Opowieść helleńska: Demetriusz IX (Megas Alexandros)  4.24/5 (77)

35 min. czytania

Guillame Seignac, “Fala”

Nadeszły Wielkie Dionizje Miejskie – święto na cześć boga winorośli.

Od wielu dni do Aten ściągały nieprzeliczone tłumy spragnione mistycznych przeżyć, rozrywki, a także – co wcale nie było rzadkie – zarobku. Podróż i tygodniowy pobyt w Mieście (gdzie lokalni i przyjezdni kupcy zgodnie podnieśli ceny wszystkich produktów) kosztował krocie.

Ci, którzy nie posiadali pieniędzy, liczyli na to, że wzbogacą się na miejscu. Dla niektórych – handlarzy, hazardzistów, dziwek obydwu płci, a także pospolitych zbirów – był to główny cel wizyty w Atenach. Dla innych przykra konieczność zarobienia na swe utrzymanie była ceną, jaką płacili za obcowanie z dziełami wybitnych dramaturgów, uczestnictwo w świętej procesji Dionizosa i możliwość ujrzenia na własne oczy polis wciąż zwanej „Słońcem Hellady”.

Wszystkie gospody w Mieście, a nawet poza obrębem jego murów, były przepełnione. Właściciele domów napełniali swe sakiewki, wynajmując pokoje przyjezdnym. W tawernach, jaskiniach hazardu i domach rozkoszy zaroiło się od nowych twarzy – zarówno klientów, jak i sprowadzonych specjalnie na tę okazję pornai. Wino lało się strumieniami, złoto i srebro płynęło istną rzeką. Przy grze w kości tracono i zdobywano olśniewające fortuny. Straż miejska złożona ze Scytów musiała co chwila interweniować w sprawie kradzieży, bójek, gwałtów, a nawet morderstw. Kilku złoczyńców skonało na krzyżach, lecz znacznie więcej rozpłynęło się w wielotysięcznej ciżbie, która w swej masie zapewniała anonimowość i bezkarność.

Sytuację zaogniła jeszcze fala upałów, które nastały w całej Attyce. Choć zgodnie z tradycją Elafebolion stanowił miesiąc, w którym żegnano zimowe chłody, nawet najstarsi Ateńczycy nie pamiętali, by kiedykolwiek był on równie gorący i suchy. Rzeki zaopatrujące Miasto w wodę skurczyły się do rozmiarów strumieni. Archont wydał zarządzenie zakazujące marnotrawstwa wody i zmuszające do jej racjonowania. Wielu skwapliwie skorzystało z nowych praw – zaprzestając rozwadniania wina. Pili je gęste i mocne, co w połączeniu z temperaturą sprowadzało na nich iście dionizyjski szał. Zanim jeszcze rozpoczęły się pokazy teatralne, niemal stu ludzi zmarło z odwodnienia. Nie ucierpiały natomiast łaźnie publiczne – choć przestały być miejscem zażywania odświeżających kąpieli, szybko przekształciły się w gniazdo nieokiełznanej rozpusty.

Obywatele Aten, zawsze pilnie strzegący swoich żon i córek, teraz jeszcze surowiej nakazywali im pozostać w domach, z dala od pożądliwych spojrzeń oraz natarczywych rąk przybyszów. Niewiasty, które z jakichś powodów musiały wyjść poza bezpieczne progi (choćby dlatego, że nie posiadały niewolnika, którego mogłyby wysłać ze sprawunkami), były narażone na obelgi, uwłaczające propozycje, a gdy tłum zgęstniał – bezwstydne obmacywanie. Efebowie, a nawet młodzi mężczyźni, również nie byli bezpieczni. Wielu z nich, wychodząc do Miasta, nosiło przy pasie sztylet, by zniechęcić ewentualnych adoratorów. Zamożniejsi poruszali się po ulicach w towarzystwie rosłych niewolników lub też zbrojnej eskorty. W tych dniach całe Ateny zdawały się pocić z gorąca, krztusić od unoszącego się w powietrzu kurzu i ciężko dyszeć z (często niezaspokojonego) pragnienia.

* * *

Dwa dni wcześniej miało miejsce Zgromadzenie Ludowe. Ponad piętnaście tysięcy obywateli zebrało się na wzgórzu Pnyks, by podejmować wszelkie istotne decyzje państwowe. Podejrzewano, że głównym tematem obrad będą żądania macedońskiego regenta, skierowane do wszystkich miast południowej Hellady. Zagrożony najazdem przez plemię barbarzyńskich Dardanów, Antypater wzywał Greków, by zbrojnie wsparli jego siły. Niektóre poleis (zwłaszcza te, w których stacjonowały macedońskie garnizony – jak Korynt, Chalkis i Eretria) wysłały już kontyngenty wojskowe, większość jednak oglądała się na Ateny.

Kiedy otwarto Zgromadzenie, heroldowie wezwali Demadesa, by wygłosił pierwszą mowę. Był to szanowany obywatel, członek kolegium strategów, zdolny dowódca wojskowy i dyplomata, który często podróżował do Macedonii z poselstwami. Dla nikogo nie było tajemnicą, że należy on do stronnictwa oligarchicznego i promacedońskiego. Po krótkim wstępie strateg rozwinął zwój papirusu i zaczął czytać pismo od Antypatra. W liście tym regent ostrożnie ważył słowa, starając się w niczym nie uchybić godności Ludu Ateńskiego. Swoje żądania ubrał w szaty próśb. Złagodził wszystkie twarde tony, które mogłyby zasugerować obywatelom, że w istocie coś im się nakazuje.

Kiedy Demades skończył czytać, wygłosił własne przemówienie. Gorąco poparł tezy zawarte w liście Antypatra. Tak, to prawda, że zawarty w Koryncie sojusz między Macedonią a miastami południa był skierowany przeciw Persji – najstraszliwszemu wrogowi wszystkich Greków. To prawda, że nie zobowiązuje on do pomocy w razie najazdu barbarzyńskich plemion. Ateńczycy powinni wszakże pamiętać o jednym. To właśnie Antypater osłania Helladę przed dzikością północnych ludów. Czy gdy zostanie pokonany, Dardanowie na tym poprzestaną? Oczywiście, że nie! Przejdą po jego trupie i będą przeć dalej, paląc i grabiąc wszystko na swej drodze. Zaraz w niebezpieczeństwie znajdą się święte dla wszystkich Hellenów miejsca, z delfickim sanktuarium na czele! A wtedy miasta południa i tak będą musiały walczyć – tyle że samotnie. Lepiej zatem stanąć do boju teraz, mając za sojusznika macedońską potęgę. Lepiej odeprzeć wroga od murów Pelli, niż zmagać się z nim w Beocji i Fokidzie.

Mowa Demadesa wywarła silne wrażenie na części słuchaczy, większość jednak pozostała niewzruszona. Od miesięcy w Atenach umacniały się bowiem antymacedońskie nastroje. Wcześniejsza buta regenta, władczość, z jaką narzucał poszczególnym poleis swoją wolę, obalał demokratyczne rządy i ustanawiał lojalnych wobec niego tyranów, sprawiły, że powszechnie go nienawidzono. Posągi Antypatra, których wiele ufundowano w Mieście zwłaszcza po jego zwycięstwie nad Spartanami, były teraz regularnie demolowane. Choć Meleager, macedoński ambasador w Atenach, bardzo się na to zżymał, nigdy nie udało się ująć wandali. Oligarchowie zaś cieszyli się tylko w duchu, że nikt jeszcze nie rozbija pomników króla Aleksandra. Tych bowiem było jeszcze więcej.

Gdy minęła niezbyt długa owacja na cześć Demadesa, o głos poprosił Hiperejdes, jeden z wodzów przeciwnego stronnictwa. Ten dobrze urodzony i zamożny adwokat należał do frakcji demokratów i reprezentował interes biedniejszej części społeczeństwa. Nie był przychylny sojuszowi Aten z Macedonią, który jego zdaniem służył tylko tej drugiej. Od wielu już dni wygłaszał na ten temat burzliwie oklaskiwane mowy na agorze, teraz zaś mógł przemówić do całego Zgromadzenia. Hiperejdes powitał Lud zręcznie modulowanym głosem, wyćwiczonym podczas licznych procesów przed trybunałami i Areopagiem. Na wstępie przypomniał zebranym tłumom, że zawsze działał dla dobra wspólnego, nie oglądając się na korzyści arystokratów, do których sam należał. Robił to z miłości do Aten oraz Ludu i będzie tak czynił nadal, dopóki nie pochłonie go ziemia. W pewnej chwili musiał przerwać, bo wznoszone na jego cześć wiwaty całkiem zagłuszyły słowa, które wypowiadał.

Kiedy ucichła wrzawa, Hiperejdes przeszedł do ataku na Demadesa oraz na żądania regenta. Oskarżył stronnictwo oligarchiczne o wierne wspieranie Macedonii wbrew oczywistym interesom Aten.

– Cóż nam przyjdzie – pytał – ze zwycięstwa nad Dardanami, prócz śmierci i kalectwa obywateli? Czy macedońskie garnizony rozlokowane u naszych granic zostaną ewakuowane? Czy Antypater przywróci wolność zaprzyjaźnionym z nami miastom z Eubei? Szczerze w to wątpię, przyjaciele. Skoro nawet teraz, pod groźbą barbarzyńskiego najazdu, nie chce wycofać swoich wojsk z Hellady, tym bardziej nie zrobi tego, gdy niebezpieczeństwo minie. Wspierając macedońską sprawę, nie wyzwolimy zatem naszych braci Hellenów, którzy cierpią okupację i ucisk!

– Oligarchowie – ciągnął Hiperejdes, – chcą naturalnie, byście przelewali krew w obronie ich interesów! Nie jest przecież tajemnicą, że są blisko związani z Macedonią! Mój przedmówca, Demades, jest stałym gościem na dworze w Pelli. Dionizjusz z Faleronu często ucztuje z wysłannikiem Antypatra, Meleagrem! Ejschines posunął się nawet do tego, że kupił majątek ziemski pod macedońskim Amphipolis – zresztą, jak wieść niesie, za dziesiątą część jego ceny!

– Kłamstwo! – zawołali polityczni klienci Ejschinesa. Ich patron nie mógł się sam bronić, bo przebywał z dala od Aten, dowodząc ateńską flotą. Hiperejdes zignorował ich i mówił dalej. Należało kuć żelazo, póki było gorące.

– Czy po takich ludziach można się spodziewać, że przedłożą dobro Aten nad prywatny zysk, jaki czerpią z owych związków? Odpowiedź pozostawiam wam, zacni obywatele. Rozważcie to w swej mądrości i wydajcie słuszny wyrok!

Po Hiperejdesie przemawiało jeszcze kilku polityków. Ktezyfon, kolejny demokrata, zażądał, by przed głosowaniem nad wnioskiem Demadesa wezwać do Aten flotę, nadal stacjonującą na Samos. Nie godziło się bowiem, by tak ważną decyzję podjąć bez udziału kilkunastu tysięcy obywateli, którzy służyli na okrętach. Gorąco sprzeciwił się temu oligarcha, Dionizjusz z Faleronu. Intencja Ktezyfona była aż nadto oczywista: żeglarze rekrutowali się z niższych warstw społecznych, zazwyczaj byli więc zwolennikami stronnictwa demokratycznego. Naturalnie Dionizjusz nie mógł tego powiedzieć wprost. Zwrócił zatem uwagę na zagrożenie, jakie wciąż stanowiły pirackie eskadry – pozostałość po dumnej niegdyś armadzie imperium perskiego.

– Flota wojenna stanowi tarczę, która osłania nasze statki handlowe, żeglujące do podbitej przez króla Aleksandra Azji, do Syrii, Fenicji, Egiptu! Dlatego też musi pozostać na Samos, skąd może wykonywać swe zadania sprawnie i skutecznie!

Wobec niepewnych nastrojów tłumu, nie poddano pod głosowanie ani jednego wniosku. Ustalono jedynie, że uchwała Demadesa zostanie rozpatrzona przez następne Zgromadzenie, zwołane na pierwszy dzień po zakończeniu Wielkich Dionizjów. Po wielu godzinach debatowania pod gołym niebem i w bezwietrznym skwarze, obywatele chętnie rozeszli się po tawernach i domach rozpusty. Spełnili swój obowiązek wobec Miasta, teraz zaś udawali się na zasłużony spoczynek.

* * *

W dniu, w którym rozpoczęły się Dionizje, Demetriusz i Menander wstali późno. Po porannych (a właściwie okołopołudniowych) ćwiczeniach w ogrodzie, wilczo głodni zasiedli do śniadania. Prosty posiłek z oliwek i pszennego chleba popitego mocno rozcieńczonym winem był wszystkim, czym poeta mógł podjąć swego przyjaciela. Zarówno żywność, jak i przyjemnie chłodna woda pochodziły z niewielkiej posiadłości rolnej Menandra, położonej w demie Hecale. Odziedziczony po ojcu majątek był zbyt mały, by przynosić nadwyżki plonów, które można by spieniężyć. Pozwalał jednak wykarmić zarówno swego właściciela, jak i kilku posiadanych przez niego niewolników. Ostatnio zaś – także Demetriusza z Faleronu.

Upływał właśnie tydzień od chwili, gdy młodzieniec wybiegł z rezydencji swego ojca, rozgniewany tym, co wydarzyło się na sympozjonie. Od tego czasu nie widział ani Dionizjusza, ani drogiej swemu sercu niewolnicy, Iliryjki Raisy. Menander przyjął go pod swój dach i podzielił się wszystkim, co posiadał. Nie było tego wiele, lecz Falerończyk wiedział, że nie ma prawa się skarżyć. Był teraz jeszcze uboższy od poety: opuszczając rezydencję w stanie silnego wzburzenia, nie zabrał ze sobą niczego prócz tuniki, którą miał wtedy na grzbiecie. Teraz, żyjąc na koszt swego przyjaciela, odczuwał wstyd i niezręczność sytuacji. Nie potrafił jednak zmusić się do powrotu. Dionizjusz przyjąłby go w domu – co do tego nie miał wątpliwości. Był w końcu jego pierworodnym synem. Zresztą, ojciec dwukrotnie już przysyłał Lizandra z prośbą, by Demetriusz zaniechał głupiego uporu. Byłby to jednak akt kapitulacji, upokorzenie, na które ten nie chciał przystać. Nowa duma, którą w sobie odnalazł, sprawiała, że musiał trwać w postanowieniu.

Menander okazał się lojalnym druhem. Ani słowem nie wspomniał o tym, że goszczenie Demetriusza czyniło jego sytuację majątkową jeszcze trudniejszą. Falerończyk miał jednak tego świadomość. Dlatego pożyczył od swych zamożniejszych przyjaciół z Likejonu niewielką sumę pieniędzy. Wykorzystał ją, by wspomóc swego gospodarza. Po raz pierwszy od dawna na wieczerzy w domu poety pojawiło się mięso. Na premierę swojej sztuki Menander otrzymał od Demetriusza elegancką tunikę, olśniewająco białą z purpurowym pasem. Jego niewolnicy domowi także dostali nowe odzienie – w miejsce ich podniszczonych ze starości ubrań.

Kwota, którą dysponował, szybko stopniała i Falerończyk zaczął się liczyć z każdym obolem. Dziś na szczęście nie musieli zbyt dużo wydawać. Wieczorem procesja, która wyszła z miasteczka Eleuthere, dotrze do gaju Akademosa, na północny zachód od Aten. Tam odbędzie się pierwsza uczta, ufundowana ze środków państwowych. O zachodzie słońca pochód wyruszy ponownie, kierując się do teatru Dionizosa, na południowym stoku Akropolu. W tym miejscu zostaną złożone ofiary, a następnie rozpocznie się druga biesiada, trwająca już do późnej nocy. Dla Demetriusza i Menandra oznaczało to całkiem realną szansę na darmowe napełnienie brzuchów i upicie się winem.

– Szkoda, że ladacznice nie dają dziś za darmo – westchnął przy śniadaniu poeta. – Archont powinien wydać w tej sprawie stosowne zarządzenie. Skoro on tego nie uczyni, może warto przedłożyć projekt Ludowi? Jak myślisz, Demetriuszu? Nie sądzisz, że byłoby to piękne otwarcie politycznej kariery?

Falerończyk uśmiechnął się od ucha do ucha.

– Sądziłem, że wciąż jesteś z Fojbiane, przyjacielu. Po cóż oglądać się za zwykłymi pornai, skoro w łożu pieści cię najlepsza z heter?

– Ach! Gdybyż tak było! – Menander dramatycznym gestem załamał ręce. – Niestety, ostatnio Szmaragdowooka prawie w ogóle nie ma dla mnie czasu. Z powodu Dionizjów do Aten przybyło wielu dygnitarzy z obcych stron. Fojbiane stara się ich należycie ugościć. Dzień w dzień towarzyszy im na sympozjonach. Mówi, że spełnia w ten sposób patriotyczny obowiązek mieszkanki naszej polis…

Tym razem Demetriusz nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Poeta posłał mu zranione spojrzenie.

– Cóż, ma swoje obowiązki – stwierdził wreszcie Falerończyk. – Pierwsza hetera Aten musi dbać o to, by nie wypaść z towarzystwa…

– Wiem, co chcesz powiedzieć. Nie jestem dla niej dość dobrze urodzony, ani majętny – Menander uciszył przyjaciela gestem, gdy ten chciał zaprotestować. – Zdaję sobie z tego sprawę. Po prostu liczyłem… że to potrwa nieco dłużej.

– Wszystko się zmieni, gdy zdobędziesz nagrodę w konkursie komedii – zapewnił go Demetriusz. – Z miejsca staniesz się bardziej atrakcyjny niż tuzin dygnitarzy. Fojbiane zrozumie, że bycie twą kochanką wywyższa je ponad wszystkie konkurentki.

– Chcę wierzyć, że masz rację. Wiesz, że „Dziewczyna z Leukady” zostanie wystawiona jako trzecia, na sam koniec konkursu komedii? Już po sztukach Fileomona z Soli i Eubulosa.

– Zadecydowało chyba pierwszeństwo wieku. Obydwaj są dojrzałymi obywatelami, ty zaś wciąż jesteś efebem. Ale dla ciebie to dobra wiadomość. Widownia najlepiej zapamięta twoje dzieło.

– Albo też będzie tak znużona, że zaśnie na trybunach. Zwłaszcza przy tych upałach…

Falerończyk chciał coś odpowiedzieć poecie, lecz wtedy właśnie do komnaty wszedł sędziwy niewolnik.

– Dostojny panie – rzekł, skinąwszy głową Demetriuszowi. – Jacyś mężowie chcą z tobą mówić. Czekają przed domem.

– Czyżby Spartanin twego ojca? – spytał Menander.

– Mam nadzieję. Lizander zawsze przychodził sam.

– Jeśli spróbują zabrać cię siłą… Lepiej pójdę z tobą. Czekaj, znajdę tylko mój sztylet.

– Lepiej dokończ w spokoju śniadanie – Demetriusz podniósł się od stołu i wytarł dłonie w podaną mu przez starca szmatkę. Wolał nie uświadamiać druhowi, jak nikłe miałby szanse w konfrontacji z lacedemońskim najemnikiem. Bez względu na to, czy znalazłby swój sztylet, czy też poszedł bez niego. – Zostaw mi proszę nieco wina. Zamierzam tu jeszcze wrócić.

– Twoja wola. Gdyby jednak coś ci groziło, krzyknij tylko, a stanę przy tobie.

Opuszczając komnatę, Falerończyk wspomniał rotę przysięgi, którą złożyli sobie z Menandrem nad grobem Iolaosa. „Wojownik, który tu przede mną stoi, jest moim przyjacielem. Składam swoje życie w jego dłonie”. Były to prastare słowa, wypowiadane od wieków przez żołnierzy ze Świętego Zastępu Teb. „Zawierzam mu swoją dumę i honor, wszystko, co mam najcenniejszego, bo wiem, że w chwili próby nie zawiedzie”. Tebańczycy z Zastępu jako jedyni nie ustąpili z pola walki pod Cheroneą. Zginęli co do jednego w heroicznej obronie, niczym Trzystu Spartan broniących Gorących Wrót przed Persami króla Kserksesa. „Będę osłaniał go tarczą, póki starczy mi sił. Będę stał u jego boku w falandze, a jeśli szyk nasz zostanie złamany, będę osłaniał jego plecy. Uniosę mój miecz w jego sprawie i nie spocznę, póki razem nie zwyciężymy lub zginiemy”. Był pewien, że gdyby zaszła taka konieczność, Menander walczyłby u jego boku. Jakkolwiek liche byłoby to wsparcie.

Demetriusz pchnął drzwi i wyszedł do okalającego dom zaniedbanego ogrodu. Spodziewał się ujrzeć tam dumnie wyprostowanego Lizandra w wypolerowanym jak zawsze na błysk napierśniku oraz hełmie z czerwonym pióropuszem. Dlatego też widok przybysza oszołomił go i zdumiał. Oto bowiem zobaczył mężczyznę przedwcześnie postarzałego, z trudem trzymającego się na nogach. Trucizna nie zabiła wprawdzie Aratosa z Hierapytny, lecz doprowadziła go na sam brzeg Styksu. Kreteńczyk był straszliwie wychudzony, jego policzki zapadły się, a skóra ciasno opinała czaszkę. Jego włosy, niegdyś gęste i jasnobrązowe, teraz były mocno przerzedzone, a przede wszystkim – mlecznobiałe. Zdawało się, że w ciągu ostatnich tygodni przybyło mu dwadzieścia lat. Tylko oczy pozostały te same – intensywnie błękitne, uważne, skrzące się inteligencją. Może nieco bardziej zmęczone, ale wciąż pełne chęci życia. Drugim mężem, trzymającym się nieco z tyłu, był niewolnik z domu Dionizjusza. Przysłany tu pewnie po to, by w razie potrzeby podtrzymać Kreteńczyka i służyć mu swoim ramieniem.

– Aratosie… – głos Demetriusza zadrżał wbrew jego woli. Chciał rzucić się ku swemu trenerowi walki, objąć go mocno ramionami, przygarnąć do siebie. Bał się jednak, że mógłby wyrządzić Kreteńczykowi jakąś krzywdę. Poza tym domyślał się, że nauczyciel nie przyszedł tutaj z własnej inicjatywy.

– Demetriuszu, mój drogi chłopcze – Aratos nigdy nie tytułował go „panem”. Ten były pirat i najemnik nie żywił zbytniego szacunku dla arystokratycznych rodów, nawet takich, które wywodziły swoją linię od mitycznego króla Tezeusza, syna Posejdona. Na jego szacunek trzeba było zasłużyć. Na przykład pokonując go w uczciwym pojedynku.

– Cieszę się, że wracasz do zdrowia. Złożyłem w twej intencji ofiary w świątyniach Asklepiosa i Apollina.

– Zatem twe modły i ofiary odniosły skutek. Podobnie jak geniusz medyczny Arystotelesa ze Stagiry. Żyję, chodzę, oddycham. Potrafię nawet unieść miecz, o ile nie muszę zbyt długo trzymać go w powietrzu.

– Z czasem odzyskasz siły.

– Tak też mówi Stagiryta. Domyślasz się jednak, że nie przywlokłem się tutaj, by zdać ci sprawę z mojej kondycji.

– Domyślam się również, że przysłał cię mój ojciec.

Nastała chwila niezręcznej ciszy. Młodzieniec i przedwcześnie postarzały mężczyzna mierzyli się spojrzeniami. W końcu Aratos kaszlnął, unosząc dłoń do ust. Splunął na trawę i rzekł:

– Dionizjusz życzy sobie, byś wrócił do domu.

– Wiem. Lizander już mi to przekazał. Dwukrotnie.

– Jeszcze nie skończyłem, chłopcze. Dionizjusz prosi cię o to, byś wrócił. Choć nigdy się do tego nie przyzna, tęskni za tobą i cierpi z powodu kłótni, która was poróżniła. Jest gotów wiele uczynić, by to naprawić.

– Doprawdy? Czy przywróci zdrowie niewolnikom Demostenesa, których posłał na tortury nie dlatego, że posiadali jakąś wiedzę, ale po to, by zranić ich pana? Czy wycofa obietnice, które dał macedońskiemu ambasadorowi? Czy wyrzeknie się rojeń o jedynowładztwie i tyranii?

– Mów ciszej, Demetriuszu! – syknął Aratos. Obejrzał się za siebie na ulicę, szczęśliwie pustą. Młodzieniec uśmiechnął się niewesoło. To w zasadzie starczyło mu za odpowiedź.

– A więc przyczyny, dla których opuściłem willę ojca, pozostają w mocy.

– Jesteś dla niego zbyt surowym sędzią, chłopcze.

– Wolałbym osądzić go sam, niż gdyby miały uczynić to Ateny. Ja mam dla niego tylko ostre słowa. Miasto zaś dla tyranów ma cykutę.

Znów przedłużające się milczenie. Kreteńczyk patrzył ze smutkiem na Demetriusza. W pewnym momencie zachwiał się na nogach. Niewolnik ruszył naprzód, by mu pomóc, ale Kreteńczyk natychmiast go powstrzymał.

– Odstąp! – warknął. – Ja sam…

– Jak sobie życzysz, panie – niewolnik pochylił głowę i cofnął się o dwa kroki.

– Może wejdziesz pod dach? – rzekł Falerończyk. – Spoczniesz na łożu, napijesz się wina…

– Nie przyszedłem tutaj, by pić wino – odparł Aratos, po czym natychmiast zmienił temat: – Podobno przestałeś pojawiać się na bieżni. Gimnazjarchowie pytali o ciebie. Stracili jednego z dwóch najbardziej obiecujących biegaczy.

Młodzieniec wzruszył ramionami.

– Nie mam pieniędzy na masażystów i trenerów.

– Wiesz, że twój ojciec pokryje wszystkie wydatki. Wróć na bieżnię, Demetriuszu. Pokonaj konkurentów i reprezentuj Ateny na Igrzyskach Pytyjskich. Przecież to także twoja ambicja.

Nie było sensu się opierać.

– Zgoda. Niech ojciec ureguluje sprawy z gimnazjonem. Natychmiast wznowię treningi.

Twarz Aratosa wypogodziła się.

– Stawiam wszakże jeden warunek – Falerończyk uniósł dłoń ku górze. – Żądam zwrotu mojej niewolnicy. Raisa była darem Kassandra dla mnie, a ojciec bezprawnie ją sobie przywłaszczył. Niech przyśle tutaj Iliryjkę, a spełnię jego prośbę i wrócę do ćwiczeń.

– Widzę, że przywiązałeś się do tej ślicznotki. W pełni to rozumiem… Przekażę twoją prośbę, chłopcze. Postaram się, by zabrzmiała nieco bardziej pokornie.

– Postaraj się, by ojciec potraktował ją poważnie. Jeśli nie ujrzę tutaj Raisy, nigdy już nie stanę na bieżni.

– Uczynię, jak sobie życzysz. Bywaj, Demetriuszu.

– Bywaj, Aratosie. Będę nadal modlił się o twoje zdrowie.

* * *

Zgromadzili się w podmiejskim majątku Hiperejdesa, kilka stadionów poza murami Aten. Gospodarz zaprosił na spotkanie jedynie najbardziej zaufanych spiskowców: Demostenesa i Ktezyfona. Obecny był też Kritias, wysłannik ich zagranicznego protektora. Delficki kapłan jak zawsze prezentował się wspaniale. Trzydziestoparoletni, zabójczo przystojny, zgodnie z najnowszą modą gładko ogolony, przywdział lśniącą czystością, biało-złotą szatę. Mimo panującego od rana upału zdawał się wcale nie pocić. Wyglądał niczym młody bóg wśród śmiertelników.

Hiperejdes bezskutecznie usiłował mu dorównać, choć i on wyglądał dostojnie w arystokratycznej purpurze, z misternie utrefionymi włosami i starannie przystrzyżoną, krótką brodą. Popijał mocno rozwodnione wino z pozłacanego pucharu. Przy tych dwóch pozostali uczestnicy narady wyglądali znacznie gorzej. Demostenes, który stracił niedawno całą służbę i nie zdążył jeszcze kupić odpowiednich niewolników, miał na sobie przykurzony chiton, zaś jego włosy były w widocznym nieładzie. Przekrwione oczy i czerwona twarz Ktezyfona świadczyły o zeszłonocnym pijaństwie, którego konsekwencje wciąż dawały mu się we znaki. Łapczywie zaspokajał palące go pragnienie, opróżniając kolejne puchary podawane mu przez Narkissosa. Młodziutki kochanek Hiperejdesa, któremu urody zazdrościły całe Ateny, był dziś ich jedynym sługą. Pan domu stanowczo zakazał swoim niewolnikom zbliżać się do komnaty, w której odbywało się spotkanie.

– Zacznijmy – powiedział Hiperejdes, gdy ostatni z gości, Demostenes, usadowił się w fotelu. Narkissos czym prędzej napełnił jego kielich, po czym stanął przy drzwiach, bacząc, by nikt nie podsłuchiwał rozmowy. – Powitajmy Kritiasa, kapłana Apollina, który przybył do nas ze świętych Delf.

– Dziękuję za powitanie – odparł piękny mężczyzna, uśmiechając się do Ateńczyków. – Pragnę też przekazać wam serdeczne pozdrowienia od mojej pani, Olimpias z domu Ajakidów. Bądźcie pewni, że królowa z uwagą śledzi wasze poczynania i w pełni je popiera. Na dowód tego przysłała mnie, bym wspomógł was w wysiłkach i doprowadził wszystkie sprawy do szczęśliwego zakończenia.

– Powiedz nam, Kritiasie – rzekł na to Demostenes, który miał już okazję parokrotnie rozmawiać z kapłanem, – czy tym razem przywozisz nam coś więcej niż piękne słowa i hojne obietnice? Jak dotąd zarówno twoja pani, jak i jej sługa, Tryfon z Ambrakii, udzielili nam niewielkiej pomocy. Staraliśmy się dokładnie wypełniać wasze zalecenia, co jednak miało opłakane skutki. Moja ukochana córka i pierworodny syn Ktezyfona zostali zabrani z naszych domów. Osadzono ich na Eginie pod silną strażą. Jesteśmy stale obserwowani przez szpiegów stronnictwa oligarchicznego, którzy śledzą każdy nasz krok w Mieście. Drżymy przed wynajętymi przez nich zbirami, gdyż – jak wiadomo – wszystkie grupy przestępcze w Atenach płacą oligarchom trybut i spełniają ich wolę w zamian za bezkarność. W każdej chwili grozi nam śmierć z rąk siepaczy albo wiadomość, że nasze dzieci zostały okrutnie zgładzone. Ponieśliśmy ofiary. Cóż zaofiarujesz nam w zamian?

W ciągu całego przemówienia promienny uśmiech nie znikał z ust Kritiasa. Ciemne oczy kapłana spoglądały to na Demostenesa, to znów przesuwały się na pięknego Narkissosa, odzianego tylko w krótką, białą tunikę, która odsłaniała jego zgrabne nogi i ramiona. Gdy Ateńczyk przestał mówić, Kritias znów na niego spojrzał.

– Pytasz, z czym przychodzę? A co powiesz na władzę nad Atenami? Zwycięstwo nad stronnictwem oligarchicznym? Wyzwolenie się spod kurateli Macedonii i regenta Antypatra?

– To tylko słowa. Lecz cóż się za nimi kryje?

– Złoto i spartańskie miecze.

– Mamy wreszcie jakiś konkret – Ktezyfon oderwał usta od brzegu pucharu. Był już lekko podchmielony, a przez to jeszcze bardziej niecierpliwy. – Mówże więc!

– W Pireusie zacumował statek – rzekł powoli Kritias. – Przed trzema dniami przypłynął z Naupaktos. Nosi wielce stosowną nazwę „Tisis”, czyli „zemsta”. Na jego pokładzie znajduje się – prócz innych towarów przywiezionych na handel – skrzynia z dwudziestoma talentami złota. Pochodzi ono ze skarbca królestwa Epiru i jest darem od mojej pani dla was. Wydacie ten majątek wedle swego uznania. Nie wątpię, że spożytkujecie go na rzecz ateńskiej niepodległości. Sądzę jednak, że powinniście zastosować się w tym względzie do moich rad.

– A jakie to są rady?

– W pierwszej kolejności trzeba przekupić hersztów zbrodniczego podziemia Aten. Nie wszystkich czterech. Wystarczy dwóch, prócz złota dając im obietnicę wspólnej rozprawy z pozostałymi. Sądzę, że najbardziej chętny do współpracy będzie jednooki Akristos, władający północą Miasta. Koniecznie trzeba też przekabacić grubego Myrona z Pireusu. Pozwoli nam to na swobodne działania w porcie. Z czym wiąże się następna sprawa…

– Nie tak szybko – Ktezyfon uniósł rękę. – Skąd pewność, że tacy ludzie w ogóle zechcą z nami rozmawiać?

– A jaki mają wybór? Teraz oddają dziesiątą część swego zarobku oligarchom. Muszą też powstrzymać się od wzajemnych walk i poszerzania stref wpływów. Nie jest tajemnicą, że Akristos nie kocha Ophiona, herszta południowych Aten. Ophion wadzi się z Myronem o dostęp do portu i związane z tym dochody z przemytu. Wszyscy zaś lękają się i nienawidzą Półmartwego Deimosa, starszego nad skrytobójcami.

– Ja podejmę się negocjacji – zaproponował Hiperejdes.

– Zgadzam się – po długiej chwili rzekł Demostenes. Ktezyfon również skinął głową i sięgnął po puchar. Narkissos czym prędzej go napełnił.

– Resztę złota – podjął Kritias – powinna wam posłużyć do skorumpowania ważnych urzędników oraz niektórych dowódców scytyjskiej straży miejskiej. Pierwsi przydadzą się podczas Zgromadzenia, gdy trzeba będzie powstrzymać uchwały przedłożone przez oligarchów. Drudzy będą potrzebni, kiedy w Atenach wybuchną rozruchy.

– Rozruchy? – Ktezyfon spojrzał na kapłana z niepokojem.

– Oczywiście. Chyba nie sądziłeś, że obędzie się bez rozlewu krwi? Oligarchowie nie poddadzą się bez walki.

– Mają po swojej stronie najemników, ściągniętych przez Dionizjusza z Faleronu – zauważył Hiperejdes. – Widziałem ich, to twardzi zabijacy. Scytowie nie dadzą im rady.

– Nie będą musieli. Z tą kwestią wiąże się mój drugi dar. Jak wiecie, przed kilkoma miesiącami gościłem w Lacedemonie. Spartanie zgodzili się wesprzeć antymacedońską rewoltę, jeśli Ateny wystąpią pierwsze. Ale już teraz zaczną działać, by umocnić was w podjętej decyzji. W ciągu ostatnich dni do Miasta przeniknęło stu Spartiatów. Skryli się wśród nieprzeliczonych tysięcy, które przybyły na Wielkie Dionizje. Każdy z nich to wspaniały wojownik. Gdy przyjdzie pora, zwiążą walką najemników Dionizjusza.

– Kto nimi dowodzi? – spytał wyraźnie poruszony Demostenes.

– Ich oficerowie odpowiadają bezpośrednio przede mną – odpowiedział Kritias. – Sami widzicie, że jestem dla was cenniejszy, niż mogło się z początku wydawać.

– W rzeczy samej. Pozostaje jeszcze kwestia zakładników na Eginie.

– Tym, drodzy przyjaciele, nie musicie się wcale przejmować. Posłałem na wyspę dwoje najlepszych ludzi. Sądzę, że już wkrótce usłyszycie o wyzwoleniu waszych dzieci.

– Kiedy? – spytał niecierpliwie Ktezyfon.

– Zapewniam cię, że stanie się to zanim wasi przeciwnicy zdecydują się nimi posłużyć. Wiedz, że mi również na tym zależy. Nadchodzi bowiem mroczny czas. Nie chcę, by w chwili próby ktokolwiek zawahał się z lęku o syna…

– Albo córkę – wtrącił Demostenes.

Usłyszawszy jego słowa, kapłan wykrzywił usta w pogardliwym grymasie. Trwało to jednak tylko przez chwilę i było chyba nieuświadomioną reakcją. Po chwili piękna twarz Kritiasa wypogodziła się. Spojrzał na Ateńczyka i posłał mu jeden ze swych promiennych uśmiechów.

– Albo córkę – powtórzył, unosząc w ręku puchar. – A teraz wznieśmy toast za powodzenie naszych planów!

* * *

Na wyspie każdy następny dzień do złudzenia przypominał poprzedni.

Amphimachos spacerował wzdłuż piaszczystego wybrzeża, słuchając krzyku mew i szumu morskich fal. Pomimo bryzy dzień był nadzwyczaj upalny i najemnik pocił się obficie pod napierśnikiem z wygotowanej skóry oraz wełnianą chlamidą. Hełm z czarnym pióropuszem – symbol jego rangi – trzymał pod pachą, inaczej pot oślepiłby go, zalewając całkiem oczy. U jego pasa kołysała się xiphos o prostej, dwusiecznej klindze. Tarczę zostawił w domu, który wynajmował. Była zbyt ciężka, by zabierać ją na zwykłą przechadzkę.

Kiedy wyruszał z Aten wraz z zakładnikami, Dionizjusz przykazał mu być stale czujnym, nie zaniedbywać żadnych środków ostrożności. Pozostawienie tarczy w chacie było występkiem przeciw temu poleceniu. Mijały już jednak przeszło dwa miesiące, odkąd Amphimachos przybył na Eginę, do tej zapadłej wsi rybackiej na południowym brzegu wyspy. Codzienna rutyna, monotonia tych samych, powtarzających się czynności sprawiła, że z czasem jego czujność osłabła. Cóż bowiem mogło im grozić tutaj, w tym zapomnianym przez bogów i ludzi miejscu? Nawet wiosenne sztormy z daleka omijały osadę.

Obowiązek strzeżenia pierworodnych synów demokratów: Ktezyfona, Archelaosa, Gorgoniosa i Leandra powierzono najlepszym ludziom. Pech chciał, że byli to właśnie żołnierze Amphimachosa. Podobnie jak on pochodzili z Karii, małoazjatyckiej krainy leżącej naprzeciwko wyspy Rodos. Karia od wieków dostarczała najlepszych żołnierzy na całym półwyspie, mężów silnych jak byki, szybkich jak lamparty, a przy tym zdyscyplinowanych i zdolnych utrzymać szyk, czego nie dało się powiedzieć o frygijskich góralach czy anatolijskich pasterzach.

Sam Amphimachos wolałby nadal służyć w Atenach. Miasto przyzywało go tysiącem pokus. W tawernach strumieniami lało się wino ze wszystkich krain Morza Środkowego. W domach gry przez całą dobę można było pomnożyć żołd albo całkiem go przepuścić. No i były jeszcze burdele… a w nich tysiące egzotycznych niewolnic sprowadzonych z podbitych ziem. Pewnego razu, gdy Dionizjusz wypłacił swym ludziom nagrody, Karyjczyk udał się do „Nimfajonu” i zabawił niczym król. W ciągu jednej nocy miał smagłą Egipcjankę, bladą Scytyjkę, a na sam koniec czarną jak bezksiężycowa noc dziewczynę z Nubii. Każda z nich była mokra i chętna, zaś ich pieszczoty kosztowały go ledwie kilka tetradrachm.

Jakże inaczej było tutaj! W mieście Eginie, do którego udawał się nieczęsto, był wprawdzie dom rozpusty, lecz już po kilku wizytach Amphimachos znał tam dobrze każdą z pornai. W rybackiej wiosce było jeszcze gorzej. Mężczyźni pilnowali swoich żon i córek jak oka w głowie. Oczywiście, mógł ich wszystkich pozabijać, ale Dionizjusz stanowczo zakazał mu zadzierania z miejscowymi. W tej sytuacji pozostała tylko jedna szansa na zaspokojenie żądzy: wdowa po pewnym Eginecie, który zaginął na morzu. Była młoda i nawet ładna. Początkowo wzbraniała się przed jego awansami, nie odpowiadała na pozdrowienia, gdy napotykał ją w wiosce, ignorowała komplementy, które jej prawił.

W końcu cierpliwość Karyjczyka wyczerpała się. Pewnej nocy, pijany i gniewny, wyważył drzwi do jej domu, rzucił się na kobietę i brutalnie ją zgwałcił. Krzyczała tak głośno, że na pewno słyszeli ją wszyscy w wiosce. Nikt jednak nie przyszedł na ratunek. Każdy dbał tylko o swoją rodzinę, a ona przecież nie należała do nikogo. Nazajutrz Amphimachos dał upokorzonej wdowie wybór: albo zostanie jego nałożnicą, albo podzieli się nią z całym oddziałem. Przez kilka tygodni wszystko było w najlepszym porządku: usługiwała mu pokornie i z całkowitą uległością. Czasem nawet uśmiechnęła się, gdy tego zażądał. Wprawdzie nie dorównywała talentami ślicznotkom z „Nimfajonu”, ale i tak była najlepszym łupem, jaki można było znaleźć na tym pustkowiu.

Pewnego razu znalazł ją na podłodze domu, z nożem wbitym głęboko w serce. Nigdy nie dowiedział się, czy popełniła samobójstwo, nie mogąc znieść wstydu, czy też zgładził ją któryś z mieszkańców wioski, by zetrzeć hańbę, którą im przyniosła. Potem było już coraz gorzej. Wzajemna niechęć najemników i rybaków jeszcze się pogłębiła. Karyjczycy niemal co noc urządzali sobie głośne pijatyki, by zapomnieć o nudzie i pustce własnej egzystencji. Jeden ze zbrojnych uwiódł syna Archelaosa i współżył z nim jak z niewiastą. Bezczynność zabijała dyscyplinę. Kiedyś Amphimachos zatłukłby żołnierza, który zasnął na nocnej warcie. Teraz budził go już tylko kopniakami. Jego ludzie przestali dbać o broń i pancerze. On jeszcze zmuszał się do tego, by codziennie polerować tarczę.

Jeśli zostaniemy tu choćby miesiąc dłużej, całkiem zdziczejemy, pomyślał, maszerując wybrzeżem. Trzeba napisać do Dionizjusza. Niech zluzuje Karyjczyków i zastąpi ich innym oddziałem. Amphimachos chciał znowu ujrzeć Ateny, napić się dobrego cypryjskiego wina, a potem zerżnąć ładną i pachnącą perfumami niewolnicę. Miał serdecznie dosyć tej przeklętej wyspy, szczyn, które uchodziły tu za przyzwoity trunek, mrukliwych mężów oraz pruderyjnych kobiet.

W pewnej chwili zobaczył dziewkę. Szła plażą w jego stronę, co jakiś czas zatrzymując się, pochylając i unosząc coś z piasku. Przystanął i obejrzał się za siebie. Wioska pozostała dobre dwa stadiony za nim. Nieznajoma musiała przyjść z innej osady. Wiedział, że następna znajduje się hen, za przylądkiem. Jeśli zaiste przybywała stamtąd, pokonała naprawdę spory dystans. Może ten dzień nie będzie taki jak poprzedni, pomyślał z nadzieją Karyjczyk. Niemal natychmiast poczuł silne podniecenie, jak przed zbliżającą się bitwą lub polowaniem na dziką panterę.

Ruszył z miejsca, krokiem energicznym, lecz nieprzesadnie prędkim. Nie chciał przedwcześnie spłoszyć swej zwierzyny. Amphimachos był śmigłym biegaczem, lecz gdyby młódka rzuciła się do ucieczki, miałby problem z dogonieniem jej w ciężkim napierśniku. Na razie jednak zdawała się nie dostrzegać zagrożenia. Przycupnęła na piasku, grzebała w nim chwilę dłońmi. Uniosła jakiś przedmiot do oczu, oczyściła go, przyjrzała się znowu. Muszle, zrozumiał w końcu najemnik. Ona zbierała muszle!

– Co robisz, dziewko? – zagadnął miłym głosem, kiedy dzieliło go od niej już tylko kilka kroków.

– Szukam pereł – odparła, unosząc głowę bez widocznych oznak lęku. Karyjczyk wciągnął powietrze w płuca. Dopiero teraz ujrzał jej urodę! Twarz miała szczupłą, rysy szlachetne, cerę jasną jak u arystokratek, które nigdy nie wystawiają swoich ciał na słońce. Czarne, proste włosy splotła w długi warkocz, który spływał na jej ramię i pierś. Oczy dziewczyny były duże i ufne, w trudnej do określenia barwie, gdzieś między błękitem i szarością.

– Nie wiedziałem, że na tym wybrzeżu można znaleźć perły – wykrztusił, zdumiony jej wyglądem. Była piękna, zbyt piękna na to miejsce. Eginetki tak nie wyglądały! W każdym razie on nie spotkał żadnej, która by tej dorównywała.

– Nie wiem, czy można – odparła z lekko figlarnym uśmiechem. – Ja jeszcze żadnej nie znalazłam.

Amphimachos zaśmiał się ochryple. Cóż to za absurdalna rozmowa! Cała sytuacja zdawała mu się nierzeczywista. Śliczna dziewka, w wieku odpowiednim, by wziąć ją do łoża, spacerowała sobie ot tak, bez kurateli i obrony. Jej ojciec lub mąż musi być bardzo nieroztropny! Karyjczyk uznał, że nie wolno mu przepuścić takiej okazji. Następna mogła się już nie nadarzyć.

– Nie powinnaś kręcić się tu sama – rzekł stanowczym tonem. – Chodź ze mną, ślicznotko. Zaprowadzę cię w bezpieczne miejsce. Na imię mi Amphimachos. A tobie?

Wyciągnął ku niej rękę. Wciąż spoglądała na niego ufnie, jakby nie miała powodu się go bać. Ujęła zaofiarowaną jej dłoń i podniosła się z piasku.

– Ojciec nadał mi imię Dorkas, panie – odparła, patrząc mu w oczy. – Lecz zawsze wolałam te, którym zwracała się do mnie matka.

– Jak zatem powinienem cię nazywać?

– Filona, panie.

Ruszyli w stronę wioski, z której przyszedł Amphimachos. Karyjczyk trzymał dziewczynę za ramię, delikatnie, lecz tak, by w każdej chwili móc wzmocnić uścisk. Zwierzyna wpadła już w jego sidła, teraz należało się upewnić, że już z nich nie ucieknie.

– Jesteś bardzo piękna, Filono – rzekł, spoglądając na nią z satysfakcją. Młódka nosiła szary peplos ze zgrzebnej wełny, na dole przybrudzony nieco mokrym piaskiem. Przepasała go zwykłym sznurem. Odzienie zwykłej wieśniaczki. Tym bardziej nie pasowało do jej szlachetnej urody…

– Domyśliłam się, że tak sądzisz – odparła patrząc na niego spod długich rzęs, – kiedy nazwałeś mnie ślicznotką.

Karyjczyk zmarszczył brwi. Dziewka była stanowczo zbyt bystra. On zaś nie lubił przemądrzałych kobiet. Uznał, że nie ma powodu, by zbytnio się z nią pieścić. Przyspieszył kroku, tak że ciągnął ją teraz za sobą. Kilka razy syknęła z bólu, gdy mocniej szarpnął ją za ramię.

– Dokąd mnie prowadzisz? – w jej głosie po raz pierwszy usłyszał cień lęku. Poczuł zadowolenie. Lubił być panem sytuacji, wiedzieć, na czym stoi. Z początku Filona zachowywała się w dziwny sposób. To zbiło go z tropu. Teraz wszystko wróciło do normy. Była bezbronną, przestraszoną istotą, całkiem zdaną na niego. Mógł z nią uczynić, co tylko zapragnie.

– Mówiłem ci już. W bezpieczne miejsce.

– Muszę wracać do domu… Matka będzie się niepokoić…

– Milcz! – warknął zniecierpliwiony, zatrzymując się i obracając ją stanowczo ku sobie. – Pójdziesz dopiero wtedy, gdy na to pozwolę. Zrozumiałaś?!

Już nie patrzyła mu w oczy. Spojrzenie wbiła w piasek u ich stóp. Jej wiotkie ciało, którego kształtów mógł się tylko domyślać pod peplosem, zaczęło drżeć. Przysunął twarz do jej włosów, wciągnął w nozdrza ich upajającą woń. Tak właśnie powinna pachnieć kobieta! Jego kobieta. Jedną rękę wciąż zaciskał na jej ramieniu. Drugą sięgnął ku piersi dziewczyny. Zaczął ją obmacywać przez gruby materiał. Była twarda i rozkosznie jędrna.

– Proszę… puść mnie wolno – wyszeptała drżącymi wargami. Jej jasne oblicze pobladło jeszcze bardziej. – Chciałam tylko poszukać pereł… Nie zrobiłam nic złego.

– Nic złego? – spytał, sycąc się tą chwilą. – Naprawdę tak uważasz? Posłuszna córka nie opuszcza domu ojca i nie odchodzi tak daleko. Naprawdę szukałaś pereł, Filono? Ja myślę, że raczej przygody. A ta właśnie ci się przytrafiła.

Szarpnął ją znowu i ruszył przed siebie, niemal wlokąc dziewkę po piasku. Widział już dom, który wynajmował od naczelnika osady. Licha rudera cuchnęła wnętrznościami wypatroszonych ryb. Dziś jednak nie będzie mu to przeszkadzać. Dziś czeka go prawdziwa uczta.

* * *

Ostatnia próba przed wystawieniem „Dziewczyny z Leukady” rozpoczęła się wczesnym popołudniem. Nie rozstawiono wprawdzie malowanych na płótnie dekoracji, ale aktorzy grali w szatach i maskach, w których mieli wystąpić na premierze. Menander siedział w najniższym rzędzie kamiennych ław w Teatrze Dionizosa, przy samej scenie. Uważny i skupiony, doglądał wszystkiego, dbając, by każdy element komedii wyglądał dokładnie tak, jak sobie wymarzył. Co jakiś czas notował na glinianej tabliczce ostatnie uwagi, które chciał potem przekazać wykonawcom. Demetriusz przechadzał się po pustej widowni, sprawdzając, w którym miejscu znajdzie najlepszy widok na scenę oraz słyszalność wypowiadanych kwestii. Ze zdziwieniem stwierdził, że ławy honorowe, na których zasiadał archont oraz kolegium strategów, wcale takim miejscem nie były. Jedynym luksusem, jaki mieli przebywający tu dostojnicy, był baldachim, który rozpinano na czas spektakli. Chronił on przed palącym słońcem i pozwalał skupić się na widowisku. Pozostali Ateńczycy musieli w tym celu używać parasoli przeciwsłonecznych, które za opłatą wypożyczali w teatrze.

W pewnej chwili Falerończyk dostrzegł, że na widownię amfiteatru wszedł ktoś jeszcze. Niewiasta miała na sobie jedwabny peplos w kolorze świeżej zieleni. Choć zgodnie z prawami Aten jej twarz skryta była za woalką, suknia daleka była od skromności. Przylegająca blisko do ciała, opinająca się na krągłych biodrach oraz biuście, nie mogła należeć do cnotliwej żony lub córki obywatela. Demetriusz zaczął wspinać się w górę schodów wiodących między rzędami ław. Kiedy zbliżył się do kobiety, ta uniosła ręce do twarzy. A potem odchyliła woalkę i posłała młodzieńcowi piękny uśmiech. Jej wargi czerwieniły się od egipskiej szminki, zaś oczy płonęły szmaragdowym ogniem.

– Witaj, Fojbiane – rzekł, pochylając głowę.

– Witam, przystojny Demetriuszu – odparła mu życzliwie. – Przyszłam zobaczyć ostatnią próbę.

– W takim razie pozwól, że zaprowadzę cię do Menandra. Ucieszy się, że tu jesteś.

Pierwsza hetera Aten wzięła go pod ramię, niespiesznie ruszyli w dół schodów. Demetriusz natychmiast poczuł woń jej upajających perfum – tych samych, których użyła owej pamiętnej nocy… W głowie młodzieńca wezbrała spiętrzona fala wspomnień. Fojbiane całująca na przemian jego i Menandra… Hetera ujeżdżająca poetę, a jednocześnie pieszcząca ustami męskość Falerończyka… Gościnna wilgoć jej szparki i rozkoszna ciasność miejsca między pośladkami… Niewiasta zarumieniła się lekko, jakby potrafiła czytać mu w myślach. Nie odsunęła się jednak: wręcz przeciwnie, mocniej przywarła do jego boku.

– A czy ty cieszysz się z mego przybycia? – spytała, kierując na niego badawcze spojrzenie.

– Czemu w to wątpisz? – odrzekł nieco zmieszany. – Twa obecność rozświetla najmroczniejszą noc…

– W takim razie chyba lubisz, gdy twe noce są mroczne – hetera skrzywiła się lekko, sprawiając, że przez moment perfekcyjna linia jej ust stała się nieco mniej doskonała. – Powiedz mi, Demetriuszu, czemu nie zabiegałeś o powtórne spotkanie ze mną? Wiesz, że bym ci nie odmówiła.

Falerończyk poczuł, że jego członek zaczyna żyć własnym życiem – twardnieje i unosi się, w niedwuznaczny sposób wybrzuszając tunikę. Taka była moc Fojbiane. Wystarczyło, by znalazła się w pobliżu, a nie potrafił już się skupić na niczym innym.

– Jesteś kochanką mojego przyjaciela… – zaczął niezbyt poradnie tłumaczyć. – Chcę być wobec niego lojalny…

– Jestem przede wszystkim heterą. Moja rola polega na tym, by umilać czas zamożnym obywatelom tego pięknego Miasta. Właśnie takim jak ty. Twój brak uwagi boli mnie i przyprawia o cierpienie. Chyba zawiodłam cię tamtej nocy…

– Fojbiane…

– Poza tym dobrze wiesz – dokończyła triumfalnie, – że Menander nie miałby nic przeciwko naszym schadzkom. Wyznał mi nawet, że sam cię do nich zachęcał.

Na szczęście Demetriusz nie musiał już na to odpowiadać. Kiedy zeszli na poziom sceny, zauważył ich Menander. Podniósł się z ławy, uśmiechnął szeroko, a gdy się zbliżyli, objął Fojbiane w talii, przyciągnął do siebie i mocno ucałował w usta. Hetera poddała się jego młodzieńczej gwałtowności, splotła mu ręce wokół szyi, odwzajemniła pocałunek. Falerończyk przyglądał się temu, stojąc obok. Pojawienie się Fojbiane było jedyną rzeczą, która mogła oderwać poetę od jego sztuki. Gdy zauważono, że odwrócił spojrzenie od sceny, aktorzy natychmiast przestali wygłaszać swoje kwestie. Czekali w milczeniu, aż jego uwaga znów skupi się na nich.

– Nie potrafiłam sobie odmówić ostatniej próby! – szczebiotała Fojbiane między pocałunkami. – Wybacz najdroższy, że nie mogłam być na dwóch poprzednich.

– Nie ma czego wybaczać, moja słodyczy – odparł poeta. – Trudno oczekiwać, byś pojawiła się na każdej.

– Powinnam. W końcu główna bohaterka jest wzorowana na mnie.

A także na Dorothei, flecistce z miasta Eleuthere, mógłby dodać Demetriusz. Jej również Menander obiecał uwiecznienie w swojej sztuce. Dziewczyna była tak rozradowana, że oddała się poecie, nie oczekując żadnej zapłaty. Podobnie zresztą jak Fojbiane. Falerończyk był ciekaw, komu jeszcze Menander składał w ciągu ostatnich miesięcy podobne obietnice. Jego młodszy przyjaciel szybko nauczył się, jak wykorzystać niewieścią próżność. Z drugiej strony, w heterze znalazł godną siebie partnerkę. Ona również działała w wielu kierunkach, w pełni wyzyskując przemożne wrażenie, jakie wywierała na mężczyznach. Jej rozmowa z Demetriuszem była na to najlepszym dowodem. Wystarczyło parę słów, by jego krew zawrzała.

Gdyby nie był w tak katastrofalnej sytuacji majątkowej, być może zastanowiłby się nad złożeniem wizyty Fojbiane. Już od tygodnia nie był z kobietą. Wcześniej jego potrzeby zaspokajała – często i z ochotą – Raisa, teraz zaś pozostały mu tylko wspomnienia i senne fantazje. I choć obiecał Iliryjce, że dochowa jej wierności, Demetriusz coraz częściej łapał się na tym, że marzy nie tylko o niej. W snach przychodziła doń jego pierwsza kochanka, perska ladacznica, do której zaprowadził go Kassander. Hetera Bakchis, która uczyła go o tym, co przystoi w łożu mężczyźnie. Fenicka niewolnica Kleopatra, należąca do jego ojca. A także Fojbiane. Pierwsza piękność Aten, o słodkim uśmiechu i zniewalającym spojrzeniu.

Menander polecił aktorom, by zagrali scenę ostatecznego pojednania skłóconych kochanków. Z powrotem zasiadł na ławie, z heterą u boku. Demetriusz zajął miejsce nieco dalej, by móc ukradkiem zerkać na Fojbiane. Wkrótce jednak skupił się na niej całkowicie, nie mogąc oderwać wzroku od pięknej twarzy i spowitego w jedwab ciała. Kobieta uważnie śledziła grę aktorów. Widowisko sprawiało jej chyba dużą przyjemność, uśmiech cały czas błądził na pełnych wargach pokrytych egipską szminką. Falerończyk podziwiał jej apetyczne kształty, wspominał chwile, które spędzili razem w łożu, nadzy i pełni namiętności. Patrzył na dłonie, którymi go pieściła, teraz splecione z dłońmi Menandra… piersi, którymi ocierała się o jego tors… uda, którymi objęła go w momencie zespolenia… Chociaż Fojbiane ani razu nie zwróciła się ku niemu, Demetriusz miał pewność, że czuła na sobie jego wzrok. I że wcale nie był jej on niemiły. Gdyby tylko jego sakiewka nie świeciła pustkami, jeszcze dziś w nocy odwiedziłby jej willę!

Kiedy scena dobiegła końca, Fojbiane znów zarzuciła ramiona na szyję Menandra i pocałowała go mocno w policzek. Poeta aż pokraśniał z zadowolenia.

– Cieszę się, że ci się spodobało, najsłodsza. Mam pomysł! Idziemy z Demetriuszem do gaju Akademosa, by zobaczyć procesję. Może udasz się z nami? Będzie miło spędzić razem ten dzień.

– Bardzo chciałabym wam towarzyszyć – hetera zrobiła smutną minę, – ale wzywają mnie obowiązki. Dziś wieczorem muszę pojawić się w Teatrze Dionizosa, co wymaga przygotowań, potem zaś bawię na sympozjonie u Hiperejdesa.

– Hiperejdes wydaje ucztę? – zaciekawił się Falerończyk. Jego dawny kochanek powrócił ostatnimi czasy do życia politycznego Miasta. Niemal codziennie przemawiał na agorze, gromko krytykując rządy oligarchów. Mówił z żarem i elokwencją, zawsze więc znajdował rzeszę chętnych słuchaczy.

Fojbiane skinęła głową.

– Chce uczcić jakiegoś zagranicznego gościa, który przybył na Wielkie Dionizje. To ponoć wysoko postawiony kapłan – kobieta uśmiechnęła się jak mała dziewczynka, rozradowana nową zabawką. – Powinno być interesująco… Nigdy jeszcze nie byłam z kapłanem!

Tym razem to Menander sposępniał. Hetera dostrzegła to i mocniej się do niego przytuliła.

– Nie bądź zazdrosny, mój miły chłopcze! Wiesz przecież, z kim się związałeś! Za dwa dni, po premierze „Dziewczyny z Leukady”, będę tylko i wyłącznie twoja. Aż do końca Wielkich Dionizjów. Obiecuję.

– Tylko moja? – poeta nie mógł uwierzyć w tę odmianę losu. Do końca Wielkich Dionizjów! To oznaczało trzy dni i tyleż samo nocy! Cały ten czas z Fojbiane…

Hetera zwróciła twarz w stronę Demetriusza i posłała mu promienny uśmiech.

– Tylko twoja – powtórzyła. – Chyba że zechcesz podzielić się mymi darami z przyjacielem. Na to chętnie przystanę. Miło wspominam naszą wspólną noc…

Falerończyk z trudem przełknął ślinę. Poczuł, że jego członek znów twardnieje pod tuniką.

* * *

Jeden z karyjskich żołnierzy pełnił nieopodal straż. Zasalutował Amphimachosowi i z zazdrością popatrzył na jego zdobycz. Dowódca nawet nie zwrócił na niego uwagi. Kopniakiem otworzył drzwi chaty i mocno pchnął dziewczynę do środka. Potknęła się i poleciała na ścianę. Krzyknęła cicho z bólu, gdy uderzyła o nią barkiem. Szybko obróciła się w stronę najemnika i rozejrzała panicznie wokół, niczym zwierzę szukające drogi ucieczki. Na próżno. Dom składał się z jednej tylko izby. Prócz drzwi, które wypełniał sobą mężczyzna, była jeszcze dziura w suficie, pozwalająca wypuścić dym z centralnego paleniska. Młódka była jednak zbyt niska, by się tam wdrapać.

– Tak jak obiecałem – rzekł, rozpinając rzemienne wiązania pancerza, – oto bezpieczne miejsce. Nic ci tu nie zagrozi. Przynajmniej tak długo, jak będziesz dla mnie miła.

Mimo braku okien, w domostwie było całkiem jasno. Wiele światła wlewało się bowiem przez rozwarte na oścież drzwi oraz otwór w suficie. Amphimachos dostrzegł, że Filona pobladła jeszcze bardziej. Ściągnął z ramion chlamidę i cisnął ją na leżący w rogu pomieszczenia siennik. Ile już niewiast posiadł na tym wojskowym płaszczu? Nie potrafił tego nawet zliczyć. Ich twarze zatarły się w jego pamięci, ich krzyki zlały się w jeden. Były ladacznicami lub wojennymi brankami, a czasem zwykłymi wieśniaczkami porwanymi przez maszerującą nieopodal gospodarstwa armię. Rozchylały dla niego uda albo broniły się z uporem, który łamał ciosami pięści. Niektóre były wilgotne, inne całkiem suche. Kilku płynęła miesięczna krew, kiedy je rżnął. Nie miało to dla niego znaczenia. Ważne było tylko to, że Filona będzie następna. Piękniejsza od poprzednich, łup godny karyjskiego weterana.

– Rozdziej się – nakazał, uwalniając swe ciało od pancerza. Napierśnik z wygotowanej skóry spadł na klepisko. Kiedyś zabiłby człowieka, który tak potraktowałby zbroję. Kiedyś… całe wieki temu.

– Panie… – wyszeptała błagalnie – jestem obiecana Ojnosowi z sąsiedniej wioski… To najlepszy rybak na wybrzeżu… Jeśli to zrobisz, on nigdy mnie nie poślubi.

– Dosyć tego! – Karyjczyk zbliżył się do niej i spoliczkował na odlew. Osunęła się na kolana i zaczęła szlochać. Stojąc nad dziewczyną, najemnik odpiął pas z mieczem, a potem ściągnął tunikę przez głowę. Był już teraz całkiem nagi, jeśli nie liczyć ubrudzonych piachem sandałów. Jego ciało cuchnęło potem za sprawą nieznośnego gorąca. Penis unosił się w erekcji, tuż przed zalaną łzami twarzą dziewczyny.

– Masz dwa wyjścia – warknął zimnym, niepozostawiającym żadnej nadziei tonem. – Albo zadowolisz mnie, albo moich ludzi. Wszystkich ośmiu. W pierwszym wypadku przeżyjesz. W drugim, gdy oni skończą, osobiście cię zatłukę. Tymi rękoma, ty mała suko.

Kiedy Filona uniosła głowę, Amphimachos pojął, że zwyciężył. Wola dziewczyny została złamana. Wystarczyły same groźby. Nie musiał jej nawet porządnie zbić.

– Powiedz mi – poprosiła ulegle, – jak mam cię zadowolić, panie…

– Skoro już klęczysz, zajmij się moją włócznią.

– Jak… – była całkiem bezradna. Chyba naprawdę trafiła mu się dziewica.

– Ustami, ty głupia dziwko.

Przez krótki moment wzdragała się przed tym. Karyjczyk napawał się ową chwilą, kiedy obrzydzenie walczyło w niej ze strachem… Widział w oczach Filony wstręt i poniżenie, czuł, jak bardzo go nienawidzi. I jak bardzo gardzi sobą za to, że nie potrafi powiedzieć mu „nie”. Choćby za cenę życia. A potem chwila upłynęła, a dziewczyna pochyliła się mocniej do przodu. Najemnik poczuł, jak jej miękkie usta przywierają do jego żołędzi. Z początku nieśmiało, ale wkrótce coraz mocniej. Zamknął oczy, odchylił głowę do tyłu. Język dziewczyny zsunął się po główce penisa, niby przypadkiem popieścił wędzidełko. Jej dłonie spoczęły na jego udach, zaczęły je powoli gładzić, w górę i w dół, w górę i w dół…

Pokaźny członek Karyjczyka urósł jeszcze bardziej, gdy tylko Filona się nim zajęła. Nie czekając na dalsze rozkazy, otuliła wargami całą pulsującą żołądź, zaczęła ją ssać, kontynuując masaż przy pomocy języka. Nie żałowała śliny. Po chwili jej krople spływały już w dół trzonu penisa. Gdyby Amphimachos był teraz w stanie klarownie myśleć, zdumiałby się jej biegłością w tego rodzaju pieszczotach. Być może zadałby sobie pytanie, gdzie nauczyła się tej sztuki i czemu daje mu więcej rozkoszy niż którakolwiek porne z „Nimfajonu”. Ale najemnik nie zaprzątał sobie tym głowy. W ostatnich chwilach swego nikczemnego życia po prostu chłonął to, co mu ofiarowywano. Położył rękę na głowie dziewczyny, wplótł palce w jej włosy. Zaczął poruszać biodrami, coraz mocniej wsuwając się w jej usta.

Przyjemność, której doznawał, sprawiła, że całkiem się zatracił. Nie słyszał więc wrzawy, która wybuchła w wiosce, gardłowych nawoływań jego karyjskich żołnierzy, szczęku broni i łoskotu walących się na ziemię ciał. Liczyły się tylko miękkie wargi, zręczny i szorstki języczek, a także dłonie, które pieściły teraz jego jądra. Wbijał się w usta Filony, wypełniał je swą męskością. Zwykle kobiety dławiły się jego penisem, ale ta nie miała z tym problemu. To również nie wzbudziło jego podejrzeń. Wzniósł się zbyt wysoko, by mogła doń dotrzeć myśl o podstępie. Amphimachos odrzucił głowę do tyłu, rozwarł szczęki i zaczął krzyczeć z rozkoszy. Mocniej przyciągnął głowę dziewczyny do swego podbrzusza. Jej usta dosięgły nasady penisa. Przytrzymał ją w tym miejscu, nie pozwalając się odsunąć. Nadeszła chwila ekstazy i świat zniknął w białym rozbłysku…

Kiedy odzyskał świadomość, w wiosce zapanowała już cisza. Dziewczyna połknęła niemal wszystko, co jej dał i teraz zlizywała ostatnie krople nasienia z członka. Spojrzał na nią i uśmiechnął się rozleniwiony.

– Poszło ci lepiej, niż myślałem, dziewko…

Nie dokończył, bo w tej właśnie chwili Filona otuliła ustami najwrażliwszą po przeżytym orgazmie żołądź. A potem jednocześnie zatopiła w niej zęby i z całych sił ścisnęła dłońmi jądra.

Ból oszołomił Amphimachosa. Nogi ugięły się pod nim. Uderzył na oślep, rozpaczliwie, ale nie trafił w głowę dziewczyny. Zęby wbiły się jeszcze głębiej, lecz jej dłonie były już w innym miejscu. Osuwający się na ziemię mężczyzna nie widział, że młódka chwyta za jego własny miecz. Ten leżał nieopodal na klepisku, porzucony wraz z pochwą i pasem. Wprawnym ruchem wysunęła oręż i uniosła go ponad głowę, ze sztychem skierowanym w dół.

– Twierdziłeś, że to bezpieczne miejsce – wycedziła, spoglądając na wijącego się bólu Karyjczyka. Krew z jego rozszarpanej męskości tryskała wokoło. – Szkoda, że nie dla ciebie.

Pchnęła xiphosem z góry, celując w serce najemnika. Szarpnął się w bok, więc klinga przeszyła pierś w innym miejscu. Nie miało to jednak znaczenia. Amphimachos zakrztusił się posoką. Targnął się jeszcze raz w śmiertelnych konwulsjach, a potem znieruchomiał. Filona nachyliła się nad nim. Zobaczyła, że krew wypływająca z jego ust jest jasna i pełna bąbelków powietrza.

– Płuco – stwierdziła beznamiętnie. – Trafiłam w płuco.

– Widziałem gorsze pchnięcia – rozległ się czyjś dudniący głos. – Dobrze się spisałaś.

Jakiś ogromny kształt przysłonił otwór wejściowy. Filona uniosła głowę. Nim Brennus wkroczył do domostwa, musiał pochylić głowę, by nie uderzyć w sufit. Celt miał na sobie żelazną kolczugę oraz zbryzgany krwią płaszcz. W dłoni wciąż dzierżył galijski miecz o szerokiej klindze.

– Jak poszło na zewnątrz? – spytała dziewczyna.

– Najemnicy bronili się przez dłuższą chwilę. Ja położyłem trzech, resztę Spartanie.

Skinęła głową. Wprawdzie większa część lacedemońskich wojowników była zaangażowana w Atenach, ale Kritias pamiętał o tym, by posłać czterech na Eginę. Byli to beznamiętni mordercy, niezwykle wprawni w swym krwawym rzemiośle. Dowodzeni przez Brennusa nie zostawili Karyjczykom żadnych szans.

– A zakładnicy? – to było w tej chwili najważniejsze. Zwycięstwo w niewielkiej potyczce nie miało znaczenia, jeśli któremuś z pierworodnych coś się przytrafiło.

– Żadnemu nie spadł nawet włos z głowy – uspokoił ją Brennus. – A teraz chodźmy stąd. Wieśniacy chyba nie kochali najemników, bo nie podnieśli alarmu. Nie sądzę jednak, by wytrwali długo w bierności.

– Boisz się garstki rybaków? – zadrwiła, podnosząc się znad zwłok. Dopiero teraz ujrzała, że krew dowódcy splamiła jej zgrzebny peplos.

– Jestem już dzisiaj syty mordu – odparł Celt. – Ty chyba również.

Filona ostatni raz popatrzyła na martwego mężczyznę. Wciąż czuła w ustach smak jego nasienia oraz krwi. Towarzyszyłam ci w ostatnich chwilach twego życia, pomyślała. Ofiarowałam dar ekstazy, a potem dar śmierci. Czegóż mógłbyś chcieć więcej, drogi Amphimachosie?

Przejdź do kolejnej części – Opowieść helleńska: Demetriusz X

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Ałććććć 😛 Czytając opis ostatnich chwil życia Amphimachosa poczułem ból w wiadomej części ciała.

Kiritias przystępuje do działania. Ciekawe jak to wszystko się potoczy.

daeone

Kiedy pojawia się Filona, to wiadomo, że nudno nie będzie 😀 Wiem, że to bohaterka negatywna, ale dziewczyna jest cool. Lubię ją (w pewien sposób). A temu panu należało się…

Megasie, jak autor może taki los wymyśleć mężczyźnie? Koniec opowieści, który nie pozwoli mi dzisiaj zasnąć, jest drastyczny do bólu. Mam problemy, gdy pomyślę o zębach i… pewnej części ciała… brrr. A tu poszedłeś na maksa. 🙁

Historyczny rozmach zmusza mnie do ponownego przeczytania całości, bo już się pogubiłem. W odcinkach tak rozrzuconych w czasie, sklerotyk traci wątek. No ale za to forma autora rośnie nieustannie. Temu zaprzeczyć nie mogę. Szkoda, że nie ma jak przybić piątki. Pozdrawiam.

Dobry wieczór!

Dziękuję pięknie za wszystkie komentarze oraz noty.

@ Daeone & Karel Godla:

Wywołanie iluzorycznego bólu w "wiadomej części ciała" było moim celem, gdy pisałem ten rozdział 🙂 W Opowieściach helleńskich generalnie dzieje się wiele złych rzeczy. Mężczyźni giną, kobiety są gwałcone (a przyjdzie taki czas, gdy będzie też odwrotnie), niewolnicy przechodzą z rąk do rąk, często do gorszych panów. Myślę, że to, co spotkało Amphimachosa nie jest jakąś wielką tragedią – w przeciwieństwie do wielu, skurczybyk zasłużył sobie na ten los. Nawet jeśli sprawiedliwość wymierzyła mu niewiele lepsza osóbka.

@ Miss.Swiss:

Też lubię Filonę i fragmenty Opowieści, w których się pojawia. Zapewniam, że będzie ona maczać swoje piękne paluszki w wielu ciemnych sprawach. Wiele się nauczyła od swych niegdysiejszych kochanków – Tryfona z Ambrakii oraz Kritiasa. Ale sporo też dodała od siebie. A ja zbyt się do niej przywiązałem, by szybko ją ubijać.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Megasie,
Zastanawiam się, czy nie powinieneś dodać tagu Extreme. 🙂

Zgodnie z życzeniem 🙂

M.A.

Napisz komentarz