na to czekała. Na to wypełnienie, tę twardość, rozpierającą się w niej, agresywnie torującą sobie drogę do wnętrza. Bez zbędnych słów i jakiegokolwiek udawania, że to coś więcej niż tylko zwierzęca kopulacja, reakcja na potrzeby i zachcianki własnego ciała, spełnianie fantazji.

Podobało jej się, że nic nie mówił, podniecały ją jego sprawne, szorstkie ręce obejmujące ją w talii, przesuwające się po pośladkach bez żadnej delikatności, mocno obcierające naskórek. Jutro ją będzie boleć, będzie pielęgnować i dmuchać na otarte miejsca, ale w tej chwili lekko bolesne pieszczoty jeszcze bardziej ją rozpalały. Oddawała się nieznajomemu, czując własne podniecenie ściekające drobnymi strużkami po udach, zapach mieszający się z wilgocią, gorącym potem i mocną wonią spermy. Wciąż było jej mało i jemu chyba też, ale wyraźnie czekał na jej inicjatywę, gotów zrobić to, czego jej się zachce. Pozwoliła mu wyślizgnąć się z siebie, odsunęła go lekko i przekręciła się błyskawicznie na brzuch. Klęknęła, wypinając w jego stronę zaczerwienione pośladki i oparła się na łokciach. Czekał w milczeniu, aż musiała się odwrócić i popędzić go zniecierpliwionym zmarszczeniem brwi. Wtedy doskoczył do niej, mocno złapał za biodra i wszedł w nią, nie troszcząc się o delikatność. Była zachwycona. A kiedy skończył, znacząc jej zgrabną pupę i plecy biało–srebrzystą smugą nasienia, wiedziała, że nie był to ostatni raz. Znalazła kolejnego wspaniałego mężczyznę.

kwiecień 2010

Nie było tak źle. Piotr na nią nie naskoczył, w ogóle nie zainteresował się, czemu przyszła tak późno. Siedział na kanapie w towarzystwie Marii i zdawał się doskonale bawić. Umilali sobie czas sporą ilością dżinu z tonikiem. Na stole stała prawie pusta butelka po przednim dżinie i talerzyk z plasterkami cytryny. Maria siedziała na kanapie w swobodnej pozie. Zrzuciła pantofle i podwinęła nogi pod siebie. Piotrkowi lekko szkliły się oczy, rozpiął górne guziki od koszuli. Zaśmiewali się z jakiegoś dowcipu, a na widok Anny wybuchnęli jeszcze głośniejszym śmiechem, jakby to ona była obiektem ich żartów. Postanowiła to zignorować. Akurat teraz wszystko, co odwracało uwagę Piotra od jej osoby, było jej na rękę. Zamknęła za sobą drzwi łazienki, spojrzała w lustro. Zyskała na czasie. Sięgnęła po płyn do demakijażu, potem po tonik i krem. Zazwyczaj lubiła ten moment po całym dniu w mieście. Był jak zdejmowanie maski, zakładanej każdego ranka na potrzeby innych. Nie spieszyła się, umyła jeszcze zęby i przeczesała włosy. Niech jak najdłużej będą sami.

Nie lubiła Marii, swojej jedynej kuzynki, młodszej siostry ciotecznej. Było ku temu wiele powodów. Brano je za rodzone siostry. Rzeczywiście, o dwa lata młodsza Maria do złudzenia przypominała Annę. Nawet więcej – wyglądała jak bliźniacza siostra Anny. Trochę szeptano o tym we wsi. Że ojciec Anny do dorosłości mieszkał w jednym pokoju z Lidką, swoją siostrą. Że Lidka nigdzie nie ruszała się bez brata. I że dostała histerii na dzień przed jego ślubem, a bratową powitała w rodzinie z niechęcią, graniczącą wręcz z wrogością. Oficjalnie ojciec Marii był nieznany. Lidka plątała się z różnymi chłopakami ze wsi, na pewno nie tylko po to, by podziwiać zachody słońca. Mówiła, że jest w ciąży ze Zbyszkiem, który pojechał za robotą do Chicago. Ale wieś wiedziała swoje. Anna nigdy nie zapomniała dnia, w którym najlepsza przyjaciółka w gniewie rzuciła jej w twarz jedno, okrutne zdanie: twój ojciec kurwi się z Lidką w polu. Stała jak wrośnięta w ziemię, nie pojmując do końca znaczenia tych kilku słów. To było tuż przed zakończeniem roku szkolnego, na pewno pod koniec czerwca. Stała na placyku przed szkołą, mrużąc oczy przed ostrym słońcem. Nie pamiętała, skąd się to wzięło. Czy pokłóciły się o punkty przy grze w gumę, czy o chiński piórnik, stanowiący nagrodę w szkolnym konkursie matematycznym. Twój ojciec kurwi się z Lidką w polu rozbrzmiewało jeszcze chwilę później, jakby słowa te nie chciały od razu zniknąć. I naprawdę nie zniknęły. Koledzy z klasy otoczyli ją natychmiast półkolem i zaczęli je skandować, powtarzając rytmicznie, coraz głośniej i głośniej. Słowa goniły ją jeszcze długo, nawet wtedy, gdy puściła się biegiem po piaszczystej drodze, nie zważając na upał i pot, który spływał po plecach pod granatowym, nylonowym fartuchem. Wpadła do domu spocona, zapuchnięta od szlochu, drżąca z upokorzenia i odrazy, choć dokładnie nie wiedziała wtedy jeszcze, co to znaczy kurwić się. Zdawała sobie sprawę, że to coś brzydkiego, nieczystego, ale bała się zapytać. Zresztą, nie było komu zadać tego pytania.

Mimo zewnętrzenego podobieństwa, Maria była inna. Bezczelna, głośna, tupeciara. Lubiana. I, jak mówiono we wsi, bezwstydnica. Puszczalska. Bez wysiłku szła przez życie, a to wykorzystując wszystkich dookoła, i to tak, że nie mieli jej tego za złe, to znów wpadała na pomysł, który przynosił jej zysk, choć nigdy nie musiała się w tym celu specjalnie napracować.

Dzień, w którym Maria pojawiła się w Nowym Jorku, Anna wspominała z przerażeniem. Z trudem udało jej się nakłonić kuzynkę do zamieszkania w innej części miasta (Annę kosztowało to dwa tysiące – za tyle kupiła sobie w zeszłym roku spokój od natrętnicy) i jak tylko mogła, unikała kontaktów z Marią. Już prawie udało jej się zapomnieć, że nielubiana krewna podążyła jej śladem do Ameryki i zamieszkała na drugim brzegu rzeki. Ale Maria nie zapomniała o niej. Co jakiś czas dzwoniła, albo wpadała niezapowiedziana, czekała na Annę pod biurem, albo spotykała ją, niby przypadkiem, na ulicy. Nie wiadomo było, czym się zajmowała, nie była skora do zwierzeń, a Anna nie pytała.

Pasują do siebie, pomyślała Anna z niesmakiem, gdy z pokoju znów dobiegły ją chichoty. Maria ma pewno czegoś znów chciała. Najpewniej pieniędzy. Anna westchnęła głęboko. Była zbyt zmęczona dniem, by odczuwać gniew. Znowu. Znowu ktoś czegoś od niej chciał, czegoś wymagał, żądał i uważał, że ona, Anna, ma obowiązek rozwiązania jego życiowych problemów.

Im prędzej się dowie, o co znów chodzi, tym prędzej uda jej się pozbyć krewnej. Spojrzała po raz ostatni w lustro, przybrała obojętny wyraz twarzy i ruszyła do pokoju.

Sierpień 2011

Jon stał w hali odlotów lotniska JFK w Nowym Jorku i powoli zaczynał się niecierpliwić. Tilda miała bilety, Tilda miała plan. Niestety, miała również zwyczaj spóźniać się na spotkania z nim. Od rana czuł ścisk w żołądku. Nie lubił latać, szczególnie nie lubił rejsów transatlantyckich. Ale, co gorsza, pierwszy raz w swojej karierze nie zastosował się do poleceń Komisarza.

Niby leciał do Londynu w wolnym czasie, bo przecież wziął urlop. Miał jednak nieodparte wrażenie, że ta wyprawa nie ujdzie mu płazem. Kiedy poinformował Tildę o rozmowie z Waynem, ta zmarszczyła jedynie brwi i milczała przez dłuższą chwilę.

– Odpowiada ci najbliższy weekend? – to był cały komentarz.

Wzruszył ramionami i zgodził się. Zawsze jest jakieś wyjście, pomyślał. Zaległy urlop. Pilna sprawa rodzinna. Wybrał wariant numer jeden. Składając wniosek o dwa wolne dni, musiał to zrobić osobiście.

– Masz jakieś plany? – spytał Wayne, przewiercając go niemal na wylot spojrzeniem.

– Nic konkretnego – skłamał gładko. – Może wybiorę się w weekend na ryby. Zawsze mi się przy tym dobrze myśli.

– No to udanych łowów. – Komisarz podał mu podpisany formularz.

– Dzięki – mruknął zmieszany Swift, ruszając żwawym krokiem do drzwi.

– Swift! – Kurwa, zaklął w myślach. Szef nie oszczędził mu jak zwyczajowego “dobrego słowa na drogę.” Odwrócił się powoli.

– Udanych łowów. Niech ci się trafi jakaś zgrabna rybka – i komisarz roześmiał się z własnego dowcipu.

Wreszcie ją dostrzegł. Dżinsy opięte na zgrabnym tyłku, biała, koszulowa bluzka i czerwone szpile. Pod kolor szminki i lakieru do paznokci. Za sobą ciągnęła torbę podróżną z najnowszej kolekcji Vuittona. Wyglądała jak milion dolarów. Niech ją! Szła przez halę, w jego kierunku, wcale się nie spiesząc. Scigały ją ukradkowe, pełne podziwu spojrzenia mężczyzn i zazdrosne kobiet.

Nic nowego.

Dostrzegłszy Swifta, przyspieszyła kroku. Z entuzjazmem rzuciła mu się na szyję i obdarowała namiętnym pocałunkiem. Jon poczuł się, jakby poraził go prąd. Oszołomiony, przestał cokolwiek rozumieć.

– Tylko o nic nie pytaj – szepnęła przytulona, zakończywszy zdanie ostentacyjnym, lekkim ukąszeniem w płatek ucha – Nie mogę się doczekać, co będziemy robili w hotelu – powiedziała dość głośno, by słyszeli to ludzie stojący w ich pobliżu – nie masz pojęcia, co cię czeka, panie inspektorze. Pozwolę ci dziś na dokładną inspekcję, ouaaa, sam zobaczysz – uwiesiła mu się na ramieniu, jednocześnie jednak wyraźnie popychając go w stronę stanowiska odprawy kanadyjskich linii lotniczych.

– Co…

– żadnych pytań – rzuciła ostrzegawczym szeptem. Podała mu bilet. Nowy Jork – Toronto.

– Kanada to super pomysł na weekend, dawno tam nie byłam – ćwierkała dalej, niemal klejąc się do niego – jak dobrze że udało ci się wyrwać!

Uśmiechał się lekko zażenowany, odmrukiwał coś niezrozumiale, podawał paszport do kontroli i nadal nic nie rozumiał.

Dopiero na pokładzie samolotu przestała grać.

– Od kilku dni mam wrażenie, że ktoś mi towarzyszy. A na ogół nie mylę się w takich sprawach. Polecimy więc do Toronto, a dopiero stamtąd do Londynu. Trochę niewygodnie, ale nie ma rady. Lepiej, żeby myśleli, że wybieramy się na romantyczny weekend.

– Czy to znaczy, że odgrzewamy nasz zeszłoroczny romans? – odważył się i spojrzał jej prosto w oczy.

– To znaczy, że chcemy, by tak myślano – skorygowała go i zapięła pasy. – I żeby nie było niedomówień. W Londynie nocujemy osobno.

Sierpień 2011

W piątkowe, letnie popołudnie większość pracowników Towarzystwa Przyjaźni Amerykańsko–Luksemburskiej dostała wolne. Ostatni tydzień był ciężki, wielu zostawało po godzinach, byle tylko zakończyć bieżące zlecenia. Theodor był wyrozumiałym i hojnym szefem, tak więc, stwierdziwszy na porannej odprawie wzorowe załatwienie kilku najpilniejszych spraw, postanowił nagrodzić podwładnych dłuższym niż zwykle weekendem. Zdarzało się to rzadko, ale Theodor wiedział, że wkrótce będzie znów potrzebował wszystkich zdolności i całej energii swoich pracowników. Zbliżała się kolejna rocznica pamiętnych wrześniowych ataków na Nowy Jork. Oznaczało to mobilizację wszystkich służb i nieprzespane noce. Liczono się z każdą możliwością.

O 15 w budynku nie było już prawie nikogo. Kolejne osoby zaglądały do gabinetu szefa, życząc mu przyjemnego weekendu. W końcu ożywienie na korytarzu ucichło. Theodor otworzył okno i przez chwilę odpoczywał, a jego myśli krążyły wokół Tildy. Nigdy nie zapomniał, jak wspierała go po wypadku, jak wyciągała z depresji i od nowa budowała jego poczucie wartości. Miała dla niego czas zawsze, gdy tego potrzebował. Zdawał sobie sprawę, jak wiele krzywdzących i uproszczonych opinii krążyło w mieście na jej temat. On miał szczęście poznać ją od zupełnie innej strony. Jednak najbardziej wdzięczny był dziewczynie za tamtą noc. Gdy już odzyskał władzę w rękach, kiedy nauczył się obsługiwać wózek, a kolejne operacje przywróciły mu widzenie w prawym oku. Cieszył się z postępów terapii, choć boleśnie świadomy był ograniczeń, które miały już pozostać. Tak, niby się cieszył, ale każdgo dnia uświadamiał sobie także, czego nie może.

Aż przyszedł jakiś gorszy dzień, a może nawet kilka gorszych dni, kiedy znów zaczął dostrzegać kobiety i zrozumiał, że dla większości z nich nie istnieje. Miał dopiero czterdzieści dwa lata. Zadzwonił wtedy do niej, w chwili słabości wyrzucił z siebie całą rozpacz, żal i gniew. Wysłuchała go. A potem przyjechała.

Zgasiła światło w mieszkaniu, zostawiając tylko boczne kinkiety w sypialnie. Rozebrała go. A potem stanęła naprzeciwko łóżka, na którym leżał i zdjęła sukienkę. Pamiętał, że została tylko w czarnej, lekko przezroczystej bieliźnie i pończochach. Zbliżyła się powoli. Pozwoliła się dotykać wszędzie, gdzie tylko zechciał, pozwoliła, by się przekonał, że jest bardzo podniecona, kazała mu wręcz włożyć palce w siebie, a potem usiadła na nim. Spędzili razem całą noc. Najwidoczniej czytała coś o seksie z niepełnosprawnymi (na jego wyraźne pytanie zaprzeczyła jednak), bo nie pamiętał tak namiętnej nocy z żadną inną kobietą.

– Czy to było z litości? – spytał następnego ranka. Chciał wiedzieć.

Nie, nie z litości, ani nie z poczucia obowiązku, czy przyjaźni, stwierdziła.

– Bo od dawna chciałam to z tobą zrobić. – Tak powiedziała. I jeszcze, że nie wolno mu się poddać i że mnóstwo kobiet to właśnie z nim jeszcze… Miała rację. Może nie mnóstwo, ale jedna chciała na pewno. Wkrótce potem, z polecenia Tildy przyjął do pracy Gemmę, niedużą uroczą szatynkę o latynoskich korzeniach. Stała się nie tylko najlepszą asystentką, jaką zdarzyło mu się zatrudnić w całym życiu zawodowym, ale też prędko – jego kochanką.

Gemma miała męża, tak więc o ich związku wiedzieli naprawdę nieliczni. Ale i tak był szczęśliwy, czując, że młodsza o przeszło dziesięć lat dziewczyna obdarza go szczerym uczuciem i odnajduje w związku z nim to, czego zabrakło w oficjalnym stadle z Juanem Carlosem Estevezem.

Podjechał do biurka.

– Gemma? Możesz przyjść na chwilę?

Drzwi otworzyły się już po minucie. Gemma, już w letnim, jasnozielonym żakiecie i z torebką w ręku szykowała się do domu.

– Jakieś plany na weekend?

Potrząsnęła smutno głową.

– Za nic się nie wyrwę, skarbie. Podejmuję rodzinę. Urodziny Juana.

– Prawda, zapomniałem… – westchnął. – Napracujesz się, jak zwykle – dodał z troską.

– Jeśli chcesz przyjść później w poniedziałek, to nie ma sprawy. Odpocznij. Choć raz.

Ostatnimi czasy schudła, wyglądała blado. Martwił się o nią.

Odpowiedziała mu uśmiechem. Zawahała się przy drzwiach, odwróciła i podeszła do niego, zdejmując po drodze żakiet.

– Senor, ty jesteś najlepszym z ludzi. Jesteś po prostu dobry. Kocham cię – pocałowała go w usta.

Przyciągnął ją do siebie, tak że usiadła mu na kolanach i przytuliła się do niego.

– Brakuje mi ciebie, Gemma. Zostaw ten cały klan Estevezów i wprowadź się do mnie.

Potrząsnęła głową.

– Wiesz, że ślubowałam, Theodor. Ale… uśmiechnęła się figlarnie – nic się nie stanie, jeśli dziś popracuję dłużej, prawda? – spojrzała na niego z pytaniem w oczach.

Nie odpowiedział. Wsunął dłoń pod jej szeroką spódnicę i zacisnął palce na udzie dziewczyny.

Przejdź do kolejnej części – Manhattan część V – Tea party

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Jeszcze przed komentarzem właściwym, komentarz wstępny:

Wspaniała fotografia. Hipnotyzująca, intrygująca, niepokojąca. Świetna! Gratulacje.

Teraz czas na komentarz właściwy:

Bardzo podoba mi się ta część – uważam, że jest dużo lepsza od poprzedniej. Pomimo tego, że nie działo się tyle, co w drugim odcinku, to jednak czuć było podczas lektury narastające napięcie. Podskórnie czuję, że coś, nie wiem jeszcze co, niedługo się wydarzy. Podoba mi się pomysł z wycieczką do Londynu, z takim geograficznym, a nie tylko czasowym rozciągnięciem fabuły.

Scenka z nieznajomym – miodzio. Ciekawa jestem, jaką rolę dasz pięknemu panu bez koszulki odegrać, bo coś czuję, że taki materiał (fizyczny i fabularny) nie może się zmarnować 🙂

Postać Seana – mimo, że przypadkowo wtargnęła do opowieści w ostatnim akapicie pierwszej części, ma się póki co dobrze, a jego przygody, rozterki i problemy dają czytelnikom sporo emocji. Jestem szczerze zaciekawiona, co planujesz wobec tego chłopaka, który budzi moją sympatię i współczucie.

No i pisz Miss, pisz jak najwięcej i jak najczęściej, bo ta historia zapowiada się coraz smakowiciej.

Rito, wielkie dzięki za motywujące komentarze:-) Zaplanowałam jeszcze dwie części i będę teraz powoli rozplątywać to, co namotałam:-)

Tylko dwa??? Łeeee. Lipa 🙂

Napisz ze cztery – ja na pewno przeczytam!

Zaraz, zaraz, droga Autorko! Czy nie obiecywałaś łącznie siedmiu odcinków? Hmmm, takie mam wspomnienia, że będzie łącznie co najmniej siedem. Trzeba dotrzymywać obietnic, droga Miss. Poza tym ładnie cię z Ritą prosimy 🙂

Zaraz, zaraz… w komentarzu pod częścią pierwszą obiecywałam sześć lub siedem:-) Z naciskiem na "lub". O ile żadna z postaci nie wywinie numeru w ostatniej chwili, powinnam zamknąć historię w dwóch częściach.

Dobry wieczór!

Szczerze powiedziawszy, ja też byłem zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że Manhattan będzie miał już tylko dwie części. Biorąc pod uwagę, ile wątków rozpoczęła Miss, zamknięcie ich wszystkich w dwóch odcinkach będzie trudne. Mam nadzieję, że nasza droga Autorka powstrzyma się przed pokusą nadmiernego przyspieszenia fabuły, jakichś nadmiernych cięć itd. Nawet jeśli będzie to oznaczało konieczność napisania jeszcze czegoś:-)

Co zaś się tyczy części IV, przeczytałem ją z prawdziwą przyjemnością. Wątek Seana sugestywnie obrazuje rosnącą paranoję bohatera, który zadał się z niewłaściwymi ludźmi – choć przecież póki co nic złego mu się jeszcze nie stało, on już jest strzępkiem nerwów. Wątek Anny, choć dłuższy, wnosi stosunkowo niewiele – to bardziej uzupełnienie tego, co wiemy o tej postaci z poprzedniego rozdziału. Natomiast to, co posuwa akcję zdecydowanie do przodu, to wątek Tildy. Dowiadujemy się sporo, choć oczywiście poszczególne fakty nie łączą się jeszcze w całość.

Bardzo przekonujący jest też nastrój zagrożenia, który stale narasta. Już nie tylko Sean się boi – Tilda też coraz częściej obraca się przez ramię. Anna jeszcze nie ma się czego lękać, ale za to my boimy się o nią, przewidując, co też przyszykowała jej Autorka…

Dwa rozdziały do końca. Zobaczymy, czy Miss.Swiss uda się ta sztuka 😀

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Droga Miss. Czy jest szansa, żebyś opublikowała brakujące 2 części Manhattanu? Jeśli tak to kiedy?

Pora na komentarz pod częścią czwartą, ponieważ trzecia gdzież zaginęła. Swoją droga to ciekawe czy Swift z Tildą daliby radę dowiedzieć się co się stało? ;-). Z zachwytem stwierdzam, że kolejne dwie części trzymają poziom., Napięcie rośnie, wiemy trochę więcej, ale nie tyle, żeby nie zżerała nas ciekawość, co dalej z ta historią. Pojawiła się Anna, choć zdaje się, że Autorka nie zgotuje jej miłego losu, ale… pora przeskoczyć do następnej części. Miss naprawdę zrobiłas wielką przyjemność Czytelnikom tym cyklem.

Uprzejmie informuję, że na Najlepszej nic nie ginie, a trzecia część Manhattanu jest dostępna pod tym linkiem: http://najlepszaerotyka.blogspot.com/2013/04/manhattan-czesc-iii-teatr.html 🙂

Pozdrawiam – Areia Athene

Przepraszam Anonimowego za brak odpowiedzi, nie zauważyłam komentarza.
Kolejna część Manhattanu ukaże się 28 lutego i mam nadzieję, że uda mi się przygotować tekst na ten termin.
Natomiast kolejną wiadomością jest ta, że faktycznie będzie jeszcze jedna część. Albo dwie, Nie, chyba raczej jedna:-)

Napisz komentarz