Opowieść helleńska: Demetriusz XIV (Megas Alexandros)  4.47/5 (69)

34 min. czytania

John Reinhard Weguelin, „Lesbia”

Poprzedniego wieczoru Demetriusz długo nie mógł zasnąć, a gdy w końcu zamknął oczy, bogowie zesłali mu przerażające wizje. Do późna przewracał się na łóżku, wydając z siebie nieprzytomne jęki – jakby próbował wyrwać się z miejsca zbyt straszliwego, by móc w nim pozostać. W końcu, na krótko przed świtem, zerwał się z posłania, cały zlany potem. Duszna noc, która nastała po upalnym dniu, nie mogła przynieść mu wytchnienia. Wciąż nie do końca świadom, gdzie się znajduje, Falerończyk wymacał miejsce na pościeli, w którym powinna leżeć Raisa. Pragnął przytulić ją mocno do siebie i zapomnieć o tym, co ujrzał we śnie. O śmierci i bólu, o krzykach umierających przyjaciół i o jej błękitnych oczach, które nieubłaganie opuszczało życie.

To tylko majaki, próbował przekonać sam siebie. Nie miał jednak pewności.

Wszak było powszechnie wiadomo, że poprzez sny bogowie kontaktują się ze śmiertelnymi. W królestwie Hypnosa można było napotkać zarówno nic nie znaczące wizje, jak i zapowiedzi przyszłych wydarzeń. Problemem pozostawała interpretacja. A także to, by po zbudzeniu zapamiętać, co dokładnie się ujrzało. Już teraz mgła zapomnienia spowijała koszmar, który przez pół nocy męczył Demetriusza. Wciąż jednak nie mógł zapomnieć o martwiejących powoli oczach Iliryjki. A także o przeciągłym krzyku rannego Menandra.

 Menander. Demetriusz uzmysłowił sobie w końcu, że komnata, w której się obudził, jest izbą gościnną domu poety. Potem przypomniał sobie wszystko, co stało się poprzedniego dnia. Porażka w konkursie komediowym, tym bardziej bolesna, że niezawiniona. Wygwizdanie jego przyjaciela w Teatrze Dionizosa. Ostateczne zerwanie z Fojbiane, pierwszą heterą Aten. Chaos na ulicach, który w każdej chwili mógł przerodzić się w zamieszki.

Za oknami było coraz jaśniej. Z mroku nocy rodził się kolejny dzień. Falerończyk nie potrafił się nim jednak cieszyć. Cóż bowiem mógł przynieść świt? Konkurs tragiczny, który miał się właśnie rozpocząć, przestał być dla Demetriusza czymś wartym oczekiwań. Był przekonany, że obaj z Menandrem do końca festiwalu nie przekroczą progu amfiteatru. Może powinniśmy opuścić Ateny, pomyślał ponuro. Ale dokąd się udać? I za co? Nie mieli przecież złamanego obola.

Zwlekł się z posłania i w ciemności odnalazł swą tunikę. Wsunął ją przez głowę, po czym udał się do kuchni. Sędziwi niewolnicy Menandra, mężczyzna i kobieta, krzątali się już przy ogniu dwóch lamp oliwnych. Demetriusz poprosił o wodę, staruszka bez słowa podała mu wypełniony do połowy dzban. Napił się prosto z niego. Woda była wprawdzie dość ciepła, ale czysta i smaczna. Przyniosła odrobinę ulgi jego spierzchniętemu gardłu. Pokrzepiony skierował się do głównej izby domu, którą zajmował sam poeta.

Znalazł go siedzącego nieruchomo nad niskim stołem. Menander wpatrywał się nieobecnym spojrzeniem w drewniany blat. Wyglądał, jakby usilnie zastanawiał się nad jakimś problemem, lecz mimo to wciąż nie znajdował zadowalającego rozwiązania. Demetriusz stał przez chwilę w progu, po czym usiadł obok przyjaciela.

– Domyślam się, że przez całą noc nie zmrużyłeś oka. – Nie musiał nawet zadawać pytania.

– Sądząc po odgłosach, które dochodziły z twojej komnaty – odparł poeta – nie warto było zasypiać.

– Chyba masz rację. Ten upał nie pozwala nawet odpocząć.

Przez pewien czas zgodnie milczeli.

– Powinniśmy wyjechać – rzekł w końcu Falerończyk. – Zostawić za sobą to niewdzięczne Miasto. Znaleźć wytchnienie od jego cuchnących wyziewów.

– Moglibyśmy zatrzymać się w moim gospodarstwie, w demie Hecale – odparł po chwili zastanowienia Menander. – Dom to zaledwie jedna izba, a i gruntu nie mam zbyt wiele. Ale powietrze jest czyste, strumyki rozkosznie chłodne, a pobliski zagajnik pełen jest ptactwa, na które mógłbyś polować.

– Czegóż chcieć więcej? Powinniśmy sposobić się do drogi.

– Udam się dziś do gimnazjonu i pożegnam z przyjaciółmi. Nie chcę, by się martwili. Pójdziesz ze mną, Demetriuszu?

– Z przyjemnością. Miło będzie znów ich ujrzeć.

W tym momencie do komnaty weszła stara niewolnica. Była czymś wyraźnie zaniepokojona.

– Panie – zwróciła się drżącym głosem do Falerończyka. – Jacyś ludzie czekają w ogrodzie. Chcą się z tobą widzieć. Przywiedli ze sobą dziewczynę…

Ostatnie zdanie sprawiło, że serce Demetriusza zabiło mocniej. Prędko podniósł się od stołu. Gdy mijał niewolnicę, zdążyła jeszcze powiedzieć:

– Bądź ostrożny, panie. Mają ze sobą broń.

Jednak pędzącego w stronę ogrodu młodzieńca nic już nie mogło skłonić do rozwagi czy też ostrożności.

* * *

Kiedy hetera otworzyła oczy, poraził ją blask słońca. Poruszyła się gwałtownie, jakby zbudzona ze złego snu, i naraz całe jej ciało ożyło bólem. Było to tak nagłe i niespodziewane, że aż zachłysnęła się krzykiem.

Wspomnienia powróciły do niej jedną, spiętrzoną falą. Przez kilka strasznych, pełnych dezorientacji chwil myślała, że wciąż jest w rezydencji Hiperejdesa, porzucona tylko na moment, by biesiadnicy i niewolni odpoczęli między kolejnymi gwałtami. Dopiero po jakimś czasie dotarło do niej, że leży na ulicy. A raczej w ślepym zaułku, gdzie mieszkańcy okolicznych domów wyrzucali pozostałości jedzenia, zgniłe warzywa, skorupy rozbitych amfor oraz wszelkie inne nieczystości. Panujący tu smród był wprost nie do wytrzymania. Cisnęli mnie tutaj, gdy się im znudziłam, pojęła z mieszaniną wstrętu oraz grozy. Gdy nie byłam już dość dobra nawet dla służby. Nagle poczuła, że nie może pozostać tu ani chwili dłużej. Próbowała zerwać się na równe nogi, ale niewiele to dało. Jęknęła z bólu i osunęła się na ziemię.

Obmywało ją morze cierpienia. Plecy miała otarte do krwi, bo rzucono ją na kamieniste, nierówne podłoże, pokryte okruchami ceramiki. Piersi były posiniaczone od tuzinów ściskających je brutalnie dłoni. Hetera czuła tępy ból głęboko w podbrzuszu, zaś miejsce pomiędzy pośladkami paliło ją żywym ogniem. W przeszłości wielu jej klientów bywało brutalnych, zwłaszcza na początku, gdy była jeszcze zwykłą porne w domu rozkoszy. Później również zdarzali się kochankowie, którzy nie pojmowali znaczenia słowa „delikatność”. Jednak nigdy dotąd Fojbiane nie doświadczyła czegoś równie okrutnego. Pamiętała bezlitosne spojrzenie Kritiasa, który sycił się jej hańbą, pamiętała wściekłość Neiry, która policzkowała ją i obrzucała wyzwiskami. Pamiętała zmieniających się w niej co chwila mężczyzn, całkiem nieczułych na płacz i błagania. Strużki śliny spadające na mokrą od łez twarz. Śmiech, szyderstwa, kpiny. Choć bardzo chciała zapomnieć, nie była do tego zdolna.

Znów spróbowała się podnieść – tym razem nie tak gwałtownie. Wsparła się o pobliski mur i ostrożnie stanęła na ugiętych nogach. Zrozumiała, że jest niemal całkiem naga. Strzępy pysznej niegdyś sukni zwisały z jej ramion. Nie zostało nawet tyle tkaniny, by zakryć nią obfity biust hetery. Dolna część jej ciała była całkiem odsłonięta. Oprawcy dołożyli starań, by nic im nie przeszkadzało w korzystaniu z jej wdzięków. Na udach i między pośladkami wciąż miała zaschnięte resztki ich nasienia. Jak w takim stanie mogła iść do domu? Czy po koszmarnej nocy czeka ją jeszcze upokorzenie przed całym Miastem?

Nie mogła się zmusić do wyjścia z zaułka i pójścia między ludzi, do pokazania całemu światu, jak bardzo została poniżona. Ta, którą jeszcze zeszłego wieczoru zwano pierwszą heterą Aten! Wolała już pozostać tu do nocy, choć smród gnijących w upale śmieci przyprawiał o mdłości. Całkiem zrezygnowana, usiadła pod murem, jak najdalej od wylotu uliczki. Objęła swe kolana ramionami, pochyliła głowę. Choć zdawało jej się, że w nocy wypłakała już ostatnie łzy, teraz znowu popłynęły, obfite i niepowstrzymane. Zmaltretowanym ciałem Fojbiane wstrząsnął szloch.

* * *

Droga pod górę była kręta, szczęśliwie jednak niezbyt stroma. Aratos był za to wdzięczny bogom. Jego wycieńczony trucizną organizm źle znosił długotrwały wysiłek. Doskwierał mu również panujący niepodzielnie upał. Gdy tylko podjął wspinaczkę górską ścieżką, jego skóra momentalnie pokryła się potem. Nim dotarł do celu swej podróży, pot zalewał mu już oczy i całkiem skleił włosy. Kreteńczyk wiedział, że przedstawia sobą godny pożałowania widok. Z pewnością nie tak chciał stanąć przed pierwszą kapłanką. Nie było wszakże innej rady. Z pewnością nie każe jej czekać, aż sam zażyje kąpieli. Służebnice bogów należało szanować i Aratos nigdy tego nie zaniedbywał. Nawet, gdy jako pirat trudnił się mordowaniem i grabieżą, zawsze pamiętał o tym, by czcić panów Olimpu, nie okradać poświęconych im gmachów i nade wszystko z respektem traktować kapłanów.

Świątynia Artemidy wzniesiona na zboczu góry Oros była kiedyś jedną z najważniejszych na Eginie. Losy sanktuarium układały się podobnie jak losy wyspy. Gdy ta była u szczytu potęgi, a egineckie statki handlowe żeglowały do brzegów Egiptu i Syrii, dom bogini kwitł. Wzbogacił się o kolumny z paryjskiego marmuru, a szaty świętego posągu rozbłysły prawdziwym złotem. Potem było już tylko gorzej. Kiedy Ateńczycy złamali siłę Eginetów i uczynili ich swymi wasalami, świątynia opustoszała. Przestali ją odwiedzać pielgrzymi z Eubei i Peloponezu, rzeka kosztowności, która płynęła do skarbca, zmieniła się w wąski strumyk, a potem całkiem wyschła. Nieliczna pozostała na wyspie ludność nie była w stanie utrzymać zastępów przyzwyczajonych do życia w luksusie kapłanek oraz armii ich niewolników. Najpierw sprzedano tych ostatnich. Potem stopniowo zmniejszano ilość służebnic Artemidy. Odchodziły do innych sanktuariów lub umierały ze starości – a wówczas nie przyjmowano kolejnych do nowicjatu. W końcu sięgnięto do skarbca. Zaczęło się wyzbywanie zgromadzonego przez wieki majątku.

Sanktuarium całkiem by upadło, gdyby nie znalazł się mecenas, arystokrata z Faleronu. Już ojciec Dionizjusza łożył znaczące sumy na odrestaurowanie gmachu i nowe szaty dla posągu. Sam Dionizjusz najchętniej pozbyłby się tego ciężaru, lecz dobrze rozumiał, że czyniąc to, uderzyłby we własny prestiż. Srebro, które oddawał świątyni, pozwalało mu na odgrywanie roli człowieka hojnego i pobożnego zarazem. A taki wizerunek był niezwykle przydatny dla pnącego się po szczeblach politycznej kariery Ateńczyka. Innym natomiast, pobocznym zyskiem była wdzięczność dziewiczych kapłanek.

Język Dionizjusza rozwiązał się kiedyś przy winie. Opowiedział wtedy Aratosowi, że wkrótce po tym, jak objął opiekę nad świątynią, dano mu do zrozumienia, że najpiękniejsza ze służebnic Artemidy jest otwarta na propozycje z jego strony. Choć pokusa była wielka, Ateńczyk nigdy nie sięgnął po zakazany owoc. Gdyby podobna miłostka wyszła na jaw, byłby skończony. Musiałby na zawsze odejść z życia publicznego. Ryzyko kompromitacji było zbyt poważne, by odważył się zaryzykować. Kreteńczyk słyszał co nieco o owej rozwiązłej dziewce. Choć posunęła się nieco w latach, wciąż była znana z olśniewającej, dojrzałej już urody. Pełniła też godność pierwszej kapłanki sanktuarium. Ponoć nigdy nie czyniła Dionizjuszowi żalów z powodu tego, że nią wzgardził. Wręcz przeciwnie – chętnie oddawała mu wszelkie inne usługi. Obecnie zaś odgrywała rolę strażnika więziennego dla niezwykle cennej zakładniczki: córki Ateńczyka Demostenesa.

To właśnie ona była powodem, dla którego Aratos podjął się wyprawy. Po utracie reszty zakładników – pierworodnych synów ateńskich demokratów – stronnictwu oligarchicznemu pozostała już tylko ona. Kreteńczyk wiedział, że ma szesnaście lat i nosi imię Korinna. Była ostatnią gwarancją, że jej ojciec pozostanie neutralny w politycznej batalii, która wstrząsała Atenami.

Kreteńczyk zastanawiał się, czy naprawdę jest aż tak cenna. Powszechnie wiadomo było, że Ateńczycy traktują córki raczej jak dopust boży, niż jak błogosławieństwo. Dziewczęta nie mogły dziedziczyć majątku ani kontynuować ciągłości rodu. Wydanie ich za mąż wiązało się z koniecznością ustanowienia hojnego posagu. Posiadanie kilku dziewcząt mogło zatem oznaczać bankructwo dla ojca. Dlatego też obywatele Miasta często porzucali niemowlęta płci żeńskiej. Woleli wychowywać synów, zdolnych do pomnożenia bogactw i przekazania ich następnym pokoleniom. Zaś ci mniej zamożni, gdy popadali w długi, nie wahali się sprzedać swych córek w niewolę, nawet wbrew obowiązującym prawom. Niektóre domy rozkoszy szczyciły się tym, że oferują usługi rodowitych Atenek. Byli klienci, którzy uważali to za dodatkową podnietę. Aratos nigdy do nich nie należał. Wątpił wszakże, czy Demostenes faktycznie da się szantażować tak słabym atutem.

W gruncie rzeczy, nie miało to jednak znaczenia. Dionizjusz – człowiek, któremu zaprzysiągł wierność – wydał mu jasne polecenie: „Pożeglujesz na Eginę. Weźmiesz ze sobą tylu ludzi, ilu ci trzeba. Przejmiesz dowództwo na wyspie i będziesz strzegł córki Demostenesa jak oka w głowie”. Kreteńczyk to właśnie zamierzał uczynić. Wolał nie pamiętać o drugiej części rozkazu: „Gdyby jednak okazało się, że nie uda się ochronić dziewki… nakazuję ci ją zgładzić. Demostenes ukorzy się przede mną albo do końca życia będzie opłakiwał córkę”.

Zziajany i spocony pod tuniką Kreteńczyk dotarł do niewielkiego obozu, który najemnicy Dionizjusza założyli w połowie drogi do świątyni. Pierwsza kapłanka nie pozwoliła im rozbić namiotów bliżej swoich włości. Bała się, że niezdyscyplinowani żołdacy mogliby się wziąć do gwałcenia jej podwładnych. Poza tym droga, której strzegli, była jedyną wiodącą do sanktuarium. Każdy, kto chciałby odbić Korinnę, musiałby iść właśnie tędy. Lepiej, by ewentualna walka rozegrała się w tym miejscu, z dala od ziemi poświęconej Artemidzie. Było wszak powszechnie wiadomo, że rozlew krwi w granicach świętego okręgu sprowadzał klątwę mściwych bogów. A żaden z nich nie dorównywał surowością Wielkiej Łowczyni – tej, która zgładziła niegdyś Akteona za to tylko, że ujrzał ją nagą podczas kąpieli.

Zbrojni czekali przed obozem. Gdy tylko spostrzegli towarzyszący Aratosowi oddział, zaczęli gotować się do walki. Wkrótce stanęli w pełnym rynsztunku, z tarczami przypiętymi do ramion i z włóczniami w dłoniach. Ich wódz, zwalisty drab o łysej jak kolano czaszce, łypał na nowoprzybyłych nieufnym spojrzeniem. Dłoń zabijaki spoczywała na rękojeści krótkiego, spartańskiego miecza. Dopiero po dłuższej chwili rozpoznał Kreteńczyka. Jego małe, świńskie oczka wypełniły się zdumieniem. Jak bardzo się zmieniłem, pomyślał gorzko Aratos. Nawet starzy towarzysze broni widzą we mnie obcego starca. A przecież nie skończyłem jeszcze czterdziestu lat!

 – Dowódco! – wykrztusił całkowicie zaskoczony drab. – Co ci się…

– To drobiazg, Pamfilosie, nie warto się tym przejmować – machnął ręką Kreteńczyk. Starał się uspokoić oddech po przeżytym właśnie wysiłku. – Rad jestem widząc, że ty i twoi chłopcy nie tracicie czujności.

– Nigdy – Pamfilos splunął na ziemię i otarł usta wierzchem dłoni. – Nie chcę skończyć jak ten głupiec Amphimachos. Ponoć zanim go zabili, wpierw urwali mu kutasa.

– Odgryźli, dokładnie rzecz ujmując.

Zwalisty najemnik wzdrygnął się ze wstrętem. Zaraz jednak posłał Aratosowi uważne spojrzenie.

– Co cię do nas sprowadza, dowódco?

– Jak widzisz, przywiodłem posiłki. Mogą się przydać. Poza tym z rozkazu Dionizjusza przejmuję dowodzenie. Ty będziesz moim zastępcą. Rozlokuj dodatkowych żołnierzy. Niestety, nie mamy swoich namiotów, więc nocą ludzie będą musieli się trochę ścisnąć.

Pamfilos nie wyglądał na zachwyconego. Zdobył się jednak na niechętny gest:

– Jeśli sobie tego życzysz, oddam ci swój własny namiot.

Niegdyś Kreteńczyk skorzystałby z takiej oferty. Lubił dzielić ze swymi ludźmi wszelkie trudy i niewygody. Uważał, że to jego obowiązek; poza tym zyskiwało mu to mir oraz szacunek żołnierzy. Odkąd jednak wrócił spośród martwych, doceniał wszelkie luksusy, na jakie tylko mógł sobie pozwolić. Skoro trucizna zmieniła go w sędziwego męża, nie wypadało mu już spać na gołej ziemi. Czy nawet na żołnierskim płaszczu.

– Nie ma takiej potrzeby – odparł. – Zatrzymam się w świętym okręgu. Mają tam, o ile dobrze pamiętam, zajazd dla pielgrzymów.

– Powodzenia – najemnik skrzywił się z pogardą. – Obawiam się jednak, że ta świątynna kurwa odprawi cię z niczym. Nie pozwoliła moim chłopcom zamieszkać w zajeździe.

– Jaka znowu świątynna kurwa? – spytał ostro Aratos. Po chwili zrozumiał. Zmarszczył brwi i popatrzył twardo w świńskie oczka tamtego. – O pierwszej kapłance sanktuarium będziesz się wypowiadał z należytym szacunkiem. Lepiej to zapamiętaj, bo nie będę powtarzał.

Pamfilos zamarł w bezruchu, słysząc twardy ton w słowach Kreteńczyka. Minęła chwila, potem następna. Żołnierze przyglądali się tej konfrontacji w pełnym napięcia milczeniu. Aratos poczuł ukłucie niepokoju. Jeśli Pamfilos mu się sprzeciwi, nie będzie miał jak zmusić go do posłuszeństwa. Kiedyś nawet nie przejmowałby się takim nędznikiem. Teraz jednak miał świadomość, że jego władza opiera się tylko i wyłącznie na autorytecie, nie popartym już siłą ani szermierczą zręcznością. Wystarczy, by tamten uznał, że Aratos blefuje. Na szczęście, nie starczyło mu na to odwagi. Po dłuższym wahaniu skinął głową i rzekł:

– Zgodnie z rozkazem, dowódco.

Kreteńczyk stłumił westchnienie ulgi. Bez zbędnych słów minął zwalistego najemnika i na nowo podjął wspinaczkę w górę ścieżki. Prędko zapomniał o incydencie i skupił się na samym marszu, coraz trudniejszym dla wycieńczonego organizmu. Przed nim wznosiła się świątynia. Kiedy wreszcie do niej dotarł, zdało mu się, że stare kolumny pochylają się nad nim, grożąc zawaleniem. By powstrzymać nagły zawrót głowy, wsparł się ręką o jeden z marmurowych filarów. Dyszał z wysiłkiem, jakby właśnie ukończył maratoński bieg. Jego serce waliło w piersi, jak gdyby chciało wyrwać się na wolność. Przed oczyma zawirowały mu czarne cętki. Zacisnął zęby i ze wszelkich sił starał się zachować przytomność. W końcu udało mu się uspokoić oddech. I właśnie wtedy, gdy oderwał spojrzenie od najniższych stopni schodów i zaczął podnosić głowę, usłyszał melodyjny głos, bez wątpienia należący do kobiety:

– Czekałam na ciebie, Aratosie z Hierapytny.

* * *

Szybkim, niecierpliwym krokiem Falerończyk wyszedł na próg domu, w bladą wciąż jasność poranka. Ogród, koszmarnie zaniedbany z powodu braku rąk do pielenia chwastów i przycinania krzewów, o tej porze dnia wyglądał niemal pięknie. Młodzieńcowi nie w głowie było jednak podziwianie otaczającej go przyrody.

– Bądź pozdrowiony, Demetriuszu, synu Dionizjusza – oficjalnie powitał go łysy grubas o smagłej cerze oraz gładkich licach. Po obu jego stronach, nieco z tyłu, stali dwaj mężczyźni o wyglądzie najemników.

– Aszurze… – Demetriusz urwał raptownie. Nigdy nie lubił eunucha będącego przełożonym wszystkich niewolników jego ojca. Teraz jednak nie miało to znaczenia, bowiem Syryjczyk odsunął się na bok, ukazując stojącą za nim dziewczynę. Na jej widok serce jeszcze mocniej zabiło w piersi Falerończyka. Była odziana w prosty peplos z białej wełny oraz narzucony nań płowy himation, spięty przy pomocy jedynej ozdoby, jaką posiadała – broszy z lapis lazuli, tej samej, którą niegdyś jej wręczył. Jasne włosy spływały swobodnie na jej ramiona. Oczy Iliryjki były wielkie, błękitne jak pogodne niebo i bardzo stęsknione.

Nie bacząc na obecność Aszura oraz zbrojnych, Demetriusz rzucił się w jej stronę. Zdążyła tylko unieść ramiona. Przytulił ją z całych sił, poczuł, jak jej ciało przywiera do niego, ciepłe, spragnione, ufne. Zanurzył twarz w jasnych włosach i wciągnął w nozdrza ich woń. Dopiero teraz, gdy odzyskał dziewczynę, uświadomił sobie, jak bardzo mu jej brakowało. A przecież rozstanie trwało ledwie kilkanaście dni. W duchu poprzysiągł sobie, że już nigdy nie pozwoli, by znowu ich rozdzielono. I choć wiele razy łamał swoje obietnice, także te złożone Raisie, gorąco wierzył, że tej jednej dane mu będzie dotrzymać.

Syryjczyk odczekał kilka chwil, po czym znacząco odchrząknął. Widząc, że nie udało mu się przyciągnąć uwagi Demetriusza, uczynił to ponownie – tym razem dużo głośniej. Młodzieniec dopiero teraz uświadomił sobie, że eunuch oraz stojący wokół mężczyźni gapią się na niego. Z pewnością Aszur opowie ojcu o tym, jak bardzo jest niezdyscyplinowany, ulega niskim emocjom i daje się ponieść żądzy. W tym momencie wszakże mało go to obchodziło. Przywykł już do faktu, że ojciec ma dla niego wyłącznie potępienie. I choć sprawiało mu to ból, pogodził się z tym faktem. Nie miał w sobie nic z Falerończyków, którzy stworzyli potęgę rodziny i uczynili ją jedną z najmożniejszych w Attyce. Gdyby się nad tym głębiej zastanowić, Demetriusz wcale nie chciał dzielić ich przymiotów oraz wad. To byli zimni, wyrachowani ludzie, pozbawieni litości oraz sumienia. Tocząc swe walki o wpływy, majątek i władzę, szanowali tylko tych, którzy dorównywali im mocą, deptali zaś maluczkich, często nawet nie zauważając ich istnienia. Przypominali raczej herosów z mitów i legend niźli prawdziwych ludzi. Nie bez przyczyny, wszak ród swój wywodzili od samego Tezeusza, króla Aten z zamierzchłych czasów. Ostatnim z nich był Dionizjusz. Lecz jego syn okazał się kimś zupełnie innym.

– O co chodzi, Aszurze? – spytał Demetriusz, niechętnie odsuwając od siebie Raisę. – Chcesz chyba coś powiedzieć…

– Twój ojciec, a mój pan – zaczął Syryjczyk – przypomina ci o obietnicy, którą złożyłeś. Wierzy w to, że jeszcze dziś zjawisz się w gimnazjonie i podejmiesz zawieszone ćwiczenia. Jutro zaś zmierzysz się z Korojbosem i tym razem go wyprzedzisz. Dostojny Dionizjusz wyraża nadzieję, że to właśnie tobie przypadnie zaszczyt reprezentowania Aten na najbliższych Igrzyskach Pytyjskich. Kazał mi również przypomnieć, że to, co ofiaruje, może równie łatwo zabrać. Miej to na uwadze, gdy nazajutrz staniesz na bieżni.

Zawarta w owych słowach groźba była aż nadto czytelna. Demetriusz objął Raisę w talii i mocno przyciągnął do siebie. Wydawała się nieco zaskoczona jego niespodziewaną gwałtownością, lecz nie ośmieliła się otworzyć ust. Również czuła, że w tej właśnie chwili ważą się jej losy.

– Ona należy do mnie –rzekł młodzieniec z całą stanowczością, na jaką potrafił się zdobyć. – A jeśli ojciec postanowi mi ją zabrać, może zapomnieć o igrzyskach. Nie tylko pytyjskich, ale i wszystkich następnych. Chyba że spłodzi jeszcze jednego syna i poczeka następne osiemnaście lat. Możesz mu to powtórzyć. Nie pozwolę mu się więcej szantażować.

Eunuch zbladł na tyle, na ile pozwalała mu oliwkowa karnacja. Przez chwilę nie wiedział, co odpowiedzieć. W końcu sięgnął w stronę swego pasa. Odpiął pękatą sakiewkę i potrząsnął nią. Zabrzęczała metalicznie.

– Dostojny Dionizjusz kazał wręczyć ci również to – rzekł, wyciągając rękę w stronę Falerończyka. – Nie życzy sobie, by jego syn żył na koszt innych mężczyzn, jak zwykły utrzymanek. Jest tu dość srebra na kilka tygodni dostatniego bytowania. A także na spłatę długów, które z pewnością zaciągnąłeś.

Widząc wahanie Demetriusza, Syryjczyk dodał prędko:

– Przyjęcie tego daru nie wiąże się z żadnymi warunkami.

W pierwszym momencie młodzieniec faktycznie chciał unieść się honorem i odmówić. Gdy się jednak nad tym zastanowił, pojął, że naprawdę potrzebuje gotówki. Zdawał sobie sprawę, jak dużym jest ciężarem dla Menandra i jego skromnego gospodarstwa. A teraz była jeszcze Raisa. Ona również musiała coś jeść. Dlatego też z głębokim niesmakiem wyciągnął rękę po pieniądze.

– Powiedz mojemu ojcu, że dziękuję mu za jego hojność – powiedział cicho. Chciał, by ta upokarzająca scena dobiegła już wreszcie końca. – Niezwłocznie udam się do gimnazjonu i wznowię ćwiczenia.

 – Mój pan będzie rad. Jest jeszcze jedna sprawa… Czy potrzebujesz zbrojnej ochrony? W Mieście zrobiło się ostatnio bardzo niebezpiecznie. Co nocy popełniane są morderstwa, ograbiono wielu zacnych obywateli Aten. Dostojny Dionizjusz z chęcią oddeleguje dwóch ze swej straży przybocznej…

– Nie ma takiej potrzeby – przerwał mu Demetriusz. – Noce spędzam bezpiecznie, w domu Menandra. Nie włóczę się po tawernach i burdelach. A z tego, co widziałem w amfiteatrze, zbrojna eskorta znacznie bardziej przyda się ojcu. Nie ma powodu osłabiać jej dla mnie.

– Jak sobie życzysz – Aszur pokłonił się nisko. – Pozwolisz zatem, że się oddalimy.

– Za nic w świecie nie chciałbym was zatrzymywać.

Tym razem Demetriusz zdołał zapanować nad sobą na tyle, by poczekać, aż eunuch i dwaj najemnicy opuszczą ogród. Dopiero wtedy zwrócił się ku Raisie. Nim jednak zdążył cokolwiek przedsięwziąć, to ona rzuciła mu się na szyję. Jej usta były gorące, miękkie i smakowały latem. Całowali się długo, tuląc się do siebie. Przez cienki materiał tuniki oraz peplosu Falerończyk czuł, jak jędrne piersi Iliryjki ocierają się o jego tors. Ona zaś z pewnością wyczuła twardość między jego udami, która napierała na jej podbrzusze.

* * *

– Na Zeusa! Co wyście jej zrobili?!

Słowa wypowiedziane zostały cichym, lecz wyraźnym głosem, w którym drżała z trudem ukrywana furia. Jakimś cudem przedarły się do otępiałego rozpaczą i bólem umysłu Fojbiane. Sprawiły, że powstrzymała łkanie i uniosła głowę. Nie była już sama. Zaledwie kilka kroków od niej stało trzech mężczyzn. Hiperejdes spoglądał na nią z gniewem wymalowanym na niezwykle bladej twarzy. Najwyraźniej wciąż odczuwał skutki przypadłości, która zmusiła go wczoraj do opuszczenia sympozjonu. By utrzymać się na nogach, wspierał się na ramieniu rosłego niewolnika odzianego jedynie w przepaskę biodrową. Kilka kroków za adwokatem stał jego kochanek, Narkissos. Jego widok sprawił, że hetera zesztywniała. To on, ten urodziwy młodzieniec o jasnych lokach oraz pięknych oczach, był jednym z jej dręczycieli. Zgwałcił ją zaraz po Eubulosie. Przypomniała sobie, jak bezlitośnie wciskał swoją męskość między jej pośladki. Jak szarpał ją za włosy, penetrując brutalnymi pchnięciami. Kiedyś marzyłaby o tak przystojnym kochanku… Teraz potrafiła się go tylko bać.

Dziś jednak w Narkissosie nie zostało nic z wczorajszej pewności siebie. Był niemal równie blady jak Hiperejdes – bynajmniej nie z powodu choroby. Przygryzał nerwowo swoje pełne wargi i przestępował z nogi na nogę. Fojbiane zdawało się nawet, że drżał, choć dzień był nadzwyczaj upalny. Drżał!

 – To nie był mój pomysł… – wydusił z siebie efeb. – Tak się po prostu stało…

Adwokat obrócił się ku niemu i uniósł rękę. A potem spoliczkował młodzieńca, tak mocno, że ten aż zatoczył się na pobliski mur. Siła uderzenia sprawiła, że Hiperejdes zakołysał się na nogach. Straciłby równowagę i zwalił się na podłoże, gdyby nie czujny niewolnik. Chwycił swego pana w ramiona i nie pozwolił mu upaść.

– To też się stało. Tak po prostu – wycedził przez zęby Ateńczyk. – Fojbiane była moim gościem! Nic złego nie powinno jej spotkać pod mym dachem. Jak mogłeś na to pozwolić?!

Narkissos kulił się na ziemi, nie ważąc się powstać. Hiperejdes splunął mu między nogi, a potem całkiem o nim zapomniał. Zwrócił się do Fojbiane. Postąpił kilka kroków w jej stronę i opadł na jedno kolano. W jego oczach wciąż widziała niebezpieczne błyski. Miała jednak świadomość, że to nie ona jest ich przyczyną.

– Przebacz mi, Szmaragdowooka – rzekł. Ściągnął ze swych ramion wierzchni płaszcz i okrył nim nagie ciało hetery. – Nie zadbałem należycie o twe bezpieczeństwo. Pozwoliłem, by spotkało cię najgorsze. Przebacz mi, a przysięgam, że zrobię wszystko, by jakoś to naprawić…

Fojbiane z trudem przełknęła ślinę. Sił starczyło jej na jedno, krótkie zdanie.

– Czy ukarzesz Kritiasa?

Twarz adwokata pobladła jeszcze bardziej. Nie odpowiedział. Westchnęła z rezygnacją. Czegóż mogła się spodziewać? Była godną pogardy ladacznicą, a Kritias – pierwszym kapłanem delfickiego sanktuarium. Każdego dnia miażdżył pod swoimi stopami tak nieznaczące stworzenia jak ona.

– Zabierz mnie do domu – wyszeptała. Była zbyt słaba, by doprecyzować swe życzenie. Hiperejdes jednak w lot pojął, że Fojbiane chodzi o jej własną willę.

– Sprowadź lektykę – rzucił w stronę Narkissosa. – Biegiem! A ty podnieś ją. Tylko delikatnie! Dość już się nacierpiała.

Półnagi niewolnik pochylił się nad heterą. Jego silne ramiona objęły ją i uniosły w górę. Głowa Fojbiane odchyliła się do tyłu. Szmaragdowe oczy skryły się pod ciężkimi powiekami. Wdzięczna temu, który zabrał ją z uwalanego brudem podłoża, nawet nie pomyślała, że zeszłej nocy mógł być jednym z jej oprawców.

* * *

Prowadziła go przez święty okręg Artemidy, wytyczony między sanktuarium, a stokiem góry, w tym miejscu szczególnie stromym. Wąski płaskowyż porastał dziki ogród, przypominający niekiedy puszczę, w której mogłaby polować boska łowczyni. Pośród drzew i gęstych krzewów wznosiły się nieliczne budynki – dom kapłanek, zajazd dla pielgrzymów, stajnia oraz kuchnie. Przed zajazdem znajdowała się fontanna zasilana górskim strumieniem, który przepływał nieopodal. Przerzucono nad nim drewniany mostek, na który właśnie wstępowali. Kreteńczyk nie przyglądał się jednak zbyt uważnie otoczeniu. Znacznie bardziej interesowała go idąca obok niewiasta.

Ismena była pierwszą kapłanką Artemidy na całej Eginie, lecz za wyjątkiem białego peplosu z zieloną lamówką nic na to nie wskazywało. Najwłaściwszym miejscem dla tej niewiasty byłby niewątpliwie sympozjon, gdzie mężczyznom zwykły towarzyszyć wykwintne hetery. Tam świeciłaby najjaśniejszym blaskiem, w niczym nie ustępując Bakchis, Lamii czy samej Fojbiane. Pomimo faktu, że musiała się już zbliżać do czterdziestego roku życia, jej uroda nie przywiędła. Lśniące, czarne włosy miała misternie przewiązane białymi wstążkami i upięte wysoko za pomocą srebrnej spinki. Cera kobiety przypominała alabaster. Znać było, że przełożona sanktuarium Łowczyni wystrzega się pełnego słońca, by jego palące promienie przedwcześnie nie postarzyły jej skóry. W zestawieniu z jasną karnacją zmysłowe, pięknie wykrojone usta zdawały się wręcz rażąco czerwone. Czyżby używała szminki? Duże, szaro-błękitne oczy musiały być dziedzictwem achajskich przodków. Wzrostem dorównywała Aratosowi. Luźna szata skrywała jej sylwetkę, ale fechmistrz miał pewność, że pod lnem jest zgrabna niczym Helena Trojańska.

Nie, ona stanowczo nie wyglądała na czcicielkę dziewiczej bogini.

– Przekonasz się, Aratosie, że dobrze strzeżemy skarbu, powierzonego nam przez czcigodnego Dionizjusza – mówiła, nie zważając na fakt, że Kreteńczyk otwarcie się na nią gapi. – Dziewczynie niczego u nas nie brakuje. Wręcz przeciwnie, pobyt w świątyni Artemidy może na nią dobrze wpłynąć… Z pewnością jest to zdrowsze moralnie środowisko, niźli rozwiązłe i pełne niegodziwości Ateny.

Kreteńczyk spojrzał na nią z niedowierzaniem. I to mówi rozpustna kapłanka, która próbowała uwieźć jego chlebodawcę! Miał ochotę parsknąć śmiechem, ale nie pozwoliła mu na to jej uroda. Poczuł, że znajduje się pod przemożnym urokiem tej niezwykłej kobiety. Nie wierzył zbytnio w czarną magię, ale wrażenie, jakie wywierała na nim Ismena, zdawało mu się czymś bardzo do magii podobnym.

– Nim jednak spotkasz się z Korinną – ciągnęła – musisz wpierw odpocząć. Widzę, żeś bardzo zdrożony.

– Nie mylisz się, pierwsza kapłanko – fechmistrz postanowił nie zdradzać przyczyn swego opłakanego stanu. – Przebyta niedawno choroba pozbawiła mnie sił.

– Czy ta sama choroba przyprószyła twe włosy siwizną? – niewiasta posłała mu wymowne spojrzenie. – Znam się trochę na medycynie, lecz nie słyszałam nigdy o przypadłości, która miałaby podobne skutki. Może przywlekłeś ją z dalekich stron? Czy podróżowałeś wiele ostatnimi czasy?

– Tak… do Illirii oraz Epiru – odparł ponurym tonem. Jego małe kłamstewko zostało zdemaskowane. Powinien był przewidzieć, że Ismena jest zbyt bystra, by dać się nabrać. Natychmiast zresztą zauważyła jego zmianę nastroju.

– Wybacz mi wścibskość. To oczywiście nie moja sprawa. Tu, na górze Oros niewiele mamy wieści z zewnętrznego świata… Dlatego zawsze ciekawią nas przybysze. Zwłaszcza tak niezwykli jak ty.

Teraz to ona próbowała go zwieść – w dodatku banalnym pochlebstwem. Kreteńczyk wiedział, że od wiosny do późnej jesieni do sanktuarium ściągali liczni pielgrzymi. Kapłankom Artemidy z pewnością nie brakło informacji o wydarzeniach spoza wyspy. Musiało zatem chodzić o coś innego. Najwyraźniej Ismena próbowała wkupić się w jego łaski. Przez chwilę zastanawiał się nad pytaniem, po cóż kapłance przychylność najemnego żołdaka, takiego jak on. Wreszcie przedłużająca się cisza uświadomiła mu, że powinien jej coś odrzec.

– To ty powinnaś mi wybaczyć. Skłamałem, sam nie wiem czemu. Powodem mego osłabienia nie jest choroba, lecz trucizna, którą podstępnie mnie napojono. Przez wiele dni stałem nad brzegami Styksu. A kiedy otworzyłem oczy, byłem już starcem, którego widzisz.

Słuchając jego słów, otworzyła szeroko oczy. Chyba właśnie stał się dla niej jeszcze bardziej interesującym człowiekiem.

– Nie jesteś starcem, Aratosie! – zaprzeczyła energicznie. – Twe ciało potrzebuje po prostu czasu, by się zregenerować. Dobrze się stało, że Mojry sprowadziły cię do nas. Trzeba ci wiedzieć, że woda ze strumienia, który właśnie minęliśmy, ma silne właściwości lecznicze. Będziesz ją pił przez cały pobyt tutaj. Zapewniam cię, że opuścisz Eginę jak nowo narodzony.

– Jesteś dla mnie zbyt łaskawa, pani.

– Przyjaciele dostojnego Dionizjusza są moimi przyjaciółmi. A teraz powiedz mi: czy pragniesz wpierw się posilić, czy może zażyć kąpieli?

Nie był szczególnie głodny (od czasu otrucia stracił dawny apetyt), za to z pewnością przydałoby mu się odświeżenie. Marsz na górę Oros kosztował go wiele wysiłku. Odzienie kleiło mu się do ciała. Obawiał się, że Ismena zdążyła już całkiem nieźle poznać woń jego potu.

– Najpierw kąpiel – zadecydował.

– W takim razie, zaprowadzę cię do łaźni. Tędy, Aratosie!

Po raz kolejny wypowiedziała jego imię. Kreteńczyk musiał przyznać, że w jej ustach brzmiało nadzwyczaj melodyjnie. I nie miałby nic przeciwko temu, by wypowiadała je jak najczęściej.

* * *

Pocałunki Raisy były niecierpliwe i zachłanne, jakby poprzez ich łapczywość starała się nadrobić czas, który im odebrano. Język Iliryjki wniknął między wargi Demetriusza, a jej ciało przywarło do niego. Obojgu coraz bardziej ciążyło odzienie, utrudniające bezpośredni kontakt. Ponownie to niewolnica uczyniła pierwszy krok. Wzięła rękę młodzieńca i spoglądając mu w oczy, położyła ją na broszy z lapis lazuli. Natychmiast zrozumiał. Wystarczył jeden ruch palców, by rozpięty himation osunął się na spaloną słońcem trawę. Nie padły żadne zbędne słowa – to nie był czas i miejsce na mówienie.

Wciągnęła go między gęste krzewy porastające ogród Menandra bez żadnego sprecyzowanego planu. Intuicja jej nie zawiodła: okazało się, że jest tu dość miejsca, by wygodnie lec na trawie. Zresztą, w obecnym stanie nie powstrzymałyby ich nawet bujnie pleniące się osty. Falerończyk ostatkiem sił powstrzymywał się, by pomagając Raisie wyzwolić się z peplosu, nie podrzeć go w strzępy. Jego sytuacja była znacznie łatwiejsza. Gdy Iliryjka leżała już pod nim, naga jak w dniu narodzin, po prostu ściągnął tunikę przez głowę i odrzucił ją za siebie. A potem opadł na dziewczynę i głęboko ją pocałował. Otuliła mu szyję ramieniem i wpiła się w jego usta. Młode, jędrne piersi rozpłaszczyły się pod jego torsem – wyraźnie czuł brodawki, twarde niczym pestki oliwek. Gładkie uda ocierały się wewnętrznymi stronami o jego biodra. Penis Demetriusza był wciśnięty w podbrzusze niewolnicy, pulsował uwięziony między ich spragnionymi ciałami.

Płomienne spojrzenie Raisy starczyło mu za niewysłowioną prośbę, wyraz zgody, ponaglenie. Było oczywiste, że nie potrzebuje teraz delikatnych pieszczot, że chce po prostu poczuć go w sobie. Uniósł nieco swe ciało, ujął w dłoń twardą męskość i nakierował ją na właściwe miejsce. A potem silnie pchnął biodrami. Z ust dziewczyny wyrwał się krótki jęk. Falerończyk nie mógł wprost uwierzyć, jak bardzo była wilgotna. Jego członek wszedł w nią bez najmniejszego trudu, a potem zagłębił się aż po jądra, ze wszystkich stron otulony gorącą ciasnością. Młodzieniec oparł się na wyprostowanych ramionach i popatrzył z góry na swą kochankę. Przesunęła ręce na jego pośladki, złapała za nie i stanowczo przyciągała ku sobie przy każdym sztychu. To skłoniło Demetriusza do zwielokrotnienia wysiłków.

Penetrował Iliryjkę gwałtownymi szarpnięciami bioder, odwzajemniając się za całą jej niecierpliwość i zachłanność. Raczyli się i obdarzali rozkoszą, namiętność zespoliła ich ciała w jedno, a potem unicestwiła wszystko inne. Nad Atenami zaczynał się kolejny dzień, z nieba wkrótce miał się rozlać nieznośny skwar, lecz dla Demetriusza i Raisy nie liczyło się ani Miasto, ani trapiąca je susza. Ważne było tylko to, że znowu są razem, połączeni najpełniej, jak to tylko możliwe.

W pewnym momencie Iliryjka zapragnęła odmiany. Uniosła się na łokciach, wyszeptała kilka słów. Falerończyk skinął głową. Z pewnością nie zamierzał sprzeciwiać się takiej prośbie! Nie odrywając się od siebie ani na chwilę, sprawnie zmienili pozycję. Tym razem to on legł na plecach, ona zaś uklękła w rozkroku nad jego biodrami. Demetriusz mógł teraz do woli sycić się widokiem pełnych, podskakujących w rytm ruchów półkul jej piersi, lekko wypukłego brzucha, pozbawionego owłosienia łona. Rękoma chwycił rozłożystą pupę niewolnicy i z lubością zacisnął palce.

Raisa uniosła się nieco w górę, a potem osunęła, mocniej nabijając się na jego wyprężoną męskość. Niemal natychmiast uczyniła to ponownie. Młodzieniec wychodził jej naprzeciw stanowczymi pchnięciami bioder. Członek raz po raz zanurzał się w gościnnej, ociekającej sokami pochwie. Dziewczyna wsparła swe dłonie na torsie młodzieńca i odrzuciła głowę w tył, nie próbując nawet tłumić jęków, które co rusz wyrywały się spomiędzy jej warg. Kochali się szybko i bez wytchnienia, pragnąć jak najprędzej wspiąć się na sam szczyt. Pomiędzy liśćmi przesączały się promienie słońca, oświetlając ich nagie ciała, złączone w najbardziej pierwotnym z tańców.

Gdy była już o krok od ekstazy, Raisa oderwała dłonie od torsu Falerończyka i zamknęła w nich swe własne piersi. Palcami podrażniała różowe brodawki, szczypała je mocno. Bezwiednie zwilżała językiem usta, jakby były spierzchnięte po długim okresie pragnienia. Całkiem zatraciła się w doznaniach, które przynosiło zbliżenie z ukochanym mężczyzną. Demetriusz również poddał się miłosnemu szałowi. Zdecydowanymi sztychami wdzierał się w szparkę niewolnicy, rękoma miętosił jej pośladki. Zamknął na chwilę oczy, a kiedy znów je otworzył, ujrzał coś, co zaparło mu dech w piersi. Lekki podmuch wiatru poruszył gałęziami krzewów i strumyk słonecznego blasku spadł na włosy Iliryjki. Te zaś, zwykle w kolorze słomy, rozbłysły nagle złotem. Przez sekundę wokół głowy dziewczyny płonęła ognista aureola. Jednak Falerończyk nie miał zbyt wiele czasu, by się tym zachwycać: rozkosz uderzyła weń z siłą okrętowego taranu.

Potężny dreszcz przeszył jego ciało. Wbił palce w pośladki Raisy i po raz ostatni pchnął biodrami. Niewolnica opadła na niego z głośnym westchnieniem. Szczytowali jednocześnie. Szparka Iliryjki pulsowała, mocno obejmując penisa, jakby pragnęła wycisnąć z niego kolejne strumienie nasienia. Demetriusz był zbyt oszołomiony, żeby pomyśleć o tym, że należało wysunąć się z kochanki tuż przed nadejściem ekstazy. Teraz było już na to zbyt późno. Zresztą, wciąż nie zaprzątał sobie tym głowy. Dziewczyna osunęła się na niego i przywarła doń całym ciałem. Obfity biust rozpłaszczył się na jego torsie, jasne włosy przesłoniły mu cały świat. Za ich woalką mogli całować się do woli, wzajemnie sobą nasyceni, wciąż jeszcze drżący na wspomnienie przeżytej rozkoszy.

– Potrzebowałam tego – między pocałunkami wyszeptała Raisa. – Nawet nie wiesz, jak bardzo, najdroższy.

Jej słowa zaskoczyły go, ale tylko w momencie, gdy zostały wypowiedziane. W Atenach nie było w zwyczaju, by niewiasty mówiły tak swobodnie o swych pragnieniach i potrzebach. Tym bardziej, jeśli były pozbawionymi wolności służkami. Spodziewałby się tego raczej od szczególnie wylewnej porne albo od hetery, próbującej silniej związać ze sobą wielbiciela. Właściwie, takie słowa z ust niewolnicy mogły być uznane za dowód braku szacunku. Kto inny surowo ukarałby za nie Iliryjkę. Demetriusz jednak nie miał takiego zamiaru. Od pierwszych dni ich romansu pozwalał jej na więcej niż typowy Ateńczyk. Nagrodziła go za to po stokroć – swoim oddaniem, czułością, chętnymi pieszczotami. Potrafiła sprawić, że nigdy nie żałował swego, nietypowego przecież, postępowania.

Czasami zdawało mu się, że większość jego rodaków wcale nie rozumie niewiast. Krępowali ich swobodę tysiącem ograniczeń i zakazów, zamykali je w domach, by odgrodzić od świata. Posłuszeństwo wymuszali przemocą, bezlitośnie dyscyplinowali przy każdym przewinieniu. Tresowali swoje kobiety jak zwierzęta, w najlepszym razie otrzymując od nich zimną uległość, w najgorszym zaś – skrywaną za maską potulności nienawiść. Czyż droga, którą obrał on, nie była lepsza? W Raisie nie było ani odrobiny chłodu. W jej pocałunkach nigdy nie wyczuł obowiązkowości czy też lęku przed karą. Była naturalna, spontaniczna i mimo wszelkich przeciwności losu – pogodna. W alkowie zaś (czy też pośród chwastów w ogrodzie Menandra) swą szczerą namiętnością biła na głowę wszystkie hetery Aten.

Zanurzył palce w jasnych włosach Iliryjki. Wciągnął w nozdrza jej naturalną woń, nieskrywaną za parawanem orientalnych perfum.

– Nigdy już nie pozwolę, by nas rozdzielono – wypowiedział głośno przysięgę, którą przedtem złożył sam sobie. – Masz na to moje sło…

Nie dokończył, bo znów przycisnęła wargi do jego ust. Najwyraźniej jego niewolnica nie gustowała w nadmiarze patosu.

– Gdy już się sobą nasycicie – wtrącił Menander, stojący za zasłoną z krzewów – zapraszam do środka. Właśnie podano śniadanie!

Demetriusz i Raisa spojrzeli sobie w oczy. Kiedy dotarło do nich, że poeta z pewnością stał tam już od jakiegoś czasu, czekając, by wygłosić swoją kwestię, najpierw oblali się rumieńcem wstydu, a potem wybuchnęli zgodnym śmiechem. Menander potrząsnął głową z niedowierzaniem. Szczęście, które ostatnio omijało go szerokim łukiem, nagle uśmiechnęło się do jego przyjaciela. Któż wie, może to zapowiedź ogólnej odmiany losu? Nie mówiąc już ani słowa, obrócił się na pięcie i wrócił do domu. Niedługo potem zasiadł przy zastawionym nielicznymi potrawami stole. Był głodny, więc zaczął jeść w samotności. Nie spodziewał się, by prędko do niego dołączyli.

* * *

Około południa Eurynome postanowiła udać się do świątyni Hestii, by złożyć tam ofiarę w intencji rychłego zajścia w ciążę. Zgodnie ze zwyczajem, zabrała ze sobą służącą – Fenicjankę Kleopatrę. W innych okolicznościach nie byłby to jej pierwszy wybór, lecz mąż podarował pozostałe dziewczęta macedońskiemu ambasadorowi, ostatnią zaś, zaufaną Anteję, posłała do Miasta z ważnym zadaniem. Atenka z trudem znosiła obecność fenickiej niewolnicy, która w ciągu ostatnich miesięcy osiągnęła pozycję ulubionej konkubiny Dionizjusza. Choć Eurynome darzyła swego męża szczerą nienawiścią, zaś w łożu przyjmowała go z najwyższym obrzydzeniem, fakt, że ma liczne kochanki, w jakiś tajemny sposób wciąż ją upokarzał. Powinna być im wdzięczna, że zaspokajają żądze, które budziły w niej jedynie wstręt. Nie potrafiła się jednak zmusić do tego, by traktować je jak sojuszniczki.

Liczne miłostki Dionizjusza stanowiły żywy dowód na to, że nie sprawdziła się w wyznaczonej jej roli. Były również powodem drwin i gorzkich uszczypliwości, którymi częstowały ją nieliczne przyjaciółki, również żony arystokratów. Pogłoski o jej małżeńskich problemach docierały do nich za pośrednictwem niewolników obojga płci, którzy spotykali się na targowiskach i chętnie wymieniali plotki o życiu ich pań i panów. Choć dom Ateńczyka powinien być niezdobytą twierdzą prywatności, w rzeczywistości nic nie udawało się na dłuższą metę ukryć. Zwłaszcza przed kobietami, które wymuszona prawem i obyczajem bezczynność zmieniała w gadatliwe kwoki. Z czasem Eurynome przestała chadzać na towarzyskie spotkania, bo dosyć miała kpin i docinków. Tym bardziej, że poznała nowych, znacznie ciekawszych partnerów do rozmowy. Epirockiego szlachcica, Tryfona z Ambrakii. Celta Brennusa. Delfickiego kapłana Kritiasa. To dzięki nim miała nadzieję na wyzwolenie z nieznośnej sytuacji, w której się znalazła.

Już wkrótce to wszystko się skończy, pomyślała z nadzieją Eurynome. Dionizjusz poniesie klęskę i tak czy inaczej zostawi ją w spokoju – martwy lub wygnany z Attyki. Będzie mogła ponownie wyjść za mąż. Może tym razem ojciec wybierze dla niej lepszego człowieka, przy którym w końcu będzie potrafiła poczuć coś więcej, niż tylko wstręt i nienawiść. Gdyby ktoś spytał ją o zdanie, wybrałaby życie kapłanki którejś z dziewiczych bogiń: Artemidy, Ateny lub Hestii, z dala od wszystkich mężczyzn i ich odrażających pragnień. Wiedziała jednak, że nie będzie jej to dane. Wciąż jeszcze była młoda i, mimo kilku poronień, zdrowa. Stanowiła zbyt atrakcyjny towar na matrymonialnym rynku Aten, by pozwolili jej pójść własną drogą. Może kiedyś, gdy już złoży do grobu drugiego czy trzeciego męża…

Kleopatra pomogła swej pani wsiąść do lektyki, a potem sama weszła do środka. Po chwili lektyka została uniesiona przez sześciu barczystych tragarzy. Przy wrotach rezydencji dołączyli do nich dwaj zbrojni z przybocznej gwardii Dionizjusza. W mieście wciąż bowiem mogło być niebezpiecznie, zwłaszcza dla żony jednego z najmożniejszych polityków stronnictwa oligarchicznego.

Eurynome ułożyła się wygodnie na miękkich poduszkach, co sprawiło, że Fenicjance zostało bardzo niewiele miejsca. Usiadła po przeciwnej stronie ciasnego wnętrza, z kolanami pod samym podbródkiem. Spod opuszczonych powiek i długich, czarnych rzęs przypatrywała się żonie swego kochanka oraz pana. Kobiecie, do której upadku już wkrótce miała się przyczynić. Atenka była blada i bardzo szczupła, by nie rzec chuda. Brakowało jej bujnych krągłości, tak charakterystycznych dla Kleopatry. Fakt, że wpisywała się w ten sposób w miejscowy ideał piękna. Obywatele Miasta cenili sobie niewiasty przypominające kształtami chłopców, w których byli prawdziwie rozkochani. Efekt psuł jednak zacięty wyraz twarzy oraz spojrzenie – przeszywające chłodem, wyzbyte życzliwości, nienawistne. Fenicka niewolnica doskonale wiedziała, że Dionizjusz gardzi swą małżonką. A teraz postanowił się jej pozbyć pod byle pretekstem.

Lektyka przechylała się do przodu lub do tyłu, w miarę jak tragarze pokonywali niewielkie wzniesienia. Do uszu Kleopatry dochodził gwar wielkiego miasta, dochodzący zza zasłony w otworze wejściowym. Nie zwracała nań jednak uwagi, w pełni skupiona na swojej przeciwniczce. To ja dostarczę mu pretekstu, dzięki któremu cię odprawi, pomyślała, przyglądając się zamyślonej kobiecie. Wtedy sama zostanę jego żoną, pod każdym względem – z wyjątkiem miana. Uśmiechnęła się na tę myśl. Wiedziała, że usługi, które odda Dionizjuszowi, uczynią ją szczególnie mu drogą. Kto wie, może z czasem postanowi ją wyzwolić i uczynić prawdziwą towarzyszką życia? O niczym więcej nie marzyła.

Dotychczas jej egzystencja była pasmem nieszczęść. Jako młoda dziewczyna straciła całą rodzinę w zdobytym przez Macedończyków Tyrze. Jeszcze tej samej nocy poznała, czym jest zbiorowy gwałt i upokorzenie, gdy nagą i zakrwawioną wleczono ją ulicami ginącego miasta. Sprzedana handlarzom niewolników za kilka sztuk złota, a potem przekazywana z rąk do rąk, trafiła w końcu do domu rozkoszy w Koryncie. Tam nowa właścicielka, Leandra, pozwalała za niewielką dopłatą maltretować ją każdemu, kto miał na to ochotę. Uwolniona przez Kassandra, stała się jedną z jego licznych nałożnic. Choć ocalił ją od regularnego bicia, a zapewne także i śmierci, nigdy nie potrafiła wyzbyć się lęku, kiedy odwiedzał jej alkowę. Ostatecznie, została sprezentowana Dionizjuszowi z Faleronu. I choć był on wymagającym i surowym panem, dopiero w jego domu przestała się bać.

Nikt lepiej niż Fenicjanka nie pojmował, że to, co dobre, nie jest dane raz na zawsze. Trzeba o to stale zabiegać i hojnie płacić za życzliwość, jaką się otrzymywało. Ona zapłaci Dionizjuszowi – wydając na jego pastwę Eurynome. Jeszcze nie wiedziała, w jaki sposób to uczyni, lecz była pewna, że nie cofnie się przed niczym, by wypełnić jego wolę.

* * *

Aratos siedział na brzegu basenu, mocząc nogi w wodzie. Ismena odprowadziła go do łaźni i obiecała, że przyśle służącą do pomocy, po czym zostawiła go samego.

Kreteńczyk rozpiął pas z mieczem, zrzucił z siebie przepocone odzienie i zaczął rozglądać się po wnętrzu. Sala kąpieli nie była wielka, lecz urządzona ze smakiem. Ściany ozdabiał fresk przedstawiający scenę myśliwską z udziałem Artemidy. W przeciwieństwie do nowych malowideł, które można było podziwiać w Atenach, ukazujących boginię w krótkiej tunice odsłaniającej uda, tutaj prezentowała się nadzwyczaj skromnie, jak przystało na zdeklarowaną dziewicę. Była odziana w zielony peplos sięgający do samej ziemi. W takim stroju nie sposób było iść przez puszczę, a co dopiero rzucić się w pogoń za zwierzyną. Łowczyni stała zatem w dostojnej pozie, naciągając cięciwę łuku. Na pozostałych ścianach namalowano niezwykłe zwierzęta, na które polowała: groźnego lwa, smukłą łanię, olbrzymiego dzika. Mimo swej siły, chyżości oraz piękna, wszystkie te bestie musiały w końcu ulec władczyni lasów.

Fechmistrz oderwał spojrzenie od fresków i zsunął się do basenu. Gdy wzburzona woda uspokoiła się, sięgnęła mu do pępka. Zaczerpnął jej w dłonie i spryskał swoją twarz i ramiona. Zamknął oczy, rozkoszując się strużkami spływającymi w dół torsu. Po chwili usłyszał za sobą ciche kroki. Domyślił się, że przyszła niewolnica, przysłana przez pierwszą kapłankę. Kiedyś obróciłby się, by ocenić urodę służki. Dziś był na to zbyt zmęczony. Stojąc w bezruchu, poczekał, aż ona również wejdzie do basenu (plusk był znacznie cichszy, niż w jego wypadku), a potem zbliży się do niego.

Dotyk niewielkich, smukłych dłoni na barkach był nadspodziewanie kojący. A kiedy dłonie rozpoczęły delikatny masaż… Aratos zrozumiał, że tego właśnie było mu potrzeba. Odchylił głowę do tyłu. Poczuł, jak jego ciało opuszcza napięcie, które nagromadziło się w nim przez ostatnie tygodnie. Dziewczyna znała się na rzeczy. Jej ręce przesuwały się powoli po ramionach, szyi i plecach Kreteńczyka. Stała tuż za nim, słyszał oddech, niemal fizycznie odczuwał bliskość jej ciała. I te ręce… Poddając się jej staraniom, całkiem zatracił poczucie czasu. Zaskoczyła go, przytulając się doń od tyłu. Teraz skierowała dłonie na jego tors. Zaczęła masować go niespiesznymi, okrężnymi ruchami. Na moment wstrzymał oddech. Sięgnął za siebie, dotykając jej biodra, zamknął na nim palce. Nieco zawiódł go fakt, że nie jest naga. Miała na sobie jakąś tunikę z cienkiego materiału, u dołu całkiem przemoczoną. Fakt ten rekompensowały jej miękkie, obfite piersi wtulone w górną część jego pleców.

 – Nie przestawaj – wyszeptał. Usłuchała w milczeniu. Jedną ręką wciąż masując mu klatkę piersiową, drugą przeniosła nieco niżej, na jego brzuch. Jeśli posunie się dalej w tym kierunku, napotka na jego wzwiedzioną męskość. Zdumiony Aratos zorientował się, że to, co czyniła, w jakiś tajemny sposób przywraca mu utraconą część siebie. Wybudza z głębokiego letargu, w który zapadł po otruciu przez Filonę. Dotąd nie uświadamiał sobie nawet, jak bardzo był wygaszony. Emocje, o których sądził, że odeszły bezpowrotnie, wróciły naraz ze wzmożoną siłą. W dawno ostygłym popiele na nowo rozniecił się ogień.

Bliskość dziewczyny, zmysłowy dotyk, ciepło jej ciała… Wszystko to sprawiło, że znów poczuł się mężczyzną, a nie przygiętym do ziemi starcem o posiwiałych włosach. Otworzył oczy i spojrzał w dół. Uderzyło go to, jak bardzo jest chudy. A jednak wyniszczony organizm regenerował się z każdym dniem. W żyłach Aratosa z Hierapytny znów popłynęła gorąca krew. Imponująca erekcja była tego najlepszym dowodem.

Niewiele myśląc, wyswobodził się z ramion służącej i obrócił ku niej. Płonęła w nim żądza, która domagała się zaspokojenia. Ta, która ją wzbudziła, nie może teraz odmówić… Spodziewał się ujrzeć młodziutką niewolnicę, o pokornym wyrazie twarzy i spuszczonych oczach. I dlatego przeżył szok, gdy napotkał znane mu już, szaro-błękitne spojrzenie.

Ismena.

– Pierwsza kapłanko… – to było wszystko, co zdołał powiedzieć, zanim uniosła rękę i złożyła dwa palce na jego wargach.

– Nie znalazłam nikogo bardziej właściwego – odparła półszeptem. – Pozwól więc, bym się tobą zajęła.

Chwilowo zaniemówił. Mógł na nią tylko patrzeć. Co zresztą było bardzo przyjemne. Ismena nie była wprawdzie naga, lecz szata z bardzo cienkiej, białej tkaniny dokładnie przywarła do jej kształtów. Materiał ciasno opinał biust kapłanki, uwidaczniały się przez niego brodawki o ciemnych aureolach. Wyglądała niezwykle ponętnie. Jego podniecenie wcale nie osłabło. Uświadomił to sobie w pełni, gdy jego nabrzmiały członek dotknął podbrzusza kobiety. Spojrzała prędko w dół i zarumieniła się wzorowo, jak przystało na czcicielkę dziewiczej bogini.

– Wybacz, jeśli wzbudziłam twój niepokój… Miałam na myśli tylko kąpiel. Gdybyś potrzebował czegoś więcej, nie wahaj się poprosić. Przyślę wieczorem jedną z niewolnic do twej komnaty…

Tak jak przysłałaś ją do łaźni, pomyślał Kreteńczyk i w ostatniej chwili powstrzymał się przed lubieżnym uśmiechem. „Nie znalazłam nikogo bardziej właściwego”. Interesujące słowa z ust służebnicy Artemidy. Potwierdziło się wszystko, co opowiedział mu o niej Dionizjusz. Kapłanka nie wahała się zaoferować swoich wdzięków finansowemu patronowi świątyni. Teraz zaś proponowała je jemu. Nie mógł tylko zrozumieć, w jakim celu to czyniła. Choć instynktownie czuł, że to ważne, nie chciał się nad tym zastanawiać. Pokusa była zbyt silna…

Objął ramieniem jej szczupłą talię i przyciągnął do siebie, tak że znowu wtuliła się weń całym ciałem. Wstrzymała na chwilę oddech, jakby zaskoczona jego zachowaniem. Zaraz jednak odzyskała pewność siebie.

– Nie – rzekła zdecydowanym tonem, wspierając dłoń na jego torsie. – To się nie godzi.

– Masz słuszność. Lecz twe postępowanie przeczy słowom.

Uniósł rękę, palce zanurzył w gęstych włosach kapłanki. Jego męskość pulsowała, przyciśnięta do jej brzucha. Nie próbowała mu się wyrywać.

– Przyszłam ci pomóc. Widzę jednak, że szybko odzyskujesz siły.

– Zaraz się o tym przekonasz.

– Nie – powtórzyła. – Proszę.

Coś w jej głosie sprawiło, że usłuchał i wypuścił ją z objęć. Cofnęła się o kilka kroków, nie spuszczając go ani na chwilę z oczu.

– Nie spodziewałam się, że tak zareagujesz – nagle wydała mu się zawstydzona i zmieszana. Całkiem go tym zdezorientowała. Już sądził, że poznał jej prawdziwe oblicze. Okazało się, że był w błędzie.

– Przepraszam, jeśli cię uraziłem – wykrztusił, sam nie wiedząc czemu. Przecież to ona przyszła do niego… Miał wszelkie prawo pomyśleć to, co w istocie pomyślał.

Potrząsnęła głową.

– To wyłącznie moja wina. Powinnam była trzymać się na dystans… Nie wiem, co sobie wyobrażałam.

Tym razem nie próbował z nią polemizować.

– Proszę, masz tu wszystko, czego ci potrzeba. Gdy skończysz, przyjdź do jadłodajni. Posilisz się, a potem zabiorę cię na spotkanie z Korinną.

We wskazanym przez nią miejscu na brzegu basenu ułożono świeże odzienie, czysty ręcznik, a także mydło z olejku cyprysowego. Wcześniej nie zauważył tych przedmiotów, możliwe więc, że przyniosła je ze sobą pierwsza kapłanka.

– A teraz, Aratosie… racz się odwrócić, gdy będę wychodziła.

Pod wodą widać było, że jej tunika kończy się mniej więcej w połowie ud. Gdyby wyszła w tak nieskromnym odzieniu na powierzchnię, Kreteńczyk mógłby zobaczyć więcej, niż powinien. Tłumiąc westchnienie zawodu, spełnił życzenie Ismeny. Usłyszał plusk, gdy wstępowała na kamienne schodki wykute w jednej ze ścian basenu. Nie oglądając się za siebie, postąpił kilka kroków i wziął do ręki mydło.

Przez resztę kąpieli nurtowało go uporczywe pytanie: co się właściwie wydarzyło?

Przejdź do kolejnej części –  Opowieść helleńska: Demetriusz XV

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobry wieczór!

Przedstawiam Czytelnikom (i znacznie droższym memu sercu Czytelniczkom) kolejny rozdział Opowieści Demetriusza. Następny pojawi się tu za 2 dni. Mam nadzieję, że te dwie części spełnią wszystkie pokładane w nich nadzieje i będą stanowiły przyjemną lekturę!

W tym miejscu chciałbym gorąco podziękować Arei_Athene, mojej nieocenionej Korektorce i Recenzentce, która wytrwale i pracowicie czyści wszystko, co napiszę z kompromitujących błędów stylistycznych, gramatycznych, a czasem, o zgrozo, ortograficznych. Jakimś cudem znajduje na to wszystko czas mimo natłoku innych obowiązków, jest zawsze terminowa, profesjonalna i przede wszystkim – bardzo cierpliwa (bo ja niestety z trudem uczę się na błędach, nawet własnych).

Wszystkie publikowane na Najlepszej Erotyce opowiadania mojego autorstwa przeszły przez piękne dłonie Arei_Athene, dzięki czemu stały się znacznie lepsze, niż bezpośrednio po wyjściu spod mojego pióra (tudzież edytora tekstu).

Tak więc, droga Ateno – składam Ci najserdeczniejsze podziękowania i tuszę, że będziesz mnie dalej wspierać swymi mądrymi spostrzeżeniami oraz uważnym okiem!

A wszystkim pozostałym raz jeszcze życzę wszelkich czytelniczych rozkoszy!

Pozdrawiam
M.A.

Dziwne że tak przełomowy rozdział przeszedł bez wpisu. Zręcznymi słowy sprawiłeś że poczułem litość. Choć ta kobieta swobodnych obyczajów dostała jedynie to co jej się należało. Żywię nadzieję że Wymierzysz sprawiedliwość również jej oprawcom. Z resztą, oni też będą mieli swoją dobę upokorzenia. W tym odcinku przebiło się szczególnie wyraziście kilka Twoich cech. Trochę mnie to zaintrygowało. Szczególnie zachowanie Dionizjusza w stosunku do upokorzonej Foibjane. Trochę trudniejsze były dla mnie przemyślenia nad opisami dotyczącymi polityki. Zdawało by się, uprzywilejowani demokraci okazują się być w istocie zlepkiem oportunistów w asyście nikczemników i karierowiczów, jednym słowem, hołoty. Od początku kiedy zacząłeś kreślić konflikt demokratów z oligarchami a zwłaszcza po przemowie Dionizjusza do Demetriusza (tę która wypowiedziana została tylko raz) przed oczami jawił mi się obraz Malczewskiego i nasze podobne dylematy, jednak jako że tamten okres napawa mnie furią, liczyłem na mimo wszystko inną koncepcję. Nie zawiodłem się.

Jeśli chodzi o sceny seksu to bliżej zasmakował mi ten czworokąt przyjaciół z flecistkami odżyły wspomnienia z wcześniejszej młodości. Oczywiście niemal wszystkie sceny które Opisujesz skutkują odpowiednią reakcją, jednak przy scenach o których wspomniałem było coś więcej. Szczególnie więc Ci za to dziękuję.

@Mick

Fojbiane bywa głupia, pyszna, niewdzięczna i jest typową „attention-whore”, ale nie powiedziałbym jednak, że „dostała to, co jej się należało”. Kritias rzadko jest sprawiedliwym sędziom, wymierzającym swoim ofiarom godne wyroki. Ona również stała się zabawką w jego rękach i zapłaciła za to wysoką cenę. Co do jej oprawców… cóż, musisz czytać dalej, by się przekonać 🙂

Ciekaw jestem, jakież to moje cechy uwidoczniły się w tym opowiadaniu? Zwłaszcza w interakcji Dionizjusza i Fojbiane (?)…

Jeśli chodzi o obraz ateńskiej polityki, pod pewnymi względami przypominała ona naszą. Zaludniali ją przeważającej mierze ambitni nikczemnicy oraz miernoty pragnące wzbogacenia i zaszczytów, ale zdarzali się też mężowie stanu (tacy jak Fokion), którzy chcieli dla swojego kraju jak najlepiej. Kto miał rację w sporze demokratów z oligarchami? Historia przyznała rację tym drugim, ale moralna ocena ich programów pozostaje otwartą kwestią.

Ja również miałem wiele przyjemności z tego czworokąta z flecistkami 🙂 Choć przyznam, że chyba nie miałem aż tak ciekawej młodości, jak Twoja!

Pozdrawiam
M.A.

Nic straconego Alexandrosie „vanitas vanitatum, et omnia vanitas”. Jestem już po lekturze. Do końca sierpnia i ja przygotuję komentarz końcowy który znajdzie się pod Epilogiem.

W takim razie czekam ze szczerym zainteresowaniem!

Napisz komentarz