Opowieść helleńska: Demetriusz X (Megas Alexandros)  4.34/5 (68)

35 min. czytania

William Bouguerau, „Młodość Bakchusa”

Kiedy Demetriusz i Menander dotarli wreszcie do gaju Akademosa, panował tam już znaczny tłok. Procesja opuściła Eleuthere o świcie, a było już późne popołudnie.

W każdej chwili spodziewano się ujrzeć posąg Dionizosa, niesiony na czele barwnego pochodu. Niewolnicy dekorowali stoły na ucztę ku czci boga, ustawiali na nich potrawy oraz dzbany z winem. Scytowie pilnowali, by żaden z Ateńczyków czy przyjezdnych nie skosztował czegokolwiek przed czasem.

W tym świętym dniu wszystko miało swą właściwą porę. Sprawa była natury religijnej, a więc zbyt poważnej, by pozostawić ją sumieniu poszczególnych ludzi. Gdyby ktoś pogwałcił odwieczną tradycję, skosztował choć kęs przed formalnym rozpoczęciem biesiady, mógłby ściągnąć klątwę na całe Ateny.

Falerończyk zauważył, że wśród zgromadzonych stało wiele kobiet. Nie ladacznic, a statecznych niewiast, skromnie kryjących swe twarze za woalkami. W Atenach był to niecodzienny widok. Obywatele mieli zwyczaj zamykać swe żony i córki w domach, nie pozwalali im swobodnie wypuszczać się na ulice, a co dopiero poza mury Miasta! W innych poleis zdarzały się wszakże odmienne porządki. Na czas Wielkich Dionizjów przybywały do Aten całe rodziny, z niewiastami i dziećmi. Z pewnością wielu starszym obywatelom nie podobała się ta inwazja barbarzyńców. Młodemu Falerończykowi zdawało się natomiast słuszne, by kobiety również miały prawo uczestniczyć w święcie. Dlatego teraz spoglądał na nie z życzliwością, żałując tylko, że zasłony skrywające ich lica nie są choć trochę bardziej przezroczyste.

– Już idą! – zawołał ktoś gromkim głosem. Wszystkie oczy zwróciły się ku Drodze Thrijskiej, skąd nadciągnąć miała procesja. Na razie ponad drogą unosił się tylko kurz. Powoli jednak wyłaniały się z niego pierwsze szeregi. Pierwsi szli kapłani w długich szatach, wznoszący ręce do modlitwy. Za nimi mężowie odziani w białe chitony, z wstęgami wplecionymi we włosy dźwigali naturalnej wielkości posąg boga. Dionizos wykonany był z pozłacanego drewna, a jego skronie zdobiły oliwne wieńce oraz girlandy kwiatów. Po obu stronach posągu maszerowali muzycy z harfami, lirami, fletami oraz kitarami, grając hymn na cześć pana winorośli. Za nimi postępowali liczni mieszkańcy Eleuthere, którzy przyłączyli się do pochodu. Nieśli oni kolejne posągi z drewna lub brązu, przedstawiające wszakże nie boga, a olbrzymich rozmiarów fallusy. Kult unoszącego się w erekcji członka, jako symbolu płodności, był ważnym elementem Dionizjów. Mimo to w tłumie zebranym w gaju Akademosa rozległy się wybuchy śmiechu i dosadne żarty. Demetriusz nie dziwił się temu, ani nie uznał podobnych reakcji za grubiaństwo. Ateńczycy zdążyli już przywyknąć do osobliwości tego święta, lecz dla przyjezdnych wszystko to było nowością – czasem zachwycającą, a czasem zabawną.

Czoło procesji dotarło już do gaju Akademosa. Ateńczycy i przyjezdni rozstąpili się, by przepuścić kapłanów oraz tych, którzy szli za nimi. Muzyka harf, fletów i piszczałek wzniosła się pod niebo. Za mężczyznami niosącymi olbrzymie podobizny fallusów jechały wozy zaprzęgnięte w woły. Na nich, pod parasolami chroniącymi je od palącego słońca, rozsiadły się wesołe dziewczęta w barwnych sukniach. One nie skrywały twarzy za woalkami. Miały też często odsłonięte ramiona i głębokie, hojne dekolty. Niektóre przygrywały na instrumentach, inne śmiały się głośno, żartowały z mężami idącymi obok wozów, chętnie słały pocałunki w tłum. Nie ulegało wątpliwości, że większość z nich to ladacznice. Co do tych, które chciały uchodzić za flecistki oraz kitarzystki, można się było tego domyślać. Kiedy święty pochód połączył się z oczekującą nań rzeszą, wozy zostały zatrzymane, a zwierzęta pociągowe – wyprzęgnięte. Pstrokato odziane niewiasty schodziły na ziemię i szły między ludzi, by radować się wraz z nimi. A przy okazji nabić swoje mieszki srebrem.

Dopiero teraz scytyjska straż rozstąpiła się, otwierając drogę do stołów z jadłem oraz trunkiem. Tłum wokół nich momentalnie zgęstniał. Rozpoczęła się uczta ku czci Dionizosa – równie gwałtowna i namiętna jak sam bóg. Setki ludzi łapczywie zaspokajało swój głód i pragnienie, nie zadając sobie nawet trudu, by pokroić mięso nożem czy przelać wino do glinianych kubków. Darli dłońmi mięsiwo, a tłuszcz spływał im po palcach. Pili prosto z dzbanów, zaś strumyki czerwonego napoju ściekały po białych, świątecznych chitonach. Kobiety bezwstydnie ocierały się o mężów, zaś ci korzystali ze ścisku i tłoku, obmacując je do woli. U ich stóp psy walczyły o nieogryzione kości, a wiele z nich zostało na śmierć zadeptanych. Zanim Demetriusz i Menander zdołali przepchnąć się przez ciżbę, większość potraw została już pochłonięta przez innych biesiadników. Wina wszakże nie mogło zabraknąć – Scytowie co rusz otwierali kolejne amfory. Falerończyk wlał nieco do kubka, następnie dodał wody. Dzban z alkoholem przekazał poecie. Ten pociągnął spory łyk prosto z naczynia. Oczy zaszły mu łzami, doznał zawrotów głowy. Upadłby, gdyby nie napierający nań z każdej strony ludzie. Demetriusz przyciągnął go ku sobie.

– Trzymaj się blisko – rozkazał. – Upał i nierozwodnione wino to zabójcza mieszanka. Tłum zaraz oszaleje…

Zesłane przez boga winorośli szaleństwo zaiste nadciągało. Dzbany krążyły pośród ludzi, przekazywane z rąk do rąk. Nawet stateczne zazwyczaj niewiasty odrzucały woalki i ukazywały wszystkim twarze, by raczyć się trunkiem bez żadnych przeszkód. Ladacznice wylewały sobie wino na biust, pozwalając mężczyznom spijać trunek prosto z ich dekoltów. Co odważniejsze zsuwały szaty z piersi, odsłaniając je w pełnej krasie. Również młodzi i piękni młodzieńcy, którym zbytnio dokuczył słoneczny żar, pozbywali się tunik i przechadzali się w tłumie nago, jak podczas ćwiczeń w gimnazjonie. Demetriusz i Menander kroczyli pośród tego chaosu, szeroko otwierając oczy i racząc je kolejnymi widokami. Dla Falerończyka nie były to pierwsze Dionizje, wiedział mniej więcej, czego się spodziewać, a mimo to zaskoczyła go siła i gwałtowność wyzwolonych emocji. Dla piętnastoletniego poety była to nowość. Przedtem z uwagi na wiek nie dopuszczano go do uczty w gaju Akademosa, a jedynie pozwalano uczestniczyć w późniejszych, bardziej dostojnych uroczystościach w Teatrze Dionizosa. Chłonął więc wszystko i zapamiętywał, bez zażenowania gapił się na wypięte biusty pornai oraz członki efebów, z których wiele unosiło się w stanie podniecenia. Zdążył jeszcze wypić kilka łyków z dzbana, nim odebrały mu go czyjeś ręce.

Pielgrzymi z Eleuthere weszli pośród Ateńczyków, tworząc wraz z nimi mieniącą się barwami rzeszę. Kapłani i dziwki, wolni i niewolnicy, obywatele oraz metojkowie – wszystkich zrównała magia owej chwili, prawdziwie dionizyjska euforia, która wypełniała serca i rozpalała spojrzenia. Demetriusz czuł, że i on nie jest odporny na jej przemożną siłę. Wino, muzyka harf i lir, uroda otaczających go niewiast, z których niektóre ocierały się o niego swymi krągłościami – wszystko sprawiało, że młoda krew Falerończyka zawrzała. W pewnej chwili wpadła nań jakaś dziewczyna – sądząc po białym chitonie z dobrego lnu, raczej córka obywatela niźli ladacznica. Popchnięta przez kogoś, o mały włos nie przewróciła się na ziemię, co w gęstej ciżbie pijanych ludzi mogło się skończyć tragicznie. Młodzieniec chwycił ją za ramię i przytrzymał, ona wsparła dłoń o jego tors. Uniosła głowę, ich spojrzenia się napotkały. Oczy miała zielone i lśniące, zupełnie jak Fojbiane. Nim Demetriusz zorientował się, co czyni, pochylił już głowę i ucałował jej pełne, różowe usta. Była zbyt zaskoczona, by mu się oprzeć, zaś jej wargi smakowały jak najsłodsze wino. Dopiero po chwili cofnęła się gwałtownie, zarumieniona ze wstydu i gniewu.

– Jak śmiałeś? – spytała drżącym głosem. – Czy wiesz, kim jestem?

– Kimś, kto potrzebował pomocy – odparł niezbyt elokwentnie.

– Mój ojciec każe cię wychłostać!

– Najpierw musiałabyś mu wytłumaczyć, co robiłaś w gaju Akademosa – zauważył Menander. Język plątał mu się tylko odrobinę, zważywszy na to, ile wypił nierozwodnionego trunku. – Jesteś córką któregoś arystokraty, czyż nie? Wątpię, by pozwolił ci tu przyjść. Musiałaś wymknąć się z domu, wiedziona ciekawością. Bądź jednak pewna, śliczna pannico, że dochowamy sekretu. Ojciec nie dowie się ani o twoim nieposłuszeństwie, ani o śmiałości mego przyjaciela.

Widać było, że strzała poety dosięgła celu. Młódka przygryzła wargę, ruchem zdradzającym zdenerwowanie wygładziła suknię na swym ciele. Potem zaś odwróciła się do nich plecami i zniknęła w tłumie.

– Nawet się nie pożegnała – Menander potrząsnął głową z niesmakiem. – Chodź, Demetriuszu. Znajdźmy sobie lepiej wychowane dziewczęta.

Łobuzerskie spojrzenie zdradzało, jaki rodzaj dziewcząt miał na myśli.

– Nie mamy przecież pieniędzy – przypomniał mu Falerończyk.

– Może nie będą nam potrzebne. Zdaję się, że widziałem tam znajomą twarz. Podążaj za mną, druhu!

Przedzierali się przez upojoną winem i swobodą rzeszę, zmierzając z grubsza we wskazanym przez poetę kierunku. Ścisk był niewyobrażalny. Na Demetriusza napierały zewsząd spocone ciała mężczyzn i kobiet, w różnym stopniu odzianych, mierzących go bardziej lub mniej błędnymi spojrzeniami. Rozpychał się rękoma, całkiem zapominając o arystokratycznych manierach, które wpojono mu w domu ojca. Było to jednak nieuniknione. W innych okolicznościach miałby kilku rosłych niewolników, którzy podążaliby przed nim, roztrącając tłum. Teraz był zdany tylko na siebie. Menander, niższy od przyjaciela i bardziej chudy niż szczupły, przeciskał się wśród ludzi z mniejszym wysiłkiem. Szybko więc zostawił Demetriusza z tyłu. Nie chcąc go zgubić, Falerończyk musiał postradać skrupuły i zacząć używać łokci. Gdy pewien grubas uparcie nie schodził mu z drogi (z lubością bowiem ocierał się kroczem o pupę uwięzionej w ścisku kapłanki), młodzieniec naparł na niego barkiem, a gdy to nie pomogło, wymierzył solidny cios w kałdun. Mężczyzna zaklął szpetnie, zgiął się wpół i cofnął o kilka kroków, wpadając na ludzi za swymi plecami. Korzystając z zamieszania, Demetriusz szybko go wyminął i ruszył w ślad za poetą.

Kiedy wreszcie go doścignął, ten obejmował ramieniem i całował w usta niewysoką dziewczynę o włosach w kolorze miodu, zaplecionych w warkocze. Jaskrawy, niebiesko-żółty peplos i przytroczony do paska instrument jednoznacznie wskazywały na jej profesję – była flecistką, a pewnie też i nierządnicą. W przeciwieństwie jednak do innych pornai nie wystawiała swoich piersi na publiczny widok. Suknia, choć głęboko wydekoltowana, trzymała się pewnie na jej ramionach. Kiedy Menander się od niej odsunął, zwróciła swe błękitne oczy na Demetriusza. Natychmiast rozpoznał tę twarz w kształcie serca, ślicznie wykrojone usta, nieskazitelną, jasną cerę.

– Witaj, Dorotheo! – zaśmiał się i również uścisnął ją mocno. Pocałował ciepły policzek, poczuł, jak ramiona dziewczyny oplatają mu szyję. – Cóż za szczęśliwe zrządzenie losu! Ledwie przed kilkoma godzinami myślałem o tobie!

– Doprawdy? – odparła, udając zdziwienie. – Więc oto jestem, Demetriuszu.

– Nephele jest z tobą?

– Tak, przyjechałyśmy razem z procesją, na jednym z wozów. Udała się po więcej wina. Właśnie na nią czekam.

– Oby przyniosła dwa dzbany! – zarechotał Menander. – Jeden nam z pewnością nie wystarczy.

* * *

– Zatem to jest warunek mego syna? – spytał z niedowierzaniem Dionizjusz z Faleronu. Siedział na krześle sztywno wyprostowany i mierzył Aratosa chłodnym, niemal wrogim spojrzeniem. W ręku dzierżył puchar wina. Kreteńczyk dostrzegł, że zaciska na nim palce tak mocno, aż zbielały.

– Jedyny, jaki stawia – odparł uspokajającym tonem. – Obiecuje wrócić na bieżnię, gdy tylko oddasz mu dziewczynę. Myślę, że darzy ją gorącą namiętnością.

Samotnia arystokraty zdawała się tego dnia wyjątkowo posępnym miejscem. Oprócz dwóch mężczyzn obecna tu była jeszcze fenicka niewolnica. Oni siedzieli po obu stronach dębowego stołu, racząc się winem. Ona stała nieruchomo pod ścianą, gotowa na każde skinienie. W dłoniach trzymała amforę z winem. W doryckim chitonie z czerwonego jedwabiu spiętym na prawym ramieniu złotą broszą wyglądała niezwykle apetycznie. Choć była jedynym przyjemnym dla oka punktem tej komnaty, Aratos pilnował się, by nie spoglądać za często w jej stronę. Jak wszystko inne w tym domostwie, należała do jego chlebodawcy. Fechmistrz nie chciał go wyprowadzić z równowagi. Dionizjusz i tak był już bliski wybuchu.

– Namiętnością! – parsknął pozbawionym wesołości śmiechem. – Mówimy o iliryjskiej brance! Dzikusce sprowadzonej z jakiejś zapchlonej lepianki na krańcu cywilizowanego świata! Jak w ogóle można pożądać kogoś takiego?

Ty mi odpowiedz, pomyślał Aratos. W końcu sam wziąłeś ją do łoża. Nie zdradził się jednak z tym spostrzeżeniem. Zamiast tego uśmiechnął się i rzekł:

– Kiedy byłem jeszcze piratem na Morzu Środkowym, zająłem raz egipski statek płynący do Hellady. W jego ładowni znalazłem kilkudziesięciu niewolników, będących najprawdziwszymi Etiopami. Czarni jak bazalt, niemówiący żadnym cywilizowanym językiem, dzicy niczym zwierzęta. Niemal sami mężczyźni. Tylko jedna dziewka przeżyła okrutne warunki transportu. Była pełna gniewu i lęku. A przy tym bardzo piękna. Rysami twarzy przypominała Arabkę, lecz jej skóra miała kolor obsydianu. Od razu mi się spodobała. Ponieważ od kilku tygodni nie miałem już kobiety, wziąłem ją na swe posłanie.

Dionizjusz słuchał, nie przerywając. Gestem przywołał Fenicjankę. Zbliżyła się natychmiast, napełniła jego puchar winem, po czym wróciła na swoje miejsce.

– Spodziewałem się rozrywki na jedną noc – ciągnął Kreteńczyk. – A znalazłem towarzyszkę na długie miesiące. Choć nie rozumiałem ani słowa z jej mowy, prędko odnaleźliśmy nasz wspólny język. Nigdy przedtem ani potem nie spotkałem równie gorącej kochanki. Nie miała w sobie nic z uległości naszych helleńskich niewiast. Rzucała się na mnie, gdy tylko przekroczyłem próg kajuty. Wpijała się w moje usta, a kiedy w nią wchodziłem, jej szparka stawała się ciasna jak u nietkniętej jeszcze dziewicy. Zaprawdę powiadam ci, dopóki byliśmy razem, nie miałem ochoty na portowe dziwki…

– Jaki jest cel tej opowieści? – Dionizjusz stracił w końcu cierpliwość.

– Chciałem tylko wykazać, że namiętnością można darzyć każdą niewiastę, bez względu na to, skąd pochodzi. Etiopka oczarowała mnie silniej niż jakakolwiek inna kobieta. Może Raisa ma w sobie coś, co zafascynowało Demetriusza.

– Tak czy inaczej, nie mogę spełnić jego żądania.

– Dlaczego? – spytał ze zdumieniem Aratos.

– Nie mam już Iliryjki. Pozbyłem się jej.

Fechmistrz poczuł, że krew odpływa z jego twarzy.

– Zabiłeś ją?

– Cóż za bzdury! Za kogo mnie masz, Aratosie?

Kreteńczyk stłumił westchnienie ulgi.

– Tamtej nocy – ciągnął Dionizjusz – gdy mój syn uciekł z domu, byłem rozgniewany. Obraził mnie i mojego gościa, macedońskiego ambasadora. Chciałem ukarać Demetriusza, a jego niewolnica była najbliżej. Zauważyłem, że wpadła w oko Meleagrowi. Na zakończenie sympozjonu dałem mu ją w prezencie. By zatrzeć złe wrażenie i umocnić nasz sojusz…

– Podarowałeś Raisę Macedończykowi – fechmistrz potrząsnął głową. – To bardzo utrudni negocjacje z twoim synem.

Dionizjusz westchnął.

– Wiem, że popełniłem błąd – ton, którym wypowiedział te słowa, dobitnie świadczył, że wyznanie nie przyszło mu łatwo. – Straciłem panowanie nad sobą i zdolność właściwej oceny sytuacji. Trzeba było posłać dziewkę Meleagrowi, ale tylko na jedną noc. Dać mu skosztować nagrody, sprawić, by zapragnął więcej…

– Nie należało jej nigdzie posyłać – przerwał mu ostro Aratos. Zaczynał tracić cierpliwość do tego głupca. Jak można było być aż tak ślepym? – Należała do Demetriusza i tylko do niego. Nie miałeś prawa odbierać mu jego własności.

Arystokrata posłał mu gniewne spojrzenie.

– Nie podoba mi się twój ton, Kreteńczyku.

– Wybacz proszę – momentalnie zapanował nad sobą. – Zapomniałem się.

Los jednej niewolnicy nie był aż tak istotny, by ryzykować dla niej bardzo lukratywną współpracę z Dionizjuszem. Tym bardziej, że w swej obecnej kondycji Aratos nie mógł raczej liczyć na zlecenia od innych pracodawców.

– Mam nadzieję, że więcej tego nie zrobisz. A teraz zastanówmy się, jak naprawić to, co się stało.

– Mógłbyś poprosić Meleagra o zwrot daru…

– Wykluczone. Dionizjusz z Faleronu nie cofa raz wypowiedzianego słowa! Jeśli mój syn pragnie uczciwej rekompensaty, otrzyma ją. Dam mu dwie niewolnice w zamian za Raisę. Będzie mógł sam je wybrać. Anteja, Chara, Kleopatra, którekolwiek zechce…

Fechmistrz słuchał z niedowierzaniem. Zanim jednak zdążył coś powiedzieć, ubiegła go Fenicjanka. Gdy tylko usłyszała swe imię, poruszyła się z niepokojem. Dzban wina wysunął się z jej palców i upadł na podłogę, roztrzaskując się na sto kawałków. Czerwony napój zalał skraj perskiego dywanu.

– Ty niezdarna… – zaczął Dionizjusz.

– Proszę cię panie, nie czyń tego – jęknęła. – Nie oddawaj mnie swemu synowi!

– Czy pozwoliłem ci mówić? – warknął poirytowany.

– Błagam… – Kleopatra osunęła się na kolana, nie zważając na to, że rani je o ceramiczne odłamki. – Nie odsyłaj mnie… Nie chcę innego pana niż ty!

– Nie sądź, że ułagodzisz mnie tymi słowami. Za twą niezdarność i arogancję musi cię spotkać kara. Aszurze!

Do komnaty wszedł syryjski eunuch, będący zarządcą niewolników. Ukłonił się tak nisko, jak pozwalała na to jego tusza.

– Wzywałeś mnie, panie? – rzekł łagodnym i zniewieściałym tonem.

– Zabierz tę niewolnicę i każ ją wychłostać. A potem przyślij kogoś na jej miejsce.

Aratos poruszył się na krześle i odchrząknął.

– O co chodzi? – spytał wciąż zirytowany Dionizjusz.

– Nie sądź, że chcę cię pouczać – ostrożnie zaczął Kreteńczyk, – lecz myślę, że w tej sprawie jesteś nazbyt surowy. Niewolnica dowiodła właśnie swego przywiązania do ciebie. Spójrz na nią. Zaryzykowała bicie i poraniła sobie kolana, byle tylko prosić cię o to, byś zachował ją przy sobie. Darzy cię sympatią, może nawet miłością. To więcej, niż niejeden pan otrzymuje od swej służki.

Arystokrata milczał przez dłuższą chwilę.

– Możesz odejść, Aszurze – rzekł w końcu. – Sam ją ukarzę. A ty, Kleopatro, biegnij szybko po jakąś szmatę. Trzeba to posprzątać.

Dziewczyna nie podniosła się z kolan. Nadal wpatrywała się błagalnie w swego pana. W końcu westchnął ciężko i rzekł:

– Nie obawiaj się, Fenicjanko. Nie oddam cię Demetriuszowi. Zresztą, jak go znam, i tak odrzuciłby rekompensatę. Chłopak robi się z wiekiem coraz bardziej krnąbrny. Zastanawiam się czasem, po kim to ma.

– Co postanowiłeś w jego sprawie? – spytał fechmistrz.

– Jeszcze nic. Rozważę tę sprawę i podejmę decyzję. Na dziś to wszystko, Aratosie. Zostaw mnie samego.

* * *

Po kilku godzinach uczty, kapłani zaczęli nawoływać do wznowienia procesji. Szło to opornie, bo tłum był upojony winem, miłością i szaleństwem. Scytyjscy strażnicy wywlekali z krzaków nagie dziewczęta oraz ich wciąż niezaspokojonych kochanków. W ruch poszły baty, a gdy zaszła potrzeba, również drewniane pałki. W końcu nawet najbardziej zagorzali wyznawcy Erosa zostali zagonieni do formującej się kolumny. Wozy pozostawiono w gaju – blokowałyby jedynie ruch na wąskich ulicach Aten. Ostatni odcinek drogi, do Teatru Dionizosa, wszyscy mieli pokonać na własnych nogach.

Oni wszakże mieli inne plany. Gdy tylko procesja wkroczyła w obręb Murów Temistoklesa, dwaj przyjaciele wraz z towarzyszkami czmychnęli w boczny zaułek. Szczęśliwie owej rejterady nie zauważył żaden kapłan ani Scyta. Gdyby stało się inaczej, na grzbiety uciekinierów posypałyby się niechybnie liczne razy. Każdy, kto posilił się w gaju Akademosa, miał obowiązek wziąć udział także w drugiej części uroczystości – składaniu ofiar w Teatrze. I choć kolejna biesiada, która miała się zacząć zaraz po zgładzeniu świętego byka, stanowiła poważną pokusę, Demetriusz i Menander zrezygnowali z niej bez żalu. Oto bowiem przypadkowe spotkanie z flecistkami otwierało przed nimi jeszcze przyjemniejsze perspektywy.

Udało im się wynieść z uczty aż trzy dzbany wina (fakt, że dwa pełne tylko do połowy), a także letniego już, lecz wciąż smakowicie pachnącego kapłona, którego Menander skrywał pod cienką, lnianą chlamidą. Płaszcz ten stanowił kolejną wartościową zdobycz. Poeta znalazł go na jednym z opuszczonych przez biesiadników stołów. Pewnie porzucił go jakiś przystojny efeb, kiedy po kilku kubkach trunku uznał, że resztę dnia chce spędzić nago. Tkanina była co prawda zaplamiona winem oraz tłuszczem, ale nowy właściciel wierzył, że uda się ją wyprać.

Nad Atenami powoli zapadał mrok. Czerwony blask gasnącego słońca sprawiał, że mury Akropolu zdawały się spływać krwią. Kiedy na niebie objawił się księżyc, strudzeni wędrowcy dotarli do domu Menandra, położonego nieopodal wzgórza Pnyks. Jeśli widok ubogiej rezydencji sprawił dziewczętom zawód, nie dały tego po sobie poznać. Nephele, nieco starsza i bardziej dojrzała niż jej przyjaciółka, zachwyciła się nawet ogrodem okalającym budynek. Uznała go za wielce romantyczny. Istotnie, o zmierzchu mógł się takim zdawać. Nazajutrz światło dnia wyeksponuje wszystkie porastające go chwasty.

Stara niewolnica Menandra załamała ręce na widok tylu gości i oznajmiła, że nie ma ich czym podjąć. Spiżarnia świeciła przecież pustkami, nawet liche wino z Koryncji już się kończyło. Poeta pokazał jej, co ze sobą przynoszą. Kazał kobiecie podpiec kapłona, a następnie odkroić dla siebie i drugiego sługi solidną porcję. Oddał im również jeden z wypełnionych do połowy dzbanów. W Wielkie Dionizje nawet niewolni powinni bawić się i radować. Potem zaś zaprowadził swych gości do największego pokoju w domu, który pełnił funkcję jego sypialni, jadalni oraz sali przyjęć. W rogu komnaty stało stare, szerokie łoże, pod ścianą skrzynia, na środku zaś – niski, kwadratowy stół, wokół którego rozrzucono kilka poduszek.

Demetriusz i Menander spoczęli na nich, znużeni pod długim i upalnym dniu. Flecistki wszakże nie myślały o chwili wytchnienia. Wcieliły się teraz w role służek. Czyniły to z gracją i wdziękiem, wyprzedzając wszelkie życzenia zaskoczonych młodzieńców. Z pewnością nie raz już usługiwały mężczyznom podczas sympozjonów, a także uczt wydawanych w gospodzie „Róg Amaltei”. Miały więc sporo doświadczenia. Dorothea rozstawiła na blacie talerze oraz ceramiczne kubki, które znalazła w skrzyni. Nephele zajęła się lampami oliwnymi. Zapaliła dwie, po czym posłała panu domu pytające spojrzenie. Uśmiechnął się do niej i kazał zapalić wszystkie. Oliwa była względnie tania, a poza tym nie chcieli przecież siedzieć w ciemnościach. Dziewczęta były na to zdecydowanie zbyt piękne.

Kiedy lampy zostały rozstawione po całej komnacie, wypełniając ją migotliwym blaskiem, za oknem zapadła już czarna noc. Sędziwa niewolnica przyniosła z kuchni parującego jeszcze kapłona, a także nieco chleba i sera. Nieco skrzywiła się, widząc marnotrawstwo oliwy, lecz nie skomentowała tego ani słowem. Menander życzył jej dobrej nocy i odprawił łaskawym skinieniem.

Zasiedli teraz do stołu we czworo. Demetriusz zajął miejsce naprzeciwko Dorothei, mając po prawej Menandra, a po lewej Nephele. Poeta sięgnął po kubek. Jasnowłosa flecistka napełniła mu go szybko winem. Podniósł naczynie w górę i odchrząknął znacząco.

– Wypijmy pierwszy toast za ponowne spotkanie! – zarządził. – Bogowie wiedzą, że nie spodziewałem się was tu zobaczyć!

– Nie chciałyśmy stracić świetnej zabawy! – Dorothea przejęła z jego rąk kubek. – Cztery dni pokazów teatralnych. Prezentacja chórów. Konkursy komediowe i tragiczne! Za nic w świecie nie zostałabym w nudnym Eleuthere.

– Widzicie, że nie jestem zamożnym człowiekiem – rzekł Menander z pewnym zakłopotaniem, – lecz miłych gości podejmuję wszystkim, co tylko posiadam.

– Jesteśmy ci za to wdzięczne – odparła Nephele. – A brak luksusów wcale nam nie przeszkadza. Nie jesteśmy wysoko urodzonymi damami, które sypiają w jedwabiach. Właściwie, chciałyśmy poprosić cię, byś wynajął nam łoże na czas Wielkich Dionizjów. Wszystkie gospody w Mieście na pewno już zajęte…

– Mamy oczywiście srebro – dodała szybko Dorothea. – Zapłacimy za gościnę.

– Absolutnie wykluczone! – zaprotestował Menander. – Nie przyjmę od was ani obola! Naturalnie, możecie się u mnie zatrzymać. Jak długo zechcecie. Jest tylko jeden problem: nie mamy dość łóżek. Ja zajmuję tamto w rogu, Demetriusz zaś jeszcze jedno, w izbie gościnnej.

– Nie widzę żadnego problemu – Dorothea posłała mu słodki uśmiech, a potem spojrzała na Demetriusza. – Będziemy dzielić łoża z wami. Możecie sobie wybrać, którą z nas wolicie.

Falerończyk, który spełniał właśnie toast, o mały włos nie zakrztusił się winem.

– Na przyszły raz ostrzeż, gdy masz zamiar powiedzieć coś takiego – wychrypiał, z trudem łapiąc oddech.

– Wybacz jej, proszę – Nephele pochyliła się w jego stronę i troskliwie położyła mu dłoń na ramieniu. – To jeszcze dziecko, nieświadome wrażenia, jakie potrafi wywrzeć na mężczyznach.

– Wcale nie dziecko! – zaprotestował Menander. – Pamiętam dobrze tamtą noc w „Rogu Amaltei”! Myślałem, że dziewka wyssie ze mnie wszystkie soki!

„Dziewka” zarumieniła się aż po czubki uszu. Zaraz jednak posłała poecie łobuzerskie i przychylne zarazem spojrzenie.

Demetriusz tymczasem przyglądał się Nephele. Była nieco wyższa od Dorothei, miała smagłą skórę, kruczoczarne, lekko kręcące się włosy, a także brązowe oczy, które skrzyły się żywą inteligencją. Szkarłatny peplos, który nosiła, opinał się na jej bujnych piersiach, a także (co zauważył już w drodze z gaju Akademosa) na przyjemnie zaokrąglonych pośladkach. Z przyjemnością ujrzałby ją nagą… Podczas ich pierwszego spotkania była kochanką rzeźbiarza Bryaksisa, teraz jednak miejsce u jej boku było puste. Falerończyk mógł je zająć. Czuł pewność, że nie spotka się z odmową.

Z drugiej strony Dorothea też prezentowała się bardzo kusząco. Młodzieniec wspomniał noc w Eleuthere, gdy jasnowłosa flecistka rozebrała się przed nim. Pamiętał dobrze różowe brodawki wieńczące jej piersi, lekko wypukły brzuch, łono pokryte złocistym meszkiem…

Jadło szybko zniknęło ze stołu – nie było go zresztą wiele dla czterech głodnych osób. Zaczęli mieszać wino z większą ilością wody, by i ono prędko się nie skończyło. W pewnej chwili Nephele uniosła do ust flet i zaczęła grać spokojną melodię arkadyjskich pasterzy. Demetriusz wpatrywał się w nią z fascynacją. Gdzieś, na samym dnie sumienia, jakiś głos szeptał o przysięgach złożonych iliryjskiej niewolnicy, którą uczynił niegdyś swą kochanką. Był to jednak bardzo cichy szept, który coraz słabiej przebijał się przez muzykę fletu. Raisa pozostawała poza jego zasięgiem. Nie mógł skosztować smaku jej pocałunków, poczuć pieszczot dłoni na swym nagim ciele, wsunąć się w jej chętną i wilgotną szparkę… Nie spełniała zatem swojej roli. Jak więc śmiała domagać się od niego wierności?!

Wszystko mi się miesza, pomyślał. Zmęczenie, wino, pożądanie, bliskość dwóch upragnionych niewiast… To zaciera klarowny osąd sytuacji… Demetriusz czuł, że nie ma szans wytrwać w swym postanowieniu. Zresztą, złamał je już dwukrotnie – z Kleopatrą i Fojbiane. Był słaby, musiał to przed sobą przyznać. Miękki, niekonsekwentny, podatny na wpływy i przemijające emocje. Kobiecy. Jego ojciec miał słuszność, gardząc nim.

Był jednak kiedyś człowiek, który nie darzył go pogardą. Mężczyzna silny i pewny siebie, odważny i nie cofający się przed niczym. Kassander lubił i szanował Demetriusza, pomimo wszystkich jego słabości. Choć ich przyjaźń trwała tak krótko, pod wieloma względami był dla młodzieńca lepszym ojcem niż Dionizjusz… Falerończyk próbował przypomnieć sobie słowa Kassandra, gdy ten po raz pierwszy zaofiarował mu Raisę. Jak one brzmiały? „Nie rumień się, Demetriuszu. Nie jesteś już niewinnym chłopcem. Sam zabrałem cię do burdelu, w którym straciłeś dziewictwo z tamtą perską ladacznicą. Mężczyzna, zwłaszcza twej pozycji, powinien brać sobie to, na co ma ochotę. Zapamiętaj to sobie, przyda ci się w życiu. Jeśli pragniesz tej Iliryjki, po prostu powiedz”.

– Pragnę cię, Nephele – rzekł nagle Demetriusz. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że wypowiedział te słowa na głos. Melodia urwała się, brunetka odjęła flet od ust. Spojrzała w oczy Falerończykowi i skinęła głową.

– Widzę, że ktoś już tutaj wybrał – uśmiechnął się Menander. – W takim razie mnie przypadnie Dorothea. I bardzo dobrze. Mam z tą dziewką niedokończone sprawy. Słyszysz mnie, ślicznotko? Dziś w nocy to ty legniesz z wyczerpania!

– Już nie mogę się doczekać! – odparła śmiało miodowłosa. – Obyś nie rzucał słów na wiatr.

– Jakże mógłbym? Jestem przecież poetą.

Nephele podniosła się z poduszki. Falerończyk również wstał.

– Pora zostawić ich samych – oznajmiła, podchodząc blisko do młodzieńca. Uniosła rękę, pogładziła jego policzek. – Weź ze sobą lampę oliwną. Ja zabiorę drugą.

– Dwie nam wystarczą?

– O tak, Demetriuszu. W zupełności.

* * *

Siedział nad biurkiem, układając list. Za oknami była już noc, więc Fenicjanka przyniosła kilka lamp oliwnych. Choć pokaleczone kolana przysparzały jej cierpień, nie dała tego po sobie poznać. Poruszała się z gracją, bezszelestnie, by nie przeszkadzać swemu panu. Nie chciała znowu zasłużyć na nazwanie niezdarną. Napełniła jego puchar winem z nowej amfory i stanęła pod ścianą, gotowa na dalsze rozkazy. Ze swego miejsca mogła przyglądać się temu niezwykłemu mężczyźnie, który dziś po raz pierwszy okazał jej łaskawość. Fakt, że uczynił to za namową Aratosa, nie miał w gruncie rzeczy znaczenia. Kleopatra przekonała się, że jej pan potrafi czasem nie być surowy.

Dionizjusz wpatrywał się w niezapisaną tabliczkę, machinalnie bawiąc się rysikiem. Zdawał sobie sprawę, że w Atenach właśnie rozpoczęły się Wielkie Dionizje. Powinien być w teatrze z resztą dostojników, uczestniczyć w składaniu ofiar i śpiewać hymny na cześć boga winorośli. Tego oczekiwano od członka kolegium strategów, a także głowy jednego z najznamienitszych rodów w Attyce. Tej nocy wszakże czuł głęboką niechęć do licznych zgromadzeń, nie miał też zamiaru udawać radości przed tymi wszystkimi głupcami, którzy uważali się za równych jemu.

Fenicjanka znała doskonale powody jego niezadowolenia. Najpierw, przed tygodniem, poróżnił się z jedynym synem, który opuścił rezydencję i jak dotąd nie wrócił. Wczoraj zaś jego żona oznajmiła mu, że jej miesięczna krew znów popłynęła. Nie uwierzył jej, nie chciał uwierzyć. Kazał niewolnicom rozebrać ją do naga i przytrzymać, podczas gdy przeprowadzał bardzo skrupulatną inspekcję. Kiedy okazało się, że Eurynome nie kłamie, obrócił się na pięcie i w grobowym milczeniu opuścił alkowę. Kleopatra patrzyła ze współczuciem na jego oddalającą się sylwetkę. Miała ochotę się rozpłakać. Było jawną niesprawiedliwością, że ów mąż pełen wszelkich cnót i przymiotów, nie mógł doczekać się potomka. Jego żona musiała go naprawdę nienawidzić. Gdyby tylko zechciał spróbować z niewolnicą… Była pewna, że dałaby mu wielu silnych synów.

Zmarszczył brwi, zmełł w ustach przekleństwo. List, jaki przyszło mu napisać, upokorzy go przed człowiekiem, na którego przyjaźni i szacunku bardzo mu zależało. Jeśli miał kiedyś rządzić Atenami, potrzebował silnego wsparcia Macedonii. Bez Meleagra było to niemożliwe. Nowy ambasador mógł zachowywać się jak parweniusz, lecz Antypater, regent królestwa oraz wódz Hellady, darzył go swym zaufaniem. Z drugiej strony, Dionizjusz rozumiał, że musi pojednać się z synem. Skoro Eurynome nie może począć, Demetriusz był jedyną nadzieją na przetrwanie rodu. Należy mu zapewnić jak najwięcej okazji do zdobycia chwały. Zwycięstwo na igrzyskach pytyjskich byłoby pierwszym krokiem do… No właśnie, do czego? Namaszczenia następcy? Ustanowienia dynastii? Założenia imperium? Falerończycy, królowie Attyki oraz sprzymierzonych wysp. Czyż nie brzmiało to dumnie? Czyż nie było warte poświęcenia odrobiny godności?

Nagle przyszła jej do głowy myśl. Skąd miała wiedzieć, czy już nie nosi w sobie jego potomka? Dionizjusz miał ją przecież tyle razy… Fakt, że zwykle wysuwał się z niej tuż przed szczytem, ale nie zawsze mu się udawało. Kleopatra przypomniała sobie, jak przed tygodniem skradła nasienie, przeznaczone dla jego małżonki. Tak długo rozpalała jego pożądanie, tak wytrwale otulała sobą jego penisa, aż w końcu nie wytrzymał i wytrysnął w niej, głęboko i bardzo obficie. Przyjęła jego dar z rozkoszą i wdzięcznością. W owej chwili czuła, że należy do niego w zupełności. Marzyła o tym, by nigdy już nie wypuścił jej z ramion. To było spełnienie jej marzeń, świadomych i nieuświadomionych. Nawet późniejsze groźby Eurynome nie mogły tego zatruć.

Przytknął rysik do tabliczki i wbił go w glinę. Powoli nakreślił pierwszą literę. Skrzywił się z niesmakiem, ale nie przerwał już pisania. Nie bez powodu czynił to osobiście. Gdyby miał podyktować list sekretarzowi, słowa nie przeszłyby mu przez gardło. To było takie poniżające! On, arystokrata wywodzący się od mitycznego Tezeusza, syna Posejdona, musiał prosić o coś tego macedońsko-trackiego kundla! Meleager sam przyznał, że w jego żyłach płynie krew północnych barbarzyńców. Pysznił się tym, zupełnie jakby fakt, że jakiś Trak zgwałcił jego matkę czy prababkę, mógł być powodem do dumy! Rysik przesuwał się po tabliczce, zostawiając na niej kolejne litery. Dionizjusz czuł, że ogarnia go furia.

Zastanawiała się, czy tej nocy wybierze właśnie ją. Nawet po odejściu Raisy, Fenicjanka miała w rezydencji kilka niebezpiecznych rywalek. Nie chodziło bynajmniej o małżonkę Dionizjusza, lecz o inne niewolnice. Eufraksję o mlecznobiałej cerze i kruczoczarnych włosach. Rudą i ognistą Charę, której piegi nie tylko nie szpeciły, ale wręcz dodawały uroku. Delikatną blond piękność rodem z Beocji, Anteję. Każda z nich mogła dziś skraść Kleopatrze jej ukochanego mężczyznę. Co do jednego wszakże nie miała wątpliwości. Dionizjusz z pewnością nie odwiedzi sypialni Eurynome.

Skończył pisanie i przyjrzał się krytycznie listowi. Przeczytał raz, drugi, trzeci. Za każdym razem brzmiał tak samo źle:

„Meleagrowi, ambasadorowi króla Macedonii, Dionizjusz z Faleronu, syn Hipolitosa, pozdrowienia.

 Drogi przyjacielu! Na sympozjonie otrzymałeś ode mnie pewien dar. Muszę cię teraz prosić o jego zwrot, albowiem zapałałem doń wielkim pożądaniem. Jeśli poczułeś się dotknięty moją prośbą, bądź pewien, że wynagrodzę ci to w dwójnasób. Mój dom skrywa jeszcze wiele skarbów. Przyjdź i wybierz sobie te, które spodobają ci się najbardziej”.

Powinienem jeszcze obiecać, że z chęcią wyliżę mu tyłek, pomyślał gorzko Dionizjusz. Był świadom, że do tego właśnie przywiodły go podjęte w złej chwili decyzje. Gdyby tylko nie poddał się gniewowi, który kazał mu ukarać syna… wciąż trzymałby Raisę w garści. Posiadałby narzędzie, pozwalające kierować zachowaniem Demetriusza. Sam jednak wytrącił sobie oręż z ręki. Arystokrata uświadomił sobie, że nie może już dłużej patrzeć na zapisaną tabliczkę. Odsunął energicznie krzesło i podniósł się od stołu. Rano pośle niewolnika do gmachu ambasady. Na razie mógł się skupić na innych rzeczach.

Kiedy poczuła na sobie jego wzrok, natychmiast zapomniała o bolących wciąż kolanach. Fenicjanka wyprężyła się jak struna harfy, prawie niezauważalnie wypięła piersi naprzód, oczy zaś spuściła, by nie urazić swego pana wścibskim spojrzeniem. To on miał prawo patrzeć i oceniać. Niech nasyci się widokiem i zapragnie czegoś więcej. O niczym innym nie marzyła. W kilku krokach przemierzył komnatę. Wyjął z jej dłoni dzban, odstawił go na pobliską skrzynię na ubrania. Wpatrzona w podłogę u swoich stóp, usiłowała zapanować nad sprzecznymi emocjami. Kochała tego mężczyznę, chciała być z nim, choćby przez krótką chwilę. Łaknęła jego szorstkiego dotyku i gwałtownych pieszczot. A jednocześnie bała się surowości, którą tak często okazywał jej i innym.

– Zatem nie chcesz innego pana niż ja? – wypowiedział te słowa cicho, niemal szeptem. – Czy tak właśnie rzekłaś?

Skinęła głową.

– Uczynię wszystko, byś mnie nie odsyłał, panie.

– „Wszystko” to takie pojemne słowo. Zdziwiłabyś się, jak wiele może się za nim kryć. Chcę wiedzieć, na co jesteś gotowa.

Kleopatra zdobyła się na odwagę i podniosła wzrok. Napotkała twarde spojrzenie Dionizjusza. Kiedyś – zdawało się, że przed wiekami, a przecież od tamtego czasu upłynął ledwie rok – była ladacznicą w korynckim domu rozkoszy. Właścicielka przybytku, pani Leandra, zwykła oddawać ją najbrutalniejszym z klientów. Fenicjanka na własnej skórze poznała całe bogactwo męskich pragnień. Była wykorzystywana i maltretowana na wszelkie sposoby, nie oszczędzono jej żadnego rodzaju bólu i żadnego upokorzenia. Nie potrafiła sobie wyobrazić, czegóż gorszego mógł sobie zażyczyć jej obecny pan. Jakakolwiek mroczna fantazja skrywa się w jego głowie, ona spełni ją, by zostać przy jego boku.

– Na wszystko – powtórzyła.

– Umiesz zachować tajemnicę?

– Tak, panie.

– Zamierzam rozwieść się z Eurynome – Dionizjusz zniżył głos do szeptu, – lecz rozwiązanie małżeństwa powinno nastąpić z jej winy. Inaczej ród, z którego pochodzi, nie da mi spokoju. Mówiąc krótko: potrzebuję dowodów na nielojalność mojej słodkiej żony. A ty mi ich dostarczysz.

Potrząsnęła głową zdezorientowana. Nie tego się spodziewała…

– Jak? – spytała tylko.

– To już twoje zmartwienie – odparł Dionizjusz. – Spędzasz z nią całe dnie. Jesteś stale w pobliżu, by móc jej usłużyć. Gdy moja żona wychodzi do Miasta, zawsze towarzyszy jej niewolnica. Upewnij się, że następnym razem będziesz nią ty. Obserwuj każdy jej ruch, gest, notuj w pamięci każde słowo. Masz mi donosić o wszystkim. Nawet nieistotny w twej ocenie szczegół może posłużyć za cenną wskazówkę. Jeśli osiągnę swój cel, a Eurynome zniknie z tego domu, obiecuję ci, że nigdy już nie trafisz w obce ręce. Lecz jeśli zawiedziesz…

Nie chciała wiedzieć, co się wtedy stanie.

– Nie zawiodę, panie. Przysięgam.

Na wargach arystokraty pojawił się pełen satysfakcji uśmiech.

– Doskonale. A skoro już to sobie wyjaśniliśmy – uniósł rękę i chwycił Kleopatrę za ramię. Stłumiła jęk bólu, gdy zacisnął mocno palce, – pora wykorzystać cię w bardziej… tradycyjny sposób.

Pod ścianą samotni ustawiono wąskie, twarde łoże, przykryte tylko wełnianym kocem. Dionizjusz ruszył w jego stronę, ciągnąc za sobą Fenicjankę. Oszołomiona nagłą zmianą nastroju potknęła się, ale zdołała jakoś odzyskać równowagę. Kiedy pchnął ją na niewygodne posłanie, a potem szarpnięciem rozdarł chiton na jej pośladkach, posłusznie wypięła je ku niemu. Pochyliła się nisko i dotknęła czołem koca. W głowie kłębiły jej się gorączkowe myśli. Lecz kiedy pan chwycił ją za biodra, a potem wbił się w nią głębokim i niecierpliwym sztychem, pozostała tylko jedna, najbardziej uparta: wybrał mnie. Tej nocy i na zawsze. Wybrał mnie…

* * *

Pokój noszący dumną nazwę izby gościnnej urządzono równie spartańsko, jak główną komnatę domostwa. Był jednak od niej znacznie mniejszy. Główny mebel stanowiło tu łoże, obok którego umieszczono skrzynię na ubrania i kosztowności (obecnie pozostawała ona pusta). Na niej właśnie Demetriusz i Nephele postawili swoje lampy oliwne. Ich migotliwy blask oświetlał niemal całe posłanie.

Smagła flecistka uniosła ręce do wiązań swego peplosu. Falerończyk poczuł wówczas ostatnie, bardzo słabe ukłucie sumienia. Chwycił za nadgarstek dziewczyny, zamknął go w swojej dłoni.

– Nim to zrobimy, powiedz mi, Nephele… czy ty również tego chcesz?

Spojrzała mu prosto w oczy.

– Tak, Demetriuszu – odparła z przekonaniem. – Pragnęłam ciebie już wtedy, w Eleuthere, wówczas jednak byłam z innym. Dziś nic już nie stoi na drodze…

– …naszemu połączeniu – dokończył za nią, a potem objął jej szczupła talię ramieniem. Wciąż trzymając ją drugą ręką za nadgarstek, przyciągnął mocno ku sobie. Nie próbowała się opierać, chętnie wtuliła się w niego. Był tylko trochę od niej wyższy, choć z pewnością dużo silniejszy. Przysunął usta do jej warg. Rozchyliła je w niemym geście przyzwolenia. Pocałował ją namiętnie i głęboko, odnalazł językiem jej język. Otuliła jego szyję ramieniem. Ocierali się o siebie nawzajem, z każdą chwilą mocniej podnieceni. Odzienie zaś stawało się coraz bardziej nieznośną przeszkodą.

W końcu Nephele wyswobodziła swój nadgarstek i zabrała się za wiązania sukni. Demetriusz miał łatwiejsze zadanie, po prostu ściągnął tunikę przez głowę i cisnął ją za siebie. Członek młodzieńca unosił się już w erekcji. Ta przybrała jeszcze na sile, gdy peplos zaczął zsuwać się z ciała flecistki. Miała cudowne piersi, jędrne i sprężyste, z dużymi, brązowymi sutkami, nabrzmiałymi teraz i twardymi. Falerończyk przekonał się o tym, gdy położył dłoń na jednej z bujnych półkul. Z ust dziewczyny wyrwał się stłumiony jęk. Zacisnął palce. Kolejny jęk, tym razem głośniejszy.

Ostatnie wiązania puściły, nic już nie podtrzymywało szaty Nephele. Płaski i smagły brzuch flecistki, jej rozłożyste biodra, a także zupełnie nagie łono – po kolei były wystawione na pastwę pożądliwych spojrzeń Demetriusza. Wciąż pieszcząc jej biust, drugą rękę skierował między uda dziewczyny. Przesunął opuszkami po gładkiej skórze wokół szparki.

– Twa przyjaciółka miała tu sporo włosków – zauważył, nie wiedzieć po co.

– Ja też – odparła niezrażona brunetka. – Usunęłam je do ostatniego. Słyszałam, że wy, Ateńczycy, tak właśnie lubicie.

– To prawda – odparł, czując jednak pewien irracjonalny żal. Nephele chyba wyczuła to w jego głosie, bo przysunęła się bliżej i szepnęła:

– Dorothea zachowała swe runo. Jeśli chcesz odmiany…

– Chcę ciebie.

Dotykając przelotnie sromu Nephele odkrył, że jest już wilgotna. Szybko przysunął palce do swych nozdrzy. Poczuł intensywną woń kobiecości. Flecistka przyglądała mu się uważnie, w jej oczach płonął ogień. Niewiele myśląc, Falerończyk uklęknął przed nią i wtulił twarz w jej łono. Niemal zachłysnęła się powietrzem, czując usta przywierające do jej szparki, a zaraz potem wwiercający się w nią zdecydowanie język. Chyba żaden z poprzednich kochanków nigdy nie pieścił jej w ten sposób. Zaskoczenie było kompletne. Wplotła palce we włosy Demetriusza, zadrżała na całym ciele. W środku była gorąca i mokra, a przede wszystkim – smakowita. Na język młodzieńca spływały obfite soki, wyczuwał na nim gorączkowe skurcze jej pochwy. Uchwycił w obie dłonie jędrne pośladki dziewczyny, ścisnął je mocno. Nosem ocierał się o jej łechtaczkę. Zapach był upajający.

Nephele pochyliła się nad nim, jęknęła głośno, niemal boleśnie. Nie dała mu wszakże żadnego znaku, by przestał. Wręcz przeciwnie, jeszcze mocniej przycisnęła jego głowę do swego podbrzusza. Skwapliwie z tego korzystał, racząc się miłosnymi sokami u samych ich źródeł. Jakże rozkoszna jest owa pieszczota, myślał gorączkowo, nie tylko dla niewiasty, lecz i dla obdarowującego ją mężczyzny. Ci, którzy odmawiają tego swym kochankom, są zwykłymi głupcami… Demetriusz wpił się ustami w wargi sromowe flecistki, wsunął język najgłębiej, jak potrafił. Zaczął nim poruszać w górę i w dół, instynktownie szukając miejsc najwrażliwszych na dotyk. Pozwolił, by kierowało nim przeczucie. Podążał tam, gdzie go zaprowadziło.

Z ust dziewczyny dobyło się przeciągłe kwilenie. Próbowała coś rzec, nie była jednak w stanie. Rozkosz oszołomiła ją, uświadamiając Falerończykowi, że jest na właściwym tropie. Odnalazł punkt cudownie czuły, będący epicentrum wszystkich doznań jego kochanki. Co i rusz napierał nań językiem, pocierał z góry i od dołu. W duchu zmawiał pospieszne modlitwy do Afrodyty i Erosa, prosząc ich, by pozwolili mu doprowadzić flecistkę do ekstazy. Chciał, by szczytowała długo oraz intensywnie. Wiedział, że potem odwdzięczy mu się po stokroć. Tak jak wiele razy czyniła to Iliryjka… To nie była bezpieczna myśl. Czym prędzej odepchnął ją od siebie. Mężczyzna powinien brać sobie to, na co ma ochotę… Poczucie winy na nic mu się teraz nie zda.

W końcu Zrodzona z Piany i jej boski syn nagrodzili starania Demetriusza. Ciało Nephele przeszył silny skurcz. Wsparła dłonie na barkach Falerończyka, otuliła udami jego policzki. Zaczęła krzyczeć, niezdolna już do tłumienia czegokolwiek. Krzyk ten brzmiał w uszach młodzieńca jak najsłodsza muzyka. Kolejne strumyki zalewały jego język i usta. Miał soki jej kobiecości na całej twarzy. I wciąż pragnął więcej. Sycił się jej rozkoszą, aż pod flecistką ugięły się kolana. Wciąż mając w dłoniach jej pośladki, zdołał podtrzymać ją przed osunięciem się na podłogę. Niechętnie oderwał się od wilgotnego łona i podniósł na równe nogi. Przyciągnął do siebie drżącą wciąż dziewczynę, namiętnie ucałował w usta. Była niemal całkiem bezwolna, jakby wciąż oszołomiona tym, co właśnie jej ofiarował.

Obejmując ją w talii, poprowadził Nephele w stronę łoża.

– Byłeś… byłeś wspaniały – wyszeptała z trudem. – Skąd wiedziałeś, jak…

– Czy nikt wcześniej nie pieścił cię w ten sposób?

– Żaden z mężczyzn… tylko Dorothea.

Przez krótką chwilę Falerończyk doznawał czegoś, co bez wątpienia było wizją zesłaną przez łaskawych bogów. Przed oczyma jego wyobraźni zmaterializowały się dwie piękne niewiasty, blondynka i brunetka, splecione w miłosnym uścisku. Każda miała głowę między udami swej partnerki. Drżąc z pożądania i rozkoszy, obdarzały się wzajemnie saficznymi pieszczotami. Widok ten sprawił, że penis Demetriusza wyprężył się jeszcze mocniej. Kiedy dotarli do posłania, pomógł Nephele ułożyć się na plecach. Stanął nad dziewczyną, bacząc, by własnym ciałem nie zasłonić światła lamp. Oglądał teraz swą kochankę w całej okazałości, skąpaną w ciepłym blasku. Nie próbowała zasłaniać swych piersi, unoszących się w przyspieszonym oddechu. Ani myślała, by skryć przed nim swój srom, który nadal lśnił od wilgoci. Oczy miała przymknięte, lecz teraz już przytomne. Przyglądała mu się spod opuszczonych powiek oraz długich rzęs.

Położył dłoń na swym nabrzmiałym członku. Objął go mocno palcami. Powolnym ruchem zsunął napletek z żołędzi, po czym przywrócił go na miejsce. Powtórzył to znowu… Jednocześnie sycił się urodą Nephele, bezwstydem, z jakim mu się prezentowała, wonią jej podniecenia i smakiem miłosnych soków, który wciąż czuł na języku. A potem flecistka rozchyliła zachęcająco nogi i wyciągnęła do niego ramię.

– Przyjdź do mnie, Demetriuszu. Chcę poczuć cię w sobie!

Nie zamierzał czekać na następne słowa zachęty. Szybko wsunął się na łoże, między rozwarte uda brunetki. Dłonią nakierował swą męskość na jej szparkę. Drugą rękę wsparł o posłanie, tuż poniżej jej pachy. Domyślał się, że jego kochanka jest dość mokra, by przyjąć go w sobie bez dodatkowych pieszczot. Utwierdziło go w tym ogniste spojrzenie, które mu posłała. Pojął, że jest równie niecierpliwa jak on.

Pchnął mocno. Członek zagłębił się w ciało Nephele z wilgotnym mlaśnięciem. Wydała z siebie jęk ulgi. Zachęcony tym Demetriusz cofnął biodra i uraczył ją kolejnym sztychem. Tym razem wbił się aż po jądra. Flecistka uniosła ręce i położyła je na jego barkach. Zaciskała na nich miarowo swoje smukłe, wyćwiczone w grze na instrumencie palce. Ich spojrzenia napotykały się co i rusz, lecz nigdy nie trwały dłużej niż dwa uderzenia serca. Falerończyk unosił się i opadał, piersi dziewczyny kołysały się w rytm jego ruchów.

Domostwo Menandra nie było rozległe, a jego sypialnia znajdowała się tuż obok izby gościnnej. Co więcej, drewniane drzwi wejściowe były jedynymi w całym budynku. Komnaty oddzielały od korytarza płócienne zasłony, oferujące nieco prywatności, lecz nie tłumiące żadnych dźwięków. Dlatego też, kochając się z Nephele, Demetriusz słyszał wyraźnie odgłosy innego spółkowania – jego młodszy przyjaciel wywiązywał się właśnie ze złożonej Dorothei obietnicy. Do uszu Falerończyka dobiegały jęki poety i ciche krzyki miodowłosej. To jeszcze bardziej rozpaliło jego pożądanie, skłaniając do większej gwałtowności i szybszych, bardziej dogłębnych pchnięć. Mam chyba przyzwyczajenie z bieżni, myślał gorączkowo, wbijając się w ciasną i gorącą szparkę brunetki. Ciągłe współzawodnictwo, ciągły wyścig. Ani chwili wytchnienia. Rywalizacja, nawet z najlepszym przyjacielem. Nawet wówczas, gdy nagrodą jest tylko szybsze spełnienie.

Uda Nephele otulały biodra Demetriusza. Dłonie zaciskały się na jego barkach. Patrzyła zafascynowana, jak unosi się i opada na nią, podniecony do granic, spragniony rozkoszy, którą tylko ona mogła mu dać. Noc była ciepła i choć daleko jej było do upalnych i bezsennych nocy letnich, ciała kochanków szybko pokryły się kroplami potu. Wilgoć spływała w zagłębienie między piersiami flecistki, łącząc się tam w niewielki strumyczek. Pot perlił się na torsie i ramionach Falerończyka. On wszakże, mimo widocznych oznak zmęczenia, wcale nie zwalniał tempa. Wręcz przeciwnie, jeszcze przyspieszył. Ciało brunetki drżało od jego silnych pchnięć. Jej szparka pulsowała, otulając penisa swą gorącą ciasnością.

W pewnym momencie Demetriusz poczuł, że nie wytrzyma już zbyt długo. Flecistka również miała tę świadomość. Spojrzała mu prosto w oczy, zacisnęła palce, szykując się na to, co miało nadejść. Młodzieniec wdzierał się w nią w iście szaleńczym rytmie. Pełen niecierpliwości puścił się w bieg pod górę, by jak najprędzej zdobyć szczyt. Nephele z całych sił zaciskała się na nim, by zwielokrotnić jego doznania. Urywanym szeptem poprosiła, by skończył poza nią. Raczej domyślił się jej słów, niż je usłyszał. Z gardła Falerończyka dobył się krótki krzyk ekstazy, a potem jeszcze jeden. Ostatnim wysiłkiem woli cofnął biodra, całkiem wysuwając się z pochwy dziewczyny. A potem jego ciałem wstrząsnął silny dreszcz orgazmu. Obfity strumień nasienia wytrysnął na gładkie łono brunetki i na jej brzuch, a kilka kropel dosięgło nawet piersi. Przyjęła ów hołd z odchyloną do tyłu głową i zamkniętymi oczyma.

Wyczerpany po przeżytej rozkoszy młodzieniec osunął się na posłanie u boku flecistki. Ona wciąż leżała na plecach, dysząc ciężko ze zmęczenia. Nadal nie otwierała oczu. Jej rozchylone, ugięte w kolanach nogi zastygły w bezruchu, czego nie dało się powiedzieć o rękach. Te błądziły po nagim ciele, po wyniosłych wzgórzach piersi, równinie brzucha i dolinie łona, rozcierając po nich owoc rozkoszy Falerończyka. Nephele lubiła bawić się w ten sposób nasieniem swych kochanków – i wiedziała, że oni też się w tym lubowali. Demetriusz byłby doprawdy wyjątkiem, gdyby nie przypadło mu to do gustu.

Nie był wyjątkiem. Przynajmniej nie pod tym względem. Gdy tylko uświadomił sobie, co robi jego kochanka, ułożył się wygodnie i wsparł głowę na ramieniu. Patrzył z zainteresowaniem, jak Nephele wciera sobie krople jego spermy w biust. A potem do czysta oblizuje palce.

– Jesteś niesamowita – powiedział drżącym głosem. – Sprawiasz, że znów cię pragnę… Daj mi kilka chwil…

– Mamy przed sobą całą noc, Demetriuszu – Flecistka uśmiechnęła się do niego promiennie. – Będziemy się kochać, ilekroć zechcesz.

Każdy mężczyzna chciałby usłyszeć takie słowa, pomyślał z zachwytem.

– Tymczasem opowiedz mi coś – zażądał, – co przywróci moim członkom siłę i na nowo rozpali zmysły.

– O czym chciałbyś usłyszeć, mój drogi?

– Opowiedz mi o Dorothei. I o tym, co was łączy.

Westchnęła.

– Spróbuję. Domyślam się jednak, że zanim skończę, zechcesz mnie posiąść po raz wtóry.

– Godzę się z takim ryzykiem – odparł stanowczym tonem.

* * *

W rozświetlonym setkami pochodni Teatrze Dionizosa nieprzeliczone tłumy wpatrywały się w scenę. Tam bowiem rozgrywał się najprawdziwszy dramat życia i śmierci. Kapłan uzbrojony w długi, rzeźnicki nóż zbliżył się do byka przytrzymywanego w miejscu przez ośmiu silnych mężów. Dwóch z nich chwyciło za rogi zwierzęcia, unieruchamiając jego łeb. Chór efebów zaintonował hymn ku czci boga winorośli. Pieśń szybko została podchwycona przez zgromadzoną na widowni pijaną i rozbawioną publiczność.

 Kritias lubieżnie oblizał swe wargi. Choć nie wypił tego dnia zbyt dużo, bawił się wyśmienicie. Oto nadchodził jego ulubiony moment ofiarowania. Choć w delfickim sanktuarium służyło wielu kapłanów zdolnych do rytualnego uboju, często ich wyręczał. Lubił czuć, jak nóż wgryza się w gardło bezsilnego zwierzęcia, patrzeć, jak wraz z krwią wypływa z niego życie. Nigdy jeszcze nie zabił człowieka (choć zlecił niejedno morderstwo), lecz sądził, że doświadczenie to musi być bliskie emocjom, które odczuwał podczas składania ofiary. Wszak większość ludzi na tym świecie niewiele różniło się od bydła. Ich śmierć miała takie samo znaczenie, czy raczej – była tak samo nieistotna.

Zasiadał w ławach przeznaczonych dla honorowych gości, przy samej scenie, miał więc najlepszy widok na to, co zaraz miało się wydarzyć. U boku miał piękną niewiastę, którą zwano pierwszą heterą Aten. Przynajmniej tak przedstawił mu ją Hiperejdes. Któż jednak wierzyłby adwokatowi, zarabiającemu krocie na kłamstwie, przekręcaniu faktów i przekształcaniu słabszego argumentu w mocniejszy? Już po kilku chwilach rozmowy Kritias uznał Fojbiane za mało wysublimowaną i dość głupią dziewkę. Z ostateczną oceną postanowił jednak zaczekać do nocy. Może w alkowie Szmaragdowooka (cóż za pretensjonalne miano!) okaże się bardziej lotna. W gruncie rzeczy o wartości kobiet świadczyło przecież to, ile rozkoszy potrafią dać mężczyźnie. Delficki kapłan nie wymagał od nich niczego więcej.

Gdy hymn ku czci Dionizosa dobiegł końca, kapłan uniósł nóż i przystawił go do gardła byka. Ten musiał poczuć chłód klingi, a może nawet zadrapanie, bo poruszył się niespokojnie. Otaczający zwierzę mężczyźni z trudem utrzymali je w miejscu. Nie zwlekając ani chwili dłużej, ofiarnik przeciągnął mu ostrzem po gardle. Na białą szatę kapłana oraz posadzkę sceny trysnęła jasna, tętnicza krew.

Kritias westchnął z rozkoszą i zacisnął kurczowo palce na swych udach. W takich chwilach doznawał czegoś, co bliskie było seksualnej ekstazie. Patrzył, jak kolana uginają się pod bykiem, jak powoli traci on siły, desperacko starając się utrzymać na nogach. Jakże wspaniałe było to zwierzę na chwilę przed śmiercią! Wciąż walczyło, choć przecież wynik był z góry wiadomy! Delficki kapłan wprost nie mógł oderwać wzroku. To, co inni traktowali w kategorii rozrywki lub mistycznego przeżycia, dla niego było przede wszystkim estetycznym doświadczeniem.

Był czcicielem piękna we wszystkich jego przejawach. Jak każdy prawdziwy koneser, z czasem wyrobił sobie specyficzny smak, którego nie podzielała większość ludzi, zbyt prymitywnych i ograniczonych, by dorównać mu kroku. Ostatnio pociągały go obrazy makabry, zniszczenia i śmierci. Okaleczone ciała i rozbite na okruchy dusze. Nie wiedział, skąd wzięła się ta fascynacja, podejrzewał jednak, że mógł to być wpływ królowej Olimpias.

Podczas jego wizyt na epirockim dworze, władczyni prowadziła go do lochów, gdzie więziła swoich nieprzyjaciół. Kritias mógł przyglądać się, jak sprowadzeni z Persji oprawcy (prawdziwi mistrzowie w swoim krwawym fachu!) torturują mężczyzn, kobiety, starców, a nawet kilkuletnie dzieci. Był świadkiem okrutnych, zbiorowych gwałtów, po których ofiary nigdy już nie dochodziły do siebie. Oglądał egzekucje skazanych, nieodmiennie długotrwałe i sadystyczne. Nasłuchał się przy tym błagań, próśb, szlochów, a przede wszystkim – krzyku. Początkowo znosił to z najwyższym trudem. Chciał wyjść na zewnątrz, zaczerpnąć świeżego powietrza. Olimpias jednak kazała mu zostać i obserwować, niczego nie pomijając. Patrzył więc i chłonął ogrom ludzkiego cierpienia. W końcu zobaczył go tak wiele, że całkowicie zobojętniał. Sądził, że o to właśnie chodziło królowej, lecz ona wciąż nie była zadowolona.

– Nie chcę, byś się uodpornił – mówiła. – Chcę, byś to pokochał tak jak ja.

Wreszcie stało się to, czego od niego żądała. Dostrzegł piękno tam, gdzie nigdy nie spodziewał się go znaleźć. Z początku go to przeraziło. Po raz pierwszy w swym pełnym triumfów życiu poczuł niechęć do samego siebie.

Później zrozumiał, że z pomocą Olimpias wzniósł się wreszcie ponad moralność, odrzucił wszelkie krępujące go dotąd ograniczenia. Znalazł się w miejscu, które zawsze było dlań przeznaczone – w krainie bogów, gdzie panowały inne prawa, zaś ludzki osąd nie miał żadnego znaczenia. Mieszkańcy Olimpu nie przejmują się tym, co o nich myślą śmiertelnicy. Czemu on miałby liczyć się z ich zdaniem? Był przecież najwyższym kapłanem Apollina w Helladzie! Tylko krok dzielił go od bóstwa, któremu służył!

Byk słaniał się już na nogach. I tak wytrzymał bardzo długo. W końcu kolana załamały się pod nim. Z hukiem zwalił się na scenę. Wybuchła wrzawa. Ateńczycy wznosili okrzyki ku niebiosom. Część próbowała śpiewać hymn, inni po prostu radowali się z dokonanej ofiary. Kapłan wznosił ręce w górę, wymawiając rytualne słowa. Jego pomocnicy odebrali mu nóż ofiarny i teraz ściągali skórę z martwego zwierzęcia. Wkrótce skóra i tłuszcz zostaną spalone, zaś mięso po upieczeniu trafi na biesiadny stół. Tej nocy wszyscy się nim posilą.

Kritias patrzył na zalaną krwią scenę. Nagle poczuł, że pod biało-złotą kapłańską szatą jego członek stwardniał i wyprężył się w erekcji. Nie było sensu dłużej tu zostawać. Obrócił się ku siedzącej u jego boku kobiecie. Hetera mogła nie być zbyt bystra, ale z pewnością nie brakło jej urody. Kto wie? Może w sypialni sprawi mu miłą niespodziankę.

– Pójdźmy już, Fojbiane – rozkazał. – Hiperejdes i inni czekają na nas z ucztą.

Usłuchała natychmiast. Podnieśli się z ławy i opuścili Teatr Dionizosa. U podnóża Akropolu czekała na nich lektyka. Hetera weszła pierwsza, kapłan dołączył do niej po chwili. Wnętrze było na tyle przestronne, by mogli wygodnie się umościć. Gdy sześciu ogromnych, nubijskich tragarzy uniosło lektykę, Kritias uznał, że nie ma ochoty czekać do końca sympozjonu. Przysunął się do hetery i objął ją ramieniem.

– Pora, byś pokazała, czemu zwą cię pierwszą – rzekł ciężkim od pożądania głosem.

Przejdź do kolejnej części – Opowieść helleńska: Demetriusz XI

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Kiedyś tez mieli niezłe imprezy ;). Flecistki wróciły :D. A Dionizjusz ma poważny problem.

Czekam na kojeną część bo na tej zakończyła się publikacja na DE.

daeone

Witam serdecznie!

I tak oto doszliśmy do ostatniego tekstu mojego autorstwa publikowanego na Dobrej Erotyce. Odtąd wszystko, co opublikuję na Najlepszej będzie premierą w polskim (i nie tylko) internecie 🙂 Już wkrótce nowe przygody Demetriusza, Menandra, Kleopatry oraz Raisy. No i oczywiście Filony, Fojbiane, Dionizjusza, Aratosa i Kritiasa! Co wydarzyło się dalej, okaże się już w kwietniu! A dziś raz jeszcze przywołuję "wspomnień czar". I spieszę odświeżyć pamięć tym, którzy już nieco zapomnieli fabuły Opowieści Demetriusza. Tym razem w znacznie lepszej oprawie graficznej, zapewnianej przez największych mistrzów malarstwa (hmmm… czuję się trochę jak Sztuczne fiołki 🙂

Pozdrawiam i zachęcam do lektury
M.A.

Ja sobie dziś wieczorem z przyjemnością przypomnę, choć właściwie powinnam robić coś innego… ale co tam, przypomnę sobie 🙂 I, niecierpliwie bardzo czekam na dalsze losy bohaterów, mając cichą nadzieję, że moich ulubieńców nie spotka nic naprawdę złego…

Zdajesz sobie sprawę, jak płonna to nadzieja, Miss? 🙂

Zdaję sobie sprawę, mój drogi i dlatego już nie będę może zdradzać się z moimi sympatiami, by nie kierować Twej uwagi na tych biedaków… 🙂

Muszę się zgodzić z Megasem, że pisanie pozwala od czasu do czasu poczuć się bogiem i skorzystać z iście boskich przywilejów jakie np. mają Mojry, którym nikt rozkazywać nie mógł (np. ta najgorsza – Atropos). Gorzej, gdy to bohaterowie tekstu zaczynają rządzić ręką autora, a tak też się zdarza. Przynajmniej moja ręka podatna jest na wpływy postaci zrodzonych w erotycznej wyobraźni. 🙂

Staram się trzymać moich bohaterów na możliwie krótkiej smyczy, ale czasem któryś z nich zerwie mi się i nim go dogonię, zdąży trochę nabroić 🙂 Zazwyczaj jednak kontroluję w którą stronę zmierza fabuła. A co się tyczy Opowieści Demetriusza – wiem już dokładnie, co się wydarzy do ostatniej części. Mam nadzieję ,że nie będę musiał wprowadzać znaczących zmian pod wpływem jakiegoś zbuntowanego protagonisty 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Przyznam się do czegoś szczerze.
Nie czytałem, żadnego z Twoich ponownie wrzuconych tekstów.
Kajam się w miarę moich możliwości, ale prawda jest taka, że od upadku DE trwa mój rozbrat z OH. Dlatego tak niecierpliwie czekam na publikację nowego rozdziału. I w końcu ! Stanie się, a wtedy zrobię sobie maraton antyczno-erotycznych harców Twojego autorstwa. Ukoronowaniem powyższego będzie lektura świeżutkiej części, prosto "z półki" można by rzec.
5, wystawiam z pamięci 🙂
I czekam, wciąż czekam.
Z serdecznym pozdrowieniem,
Foxm

Nie kajaj się Foxie, bo to przecież nie zbrodnia 🙂

Są co najmniej 2 szkoły czytania Opowieści helleńskiej: po jednym odcinku, w miarę ich pojawiania się na stronie, albo też lektura wszystkich naraz, po opublikowaniu ostatniej części. Jako, że ostatni rozdział przygód Demetriusza pojawi się w okolicach października, więc pozostając w obrębie drugiej szkoły, masz jeszcze sporo czasu.

Jeśli natomiast chcesz się raczyć mniejszymi porcjami, to następna zostanie podana między 8 i 12 kwietnia!

Tak czy inaczej, życzę Ci miłej lektury, ożywienia wspomnień, no i tego, by nowe rozdziały dorównały starym.

A za piątkę oczywiście dziękuję!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

To, iż bohaterowie objawiają swoją wolę stanowi dowód na to, że żyją – a kto tchnął w nich życie, jeśli nie autor? Niech więc „nabroją” jeśli przyjdzie im na to przemożna ochota. Rzeczą autora będzie uporządkować fabułę po ich wybrykach, nie jest to jednak wielkim problemem dla kogoś tak utalentowanego. Pyszny opis przeżyć Kritiasa.

Napisz komentarz