Rudowłosa V: Ostatnia prośba (seaman)  3/5 (1)

40 min. czytania
Kachima Chanit Han,"Ariovistus", CC BY-NC-ND 3.0

Kachima Chanit Han, „Ariovistus”,
CC BY-NC-ND 3.0

– Pamiętaj, że w stolicy nie będę mógł cię chronić.

– Rozumiem, dam sobie radę. Nie musisz się martwić.

– I tak będę się martwił.

– Jesteś gorszy niż mój ojciec, niech jego uczta z bogami trwa wiecznie.

– Bo czasami czuję się, jak on.

– Nic mi nie będzie.

– W razie czego…

– Wiem. Zaklęcie wywołujące.

– Jeśli będziesz miała czas. I nie zapominaj o maściach na oparzeliny.

– Tak, ojcze…

***

Siilva biegła ciemnym i wilgotnym tunelem, wspominając w myślach rozmowę z Rootselarem. Nie podobał jej się ten człowiek – z wyglądu młody i przystojny, ale jego oczy zdradzały rządzące nim mrok i niepokój.

Cesarz zdawał się mieć wiele sekretów, za dużo jak na swój wiek. Ale był im potrzebny. Sami nie byli w stanie stawić czoła Kuntzowi i jego magii. Nie teraz, gdy większość przyjaciół Hejnerta nie żyła, a pozostali czarodzieje, czując na plecach siepaczy cesarskiego maga, ukrywali się po najdalszych zakątkach kraju.

A Rootselar, ze swoją gwardią Mieczników, miał szansę w konfrontacji z czarownikiem. Zresztą, wszystko, co opowiedziała mężczyźnie Rudowłosa, było prawdą, więc jedność wrogów czyniła z nich naturalnych sojuszników.

Tajemne przejście, którym dziewczyna przedostała się do wnętrza Twierdzy na Skale, było jednym z ostatnich ocalałych fragmentów starej kopalni, z której czerpano słynny czarny kamień. Wszyscy, nawet sam władca, byli przekonani, że nie istniały już żadne korytarze, a nawet jeśli jakieś przetrwały próbę czasu, to wiedza o nich przepadła wraz z ich twórcą.

***

Było jednak inaczej. Jednym ze wspólnych sekretów Hejnerta i mistrza Roxoe, dawnego protektora Siilvy, była mapa, umożliwiająca przedostanie się niepostrzeżenie do sypialni cesarza.

– Nie wiesz, kogo ci przyjdzie zabić – powiedział Roxoe w dniu, w którym wyjawił dziewczynie tę tajemnicę. – Zapłaciłem za te plany majątek, ale kto wie, może kiedyś nadejdzie dzień, w którym spieniężysz poczynioną przeze mnie inwestycję.

Ten dzień właśnie się kończył. Siilva odnajdowała pozostawione wcześniej ślady, widoczne w ciemnościach tylko dzięki magii, i szybko zmierzała ku wyjściu z podziemi. Mrok, wilgoć i duszne, śmierdzące stęchlizną powietrze przywoływały wspomnienia. Bardzo odległe, schowane dotąd głęboko w pamięci, zdarzenia. Do tej chwili wydawało jej się, że zapomniała o tamtych ponurych chwilach, mimo że miały olbrzymi wpływ na to, kim stała się później.

***

Była wtedy młodą dziewczyną. Miała ledwie szesnaście lat i, choć wiele z jej rówieśnic znalazło już męża, nie chciała słyszeć o żadnym ślubie. Zwłaszcza, jeśli wspominał o nim ojciec. Nie wiedziała, czy dysputy na ten właśnie temat miały burzliwy przebieg z tego powodu, że rozmawiała o własnej przyszłości, czy też dlatego, że toczyła je właśnie z nim. Niezależnie od przyczyny, skutek był niemal zawsze ten sam. Gnana gniewnymi okrzykami seniora rodu, uciekała na całe dni z domu. Podczas tych samotnych wypraw wędrowała daleko od Enisferry, docierając aż do Wielkich Stepów, będących wschodnią granicą Księstwa, i do wysokich Gór Przemiany, oddzielających równiny od nadmorskich, cywilizowanych krajów.

***

Góry Przemiany zawsze przyciągały młodą Siilvę swoim surowym majestatem. Wielkie, zimne masy szarych skał wznosiły się wysoko nad płaskie równiny Księstwa, zwieńczone ośnieżonymi graniami tuż pod sklepieniem nieba. To właśnie te białe szczyty tak zauroczyły dziewczynę, że często kierowała swego wierzchowca na zachód. W blasku wschodzącego słońca skrzyły się niczym piękne, różowe diamenty, które umieszczono w górze dla umilenia życia bogom, rządzącym ludzkim światem. W ciągu dnia ciemniały, przechodząc przez złoty blask i krwawą czerwień aż do zimnego, przerażającego granatu. Siilva całymi dniami siedziała na zimnej skale i zajadała jeżyny, obserwując góry. Bogowie pokazują mi w ten sposób ludzkie życie, myślała w młodzieńczej naiwności. Od piękna narodzin przez drogocenną młodość i pełnię dojrzałości do zimnej, samotnej śmierci. Jednak dla niej bogowie wymyślili inny los.

Podczas jednej z wypraw na zachód dziewczyna odkryła malowniczy, cichy zakątek, do którego często potem wracała. Wypływające z niewidocznego źródła wody górskiego strumyka przelewały się przez krawędź półki skalnej wysoko nad głową Siilvy i spadały z szumem kilkadziesiąt metrów niżej, tworząc maleńki staw. Ciemne, głębokie jeziorko było lodowato zimne, ale ona przy każdej wizycie wskakiwała do wody, by nacieszyć się własną młodością. Zawsze przezornie chowała konia w gęstwinie wysokich krzewów i tylko dzięki ostrożności nie wpadła w tarapaty przy pierwszym spotkaniu z bandą Jewrela. Oczywiście na początku nie wiedziała, kogo wypatrzyła podczas kąpieli, ale potem, z opowiadań zasłyszanych w domu i od spotkanych podczas wędrówek ludzi, dowiedziała się wiele na temat jego i towarzyszących mu ludzi.

Tego dnia wypłynęła z ciemnej głębiny wprost pod spadający z góry nurt strumyka, dlatego nadjeżdżający nie zauważyli jej pierwsi. Czterech mężczyzn poruszało się powoli na zmęczonych koniach, ostrożnie omijając zdradliwe rozpadliny i dziury. Siilva skryła się za parawanem opadającej wody, czyniąc to z dwóch powodów. Zawsze kąpała się nago, a poza tym mimo młodego wieku była roztropną osobą. Nietrudno było się domyśleć, co za uciechę miałaby ta czwórka z jej świeżego ciała. Nieznacznymi ruchami utrzymywała się na powierzchni i bacznie obserwowała nieznajomych. Każdy z nich wyglądał mniej sympatycznie od poprzedniego, mimo że ubrani byli i uzbrojeni dość podobnie – skórzane kubraki i spodnie bez zbędnie obciążającej zbroi, brudne i porwane, oraz lekkie, łukowato wygięte szable przy bokach nie wskazywały na żołnierzy czy szlachetnie urodzonych rycerzy. Zresztą, bandyta, żołnierz czy bogaty pan – każdy z nich potraktowałby nagą dziewczynę jako prezent od bogów i niechybnie wykorzystał ją do zaspokojenia własnej żądzy.

Siilva nie rozumiała mężczyzn. Przyjeżdżali do ojca różni – otyli kupcy, rośli parobkowie w poszukiwaniu pracy przy gospodarstwie, zamożni, herbowi sąsiedzi. Każdy z nich wytrzeszczał oczy, gdy tylko pojawiła się w pobliżu, a co odważniejszy i bogatszy pan cmokał z uznaniem, bacząc jedynie, by przy tym ostatnim nie było jej ojca. Dziwnie się zachowywali, irytując tym Siilvę tak bardzo, że gdy Feyd de Rocrey zaczął zapraszać do siebie swatów, towarzyszących młodzieńcom „z potencjałem”, jak zwykł mawiać, zaczęła głośno wyrażać swoją niechęć do wszystkiego, co chodzi na dwóch nogach i nie ma cycków. Mimo że niektórzy byli może nawet mili, a jeden czy dwóch w miarę niebrzydkich, to sama myśl o ich maślanym wzroku doprowadzała rudowłosą dziewczynę do wściekłości. Nie chciała mieć z nimi nic wspólnego i przypominała o tym ojcu przy każdej sposobności dosadnymi słowami. Matka załamywała wówczas ręce i wychodziła z pokoju, a spłoszeni goście odjeżdżali w pośpiechu. Siwowłosy senior rodu zaczynał perorować o powinnościach wobec rodziny i korzyściach z takiego czy innego mariażu, co chwila podnosząc głos do krzyku. Jej odpowiedź była zawsze ta sama: trzaśnięcie drzwiami i wyjazd z domu na kilka dni.

Dlatego teraz poczekała, aż nieznajomi znikną między skałami i cicho wyskoczyła na brzeg. Drżała z zimna, nadchodził wieczór, a w górach oznaczał on jeszcze większy chłód. Ostrożnie wciągnęła ubranie na wilgotne, zmarznięte ciało i, nie odwracając się ani na moment, popędziła do domu.

Napotkani wędrowcy nie dawali jej jednak spokoju. Na pewno byli bandytami, jednymi z górskich rabusiów, jakich pełno kręciło się po wysokich szlakach. Dziewczyna myślała o nich każdego wieczora przed snem, wiercąc się niespokojnie w łóżku. Na pewno szli do kryjówki. Pełnej złota i innych zbójeckich łupów. Wizja tajemniczej, złodziejskiej jaskini, ukrytej pośród zimnych głazów rozpaliła wyobraźnię Siilvy. Odnaleźć skarb, przeżyć przygodę. Udowodnić ojcu i matce, że jest kimś więcej, niż tylko córką, którą można korzystnie wydać za mąż.

Specjalnie szukała zwady z rodzicami, pretekstu, który pozwoliłby jej wrócić do wodospadu w Górach Przemiany. Zawczasu wykradła jeden ze sztyletów taty i ukryła go w jukach. Najładniejszy, jaki znalazła, z rękojeścią zdobioną małym rubinem i wyrytym w kamieniu herbem rodowym Rocreyów.

Gdy nadarzyła się okazja – niewinna uwaga, rzucona przez Feyda przy obiedzie – dziewczyna zerwała się od stołu i z krzykiem wybiegła do stajni. Z pieczoną kurą w garści. Nie zamierzała przecież głodować. Czuła się podle, wiedząc że tym razem ona ponosiła winę za kłótnię i łzy pani matki, ale po chwili odepchnęła od siebie wyrzuty sumienia. Gdy wróci do domu ze złotą koroną jakiegoś króla, wykradzioną rozbójnikom, wybaczą jej i zapomną. Na pewno.

***

Dolina była pusta i spokojna. Wodospad szumiał jednostajnie, rozpylając w powietrzu tęczę kropli. Siilva ukryła konia wśród skał i ze sztyletem w dłoni zaczęła uważnie rozglądać się dookoła, szukając tropu. Wkrótce znalazła odciski kopyt w miękkim mchu, ślady na skale w miejscu, w którym podkowa zadrapała kamień. Wiedziała, jak poruszać się niezauważenie wśród drzew i skał, nauczył ją tego łowczy ojca, często zabierając dziewczynę ze sobą, gdy wyjeżdżał na polowanie. Ale teraz było inaczej. Nie było przy niej łowczego, i to nie jelenia szukała. Dlatego była cicha jak kot, przemykając między porośniętymi zielonym mchem głazami. Ślady zawiodły Siilvę do stóp zbocza góry, tej samej, z której spływał strumień, tworząc jej ulubione jeziorko. Znalazła się z drugiej strony masywnego wzniesienia, okrążywszy skałę od południa. Ślady urywały się raptownie, tuż przy ciemnej dziurze w ścianie. Poczuła chłodny powiew na twarzy, wilgotny i zatęchły. To tutaj się ukrywają, pomyślała. Znalazłam!

Nie zastanawiała się nad tym, czy robi mądrze, zakradając się samotnie do jaskini zbójców. była podniecona, krew szumiała jej w uszach a dłonie drżały i pociły się z niecierpliwości. Z trudem powstrzymywała się od biegu, który na pewno skończyłby się bolesnym upadkiem w ciemnym przejściu. Cicho, powoli skradała się wgłąb rozpadliny. Słyszała kapanie wody i ciche piski szczurów. Podekscytowana, zapomniała niemal o lęku. Po chwili jej dłoń natrafiła na załamanie skały, a dalej była tylko pustka. Odgłosy kapania zwielokrotniło echo, dziewczyna zrozumiała, że znalazła się w dużej grocie. Dotarła do celu wyprawy.

***

Powoli wyciągnęła z kieszeni skórzanej kurtki krzesiwo i suche drzazgi. Zamarła na moment, wsłuchując się z uwagą w otaczający ją mrok. Poza kapaniem wody i znajomymi odgłosami górskich szczurów panowała cisza. Uklękła i ostrożnie rozłożyła drewienka na nierównym podłożu. Potarła kamienie raz i drugi. Ostry dźwięk poniósł się echem po jaskini. Błysnęła iskra, potem druga i po krótkiej chwili jedna z cienkich szczap zapłonęła nieśmiało. Płomyk urósł gwałtownie, pożerając podsuniętą podpałkę i rozświetlił mrok. Siilva uniosła nasączoną żywicą, płonącą wiązkę i z ojcowskim sztyletem w garści rozejrzała się wokoło.

Grota nie była zbyt duża, ale jej wydała się ogromna. Wszędzie na ziemi leżały przedmioty, świadczące o odwiedzających to miejsce ludziach: czarne od sadzy garnki i rondle, puste baryłki po winie i gorzałce, przepocone szmaty. Pośrodku jaskini ułożono z kamieni porządny, równy okrąg paleniska. Dziewczyna przyłożyła dłoń do popiołu i odetchnęła z ulgą. Zimny i wilgotny. Nikt nie palił tu ognia od wielu dni. Podniosła nadpaloną gałąź, grubą jak jej ramię. Była sucha i po chwili zajęła się żółtym, przyjaznym ogniem.

Siilva rozejrzała się niecierpliwie dookoła. Wiedziała, że dużo ryzykuje, marnując niepotrzebnie czas. Chciała znaleźć już tę wymarzoną koronę i uciec w bezpieczniejsze okolice. Wyszeptała jeden z podsłuchanych ojcowskich wulgaryzmów, ciężkie, męskie słowo dodało jej odwagi. Zaczęła niecierpliwie przeszukiwać jaskinę, ale nigdzie nie mogła znaleźć ani jednego klejnotu, czy bodaj mizernej złotej monety. Wściekła, zaklęła raz jeszcze. I wtedy, jakby w odpowiedzi na gniewne syknięcie, coś błysnęło pod jej stopami. Siilva schyliła się błyskawicznie i podniosła dużą, zdobną broszę. Wykonany ze złota przedmiot ozdobiono ciemnoczerwonym, pięknym kamieniem, dużym jak kciuk dziewczyny. Przez chwilę przyglądała się znalezisku z zachwytem, zastanawiając się nad wartością łupu. Nagle usłyszała rżenie konia. Zamarła. Lęk zacisnął palce na jej sercu. W popłochu rzuciła płonące polano na ziemię i zadeptała ogień. Wytężyła słuch. Ktoś z całą pewnością był bardzo blisko wejścia do jaskini, może było już za późno na ucieczkę. Nie miała chwili do stracenia. Pobiegła z wyciągniętymi ramionami, instynktownie odnajdując drogę. Była panicznie przerażona, zapomniała o niedawnej żądzy przygód i łupów, myślała tylko o jednym. Uciec stąd, zmykać jak najszybciej, nim ją złapią i obedrą żywcem ze skóry. Albo zrobią coś jeszcze gorszego. Dotarła do wąskiego przejścia i w mgnieniu oka wyślizgnęła się na zewnątrz. Stanęła jak wryta.

Na zewnątrz zapadł już zmierzch. Nie było tak ciemno, jak w tunelu, ale na tyle, by zapewnić jej odrobinę bezpieczeństwa. Zresztą, raczej nic jej nie groziło. Przy szczelinie stał jej konik, trwożnie wciągając nozdrzami powietrze. Zarżał z radością na widok dziewczyny i potarł łbem o jej ramię. Parsknęła śmiechem. Ot, i jej krwiożerczy bandyci. Przypomniała sobie jednak, gdzie się znajduje, i zamikła natychmiast. Schowała znalezisko do torby i wskoczyła na siodło. Tym razem się udało, pomyślała, ale to nie znaczy, że za chwilę naprawdę kogoś nie spotkam.

Popędziła konia i niedługo potem z radością dostrzegła znajome domostwa Zarzecza. Była bezpieczna.

Dopiero następnego ranka, gdy po śniadaniu szczotkowała swemu wierzchowcowi grzywę, zorientowała się, że nie może znaleźć ojcowskiego sztyletu. To nic, pomyślała. Tata ma ich chyba z tuzin, nie zauważy braku jednego z nich.

Miała rację, nie zauważył.

***

Kilka dni nie mogła spać spokojnie, podniecona przeżytą przygodą. Siilva Wspaniała, pogromczyni bandytów i zdobywczyni złotej broszy, powtarzała w myślach co wieczór, ściskając łup w dłoni. Była dumna ze swego czynu, czuła się odważna i silna jak tysiąc cesarskich Mieczników. Szczęśliwa biegała po domu jak młody źrebak.

W końcu, po kilku tygodniach emocje opadły i dziewczyna zaczęła planować nastepną wielką wyprawę. Ale bogowie postanowili inaczej pokierować jej losami. Pod koniec trzeciego miesiąca matka Siilvy, Medes de Rocrey, zaproponowała córce wspólną wyprawę na targ do Enisferry. Ta zapiszczała z radości, bo co roku na wiosnę do stolicy Księstwa zjeżdżali kupcy z najodleglejszych stron – z dalekich krain na wschodzie, gdzie mieszkali dziwni, mali ludzie ze skórą jasnobrązową jak siedzisko nowego siodła i skośnymi oczyma, z południowych królestw Dunne, Maigh i innych, nieznanych jej miejsc o barbarzyńskich nazwach, z samego Cesarstwa w końcu: ze stolicy, z północnych księstw i nawet z dalekiego, rodzinnego Killybegu. Matka nakazała Siilvie dochować tajemnicy, bo chciała sprawić mężowi niespodziankę, kupując jakiś drobiazg od zamorskich handlarzy. Dziewczyna, choć z emocji nie mogła usiedzieć w miejscu, posłusznie trzymała język za zębami i nie zdradziła się przed Feydem ani jednym słówkiem.

W koncu nadszedł dzień wyjazdu do Enisferry. Feyd de Rocrey, sumienny i pracowity senior rodu, był tak skupiony na codziennych obowiązkach, że nawet nie domyślał się intrygi małżonki. Przydzielił obu paniom kilku zbrojnych do ochrony i pobłogosławił pocałunkiem w czoło, życząc spokojnej drogi. Podróż, choć niezbyt wygodna, upłynęła Siilvie bardzo szybko. Targ, targ!, powtarzała te słowa jak modlitwę. Tyle nowych ludzi i rzeczy do zobaczenia. Była już kilka razy w mieście, ale tym razem miało być inaczej – z okazji wizyty znamienitych kupców burmistrz zawsze pięknie przystrajał stolicę Księstwa i nie żałował grosza z miejskiej kasy na poczęstunek dla gości – słynne na całe cesarstwo rogaliki z białym makiem i ozorki kozicy górskiej, zapiekane w płatkach delikatnego bekonu. Wiedział dobrze, że poczynione wydatki zwrócą się z nawiązką w postaci podatków i darowizn od zadowolonych mieszczan. Na samą myśl o wspaniałym mieście, jakim wtedy było dla niej Enisferry, kręciło jej się w głowie. Kto wie, może zobaczy legendarne smoki z południa – wielkie, zielone potwory o szczękach tak ogromnych, że w mgnieniu oka rozrywały wołu na strzępy. Matka spoglądała na Siilvę z rozbawieniem i miłością, ciesząc się jej podnieceniem, a po cichu liczyła na coś jeszcze – może zauroczona przepychem miasta dziewczyna da sobie przemówić do rozsądku i zacznie poważnie myśleć o zamążpójściu. Po pięciu dniach podróży dotarli w końcu do miasta i dziewczyna zaniemówiła. Było jeszcze piękniejsze, niż mogła zamarzyć.

***

Mury Enisferry i obydwie bramy wjazdowe ozdobiono kolorowymi wstęgami błyszczącego jedwabiu. Niemal każdy dom mienił się barwnymi draperiami, zmysły atakowały napływajace zewsząd intensywne aromaty: cudne wonie nieznanych pachnideł mieszały się z zapachem świeżego ciasta na rogale, pieczonego mięsiwa i końskiego łajna. Domy rozkoszy, które pomalowane były zgodnie ze zwyczajem na ładny, lazurowy kolor, pełne były hałasujących, pijanych mężczyzn. Mimo, że nie powinna, Siilva wiedziała, co kryje się za niebieskimi fasadami burdeli – podczas podróży podsłuchała rozmowę chroniących je żołnierzy, przechwalających się przy ognisku swoimi osiągnięciami w ramionach pięknych pań, zamieszkujących domy schadzek.

Zajechali do Enisferry wieczorem, więc matka poleciła zatrzymać się w jednej z porządniejszych gospód, znanej z dobrej kuchni i schludnych pokoi. Niestety dla zbrojnych, ceny noclegów, podniesione z racji rozpoczynającego się targowiska do niebotycznych poziomów uniemożliwiały wynajęcie dla nich najskromniejszego nawet lokum. Dlatego spali w stajni, co było Siilvie bardzo na rękę. Miała własny pokój, połączony wąskim przejściem z kwaterą mamy, a dwa kwadratowe okna wychodziły na niski, łagodnie opadający daszek z tyłu karczmy. Gdy tylko odświeżyły się po podróży i zjadły smaczną kolację, Medes de Rocrey udała się na spoczynek, zmożona trudami dnia, wcześniej zamykając na klucz drzwi do pokoju córki. Nie doceniła jednak Siilvy. Ledwie posapywanie matki nabrało równego rytmu, dziewczyna wyślizgnęła się z komnaty i ruszyła w miasto.

***

Na ulicach panował olbrzymi ścisk. Tak jej się przynajmniej wydawało. Bogato ubrani ludzie, skromnie odziani kapłani i biedacy w połatanych, choć czystych ubraniach tańczyli w jednolitym rytmie przed oczyma zachwyconej dziewczyny. Ojciec kiedyś wytłumaczył córce, jak rozpoznać człowieka, dybiącego na sakiewkę innych.

– Będzie ubrany schludnie, choć biednie – powiedział Feyd. – Łaty na starej kapocie pomogą mu ukryć sprytne schowki, w których przenosi mały nóż do przecinania rzemyków i ukradziony łup. Nie będzie śmierdział, o nie! – siwy mężczyzna zatrząsł się ze śmiechu. – Poczujesz od niego tylko zapach mydła, delikatny i nijaki, o którym po chwili zapomnisz. Bo smród zwróciłby na niego uwagę przechodnia, który ma zostać pozbawiony grosiwa. Patrz na oczy takiego człowieka. Jeśli któryś nigdy nie podnosi wzroku, by spojrzeć na ciebie, to na pewno złodziej. Woli skupić się na dyndających u pasa sakiwekach, niż na twarzach mijanych ludzi.

Słuchała słów ojca z wypiekami na policzkach. Niestety, zaraz zamilkł i nie chciał powiedzieć nic więcej. Gdy zaś spytała, skąd ma taką wiedzę, odpędził ją z gniewnym wyrazem twarzy.

Teraz patrzyła uważnie i uśmiechała się w duchu, bez problemu odnajdując wskazane przez Feyda szczegóły. Czasem wydawało jej się, że dostrzega błysk stali, gdy rzezimieszek zuchwale pozbawiał ofiarę mieszka z drogocenną zawartością, ale nigdy nie była pewna tego, co właśnie zaszło, bo ruchy wprawnych złodziei były szybkie i niemal niezauważalne. Wydawało się jednak, że okradani nie zważają na czyhające niebezpieczeństwa, bo jawnie obnosili się ze swoim bogactwem. Każdy palec był ozdobiony pierścieniem, wszystkie niewiasty miały piękne broszki wpięte w kolorowe, strojne suknie, a włosy spięte złotymi i srebrnymi klamrami. I właśnie wtedy Siilva zobaczyła ogłoszenie, przybite do drzewa. Żółty pergamin pokazywał na starannym, choć nieco zamazanym rysunku wyjątkowy drobiazg. Duża brosza, z wpuszczonym w metal ciemnym, niemal czarnym kamieniem była tą samą, którą dziewczyna znalazła w ciemnej jaskini, w Górach Przemiany.

Siilva szybko przebiegła wzrokiem po runach, umieszczonych na stronicy. Zadrżała. Nagle zrozumiała, że źle zrobiła, zabierając ozdobę z sobą. Bo znalezisko należało do młodej panny Amelii Ennis, córki księcia Dariusza Ennisa, jednego z najpotężniejszych ludzi po tej stronie gór. Broszę wykradł, jak głosił plakat, tchórzliwy bandyta Jewrel, podczas napadu na konwój książęcy, w którym przewożono rzeczy pięknej Amelii. Nagroda za drogocenny drobiazg bądź pomoc w jego odzyskaniu była tak niebotyczna, że nawet Siilva zrozumiała, że nie zostałaby nigdy wypłacona głupcowi, który zgłosiłby się po jej odebranie. Dziewczyna nie myślała nawet o Jewrelu, jedynie o kłopotach, jakie mogła ściągnąć na siebie i rodziców ze strony ksiecia Ennisa, gdyby dowiedział się o posiadanym przez nią klejnocie. Zadrżała, minęła jej ochota na dalsze myszkowanie po ulicach miasta. Zapragnęła jak najszybciej wrócić do domu i wyrzucić niebezpieczny łup. Odwróciła się raptownie od drzewa z ogłoszeniem i wpadła wprost na stojącego za nią człowieka.

Młody chłopak, może osiemnastoletni, stał tuż za nią. Odbiła się od niego, jakby nic nie ważyła, po czym spojrzała w górę na przystojną, młodą twarz z prostym, długim nosem i grzywką jasnych loków, niesfornie zmierzwionych nad czołem. Nieznajomy sprawiał wrażenie, jakby stał już od jakiegoś czasu za Siilvą i nie zdążył się na czas odsunąć. Uczynił to teraz, powoli obracając się w stronę dziewczyny z dziwnym wyrazem twarzy. Patrzył na nią nieobecnym wzrokiem, jakbym nie istniała. Zamrugała zdziwiona.

– Przepraszam cię – mruknęła cicho. Jego spokojna twarz rozjaśniła się uśmiechem w odpowiedzi. Pogodna mina nieznajomego podziałała jak balsam na dziewczynę, która jeszcze przed momentem dygotała z lęku. Teraz jakby cały strach ręką odjął. Chłopak skłonił się lekko, dystyngowanie.

– To ja muszę prosić o wybaczenie, moja pani – odparł dworsko. Rozbawił ją tym tonem, bo musiał niemal krzyczeć, by przebić się przez gwar ulicy. – Nie chciałem być nachalny… Nie chciałem cię wystraszyć.

Cały czas wpatrywał się w nieokreślony punkt gdzieś ponad jej głową, a jego oczy pozostawały nieruchome, jakby martwe. Zamrugała, zdziwiona.

– Nie wystraszyłeś – odparła. – Przeczytałam ogłoszenie o wykradzionej broszy i…

– Nie musisz bać się Jewrela – rzucił wesoło. – Na pewno nie pojawi się w Enisferry w takim dniu, gdy pełno straży i wojska dokoła. Zwłaszcza, że nagroda za jego głowę jest dość zachęcająca. – Zamilkł na moment. – Czy aby nie przesadziłem z opisami w ogłoszeniu? Nie chciałem, żeby wywoływało strach…

Popatrzyła na chłopaka uważnie.

– To znaczy… to ty napisałeś to ogłoszenie? – spytała. – Jak to? Chyba nie jestes krewnym księcia?

– Nie, nie. – Uniósł ręce w proteście. – Wybacz, że się nie przedstawiłem. Na imię mam Leio, jestem uczniem książęcego bibliotekarza i kronikarza, Alberta Wielkiego. Każe nazywać się Wielkim, choć za plecami wszyscy mówią o nim: Grubas. Ale jeśli kiedykolwiek go spotkasz, lepiej unikaj tego określenia. Jest dość wrażliwym i wybuchowym człowiekiem. – Roześmiał się beztrosko, Siilva razem z nim. Zapomniała już o wcześniejszych obawach, potrafił ją rozbawić ten nieznajomy chłopak o dziwnym imieniu.

– Książę zlecił Albertowi napisanie ogłoszenia, a mistrz przekazał tę drobną sprawę mi. – Leio znów rozłożył ręce. – Miałem nadzieję, że dobrze wykonałem polecenie, ale jak słyszę…

– Nie – zaprotestowała żywo, kładąc chłopcu dłoń na ramieniu. Obrócił głowę, mimo mroku wieczoru dostrzegła zaskakujący szczegół. Poruszył nozdrzami, jak koń obwąchujący dłoń głaszczącego go człowieka. Cofnęła ramię. – Nie. Napisałeś treść bardzo dobrze, naprawdę. Gdybym była łowcą nagród, natychmiast ruszyłabym na poszukiwanie Jewrela i zaginionej broszy.

– Piękny tytuł ballady wymyśliłaś, nieznajoma – odparł z uśmiechem. – Spotkałem dziś prawdziwy talent.

– Nie drwij – mruknęła z udawaną złością. Zmieniła temat. – Czemu książę zdecydował się na rozwieszenie pergaminów? Musiało go to kosztować niebywałą dużo pieniędzy.

– Szlachetnie urodzony ksiażę Dariusz nie musi martwić się o zasobność skarbca. Zwłaszcza teraz, gdy dziesiąta część wszystkich utargów, od czynszu za pokój, w którym mieszkasz, do sumki, jaką zapłacisz za tego pysznego rogala, wpływa do kasy jego książęcej mości. W wielkopańskim poczuciu wyższości pan Ennisferry postanowił, że pergaminy nadadzą odpowiednią ważność sprawie tak błahej, jak kradzież broszy. Która, choćby najzuchwalsza, niewarta była chyba aż takiego zachodu. Ale jak ja, zwykły sługa, mogę pojąć zamysły szlachetnie urodzonych? Chyba się ze mną zgodzisz, nieznajoma?

– Znowu kpisz – zauważyła dziewczyna. Podobał się jej ten chłopak, bystry i pełen sarkazmu. – I nie musisz mi wypominać braku manier, wiem, że jeszcze się nie przedstawiłam!

– Nie śmiałbym ci wypominać niczego, a już zwłaszcza braku manier, piękna, rudowłosa damo.

– Jestem Siilva de Rocrey – odparła z dumą. Lubiła pochwalić się swym nazwiskiem, nawet jeśli teraz nie znaczyło już zbyt wiele. Odrobina próżności przystoi dobrze urodzonej kobiecie, mawiała jej mama. – I nie musisz się silić na komplementy. Nawet ślepiec by dostrzegł, że żadna ze mnie dama.

Wzruszył lekko ramionami, nie przestając się uśmiechać.

– Rozumiem, że potwierdzasz swą urodę i kolor włosów – rzekł powoli, tak cicho, że z trudem go słyszała. – Cieszy mnie własna nieomylność.

– Przecież właśnie powiedziałam, że nawet ślepiec… – zaprotestowała, ale przerwał jej w pół słowa.

– Widzisz, piękna Siilvo, tak się składa, że jestem ślepcem, ale mimo to popełniłem ten błąd.

Zamarła. Poczuła, że policzki purpurowieją jej ze wstydu. Dzięki bogom jest ślepy, nie widzi jak się czerwienię, pomyślała bezwiednie, ale od razu wyrzuciła z głowy tę bezduszną myśl.

– Wybacz… – szepnęła. – Nie widziałam… nie dostrzegłam…

Machnął ręką. i wyszczerzył się jeszcze szerzej.

– Często tak jest, że ludzie nie potrafią korzystać z darów, jakie dostali od losu i bogów – odparł. – Nieważne, piękna Siilvo de Rocrey o rdzawych włosach, nie żywię urazy.

Wyciągnął dłoń.

– Chodź, pokażę ci miasto.

Bez wahania złapała go za rękę, przysuwając się blisko. Polubiła tego wysokiego, barczystego młodzieńca i wesołej twarzy.

– A skąd wiedziałeś, że mam rude włosy? – spytała.

– Cóż by ze mnie był za ślepiec, gdybym nie potrafił rozpoznać węchem jasnowłosej niewiasty od, dajmy na to, rudej, hę?

– Węchem? – parsknęła, wymierzając mu lekkiego kuksańca w żebra. – A co to, rude niby jakoś śmierdzą?

– Wręcz przeciwnie, piękna Siilvo, wręcz przeciwnie.

Spędzili razem niemal całą noc.

***

Siilva wymykała się z gospody, kiedy tylko mogła. Zostały cały tydzień w Enisferry, codziennie chodząc na targowisko. Matka próbowała wymusić na dziewczynie zgodę na spotkanie z ewentualnym kandydatem do ślubu czy dwoma, ale córka nie pozwoliła na to. Pod byle pretekstem wracała do karczmy, by oknem uciec na wolność, niczym ptak wymykający się z klatki. Spotykali sie z Leio w umówionym miejscu i wędrowali po wypełnionych tłumem ulicach. Chłopak pokazywał jej różne ciekawe miejsca, od najwspanialszych budowli po zwykłe, na pierwszy rzut oka niewyróżnające się niczym specjalnym uliczki. Zawsze miał jakąś ciekawą anegdotę w zanadrzu, rozsmieszając Siilvę do łez. Wybierał kramy, w których kupowali pyszne rogale i egzotyczne owoce, studnie z najczystszą wodą w mieście i sklepy z najdziwniejszymi towarami, jakie można było kupić. Znał Enisferry jak własną kieszeń i bardzo kochał to miejsce. Ale zawsze wspominał o rodzinnym domu, małej wiosce lezącej gdzieś na krańcach Księstwa.

– Z okien widać morze trawy, kołyszącej się na wietrze niczym żółtawe fale – opowiadał. – nigdzie nie ma ani jednego drzewa, nawet najmniejsze wzniesienie nie przeszkadza w podziwianiu tego niezwykłego widoku.

– Skąd wiesz? Czy kiedyś miałeś wzrok? – spytała w końcu, zdobywszy się na odwagę.

– Nie. Urodziłem się ślepcem. Ale słyszałem szum powietrza na łodygach, czułem zapach ziemi, ciągnącej się po horyzont. I pamiętam opowieści matki.

– Została tam?

– Zmarła na czarną zarazę, kiedy miałem siedem lat. Rok później oddano mnie na nauki.

– Chciałbyś tam wrócić?

– Bardzo. Ale nie mam po co. Nic ojcu po ślepym synu, mam zresztą dwóch starszych braci, którzy w zupełności wystarczą mu do pomocy przy prowadzeniu sklepu. – Zamilkł na chwilę. – Nie zmienia to jednak faktu, że marzę o tym, by jeszcze raz stanąć na skraju Wielkiego Stepu i posłuchać jego szeptu.

Dzień przed wyjazdem z Eniskerry postawiła wszystko na jedną kartę. Miał miękkie, delikatne usta i potrafił dobrze całować. Choć, szczerze mówiąc, nie miała z kim go porównać, bo nigdy wcześniej nie dała się dotknąć żadnemu mężczyźnie.

***

Od tamtego pocałunku miała powód, dla którego uciekała z domu. Leio. Oczarowana niewidomym, inteligentnym chłopakiem wymykała się z Zarzecza potajemnie, bądź – po kolejnej awanturze – jawnie i pędziła co koń wyskoczy do Enisferry. Czekał na nią niecierpliwie każdego dnia, mimo że nigdy nie był pewien, kiedy spotka Siilvę. Romans, z początku niewinny, przy każdej wizycie wypełniał dziewczynę coraz gorętszym ogniem pożądania. Potrzebowała jego silnych dłoni, czy to delikatnie pieszczących jej twarz, czy w rozgorączkowaniu poszukujących młodych, pączkujących piersi ukochanej. Na początku nie pozwalała mu na zbyt wiele, opędzając się niczym od natrętnej muchy, ale z każdym dniem spędzonym w towarzystwie Leio i kolejną nocą bez niego opór Siilvy słabł, rosła za to jej namiętność.

Obudził w dziewczynie coś, czego dotąd nie znała. Uwrażliwił jej skórę, wypełnił usta namiętnością, a podbrzusze ogniem. Nie wiedziała, jak ma sobie z tymi nowymi emocjami poradzić. Z miłością mogła – znała różne ballady i historie miłosne, które opowiadały jej mama z opiekunką przez całe dzieciństwo i młodość. Wiedziała, że to, co odczuwa przy nim, to właśnie miłość; może młodzieńcza, niedojrzała i naiwna, ale miłość. Rozumiała, że smutek samotnych dni i nocy wynikał z tęsknoty. Ale w słowach starszych kobiet nie było najmniejszej wzmianki o palącej ciało potrzebie bliskości, o zapierającym dech ogniu, wypełniającym brzuch przy najlżejszym dotknięciu ukochanego. Nie wiedziała, kogo mogłaby poprosić o wyjaśnienie, dlatego postanowiła sama uporać się z obezwładniającymi uczuciami.

Zaczęła poznawać własne ciało. Gdy myśli o Leio wypędzały z jej oczu sen, odkrywała grubą kołdrę i przesuwała dłońmi po drżącym ciele. Głaskała niewielkie, sterczące piersi. Przesuwała palce po płaskim brzuchu. Zjeżdżała niżej, między uda, do samego źródła niepokoju. Muskając miękką, wrażliwą skórę odkrywała wszelkie tajemnicze zakamarki, które przy najlżejszym muśnięciu doprowadzały Siilvę do krzyku. By się nie zdradzić, zagryzała w ustach poduchę, co jeszcze wzmacniało przeżywaną rozkosz. Czuła ciepło i wilgoć, wypływające z wnętrza niej samej, unosiła do twarzy mokre palce. Poznawała własny zapach i smak.

I, choć bardzo przyjemne, te samotne wieczory i noce napełniały dziewczynę jeszcze większym niepokojem. Pragnęła bardziej i w końcu takie pieszczoty przestały jej wystarczyć.

***

Pierwszy dzień jesieni nadszedł bardzo szybko, zaskakując wszystkich, ale najbardziej Siilvę. Oznaczało to jedno – niedługo zrobi się zbyt zimno i niebezpiecznie, by mogła jeździć do Enisferry. Zrozumiała, że wkrótce nadejdzie zima, a z nią bolesna rozłąka z Leio. Postanowiła dwie rzeczy. Ani śnieg, ani niebezpieczny trakt nie powstrzymają jej przed dalszymi wyjazdami. Ale być może zmniejszą ich częstotliwość. Musiała wobec tego zrobić coś, co uspokoi rozpalone zmysły. Przynajmniej na jakiś czas.

Zaplanowała wszystko dokładnie. Leio i tak nigdy nie wiedział, kiedy dziewczyna znowu go odwiedzi, więc nie spodziewał się jej przyjazdu. Dotarła do miasta wieczorem i, zamiast pod budynek biblioteki Alberta Wielkiego, zwanego Grubasem, skierowała swe kroki do karczmy, tej samej, którą odwiedziła z matką na wiosnę. Wynajęła pokój, prosty i schludny. Z dużym łóżkiem.

Zapłaciła służkom za przygotowanie gorącej kąpieli. Pracujące w gospodzie dziewczęta chyba nie pierwszy raz przygotowywały coś podobnego, bo nasypały do parującej wody pachnących soli i wlały egzotyczny olejek. Przy balii zostawiły dziwaczny, okrągły przedmiot – ni to piłkę, ni lekki kamień, który po zamoczeniu zmiękł i okazał się idealny do wytarcia z ciała resztek zmęczenia i kurzu po podróży. Dziewczyna nie widziała nigdy takiego czegoś i dopiero potem dowiedziała się, że jest to egzotyczne morskie zwierzę, a może roślina, które żyje pod wodą i kwitnie jak kwiat, a po wysuszeniu staje się taką właśnie tarką do ciała. Tego jednak dnia nie miała pojęcia, co to za znalezisko, ale skorzystała z niego skwapliwie. Po wyjsciu z balii wytarła się pozostawionym ręcznikami i zrobiła to tak dokładnie i energicznie, że wyglądała jak dojrzała truskawka. Zaśmiała się, widząc własne odbicie w lustrze.

– Wszystko dla ciebie – szepnęła, szczęśliwa. Kilka dni wcześniej skończyła siedemnaście lat. Była dorosłą kobietą. I chciała pokazać ukochanemu, co to oznacza. Wprawdzie nie wiedziała wiele o tym, co łączy mężczyznę z niewiastą, ale do tej pory zdawała się na instynkt i teraz też tak zrobi. Nie martwiła się własnym niedoświadczeniem, bo była pewna, że entuzjazm obojga wynagrodzi jakiekolwiek braki.

Pokropiła szyję i nadgarstki wykradzionym matce pachnidłem i ubrała się w świeże, przywiezione w torbie ubrania. Żałowała, że nie była to jakaś piękna suknia, a tylko brązowe, dopasowane spodnie z miękkiej bawełny i biała koszula z falbaniastymi mankietami, lecz nidgy nie należała do strojących się osób. Miała kilka eleganckich strojów, zakupionych przez żyjących nadzieją ślubu rodziców, ale włożyła je tylko kilka razy tego lata. Oczywiście za każdym razem musiała się pokłócić z ojcem i matką o zasadność włożenia takiego ubrania.

Teraz jednak musiała poprzestać na takim, praktycznym ubraniu. Po pierwsze, suknia za nic nie zmieściła się do niewielkiej torby podróżnej, którą Siilva zawsze ze sobą zabierała. Po drugie, gdyby mama zauważyła brak jednej z kosztownych kreacji, natychmiast nabrałaby podejrzeń. A dziewczynie tylko tego brakowało.

Zresztą, pomyślała, człowieka nie ocenia się po stroju. A już Leio, przecież niewidomy, nigdy tego nie robił. Poprawiając obfite rękawy, pomyślała o ukochanym. W sumie, nigdy nie zastawiała się nad tym, co miałoby być dalej. Przecież ślub był niemożliwy. Poza tym, że Siilva nie mogła ścierpieć myśli o zamążpójsciu – no, dobrze, może dla Leio była w stanie zrobić wyjątek – to taki mariaż i tak nie wchodził w rachubę. Ona, najstarsze dziecko z podupadłego, choć wciąż szanowanego rodu i Leio – syn kupca, nawet nie – sklepikarza, z jakiejś wsi na krańcu świata. A do tego ślepiec.

Uśmiechnęła się w ciszy. Choć chłopak często mówił w ten sposób o sobie, Siilva nigdy nie wspomniała o jego kalectwie. Bo tak naprawdę nie odczuwała tego, że nie widział. Taki był i już. Inni mężczyźni byli o wiele gorsi – jedni szpotawi, inni grubiańscy albo, co gorsza, śmierdzący sikami i potem. Leio był nad wiek mądrym młodzieńcem, delikatnym i czułym, choć z drugiej strony energicznym i pełnym szalonych pomysłów. Ale, poza dniem w którym się poznali, ani razu nie pomyślała o nim: ślepiec. Była to kolejna z jego cech, a Siilva kochała go takiego, jakim był.

Po raz ostatni zerknęła we własne odbicie i, w końcu zadowolona z tego, co zobaczyła, wyszła na ulicę. Było chłodno, pusto i cicho. Nawet kurtyzany pozamykały się we własnych, jasnoniebieskich domach. Ale to dobrze. Dzięki temu szybciej będzie mogła dotrzeć do Leio. Do Leio.

***

Zaskoczyła go całkowicie. Gdy zajrzała przez uchyloną okiennicę, siedział w swoim pokoiku na parterze akademii, jak zawsze w całkowitych ciemnościach, i pracował. Kiedyś spytała go, nad czym się tak trudzi już całe lato, i wtedy odpowiedział:

– To moja tajemnica. Nawet mistrz Albert nie wie, czym się zajmuję. To będzie coś wielkopomnego, dzięki czemu ślepcy tacy jak ja będą mogli czytać księgi.

Dla dziewczyny brzmiało to jak kompletna bzdura. Po pierwsze, jak nie mając wzroku można zobaczyć litery? Palcami? A po drugie – co dobrego daje czytanie starych, zatęchłych tomów? Sama umiała czytać, więc doskonale wiedziała, że z tego nic dobrego nie ma. Wszystkie trzy oprawione w popękana skórę książki, jakie znajdowały się w jej rodzinnym domu, były potwornie nudnymi opowieściami o jakichś zamierzchłych czasach. Kto z własnej woli czytałby takie historie?

Ale nie powiedziała nic, bo widziała jak ciężko pracuje jej ukochany. Dlatego wzruszyła tylko ramionami i więcej nie poruszała tego tematu.

Teraz też ślęczał nad rozłożonymi stronicami książki i przesuwał po nich szeroko rozsuniętymi palcami. Tylko tyle zdążyła zauważyć, nim z trzaskiem zatrzasnął księgę i odwrócił się w kierunku zaglądającej przez okno dziewczyny.

– Siilva – szepnął, a twarz rozjaśnił mu uśmiech. – Znowu mnie nie uprzedziłaś!

Wślizgnęła się zwinnie do środka i przytuliła do Leio. Był rozgrzany mimo chłodu na zewnątrz. Wymruczała słowa przywitania i pocałowała ukochanego. Po chwili, gdy pozwoliła mu złapać oddech, spytał:

– Pachniesz dziś inaczej, niż zwykle, coś się stało?

– Nie – odparła, lekko speszona. – To… na spotkanie z tobą. Nie podoba ci się?

Objął ją mocno.

– Nie, głuptasku, bardzo mi się podoba – rzekł. – Ale chyba dlatego nie wyczułem cię wcześniej, jeszcze z podwórza.

Zachichotała. Czasem wiedział, że przyszła, jeszcze zanim zdążyła się przywitać. Z tego powodu nazywała go czasem Nochalem, gdy chciała się troszkę podroczyć. Teraz jednak nie miała ochoty na przekomarzania. Siedzieli przez chwilę w ciemnościach, wypełniając pokój odgłosem wilgotnych pocałunków. Gdy w końcu wyswobodziła się z zachłannych objęć chłopaka, pociągnęła go na ulicę.

– Chodź ze mną – szeptała. – mam dla ciebie niespodziankę.

Dał się prowadzić, posłuszny niczym owca, ale cały czas kręcił głową. Siilva wiedziała, że sprawdza dokąd idą, słuchając odgłosów otoczenia i wwęchując się w zapachy przynoszone orzeźwiającym, chłodnym wiatrem. Nieraz bawili się w grę, w której dziewczyna prowadziła Leio w wybrane przez siebie miejsce. Potem on nie dość, że zgadywał gdzie się znajdują, to jeszcze dokładnie opisywał drogę, jaką wcześniej podążali.

Teraz także mruczał pod nosem, wymieniając nazwy mijanych ulic. Zastawia się, dokąd zmierzamy, śmiała się w duchu dziewczyna. Ale nie zgadnie.

Chyba miała rację, bo choć bezbłędnie odgadywał miejsca, które zostawiali za sobą, to nadal miał nietęgą minę.

– Tkacka… Dół Garbarzy… Zakątek Kowala – szeptał chłopak. W końcu stanęli na podwórzu karczmy, w której zatrzymała się Siilva.

– Pachnie kuchnią – nie przestawał gadać Leio. – I to dobrą, jeśli mogę wyrazić opinię. Czuję też zapach koni i siana. A także tak urocze aromaty, jakie niesie ze sobą obecność kloaki. Dlatego domyślam się, że jesteśmy koło jakiejś gospody.

Wzruszył ramionami, na co parsknęła śmiechem.

– Niestety, piękna damo, rzadko bywam w podobnych lokalach, więc nie zgadnę nazwy tego konkretnego. Muszę zatem stwierdzić, że tym razem wygrałaś.

– Zamilcz już, dobrze? – odparła. – Wygrałam, wiem to i bez twoich wymyślnych słówek, drogi panie. Zatem, zgodnie z wszelkimi regułami, należy mi się nagroda, prawda?

– Cóż – sapnął. – Chyba tak. Tylko nie zażądaj niczego zbyt kosztownego, bo ja, rozumiesz, pracuję u mistrza Alberta całkiem za darmo.

– Och, gdybym szukała bogatego chłopca, to już dawno byłabym zamężna – mówiła, ciągnąc go schodami na piętro. – To, że wciąż jestem panną, oznacza, że u mężczyzn nie patrzę na głębokość kiesy.

Otworzyła drzwi do pokoju i wpuściła Leio pierwszego. Wszedł ostrożnie, wystawiając prawe ramię i badając dłonią otoczenie. Lubiła ten gest, bo nie ujmował on niczego chłopakowi. Leio wyglądał raczej jak ciekawskie dziecko, poznające świat, niż jak bezradny, niewidomy człowiek.

– Czuję ten sam zapach, którym pachniesz i ty, ukochana – mruknął po chwili. – Ale oprócz tego jeszcze suche pierze… I drewniane meble… I coś jeszcze – zastanawiał się przez chwilę. – Znam ten aromat. Czułem go wielokroć… Gdzie ostatnio? Nie pamiętam.

Odwrócił się ku niej.

– Powiedz, co tak pachnie, nie męcz kaleki – poprosił z niewinnym uśmiechem.

Podeszła dwa kroki, stanęła tuż przed nim. Sięgnęła ku przystojnej twarzy młodzieńca, pogłaskała pokryty miękkim zarostem policzek. Po chwili popchnęła chłopca i obydwoje wylądowali na szerokim łóżku, a wokół nich zawirowały dziesiątki rozsypanych na pościeli płatków róż. Roześmiał się, czując na skórze delikatny dotyk opadających, czerwonych listków.

– Kwiaty… To kwiaty – stwierdził. – Czemu? Po co to wszystko?

Siedziała już na nim, rozsupłując pętelki płóciennej koszuli. Po chwili wbiła zachłanne palce w pierś chłopaka. Pochyliła głowę i pocałowała go raz jeszcze. Uśmiechnęła się radośnie, czując wbijającą się w jej udo twardą męskość Leio.

– Po to, żeby moja nagroda smakowała jeszcze bardziej – szepnęła, niecierpliwie łapiąc za wypukłość. Jęk wyrwał się z ust leżącego chłopca. Pierwszy tej nocy, ale nie ostatni.

***

Następnego ranka Siilva odprowadziła Leio do akademii. Szli roześmiani i objęci, nie zwracając uwagi na zaciekawione spojrzenia przechodniów. Ciemnowłosa kurtyzana, którą mimo wczesnej pory spotkali pod jednym z niebieskich domów, obróciła się za nimi z wiele mówiącym wyrazem twarzy, ale ją też zignorowali. Dziewczyna puściła ramię niewidomego chłopaka dopiero przed wejściem do domu Alberta. Pocałowała go ukradkiem w policzek i już miała odejść, gdy w drzwiach stanął gruby mistrz młodego Leio. Siilva grzecznie pokłoniła się mędrcowi, którego zdążyła poznać podczas jednej z wcześniejszych wizyt.

Mężczyzna chrzaknął, zdziwiony.

– Panna de Rocrey tutaj? O tak wczesnej porze? A gdzie mama panienki? – spytał.

Dziewczyna nie odpowiedziała, odwróciła tylko głowę, chcąc ukryć rumieniec. Albert rzucił piorunujące spojrzenie w kierunku swojego ucznia. Ten nie zareagował na to z oczywistych względów, toteż grubas ponownie odkaszlnął.

– Panienko… – zaczął. – Myślę, że najlepiej będzie, jak wróci panienka do rodzinnego domu. Natychmiast.

Zaskoczona pełnym napięcia tonem głosu Alberta, Siilva spojrzała na niego z uwagą. Mężczyzna wiedział o ich potajemnych schadzkach, więc musiał istnieć inny powód jego niepokoju.

– Doszły nas słuchy – zaczął Albert – że bandyta o imieniu Jewrel pojawił się w okolicy. Pamięta panienka to imię? Z listów gończych księcia sprzed pół roku?

Dziewczyna zacisnęła dłonie, chcąc ukryć ich drżenie. Zakręciło jej się w głowie tak, że musiała oprzeć się o kamienny mur akademii. Mężczyzna zdawał się tego nie widzieć, choć patrzył wprost na nią.

– Gniew naszego pana zdążył już ostygnąć, takoż i żal panienki za utraconą broszą – ciągnął. Wzruszył ramionami. – Zapewne jej pomógł nowy klejnot, podarowany przez tatę, ale to nieważne. Książę Ennis nie poszukuje już bandyty, ale ten podobno tropi kogoś innego.

Zamilkł na chwilę, a Siilva poczuła strach przed tym, co miał zamiar powiedzieć. Nie myliła sie.

– Zasłyszałem plotki, jakoby nazwisko pewnego znamienitego rodu z zachodu wiązało sie z powrotem Jewrela. Panienko, może powinienem poprosić księcia o eskortę dla panienki…

– Nie trzeba – przerwała mu dziewczyna. Nawet ją samą zaskoczył hardy ton jej głosu. – Dziękuję ci, szlachetny Albercie, ale nie ma takiej potrzeby.

Jeszcze czego, pomyślała. Tato nie dałby mi spokoju, gdybym wróciła do domu, prowadzona przez żołdaków Ennisa. Nie. Muszę sama wracać, i to jak najszybciej.

– Znam trakty bardzo dobrze, panie – rzekła na głos. – Pojadę nimi szybciej, niż gdyby towarzyszył mi książęcy oddział.

Kto wie, może i sam Ennis zainteresowałby się na powrót broszą, a wtedy schowany w stajni klejnot stałby sie bardzo niewygodny. Potrząsnęła głową.

– Nie, nie ma potrzeby – powtórzyła. Nie namyślając się więcej, odwróciła się w miejscu i zrobiła krok wgłąb ulicy.

– Proszę na siebie uważać, panienko – rzucił za nią Albert. – Jewrela widziano koło miasta kilka dni temu, bogowie tylko wiedzą, gdzie on teraz jest.

Nie odpowiedziała. Zerwała się do biegu, chcąc jak najszybciej wyrwać się z wielkiej klatki, w jaką za chwilę mogło zamienić się miasto. Dopiero gdy dotarła do karczmy i zaczęła siodłać konia, zorientowała się, że nie pożegnała Leio. W pierwszej chwili potrząsnęła tylko głową, odpychając od siebie tę przykrą myśl. Pożegnam go następnym razem, pomyślała. Najpierw go przywitam, potem przeproszę, a później pożegnam.

Przez kilka następnych lat wyrzucała sobie nieskończoną ilość razy, że nie powiedziała mu choćby jednego słowa na pożegnanie. Że w taki sposób rozstała się z nim na zawsze.

***

Zagoniła wierzchowca niemal do granic wytrzymałości. Charczał ciężko i niepokojąco zwolnił, gdy dotarła w okolice domu. Przejeżdżając przez drewniany most, znajdujący się dwie mile od Zarzecza, wiedziała już, że coś jest nie w porządku. Lekki swąd spalenizny zaalarmował ją na początku, potem, gdy podjechała bliżej, usłyszała pokrzykiwania ludzi i szczęk broni. Zobaczyła kikuty popalonych budynków gospodarczych. Siilva zmusiła konia do ostatniego wysiłku i pędem wjechała na podwórze, gnana lękiem o najbliższych.

Służba rozpierzchła się na jej widok, jak myszy uciekające przed kotem. Dziewczyna porzuciła zmęczonego rumaka i wbiegła przez szeroko otwarte drzwi do domu.

Wszędzie widać było ślady walki i ognia. Połamane meble, dziury po ostrzach mieczy na drewnianych ścianach, czarne plamy spalenizny. Przeleciała przez pokoje, kierując się ku sypialni rodziców. Jeśli stało się coś niedobrego, ojciec z mamą będą właśnie tam.

Częściowo miała rację. Matka leżała na łóżku, ubrana w ciemnozieloną suknię, pięknie ufryzowana i wypudrowana. Kilka kobiet, zapewne płaczek, siedzących dotąd w ciszy przy wezgłowiu, rozszlochało się spazmatycznie na widok Siilvy. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętała z tego dnia, było jej pytanie o ojca. I odpowiedź, którą przyjęła z ulgą, ale i potwornym uczuciem żalu i wstydu.

– Pan Feyd ranion, choć lekko – rzuciła jedna ze służących, która . – Jak tylko przyjechali i zaczęli bić panią, a potem zabili głupiego Fredka ze stajni, wrócił pan z polowania. Bili się… strasznie się bili… i pani matka się przewróciła. A potem bandyty uciekły i pan ruszył w pogoń. To my panią matkę przebralim i płaczki zaprosilim, żeby lamentem drzwi do pałacu w niebie otwarły. I czekamy na powrót pana.

– Kto? Dlaczego? – spytała, choć znała już odpowiedź. Służka zatrzęsła się panicznie, strach widać było w jej oczach, gdy powiedziała:

– Jeden krzyczał, że Jewrel się nazywa. I że po złodzieja przyjechał. – Wskazała dłonią jakiś podłużny przedmiot, leżący na stole, obok łóżka. – Fredka tym zabili, potem przyłożyli go pani matce do szyi…

Zamilkła, przestraszona. Siilva zrobiła dwa najdłuższe kroki w swoim życiu. Wzięła do ręki sztylet ojca, mały, z rodowym herbem wyrytym w niewielkim rubinie, zdobiącym rękojeść noża. Ten sam, który zgubiła podczas wyprawy do zbójeckiej jaskini.

***

Ciemność tunelu rozjaśniła się nieco. Siilva dotarła do wyjścia, światło gwiazd zaglądało już do wilgotnego korytarza. Przyspieszyła kroku. Od kilku dni nie opuszczało jej wrażenie, że jest śledzona. Teraz, gdy spotkała się już z Rootseelarem, mogła w końcu wyjechać ze stolicy, przynajmniej na jakiś czas. Bo kiedyś będzie musiała wrócić. Niestety.

Stanęła w ciemnej rozpadlinie, niewidocznej ze szczytu murów i równie dobrze ukrytej przed wzrokiem ludzi stojących kilkadziesiąt metrów niżej, na kamienistej plaży Morza Zatokowego. Wąska ścieżka, prowadząca w dół, ku błękitnej tafli wody, wydawała się dobra jedynie dla górskich kozic. Jednak Siilva szybko zbiegła po występie skalnym, bo mimo mroku nocy czuła się na nim jak na patelni. Gdy stanęła u stóp urwiska, odetchnęła z ulgą. Za szybko.

Pojawili się nagle, wyłaniając z załomów skalnych jak duchy. Kilku ciemno ubranych mężczyzn, uzbrojonych w grube, drewniane drągi. Zrozumiała od razu – nie chcieli jej zabić. Jedynie uwięzić. Kobieta wyciągnęła z pochwy szablę i skoczyła ku najbliższemu przeciwnikowi, w tym samym momencie w powietrzu świsnął gruby, skórzany pejcz. Owinął się wokół łydek Siilvy, przewracając ją na ziemię. Upadła na kamienne podłoże, uderzenie pozbawiło ją tchu. Gdy podniosła głowę, stali już nad nią, z pałkami gotowymi do zadania ciosu.

– Nie zabijać – rozległ się męski, niski głos. Zadrżała, bo znała tego człowieka. Ducha z przeszłości. Jewrela. A potem bandyta dodał: – Nirgard chce mieć ją żywą.

Nim zdążyła zareagować w jakikolwiek sposób, cios kija pozbawił ją przytomności.

***

Uderzenie zimnej wody przywróciło Siilvę do rzeczywistości. Potrząsnęła głową, wypluła ciecz z ust i zaczerpnęła łapczywie powietrza. Otworzyła oczy.

Znajdowała się w małym pokoju o drewnianych ścianach. Siedziała na niewysokim krześle, przywiązana rzemieniami do jego nóg. Przed nią stał siwy, może pięćdziesięcioletni mężczyzna z dużym, obwisłym brzuchem, pochylając się ku skrępowanej kobiecie. Jego nalana, wielka gęba, z mięsistymi wargami i bladoniebieskimi, martwymi oczyma wyglądała jak twarz topielca, wyciągniętego po kilku dniach z wody. Zmienił się, postarzał, lecz nie na tyle, by go nie poznała.

– Jewrel – syknęła z wściekłością.

– We własnej osobie – odpowiedział inny człowiek, stojący w półmroku za plecami grubego bandyty. Jego też znała. Nirgard. – Cieszę się, że pamiętasz starego znajomego, nie będę musiał odświeżać waszej przyjaźni.

Czarownik wyszedł z cienia i stanął obok rozbójnika, który wyszczerzył się nieprzyjemnie. Pożółkłe pniaki zębów sterczały starszemu mężczyźnie w ustach nierównym rzędem. Nie odezwał się jednak ani słowem, wpatrując się beznamiętnie w związaną kobietę.

– Witaj i ty – mruknęła drwiąco Siilva, przenosząc wzrok z grubasa na Nirgarda. – Dawnośmy się nie widzieli.

Zatarł ręce.

– Prawda, prawda – mruknął z nieukrywaną radością. – Ale teraz nadrobimy stracony czas.

Pokiwała głową.

– Już się cieszę – odparła. – Jak to się stało, żeście się razem zwąchali, mości Jewrelu? – zwróciła się do bandyty. – Wspólnota interesów?

Zachrypiał radośnie, zerkając na stojącego obok czarownika.

– Można by tak rzec, suko – syknął. Po raz pierwszy pokazał jakiekolwiek emocje. Mimo, że przytył i się zestarzał, był dokładnie taki, jakim go zapamiętała od czasu poprzedniego spotkania. On chyba myślał o tym samym, bo dodał: – Ile to już lat, hę? Dziesięć?

– Dwanaście – poprawiła spokojnie. Bo, choć dokonał wielkiego zła w jej świecie, był to odległy, dawno umarły świat. Ostatni, poza nimi, świadek tamtych zdarzeń, jej ojciec, zmarł dziesięć dni temu, poraniony przez dzika. Jej emocje już ostygły. Nienawidziła Jewrela, to oczywiste, ale już nie tak gwałtownie. Kiedyś było inaczej, choćby tego dnia, gdy, gnana chęcią zemsty, zakradła się do obozu rzezimieszków i poderżnęła gardła trzem z nich. Tylko trzem ludziom, ale bardzo ważnym dla Jewrela. Jego bratu, kuzynowi i najlepszemu przyjacielowi. W tamtym czasie Jewrel nadawał sens jej życiu. Po śmierci mamy i wypadku Leio, za którym również stał rozbójnik, Siilva chciała tylko jednego – zadać mu jak najwięcej cierpienia, a potem go zabić. Na końcu.

Ale tamte czasy minęły, Siilva zmieniła się i emocje opadły. Nie na tyle jednak, by zapomnieć.

– Cieszę się, że wasza przyjaźń wciąż kwitnie – wtrącił Nirgard. – Może ucieszy cię wiadomość, że to sam Jewrel przyszedł do mnie, oferując swą pomoc. Szczerze mówiąc, nie wiedziałem, co wówczas sądzić o tej propozycji – czarownik uśmiechnął się przepraszająco do bandyty, ale ten nie zareagował, wciąż wpatrzony w uwięzioną kobietę – ale widzę teraz, że jest człowiekiem, na którym można polegać. W przeciwieństwie do innych naszych wspólnych znajomych. Na przykład Giddiona. Obiecał, że cię zabije i nie dotrzymał słowa.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Widzisz sama, że coraz trudniej o kogoś słownego w dzisiejszych czasach. Tym bardziej cieszę się, że miałem sposobność poznać mości Jewrela.

– Przestań gadać, Nirgard – warknął tamten w odpowiedzi. – Ty też dałeś mi słowo.

– Tak – potwierdził mag. – I dotrzymam go, zobaczysz. Ale zanim zabijesz uroczą Siilvę, wykonasz zadanie do końca, prawda?

– Z przyjemnością – odparł rozbójnik, szczerząc zęby. – Wyśpiewa mi wszystko.

– Bacz tylko, żeby od tego śpiewania przedwcześnie nie zmarła – ostrzegł go czarodziej. – Zrób swoje, ale pamiętaj: dla mnie ważne są informacje.

Jewrel oderwał w końcu wzrok od Rudowłosej i spojrzał ciężko na rozmówcę.

– Nie rzucaj gróźb, proszę cię, chłopcze – rzekł spokojnie. Nirgard spokojnie wytrzymał znaczące spojrzenie grubasa. – Bo to nie jest bezpieczne.

– A cóż w życiu jest bezpieczne? – Młodszy z mężczyzn uśmiechnął się niespodziewanie, rozładowując nieco napięcie. – Spokojnie, Jewrelu, chciałem się tylko upewnić, że nie poniosą cię emocje.

– Nudzi mnie ta wasza paplanina – przerwała im Siilva. Zerknęła na Nirgarda. – Zanim oddasz mnie w łapy tego opoja, chciałabym zamienić z tobą słówko. Jeśli łaska, oczywiście.

Oczy rzezimieszka rozbłysły na moment.

– Niech ci się nie wydaje, suko, że możesz wyłgać się śmierci – warknął. – On ci już nie pomoże.

Kobieta westchnęła ciężko.

– Nikt nie wyłga się śmierci, Jewrelu, nawet ja – odparła. – Każdy skazaniec ma jednak jedno, ostatnie życzenie. Słyszałeś moje.

Nirgard wzruszył ramionami. Skinął głową i grubas skierował się ku drzwiom.

– Niech ci się nie wydaje, że coś wygrasz – rzucił na odchodnym rozbójnik. – Twój czarownik ma tutaj trzech ludzi, a ja siedmiu. Choćby nie wiem co, jesteś już moja.

– Niczego nie pragnę bardziej, Jewrelu – mruknęła, gdy wyszedł. Dwunastu, pomyślała. Za dużo, a do tego Nirgard. On będzie wiedział. Muszę grać na zwłokę.

– O czym to chciałaś porozmawiać? – spytał lekko Nirgard. – To bardzo ujmujące, że jestem twoim ostatnim życzeniem, ale nie licz na zbyt wiele. Mieliśmy swoje momenty, to prawda, ale nasz związek nie miał szans na przetrwanie.

Uśmiechnęła się. Pycha cię zgubi, głupcze.

– Pochlebiasz sobie – odrzekła. – Mam tylko dwa pytania, a potem możesz odejść.

– Zamieniam się w słuch. Choć nie gwarantuję, że na nie odpowiem.

– Po co był napad na karczmę? Przecież nie tylko po to, by zabić nas wszystkich.

Mężczyzna oparł się o ścianę. Przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią. Podjął decyzję i powiedział:

– A co mi tam, mogę ci chyba zdradzić. Był jeszcze jeden powód. Likwidacja bractwa, osłaniającego czarowników nieprzychylnych Kuntzowi, pozwoliła nam na pozbycie się tych ostatnich. Ale chodziło o coś jeszcze. O księgi Maca. Uważaliśmy, że zawierają informacje, które moglibyśmy użyć. Ślady, dajmy na to, udziału Rootselara w zabójstwach szlachty z Wielkich Rodów. Albo zapiski, świadczące przeciwko niektórym z wysoko urodzonych. Widzisz – ciągnął Nirgard – takie niezbite dowody mogłyby doprowadzić do poważnego kryzysu w Cesarstwie. Takiej destabilizacji. – Spojrzał na Siilvę z rozbawieniem. – Powiedz, jeśli używam zbyt trudnych słów.

Milczała.

– A zatem – podjął, wyraźnie rozczarowany brakiem jakiejkolwiek reakcji z jej strony – chodziło nam o chaos. Bo tylko z chaosu może powstać coś nowego. Z wojny domowej – wspanialsze cesarstwo. Rządzone nie przez starego idiotę lub młodego sadystę, a przez oświeconego władcę, patrzącego dalej w przyszłość, niż sięga wzrok maluczkich. Potężnego maga, który swoją sztuką chroniłby poddanych przed wszelkimi niebezpieczeństwami.

– Kuntza? – prychnęła z pogardą. – Dziękuję bardzo. Zamieniłby ten kraj w jedno wielkie więzienie.

– Och, nie bądź taka pesymistką – odparł spokojnie. – Owszem, czasem trzeba zdyscyplinować ludzi do wytężonej pracy dla dobra kraju. Zawsze znajdą się też malkontenci, niezadowoleni z życia w najdoskonalszym nawet państwie. A cóż może być lepszego w takim przypadku niż pokazowa egzekucja? Wskazująca poddanym właściwą postawę, słuszną i pożyteczną dla kraju i jego władcy? Musisz przyznać mi rację.

Nie odezwała się.

– Miałem nadzieję na inną reakcję, choć Kuntz nie raz mówił mi, że jestem zbyt pobłażliwy. – Wzruszył ramionami. – Tak, czy inaczej, odpowiedziałem na jedno z twoich pytań. Jak brzmi drugie?

– Skąd wiedziałeś o tajemnym wejściu do zamku?

– Och, szkoda marnować ostatnie życzenie na tak trywialną sprawę. Siilva, miałem o tobie lepsze mniemanie. – Roześmiał się pogardliwie. – Ale cóż, jeśli o to właśnie prosisz… Odpowiedź jest banalna. Człowiek, który sprzedał plany kopalni twemu protektorowi, miał większe długi niż można sobie wyobrazić. Mimo, że całą zapłatę, jaką otrzymał, zwrócił wierzycielom, była ona zbyt mała, by uratować mu życie. Lub choćby zapewnić szybką śmierć. Podczas tortur wyjawił katom swój drogocenny sekret. Ci, choć nie wiedzieli, co z taką wiedzą zrobić, zdawali sobie sprawę z jej znaczenia. Zgłosili się do kilku majętnych ludzi. Wszyscy odesłali ich z kwitkiem, nie wierząc w prawdziwość planów. Jedynie Kuntz im zaufał. Czuł, że prędzej czy później przydadzą mu się do czegoś. Obserwowaliśmy wejście na plaży dzień i noc, jednak strażnicy za późno przekazali mi wiadomość o tym, że kręciłaś się koło tunelu. Zapłacili za swą opieszałość życiem, ale to nie jest istotne. Ważne jest to, co opowiedziałaś Rootselarowi. Co wiesz, lub wydaje ci się, że wiesz. A przede wszystkim, gdzie ukrywa się Hejnert. Niestety, poczwara, którą poszczuł na niego Kuntz, okazała się niezbyt skuteczna, co jeszcze bardziej rozwścieczyło mojego mistrza. Dlatego postanowiliśmy cię złapać. Żeby wywiedzieć się tego i owego. Pozbyć się raz na zawsze twojej niewygodnej osoby. I, być może, sprowokować Hejnerta do tego, żeby się pokazał.

Westchnął cicho i zamilkł na chwilę.

– Zadowoliłem twoją ciekawość? – spytał.

Kiwnęła głową. Miała nadzieję, że nie dostrzegł błysku radości w jej oczach.

– Muszę cię rozczarować – odpowiedziała. – Bo nie zamierzam dziś umierać. Na pewno nie dam ci satysfakcji i nie zdradzę żadnego z pożądanych przez Kuntza sekretów. A Hejnert, o ile dobrze pamiętam, nie jest głupcem. Nie wystawi się wam tak, po prostu.

Roześmiał się krótko.

– Brawo, to mi się podoba – powiedział. – Duch walki, masz go więcej niż większość mężczyzn. Jednak nie masz racji. Jewrel pokazał mi, co dla ciebie przygotował. Zapewniam cię, że nie przeżyjesz rozmowy z nim. A jeśli będziesz uparta, przedłużysz ją tylko, co, gwarantuję, nie będzie przyjemne. Ja nie mam nic przeciwko tobie. – Ostrożnie podszedł do siedzącej kobiety i lekko dotknął blizny na jej policzku. – To… nie było nic osobistego. Mam nadzieję, że to rozumiesz. Jesteś męcząca i upierdliwa, to fakt, ale masz też ukryte talenty. Gdyby to ode mnie zależało, podałbym ci tyle magicznych eliksirów, że mózg spaliłby się od tego na popiół. A potem zrobił z twego ciała zabawkę, dla uciechy własnej i cudzej. Widzisz sama, że nie jestem twoim wrogiem.

– Nie jesteś – potwierdziła. – Zbyt głupiś na to, żeby nim być. Ale i tak cię zabiję.

Zaśmiał się ponownie.

– Zabawna jesteś, ale nie mam całej nocy na paplanie. – Wyprostował się i podszedł do wyjścia. – Obowiązki wzywają.

Zawiasy skrzypnęły cicho, gdy uchylał drzwi.

– Jewrelu! – krzyknął w mrok korytarza. – Czyń swoją powinność.

***

Zostawił ją na pastwę Jewrela i jego ludzi. Na pewną śmierć, jak mniemał. Ale znowu się przeliczysz, pomyślała bez złośliwości. Tym razem jeszcze ci się udało, ale wkrótce zapłacisz mi za wszystko. Za Maca i jego chłopców, za wszystkich moich przyjaciół z bractwa, nawet za Giddiona, który dał się zwieść twoim słodkim słówkom. I za biednego, młodego Viggo, który zawinił jedynie tym, że był moim kuzynem. Ale to nie dziś, jeszcze nie dziś.

Przeniosła spojrzenie na nalaną twarz Jewrela. Ten uśmiechnął się szeroko.

– Patrzcie, chłopcy, jakie harde spojrzenie – mruknął z uznaniem. – To lubię. Brak lęku przed śmiercią. Bo umrzesz tej nocy. Wiesz o tym, prawda?

Trzech stojących za nim mężczyzn zarechotało zgodym chórem. Wyciągali z dużej torby różne przedmioty o dziwacznych kształtach. Wszystkie miały służyć jednemu celowi – zadawaniu jak największego cierpienia bezbronnej ofierze.

Kobieta nie odwróciła wzroku. Wpatrywała się w rozmyte oczy grubasa. Koncentrowała się. Potrzebowała całej siły, by zaklęcie zadziałało bez użycia talizmanu.

– Niestety, muszę cię rozczarować, stary przyjacielu – odpowiedziała łagodnym głosem. Czuła energię, wypełniającą jej ciało niczym gorąca ciecz. Była gotowa. – Tej nocy jeszcze nie umrę.

Jewrel wyprostował się, jego zwisający brzuch zatrząsł się od śmiechu. Popełnił błąd, odwracając uwagę od uwięzionej. Siilva zamknęła oczy i wyszeptała trzy słowa. Starała się nadać im taką intonację, jakiej używał Hejnert podczas nauki. Udało się, bo poczuła moc, wypełniającą ramiona i nogi potężną falą. Była silna. Była nieśmiertelna. Była niepokonana.

Wstała z krzesła, jakby jej członków nie krępowały grube postronki. Sznury pękły z cichym trzaskiem. Chichot zamarł Jewrelowi w gardle, rozbójnik spojrzał na nią, ale było już za późno. Krzesło rozpadło się na kawałki, gdy zacisnęła na nim dłonie. zostały z niego dwie grube, drewniane nogi, krótkie pałki zakończone niebezpiecznymi drzazgami. Mizerna broń w porównaniu do długich noży, jakie wyciągnęli wszyscy czterej mężczyźni. Ale nie mieli najmniejszych szans. Pierwszy zginął, gdy przebiła mu czoło krótkim, mocnym pchnięciem. Drugi padł w konwulsjach po szybkim ciosie w kark, gdy z obrzydliwym chrzęstem pękły mu kręgi szyjne. Ostatni z towarzyszy grubasa zawahał się na ułamek sekundy – każdy by to zrobił, widząc jak ostrze sztyletu, zamiast wbić się w pierś Siilvy, odbija się od niej jak od stalowego pancerza. Potem umarł, z drewnianym kikutem sterczącym z gardła.

Odwróciła się do Jewrela i bez wysiłku odbiła jego cios. Zaklęcie dało jej nieludzką siłę, błyskawiczny refleks i odporność na rany. Była boginią, siejącą zniszczenie i śmierć.

Drzwi otwarły się z hukiem, do pokoju wpadli pozostali ludzie z bandy grubasa. Nim zdążył mrugnąć okiem, wszyscy leżeli martwi. Nogi ugięły sie pod nim, ciężko przysiadł pod ścianą. Przerażenie zmroziło mu ciało i jedyne, co mógł zrobić, to bezradnie patrzeć, jak Siilva podchodzi do niego wolno.

Pochyliła się ku oblanej zimnym potem twarzy bandyty. Miała jeszcze czas. Zdąży zrobić to, co trzeba, i uciec.

– Widzisz, Jewrelu – odezwała się, a jej głos wibrował nienaturalnie. – Przez całe lata nienawidziłam cię całym sercem. Obwiniałam za wszystko, co złego spotkało mnie w życiu. Śmierć matki i Leio, nienawiść ojca, ucieczka z domu i wieczna tułaczka. To były twoje grzechy. Byłam gotowa pójść do bram piekieł i z powrotem, jeśli miałoby to pomóc mi w wymierzeniu sprawiedliwości. Ale potem zrozumiałam, jaka byłam naiwna i głupia. Bo to nie ty jesteś odpowiedzialny za te tragiczne zdarzenia. No, po części jesteś, ale nie tylko ty. Przeze mnie dowiedziałeś się o Zarzeczu. Z mojego powodu zapragnąłeś zemsty na Rocreyach i bogactw mojego domu. Gdyby nie ja, moja biedna matka jeszcze by żyła. Być może byłabym teraz żoną Leio i matką gromadki pięknych dzieci. A ojciec kochałby mnie do samej śmierci, zamiast nienawidzić. Ty to zniszczyłeś, ale przeze mnie znalazłeś się na drodze najblizszych mi ludzi.

Uklękła przy drżącym rozbójniku, podniosła jego sztylet.

– Dlatego nie czuję do ciebie nienawiści – ciągnęła. – Nie obwiniam za to, co spotkało moją rodzinę. Sama sprowadziłam cię do rodzinnego domu i, może nie do końca świadomie, zabiłam tych, których kochałam najbardziej.

Przyłożyła mężczyźnie ostry czubek noża do nalanej szyi.

– Chcę, żebyś to wiedział. Że obarczam siebie odpowiedzialnością dwa razy większą, niż ciebie. Kto wie, może człowiek o szlachetniejszym sercu potrafiłby ci nawet wybaczyć. Ktoś taki, jak Leio.

Pchnęła lekko, stal wbiła się w ciało bez najmniejszego oporu.

– Ale ja jestem inna, gorsza od niego. Nie taka dobra. Nie potrafię żyć na tym samym świecie, co ty. I tylko dlatego, że mam tu jeszcze coś do zrobienia, to ty umrzesz dzisiejszej nocy, a nie ja.

Jewrel zadygotał, zacharczał i umarł. Siilva wstała i spokojnie wytarła sztylet o nogawkę. Zdąży. Ma jeszcze moment.

Wyszła z drewnianego domu. Znalazła się na kamienistej plaży kilkaset kroków od miejsca, w którym weszła do tajemnego tunelu. Rozejrzała się dookoła. Miała zaledwie kilka minut na znalezienie bezpiecznej kryjówki. Bo cena za użycie tak silnej magii była wysoka. Kobieta wiedziała, że wkrótce osłabnie i zapadnie w letarg, który mógł trwać nawet tydzień, będzie wtedy bezbronna, nieświadoma miejsca ani czasu, wystawiona na ciosy jej przeciwników. Dlatego musiała dobrze się ukryć.

Przyszedł jej do głowy pomysł, tak prosty i banalny, a mimo to stwierdziła, że dawał jej szansę na przetrwanie zapaści. Tunel.

Nirgard nigdy nie pomyśli, że mogłaby wrócić do podziemnego przejścia. Bo on na pewno rozpozna ślady magii, odczyta zaklęcie i będzie wiedział, że przez kilka dni będzie nieprzytomna i łatwa do zabicia. Ale tam nie będzie jej szukał.

Pobiegła przez plażę, ciemne kamyki strzelały na boki przy każdym susie. Zdążyła w ostatniej chwili. Poczuła pierwsze zawroty głowy, gdy stanęła przy szczelinie w skale. Weszła w mrok, czując nadchodzącą falę mdłości. Gwałtowne torsje wstrząsnęły jej ciałem, po chwili znów wypluła gorzką żółć. A sekundę potem zwaliła się bezwładnie w kałużę wymiocin, tracąc w końcu resztę świadomości i sił.

Odpłynęła w świat koszmarów.

Przejdź do kolejnej części: Rudowłosa VI: Epilog

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Bardzo się cieszę, że mogę skomentować jako pierwszy, choć z drugiej strony chciałbym, by ten rozdział serii "Rudowłosej" zyskał sobie mnóstwo ocen oraz komentarzy! No, ale może one przyjdą po moich 🙂

"Rudowłosa" prędko staje się jednym z moich ulubionych cykli na NE (jeśli w ogóle nie ulubionym z obecnie kontynuowanych). Jest tu ciekawy i stopniowo rozbudowywany, fantastyczny świat, który zaludniają intrygujące postacie. Jest konflikt o wysokim natężeniu brutalności, walka o władzę i o przeżycie. Są niespodziewane zdrady i ryzykowne alianse, zwroty akcje i cudowne wydawałoby się ucieczki.

No i przede wszystkim jest dobra zabawa, którą mam poznając losy zabójczyni Siilvy, maga Hejnerta, perwersyjnego cesarza Rootselara i całej reszty menażerii.

Ten odcinek składa się z dwóch części: obszernej retrospekcji ukazującej przeszłość Siilvy, jej moment "formacyjny", oraz rozgrywających się "dziś" wydarzeń będących następstwem ucieczki z pałacu cesarza. Przyznam szczerze, że druga część bardziej przypadła mi do gustu. Choć niewidomy kochanek Siilvy był interesującym pomysłem, nie do końca uwierzyłem w tę postać. Za to rozprawa z potworem z przeszłości w pełni mnie usatysfakcjonowała. Czekam, aż podobny los spotka kilku bardziej "magicznych" przeciwników pięknej Rudowłosej.

Pozdrawiam serdecznie i zabieram się do ponownej lektury, by wyłapać wszystkie smaczki.

M.A.

Nie czytałem jeszcze, ale ze względu na znajomość poprzednich części i stylu autora nie wątpię, że na pewno mi się spodoba. Kilka słów więcej napiszę po lekturze. 🙂

WW.

Nie zawiodłem się, bardzo mi się podobało, poznajemy lepiej bohaterkę co jest wielkim plusem, a akcja jeszcze bardziej się rozwija, postaci są coraz bardziej rozbudowane, tak samo świat i postacie pojawiające się. 🙂

Jednym słowem: cud miód. Polecam każdemu kto nie czytał.

WW.

Byłbym zapomniał, Seamanie – muszę skomplementować piękną ilustrację! Doprawdy, piękna asasynka, choć obawiam się, że tak bujne kształty mogą jej nieco przeszkadzać w walce 🙂 Zdradź proszę, skąd pochodzi, bo bez podanego źródła trudno mi ją zidentyfikować!

M.A.

Dziękuję, White Wolfie. Czyli dobrze się domyślałem,że to asasynka. W dodatku bardzo piękna!

Pozdrawiam
M.A.

Pozwolę się sobie nie zgodzić z naszym nadwornym specjalistą od spraw Greckich:).
Postać niewidomego kochanka uważam za jedną z najbardziej intrygujących postaci męskich na NE. A brakuje nam nieszablonowych panów – przynajmniej moim skromnym zdaniem.

Czytało się wyśmienicie. Twoja zdolność kreacji, swoboda z jaką to czynisz budzi moją niekłamaną zazdrość przeplatającą się z rosnącym podziwem. Rośnie również moja sympatia dla Twojej bohaterki. Uwielbiam ją szczerze!

Trochę jestem zawiedziony, że scena w płatkach róż pozostawiła takie pole mojej wyobraźni. Skoro już masz tak nietuzinkowego kochanka to Ci powiem, że ostro nabroiłeś nie wykorzystując go w żadnej scenie typowo erotycznej.

Spokojnie, Tobie jednak jestem w stanie wybaczyć każde fabularne szaleństwo – o ile dalej będziesz mnie raczył tak wykwintnymi kąskami jak ten tutaj.
Foxm

Zgódźmy się zatem, że Leio miał potencjał.

Mógł stać się postacią wyjątkową, gdyby Seaman zechciał mu dać więcej "czasu ekranowego". Gdybyśmy mieli okazję lepiej go poznać, zrozumieć. No i nie zaszkodziłaby jakaś gorąca scena między nim i Siilvą, byśmy zrozumieli, jakim był kochankiem (Scent of a woman style).

Szkoda, że Seaman stworzył intrygującą postać, a potem dość szybko ją porzucił, nie wykorzystując w pełni jej potencjału. Nawet nie wiemy, jak wyglądał wypadek, który przytrafił się Leio. Nie wiem jak inni, ale ja chętnie bym się dowiedział.

Traktuję Leio raczej jako niewykorzystaną szansę niż jako w pełni rozwiniętego bohatera. Dlatego pewnie różnimy się w jego percepcji.

Pozdrawiam
M.A.

Seaman zbuntowany przeciw kanonom. Hmmm. Nie będę rozwijał tego wątku.

Czytało się świetnie. Już ktoś to powiedział, a ja powtarzam. Nie pozostaje nic innego, tylko czekać na ciąg dalszy.

Bardzo fajna część. Postać Leio ciekawa, również trochę żałuję, że nie było więcej o tych wspomnianych płatkach, ale rozumiem, że opowieść mogłaby wytracić dynamikę. Mam tylko nadzieję, że wynagrodzisz wiernej fance w następnym odcinku jakąś smakowitą scenką 🙂

Lubię Siilvę, ciekawi mnie, dokąd zmierza Twoja historia, jak zamierzasz ją rozwijać i co zawrzesz w wielkim finale. Póki co (chyba, że szczegółów nie pamiętam – znaczy muszę powtórzyć lekturę dotychczasowych odcinków) trudno mi przewidzieć ciąg dalszy – ale to bardzo dobrze, bo z wielką ciekawością połknę kolejną część.

A, drogi Seamanie zdradziłbyś może ile jeszcze odcinków planujesz?
Tak na marginesie – podpisuję się pod zabarwionym zazdrością uwielbieniem Foxa odnośnie Twojej umiejętności wprowadzania nowych barwnych postaci, konstruowania tak rozbudowanego świata i wplatania nowych wątków. Podziwiam tym bardziej, że ja jeszcze niestety nie posiadłam umiejętności budowania takiego epickiego rozmachu. A nie mówię – chciałabym 😀

Pozdrawiam i czekam na kolejną część!!
Rita

Mogę tylko powtórzyć za innymi oraz za swoimi komentarzami do poprzednich części: świetne, naprawdę świetne. Brawo, seamanie.

Jako napisana z rozmachem opowieść fantasy tekst godny pochwały i wysokiej oceny, czyta się dobrze, opowieść wciąga. Nad erotyką nie ma co się rozwodzić, bo w zasadzie nie występuje. Moim zdaniem utworowi wcale to zresztą nie szkodzi. Postać Leio naprawdę ciekawa i nieszablonowa. Zastanawia mnie jednak to, jakim cudem niewidomy mógł zostać uczniem bibliotekarza? To wyraźna nielogiczność. Największe zastrzeżenie to zakończenie w stylu „Deus ex machina”. Napięcie fabuły doprowadzone do punktu krytycznego i co? Autorowi zabrakło pomysłu na rozwiazanie i posłużył się magicznym zaklęciem. Droga na skróty, inaczej trudno to nazwać. Język poprawny, czyta się gładko. W którymś z akapitów w środkowej partii raz za razem pojawiało się slowo „spokój” w różnych formach, ale bywają gorsze lapsusy. Gdyby nie wspomniana mielizna fabularna w zakończeniu, dałbym ocenę najwyższą.

Napisz komentarz