Opowieść helleńska: Demetriusz XIII (Megas Alexandros)  4.52/5 (69)

43 min. czytania

Thomas Couture, „Rzymianie w czasach dekadencji”

Trzeci dzień Dionizjów nie był ani odrobinę chłodniejszy od poprzedniego. Od samego rana słońce prażyło bezlitośnie, jakby zamierzało zniszczyć świętą polis Ateny. Mimo to, jak co rano, tłumy ludzi opuściły swoje duszne, lecz oferujące nieco cienia domy i wyszły na ulice oraz place. Kupcy rozstawiali swe stragany, tragarze znosili do nich towary z magazynów w Pireusie, rzemieślnicy otwierali zakłady. Odziani w chitony obywatele spotykali się na agorze, by dyskutować o wydarzeniach poprzednich dni, wyczerpujących się zapasach zboża w miejskich spichrzach oraz inwazji cudzoziemskich prostaków, którzy o niczym nie wiedzieli i nic nie potrafili pojąć. Bosonodzy niewolnicy biegali ze sprawunkami. Metojkowie w pocie czoła pomnażali swój majątek. Przyjezdni zwiedzali miasto i rozdziawiali usta ze zdziwienia. Nadzy efebowie przechadzali się po mieście, dając się podziwiać miłośnikom chłopców. Żar lał się z nieba. Morze potu wsiąkało w ateńską ziemię.

* * *

Ktoś szarpał go za ramię.

− Odejdź, przeklęty − warknął Demetriusz, usiłując na powrót zapaść w sen. Ach, jakże był on piękny, nieskończenie piękniejszy od jawy! Falerończyk przechadzał się po wspaniałym ogrodzie z niewiastą, której pragnął każdą cząstką ciała i każdym drgnieniem duszy. Fryne szła u jego boku, odziana w zwiewną, białą suknię z niemal całkiem przezroczystego jedwabiu. Ze wstążkami we włosach i złotym łańcuszkiem na szyi wyglądała jak dziewicza bogini, a nie jak ta, którą niegdyś nazywano pierwszą heterą Aten. Co jakiś czas przystawała i pochylała się, by zerwać barwny kwiat. Unosiła go do drobnego noska i wdychała upajającą woń. Nie mógł się na nią napatrzeć. Była uosobieniem doskonałości. Ostatecznym dowodem geniuszu bogów. Gdzieś nad nimi ptaki wyśpiewywały hymn na cześć Zrodzonej z Piany.

A jednak coś przeszkadzało mu w podziwianiu niezrównanej urody Fryne. Czyjeś dłonie ściskały jego ramię, palce wpijały się mocno. Czując, że sen mu się wymyka, rozpływa przed jego oczyma, Falerończyk wydał z siebie jęk głębokiej frustracji.

− Odejdź, powiadam… − próbował odepchnąć przyjaciela, lecz bezskutecznie. Ten nadal go dręczył.

− Zbudź się, Demetriuszu! Już prawie południe! Zaspaliśmy! Musimy czym prędzej iść do teatru Dionizosa. Pierwsza sztuka zaraz się rozpocznie.

− Przecież nie twoja… − próbował się bronić. − Wpierw grają Filemona…

− Nie możemy jej przegapić! − nalegał Menander. − To byłoby lekceważenie rywala. Och, wstawaj, na Posejdona! Nie ma czasu do stracenia.

Falerończyk otworzył oczy i rozejrzał się niepewnie. Światło dnia wpadało przez okna, upał był nie do wytrzymania. Gdzieś zniknął wspaniały ogród pełen śpiewu ptaków oraz woni kwiecia − zamiast niego widział zaniedbane chaszcze na zewnątrz domostwa. Gdzieś zniknęła Fryne − zamiast niej była tylko stara niewolnica Menandra, stojąca w drzwiach komnaty. Miała zatroskaną twarz oraz dzban, który trzymała oburącz w drżących dłoniach. Domyślał się, że w naczyniu jest tylko woda, niedoprawiona choćby kroplą wina. Westchnął ciężko. Komu przeszkadzał jego sen?!

− Daj mi kilka chwil − poprosił. − Muszę pozbierać myśli.

− Zrobisz to po drodze − poeta nie miał dla niego choćby odrobiny litości. − A teraz myj się i ubieraj. Ruszamy odebrać mój wieniec oliwny!

− A gdzież się podział twój lęk przed hybris?

− Rozpłynął się jak sen złoty. Poza tym fortuna sprzyja śmiałym.

Falerończyk zamrugał oczami.

− To jakiś cytat? Nie przypominam sobie…

− To nie cytat, tylko sentencja. I właśnie ją wymyśliłem. No, ruszysz się w końcu?

* * *

Aratos z Hierapytny zatrzymał się przed drzwiami komnaty. Tak jak rozkazał, dwóch najemników stale pełniło pod nimi straż. Tym razem byli to Etolowie – twardzi górale, odważni i bitni. Choć często brakło im dyscypliny, i tak byli lepsi od zuchwałych Karyjczyków czy nieokrzesanych Traków. Na jego widok wyprostowali się i pewniej uchwycili swe włócznie. Byli zmęczeni po wielogodzinnym czuwaniu, lecz nie zamierzali tego okazać przed swym dowódcą. Jeden z nich zameldował:

− Pan śpi.

− Wieści, które przynoszę, nie mogą czekać. Otwieraj.

W sypialni Dionizjusza było mrocznie i duszno za sprawą zaciągniętych zasłon. Idąc w stronę okien, Kreteńczyk wciągnął w nozdrza gęsty, dobrze mu znany zapach. Woń spółkowania. Strateg nie spędził tej nocy sam.

Fechmistrz rozsunął zasłony i wpuścił do wnętrza światło dnia, a także ledwo wyczuwalny powiew wiatru. Obrócił się w stronę łoża. I napotkał twarde, nieustępliwe spojrzenie. Dionizjusz z Faleronu siedział na posłaniu. Za jego plecami spała dziewczyna, lecz w półmroku Aratos nie był w stanie dostrzec która.

− Rozumiem, że chcesz mi przekazać coś ważnego − stwierdził chłodnym tonem strateg. − Mów.

− Dziś rano przybył posłaniec z Eginy. Zakładnicy, których przetrzymywałeś na wyspie, zbiegli przed dwoma dniami.

Na twarzy Dionizjusza pojawił się grymas wściekłości.

− Ten azjatycki skurwiel Amphimachos… Miał ich strzec jak własnej żony! Własnoręcznie obedrę go ze skóry…

− To nie będzie konieczne. Amphimachos i jego ludzie zginęli. Wieśniacy, którzy widzieli walkę, mówią, że napadli ich żołnierze pod wodzą olbrzyma o wytatuowanej twarzy.

− Celt − strateg niemal wypluł to słowo. − Trzeba go było zabić w Atenach…

Dziewczyna poruszyła się przez sen. Aratos dostrzegł jasne włosy oraz zarys pełnej piersi, z której zsunęło się okrycie. Teraz miał już pewność. Iliryjka. Dionizjusz nie zwykł tracić czasu. Ani rezygnować z nadarzających się sposobności. Zanim zrozumiał, co czyni, Kreteńczyk wypalił:

− Myślałem, że zamierzasz oddać ją Demetriuszowi.

Dionizjusz zgromił go spojrzeniem.

− Nie twoja rzecz, najemniku.

To była prawda. Nie było sensu się spierać.

− Wybacz.

Ateńczyk był już myślami gdzie indziej.

− Nie mając zakładników, tracę wpływ na całe stronnictwo demokratyczne. Hiperejdes już podburza ludzi swoimi przemówieniami na agorze. A teraz jeszcze Ktezyfon, Archelaos, Gorgonios i Leander rzucą mi się do gardła!

− Ale nie Demostenes − zauważył fechmistrz. − Wciąż więzimy jego córkę.

− To nasz ostatni atut. Jeśli dobrze go wykorzystamy, być może Demostenes uciszy pozostałych. Nie możemy stracić tej dziewki, Aratosie.

− Cóż więc rozkażesz?

− Jeszcze dziś pożeglujesz na Eginę. Weźmiesz ze sobą tylu ludzi, ilu ci trzeba. Przejmiesz dowództwo na wyspie i będziesz strzegł córki Demostenesa jak oka w głowie. Nie będę rozpaczał, jeśli przy okazji uda ci się ściąć głowę tego Celta. Wręcz przeciwnie, sowicie zapłacę za możliwość obejrzenia sobie tych jego tatuaży.

Aratos skinął głową.

− Wyruszam natychmiast − był już przy drzwiach, gdy Dionizjusz rzekł:

− Gdyby jednak okazało się, że nie uda się ochronić dziewki…

Kreteńczyk wstrzymał na chwilę oddech, spodziewając się, co zaraz usłyszy. Nie pomylił się.

− …nakazuję ci ją zgładzić. Demostenes ukorzy się przede mną albo do końca życia będzie opłakiwał córkę. Cokolwiek się stanie, nie pozwolę mu wygrać tej partii.

Fechmistrz długo spoglądał w oczy ateńskiego stratega. W żaden sposób nie potwierdził, że rozumie i wykona powierzone mu zadanie. On, dawny pirat i rozbójnik, morderca i gwałciciel, nagle pojął, że nie potrafi tego uczynić. Być może trucizna Filony zmieniła go bardziej, niż mu się zdawało. Kto raz stanął nad brzegami Styksu i zdołał wrócić do żywych, nigdy już nie jest taki, jak dawniej… Jad zrujnował jego siły, uczynił włosy białymi, postarzył go o co najmniej dekadę. Jednak nie wszystkie jego skutki były tak katastrofalne…

Aratos obrócił się na pięcie i bez słowa wyszedł z komnaty.

* * *

Mimo palącego słońca, Teatr Dionizosa był tego dnia wypełniony po brzegi. Niemal dwadzieścia tysięcy obywateli Miasta, metojków i przyjezdnych wypełniło rzędy kamiennych ław, żeby obejrzeć cykl komedii, który miał trwać aż do wieczora. Wśród nich widać było wiele niewiast, odzianych wszakże z tradycyjną, ateńską skromnością. Ich ciała skryte były pod luźnymi sukniami, twarze zaś − za woalkami. Wyjątek stanowiły hetery, które nie zamierzały upodabniać się do cnotliwych żon i córek obywateli. Odziane w pyszne, barwne peplosy podkreślające ich kształty bezwstydnie odsłaniały również swe lica. Przed promieniami słonecznymi (które mogły zepsuć ich nienaganną cerę) chroniły się za pomocą parasoli podtrzymywanych przez niewolników. Zajęły jedną z wyższych ław, by być doskonale widocznymi dla reszty publiczności.

Były tam wszystkie najsłynniejsze: Fojbiane o słodkim uśmiechu, Myrrina, zwana powszechnie „ognistą”, zniewalająca Bakchis. A także, ku zaskoczeniu niejednego, Neira. Smagła brunetka, która niegdyś ubiegała się o schedę po Fryne, potem zaś na wiele miesięcy zniknęła z życia Miasta. Mówiono, że stało się to po nieszczęśliwym spotkaniu z Dionizjuszem z Faleronu. Strateg, będący wówczas jej kochankiem, miał ją zbić do nieprzytomności za jakiś żart, który opowiedziała o jego synu. Tak czy inaczej, Neira powróciła. Nie mogła wybrać lepszego momentu − jej pojawienie się na trybunach teatru ujrzało naraz tysiące mężczyzn. Wśród nich z pewnością krył się niejeden przyszły adorator.

W loży honorowej, pod baldachimem, zajęli miejsca dostojnicy: archont eponymos, najznamienitsi członkowie Areopagu, stratedzy, a także posłowie i ambasadorowie obcych państw. Sędziwy Fokion siedział między Meleagrem, wysłannikiem Antypatra, a Dionizjuszem z Faleronu. U boku Meleagra zasiadł przystojny mężczyzna w biało-złotej, kapłańskiej szacie. Za nimi na ławie spoczął Demades, otoczony przez sześciu tesmotetów. Przy samej scenie znajdowały się trzy kamienne siedziska, przeznaczone dla autorów wystawianych dzisiaj sztuk: Menandra, Eubulosa oraz Filemona z Soli. Pojawienie się każdego z nich wywoływało entuzjastyczną reakcję widowni. Poeci odbierali należne im wyrazy podziwu, pozdrawiali widzów uniesionymi rękoma, kłaniali się w pas (o ile pozwalał im na to wiek i stan zdrowia), próbowali łapać w locie rzucane im z góry kwiaty.

 Po długich poszukiwaniach Demetriusz znalazł w końcu wolne miejsce na jednej z wyżej położonych ław. Przybyli z Menandrem późno, gdy większość trybun było już zajętych. Na szczęście dla Falerończyka, architektura teatru Dionizosa odzwierciedlała demokratyczny ustrój Miasta, w którym go wzniesiono. Z każdego miejsca rozpościerał się tu dobry widok na scenę, a dzięki wyśmienitej akustyce głos aktorów był równie dobrze słyszalny z pierwszych, jak i z ostatnich rzędów.

Epimeletos – urzędnik miejski, któremu powierzono pieczę nad występami teatralnymi owego dnia – wstąpił na scenę i zapowiedział pierwszą sztukę. Nosiła ona tytuł „Sandał Hermesa” i została napisana przez Filemona z Soli. Jak się wkrótce okazało, była to całkiem udana, lekka komedia, łącząca wątki z życia niższych sfer oraz elementy mityczne. Publiczność bawiła się dobrze, choć nie wyśmienicie. Jedynie obowiązkowa scena bójki sprawiła, że przez trybuny przeszła fala zaraźliwego śmiechu. Kiedy wybrzmiała ostatnia strofa, widzowie nagrodzili twórcę oraz aktorów owacją, którą jednak trudno byłoby uznać za żywiołową. W przerwie Demetriusz zszedł na poziom sceny i zbliżył się do Menandra. Poeta był w doskonałym nastroju.

− To tyle, jeśli chodzi o starego Filemona! − szepnął na tyle cicho, by nie usłyszał go nikt postronny. − Widać Muzy nie miłują go już tak mocno jak niegdyś.

Falerończyk uścisnął jego ramię.

− Jeśli o mnie chodzi − rzekł pogodnym tonem − to już widzę wieniec na twoich skroniach. A wkrótce ujrzą go wszyscy.

− Pozostał jeszcze Eubulos. Ciekawe, co on przygotował.

Kiedy Demetriusz wracał do swojej ławy, na jednej z wyższych trybun dostrzegł zwalistego gospodarza z „Rogu Amaltei”. Domyślał się, że dwie skromnie odziane niewiasty po obu jego stronach to Dorothea i Nephele. Nie mógł tego wiedzieć z pewnością, bo ich twarze szczelnie zasłaniały woalki. Przechodząc nieopodal miejsca, gdzie siedziały, pozdrowił je skinieniem głowy. Zdawało mu się, że jedna z nich, odziana w żółtą szatę, odpowiedziała mu w ten sam sposób. Druga, w bieli i błękicie, zrobiła więcej − sięgnęła rękoma do zasłony i na moment uniosła ją w górę. Przez krótką chwilę Ateńczyk mógł spoglądać w wesołe oczy Nephele. Dziewczyna posłała mu uśmiech i spojrzenie, po którym jego krew zawrzała. Natychmiast jednak zareagował jej opiekun. Wypowiedział kilka krótkich słów i wykonał szybki gest ręką. Dziewczyna na powrót skryła się za woalką. Jeśli Falerończyk zamierzał podejść do flecistek i wszcząć z nimi rozmowę, wściekły grymas gospodarza i jego piorunujące spojrzenie prędko skłoniły go do zmiany planów. Usiadł na swoim miejscu, plecami do całej trójki i postanowił do końca sztuki nie oglądać się za siebie.

„Zagubiony płaszcz”, dzieło Eubulosa, było komedią pomyłek, z wieloma zabawnymi sytuacjami oraz skrzącymi się dowcipem dialogami. Dla bardziej wymagających widzów, autor zawarł w niej krytykę systemu filozoficznego Platona, ale podaną w tak przystępny sposób, by nie zniechęcić spragnionej prostej rozrywki większości. Mimo zmęczenia upałem, publiczność zareagowała żywiołowo. Oklaski były długie, hołdy składane natchnionemu twórcy − liczne. Nawet z wysokiego miejsca, w którym siedział, Demetriusz mógł dostrzec, że mina Menandra zrzedła, a jego dobry humor gdzieś się ulotnił. Kolejna przerwa była nieco dłuższa, by widzowie mogli zjeść obiad przed kolejnym spektaklem. Trybuny prędko opustoszały. Gospodarz z Eleuthere też gdzieś zniknął, zabierając ze sobą flecistki. Falerończyk i Menander pozostali w amfiteatrze. Nie mieli dość gotówki, by zapłacić za posiłek w tawernie, zaś przerwa nie była aż tak długa, by zdążyli wrócić do domu poety. Przyjrzeli się krytycznie kilku obolom, które udało im się znaleźć na dnie sakiewek.

− Pobiegnę na targ i kupię choć kilka owoców − zaproponował Demetriusz. − Wypada się posilić przed bitwą.

− Nie kłopocz się mną − poprosił Menander. − I tak nie przełknąłbym ani kęsa.

− W takim razie i ja zostanę.

W tym momencie zbliżył się do nich młody człowiek odziany w szarą tunikę. Jedno spojrzenie na jego gładkie policzki upewniło Demetriusza, że ma do czynienia z eunuchem.

− Bądźcie pozdrowieni, dostojni panowie − rzekł nieznajomy, chyląc głowę z szacunkiem. − Moja pani, czcigodna Fojbiane, przesyła wam najserdeczniejsze pozdrowienia. Życzy też triumfu błogosławionemu przez Muzy Menandrowi i zapewnia go, że ani na chwilę nie zwątpiła, że to jemu należy się wieniec. Natomiast po zakończeniu konkursu zaprasza obydwu panów w swoje skromne progi. Będzie zaszczycona, mogąc świętować sukces wspólnie z natchnionym poetą i jego najbliższym przyjacielem.

Falerończyk spojrzał w stronę ław, które zajmowały ateńskie hetery. Teraz były one opustoszałe, ale niedługo miało się to zmienić. Młodzieniec poczuł, że podniecenie, które już odczuwał z powodu konkursu, jeszcze się wzmogło. Zaproszenie Fojbiane wystosowane zostało również do niego! Przed oczyma stanęły mu obrazy z upojnej nocy spędzonej z heterą, ledwie kilka miesięcy temu, po święcie Lenajów. Nim zdążył otrząsnąć się z zaskoczenia oraz wspomnień, Menander udzielił już odpowiedzi w imieniu ich obydwu.

− Przekaż swej pani, Fojbiane o słodkim uśmiechu, że stawimy się u niej zaraz po ceremonii wręczenia wieńców.

Pozbawiony męskości niewolnik ukłonił się, a następnie oddalił. Demetriusz popatrzył na swego przyjaciela.

− Nie spodziewałem się, że zaprosi również mnie.

Menander uśmiechnął się tajemniczo.

− Być może ostatnim razem zrobiłeś na niej większe wrażenie, niż podejrzewasz w swej, jakże chwalebnej, skromności.

− Jesteś pewien, że nikt nie podszepnął Fojbiane takiego rozwiązania?

Poeta wytrzymał jego podejrzliwe spojrzenie.

− Demetriuszu. Pierwsza hetera Aten, niewiasta, której pożądają tysiące mężczyzn, zwróciła na ciebie uwagę. Wszystko wskazuje na to, że po raz wtóry da ci zakosztować swej niezrównanej słodyczy. W dodatku nie żądając od ciebie nawet jednego obola. Czy będąc w tak fortunnym położeniu, naprawdę chcesz się zastanawiać nad jej motywacjami?

Falerończyk musiał mu przyznać słuszność. Bez względu na to, co kierowało Fojbiane, on tylko na tym skorzystał. Nie było sensu dalej tego roztrząsać. Tym bardziej, że właśnie kończyła się przerwa, zaś trybuny amfiteatru zaczęły się znów wypełniać. Już niedługo Ateny poznają nową, długo wyczekiwaną sztukę młodego mistrza. Demetriusz poczuł pewność, że właśnie jemu przypadnie zwycięstwo. Z twarzy poety dało się wyczytać to samo.

W tej chwili niecierpliwego, przesyconego podnieceniem oczekiwania żaden z nich nie spostrzegł, że właśnie popełnia najbardziej znienawidzony przez bogów grzech − hybris.

* * *

Ze swego miejsca w loży honorowej Kritias mógł ogarnąć spojrzeniem niemal cały amfiteatr, od sceny aż po wysokie ławy zajmowane przez nierządnice. Chcąc nie chcąc, z każdym wdechem wciągnął w nozdrza intensywną woń tysięcy zgromadzonych na niewielkiej przestrzeni ludzi. Tylko najwyższym wysiłkiem woli powstrzymywał grymas obrzydzenia i pogardy. Ateński lud, uważający się za najświatlejszy i najbardziej cywilizowany ze wszystkich helleńskich plemion, śmierdział nie lepiej niż banda półdzikich Etolów. Upał sprawiał, że ciała intensywnie potniały, a wprowadzone zarządzeniem archonta racjonowanie wody uniemożliwiało zbyt częste kąpiele.

Oczywiście Kritiasa nie dotykały owe ograniczenia. W willi Hiperejdesa nigdy nie brakło wody, sprowadzanej w amforach z odleglejszych stron. Przed przyjściem do teatru delficki kapłan zażył długiej kąpieli, po której jego ciało starannie wymasowano i natarto wonnymi olejkami, tłumiącymi zapach naturalnych wydzielin. Teraz mógł zatem z pogardą spoglądać na wszystkich wokół − łącznie z otaczającymi go dostojnikami, którzy, choć wody mieli pod dostatkiem, nie wykazywali należytej dbałości w kwestii higieny.

Najbardziej cuchnął siedzący obok niego Meleager. Rosły i zwalisty Macedończyk z twarzą przeciętą w poprzek starą blizną pocił się obficie w ateńskim skwarze, lecz zdawał się tym wcale nie przejmować. Kritias spojrzał na niego z ukosa i postanowił, iż ambasador musi umrzeć jako jeden z pierwszych. Nie tylko dlatego, że był kreaturą Antypatra, najbardziej znienawidzonego wroga królowej Olimpias, a także podporą dla oligarchicznej frakcji w Atenach. Również dlatego, że tak bardzo gwałcił wszelkie pryncypia piękna, którym hołdował kapłan Apollina.

A propos piękna… Kritias uniósł spojrzenie ku wysokim ławom. Odnalazł pośród zasiadających tam piękności twarz Fojbiane. Spoglądając na nią, poczuł, że w jego duszy rośnie gniew. Wciąż nie mógł uwierzyć w jej bezczelność! Ona, zwykła kurewka, niewiele lepsza od ulicznicy oddającej się klientom w mrocznych zaułkach, śmiała mu się sprzeciwić! Odmówiła jego zaproszeniu, za które powinna przecież upaść mu do stóp i całować po nich, póki nie każe jej przestać. Co więcej, zasugerowała, że następnej nocy ktoś inny będzie miał do niej większe prawa niż on. To się wprost nie mieściło w głowie. Jak mógł pozwolić, by osoba tak nędzna i niegodna potraktowała w ten sposób przełożonego delfickiego sanktuarium? To była obraza nie tylko wobec niego. To był policzek wymierzony samemu bogu!

Zemszczę się na tej aroganckiej suce, postanowił. Stanie się to przedtem lub po tym, jak stronnictwo demokratyczne przejmie władzę w Atenach. To nieistotny szczegół. Nie zapomnę o jej haniebnym występku. Musi zapłacić. Nie swoim życiem − to byłaby doprawdy zbyt lekka kara. Zostanie strącona z piedestału, na który się wspięła. Jej dumę należy zdruzgotać, a pewność siebie zmiażdżyć.

Poniewczasie Kritias pożałował, że nie sprowadził do Aten Alkajosa − najnowszej bestii w zastępach Olimpias. Ten człowiek jak żaden inny potrafił łamać kobiety i odzierać je z grzesznej pychy… Królowa miała jednak dla niego inną misję. Cóż, kapłan będzie musiał poradzić sobie samemu. Czuł jednak pewność, że sobie poradzi. Napędzała go furia i nienawiść. Sam delficki bóg srożył się w jego sercu.

Z mrocznych rozmyślań wyrwał go nagły aplauz tłumu. Na scenie po raz kolejny pojawił się epimeletos, by zapowiedzieć ostatnią sztukę tego dnia. Jej autor, młody Menander, nadał jej tytuł „Dziewczyna z Leukady”. Kritias pochylił się nieco do przodu i zerknął na twarze siedzących nieopodal strategów: Fokiona oraz Dionizjusza z Faleronu. Uśmiechali się, słysząc entuzjastyczną reakcję tłumu. Nie było tajemnicą, że obaj − wraz z trzecim oligarchą, Demadesem − postanowili opłacić wystawienie „Dziewczyny”. Może mieli nadzieję, że kolejny sukces Menandra sprawi, iż Lud Aten spojrzy przychylniejszym okiem na swych arystokratycznych przywódców.

Jakże się mylicie, pomyślał z satysfakcją Kritias. Nie pojmujecie, jak bardzo rozminęliście się z nastrojami Ludu. Hiperejdes od tygodni pracuje nad tym, by osłabić wasze wpływy. Teraz, gdy straciliście zakładników, macie przeciw sobie wszystkich demokratów prócz Demostenesa. Wasz czas się skończył. Dziś zadamy wam pierwszy cios.

* * *

Aktorzy rozpoczęli grę.

Mimo że była to już trzecia komedia tego dnia, zaś upał wciąż nie zelżał ani na jotę, publiczność z uwagą śledziła losy trojga głównych bohaterów utworu: statecznego Lizjasza, jego kochliwego przyjaciela Kalimedesa, a także młodej dziewczyny z dalekich stron, której Menander − w celu przypodobania się heterze − nadał imię Fojbiane. Fabuła była dość zawiła, bogata w dramatyczne zwroty akcji, które wywoływały wśród widzów żywe reakcje. Poeta wiercił się niespokojnie na swym siedzisku, obserwował reakcje tłumu, zerkał na swoich konkurentów. Jego pewność siebie nagle gdzieś się podziała. Znów czuł niepewność co do ostatecznego wyniku jego wielomiesięcznej pracy.

Z początku wszystko szło w najlepszym kierunku. Żarty oraz mniej lub bardziej subtelne aluzje wplecione w dialogi postaci wywoływały salwy śmiechu, a Ateńczycy i przyjezdni bawili się doskonale. Dopiero gdy Lizjasz wygłaszał pochwałę oligarchicznych rządów na Leukadzie (Menander wplótł ten fragment, by zadowolić arystokratycznych sponsorów swojej sztuki), na trybunach podniosło się ciche, dudniące buczenie, a nawet kilka gwizdów. Na szczęście, złe wrażenie zostało szybko zatarte − obowiązkową w komedii sceną bójki. Demetriusz uznał, że jego przyjaciel doskonale to obmyślił. Z jednej strony złożył hołd politycznej orientacji swoich dobroczyńców, z drugiej − postarał się, by przyćmić go czymś znacznie bardziej efektownym. Widzowie prędko zapomnieli o ustrojowej deklaracji Lizjasza i skupili się na dalszych perypetiach.

Kiedy wreszcie szczęśliwy Kalimedes poślubił Fojbiane z błogosławieństwem swego przyjaciela, entuzjazm publiki stał się żywiołowy. Tysiące mężczyzn i kobiet biło brawa, wznoszono okrzyki na cześć poety, aktorów, a nawet fikcyjnych bohaterów. Ostatnie kwestie aktorzy musieli wykrzykiwać, by przebić się przez owacje. Demetriusz poczuł, że napięcie, które odczuwał przez cały dzień, zelżało. Żaden z poprzednich autorów nie wzbudził równie żywiołowych reakcji. Menander mógł być już pewny triumfu.

On chyba też w to uwierzył, bo wyraźnie się rozluźnił, oparł wygodniej, pozwolił sobie na nieśmiały uśmiech. Aktorzy kłaniali się po zakończonej sztuce, a z trybun sypały się pochwały, a także kwiaty, które zaścielały scenę. Radość wypełniała amfiteatr. Nic nie mogło jej zakłócić.

* * *

W loży honorowej sędziwy Fokion spoglądał na szalejące trybuny.

− Kto by pomyślał − rzekł do Dionizjusza z Faleronu − że wsparcie dla tego uzdolnionego młodzieńca może przynieść aż takie efekty?

− Dla niego chwała, a dla nas polityczny zysk − odparł jego rozmówca. − Doprawdy, Menander pięknie to napisał, lecz Ateńczycy nie mieliby szansy ujrzeć gotowej sztuki, gdyby nie my. Pora odebrać należny nam hołd.

* * *

Publiczność skandowała:

− Cześć Menandrowi!

− Cześć aktorom!

− Chwała uroczej Fojbiane!

Pierwsza hetera Aten podniosła się na swej wysokiej ławie i stanęła wyprostowana, spoglądając na leżący u jej stóp amfiteatr. Widzowie ujrzeli to i podnieśli gromkie brawa. Dla wielu nie było tajemnicą, że bohaterka sztuki była wzorowana na prawdziwej Fojbiane, również pochodzącej z Leukady. Oczywiście niektórzy z wiwatujących zostali sowicie opłaceni. Szmaragdowooka nie zamierzała zostawić czegokolwiek przypadkowi. Większość jednak sławiła jej słodycz i urodę z potrzeby serca. Ateńczycy, mężowie najbardziej ze wszystkich Hellenów surowi wobec swoich żon i córek, zamykający je w gynajkejonach i zabraniający niewiastom uczestnictwa w życiu publicznym, teraz wynosili pod niebiosa kobietę! Tego nie sposób było kupić za żadne pieniądze. Potrzeba było geniuszu Menandra.

Romans z młodziutkim poetą nie przyniósł heterze złota ani kosztownych prezentów, którymi obsypywali ją inni adoratorzy. Dał jej za to coś znacznie cenniejszego: nieśmiertelność. Jeszcze za sto lat na scenie ateńskiego teatru wystawiana będzie „Dziewczyna z Leukady” − tak jak dziś wystawiane były tragedie Sofoklesa, Ajschylosa i Eurypidesa. A wraz z komedią Menandra trwać będzie pamięć o jego muzie, Fojbiane o szmaragdowych oczach, Fojbiane o słodkim uśmiechu. On uczynił jej sławę wieczną. Zrównał ją z Heleną Trojańską, uczynił podobną olimpijskim boginiom.

Nawet jej wielka poprzedniczka, Fryne, nie mogła marzyć o czymś takim!

Bystre uszy hetery wychwyciły jednak nie tylko wyrazy czci oraz pochlebstwa. Chociaż setki głosów skandowało teraz jej imię, atmosfera wokół Fojbiane zrobiła się nagle lodowata. Jej towarzyszki w wysokiej ławie, konkurentki w walce o najznamienitszych i najbardziej zamożnych kochanków, natychmiast pojęły, jak daleko pozostawiła je w tyle. Jedna z nich szepnęła do drugiej, drżąc z bezsilnego gniewu:

− Spójrz, moja miła. Ta dziwka już uważa się za lepszą od nas.

Fojbiane wcale się tym nie przejmowała. Po tym, co wydarzyło się w amfiteatrze, to ona będzie mogła przebierać w ofertach adoratorów. W jej blasku pozostałe ateńskie hetery zdawały się szare i niepozorne. Jej wyniesienie zrujnowało nawet efekt, jaki miał wywrzeć powrót ciemnookiej Neiry. Jaką nienawiść musiały teraz czuć!

* * *

Siedzący za Fokionem strateg Demades pochylił się i szepnął do ucha starca:

− Najwyższa pora. Za chwilę owacje ucichną. Pokażmy się Ludowi. Niech pamięta, komu zawdzięcza widowisko.

Fokion jednak się wahał. W ostatnich dniach przed rozpoczęciem Wielkich Dionizjów nastroje w Mieście bardzo się pogorszyły. Wojna, do której pchała Ateny frakcja oligarchiczna, wojna w obronie Macedonii oraz jej regenta, była skrajnie niepopularna. Optujący za niewysyłaniem armii na daleką północ Hiperejdes niemal codziennie przemawiał na agorze i zbierał gromkie owacje. Możliwe, że już teraz popiera go większość obywateli. Ich reakcji nie sposób było przewidzieć…

Dionizjusz również naciskał:

− Musimy wyzyskać ten sukces! Sprawić, by Lud stanął znów po naszej stronie!

− Dobrze więc − zrezygnowanym tonem odparł Fokion. − Powstańmy…

Aktorzy wciąż jeszcze byli na scenie, skąpani w powszechnym zachwycie. Dionizjusz skinął jednemu z nich głową. Był to umówiony znak. Mężczyzna ściągnął maskę z głowy i umiejętnie modulowanym głosem zawołał:

− Czcigodni obywatele Aten! Zacni goście! Pozdrówcie również tych, dzięki którym oglądaliście dzisiejszą sztukę! Niech żyją ateńscy stratedzy! Cześć Fokionowi! Cześć Dionizjuszowi! Cześć Demadesowi!

Trzej mężczyźni powstali w loży honorowej i unieśli głowy ku trybunom.

I wtedy właśnie nastrój raptownie się zmienił.

Opłaceni klakierzy podnieśli owacje, lecz było ich zbyt mało w wypełnionym ludźmi amfiteatrze. Ich głosy zabrzmiały dziwnie cienko i fałszywie w ciszy, która nagle zapadła. W końcu i oni zamilkli, przestraszeni gniewnymi spojrzeniami, które posyłali im siedzący obok. Fokion stał, kołysząc się niepewnie na swych starych nogach i patrzył na tysiące nieżyczliwych mu twarzy. Poczuł nagle głębokie znużenie, a także przemożną gorycz. Przez trzydzieści dziewięć lat służyłem Atenom jako strateg, pomyślał. Przelewałem za to Miasto krew w tylu wojnach, że sam ich nawet wszystkich nie pomnę. Nie wzbogaciłem się na swych kampaniach, nikt nigdy nie zarzucił mi defraudacji publicznych funduszy. Urządzałem na własny koszt publiczne widowiska. Najwyraźniej to nie dość, by spodziewać się po rodakach wdzięczności…

Ciszę, która wypełniła amfiteatr, przeciął nagle jasny, mocny głos Hiperejdesa. Mimo swego arystokratycznego pochodzenia oraz wielkiego majątku adwokat nie zasiadał w loży honorowej, lecz pośród pospólstwa, jak zwykły obywatel. Tego dnia przywdział skromną szatę z białego lnu, bez purpurowej czy też złotej lamówki. Teraz zerwał się z ławy i spoglądając z triumfem na strategów, zawołał:

− Precz z macedońskimi sprzedawczykami!

Jeszcze nim jego słowa powtórzyło tysiąc głosów, nim rozległy się gwizdy i buczenia, nim w stronę loży honorowej poleciały pierwsze przedmioty, Dionizjusz poczuł rozpierającą go wściekłość. Skończeni głupcy, pomyślał. Polityczni idioci! Czyż nie pojmujecie, że to my jesteśmy waszą tarczą? Waszą jedyną obroną przed potęgą Macedonii i żelazną wolą Antypatra? Cóż mają wam do zaoferowania Hiperejdes i jego demokraci? Kolejną klęskę pod Cheroneą?

Musiał się uchylić, bo w jego stronę poleciał kamień. Trafił on jednego z tesmotetów z drugiego rzędu. Fokion nie był równie szybki. Przejrzały owoc, ciśnięty z jednego z pobliskich rzędów, uderzył go w twarz i zalał ją lepkim sokiem oraz miąższem. Starzec pochylił głowę i zaczął trzeć oczy. Meleager zerwał się z ławy i warknął:

− Myślałem, że panujecie nad Miastem!

Więcej nie rzekł, bo następny kamień trafił go w policzek, dotkliwie go raniąc. Krew macedońskiego ambasadora spadła na scenę amfiteatru.

Demades czuł paniczny strach. Bardziej dyplomata niż polityk, biegły w negocjacjach i ucieraniu stanowisk, nigdy nie czuł zbyt dobrze nastrojów tłumu. Teraz był zatem całkiem zdezorientowany. Jak mogliśmy tak szybko utracić miłość Ludu, pomyślał z niedowierzaniem. Jeszcze niedawno lizali nas po rękach, a teraz warczą i kąsają! Trzeba czym prędzej pierzchać, może uda się ocalić życie!

Do loży honorowej wdarli się scytyjscy strażnicy miejscy. Nie posiadając tarcz, zasłaniali dostojników własnymi ciałami. To w nich uderzały następne kamienie. Demades złapał za ramię Dionizjusza.

− Musimy uciekać!

− Nie będę uchodził przed tymi tchórzami! Idź, jeśli chcesz. Sprowadzę tu swych najemników! Wtedy zobaczymy, kto będzie się krył po kątach!

− Chcesz doprowadzić do masakry?! − wykrztusił Fokion. − Nie pozwolę na to! Opuśćmy czym prędzej amfiteatr. Zejdźmy z oczu Ludowi. Niech uspokoi się i pojmie, co uczynił…

Dionizjusz chciał odpowiedzieć ostro, lecz powstrzymał się w porę. Choć lękliwy i ostrożny, starzec miał rację. Setka najemników nie da sobie rady z wielotysięcznym tłumem − tylko mocniej go rozsierdzi. Ta bitwa o serca i umysły Ateńczyków była przegrana, lecz szczując ich swymi opłaconymi psami, Falerończyk mógł przegrać całą wojnę.

− Wyprowadź stąd Fokiona − warknął do Demadesa. − Meleagrze, pójdź z nami.

Zakrwawiony Macedończyk posłał mu wściekłe spojrzenie, lecz usłuchał. Archont już dawno uciekł, podobnie jak większość tesmotetów. Ten, który dostał kamieniem, leżał na podłodze loży honorowej i nie poruszał się. Delficki kapłan stał, skryty przed pociskami za filarem baldachimu i przyglądał się całej scenie. W jego oczach była jakaś niezaspokojona łapczywość. Bezwiednie oblizał językiem swe zmysłowe usta. Dionizjusz był zaskoczony jego zachowaniem, lecz nie miał czasu dłużej się nad tym zastanawiać. Wraz z pozostałymi strategami oraz ambasadorem czym prędzej opuścił lożę honorową. Scytowie osłaniali ich odwrót.

* * *

Demetriusz z przerażeniem obserwował efekt, jaki wywołało wystąpienie strategów. Ich rejterada z loży honorowej nie od razu uspokoiła nastroje. Gniew Ludu skierował się przeciw tym, którzy korzystali z ich wsparcia i protekcji. Obelgi z trybun posypały się na aktorów, a także na Menandra. Ci, którzy przed chwilą wychwalali go pod niebiosa, teraz bez pardonu lżyli poetę, nazywając go pupilem oligarchów i kochasiem starszych mężczyzn. Filemon z Soli zerwał się ze swego kamiennego siedziska i próbował bronić niedawnego konkurenta. Eubulos pozostał na miejscu i z uśmiechem patrzył na jego upadek.

W końcu, jakby nadludzkim wysiłkiem, Demetriusz podniósł się i ruszył w dół schodami pomiędzy rzędami ław. Biegiem pokonał dystans dzielący go od sceny, a potem skoczył na nią. Kamienie i zgniłe owoce śmigały obok niego. Kto ich tu tyle wniósł, myślał gorączkowo, unikając kolejnych pocisków. Przebiegł przez scenę, z której uciekli już wszyscy aktorzy i dopadł Menandra, który wciąż siedział jakby sparaliżowany na swym kamiennym tronie.

− Zabierajmy się stąd! − krzyknął do swego przyjaciela.

Odpowiedziało mu tylko bezrozumne spojrzenie. Falerończyk nie miał czasu, by przebijać się przez mur strachu i dezorientacji. Rozwścieczony tłum w każdej chwili mógł wedrzeć się na scenę. Uniósł rękę i spoliczkował mocno poetę. Ten jęknął boleśnie, ale jakby ocknął się z letargu.

− Chodź, na Zeusa! − Demetriusz chwycił go mocno za ramię i przyciągnął ku sobie. Menander nie stawiał oporu. Wpadli do murowanej budowli stojącej za sceną, która pełniła rolę garderoby dla aktorów. Przemknęli przez nią szybko, ścigani pomrukiem niezadowolenia ze strony trybun.

Nagle znaleźli się na wąskiej uliczce. Demetriusz uznał, że mogą już iść wolniej. Wciąż słychać było odgłosy dobiegające z amfiteatru. Teraz tysiące głosów skandowały jedno hasło:

− Eubulos zwycięzca! Eubulos zwycięzca!

 Menander zacisnął wargi w bezsilnym gniewie.

− Przeklęta tłuszcza − wycedził po chwili. − Oby ich wszystkich zaraza…

− Miłość tłumu jest niestała jak portowa dziwka − rzucił równie zły Demetriusz. Kiedyś, dawno temu usłyszał takie porównanie od innych młodzieńców w gimnazjonie. Wydało mu się idealnie pasować do tej chwili. − Zwycięstwo należało do ciebie. Mój ojciec oraz inni stratedzy wszystko zepsuli.

− Gdyby nie oni, nigdy nie wystawiłbym „Dziewczyny z Leukady”…

− Dałeś Atenom wspaniałą sztukę! Powinno im to wystarczyć! Choć raz nie musieli rozgrywać swoich politycznych gierek…

Menander chciał mu coś odpowiedzieć, lecz właśnie wyszli na szerszą ulicę. Tam zaś ujrzeli, jak czterech potężnych Nubijczyków o ciałach czarnych niczym heban niosło lektykę z zielonymi zasłonami. Demetriusz wiedział doskonale, do kogo należała. Tylko jej tu brakowało, pomyślał. Nim jednak zdążył zareagować, poeta wysforował się przed niego. Falerończyk chciał go powstrzymać, przemówić mu do rozsądku. Było już jednak za późno.

− Fojbiane! − zawołał Menander.

Kilka dni temu hetera złożyła poecie obietnicę. Po jego zwycięstwie w konkursie komedii miała trzy pozostałe dni Dionizjów poświęcić tylko jemu. Jakże się z tego powodu radował!

Lektyka zatrzymała się, ale nubijscy niewolnicy nie ustawili jej na podłożu, lecz wciąż trzymali uchwyty w dłoniach. Kiedy Menander do niej dopadł, zasłona uchyliła się. W środku siedziała ta, którą zwano Szmaragdowooką. Jej egipski makijaż był rozmazany od łez, lecz oczy były pełne pretensji i gniewu.

− Czego chcesz ode mnie, chłopcze? − spytała zimnym głosem.

Poeta zatrzymał się jak wryty.

− Płakałaś? − powiedział tylko.

− Tak, z żalu i upokorzenia. Zostałam poniżona przed całym amfiteatrem! Sztukę, którą mi poświęciłeś, wygwizdano! Przyjaciółki okrutnie mnie wydrwiły! Wszystko, co przez lata osiągnęłam w Atenach, wisi teraz na włosku. Przez ciebie!

− Jesteś niesprawiedliwa, Fojbiane − Demetriusz stanął nieopodal lektyki i wbił w heterę pełne niechęci spojrzenie. − Gdyby nie polityczny spór, który podzielił obywateli, Menander zdobyłby wieniec. Dobrze o tym wiesz.

− Ale go nie zdobył! − głos kobiety wzniósł się wysoko i zadrżał.

− Pławiłaś się w jego sławie − Falerończyk z najwyższym trudem panował nad sobą. Zacisnął dłonie w pieści, poczuł, jak paznokcie wbijają mu się w ciało. − Odgrywałaś rolę szczerej kochanki genialnego artysty. Szczyciłaś się tym, że bohaterka nowej sztuki będzie nosić twoje miano. Czy teraz, w złej godzinie, porzucisz go jak wszyscy inni? Czy okażesz się równie niestała jak ateński Lud? To zbiorowisko niegodziwców, dla których nic nie znaczy pojęcie „lojalność”?

Nastała cisza. Demetriusz wytrzymał jadowicie zielone spojrzenie hetery. W końcu jej pięknie wykrojone, czerwone od egipskiej szminki usta rozchyliły się i uformowały kilka ostatnich słów:

− Nie mam ci już nic do powiedzenia, Demetriuszu z Faleronu. Ani tobie, Menandrze, skądkolwiek się tu przypałętałeś. Skończyłam z wami raz na zawsze.

Zasłona opadła, kryjąc za sobą Fojbiane. Z wnętrza lektyki dobiegł krótki rozkaz i dzierżący ją Nubijczycy ruszyli przed siebie. Dwaj przyjaciele patrzyli, jak znikają za pobliskim rogiem. Dopiero wtedy Menander zapłakał.

− Kochałem ją − łkał poeta. − Bogowie, naprawdę ją kochałem…

Falerończyk otoczył go ramieniem i przygarnął do siebie.

− Spluń na nią… − mówił, tuląc do siebie przyjaciela − …a potem zapomnij. Nie jest warta pyłu z twych sandałów.

− Wszystko straciłem − skarżył się Menander. − Sławę, miłość Ludu, kochankę… Nic już nie zostało!

− Nic nie straciłeś − odparł z przekonaniem Demetriusz. Odsunął się nieco od poety i spojrzał mu w oczy. − Muzy wciąż cię kochają, a przecież są bardziej wierne niż ta czy inna ladacznica. Z takim talentem jak twój jesteś skazany na wielkość. Jeśli nie dziś, to za rok lub za dekadę. Bądź cierpliwy, a odzyskasz wszystko. Może z wyjątkiem Fojbiane, ale o niej, jak już ci rzekłem, powinieneś zapomnieć. Dla ciebie i mnie powinna być jak umarła.

− Trudno tak po prostu zapomnieć…

− Tym niemniej zrobisz to, mój druhu. Na świecie jest pełno niewiast, które rzucą ci się do stóp, bo ten, kogo miłują boginie, cieszy się również względami śmiertelniczek. Zapewniam cię, że znajdą się pośród nich piękniejsze, bardziej wierne i oddane tobie niż Szmaragdowooka. Co zaś się tyczy samej Fojbiane… To jej czas się kończy, nie twój. Wyśmiano ją w amfiteatrze, stała się obiektem drwin. Któż zechce teraz stać się jej kochankiem? Wkrótce utraci tytuł pierwszej hetery Aten. A za rok, dwa nikt nie będzie o niej pamiętał.

Poeta otarł łzy z policzków. Wciąż był posępny, ale widać było, że kryzys ma już za sobą. Powoli zaczął godzić się z wydarzeniami ostatniej godziny. Demetriusz postanowił nie marnować więcej czasu:

− Wracajmy do twego domu, Menandrze. Nie powinniśmy zostawać na ulicach. Bogowie wiedzą, co jeszcze się dzisiaj wydarzy.

Jego przyjaciel skinął głową. Nie mówiąc już nic więcej zagłębili się w labirynt ulic i zaułków dzielnicy położonej w cieniu Akropolu.

* * *

Kritias opuszczał Amfiteatr Dionizosa otoczony przez eskortę złożoną ze Spartan. Pomimo zagrożenia, jakie niósł ze sobą rozjuszony tłum, delficki kapłan był w wyśmienitym humorze. Wszystko poszło zgodnie z planem. Lud Aten okazał oligarchom swój gniew. Wprawdzie kamienie i zgniłe owoce, które poleciały w stronę loży honorowej, zostały ciśnięte przez opłaconych rzezimieszków, ale buczenie, gwizdy i urągania były dziełem zwykłych obywateli Miasta. Hiperejdes długo i cierpliwie pracował nad ich stanem ducha. Tego dnia Ateny, od klęski pod Cheroneą rządzone przez cieszącą się poparciem Macedonii oligarchię, na powrót stały się demokracją. Antypater utracił poparcie polis, którą wciąż jeszcze zwano Słońcem Hellady. Gdy usłyszy o tym królowa Olimpias, będzie wielce uradowana.

Jednak zadanie, jakie postawiła przed Kritiasem, jeszcze nie zostało zrealizowane. Oligarchowie, choć pokonani i upokorzeni, wciąż sprawowali najwyższe urzędy w Mieście. Nim całkiem upadną, trzeba im zadać jeszcze jeden − tym razem śmiertelny − cios.

Oderwał się od swych myśli, bo oto podszedł do niego niepozorny człowiek w szarej tunice. Jeden ze Spartan zastąpił mu drogę i odepchnął stanowczo. Kritias powstrzymał swego przybocznego krótkim rozkazem.

− Nie sądzę, by ktoś, kto pragnie mojej śmierci, wysyłał w tym celu eunucha − zauważył. − Z czym przychodzisz, niewolniku?

− Bądź pozdrowiony, czcigodny kapłanie. Mówię w imieniu mej pani, Fojbiane o słodkim uśmiechu.

Kritias uniósł brwi w udawanym zdumieniu.

− Doprawdy? A czegóż chce ode mnie Szmaragdowooka?

− Zdecydowała się przyjąć twoje zaproszenie na dzisiejszy wieczór, dostojny.

A skąd pomysł, że zaproszenie jest nadal aktualne, pomyślał rozbawiony kapłan. W pierwszej chwili chciał przegnać rzezańca precz, lecz po krótkim namyśle zmienił zdanie. Być może Apollo, któremu służył, okazał mu właśnie swą łaskawość. Planował przecież zemstę… Po co z tym czekać?

− Przekaż twej pani, że raduję się z jej decyzji i będę na nią czekał dziś o zachodzie słońca w willi adwokata Hiperejdesa.

− Tak uczynię, czcigodny panie.

Kiedy eunuch się oddalił, Kritias poczuł, że jego nastrój stał się wręcz euforyczny. To będzie wspaniała noc, zawyrokował. Wprost nie mógł doczekać się już zmroku.

* * *

Tego wieczoru willa Dionizjusza z Faleronu wyglądała niczym pilnie strzeżona twierdza. Na drodze przed budynkiem pełnił straż kilkunastoosobowy oddział najemników uzbrojonych w miecze i włócznie. W nielicznych oknach wychodzących na zewnątrz stali łucznicy. Kilku następnych spacerowało po dachu. Wzmocnione patrole przemierzały także ogród położony na tyłach rezydencji.

Jeszcze niedawno domy ateńskich dostojników mogły liczyć na ochronę scytyjskiej straży miejskiej. Teraz jednak jej oddziały wysłano, by osłaniały przed gniewem Ludu macedońską ambasadę u stóp Akropolu. Tam właśnie schronił się ranny Meleager. Na szczęście Dionizjusz utrzymywał na własny koszt niemal stu zbrojnych. Teraz okazało się, jak bardzo są oni przydatni. Rozkazał im obsadzić wille strategów, a także rezydencję archonta eponymosa. Mieli kłaść trupem każdego, kto choć odrobinę przypominałby demokratę.

W sali sympozjonów zgromadzili się Dionizjusz, Fokion i Demades. Nastrój był ponury, a za sprawą tego ostatniego dodatkowo przesycony lękiem. Pan domu kazał podać wino, a także poczęstunek z mięsiwa, oliwek i sera. Żaden z mężczyzn nie tknął nawet jadła. Wszyscy za to w rekordowym tempie opróżniali kielichy.

− Musimy opuścić Miasto − mówił właśnie drżącym głosem Demades. − Udamy się na dwór Antypatra w Pelli. Poprosimy go o wsparcie…

− Nigdy! − przerwał mu Falerończyk. − Nie będę prosił o nic cudzoziemców. Zaś Antypater ma już dość kłopotów z Dardanami, którzy w każdej chwili mogą najechać Macedonię od północy. To my mieliśmy mu udzielić wsparcia, pamiętasz? A nie skomleć o nie jak dobrze wytresowane psy…

− Dionizjusz ma rację − poparł go Fokion. Zmył już z twarzy ślady miąższu i soku, odzyskał również poczucie godności należne mężom w jego wieku. − W ten sposób tylko byśmy się ośmieszyli. Antypater nigdy już nie odzyskałby dla nas szacunku. Jestem pewien, że sam to pojmiesz, Demadesie, gdy już pokonasz strach i zapanujesz nad sobą.

Tamten zbladł, słysząc reprymendę. Zaraz jednak pochylił głowę i skrył twarz w dłoniach.

− Jak mogło do tego dojść? − spytał, nie wiedzieć który już raz.

− Nasza sytuacja nie jest taka zła − stwierdził Dionizjusz. − Popiera nas arystokracja, a także wojsko stacjonujące w Dekelei. Mamy po swej stronie Scytów, najemników, przestępczy półświatek Aten. Prócz nas nikt nie dysponuje zbrojną siłą z prawdziwego zdarzenia. Bo przecież ten tłum, który widzieliśmy w amfiteatrze, nie przedstawia sobą żadnej mocy, której trzeba by się bać. Moi ludzie rozbiliby ich w niespełna godzinę.

− Bunt można stłumić włóczniami − przyznał Fokion − ale z pomocą włóczni nie sposób rządzić Miastem. Musimy radzić nie tylko nad tym, jak przezwyciężyć obecny kryzys, ale i co robić potem. Czy odważymy się przerwać Wielkie Dionizje?

Demades spojrzał na starca z niedowierzaniem.

− Nikt nigdy nie przerwał świętego festiwalu na cześć boga wina! To byłoby świętokradztwo!

− A także dowód słabości − dodał Dionizjusz. − Festiwal musi trwać. Jutro wszyscy stawimy się w amfiteatrze, jakby nic się nie zdarzyło. Obsadzę cały teren zbrojnymi, archont użyczy nam Scytów. Zarekwirują każdy kamień, każdy owoc, który ktokolwiek zechce wnieść na trybuny. Na nieprzychylne okrzyki czy próby wszczęcia burd zareagujemy aresztowaniami. Właściwie powinniśmy zacząć już tej nocy.

− Zatrzymaj wszystkich prowodyrów zamieszek − zgodził się po namyśle Fokion. − Zidentyfikujemy ich z pomocą opłacanych sykofantów. Ale nie wolno ci aresztować Hiperejdesa. Ani żadnego innego przywódcy demokratów.

− Nie rozumiem, czemu się przy tym upierasz. Oni okazali nam dziś swoją wrogość! Jakich jeszcze dowodów ci potrzeba?

− Nie pozwolę, by Ateny stały się tyranią nielicznych! − starzec pozostał nieprzejednany. − Rób, co konieczne, by zapewnić spokój do końca festiwalu. Nie zgadzam się jednak, byś przemocą rozstrzygał polityczne spory.

− Dzień po zakończeniu Dionizjów zbiera się Zgromadzenie Ludowe − zauważył Demades. − Będzie głosowane wysłanie wojsk na pomoc Macedonii. Jeśli obecne nastroje się utrzymają, nie uda nam się tego przeforsować…

− Nie pozwolę − rzekł z naciskiem Dionizjusz − by Ateńczycy opowiedzieli się za własną zgubą. Wysłanie armii na północ zostanie uchwalone. To wam obiecuję!

− Nie podoba mi się ta sugestia − Fokion zmarszczył krzaczaste brwi. − Wynik każdego głosowania jest święty…

− Mówisz jak demokrata!

Przez dłuższą chwilę spierali się każdy z każdym, chaotycznie i bez szansy na znalezienie porozumienia. Wreszcie Fokion uniósł rękę, a gdy pozostali ucichli, rzekł:

− Zgadzamy się wszyscy co do celów, choć nie co do środków. Proszę jednak, byście uszanowali moją wolę. Jestem z was najstarszy i najbardziej doświadczony. Przez cztery dekady służyłem Atenom jako przywódca i obrońca. Nie chcę u kresu życia stać się ich katem. Nie chcę, by potomni zapamiętali mnie jako tyrana.

Pozostali słuchali w milczeniu. Starzec kontynuował:

− Pobijemy demokratów tak, jak przyjęło się to czynić w naszym Mieście. Słowem i argumentacją, a nie brutalną siłą! Na Zgromadzeniu Ludowym wystąpię przeciw Hiperejdesowi. Przekonam większość, by poparła naszą politykę. Nie będzie potrzeby łamania odwiecznych praw Aten ani przelewania krwi naszych rodaków.

Demades odetchnął z wyraźną ulgą.

− Popieram Fokiona − powiedział prędko, jakby nie chciał, by kto inny go ubiegł.

Teraz obaj skierowali spojrzenia na Dionizjusza. Ten spoglądał na nich w zdumieniu, nie mogąc wprost uwierzyć w ich naiwność. W końcu jednak sam skinął głową i spokojnym, pewnym siebie tonem wypowiedział kłamstwo:

− Ja również. Zrobimy tak, jak proponujesz.

Gdy obaj stratedzy opuścili jego willę (pod silną eskortą najemników), Dionizjusz udał się do swej samotni na najwyższym piętrze. Tam czekał już na niego Spartanin Lizander.

− Słyszałeś te brednie? − spytał Ateńczyk.

Odpowiedziało mu skinienie głowy. Ta ich przeklęta lakoniczność, pomyślał.

− Co o tym sądzisz?

− Wiedzą, co trzeba zrobić − odparł Lizander − lecz boją się konsekwencji.

Dionizjusz energicznym krokiem przemierzył komnatę. Zatrzymał się przy oknie wychodzącym na wewnętrzny dziedziniec.

− Oni tak… ale ja nie − powiedział twardym tonem. − Wyruszysz jeszcze dziś, z wieczornym odpływem. Zabierzesz trzy państwowe trójrzędowce i tyle transportowców, ile zdołasz nająć w Pireusie. Otrzymasz ode mnie stosowne pełnomocnictwa oraz pięć talentów w złocie na konieczne wydatki.

− Dokąd mam pożeglować?

− Na przylądek Tajnaron. Po klęsce spartańskiego króla Agisa tam właśnie udali się najemnicy, którzy pozostawali w jego służbie i wyszli cało z bitwy pod Megalopolis. Z pewnością część z nich wciąż jeszcze tam obozuje, czekając na możliwość zarobku. Zaciągnij w moim imieniu, ilu zdołasz. Pieniądze nie grają roli. Potrzebuję co najmniej tysiąca sprawnych żołnierzy. Gdy już będziesz ich miał, pędź na skrzydłach wiatru z powrotem do Aten. Liczy się każdy dzień.

− Zgodnie z rozkazem. Wrócę najszybciej, jak to tylko możliwe. Czy mogę wiedzieć, kto mnie tutaj zastąpi?

− A kogo proponujesz?

− Rodyjczyka Miltiadesa. Myślę, że podoła obowiązkom dowódcy straży.

− Doskonale. Wezwij go do mnie, nim udasz się do portu.

Lizander zasalutował i bez zwłoki opuścił komnatę. Dionizjusz podszedł do okna i spojrzał ponad Długimi Murami na rozpościerającą się w oddali panoramę Miasta. Nad Atenami szybko zapadał zmrok. Ostatnie promienie zachodzącego słońca malowały mury Akropolu na krwawo. Tak, uznał ateński strateg. To właściwa, prorocza wręcz barwa. Wkrótce bowiem popłynie mnóstwo krwi. Całe rzeki. A gdy już to się stanie, jego ojczyzna znów zajmie należne jej miejsce − najpotężniejszej z greckich polis. On przywróci jej dawną wielkość, na powrót uczyni królową mórz i panią Hellady. Dorówna herosom oraz wodzom z dawnych wieków. Solonowi, Temistoklesowi, Peryklesowi.

Uczyni to albo sam zginie. Nie było dlań innej drogi.

* * *

Tego wieczoru rezydencja Hiperejdesa była najweselszym domem w Atenach.

Szpaler odświętnie odzianych niewolników z pochodniami oświetlał drogę ku drzwiom rezydencji. Każdy sługa − zarówno młoda dziewczyna, jak i pełen wdzięku efeb − nosił krótką tunikę z barwionego na czerwono lnu, a także wieniec we włosach. Niektórzy zajmowali się tylko tym, by sypać płatki kwiatów pod nogi co zacniejszych gości. Na dziedzińcu rezydencji stał chór z Argos − ten sam, który wygrał konkurs chłopięcy drugiego dnia Dionizjów. Witał nadchodzących pięknym śpiewem, który wznosił się pod bezchmurne niebiosa. Sala sympozjonów pękała w szwach. Wstawiono tu niemal dwadzieścia kanap do biesiadowania. Stoły na potrawy były rozmieszczone tak gęsto, że niewolnicy mieli problemy, by przecisnąć się z tacami pełnymi przysmaków. W rogu pomieszczenia wygospodarowano nieco miejsca dla muzyków: harfiarza oraz dwóch flecistek. Dziewczęta siedziały na stosie poduszek i grały wesołą melodię beockich pasterzy. Mężczyzna tymczasem stroił instrument o pozłacanym gryfie.

Fojbiane podziwiała wszystkie te cuda, nie mogąc wprost uwierzyć w rozrzutność Hiperejdesa. Owa uczta musiała kosztować majątek! Zupełnie nie pasowało to do wizerunku obrońcy ludu, męża o skromnych potrzebach i prostych obyczajach, który to obraz funkcjonował w wyobraźni tysięcy biednych Ateńczyków.

Trudno się było wszakże dziwić rozmachowi tego przedsięwzięcia. Adwokat podejmował przecież gościa specjalnego: opromienionego triumfem w amfiteatrze Eubulosa, autora najlepszej komedii Wielkich Dionizjów. Fojbiane miała nadzieję, że Kritias przedstawi jej tego twórcę. Choć miał ponad pięćdziesiąt lat, a jego skronie całkiem już przyprószyła siwizna, to przecież był najnowszą gwiazdą Miasta, płonącą jasno na jego firmamencie. A także wspaniałym kandydatem na kochanka dla pierwszej hetery Aten. Umarł król, niech żyje król.

Gdy Szmaragdowooka weszła do sali sympozjonów, ujrzała coś, co zmroziło jej serce. Kritias, mężczyzna, który zaprosił ją na ucztę, bynajmniej nie był sam. Na biesiadnym łożu kapłana, przytulona do jego torsu, spoczywała czarnowłosa Neira. Miała na sobie pyszną suknię z karmazynowego jedwabiu, ozdabianą wokół dekoltu rubinami. Te same kamienie lśniły w jej kolii z czerwonego złota, spływającej w zagłębienie między piersiami. Fojbiane, która również przywdziała kosztowny peplos wyszywany złotą nicią, a także skrzące się od diamentów kolczyki, poczuła się podwójnie zazdrosna. Neira ukradła jej mężczyznę i tytuł najpiękniej ubranej niewiasty wieczoru. Przez moment na poważnie rozważała opuszczenie sali. Zaraz jednak uświadomiła sobie, że taka rejterada drogo by ją kosztowała. Ateny uznałyby, że uciekła przed rywalką. Groziła jej nawet utrata tytułu pierwszej spośród heter. Musiała pozostać i udawać, że dobrze się bawi.

Popatrzyła szybko ku pozostałym łożom. Pan domu obejmował czule swego kochanka, urodziwego Narkissosa. Skinął Fojbiane głową i szepnął coś do ucha młodzieńca. Eubulos był jak na razie samotny. To była jej szansa! Ruszyła ku niemu wdzięcznym krokiem, uwodzicielsko kołysząc biodrami i starając się nie zauważać rozbawionych spojrzeń koleżanek, w pełni świadomych tego, że została ograna. Na uczcie u Hiperejdesa zgromadziła się bowiem cała elita ateńskich heter: Bakchis towarzyszyła Gorgoniosowi, Lamia leżała u boku Archelaosa. Aglaia, nieledwie dziecko, śmiała się z czegoś, spoczywając w ramionach Leandra. Szmaragdowooka nigdy nie interesowała się polityką, toteż dopiero po dłuższej chwili zrozumiała, że oto widzi wszystkich niemal przywódców stronnictwa demokratycznego w Atenach. Brakowało tylko Demostenesa. Kto wie, może nie gustował w tego rodzaju przyjęciach?

Nie miała jednak czasu się nad tym zastanawiać. Zbliżyła się do łoża Eubulosa i pochyliła z szacunkiem głowę.

− Cześć tobie, najbardziej fortunny mistrzu − rzekła, umiejętnie modulując głos, by wyrażał zarówno głęboki respekt, jak i ledwo wyczuwalną obietnicę. − Pozwól, bym oddała ci hołd.

Mężczyzna przyglądał się jej z rozbawieniem. W końcu oznajmił:

− Cóż, zrządzeniem bogów przejąłem wieniec Menandra. Mogłem się spodziewać, że zaraz zjawi się jego była już wielbicielka.

Kilka osób zaśmiało się głośno. Fojbiane poczuła, że jej policzki oblewa rumieniec. Teraz pożałowała, że zdecydowała się zaryzykować. Jeśli poeta ją odprawi, stanie się pośmiewiskiem całych Aten. To będzie dla niej koniec. Jednak Eubulos nie odesłał jej precz. Wręcz przeciwnie.

− Czemuż zatem nie miałbym przejąć i ciebie? Zechciej spocząć u mego boku, Szmaragdowooka. Może nie jestem już tak szczupły, jak w latach młodości, lecz i tak starczy miejsca dla nas dwojga.

Przez chwilę szczerze kochała tego podstarzałego, otyłego mężczyznę o czerwonej twarzy nałogowego pijaka. Czym prędzej zajęła wskazane jej miejsce i wtuliła się w rozmiękczone luksusem ciało. Zbyt późno zorientowała się, że może nie powinna się tak spieszyć. Przyjaciółki odczytają to jako dowód słabości. A gdy już raz poczują krew… Nie, nie mogła o tym myśleć. Zmusiła się, by spojrzeć w stronę Kritiasa i napotkała jego wzrok. Uśmiechał się! Miała ochotę rzucić się na niego i przeorać paznokciami to piękne lico, z którego był tak dumny. Ciekawe, czy po oszpeceniu delfijski Apollo miłowałby swego sługę równie mocno…

Hiperejdes wzniósł toast za Eubulosa, ochoczo podchwycony przez wszystkich wokół. Poeta podziękował mu skinieniem głowy, a potem wygłosił improwizowaną pochwałę pana domu. Jego wiersz został przyjęty z gromkim aplauzem. Fojbiane powoli się odprężała. Wprawdzie ten tłuścioch w niczym nie przypominał Kritiasa ani nawet młodziutkiego Menandra… ale i tak cieszył się sławą i był powszechnie szanowany. Szmaragdowooka tuliła się i wdzięczyła do niego, pozwalała, by dyskretnie ją obmacywał, a także karmił najlepszymi kąskami, które nabijał na sztylet i przysuwał jej do ust. Być może zdoła jeszcze przekuć klęskę w zwycięstwo. Romans z Eubulosem zatrze złe wrażenie, jakie zostało po jej związku z poprzednim ulubieńcem Aten. Bogowie bywają nieprzewidywalni w swych wyrokach. A ona po prostu usiłowała utrzymać się na powierzchni.

Jakże jesteś rozkochana w sobie, Fojbiane, myślał z pogardą Kritias. Jakże z siebie zadowolona. A przecież stoisz już nad samą przepaścią. Wystarczy tylko jeden krok… albo też jedno, niezbyt silne pchnięcie.

Sala sympozjonów tętniła gwarem rozmów. Mówiono głównie o polityce i Dionizjach, które to dwa tematy bez przerwy się splatały. Co chwilę ktoś wznosił pochwalny okrzyk na cześć Eubulosa. Demokraci emocjonowali się ucieczką oligarchów z amfiteatru.

− To początek ich końca − perorował Gorgionos. − Wyśmiani i wygwizdani przez Lud, upokorzeni przed obliczem całego Miasta!

− Słabość może ich skłonić do nieprzewidywalnych reakcji − zauważył bardziej ostrożny Archelaos. − Pamiętaj, przyjacielu: ranny lew jest najbardziej niebezpieczny.

− Na szczęście osłaniają nas Spartanie… − odrzekł tamten. − Kto odważy się nas aresztować?

− Milcz, głupcze! − syknął z sąsiedniego łoża Leander. − To nie są słowa dla wszystkich uszu.

Podano smażone na ruszcie mięsiwo, kielichy ponownie napełniono wybornymi trunkami. Wkrótce potem Hiperejdes zaczął się skarżyć na bóle brzucha. Raz i drugi opuścił salę, udając się w ustronne miejsce. Za trzecim razem skapitulował. Po raz trzeci podnosząc się z łoża z pomocą Narkissosa, przeprosił wszystkich i oznajmił, że udaje się na spoczynek.

− Nie przeszkadzajcie sobie! − poprosił zgromadzonych. − Niechaj sympozjon trwa, nawet gdy was zostawię. Obowiązki pana domu przejmie mój dobry przyjaciel, Kritias z Delf. Czyż nie, zacny druhu?

Kapłan całował akurat uszminkowane na ciemnoczerwono usta Neiry. Usłyszawszy swe imię, zwrócił się ku adwokatowi.

− Bądź spokojny, Hiperejdesie. Dołożę starań, by twym gościom nie zabrakło wina, jadła ni rozrywki. Możesz na mnie liczyć w tym względzie.

Pan domu opuścił salę, podtrzymywany przez swego kochanka. Po jakimś czasie Narkissos wrócił. Gdy tylko stanął w progu, delficki kapłan posłał mu uważne spojrzenie. Efeb lekko skinął głową. Zgodnie z przewidywaniami, Hiperejdes legł w alkowie jak zabity. Można się było tego spodziewać. Trucizny sporządzone osobiście przez Tryfona z Ambrakii były niezawodne w działaniu. Nawet jeśli miały tylko wywołać rozstrój żołądka i niepowstrzymaną senność.

Kritias miał w zanadrzu jeszcze jeden specyfik przygotowany przez Ambrakijczyka. Proszek o zupełnie innej recepturze i zgoła odmiennym działaniu. Wezwał do siebie sługę i podał mu swój własny kielich.

− Zanieś go Szmaragdowookiej. Powiedz, że pragnę spełnić z nią toast za zdrowie Eubulosa.

Niewolnik wykonał rozkaz. Fojbiane popatrzyła na kapłana ze zdumieniem. W końcu jednak uniosła naczynie i na jego oczach wypiła zawartość. Kritias kazał sobie napełnić inny puchar i również wypił. Nie miał zamiaru znowu dotknąć tego, który trzymała w dłoniach hetera.

Teraz nakazał podać gęste, nierozwodnione wino − takie, jakie pili Macedończycy oraz barbarzyńcy z odległej Tracji. Domyślał się, jak ów trunek zadziała na nieprzywykłych doń Ateńczyków. Nie musiał długo czekać. Oczy biesiadników zaszkliły się, a ich wypowiedzi stały się głośniejsze i bardziej bełkotliwe. Mężczyźni już bez najmniejszej żenady obmacywali towarzyszące im hetery, które poddawały się im z ochotą i bez najmniejszych śladów wstydu. Niektórzy zaś sięgali ku ciałom krążących po sali niewolników obojga płci. Powietrze zrobiło się gęste od żądzy.

Hetera nie zwróciła uwagi na pierwsze zawroty głowy. Uznała, że to efekt zbyt dużej ilości wina i postanowiła przez resztę wieczoru pić już tylko czystą wodę. Eubulos był coraz bardziej rozochocony. W końcu pozwoliła, by wsunął owłosioną dłoń w jej dekolt. Poeta zaczął zdecydowanie miętosić jej pierś. Jego natarczywość zaskoczyła Fojbiane. Omiotła całą salę zamglonym spojrzeniem. Kolory mieszały się ze sobą, zaś kolumny podtrzymujące strop jakby uginały się pod jego ciężarem. Głosy ucztujących stały się głuche, jakby dochodziły do niej z wielkiej odległości. Kazała napełnić sobie kielich, lecz gdy po niego sięgnęła, naczynie wysunęło się z jej palców i z głośnym brzękiem upadło na podłogę.

− Zobacz, mój drogi − szepnęła do ucha Kritiasa Neira. − Tylko na nią popatrz. Fojbiane całkiem się już spiła. W ogóle się nie szanuje…

− Zaiste − mruknął delficki kapłan. − Jest o krok od kompromitacji.

− Ktoś powinien ją stąd wyprowadzić. Lecz ten rozpustnik Eubulos ma zupełnie inne plany.

− Cóż… zdobył dziś najwspanialsze trofeum Miasta. Bogowie go pobłogosławili, a Lud obwołał pierwszym poetą Hellady. Po tym wszystkim chyba nie odmówisz mu najpiękniejszej z ateńskich heter?

Spojrzała nań z niespodziewanym gniewem. Odpowiedział jej promienistym uśmiechem.

− Och, wiem, że to tobie należy się ów tytuł. Fojbiane ci go ukradła, pamiętasz? Ale nie martw się, wkrótce go odzyskasz. Właściwie stanie się to już dzisiejszej nocy.

Przez dłuższą chwilę rozkoszował się wyrazem zaskoczenia na jej licu.

Szmaragdowooka jęknęła z bólu, gdy palce poety uszczypnęły jej brodawkę. Próbowała się od niego odsunąć, lecz kończyny odmawiały jej posłuszeństwa. Rozejrzała się w panice, szukając pomocy. Twarze siedzących wokół mężczyzn i kobiet wyglądały dziwacznie − jakby wyciągnięte albo spłaszczone. Co chwila traciły swoją formę, rozmywały się w monstrualne kształty. O dziwo, choć wzrok i słuch płatał jej figle, zmysł dotyku był wyczulony jak nigdy przedtem. Była w pełni świadoma tulącego się do niej tłustego ciała Eubulosa, zaś jego brutalne pieszczoty przyprawiały ją o coraz większe cierpienia.

− Nie tak mocno, mój panie − próbowała rzec, lecz z jej ust dobyło się tylko niezrozumiałe mamrotanie. Jest coraz gorzej, pojęła. Muszę stąd wyjść. Dotrzeć do lektyki…

Jakimś cudem wyślizgnęła się z objęć Eubulosa, lecz gdy próbowała podnieść się z łoża, znów zakręciło jej się w głowie. Nogi ugięły się, jakby ktoś uderzył ją w tylną część kolan. Fojbiane krzyknęła przestraszona i poleciała w bok − prosto na stół zastawiony potrawami. Mosiężne tace spadały z łoskotem na podłogę. Amfora z winem pękła i czerwony trunek zalał suknię hetery. Rozmowy momentalnie ucichły. Teraz wszyscy spoglądali na nią. Na twarzach niektórych malowało się zaskoczenie, inne wykrzywiał pogardliwy grymas. Rywalki Fojbiane uśmiechały się złośliwie. Oto ta, która rościła sobie prawo do bycia pierwszą! Spójrzcie, jak się stoczyła!

Fojbiane podniosła się znowu, jedną ręką opierając się o stół. Wspaniały peplos, który przywdziała na ten wieczór, był całkowicie zniszczony. Bolała ją też prawa dłoń. Wbiły się w nią okruchy ceramicznego naczynia, które stłukła. Hetera stanęła na równych nogach i z trudem utrzymując równowagę, wyszeptała:

− Pomóżcie mi, proszę…

Nikt jednak nie zamierzał jej odpowiedzieć. Wszyscy łapczywie przyglądali się jej upokorzeniu.

Zataczając się, ruszyła w stronę drzwi. Ktoś − być może jedna z jej koleżanek, Lamia albo Bakchis − podłożył jej nogę. Upadła znowu, tym razem na posadzkę. Mocno już podchmieleni biesiadnicy ryknęli gromkim śmiechem.

Ktoś pomógł jej wstać. Kurczowo uchwyciła się jego silnych ramion. Otworzyła oczy i spojrzała mu w twarz. Piękno regularnych rysów. Rozbawione spojrzenie. W pierwszej chwili pomyślała, że to Kritias. Dopiero po kilku sekundach pojęła, że ma przed sobą kochanka Hiperejdesa, efeba, którego zazdrościły mu całe Ateny. Czemu to właśnie on… Narkissos stanowczym ruchem obrócił ją plecami do siebie. I tak oto stanęła oko w oko z Eubulosem. Poeta podniósł się z łoża i teraz stał przed heterą. Jego twarz była czerwona od pijackiego gniewu, a oczy ciskały gromy.

− Już mnie opuszczasz, ladacznico? − spytał bełkotliwie.

− Wybacz, źle się poczułam − próbowała się bronić. Nadaremnie. Mężczyzna chwycił ją za nadgarstek i brutalnie przyciągnął do siebie.

− Nigdzie nie pójdziesz, póki nie otrzymam nagrody…

Ruszył w stronę łoża, na którym przedtem spoczywali. Ciągnął za sobą słabo opierającą się Fojbiane. W tym momencie rozległ się dźwięczny głos Neiry:

− Nie zwlekaj, zacny Eubulosie! Już teraz odbierz swą nagrodę! Nikt nie ma do niej większych praw niż ty!

Zwalisty mężczyzna był już mocno pijany. Stracił samokontrolę, dostojność, a nawet poczucie wstydu. Kiedy więc padła propozycja, skwapliwie ją podchwycił.

− Święte słowa! Po cóż mam czekać na to, co i tak mi się należy?

Ktoś zaczął skandować, jak przedtem w amfiteatrze:

− Eubulos zwycięzca! Eubulos zwycięzca!

Natychmiast przyłączyli się inni.

Poeta cisnął heterę z powrotem na łoże.

− Zdaję się, że w twej alkowie gościli ostatnio sami chłopcy − zawołał, siłując się ze swym chitonem. − Najwyższa pora, byś przypomniała sobie, co potrafi prawdziwy mężczyzna!

Próbowała się podnieść, lecz pchnął ją ponownie. Narkissos dał znak dwóm niewolnikom. Zbliżyli się do Eubulosa i pomogli mu unieść chiton. Oczom biesiadników i przerażonej Fojbiane ukazała się jego męskość. Penis był dość krótki, lecz szeroki w obwodzie, wyrastał z istnej gęstwiny splątanych, czarnych włosów.

− Błagam… nie tutaj! − ostatkiem sił krzyknęła Szmaragdowooka.

− Tutaj, tutaj − parsknął śmiechem, układając się na niej.

Próbowała go odepchnąć, lecz jej ręce były całkiem pozbawione sił. Zresztą, ktoś zaraz chwycił ją za nadgarstki i unieruchomił je ponad jej głową. Gdy popatrzyła w górę, napotkała płonące nienawiścią spojrzenie Neiry. Eubulos tymczasem szarpał wiązania sukni Fojbiane, starając się dobrać do jej wdzięków. W końcu, zniecierpliwiony, rozdarł delikatny jedwab. Biesiadnicy podnosili się ze swych miejsc i podchodzili bliżej, by nic nie uronić z pysznego widowiska. Teraz mogli do woli sycić się widokiem nagich piersi oraz krocza hetery. Poeta wciąż darł na niej szatę, odsłaniając coraz to nowe połacie jej zgrabnego ciała.

Gdy uznał, że jest już wystarczająco naga, chwycił w dłoń swego penisa i nakierował go na jej srom. Wszedł silnym, zdecydowanym pchnięciem. Fojbiane jęknęła z bólu i upokorzenia. Ponad barkiem gwałcącego ją mężczyzny ujrzała twarz Kritiasa. Kapłan pochylał się nad nią, a jego uderzająco piękną twarz szpecił okrutny grymas. Czym zawiniłam, przeszło przez myśl hetery. Czemu postanowił mnie ukarać?

Członek boleśnie ocierał ją od środka. Przesycony winem oddech drażnił jej nozdrza. Czuła na sobie ciężar Eubulosa, lecz jeszcze mocniej odczuwała spojrzenia trzech tuzinów mężczyzn i kobiet, którzy traktowali jej poniżenie jak doskonałą rozrywkę. Poeta stękał i sapał, ale jego biodra poruszały się żwawo i nie zwalniały ani na chwilę. Pochwa Fojbiane wilgotniała bardzo powoli, więc każdy sztych przynosił jej nową falę udręki. Paznokcie Neiry, pomalowane na krwistoczerwono, wbijały się w nadgarstki Szmaragdowookiej.

Delficki kapłan pogardliwie się uśmiechał.

Po kilkunastu pchnięciach Eubulos zadrżał w ekstazie. Fojbiane poczuła, jak tryska głęboko w niej. Natychmiast ogarnęły ja mdłości. Przez krótką chwilę bała się, że zwymiotuje. On jednak nawet tego nie zauważył. Leżał na niej jeszcze przez kilka sekund, a potem uniósł się i wysunął penisa na wierzch. Strząsnął ostatnie krople nasienia na jej łono. Spróbowała połączyć uda, ukryć przed wszystkimi dowód tego, co się stało. Nie pozwoliły jej na to ręce biesiadników, którzy chcieli sobie wszystko dokładnie obejrzeć.

Myślała, że to już koniec. Nie wiedziała, jak bardzo się myliła. Eubulos obciągnął na sobie chiton i zaśmiał się ochryple.

− Pierwsza hetera Aten? Wolne żarty. Byle dziwka z Pireusu ma w sobie więcej ognia niż ona!

− Nie godzi się oceniać trunku, którego inni nie mieli nawet okazji spróbować − odrzekł Kritias. − Pozwól, by sami sobie wyrobili zdanie.

− Dlaczego nie? − poecie najwyraźniej spodobał się ten pomysł. − Nikt nigdy nie powie, że Eubulos jest samolubem i nie dzieli się z towarzyszami. Proszę bardzo! Kto chce się poczęstować?

Przez krótki moment odpowiedzią była tylko cisza. Przerażona Fojbiane modliła się o to, by tak pozostało.

− Ja − rzekł Narkissos, młody kochanek Hiperejdesa.

− A więc do roboty, chłopcze.

Narkissos ściągnął przez głowę tunikę i odrzucił ją za siebie. Nagi pochylił się nad Szmaragdowooką. Był niezwykle przystojny. Nie tak jak Kritias, który przypominał boga… Ale jasnowłosy efeb z pewnością nie ustępował żadnemu spośród śmiertelników. Kiedyś Fojbiane cieszyłaby się z takiego kochanka. Kiedyś…

Chwycił ją bezceremonialnie za biodra i obrócił stanowczym ruchem na brzuch. Była w jego dłoniach całkiem bezwolna, niczym szmaciana lalka. Przyciągnął ją ku sobie i zmusił, by uklękła na biesiadnym łożu. A potem rozchylił jej pośladki i splunął między nie. Przez chwilę rozcierał ślinę na jej tylnych podwojach, a ona zaciskała je ze wszystkich sił, które jeszcze jej pozostały. Domyślała się, czego pragnie młodzieniec. Ten, który tak często był sodomizowany przez swego adoratora, nie znał innego sposobu uprawiania miłości. Przez mgłę narkotyku Fojbiane pojęła, że tej nocy czeka ją jeszcze wiele upokorzeń.

Narkissos wsunął penisa między pośladki Szmaragdowookiej i zaczął wciskać go w jej ciasny odbyt. Początkowo szło mu z trudem, ale z każdym pchnięciem zbliżał się do upragnionego celu. Hetera kwiliła z bólu przez zaciśnięte zęby. Gdy ból stał się nie do zniesienia, skapitulowała. Członek młodzieńca zagłębił się w jej pupie. Efeb wydał z siebie triumfalny krzyk. Nie silił się na delikatność, od razu zaczął szybko poruszać biodrami. Wyciągnął rękę przed siebie i chwycił za jej kasztanowe włosy. Owinął je sobie wokół dłoni i szarpał przy każdym pchnięciu.

Kiedy uniosła powieki, ujrzała blisko przed sobą Neirę. Czarnowłosa hetera zebrała w ustach ślinę i splunęła jej prosto w twarz. Fojbiane poczuła, jak gęsta plwocina leniwie spływa po jej policzku. Kolejna kropla poniżenia momentalnie znikła w wezbranym morzu.

Jądra Narkissosa uderzały z impetem o jej łono. Nabrzmiały penis wdzierał się głęboko w pupę, ocierając ją od środka. Szarpnięcia za włosy stawały się coraz bardziej gwałtowne. Młody mężczyzna dochodził w istnym pędzie. Był niecierpliwy, zachłanny, natarczywy. W końcu wdarł się w nią po raz ostatni. Poczuła jego gorący wytrysk. Dopiero potem dotarł do niej ochrypły krzyk spełnienia.

− Kto następny? − natychmiast spytał Kritias.

Nawet nie wiedziała, kto zajął miejsce młodzieńca. Po prostu nowa para rąk uchwyciła ją za biodra, a potem twarda męskość wbiła się zdecydowanie w pochwę. Choć nieznajomy miał duży członek, tym razem penetracja nie była szczególnie bolesna. Nasienie Eubulosa i jej własna wilgoć pomagały. Nic jednak nie mogło pomóc na to, co czyniła Neira. Krzyczała coś niezrozumiale i co chwila ją policzkowała. Twarz Fojbiane płonęła żywym ogniem. Łzy płynęły obficie, lecz nikt się tym nie przejmował. Zbiorowy gwałt trwał w najlepsze.

Następni mężczyźni byli chyba zbyt spragnieni, by brać ją po kolei. Jeden z nich − rozpoznała w nim demokratę Gorgoniosa − położył się na plecach i wciągnął ją na siebie. Gdy jego penis tkwił już głęboko w szparce Fojbiane, inny biesiadnik uklęknął z tyłu i zaczął wciskać się w jej pupę. Nawet nie próbowała stawiać mu oporu. Uwięziona między dwoma gorącymi ciałami, penetrowana genitalnie i analnie, mogła tylko łkać z bezsilności, wstrętu oraz wstydu. Neira przestała ją bić i zadowalała się patrzeniem. Teraz dołączył do niej Kritias. Szeptał coś do ucha odzianej w czerwień kobiety, ona zaś śmiała się głośno.

Wkrótce Szmaragdowooka straciła rachubę, ilu mężczyzn skorzystało z jej ciała. Ich zmieszane nasienie wylewało się z jej pochwy i odbytu. Wciąż wchodzili w nią kolejni mężowie, by zaspokoić pożądanie między udami lub pośladkami tej, którą do niedawna zwano pierwszą heterą Aten. Bezlitosnymi szarpnięciami wyrywali jej całe pukle włosów, wymierzali siarczyste klapsy, po których jej pupa stawała się coraz bardziej sina. Zgromadzeni wokół biesiadnicy dopingowali ich i zachęcali. Nie mogła oczekiwać litości nawet od dawnych koleżanek. Upadła hetera − tak jak upadły polityk − nie ma już przyjaciół. Otacza ją tylko pogarda oraz wściekła wrogość. Jedyne, czego może się spodziewać, to dalsze ciosy.

Przez cały ten czas Kritias nawet jej nie dotknął. A jednak instynktownie czuła, że właśnie jemu to wszystko zawdzięcza. Kiedy ostatni mężczyzna skończył z nią i wyszedł z jej obolałej pupy, delficki kapłan dał znak dłonią. Silne ramiona chwyciły Szmaragdowooką i poderwały ją z łoża. Nie była w stanie ustać na nogach, lecz podtrzymujący ją niewolnicy nie pozwolili, by upadła. Ze wszystkich stron otaczali ją goście Hiperejdesa, uśmiechnięci i uradowani tym, co uczynili. Wpatrzeni w nią. A było na co patrzeć! Strzępy sukni nie mogły zasłonić jej zbrukanej nagości. Fojbiane drżała jak w febrze, nie mogąc opanować zawrotów głowy. Kolory i kształty znów zaczęły jej się zamazywać. Poczuła, że traci przytomność.

Lecz nim zemdlała, dotarły do niej ostatnie słowa Neiry:

− Rzućcie ją niewolnikom. Niech i oni mają rozrywkę. My już skończyliśmy z tą cudzoziemską zdzirą. Ateny już z nią skończyły.

* * *

Po dusznej i męczącej nocy, pełnej koszmarów i gorączkowych majaczeń, wreszcie nastał litościwy świt. Niebo na wschodzie pojaśniało, ukazując masyw góry Hymettos. Wkrótce zza jej stoku wyłonił się płonący rydwan Heliosa. Zaróżowiły się wyniosłe ściany Akropolu, światło wlało się przez portale do wnętrza świątyń. Mieszkańcy Aten budzili się, by powitać kolejny dzień. Zmawiano poranne modlitwy i składano ofiary na domowych ołtarzykach.

A mojry tkały swoje nici, strącając w przepaść jednych i wynosząc na piedestał drugich. Fortuny rodziły się i umierały, śmiałe zamierzenia odnosiły sukces lub porażkę. Możni tego świata żyli i ginęli, podobnie jak maluczcy, choć na znacznie większą skalę. Słusznie zatem czynili religijni Ateńczycy, gdy o poranku składali ofiary.

Wszak tylko bogowie wiedzieli, co komu przyniesie przyszłość.

Przejdź do kolejnej części – Opowieść helleńska: Demetriusz XIV

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dajcie cos wreszcie innego. Ile można o tych Grekach?

W poniedziałek będzie już coś zupełnie innego. A Ty, drogi Anonimie, będziesz miał prawie cały miesiąc na odpoczynek od "tych Greków" 😀

M.A.

Mi się tam podoba. Ciekawe jakie będzie rozwiązanie może jest to banalne ale teoretycznie może by tak wykorzystać tą agentkę Kritiasza do uprowadzenia Demetriusza albo Menandra. Oczywiście prawdopodobnie Demetriusz przyjdzie na odsiecz ale zostanie pochwycony przez Brennusa, a może by tak wykorzystać wariant z Lizandrem. Prawdopodobnie mieli jakieś swoje źródło informacji, dlaczegóżby więc nie stworzyć sytuacji, że rzekomi najemnicy króla Agisa po przybyciu zostają wysłani do któregoś z oligarchów i zabijają ich choćby Demadesa bo Demetriusza z Faleronu jeżeli mamy być zgodni z historią to raczej nie w końcu pomagał Poliorketesowi.

Anonimie,

cieszę się, że podoba Ci się Opowieść. Jeśli chodzi o dalsze rozwiązania fabularne, to oczywiście losy różnych bohaterów splotą się, choć trochę inaczej, niż przewidujesz. Agenta Kritiasa (którego nazywasz, zgodnie z polską tradycją literacką, Kritiaszem), czyli Filona oraz Brennus są na razie na Eginie, kombinując, jak uwolnić ostatnią zakładniczkę – córkę Demostenesa. Z kolei Aratos został wysłany na wyspę, by upewnić się, że dziewczyna zostanie w rękach oligarchów.

Lizander wyruszył na Przylądek Tajnaron, by zaciągnąć najemników, więc przez kilka najbliższych dni nie będzie go w Atenach. Co do ewentualnej śmierci Demadesa – akurat tego nie mogę uczynić, bo Demades to podobnie jak Fokion, Ejschines, Demostenes oraz Hiperejdes postać autentyczna – zginął w 318 r. p.n.e. z ręki syna Antypatra, imieniem Kassander.

Natomiast z Demetriuszem z Faleronu coś Ci się pomyliło 🙂 On bynajmniej nie pomagał Demetriuszowi Poliorketesowi! Wręcz przeciwnie, był jego wrogiem. Demetriusz z Faleronu był archontem (a faktycznie tyranem z poparciem Macedonii) Aten w latach 317-307 p.n.e. Podstępne zdobycie Aten przez Poliorketesa zakończyło jego rządy i zmusiło go do ucieczki. Najpierw schronił się w Tebach, a ostatecznie osiadł w Egipcie, gdzie współpracował blisko z królem Ptolemeuszem I Soterem. M.in. był jednym z pomysłodawców i założycieli Biblioteki Aleksandryjskiej.Zmarł nad Nilem wiele lat później, w 283 r. p.n.e.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

P.S. Poza nielicznymi błędami świetny komentarz – chciałbym dostawać jak najwięcej takich! Sugestie, przewidywania, propozycje etc. Jest z czym rozmawiać i do czego się ustosunkowywać!

Wreszcie jakaś akcja. Kiritias jak zwykle zwycięzca (mam nadzieję że kiedyś spotka go bolesne przeznaczenie ;). Zachwiał władzą oligarchów i zniszczył reputację niedawnej kochanki, Fojbiane.

Spodziewam się że Aratos nie będzie taki lojalny i w swej misji ochrony, a w razie konieczności zabicia córki Demostenesa zawiedze – może przyłączy się do Celta i niedoszłej zabójczyni?

Co do niepowodzenia Meandra zacytuję pewnego pisarza:

"Forutna to niestała dziwka zwariowana na pukcie ironii"

Młodzieńcy jakiś czas temu składali przysięgę. Spodziewam się że już niedługo jednemu z nich przyjdzie ją wypełnić. Stawiam na Demetriusza, w końcu to opowieść o jego młodości, więc musi mieć okazję wykazać się po raz wtóry (ocalił już przeciez Fokiona).

Daeone,

przedstawiłeś kilka interesujących hipotez, z których przynajmniej niektóre mogą się sprawdzić… nie mogę oczywiście zdradzić, które, bo wtedy zaspoiluję, a wolę, by Czytelnicy dowiadywali się o fabule z samej Opowieści, a nie z moich niedyskrecji 😉

Co do Kritiasa – z Fojbiane oczywiście mu się udało, z oligarchami również (choć tutaj walka wciąż trwa), ale gość nie zawsze wygrywa. Tais udało się wyślizgnąć z jego palców. Bryaksis go przechytrzył. A już wkrótce ten samozwańczy syn Apolla może się przekonać, że świat nie istnieje po to, by spełniać jego kaprysy.

A jeśli chodzi o Menandra i Demetriusza – tak, przed ich przyjaźnią stoją liczne próby. Natomiast o Aratosie nie powiem nic – może poza tym, że jest jednym z głównych bohaterów następnych rozdziałów 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Tak naprawdę to już nie wiem jak komentować OH bo zalety wymieniłem wszystkie jakie do głowy mi przyszły. Jedyne co mogę dodać to to że twoja OH jak dla mnie jest lepsza niż te trzy nudne tomy "Potopu" Henryka S, gdzie przeczytałem tak naprawdę jedną kartkę. Tutaj przynajmniej coś się dzieje.
Pozdrawiam! Stary, internetowy kolega z DE

Witaj, Kolego z DE! Zdradź proszę, jakiego nicka wówczas używałeś – zależy nam na wszystkich uciekinierach z tamtego pięknego, choć leżącego już na dnie okrętu 😉

Cieszę się, że Opowieść helleńska tak bardzo przypadła Ci do gustu, że przedkładasz ją nad naszą narodową epopeję. Ciekaw jestem, co powiedzieliby Grecy, gdyby usłyszeli, że za górami Tracji mają we mnie skromnego kronikarza ich starożytnej historii! Czy uznaliby coś z mojej pisaniny za wartościowe, czy też machnęli lekceważąco ręką? Dopóki nie znajdę jakiegoś zdeterminowanego tłumacza na ten piękny język, zapewne się nie dowiem 🙂

Pozdrawiam serdecznie i ruszam na spoczynek
M.A.

Witam!
Pierwszy raz komentuje, ale czytelnikiem jestem od dawna. Krótko. Bałem się, że po DE nie będzie kontynuacji, ale jest i jest genialnie. Płyniesz Człowieku- nie piszesz… Bije pokłony bo jeden z bardzo niewielu serialu, który się nie nudzi. Budzisz emocje i ciekawośč… Niecierpliwość również, ale warto czekać za każdym razem! Mam nadzieję, że również na wydanie ksiâżkowe. Mam stałe grono fanów i ciãgle się powiększa. Pozdrawiam serdecznie! Paj

Witaj, Paju!

Bardzo miło odpowiadać na takie wiadomości 😀 Mogę Cię zapewnić, że cykl Opowieści helleńskich będzie kontynuowany – aż do samego końca, choć szczerze powiedziawszy, nie jestem w stanie sprecyzować, kiedy ów koniec nastąpi. Może i z zewnątrz wygląda, jakbym "pływał, nie pisał", ale niestety mój cykl twórczy coraz częściej przypomina pływanie w galarecie… jest już tyle wątków, tyle postaci i tyle różnych motywacji, że samo trzymanie tego w kupie i tropienie ewentualnych niekonsekwencji zajmuje wiele czasu. No, ale robimy co możemy 🙂 Myślę, że z Demetriuszem jestem już po połowie. Niedługo pora zacząć zmierzać ku kulminacyjnym punktom tego serialu.

Pozdrawiam
M.A.

""Potopu" Henryka S, gdzie przeczytałem tak naprawdę jedną kartkę. "
To akurat nie jest powód do dumy. Przypomina mi się cytat z "Rejsu":
"Tylko… Naczy nie wiem, bo ja, co do muzyki, nie slyszalem piosenki, chciałem
powiedzieć parę slow na jej temat"

@Megas
Już nie mogę się doczekać następnego rozdziału.

Moje następne rozdziały (2) pojawią się tu w maju. Niestety, nie jestem w stanie pisać szybciej… a na razie mogę Ci polecić bardzo dobry cykl historyczny "Żegnaj Lizbono" (XVIII wiek, cykl ukończony!) oraz "Wielką Grę" Foxma (przeddzień II Wojny Światowej, jeszcze nieukończony). No i "Rudowłosą", sagę fantasy Seamana (też nieukończoną, ale są już 4 rozdziały). To bardzo ciekawe lektury, które uprzyjemnią Ci konieczność kilkutygodniowego czekania na kolejne przygody Demetriusza i Spółki.

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz