e-f: Po drugiej stronie (MRT_Greg) 4.22/5 (3)

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 14 minut/-y

Grafika autorstwa MRT_Grega, publikacja za zgodą Autora

Czy ktoś powiedział, że jestem skurwysynem?

Dzień jak co dzień. Za oknem szaro i ponuro, niby zima a śniegu brak. Miast przykryć białym puchem miejską stęchliznę, leży brudnymi zwałami wzdłuż poboczy, rozjeżdżony przez parkujące na trawnikach samochody. Za dnia plus pięć stopni roztapia to, co jeszcze gdzieniegdzie zalega, nocą temperatura spada dziesięć kresek w dół i na chodnikach robi się lodowisko. Dobrze jak nad ranem ktoś zdąży posypać tę szklankę piaskiem lub żużlem.

Zazwyczaj jednak, nim dotrę do centrum, na popękanych i chyboczących płytkach uda mi się przećwiczyć skomplikowany układ w breakdance`owym rytmie zakończony pokazowym piruetem. Dobrze, jeśli nie wykręcę przy tym klasycznego rittbergera. Na plantach nic się nie zmienia, gołębie jak każdego dnia obsrywają przechodniów, mówi się; – „Będziesz miał szczęście jak ci narobi na płaszcz”. – Pewnie, zawsze mógłby ci nasrać na głowę. I ciesz się, że krowy nie latają!

Rynek powoli budzi się do życia, przed restauracjami kolejka dostawczych samochodów, nawet wielki tir z naczepą stanął koło Wierzynka, dudni zapalonym silnikiem, wyrzucając z siebie czarne kłęby spalin. Nieco wcześniej na fasadzie zabytkowej kamienicy wisi podświetlona tablica, informująca o aktualnej emisji gazów. Wg niej jest ok., norma przekroczona tylko dwukrotnie.
Pytam się; „Gdzie?” Bo na pewno nie tutaj, wśród tych wszystkich pojazdów. Dalsza trasa to droga przez mękę. Bynajmniej nie z powodu ślizgawicy na płytach rynku, ani kolejnych chmar gołębi. Floriańska. Myślicie sobie zapewne; – „Piękna, wręcz pokazowa ulica krakowskiego Starego Miasta”. – No i macie w sumie rację. A teraz spójrzcie na wystawy. Co druga iluminuje różowo-pomarańczowymi kartami z napisami; „Sale”, „Super sale”, „Mega sale”, Sale 70%, only on this day”. A gdzie, się pytam; „Wyprzedaż”, „Obniżka cen”, „Okazja, tylko dziś”. . . Czy nikt w tym kraju nie mówi już, kurwa, po polsku?!

Pukanie do drzwi wyrywa mnie z zamyślenia. W szparze ukazuje się młoda twarz z przylizanymi włosami. Niepewny uśmiech.

– Można już, panie p`sorze?

Spoglądam na zegar na ścianie. Pięć po siódmej, jasne że można. Dla mnie to żadna odmiana, oni zapewne chętnie pospaliby jeszcze dłużej i pojawili się dopiero koło jedenastej.

– Proszę – kiwam głową w kierunku młodzieńca.

Ręce opieram na koślawych podłokietnikach. Już dawno mieli wymienić meble w gabinecie. – „Brak środków, panie profesorze, może w przyszłym roku”. – Jasne, od lat ten sam tekst.

Patrzę, jak za drzwiami na korytarzu kłębi się tłum ludzi, zerkają ciekawsko do pokoju, jakby tu co najmniej jakaś orgia się odbywała. Pewnie zastanawiają się, jaki ma dziś humor. A jaki, kurwa, mam mieć? Zamiast pysznej kanapki jak do niedawna, w chlebaku czerstwa bułka, w lodówce oślizgła wędlina koło kociej karmy i napoczęty karton soku pomarańczowego. Ten musi na dziś wystarczyć, nim o dziesiatej otworzą kawiarnię i na koszt uczelni zjem rozpaćkaną kanapkę z żółtym serem, popijając ohydną kawą.

Siada naprzeciw mnie, miętosząc wysłużoną torbę. Cieszę się, że to on musi siedzieć na tym twardym, niewygodnym krześle, zresztą. . . za pięć minut i tak pewnie wyleci z hukiem, a za kolejne dziesięć będzie wlewał w siebie, w pobliskiej knajpie, gorzkie porcje wódki, narzekając jaki to skurwysyn uwziął się na niego. Tymczasem rozgląda się trwożliwie dookoła, nawet nie mając odwagi spojrzeć mi w oczy i powiedzieć, że przerobił tylko jeden rozdział. O ile w ogóle zaglądnął do książki. Oszczędziłby mi mozolnego wyciągania z niego wiedzy. Zapytałbym o jedno, dostałby tróję i do widzenia, następny.

Wpatrzony w niewidoczny pyłek, przesuwam ręką po płaszczyźnie biurka.

Zadaję pytanie. Na pucułowatej twarzy pojawia się wyraz konsternacji. Uśmiecham się pod nosem, przypominając sobie kawał za własnych studenckich czasów. Przez całą sesję zdrowy rozsądek podpowiada mi; „Co się będziesz uczył, przecież chodzisz na zajęcia?” Pojawia się godzina zero, sięgam po kartkę z pytaniem i myślę sobie; „O, kurwa!” a zdrowy rozsądek; „Ja pierdolę!”.

Patrząc w okno, zadaję drugie pytanie. Słyszę, jak nerwowo szura butami pod stołem. Proste pytanie, a on nic nie umie. Kompletne zero. A wystarczyło choćby pobieżnie przejrzeć książkę, notabene mojego autorstwa. Podawałem na początku semestru. Wiem, że jest trudno osiągalna, ale to w końcu on jest studentem a nie ja.

Podsuwam mu kartkę z wydrukowaną tabelą i obgryziony ołówek.

– Trzynastego lutego, sesja poprawkowa, proszę wpisać się na listę. – Niecierpliwie czekam, aż opuści gabinet.

Zamyka drzwi za sobą, za nimi słyszę szmer rozmów, szelest nerwowo przerzucanych kartek i wzburzone głosy. – „Przecież tego nie było” – Jasne, że nie było, to nie podstawówka, gdzie wszystko jest wyłożone kawa na ławę.

W sąsiednim pokoju sekretarka, Pani Ewa, przechyla się na krześle i patrzy na mnie wymownym wzrokiem. Ze ściśniętymi ustami kiwam głową. Zawsze się musi trafić jakiś matoł, szkoda tylko, że zaraz na samym początku. W zasadzie to z Ewką jesteśmy na „ty”, tylko oficjalnie, przy absolwentach sobie „panujemy”. Niewiele starsza od studentów, z figurą modelki mogłaby robić karierę na wybiegach, tymczasem siedzi u mnie i przerzuca papierki. Jak co dzień w obcisłej bluzce, pod którą, za białym staniczkiem śpią sobie smacznie dwa śliczne cycuszki. Króciutka spódniczka odsłania kształtne, szczupłe nogi. By dostać się do jej pokoju należy wejść po czterech stopniach, stolik ma ustawiony dokładnie na wprost mnie tak, że nie garbiąc się zbytnio przy własnym biurku mogę zaglądać między jej nogi. Zazwyczaj białe majteczki chronią rozkoszny widok, dziś, jak na złość, nie założyła żadnych. Wiercę się w fotelu by uzyskać jak najlepsze pole do wglądu. Nic z tego, założyła nogę na nogę, tylko kręci się na fotelu ukazując to jedną, to druga stronę pięknie opalonych na mahoń ud. Zaciskam kolana, starając się zachować spokój.

Kolejne pukanie. Najpierw pojawiają się długie blond loczki, a zaraz za nimi ich właścicielka. Ops, przepraszam, właściciel. Niech ich diabli z tą dzisiejszą modą. W tramwaju, jeśli chcesz zagadać musisz się najpierw poprzepychać, by ujrzeć twarz. Już nieraz mi się zdarzało, że widząc kształtną kibić przystrojoną burzą długich włosów, miałem ochotę klepnąć ją w tyłek. Na szczęście za każdym razem zbieg okoliczności powodował, że postać się obracała i mym oczom zazwyczaj ukazywał się zarośnięty niechluj ze słuchawkami na uszach.

Siada i gapi się na mnie. Takich też nie lubię. Bez mrugnięcia okiem, wpatrzony jak żaba w piorun, czeka na wyrok. Przesuwam wraz z ołówkiem pustą kartkę po stole, zadaję pytanie i proszę o rozrysowanie kwestii. Kładzie ręce wzdłuż arkusza i zamyka oczy. Wzrokowiec, tak jak ja. Zapewne właśnie przegląda w pamięci obrazy, starając się dopasować właściwy. Znalazł. Obserwuję jak kreśli linie, co chwila obracając kartką. Nawet nieźle mu to wychodzi, może trochę koślawo, w dobie komputerów rzadko kto jeszcze potrafi umiejętnie rysować odręcznie. Rzuca delikatny cień, po czym jednym ruchem obraca ilustrację w moją stronę. Z zapałem odpowiada na pytanie, raz po raz stukając ołówkiem w jakiś element na rysunku. Pobielałe palce lewej dłoni wciska w blat. Uniesiony nad krzesłem peroruje z zapamiętaniem. Wreszcie kończy, odkłada ołówek i siada spokojnie czekając na kolejne pytanie. Teraz go sobie przypominam. Pan Tomasz, facet mniej więcej w moim wieku, wieczorami, po zajęciach pracuje na pobliskim posterunku. Jego ojciec, wysoko postawiony oficer policji, początkowo z niechęcią odnosił się do artystycznych ambicji syna, jednak po jakimś czasie zrozumiał, że kolejne pokolenie jego rodziny nie będzie zamiatać chodników. Od tego czasu wpada do mnie na kieliszek koniaku. Udało mi się go nawet namówić, by przekonał syna do udziału w konferencji dotyczącej ostatnich, problematycznych zagadnień w budownictwie mieszkaniowym naszego miasta. Takich studentów lubię promować.

Proszę o indeks. Otwieram, przeglądając pozostałe wpisy. No tak, nie schodzi poniżej cztery i pół. Ode mnie ma pięć. Jeszcze tylko zamaszysty podpis, wstaję i wyciągam rękę w stronę mężczyzny.

– Gratuluję, witam na kolejnym semestrze.

– Dziękuję Panie profesorze – uśmiechnięty ściska mi dłoń i wybiega z pokoju. On też będzie dziś pił. – „Niech ci na zdrowie wyjdzie” – myślę sobie kwaśno.

W ciągu kolejnych dwóch godzin przez pokój przelewa się tłum mniej lub bardziej przygotowanych studentów. Jedni odpowiadają bez namysłu, inni próbują lać wodę, wiedząc, że nie znają dokładnie tematu. Jakaś krótko obcięta brunetka zacięła się podczas odpowiedzi i nie mogła już nic więcej z siebie wyrzucić. Starałem się ją uspokoić, ale i tak nic z tego nie wyszło. Wyszła ze łzami w oczach, wpisując się jako siódma na liście poprawkowej. Po niej wywiesiłem kartkę na drzwiach informując o krótkiej, piętnastominutowej przerwie.

Przygotowałem sobie herbatę i rozsiadłem się w fotelu, delektując widokiem przed sobą. Ewka wreszcie rozłożyła nogi. Blado-różowa cipka, kompletnie wygolona, mruga do mnie swym ponętnym oczkiem. Kobieta, nieświadoma mojego podglądania, wypełnia szerokie arkusze, bębniąc palcami po stole. Rozsiadam się wygodniej czując jak mój sztywniejący członek napina materiał spodni. Poprawiam go ręką, masuję się, wyobrażając sobie jak siada na rogu biurka, rozkładając szeroko nogi, rozchyla palcami płatki swej róży i przyciąga mnie do siebie. Wbijam się w nią, ściskając rękoma jej rozpalone uda, czuję jak ulatują ze mnie wszystkie emocje dzisiejszego poranka. Rżnę ją, nie bacząc na to, gdzie się znajdujemy, ona zaś jęczy głośno do mojego ucha, obejmując mnie za drgające podczas kopulacji pośladki. Mlaskanie jej pochwy niesie się po gabinecie, dociera na korytarz, gdzie tłoczy się tłum zaskoczonych studentów. Świadomość, że w każdej chwili ktoś może wejść jeszcze bardziej mnie podnieca. Czuję nadchodzący orgazm. Moje ruchy stają się mniej skoordynowane, wreszcie z głośnym westchnieniem wypuszczam powietrze z ust, pospiesznie wyciągam swego penisa z jej wnętrza i tryskam strugą spermy wprost do jej, oczekujących na mój sok, ust.

Stukanie do drzwi przerywa błogą chwilę. Otwieram oczy. Ewka znów zasłania swoje krocze, jej ręka błądzi jednak w pobliżu. Czyżby czuła to, co ja? Nabieram kilka szybkich haustów powietrza, czując jak rumieniec znika mi z twarzy i siadam wyprostowany, chowając pod blatem biurka wciąż sztywnego w spodniach członka. W drzwiach sterczy już kolejna delikwentka.

– Proszę. . .- lekko zachrypniętym głosem zapraszam do środka.

Zbliża się do mnie. Niemożliwie zgrabna, w półprzejrzystej, mocno wydekoltowanej sukience, pod którą nie dostrzegam stanika, za to dwie blade piersi zakończone szerokimi brodawkami. Niewielka ciemna plama w okolicach podbrzusza jednoznacznie sugeruje, że majteczek też nie założyła. Wiotczejący chwilę temu członek ponownie budzi się do życia. Staram się nie myśleć o tym. Siada przede mną, opierając swe szczupłe dłonie na biurku. Pod pachą maleńka torebka, w kolorze sukienki, zapewne mieści w sobie tyle co szminkę i cień do powiek. Wzdycham, poprawiając się na krześle. Ewka wychodzi ze swojego pokoju twierdząc, że musi iść na spotkanie i wróci za pół godziny. Akurat! Dobrze wiem, że nie ma teraz żadnej pilnej sprawy, po prostu widząc co się dzieje, postanawia nie być tego świadkiem. Odprowadzam ją wzrokiem, po czym odwracam się w stronę studentki. Patrzy w okno, zapewne myśląc bardziej o czekającej ją wieczornej imprezie, niż o egzaminie, na którym się zjawiła.

Upijam łyk zimnej już herbaty i zadaję pytanie. Rozchyla usta, jakby chciała coś powiedzieć, nic jednak z nich nie pada. Między soczyście czerwonymi wargami widzę równe, bielutkie zęby i prześlizgujący się po nich języczek. Ciężko oddycha, jej piersi dumnie prężą się w moją stronę, dłonią przesuwa po ramieniu, wbijając paznokcie w łokieć. Nie nauczyła się. Jedyne, co potrafi to umizgiwać się do prowadzących, licząc na to, że jakimś cudem przemknie przez studia, nie ucząc się ani trochę. Nieco zły podnoszę się z fotela i okrążam biurko. Staję obok niej, gapiąc się w dekolt. Nie wiem co bardziej mnie podnieca, czy ten seksowny rowek między piersiami czy ich widok pod przeźroczystym materiałem. Sięgam po kolejną czystą kartkę i wraz z ołówkiem kładę przed nią. Zadaję to samo pytanie, co Tomkowi jakiś czas temu.

– Zaraz wracam – mówię do dziewczyny, kierując się w stronę drzwi.

Wychodzę na korytarz i zamykam drzwi na klucz, smętne resztki porannego tłumu siedzą po kątach, wkuwając daty. Kątem oka zerkam do ich materiałów. Same ksera, co prawda z moich wykładów ale z poprzednich lat. – „Ci to na pewno znajdą się na liście” – myślę sobie, zaglądając już perfidnie ponad ramieniem pryszczatego chudzielca.

– Nie będzie włoskiego renesansu – mówię do niego, po czym kieruję się do toalety. W szklanej gablocie obok drzwi widzę odbicie chłopaka. Na jego twarzy rysuje się przerażenie. Nie wiedzieć czemu wszyscy sądzą, że tylko w Italii powstawała najciekawsza architektura. A Francja? Niderlandy? Polska. . .? Uwielbiam ich przepytywać z polskiego renesansu; „Był Pan/Pani na Wawelu? No. I co tam się znajduje?” – Zamek – słyszę w odpowiedzi. „Świetnie. I co jeszcze?” – Katedra – „Dziękuję, widzimy się na poprawce”.

Często się zastanawiam, jak można, do kurwy nędzy, gotyckie założenie przypasować do renesansu. . . Przecież to dwa, całkiem odrębne style!

W toalecie przykładam oko do dziurki od klucza. Drzwi sąsiadują z moim gabinetem więc mam świetny widok na wnętrze. Studentka, jak przypuszczałem, kompletnie nic nie umie, nawet odsunęła kartkę od siebie nie starając się cokolwiek narysować. Za to jej dłoń błądzi po klatce piersiowej, masuje swoje piersi i sterczące już sutki. Drugą rękę trzyma pod blatem, z jej ruchów wynika, że sprawia sobie przyjemność. Rozpinam pasek i rozporek, wyjmuję sterczącego członka i zaczynam się onanizować. Czując jak rośnie w mnie napięcie, opieram się o ściankę jednego z boksów. Ta pod moim ciężarem przewraca się a ja z nią, by z głośnym łomotem, w unoszącym zewsząd pyle zwalić się na posadzkę. Po chwili drzwi od gabinetu otwierają się i do toalety wpada przerażona dziewczyna. No tak, wpadka. Kolejny raz potwierdza się przysłowie, że student wszystko potrafi. Każda z katedr ma własna ubikację, jednak zamek w drzwiach do mojej zaciął się jakiś czas temu i można się dostać do niej tylko z korytarza, tymczasem ona, jak gdyby nigdy nic, bez problemów sobie z tym poradziła. Szeroko otwartymi oczami wpatruje się we mnie, nie wiedząc czy skupić się na przerażonej twarzy nędznego profesorzyny czy, na trzymanym wciąż w jego ręku, sterczącym fiucie. Najwyraźniej podjęła decyzję, gdy podała rękę, pomagając mi się podnieść. Prowadzi mnie do gabinetu, zapewne po to bym zadzwonił do rektora z wyjaśnieniem całej sytuacji. Wylecę na zbity pysk i jeszcze zapewne z odpowiednią adnotacją w aktach.

A jednak nie. Ciągnie mnie dalej do pokoju sekretarki i zamyka za sobą drzwi.

Szybkim ruchem ściągnęła mi spodnie do kostek, szarpnęła za koszulę, nie zwracając uwagi na urywane guziki i nerwowo zdjęła ją ze mnie. Pchnęła na skórzaną sofę, na której zazwyczaj siadam z rektorem, omawiając różne sprawy. Przez chwilę stała, wpatrując się w moją wątłą klatkę piersiową. Wokół brodawek mam drobne kłaczki, których za żadne skarby świata nie mogę się pozbyć, nawet depilacja laserowa nie pomaga. Wreszcie chwyta rękoma za brzegi sukienki i zdejmuje ją przez głowę. Jak się domyślałem nie miała nic na sobie. Na tle bladego ciała wyraźnie odznaczają się brodawki jej piersi i maleńka kępka włosów łonowych. Długie, czarne włosy szerokim wachlarzem spłynęły na jej ramiona. Podnosi nogę i opiera stopę na kanapie obok mnie, pozwalając bym pieścił jej łydki. Przesuwam dłonią wyżej ku jej udom, chcąc dotrzeć od razu do jej skarbu, jednak odtrąca mnie, kiwając wymownie paluszkiem. Patrząc mi prosto w oczy pieści swoje pączuszki, ściskając sterczące brodawki. Mój członek wzniesiony między udami, kiwa się w rytm bicia serca. Dotykając go czuję jaki jest twardy. Dawno taki nie był, nawet gdy wieczorami siadam przed komputerem i ściągam porno filmy z sieci, nie ma w sobie tyle mocy co teraz. Tymczasem jej zgrabne dłonie zsuwają się niżej, palcami rozsuwa wargi, ukazując pobłyskujące wnętrze. Pozwalając mi wyłącznie na pieszczotę jej ud, sama zaczyna szaleńczo się brandzlować. Pojękuje przy tym rozkosznie, wzbudzając we mnie kolejne fale podniecenia. By nie siedzieć jak kołek sam zaczynam się onanizować, wpatrzony w jej znikające we wnętrzu palce. Jej cudowne soki płyną strumieniach po udach, nabrzmiałe wargi pokryły się rumieńcem.

Wreszcie, nie mogąc się opanować, chwytam jej kibić i przyciągam do siebie, nadziewając ją na członka. Z głębokim westchnieniem usiadła na mnie, wciągając na raz całego. „Ależ ona ma cipkę” – myślę sobie. Choć niemożebnie mokra, to ciasna jak orzeszek. Unosi się i opada, trzymając za sobą włosy, z zamkniętym oczami jęczy i wzdycha, co chwila zwilżając języczkiem spierzchnięte wargi. Chowam w dłoniach jej piersi, bawię się nimi, niby dwoma cudownymi piłeczkami, przyciągam do siebie by móc je pocałować. Ssę niczym niemowlę, raz jeden raz drugi sutek, przygryzając lekko. Po chwili otwieram szerzej usta i połykam niemal całą jej pierś. Czuję jak jej, twardy jak granit kołeczek, łaskocze mnie w podniebienie. Ona drży rozkosznie, opuszcza włosy, drapie mnie po plecach, chcąc jeszcze i jeszcze. . . Wypuszczam z ust jej pierś, przytula się do mnie, ocierając o moją klatkę piersiową. Dyszy mi wprost do ucha.

– Tak, o tak. . . – mruczę do niej – moja ty kochana szpareczko. . . masz taką cudowną cipkę. . . a ja wbijam się w nią. . . mocniej i mocniej. . .

– Tak, – szepcze – mocniej. . . proszę. . . mocniej.

Podnoszę się z kanapy, obejmuje mnie swoimi nogami, chwytam za jej talię i odsuwam od siebie by ponownie nabić na swojego drąga. Choć z wysiłku drżą mi nogi, za nic w świecie nie przepuścił bym tej okazji. Jest taka lekka, dzięki czemu, nieosiągalna dotychczas przeze mnie pozycja na gondoliera, z nią staje się cudowną rzeczywistością. Przyspieszam i mknę przez wspaniały strumień rozkoszy, ona rozplata nogi i pozwala podskakiwać im bezwładnie. Trzyma mnie za szyję a ja, ściskając ją za biodra z całą siłą nabijam na siebie. Zapatrzony w jej podrygujące cycki, wsłuchany w chlupot pochwy, zapominam o całym świecie. Rżnę ją, nie myśląc o konsekwencjach.

Czuję jak uginają się pode mną kolana. Zsuwa się ze mnie i klęka na podłodze, zdyszana bierze członek do ręki i wpycha sobie do ust. Jak cudownie, chwila wytchnienia. Zaplatam wokół nadgarstka jej włosy, podczas gdy mój kutas znika głęboko w jej gardle. Trzyma go jakiś czas w środku i po chwili wyciąga, ciągnąc za sobą nitkę śliny.

Obracam ją tyłem do siebie. Wpatrzony w prężącą się dziewczynę, pytam;

– Lubisz to? Lubisz jak cię rżnę? Lubisz jak rżnę twoją cipkę? Powiedz to!

– Tak. . . – odpowiada przeciągle – rżnij mnie, rżnij mnie w cipkę.

– Powiedz to! Powiedz to jeszcze raz! Cipka!

– Cipka. . . – mruczy, pieszcząc się między nogami.

To słowo działa na mnie jak płachta na byka. Uderzam otwartą dłonią w jej pośladek. Jęczy głośno. Uderzam w drugi, przyglądając się jak w tym miejscu pozostaje czerwieniejący ślad mej dłoni.

– Ach. . . cipka. . . – jęczy.

Klękam za nią i ponownie wbijam się w rozognione wnętrze. Jej ostryga przyjmuje mnie bezwiednie, obejmując napuchniętymi wargami. Pcham w nią ile sił, czując jak za każdym razem po milimetrze przesuwam ją do przodu. Zapiera się stopami, lecz to jej w niczym nie pomoże. Opętany swą chucią, posuwam ją, wygięty do tyłu jak struna. Wychodzę z niej i przewracam ją na bok. Chcę widzieć jej twarz, jej śliczne piersiątka i cudowną cipkę. Chwilę delektuję się widokiem, by znów wedrzeć się w ten cudowny skarb. Jęczy coraz głośniej, więc przykładam rękę do jej ust by stłumić głos. Zwalam się na nią, nie panując już nad swoim ciałem. Powoli dociera do mnie, że już za chwilę wybuchnę. Niczym uśpiony, w ciągu ostatnich miesięcy, wulkan trysnę gorącym gejzerem lawy, wprost w jej rozdygotane wnętrze, pozwalając by uszła ze mnie cała, dotychczas nagromadzona, para. Wreszcie zaczyna drżeć pode mną, jej ciało tężeje a mięśnie pochwy raz po raz zaciskają się na członku, którego wciąż tłoczę do jej wnętrza. Gryząc mnie w palce wygina swoje ciało w pałąk unosząc mnie do góry. „Jeszcze chwila” – proszę w myślach. Ostatnim pchnięciem przebijam się przez ściśniętą pochwę i szybko wychodzę z niej, by po chwili strzyknąć perłowym nasieniem wprost na jej brzuch. Pierwsza struga dociera aż do jej ust, zaskoczony reflektuję – nie sądziłem, że mam taki odrzut. Dopiero następne lądują nieco niżej, ostatnie drgania wypompowują nasienie na dłoń, którą trzymam członka.

Przez chwilę leżymy obok siebie zdyszani, obejmuje mnie ramieniem, głaszcząc niesforny kędziorek, sterczący mi za uchem. Podnoszę się z podłogi i pospiesznie ubieram, zastanawiając ile czasu minęło od wyjścia Ewki. Studentka już jest ubrana, w końcu miała tylko jedną rzecz na sobie. Potarganą koszulę upycham w kąt, z narożnej szafy wyjmuję nową. Dziwnym trafem zawiesiłem ją tam tydzień temu, gdy popsuła się klimatyzacja i temperatura wewnątrz budynku osiągała blisko trzydzieści stopniu Celsjusza. Wracamy do mojego gabinetu. Siada naprzeciw mnie, tym razem z uśmiechem na twarzy, wpatruje mi się w oczy. Wyciąga przed siebie indeks, unosząc do góry brew.

Cóż mogłem jej wpisać?

Spoglądam jak wychodzi z gabinetu, kręcąc powabnie pupą. Dziś wieczorem kolejny szczęśliwiec dobierze się do jej słodkiego wnętrza. Pięć minut później wróciła Ewka, niosąc na tacy gorącą czekoladę i górę kanapek. Wchodząc do swojego pokoju pociągnęła nosem i wymownie spojrzała w moim kierunku. Wzruszyłem ramionami, uciekając przed jej wzrokiem. Na widok jedzenia poczułem nieprzyjemny skurcz w żołądku. Pochłonąłem cały stos, oblizując się jak pies. Czekolada była pyszna, rozanieliła mnie do tego stopnia, że nie wsłuchując się zbytnio w odpowiedzi, kolejnych studentów przepuściłem z trójami. Nic nie umieli. A jakże.

I niech mi teraz ktoś powie, że jestem skurwysynem!

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Witaj Gregu!

Przyznam, że coraz bardziej podobają mi się Twoje fraszki 🙂 Są lekkie, skrzące się humorem, dobrze napisane i pomysłowe. Po bałaganiarze Mariolce i zmiennopłciowym Yoshim przyszedł czas na bezimiennego, nieco zmęczonego życiem profesora krakowskiej architektury…

Naturalnie poznajemy go w czasie sesji, co staje się okazją do wielu erotycznych poruszeń i uniesień. Zarówno sprowokowanych przez bieliźniany deficyt sekretarki, jak i determinację egzaminowanej studentki. Wszystko to uroczo niepoprawne politycznie, ale w jakim stylu!

Nie wiem jak inni, ale ja z niecierpliwością czekam na kolejne fraszki Twojego autorstwa!

Ocena, jaką wystawiam, jest oczywista. Poproszę indeks! Gratuluję! Widzimy się na przyszłym semestrze 😀

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Lubię język i nastrój Twoich opowiadań, Autorze. Język jest mi bliski, choć aktualnie nieco się różnimy. Opowiadaniu przydałaby się otoczka, która nadawałaby większego prawdopodobieństwa surrealistycznej, w moim odczuciu, treści 🙂 To ci się udało (otoczka) świetnie w jednym z cykli opowiadań. Nie powiem, w którym. 🙂
Oczywiście całkowicie się nie zgadzam z domniemaną tezą pierwszego i ostatniego zdania. Ale tu zapewne jesteśmy zgodni, a teza jest artystyczną prowokacją.
Miałem dzisiaj nie komentować, aby nie tworzyć wrażenia towarzystwa wzajemnej adoracji, ale Megas Alexandros przełamał moje wahania.

Cieszę się, że się Wam podobają, zwłaszcza autorowi epickich utworów 😛 Ze mną już tak niestety jest, że piszę albo krótkie teksty, albo cykle. Nigdy nie potrafię wypośrodkować. Może to i dobrze – czasem wszak przyda się taki przerywnik między seriami.

@Megas – to moja jedna z niewielu piąteczek w indeksie 😉 – Bardzo się z niej cieszę.

@Karel – i ja zauważam "bliskość twórczą" sprawiającą, że Twoje opowiadania rzeczywiście dobrze mi się czyta. Za każdym razem u Ciebie sięgam najpierw do komentarza, potem sprawdzając opinie, zerkam na koniec tekstu a potem tak mnie to wciąga, że wędruję na początek i nie mogę się oderwać aż do końca.

*************

Myślę, że tutaj nie potrzeba bym opisywał kwestii inspiracji. Zasłyszane po kątach, zaobserwowane we własnym zakresie, choć zapewne przejaskrawione ale oddaje konspiracyjne tezy studenta jakim onegdaj byłem. Oczywiście na PK 😀

Pamiętam ten tekst z Dobrej. Bardzo mi się podobał, gdy go czytałam i tak samo podoba mi się dziś.
W roli tego profesora wyobrażam sobie znanego mi dziekana pewnego wydziału pewnej stołecznej uczelni 🙂 A te koślawe meble i inne atrakcje chronicznie niedofinansowanych uczelni państwowych poznałam na własnej skórze – bardzo prawdziwe.

Nawiasem mówiąc, bardzo podobają mi się 2 pierwsze akapity tekstu (te większe, po słowach "Czy ktoś powiedział…). Chciałbym, by cały napisany był z taką swadą! Bardzo ładny i niewymuszenie śmieszny opis zimy no i tego całego spalinowo-śnieżnego-fekalno-reklamowego syfu. Może nie ma w tym za grosz erotyki, ale i tak ten fragment oceniam zdecydowanie najwyżej pod względem literackim. Priceless!

M.A.

Aż strach iść na egzamin. 😉 W sumie nigdy nie miałam podobnej sytuacji. I dobrze… W sumie przerobiłam 2 uczelnie i 3 kierunki i powiem szczerze ciężko znaleźć wykładowcę na którym można oko zawiesić. ( były może ze 2-3 wyjątki) Smutne.

Lily

Z drugiej strony motyw studentki i profesora jest szalenie pociągający. Byle dobrze napisany. 🙂
Pozdrawiam Lily

Napisz komentarz