e-f: Bogini ze snów (MRT_Greg)  1.95/5 (6)

12 min. czytania

bzs2Architekci. Wszyscy nimi jesteśmy. Kreujemy naszą przestrzeń w widmowe rzeczywistości. Tworzymy niepojęte krainy iluzorycznych światów, wypełnionych nieosiągalnymi formami i wzorami. Bezimienni projektanci uniwersum, spoczywający w łaskach twardej rzeczywistości, uciekamy w bezwolne kształty przeobrażającej się w naszych umysłach bezcielesnej krainy.

Wy, którzy żyjecie w świecie zamkniętym w trzech punktach norm i reguł, w potrzasku codziennych zachowań, zakłamani i obłudni, nakładacie jarzmo niewoli na siebie i innych wokół. Nieczuli na potrzeby drugiego człowieka rzucacie wyzwanie światu, który ma was w dupie, więc i sami wkrótce popadacie w bezrozumną rutynę, dostosowując się do twardych zasad, których nie rozumiecie. Zapominacie o waszych ideologiach, marzeniach i dążeniach, dziecinnych fantazjach, budujecie świat, który uważacie za najlepszy. Sądzicie, że ci, którzy was otaczają, kochają was za wasze czyny, za wasze uczucia i sympatie.

Gówno prawda. Oni też was mają w dupie. Oni też udają, tak jak i wy. Że wszystko jest dobrze, że tak ma być, że tak właśnie wygląda porządek i harmonia.

Popierdolony świat.

Dlatego uciekam w sny. Tylko tam odnajduję siebie. Tylko tam mogę żyć w świecie, który mnie kocha, który nie podniesie na mnie ręki, gdy mimowolnie kogoś skrzywdzę. Ba! Tam nie ma krzywd. Nie ma strachu. Ale nie ma też z góry ustanowionych reguł, co dobre, a co złe. Wirtualna metaforyczna rzeczywistość niekiedy tak odbiegająca od prawdziwej, że możliwa do zrealizowania tylko podczas snu. Czasem rozciągająca się na niezmierzone krainy, pełne dziwnych formacji, a czasem zamknięta w przestrzeni równie ciasnej, jak psia buda. W trakcie snu pokonuję eony lub zaledwie sekundy życia, za każdym razem w tych samych, rzeczywistych okowach czasu. Moje światy wypełniają istoty, które niekiedy mijam na ulicy, te z bajek i filmów, a czasem bezkształtne niepoliczalne bryły, ubrane jedynie w trójwymiarowe wyobrażenia. I za każdym razem inne. A gdy budzę się nad ranem, umykają szybciej, niż myśl, zatracają się w codzienności i nigdy nie mogę już do nich wrócić.

Prócz niej.

Opanowała mój umysł. Oplotła jak pająk swoją ofiarę i trzyma w sidłach sennej niewoli, z każdym snem wracając i wabiąc swą boskością. Perfekcyjna piękność, wyidealizowana do granic możliwości istota ze snu, czeka na mnie co noc, wierna jak psiak. I co noc odkrywam kolejne jej tajemnice, lecz nigdy, ale to nigdy nie mogę dotrzeć do clou programu. Choćbym nie wiem ile spał, zawsze budzę się w momencie, gdy mam poznać jej ciało, gdy nasza bliskość staje się tak namacalna, że niemal czuję zapach jej włosów, delikatną woń jej podniecenia, gdy prawie dotykam jej dłoni.

Tak blisko a tak daleko zarazem.

Lecz wkrótce się spotkamy moja miła i już na zawsze zostaniemy razem. Już nic nas nie rozłączy. Wkrótce zostawimy za sobą szarą rzeczywistość, złączeni naszymi umysłami, stworzymy własny świat, którego nikt i nic nie zmieni.

Wpatrzony w rozbłyskujące za oknem latarnie, obserwuję rozciągniętą nad miastem czerwono-złotą łunę. Łowię uchem ostatnie hałasy domu; zatrzaskiwane drzwi, jęk sprężyn łóżka pod kochankami, szuranie psich łap na parkiecie, szum wody w kanalizacji. Moje powieki stają się coraz cięższe. Świadomość wpada w odrętwienie, a delikatny skurcz serca przypomina o truciźnie, która krąży w żyłach. Jeszcze tylko delikatne drgawki kończyn, do których dociera śmiercionośna materia. Lecz nie czuję już zaciśniętej dłoni, która mimowolnie rozkurcza się, wypuszczając spomiędzy palców ciemną fiolkę. Nie słyszę, jak upada z brzękiem na podłogę, a ze środka wypada biała kapsułka i toczy się leniwie po deskach parkietu.

**************

– Tylko na trzy dni – oddycham z trudem, jakbym przed chwilą przebiegł co najmniej piętnaście kilometrów – trzy dni i wrócimy. Zresztą wie pani, gdzie chcemy pojechać. No i będziemy mieć włączone telefony.

Staram się nie patrzeć w oczy wychowawczyni. Starsza kobieta przestępuje z nogi na nogę, wyraźnie zmęczona po całodziennej wędrówce. Zielone linoleum, wypłowiałe po wielokrotnym myciu detergentem gdzieniegdzie popękało, odsłaniając czarne kołtuny brudu. Pomarańczowa brudna lamperia wznosi się na wysokość około metra, dalej ściany noszą na sobie wszelkie oznaki czasu. Na białej płaszczyźnie widać niezliczone odciski palców, fragmenty kolorowych napisów, wykonanych flamastrem lub kredką. Korytarz ciągnie się niemal w nieskończoność, a rytmika drzwi umieszczonych po bokach sugeruje, że znajduję się w jakimś szpitalu. Zresztą pomieszczenie, do którego od czasu do czasu zaglądam, wręcz podkreśla moje przypuszczenia. Ciemna sala, rozświetlona jedynie blaskiem księżyca, wpadającym przez niewielkie okienka tuż pod sufitem, w rzeczywistości tonie w mroku. Rząd łóżek po ścianami, białych łóżek z metalowymi ramami i białą pościelą, skrywającą nieruchome ciała, dopełnia przygnębiającego widoku.

Obok mnie, opierająca się o futrynę dziewczyna. Jest wyraźnie zmartwiona. Wiem, chciała jak i ja wymknąć się niepostrzeżenie z ośrodka, lecz przyłapani przez opiekunkę, musimy się tłumaczyć ze swoich zamiarów. Jak ja tego nienawidzę.

Na oko wygląda na uczennicę co najwyżej podstawówki. Drobna, wręcz filigranowa figura sugeruje, że jej ciało dopiero kosztuje uroków dorastania. W rzeczywistości jest nieco starsza. Będąc w drugiej klasie liceum, posiada już wszelkie kobiece atrybuty, które tak mnie kuszą. Właśnie wyszła spod prysznica, otulona śnieżnobiałym szlafroczkiem, sięgającym niemal do kostek, skrywającym powabne ciało, z wielkim ręcznikiem uformowanym na kształt turbanu na włosach, nieco zniechęcona oczekuje na decyzję naszej opiekunki.

– Nie mogę pozwolić, byście na trzy dni zniknęli z ośrodka. Co sobie inni pomyślą?

Ha! Jak zwykle to samo. Co sobie inni pomyślą. Ale już wiem, że nauczycielka nie jest przeciwna naszemu wypadowi. Doskonale zdaje sobie sprawę z jego celu, lecz jej milcząca zgoda jest nad wyraz wyraźna.

– To na ile możemy? – cicho pyta dziewczyna.

– Do poniedziałku mogę was jakoś zakamuflować, ale rano będzie wizytacja i musicie najpóźniej w niedzielę być w swoich pokojach.

Oddychamy z ulgą. Dziś jest piątek, więc w zasadzie mamy dwa dni. Chyba zdążymy się sobą nacieszyć. Zerkam spod powiek na dziewczynę. Rumieniec pokrywający jej twarz jasno sugeruje, że myśli dokładnie tak samo.

************

– To dokąd jedziemy?

Odwracam wzrok i spoglądam na siedzącą obok. Ze zdziwieniem konstatuję, że tuż za nią jest szyba samochodu a za nią ponury krajobraz. Czując bicie kierownicy, na której zaciskam palce, szybko rzucam spojrzeniem z powrotem przed siebie. Wąska, kamienista droga prowadzi lekko w górę, a szczyt wzniesienia ukrywa dalszą perspektywę. Okalające drogę szare łąki przysypane kamieniami wyglądają jak krajobraz księżycowy. Gdyby nie pojawiająca się gdzieniegdzie kępka bujnych, zielonych traw, mógłbym przysiąc, że nagle znalazłem się w jakiejś postapokaliptycznej krainie, a jedynym żywym stworzeniem prócz mnie jest siedząca obok dziewczyna.

Zniknął gdzieś turban. Długie, szmaragdowe włosy otulają drobną twarzyczkę, spadając szerokimi kaskadami na odkryte ramionami. Co ciekawe, nadal ma na sobie śnieżnobiały szlafrok, którego poły delikatnie rozchylają się poniżej pasa, odsłaniając blade uda. Na mgnienie oka rzucam tam spojrzeniem, usiłując dojrzeć coś więcej, lecz jej ostrzegawczy krzyk sprawia, że na powrót koncentruję się na drodze.

Ta zaś, po dotarciu na szczyt wzniesienia, opada stromo w dół, ginąc w skalistej kotlinie. Wysokie wierzchołki kolejnych skał nadal zasłaniają widok za sobą. Potrafimy jednak domyślić się już, co znajduje się za kamiennymi ścianami. Morska bryza ma subtelny ale bardzo charakterystyczny zapach, całkowicie odróżniający go od innych aromatów.

Zaskoczony zjeżdżam po stromiźnie, wreszcie koła stykają się z miękkim piaszczystym podłożem. Suniemy jakiś czas kamiennymi krużgankami, niczym mnisi wokół przyklasztornego dziedzińca. Co chwila spomiędzy kamiennej kolumnady błyska toń oceanu. Wreszcie wyjeżdżamy na plażę. To naprawdę niecodzienny widok, zwłaszcza, że przez cały czas sądziłem, że zmierzamy do małej drewnianej chatki w górach, gdzie w sąsiedztwie kominka, leżąc na miękkich skórach, poznawać będziemy nasze intymne sekrety. Tymczasem szeroki łan piachu ciągnie się od bezkresnego oceanu aż po, sterczące na kilkadziesiąt metrów, bazaltowe klify nadbrzeża. Gdyby nie wielki głaz, prawie kilometr przed nami, zapewne widok ten ciągnąłby się aż po horyzont.

Podjeżdżamy do dziwnej formy. Wydaje się ona zupełnie nie na miejscu. Gdzieniegdzie widać odłamki skał i ich pierwotne pochodzenie w pionowej skale. Ten głaz zaś wygląda tak, jakby znalazł się tu całkiem przypadkowo, rzucony przez wielkiego olbrzyma lub zniesiony przez fale oceanu.

Wysiadamy z samochodu, okrążamy bryłę i… no musimy wyglądać naprawdę głupio, gdy tak z rozdziawionymi gębami wpatrujemy się w bajeczną lagunę, niemal u naszych stóp. Cześć głazu najwyraźniej odpadła od pierwotnej bryły, zamykając fragment oceanu i tworząc płytką nieckę. Delikatne fale obmywają nasze stopy, lecz nasz wzrok podąża dokładnie w drugim kierunku. Bowiem tuż nad naszymi głowami, niczym jęzor zamienionego w kamień olbrzyma, sterczy kamienna półka, do której prowadzą skryte w mroku, kamienne schody. Wbiegamy na nie, ślizgając się po mokrych stopniach, w końcu stajemy na szerokiej antresoli kamiennej groty. Ciemność rozświetlają potężne pochodnie wbite w czarną skałę i okalające kamienną scenę. Większość przestrzeni bowiem wypełnia monstrualne uformowane ze skały, kamienne łoże, przykryte setkami biało-szarych poduch. Dziewczyna odwraca wzrok w moją stronę. Jej pytające spojrzenie jest dla mnie czymś znacznie więcej, niż zachwytem. Tak. Tak to miało wyglądać – odpowiadam jej bez słowa, kiwając jedynie głową.

Jej szlafrok spływa na ziemię, odsłaniając kruche, niewinne ciałko. Delikatnie, jakby nie chcąc zburzyć pościelowego ładu, kładzie się na łoże, wsuwając drobne dłonie pomiędzy fałdy materiałów. Przeciąga się jak kotka, pomrukując cichutko. Ociera się swym ciałem o atłasową pościel, sprawiając, że pokrywa się ono gęsią skórką. Odwraca się na plecy i wyciąga długie nogi. Dłońmi przeciąga po udach, płaskim brzuszku i zaciska na piersiach. Puszcza je, wsuwa palec do ust, po czym przeciąga nim z powrotem po ciele, sięgając między nogi. Niknie tam na chwilę i po chwili wraca do ust. W końcu kiwa na mnie.

Przełykając głośno ślinę, zbliżam się do łoża. Nogi mam jak z waty, czując jak cała moja siła małymi strumyczkami mocy przemieszcza się w jednym, określonym już wcześniej kierunku. Powoli ściągam z siebie odzienie. Uwolniony spod materiału penis sterczy już dumnie, mrugając swym oczkiem w kierunku dziewczyny. Rytmicznie unosi się w górę i w dół z każdym uderzeniem serca. Klękam na łóżku i zbliżam się do niej, skradając niczym dzikie zwierzę. Ona zaś mruży swoje oczęta, i niczym przerażona ofiara zasłania łono przed moim pożądliwym wzrokiem.

Przez chwilę usiłuję i ja dotknąć jej słodyczy, lecz ona wzbrania się coraz bardziej. Jej wzrok wciąż spoczywa na moim, ukrytym w cieniu ud członku. Uśmiecham się ze zrozumieniem, po czym unoszę się nad nią i zbliżam do jej twarzy. Sięga ręką do penisa. Początkowo delikatnie, opuszkami palców, pieści nabrzmiałą główkę, ściskając ją co jakiś czas. Drugą dłonią obejmuje moje jądra. Nie ma w tym ruchu finezji doświadczonej ulicznicy, lecz natarczywe i bolesne zgniatanie ciekawskiej nastolatki. Zaciskam zęby, lecz nie mówię ani słowa. Moja mina musi jej wystarczyć za odpowiednią wskazówkę. Bo, gdy już skończy poznawać moje ciało, odda mi swoje we władanie, a ja nie będę zważać na jej ból.

Nauka jest trudna lecz, jeśli wkłada się w nią całe serce i poświęca wszystko, sukces bywa niezwykle smakowity. Zrozumiawszy moje grymasy, w końcu zmienia torturę w pieszczotę. Masuje moje jądra, poznając ich naturę. Wreszcie oplata dłonią mojego członka, unosi głowę i składa na nim długi pocałunek. Po chwili rozchyla usta i nabija się na mój pal, połykając go całkowicie. Wypuszczam z sykiem powietrze z ust. Zaskoczony jej dokonaniem, łapię ją za głowę, odsuwam od siebie i ponownie nabijam. Przyspieszam. Jej dłonie zaciskają się na moich pośladkach, długie paznokcie wbija w miękką skórę. Jęczy głośno i w pewnym momencie usiłuje oderwać się ode mnie. Ja jednak wciąż trzymam jej głowę w kleszczach, nie zważając na drapiące mnie dłonie. W końcu, gdy czuję, że dziewczyna zaraz się udławi, wypuszczam ją z objęć. Opada na poduszki, ciężko oddychając. W jej wzroku nie ma jednak przerażenia. Jest za to ogromne pożądanie.

Mimowolnie rozkłada nogi na boki, prezentując się w całej swej kobiecej okazałości. Mruczę pod nosem skonfundowany. Nie tak – myślę – nie tak. Wszak jesteś tylko mała niewinną dziewczynką. Zsuwam się niżej, obejmuję jej uda i złączam razem. Towarzyszy temu jej jęk, lecz nie zważam na to. Trzymając mocno za łydki sięgam palcami do jej nabrzmiałego sromu. Wciskam palec wskazujący i środkowy, docieram do delikatnej, dziewiczej membrany i przebijam się przez nią, wpatrując się jej w oczy. Zaciska powieki a spod nich płyną łzy. Lecz po chwili otwiera szeroko oczy. Szarpie się, usiłując wydostać z moich objęć, lecz trzymam ją mocno. Niech to podniecenie rośnie w niej jeszcze bardziej. Tak jak we mnie przez ostatnie sny, gdy raz po raz mamiła mnie swym seksapilem.

Unoszę jej pupę nieco ku górze i wciskam delikatnie członka między gładkie fałdki. Zagłębiam tylko główkę i po chwili wychodzę, ciągnąc nitkę jej śluzu. Ocieram się o nią swym penisem i co jakiś czas ponawiam płytką penetrację. Dopiero po pewnym czasie, widząc, że mój członek cały jest mokry od jej soków, puszczam jej nogi, pozwalając by rozpostarły się na boki, odsłaniając rozognione wnętrze. Ona opada na pościel lecz w tym samym momencie unosi biodra ku górze, usiłując czym prędzej nabić się na mnie. Tu już nie ma pożądania. Jest zwyczajna chuć, która rozlewa się wokół swą nieposkromioną wonią. Potęgując jej oczekiwanie, unoszę się na chwilę, prezentując swojego członka, mokrego od jej soków. Na czubku główki uformowała się perłowa kropla, która kapnęła na jej brzuch i spłynęła pomiędzy wargi. Jej wzrok, jak i przedtem, spoczywa tylko w jednym miejscu. Sam w sumie jestem zaskoczony jego ogromem. Wstydliwe uchybienie w rzeczywistości, we śnie jawi się niczym pyta dorodnego źrebaka. Cień członka pada na jej ciało, sięgając niemal pępka. Lecz ona już na to nie zważa. Chce, bym ją wypełnił. Bym w końcu wszedł w nią cały i zaspokoił pierwotne pragnienie.

Chwytam za jej uda, unieruchamiam w uścisku i spełniam dziewczęcą zachciankę. Powoli, milimetr po milimetrze, wsuwam się w nią, niczym dalekobieżny pociąg w ciemność tunelu. Chcę, by chwila ta trwała jak najdłużej. Czuję, jak mój członek rozpycha się w jej wnętrzu, bez skrupułów brnąc w głąb. Ona zaś, by się rozluźnić, rozkłada nogi jeszcze bardziej na boki, lecz własne podniecenie działa wbrew jej samej. Co chwila zaciska mięśnie pochwy, co sprawia, że mam nieco utrudnione zadanie. Ale… wszak nikt nie mówił, że będzie łatwo. Nie zważając zatem na chwilowe opory, pcham głębiej, aż w końcu docieram do końca i czuję, jak moje jądra opierają się o jej anus.

Droga powrotna zajmuje mi dokładnie tyle samo czasu, co dziewczyna kwituje kolejnymi wybuchami gniewu zmieszanego z pożądaniem.

Rozpędzam się bardzo powoli, drażniąc się z nią i sobą samym. Lecz czuję, że gdy wreszcie nadeszła upragniona chwila nie mogę wszak zaspokoić jej w ciągu kilku minut. To musi trwać. Tak długo, jak to tylko możliwe.

W rytm pchnięć obserwuję ruch jej piersi. Usiłuje zacisnąć na nich swe palce, odtrącam je jednak i nadal upajam się widokiem podskakujących, bladych półkul. Blade sutki wyraźnie kontrastują z kamiennym wezgłowiem. W końcu nie wytrzymuję i sięgam ku nim. Zaciskam mocno palce, skrywając całe w swych dłoniach. Ściskam palcem wskazującym i kciukiem jej brodawki, raz słabiej, raz mocniej, w końcu ciągnę w górę, zastanawiając się ile bólu dziewczyna wytrzyma. Niemal uniosłem jej ciało z posłania, gdy syknęła i zacisnęła dłonie na mych nadgarstkach. W tym czasie z wolnych obrotów wskoczyłem na wyższy bieg. Niemal się roześmiałem, przypominając sobie podobny widok u parowej lokomotywy.

Nie zważając na to, co się wokół mnie dzieje, rżnę ją, już bez jakichkolwiek zahamowań. Początkowa chęć ciepłego seksu z nastolatką zmieniała się w ostre jebanie jej cipy. Ta ulotna istotka, którą przez ostatnie sny poznawałem i zakochiwałem w niej, okazała się zwykłą dziwką, która dla własnej przyjemności odarła się z niewinności i rzuciła swe ciało na pożarcie.

– Szmata – mruknąłem pod nosem, zaciskając palce na jej szyi.

Uniosłem się nieco na kolanach, dzięki czemu mogłem bez żadnych problemów wbijać się w nią, czując podskakujące po bokach nogi dziewczyny. Przeniosłem tym samym ciężar swego ciała do przodu, co jednak najwyraźniej nie zrobiło na niej żadnego wrażenia. Ona zresztą też zacisnęła swe dłonie na mojej szyi. Świadomość niebezpiecznego doświadczenia podniecała nas coraz mocniej. Mój członek jakby jeszcze bardziej urósł w jej wnętrzu, ona zaś stała się tak śliska, że niemal nie czułem obejmujących mojego członka ścianek jej pochwy.

Kątem oka dojrzałem zbierające się na horyzoncie czarne chmury. Po chwili obydwoje poczuliśmy silne uderzenie huraganowego wiatru.

Spojrzałem na nią, czując że zaraz eksploduję. Jej oczy wpatrywały się we mnie, miażdżąc w spojrzeniu szarych jak stalowa główka gwoździa oczu. Usta łapczywie łapały powietrze, lecz nawet nie usiłowała wyzwolić się spomiędzy mojego uścisku. Pchnąłem po raz kolejny czując, że zbliżam się do finału. Chciałem wypełnić ją całą, zalać swym gorącym gejzerem jej cipkę, zobaczyć jak wylewa się bokach całe nagromadzone przez ostatnie sny nasienie. Chciałem poczuć unieruchamiające mnie w jej wnętrzu, zaciskające się w orgazmie mięśnie jej pochwy.

Trach! Dźwięk grzmotu był tak silny, jak uderzenie, które niemal zrzuciło mnie z jej ciała. Następujący po tym błysk poraził moje źrenice.

– Już! – usłyszałem świdrujący głos.

Tak, tak. Już. Już, zaraz – pomyślałem, czując pierwsze oznaki mojego orgazmu. Delikatny skurcz przebiegł po moim ciele.

Trach! Kolejny grzmot i kolejne uderzenie. I kolejny błysk, który spowił całą pieczarę w jasnym blasku.

– Jeszcze!

Tak, kurwa! Jeszcze! Jeszcze moment! – Puściłem jej szyję i usiłowałem zacisnąć na piersiach. Lecz zamiast twardego ciała poczułem dziwną miękkość.

Trach! Uderzenie. Błysk.

– Mamy go!

Białe światło przesuwa się znad jednej źrenicy nad drugą. Wpatrzone z oddali oczy są niebieskie, prawie przezroczyście błękitne.

Spoglądam przed siebie. Biała szpitalna sala. Naprzeciw mnie lekarz, chowający respirator do czerwonego pudełka. Obok na krześle mama. Za nią wózek inwalidzki. Misterne nosidełko wplecione w konstrukcję wózka i kabel, którego jeden koniec łączy się z mikrokomputerem wózka a drugi z wielkim pilotem z mnóstwem przycisków. Lekarka z boku kiwa nade mną ciemną fiolką.

– No. Panie Grzegorzu. Jedna tabletka więcej i byśmy pana nie odratowali.

Spoglądam wzdłuż pościeli. Wybrzuszona tylko od szyi do pasa. Poniżej kołdra leży schludnie ułożona, płaska, nie skrywająca niczego pod spodem. Spoglądam w dal niewidzącym wzrokiem.

Poczekaj na mnie moja bogini. Wkrótce do ciebie wrócę. Już na zawsze.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Jeszcze nie jesteś tam, gdzie powinieneś być, ale już niedaleko. Jeszcze ton nie ten, kilka zdań minimalnie chybionych, kilka słów w celnych zdaniach takoż psuje wrażenie. Tego typu inwokacje, jak ta tutaj trzeba napisać albo inaczej, prosto albo trzeba mieć czucie i cierpliwość np. Szymborskiej, bo to już prawie poetyka. Więc to jest ryzykowne, trudne i większość nawet wielkich i uznanych unika takich wstępów.
To piszę po przeczytaniu kilkudziesięciu wersów.
Doczytam, może coś dodam. 🙂

To je pikne, jeno nieco przerysowane. 🙂 Na pewno się spodoba czytelnikom.

Dobre, panie Grzegorzu. 🙂

Świetnie się czyta, wyobraźnia szaleje 🙂 lecz za zakończenie mam ochotę Cię udusić 😉

Dzięki Grześ :)Jak zwykle super 🙂

Pozdrawiam 🙂 MP.

e-f jest opowiadaniem, które może być albo przerysowane albo niedorysowane. Wypośrodkowanie jest jak niedopracowana inwokacja niezachwyconego tym elementem Karela…:D. Jak już onegdaj pisałem, każda e-f zawiera coś ze mnie, w tym przypadku jest to ten nieszczęsny wstęp, napisany pod wpływem jakiejś tam chwili, pasował tutaj jak ulał. No i sen. Może niekoniecznie ten ale jak wiele mu podobnych.

Duś MP – Może natchnie mnie to do kolejnych jeszcze bardziej szalonych opowiadań… 😀

Dziękuję i pozdrawiam
MRT

Gregu,

bardzo sugestywnie wyszła Ci ta e-fraszka. Muszę przyznać, że jest naprawdę poruszająca. Współczucie dla głównego bohatera pozostaje w człowieku na długo po lekturze. Bardzo przypomina w tym "Lulu Sky". Wprawdzie temat nie do końca ten sam, ale jednak z podobnej kategorii.

Natomiast zgadzam się z Karelem, że wstęp nie do końca przystaje do rozwinięcia fabuły. I choć rozumiem, że ma dla Ciebie pewne szczególne wrażenie, włączenie go do tego tekstu powoduje dysonans, wrażenie, że Autor nie do końca kontroluje narrację i nie wie jeszcze z początku, w którą stronę podąży.

No, ale kto nie poszukuje, ten nie znajdzie. A kto się nie rozwija, pozostaje w miejscu. Tobie nie grozi żaden z tych losów, Gregu! Myślę, że Twoje poszukiwania swojego "głosu" zostaną uwieńczone sukcesem. A na razie z fascynacją je obserwuję.

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz