Opowieść helleńska: Demetriusz VII (Megas Alexandros)  4.44/5 (65)

34 min. czytania

Paul Avril, „Les Sonetts Luxurieux de Pietro Arentini, 7”

Kiedy do komnaty wprowadzono Brennusa, Eurynome klęczała właśnie z pochyloną głową przed niewielkim ołtarzem Hestii. Nie modliła się jednak – a przynajmniej nie o to, o co zwykle modliły się w podobnej sytuacji żony. Kobiety przychodziły do świątyni Hestii po to, by prosić boginię o dobrego męża, szczęśliwe pożycie, lekki i możliwie bezbolesny połóg, narodziny syna. Ona jednak nie pragnęła żadnej z tych rzeczy. Dionizjusz był wyrachowanym okrutnikiem i nienawidził jej równie mocno, jak ona jego. Ich pożycie było koszmarem, pełnym wzajemnych pretensji, upokorzeń, a czasem i przemocy. Pierwsza ciąża Eurynome zakończyła się bolesnym poronieniem, niewiasta nie wyglądała zatem kolejnej z nadzieją. Zaś sama myśl o tym, że miałaby urodzić swemu mężowi syna sprawiała, że czuła mdłości.

Jeśli modliła się o coś w ciągu ostatnich tygodni, miesięcy i lat – to o rychły zgon małżonka. Niestety, bogowie wciąż nie chcieli jej
wysłuchać. Raniono go w bitwie pod Cheroneą, ale szybko wydobrzał. Podczas morskiej potyczki z piratami zbłąkana strzała przebiła mu bok i ugrzęzła między żebrami. I z tego się wykaraskał, z niemałą pomocą Arystotelesa ze Stagiry, który jakimś cudem zdołał wydobyć zakrwawiony grot. Choć większość czasu spędzał pośród ludzi – na agorze, w porcie, doglądając ćwiczeń wojskowych albo ucztując z politycznymi sojusznikami – nie imała się go żadna z epidemii, które co jakiś czas dziesiątkowały populację Miasta. Był zdrowy, silny, nadzwyczaj sprawny jak na swój wiek. Wigoru mógł mu pozazdrościć niejeden młodzieniec. Eurynome spodziewała się, że Dionizjusz pożyje jeszcze ze dwadzieścia lat, jeśli nie dłużej. O ile ona czegoś z tym nie zrobi.

Akolitka Hestii wprowadziła olbrzymiego Celta do komnaty, ukłoniła się i wyszła bez jednego słowa. Zamknęła za sobą drzwi, stwarzając im odpowiednie warunki do rozmowy. I nie tylko do niej.

To była izba przeznaczona dla wysoko urodzonych dam, które nie chciały modlić się w nawie głównej, obok pospólstwa. Znajdował się tu niewielki ołtarz bogini wraz z talerzem na ofiary, płonęły kadzidła. Ściany udekorowano freskami przedstawiającymi kapłanki podczas wykonywania sakralnych obowiązków – z których najważniejszym było podtrzymywanie wiecznego ognia. Podłogę wyłożono miękkim dywanem, skutecznie tłumiącym odgłos kroków. Były tu również meble sugerujące inną funkcję komnaty. Gustowna szafka, w której – jak dobrze wiedziała Eurynome – znajdowały się egzotyczne perfumy ze wszystkich stron świata. Druga – mieszcząca w sobie imponującą kolekcję sztucznych fallusów. A także ustawione pod ścianą naprzeciw ołtarza szerokie łoże. Zdarzało się co prawda, by bardziej religijne damy zostawały w świątyni przez całą noc. Jednak to posłanie służyło zwykle więcej niż jednej osobie.

Któryż z zazdrosnych, ateńskich mężów mógłby podejrzewać, że świątynia skrywa w sobie luksusowe miejsce schadzek? Że pozwalając żonom spędzić noc w domu bogini, sami posyłali je w ramiona kochanków? Eurynome w pełni doceniała ironię tej sytuacji. Hestia, najbardziej cnotliwa z mieszkanek Olimpu, patronka małżeństw i ogniska domowego, za niewielką opłatą złożoną na ręce jej kapłanek osłaniała najbardziej oburzającą rozpustę. Żona Dionizjusza wiedziała, że ruch w interesie jest spory. Komnatę trzeba było rezerwować z tygodniowym wyprzedzeniem. Akolitki codziennie zmieniały pościel, by kolejni użytkownicy łoża nie poczuli zapachu nasienia i miłosnych soków swoich poprzedników.

Eurynome podniosła się z kolan i odwróciła w stronę Celta, plecami od ołtarza. Miała na sobie złocisty chiton, spięty na prawym ramieniu broszą. Jej pozostałą biżuterię stanowiły bursztynowe kolczyki i naszyjnik z morskich pereł. Brennus górował nad nią, groźny, olbrzymi i silny jak tur. Dziś nie przywdział kolczugi. Tunika ciasno opinała jego szeroki tors. Na odsłoniętych udach i przedramionach kobieta mogła podziwiać sploty twardych niczym kamień mięśni. Ona jednak skupiała się zawsze na jego twarzy. Misterny tatuaż z niebieskich linii, który pokrywał całe jego oblicze fascynował ją. Brennus nigdy nie zdradził, co oznaczał ów malunek – czy był to chwalebny symbol odwagi, a może upokarzające piętno, jakie nadawano zbrodniarzom.

– Wzywałam cię trzykrotnie – powiedziała z wyrzutem. – Czemu nie przyszedłeś?

– Musiałem być ostrożny – odparł wzruszając jednocześnie ramionami. – Ty również mądrzej byś uczyniła, gdybyś poszła w moje ślady.

– Cóż to ma znaczyć?

– Tylko tyle, że od tygodni jestem śledzony. Przez dobrą klepsydrę krążyłem po zaułkach, żeby zgubić podążających za mną szpicli. Mam nadzieję, że żadnego nie przeoczyłem.

Eurynome pobladła.

– Czy ktoś… mógł tu przyjść za tobą?

– Nie mogę tego wykluczyć. Ale nie lękaj się. Wprowadzono nas do świątyni innymi drzwiami. Spotkaliśmy się w komnacie, o której wiedzą nieliczni. Wątpię, by ktokolwiek skojarzył nas ze sobą.

– A jeśli ktoś się zastanowi, czemu wojownik odwiedza świątynię bogini ogniska domowego?

– Jeśli mnie o to spytają, powiem, że chcę się ustatkować.

Zacisnęła wargi i posłała mu wściekłe spojrzenie.

– To nie jest zabawa.

– Czy wyglądam, jakbym się bawił?

Postąpił krok w jej stronę. Odruchowo cofnęła się przed jego ogromną sylwetką. Potem zrobiło jej się wstyd własnej słabości.

– Co chciałaś mi przekazać? – spytał.

– Człowiek, którego otruła twoja towarzyszka, nadal żyje. I zaczyna odzyskiwać świadomość.

– Nic na to nie poradzę. Musimy liczyć się z tym, że podzieli się swą wiedzą z Dionizjuszem i oligarchami. I tak jest już za późno, by mogli coś przedsięwziąć.

– Skąd taka pewność? – zdumiała się.

– A skąd twoja pewność, że znasz wszystkie fakty? – Brennus pochylił się w jej stronę. – Jesteś naszym narzędziem, Eurynome. Nigdy o tym nie zapominaj. Tryfon, Kritias, ja… mówimy ci tylko tyle, ile potrzebujesz wiedzieć. I ani słowa więcej. Taką zawarliśmy umowę, pamiętasz?

– Jakże mogłabym zapomnieć? – w głosie niewiasty zabrzmiała irytacja. – Moja pomoc dla was w zamian za śmierć Dionizjusza. Niestety, mój mąż nadal żyje. A przecież pomogłam wam nie raz. I dziś znowu to uczynię.

– Zamieniam się w słuch.

Eurynome przełknęła ślinę. Starała się uspokoić. Arogancja Brennusa i pozbawione należnego jej szacunku zachowanie wyprowadziło ją z równowagi.

– Do Aten przybędzie dziś wysłannik Antypatra. Mój mąż wyjechał mu naprzeciw. Wiesz dobrze, czego zażąda Macedończyk.

– Tak, wiem. A wtedy oligarchowie będą zmuszeni udowodnić, że naprawdę rządzą Miastem.

– Demokraci powinni dać im odpór. Obnażyć ich dwulicowość, zdemaskować przed Ludem. Demostenes, Ktezyfon, Archelaos, Leander, prawdziwi obrońcy wolności…

– Dopóki ich pierworodni są więzieni na Eginie, nic nie zrobią.

– A zatem trzeba ich wyzwolić.

Brennus uśmiechnął się po raz pierwszy od początku ich spotkania. Błękitny tatuaż na jego obliczu wykrzywił się i jakby zawirował. Celt postąpił kolejny krok naprzód. Eurynome znów musiała się cofać. Wiedziała, że jeszcze kilka takich kroków i poczuje za plecami ścianę.

– Ktoś już nad tym pracuje – odparł olbrzym. – Wkrótce ujrzysz rezultaty.

* * *

– Macedonia jest w niebezpieczeństwie – oznajmił Meleager. – Północna granica płonie. Barbarzyńscy Dardanowie zbierają się, by najechać królestwo. Jeśli im się uda, Trakowie podbici jeszcze przez króla Filipa również wystąpią przeciw nam. Regent Antypater będzie musiał skierować wszystkie swoje siły na północ. Powszechny pokój, którego strzegą jego wojska w Helladzie skończy się. Grecy znów będą wojować przeciw Grekom, o te skrawki pól i nędzne łupy, jakie można tu uzyskać. Zaś wy, ateńscy oligarchowie, stracicie oparcie dla swoich rządów.

Zasiadali wokół stołu w macedońskiej ambasadzie. Z jednej strony Arystofanes, Dionizjusz, Demades i Fokion, z drugiej – Meleager i jego trzech towarzyszy. Przemawiał jednak tylko on. Pozostali karnie czekali, nie próbując wchodzić mu w słowo. Po ateńskiej stronie trudno było o taką dyscyplinę.

– Jak możemy uniknąć takiego obrotu spraw? – zapytał Fokion.

– Śląc swoje armie na północ. Regent pilnie potrzebuje żołnierzy, by odeprzeć najazd. Kontyngentów wojskowych wystawionych przez poleis Związku Korynckiego. W ten sposób macedońskie garnizony będą mogły pozostać w Helladzie i nadal strzec tu pokoju.

– Związek Koryncki jest sojuszem antyperskim – przypomniał Demades, najbardziej biegły w niuansach prawnych i dyplomatycznych grach. – Nie zobowiązuje miast południowej Hellady do wspierania Macedonii przeciw barbarzyńcom z północy. Trudno będzie nakłonić poleis do udzielenia wam wsparcia…

– Dlatego tak ważne jest, by wpierw uczyniły to Ateny – odparł Meleager. – Wasze Miasto jest wzorem dla całej Grecji. Jeśli odpowiecie na wezwanie Antypatra, waszym śladem pójdą inni.

– Gdybyż to było takie łatwe! – załamał ręce archont. – Niestety, Ateńczycy nigdy nie zechcą wysłać armii na daleką północ!

Macedoński wódz nie zaszczycił go nawet spojrzeniem. Zamiast tego popatrzył w oczy Fokionowi.

– Czy mam rozumieć, że nie kontrolujecie Miasta?

– Masz rozumieć – odparł spokojnie starzec, – że urabianie nastrojów Ludu zajmie nam trochę czasu. To nie Macedonia, gdzie wszystkie decyzje zapadają jednoosobowo.

Meleager i Fokion mierzyli się przez dłuższą chwilę wzrokiem. W końcu Macedończyk rzekł:

– Widzę, że mówisz szczerze i nie próbujesz mnie zwodzić. Niech i tak będzie. Na szczęście barbarzyńcy zbierają się powoli. W Dardanii nie ma dobrych dróg ani kamiennych mostów. Miną tygodnie, nim dzicy zaatakują. Ale w końcu to uczynią. Chcę, by wówczas helleńskie wojska stały już pewnie u boku Antypatra. Czy mogę na was liczyć, panowie?

Skinęli głowami. Najpierw wszyscy trzej stratedzy, a potem Arystofanes. Decyzja zapadła. Będzie bardzo ciężko, pojął Dionizjusz z Faleronu. Oligarchowie byli jak mityczny Odys, zmuszony do przepłynięcia między dwoma monstrami, Scyllą i Charybdą. Ten człowiek, Meleager, był jednym z potworów. Drugim był Lud Aten. Pytanie tylko, który z nich pożre Odyseusza.

* * *

Jeszcze jeden krok naprzód. Eurynome cofnęła się przed górującym nad nią olbrzymem. Jej oddech był przyspieszony, z lęku, ale i niecierpliwości, z jaką oczekiwała na to, co miało się stać. Za plecami poczuła chłód muru. Brennus stanął tuż przy niej. Jego oczy lśniły pod wydatnymi łukami brwiowymi. Patrzył na nią stanowczo i nieustępliwie. Atenkę przeszedł dreszcz. Wiedziała, że nie potrafi mu się sprzeciwić. Była zbyt słaba, nie tylko fizycznie.

– To nowa suknia? – spytał, unosząc ramię. Dotknął tkaniny na jej ramieniu. Poczuła ciężar jego dłoni.

– Tak… kupiłam ją przed kilkoma dniami – odparła. – Przywdziałam po raz pierwszy.

– Natychmiast ją zrzuć. Inaczej zaraz ją z ciebie zedrę.

Tym razem zadrżała z wściekłości. Jak ten celtycki przybłęda śmiał jej rozkazywać? Owszem, posiadł ją kilka razy. Zbyt często na to pozwalała, więc zamiast poczuć wdzięczność, rozzuchwalił się jeszcze bardziej. Była córką dostojnego rodu, żoną arystokraty i stratega Aten. Uniosła dumnie głowę i spojrzała mu w oczy.

– Nie dziś.

Chciała, by w tych dwóch słowach usłyszał jej stanowczość. Celt jednak wcale się tym nie przejął. Chwycił za broszę spinającą jej suknię, po czym mocno szarpnął. Usłyszała dźwięk rozdzieranego jedwabiu. Nim zdążyła unieść ręce, szata zsuwała się już z jej piersi.

– Ty bezczelny…

– Milcz.

Próbowała zasłonić swój biust, lecz chwycił ją za nadgarstki i rozsunął ręce na boki. Przez chwilę wpatrywał się w jej unoszące się w szybkim oddechu piersi. Eurynome patrzyła na niego, blada z bezsilnej furii. Suknia zatrzymała się na jej biodrach i choć na chwilę przestała osuwać się w dół.

– Powiedziałam, nie dziś – wycedziła przez zęby. – Mam miesięczne krwawienie.

– Widok krwi nigdy mnie nie przerażał. Rozbierzesz się sama czy ja mam to zrobić?

Zrezygnowana skinęła głową. Wymówka, z pomocą której czasem udawało się jej zniechęcić Dionizjusza, tym razem zawiodła. Eurynome nie próbowała dalszych wybiegów. Prawdę powiedziawszy, też miała na to ochotę. W przeciwieństwie do jej męża, olbrzymi Celt naprawdę jej pragnął. Sycił się widokiem jej nagości, podniecały go niewielkie, lecz doskonale krągłe piersi, wąskie biodra oraz szczupłe uda. Jego zachłanne spojrzenie niemal fizycznie oblepiało jej kształty. Małżonka Dionizjusza z satysfakcją przyjmowała te milczące hołdy. Choć zespolenie z mężczyzną nigdy nie sprawiało jej rozkoszy, jak każda niewiasta lubiła być pożądaną. Człowiek, który ją poślubił, nigdy jej tego nie dał. Hołdował powszechnej wśród Ateńczyków zasadzie, że żona służy tylko do płodzenia dzieci, a żądzę kierować należy wobec heter oraz pięknych efebów.

Gdy Brennus uwolnił jej nadgarstki, posłusznie zsunęła suknię z bioder. Złocisty jedwab opadł na podłogę. Cieszyła się w duchu, że udając się do świątyni przywdziała nie tylko chiton, ale i himation, wierzchnią pelerynę, teraz złożoną na szafce z perfumami. W drodze powrotnej mogła przysłonić nią rozdarcie. Teraz jednak nie to było najważniejsze. Stanęła przed Celtem naga, nie próbując już zasłaniać piersi ani łona. Jedno i drugie oglądał już z pół tuzina razy. Nie miała przed nim wiele do ukrycia. Przynajmniej jeśli chodziło o sekrety jej ciała.

Brennus spojrzał między jej uda i uśmiechnął się triumfalnie. Okłamała go – jej miesięczna krew jeszcze nie nadeszła. Być może wcale nie przyjdzie, jeśli Dionizjuszowi powiedzie się to, co sobie zamierzył. Eurynome zarumieniła się mocno. Na to nie potrafiła nic poradzić. Surowe wychowanie, któremu ją poddano, pozbawiło ją nie tylko przyjemności z miłosnych zbliżeń. Sprawiło też, że własna nagość bardzo ją zawstydzała. Choć jednocześnie podziw w oczach Celta mile łechtał jej próżność. Była rozdarta – między wpojonymi jej w rodzinnym domu zahamowaniami, a naturalnymi potrzebami dorosłej kobiety.

Potężna dłoń Celta objęła jej przedramię. Mężczyzna pociągnął ją w stronę łoża. Eurynome ulegle podążyła za nim.

* * *

– Myślisz, że Antypater naprawdę potrzebuje naszej pomocy? – zagadnął go Fokion, kiedy jechali konno między Długimi Murami. Zmierzali na południe, w stronę ateńskich portów. – Może chce tylko sprawdzić naszą lojalność?

– Któż może to wiedzieć? – odparł Dionizjusz. – Po wojnie ze Spartą regent odesłał najlepsze oddziały do Azji, by wesprzeć króla Aleksandra. Poza tym większość jego armii tworzyli Trakowie. To nie byli zawodowi żołnierze. Przed zimą z pewnością puścił ich do domów. Któż mu pozostał? Macedończycy oraz wojska zaciężne. Z tego zapewne połowa pełni służbę w garnizonach rozsianych po całej Helladzie. Pilnuje byśmy się tu wzajemnie nie pozabijali.

– Możesz mieć słuszność – skinął głową starzec. – Tym niemniej, jeśli wyślemy Antypatrowi żołnierzy, z miejsca staną się zakładnikami. Rękojmią naszego posłuszeństwa. I tego, że w Helladzie nie wybuchnie antymacedoński bunt.

– Z pewnością i o tym pomyślał regent. To cholernie przebiegły drań.

– Podczas wojny ze Spartą służyłeś pod jego rozkazami. Jaki on jest, Dionizjuszu?

Zastanawiał się chwilę nad odpowiedzią.

– Kompetentny i uparty. Te dwa słowa chyba najpełniej go określają. Zna swoje ograniczenia. Wie, że brak mu geniuszu Aleksandra, więc nie pozwala sobie na brawurę. Wygrywa dzięki żelaznej woli i dokładnemu planowaniu. Rzadko daje się zaskoczyć. Nie chciałbym mieć w nim wroga.

– Módlmy się więc, by do tego nie doszło. Kiedy oznajmimy Ludowi nowinę?

– Myślę, że Lud dowie się prędzej, nim zdążymy cokolwiek ogłosić. Trzeba raczej pomyśleć, jak wpłyniemy na jego opinię. Bez zgody Zgromadzenia nie uda nam się wysłać wojsk. Sądzę, że ty powinieneś być wnioskodawcą, Fokionie. Ciebie szanują najbardziej z nas wszystkich.

Sędziwy strateg uśmiechnął się blado.

– I chcesz, bym w jeden dzień postradał cały ten szacunek?

– Stawka jest zbyt wysoka… – zaczął z naciskiem Dionizjusz.

– Wniosek złoży Demades – zadecydował Fokion. – Jest znanym przyjacielem Macedonii, Lud będzie się tego spodziewał. My zaś udzielimy mu poparcia. Ty w sposób zdecydowany, ja zaś nieco bardziej subtelnie.

– A Ejschines?

– Niech dalej sprawuje pieczę nad naszą flotą wojenną na Samos. Ważne jest, by okręty nie powróciły do Aten przed głosowaniem. Marynarze z reguły są demokratami, a więc zwolennikami Demostenesa i Ktezyfona. Dodatkowe kilka tysięcy głosów mogłoby przechylić szalę na naszą niekorzyść.

– Stronnictwo demokratyczne wystąpi przeciw nam – stwierdził chłodno Dionizjusz. – Będą do tego zmuszeni, chociaż trzymamy ich synów na Eginie. Może ojcowie powinni dołączyć do swych dzieci?

– Nie, Dionizjuszu. Ateny nie są dyktaturą. Stałyby się nią bez wątpienia, gdybyśmy uwięzili przeciwników politycznych przed tak ważnym głosowaniem. Nie pozwolę na to. Musimy pokonać Demostenesa i jego zwolenników przed obliczem Ludu. Przekonać Zgromadzenie, by poparło nasz wniosek.

Żałosny, słaby starcze, pomyślał wówczas Dionizjusz. Boisz się tego, co nieuniknione. Nie chcesz brudzić sobie rąk. Przeżyłeś swoje lata jako obrońca ateńskiej wolności, nie chcesz na koniec splamić się tyranią. Dobrze więc. Jeśli to nie na twoje siły, zastąpią cię inni, młodsi i bardziej zdecydowani.

Przez jakiś czas jechali w milczeniu.

– Wiesz, że będzie bardzo ciężko, Fokionie? – odezwał się wreszcie, by przerwać ciszę.

– „Ciężko”? – sędziwy strateg uniósł krzaczaste brwi. – Kampania pod Bizantionem była „ciężka”. Wojna na Cyprze była „ciężka”. Zadanie, którego się podejmujemy, to trzynasta praca Heraklesa! Lecz jeśli się nam powiedzie, na długo przypieczętujemy swą władzę nad Miastem.

Zobaczymy jeszcze, kto będzie ją sprawował, pomyślał Dionizjusz. Z pewnością nie ty, stetryczały głupcze. Ateny potrzebują męża stanu, silnego, przebiegłego i odważnego. Kogoś na miarę ciężkich czasów, które właśnie nadeszły.

Kogoś takiego jak Dionizjusz z Faleronu.

* * *

Oddając się Celtowi, Eurynome czuła, jakby nabijano ją na pal. Jęczała z bólu i zaciskała dłonie na pościeli, kiedy olbrzymi penis torował sobie drogę przez jej umęczone wnętrze. Brennus był najhojniej obdarzonym mężczyzną, jakiego znała. Był też trzecim mężczyzną, którego wpuściła między swoje uda – po jej mężu oraz delfickim kapłanie Kritiasie. Ten ostatni uwiódł ją przed paroma laty, kiedy gościła w sanktuarium Apollina. Już wtedy nienawidziła Dionizjusza i chciała zemścić się na nim za swe krzywdy. Ognisty romans z pnącym się prędko w świątynnej hierarchii dostojnikiem wydawał się jej doskonałym pomysłem.

W istocie okazał się czymś znacznie więcej.

Leżała na plecach, na samym brzegu szerokiego łoża. Celt zaciskał dłonie na jej udach, zmuszając, by szeroko i lubieżnie rozwierała nogi. Sam klęczał na wyłożonej dywanami podłodze i wbijał się w nią potężnymi ruchami bioder. Raz za razem, nie bacząc na jej jęki i krzyki. Jego członek był zbyt długi, by mógł się w niej całkiem zmieścić, a jego szerokość sprawiała, że boleśnie rozpychał pochwę. Mimo to Eurynome zgadzała się na kolejne zbliżenia, a czasem sama do nich zachęcała. Choć spółkowanie – czy to z Brennusem, czy z Kritiasem, nigdy nie było w stanie sprawić jej rozkoszy, to jednak satysfakcja z faktu, że zdradza Dionizjusza i depcze jego wyłączne prawa, osładzała jej najgorsze cierpienia.

To właśnie Kritias, najpiękniejszy z ludzi, poznał ją z Celtem – barbarzyńskim gigantem, niemal fascynująco szpetnym. On też wprowadził ją w spisek przeciw ateńskim oligarchom. Widząc, jak bardzo Eurynome pragnie śmierci męża, zaproponował, by nie czekając na zrządzenie losu, wzięła sprawy w swoje ręce. Przedstawił jej także Tryfona z Ambrakii, będącego przywódcą całego sprzysiężenia. Znudzona monotonnym życiem Atenka z trudem powstrzymywała wybuch euforii. Ta, którą od dzieciństwa otaczano zakazami, by w ten sposób wychować przyszłą idealną żonę – pokorną, uległą i całkowicie pozbawioną charakteru, wreszcie mogła pokazać, na co ją stać. Szpiegowała dla konspiratorów, dostarczała im ważkich informacji, a raz – nawet klucz do furtki rezydencji Dionizjusza. Jak dotąd nadaremnie. Z czasem jej entuzjazm zaczął się więc kurczyć.

Wysoko osadzone piersi Eurynome podskakiwały w rytm brutalnych sztychów Celta. Zbierała w palcach jedwabną pościel, zaciskała na niej dłonie. Jej spojrzenie błądziło po szerokim torsie barbarzyńcy i jego wytatuowanej twarzy. W czasie zbliżenia budził w niej szczególnie silny lęk. Był gwałtowny, natarczywy, zdawało jej się, że wystarczy jeden jego ruch, by skręcić jej kark. Oblicze Brennusa wykrzywiał dziki grymas, który nadawał mu wygląd legendarnego monstrum. Niewiasta czuła się, jakby spółkowała z minotaurem lub cyklopem.

Był też wtedy wulgarny, jak przystało na cudzoziemskiego żołdaka.

– Dobrze ci, ateńska suko? – pytał głosem pełnym pożądania, a może i wściekłości. – Dogadzam ci lepiej niż twój mąż?

– Tak! – podejmowała grę, choć słowa jeszcze go rozpalały, zwielokrotniając ból, który jej zadawał. – On nie może się z tobą równać!

– Ty arystokratyczna kurwo – pochylał się nad nią, dysząc ciężko, obrzucał ją kolejnymi wyzwiskami, zarówno po grecku, jak i w swej ojczystej mowie. Eurynome czuła jego pogardę. Traktował ją dokładnie tak, jak powiedział: jako przydatne narzędzie. Służyła mu jako źródło informacji i rozkoszy.

Dotychczasowe działania spiskowców kończyły się porażką. Z zamachów wyszli cało Fokion i Dionizjusz. Ludzie Tryfona nie potrafili nawet zgładzić Aratosa. Sojusz ze stronnictwem demokratów okazał się w znacznej mierze jałowy. Eurynome musiała wierzyć Celtowi na słowo, że on i jego mocodawcy dysponują czymś więcej. Naturalnie, zawsze mogła się wycofać. Ale wtedy zgaśnie ostatnia nadzieja na uwolnienie się od męża. Będzie żyć u jego boku następne dwadzieścia lat. Być może zostanie zmuszona do urodzenia mu potomków. Nie. Gdyby do tego przyszło, wolałaby umrzeć.

Brennus wyciągnął ramię naprzód i ujął w dłoń jej pierś. Poczuła, jak silne, twarde od rękojeści miecza palce zaciskają się na jej ciele. To tylko kolejny odcień bólu. Olbrzymi penis Celta penetrował jej szparkę. Teraz była już bardziej wilgotna, więc przyjmowała go w sobie z większą łatwością. Wciąż jednak nie było to przyjemne doświadczenie. Oto rzeczy, które robię z nienawiści, pomyślała. Oto rzeczy, które robię dla zemsty. Ruchy barbarzyńcy stały się bardziej urywane i gwałtowne. Przestał ją wyzywać, zacisnął mocno zęby i skupił się na pchnięciach. Eurynome wiedziała, co to oznacza. Zbliżała się chwila jego ekstazy.

Jak dotąd zawsze wysuwał się z niej tuż przed końcem, by złożyć swój hołd na jej brzuchu, pośladkach czy też biuście. Wytrysk Brennusa był równie ogromny jak on sam. Istny mitologiczny potop, po którym długo musiała zażywać kąpieli, by zmyć z siebie każdą kroplę nasienia, a także jego intensywną woń. Teraz jednak, widząc, że Celt dochodzi, Eurynome uniosła się na łokciach i wymówiła jego imię. Gdy na nią spojrzał, ochrypłym tonem powiedziała:

– Skończ we mnie. Chcę cię poczuć w środku.

Nie trzeba mu było tego powtarzać. Jeszcze przyspieszył tempo swoich pchnięć, a także głębokość penetracji. Atenka zamknęła oczy i zacisnęła zęby. Jeszcze chwila i zemdleje z bólu. Niech to się wreszcie stanie!

W pewnej chwili Brennus wydał z siebie istnie zwierzęcy pomruk. Wdarł się w nią raz jeszcze, tak mocno, że wydarł z jej ust ochrypły krzyk. A potem zaczął napełniać jej pochwę nasieniem. Czuła, jak nadmiar spermy wypływa z niej i rozlewa się po pościeli. Ale wystarczająco wiele zostało w środku. Przy odrobinie szczęścia, narodzi się z niej życie. Jeśli miała urodzić, wolała wydać na świat bękarta barbarzyńcy niż legalnego syna Dionizjusza. Wszystko zdawało się jej lepsze niż spełnienie woli męża.

Gdy zaspokoił już swą żądzę, Celt wysunął się z jej szparki, podniósł na równe nogi i z triumfem w oczach spojrzał na nią z góry. Leżała na łożu, wyczerpana, w pełni podbita, naznaczona jego nasieniem, które wyciekało powoli spomiędzy jej rozchylonych wciąż ud. Uśmiechnął się z satysfakcją i wycedził:

– Najlepsza dziwka to taka, której nie trzeba płacić.

Odwrócił się do niej plecami i sięgnął po tunikę. Eurynome leżała nadal w bezruchu. Sperma Brennusa zasychała na jej pośladkach i wewnętrznych stronach ud. Pot lśnił na jej piersiach oraz brzuchu. Była zbyt zmęczona i obolała, by chociaż złączyć nogi. A jednak, czuła też radość.

Ależ właśnie mi zapłaciłeś, pomyślała.

* * *

Dionizjusz miał rację.

Wieść o przybyciu Meleagra i o szczegółach jego misji prędko rozeszła się po Mieście. Wkrótce zarówno na agorze, w publicznych łaźniach, jak i w prywatnych domach nie mówiono już o niczym innym. Ateńczycy z oburzeniem komentowali żądania regenta Macedonii. Ten, który dławił żelaznym butem wolność Greków, teraz domagał się wsparcia wojskowego! I po co? Po to, by dalej móc ciemiężyć Helladę! Kiedy zastępy Aten i innych poleis wymaszerują na północ, by bronić obcej ziemi, najemnicy Antypatra pozostaną w Koryncie i Tebach, w Tesalii i na Eubei. Wciąż będą panoszyć się po ulicach, aresztować rzeczników wolności, zaczepiać niewiasty, uwodzić te mniej cnotliwe i gwałcić bardziej oporne. Nadal trwać będą promacedońscy tyrani na Peloponezie i na Lesbos, a także promacedońskie oligarchie. W tym również – ateńska.

Po klęsce pod Cheroneą oligarchów, którzy doprowadzili do zawarcia pokoju, uważano za zbawców. Ponownie zasłużyli się, gdy król Aleksander zrównał z ziemią Teby i wcale nie było pewne, czy Atenom nie szykuje podobnego losu. Przez następne dwa lata niepodzielnie rządzili Miastem, trzymając je z dala od ryzykownych awantur. Gdy Sparta traciła swoich synów w bezsensownej wojnie z Antypatrem, Ateny kwitły i bogaciły się. Jednak od pewnego czasu rosły w siłę antymacedońskie nastroje. Nieudzielenie pomocy Eretrii i innym miastom, które próbowały utrzymać swoją niezależność, zyskały oligarchom wielu zaprzysięgłych wrogów. Lud coraz chętniej słuchał zwolenników niepodległości oraz demokracji: Demostenesa, Ktezyfona, ostatnio zaś, coraz częściej – Hiperejdesa.

W miarę, jak ich wpływy rosły, stronnictwo promacedońskie słabło. Wciąż jednak oligarchowie kontrolowali najważniejsze urzędy: archonta, Radę Pięciuset, kolegium strategów. Poza tym dysponowali zakładnikami spośród pierworodnych synów najważniejszych demokratów, internowanych na Eubei. Był to ostateczny argument we wszelkich politycznych rozgrywkach. Taki, po który należało sięgnąć, gdy wszystko inne zawiedzie.

* * *

Zbudziły go pocałunki.

Czyjeś usta, miękkie i wilgotne, przywarły do jego własnych. Rozchylił nieco wargi, wpuszczając między nie zwinny języczek. Dziewczyna skwapliwie to wykorzystała. Choć nie otwierał oczu, był pewien, że to Raisa. Czuł, jak jej obfite piersi ocierają się o jego tors, zaś gładkie łono wtula się w jego krocze. Wciąż jeszcze mocno zaspany, Demetriusz postanowił oddać jej na pewien czas inicjatywę. Był ciekaw, jak daleko się posunie, nim zapragnie, by to on przejął prowadzenie.

Leżał nadal w bezruchu, pozwalając się całować i pieścić. Pełne usta Iliryjki błądziły wokół jego warg, dotykały podbródka, policzków, nosa. Wzdłuż linii szczęki docierały aż do uszu. Dziewczyna pochylała się wtedy mocniej (a jej piersi rozpłaszczały się na torsie Falerończyka w wielce przyjemny sposób), by wyszeptać coś w śpiewnym języku jej ojczystej krainy. Nie rozumiał oczywiście ani słowa, lecz ton, z jakim je wypowiadała, nie pozostawiał wątpliwości, co chciała przekazać.

Poprzedniej nocy kochali się namiętnie i długo, ofiarowując sobie nawzajem wszystko, co tylko potrafili dać. Krew Demetriusza rozgrzały ćwiczenia i bieg, a także późniejsze fantazje na temat Fojbiane (do których za nic w świecie nie przyznałby się Raisie). Krew Iliryjki zapłonęła w odpowiedzi. Ogień ten gasili długo i zapamiętale, niemal bez chwili spoczynku. Ciało dziewczyny było gorące i miękkie, jej szparka ociekała sokami, zaś pocałunki smakowały jak najsłodszy nektar. W jej oczach Falerończyk dostrzegł pożądanie dorównujące siłą temu, które sam odczuwał. Dwukrotnie doprowadziła go na szczyt. Za pierwszym razem wytrysnął na jej brzuch i łono, za drugim – na bujny biust.

Usta Iliryjki zeszły teraz niżej, przywarły do szyi Demetriusza, zaczęły wpijać się w nią, lizać i delikatnie ssać. Młodzieniec odchylił lekko głowę do tyłu, lecz poza tym wciąż udawał sen. Dłoń dziewczyny gładziła pieszczotliwie jego klatkę piersiową. Czuł na skórze na przemian – ciepło oddechu i wilgoć pocałunków. Raisa znów wyszeptała kilka słów w obcym, lecz miłym dla ucha języku. Może powinienem nauczyć się iliryjskiego, pomyślał gorączkowo. Wtedy lepiej bym ją rozumiał.

Jak zwykle zdradziło go własne ciało. Raisa wyczuła, że jego nabrzmiewająca męskość coraz mocniej napiera na jej łono. Uniosła się nieco na kolanach, wzięła penisa w dłoń. Zacisnęła palce na główce i jęła powoli ją masować. W górę i w dół, w spokojnym rytmie. Wystarczyło to jednak, by wyrwać cichy jęk z ust Demetriusza. Nie było sensu dalej symulować. Uniósł powieki i spojrzał w błękit jej oczu.

– Widzę, że już się zbudziłeś, najdroższy.

– Z tobą każda chwila snu zdaje się okropnym marnotrawstwem.

– Zatem nie marnujmy ani chwili więcej – posłała mu słodki uśmiech i mocniej zacisnęła palce na jego męskości. Gdy poruszyła dłonią w dół, napletek zsunął się, ukazując ciemną żołądź. – Udajesz się dziś do szkoły czy wprost do gimnazjonu?

Pytanie było jak najbardziej właściwe. Nauczyciele w Likejonie oczekiwali swoich uczniów dopiero w godzinach przedpołudniowych. Za to trenerzy w gimnazjonie żądali ich obecności o poranku. Za oknami sypialni wstał już świt. Oznaczało to, że Demetriusz i Raisa mają bardzo wiele czasu, albo też nie mają go prawie wcale. Falerończyk usiłował przypomnieć sobie rozkład tego dnia, ale pieszczoty Iliryjki skutecznie go rozpraszały.

– Mam… Dziś od rana ćwiczę biegi – wykrztusił w końcu. Spojrzał na swój członek, rosnący jeszcze w uścisku Raisy. Poczuł żal, że tym razem nic z tego nie będzie. Musi wstawać. Gimnazjarcha nie lubił spóźnialskich.

– W takim razie uwinę się szybko – odparła dziewczyna. Nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, zaczęła go masturbować krótkimi, lecz silnymi ruchami. Niemal natychmiast przeszedł go dreszcz rozkoszy. Uniósł się na łokciach, próbował pocałować ją w usta. Raisa jednak cofnęła głowę i wyprostowała się.

– Nie – szepnęła. – Pozwól mi.

– Nie będę w stanie biegać! – zaprotestował ostatkiem sił.

– Życzysz sobie, bym przestała?

Nie potrafił znaleźć w sobie determinacji, by wydać jej stosowny rozkaz. Tak, pragnął zwycięstwa w biegu na długość stadionu, które przyniosłoby mu zaszczyt reprezentowania Aten na Igrzyskach Pytyjskich. Chciał przysporzyć sławy swojemu Miastu, sprawić, by wszyscy zazdrościli Słońcu Hellady kolejnego jasnego promienia. Marzył o tym, by poczuć na skroniach wieniec oliwny i ujrzeć w oczach przyjaciół wyraz niekłamanego podziwu. Pożądał tego wszystkiego…

…lecz nie na tyle mocno, by kazać Raisie przestać.

– Myślę, że… jakoś dam radę – wydyszał.

Iliryjka mocniej zacisnęła palce wokół jego członka. Teraz miała go w dłoni – dosłownie i w przenośni. Wpatrywał się łapczywie w jej rozchylone ponętnie wargi, które raz po raz, bezwiednie zwilżała językiem. Patrzył na kołyszące się przy każdym ruchu piersi, zwieńczone sporymi, różowymi brodawkami. Jego podniecenie jeszcze się wzmogło. Nie przejmował się już swoją formą na treningu, nie pamiętał nawet, że za godzinę ma stanąć na bieżni. Liczyło się tylko tu i teraz. Iliryjska niewolnica i jego nabrzmiała męskość w jej ręku.

Wciąż spoglądając mu w oczy, powoli nachyliła się do przodu. Demetriusz westchnął głośno. Dobrze wiedział, co stanie się za moment. Masturbowała go szybkimi ruchami, za każdym razem napletek zsuwał się, odsłaniając całą żołądź. Po jego ciele rozchodziły się kolejne fale przyjemności, stanowiące przecież ledwie zapowiedź tego, co miało nastąpić potem. Wszechogarniającej erupcji, która wynosiła mężczyznę wysoko, gdzieś pomiędzy światy bogów i ludzi.

Raisa pochyliła się jeszcze mocniej i ucałowała żołądź. Demetriusz jęknął przeciągle, czując na wrażliwej skórze dotyk miękkich warg i mokrego języka. Zdawało mu się, że przez chwilę cały świat wirował. Opadł na poduszki, jego dłonie kurczowo zacisnęły się na pościeli. Głowa dziewczyny unosiła się i opadała nad jego podbrzuszem, zaś penis wsuwał się coraz głębiej w jej usta. Pieściła go z ochotą, przerywając tylko wtedy, gdy musiała zaczerpnąć tchu.

Gdyby Demetriusz był w stanie przytomnie myśleć, z pewnością doceniłby, jak wielkie postępy uczyniła. Na początku ich związku z trudem przychodziło jej zadowolenie go ustami. Jej wargi masowały go zbyt delikatnie, albo za mocno, zaś język nie potrafił odnaleźć najwrażliwszych miejsc. Oralne pieszczoty w wykonaniu Raisy nie mogły się równać z tymi, którymi obdarzały go hetery Bakchis i Fojbiane, czy choćby Fenicjanka jego ojca (która przeszła dobrą szkołę w korynckim domu rozpusty). Jednak z biegiem czasu Iliryjka również nabrała biegłości w tej niełatwej sztuce. Nauczyła się, co i kiedy należy robić, by dać mu jak największą rozkosz. Uważnie obserwowała reakcje swego kochanka, poznawała jego upodobania. Teraz mogła popisać się swymi zdolnościami.

Ciasno otuliła jego członek wargami, przyspieszyła jeszcze ruchy głowy. Zdawała sobie sprawę, że jej kochanek ma niewiele czasu, a za nic w świecie nie chciała, by opuścił dom niezaspokojony. Smak jego podnieconej męskości wypełniał usta Iliryjki. W nozdrzach miała cierpką woń jego krocza. Jedno i drugie działało na nią bardzo stymulująco. Jej język przesuwał się po żołędzi, usta zaś masowały trzon penisa. Jedną ręką zaczęła pieścić jądra Demetriusza, ostrożnie jednak, by w żaden sposób ich nie urazić. Drugą dłonią gładziła jego udo. Pod palcami czuła twarde mięśnie i gładką, pozbawioną znamion oraz blizn skórę.

Z początku do tego właśnie najtrudniej było się jej przyzwyczaić. Nieskazitelność skóry Falerończyka budziła w niej niepokój. Zaprzeczała bowiem wszystkiemu, czego się nauczyła w krainie swego dzieciństwa.

Przypomniała sobie, że Demetriusz jest jeszcze bardzo młody. Nigdy nie brał udziału w bitwie, ani nawet w większej potyczce. Przed ledwie kilkoma miesiącami zabił swego pierwszego człowieka. Jego ciało nie pokryło się jeszcze śladami po nieprzyjacielskim orężu. W ojczyźnie Raisy bardzo ceniono takie pamiątki. Chłopcy znacznie młodsi od Falerończyka nacinali sobie ramiona oraz uda nożami, by zyskać szacunek przyjaciół oraz podziw dziewcząt. Kiedy wracali z pierwszej wyprawy po łupy, to nie zrabowanym srebrem, lecz właśnie bliznami szczycili się najbardziej. Chodzili po wiosce dumni, obnosząc się ze swymi ledwo zabliźnionymi ranami. I to działało. Wpierw zyskiwali podziw, a potem kobietę. Jedno było pewne: żadna szanująca się Iliryjka nie uległaby gładkoskóremu.

Jej pierwszy mężczyzna również nosił blizny po tuzinie kampanii. Pamiętała, że historia wypisana na jego ciele wzbudziła jej fascynację. Ten widok sprawił, że momentalnie zwilgotniała, przez co rozdziewiczenie było znacznie mniej bolesne, niż zwykle się to zdarza. Raisa kochała się z nim tylko raz, właściwie trudno to było nazwać miłością. Była zabawką możnych, przedmiotem rozgrywki między mężczyzną i jego nałożnicą, do której wówczas należała. Kassander był zaś macedońskim wodzem, bohaterem wojny ze Spartą. Człowiekiem władczym i brutalnym. Wtedy te cechy pociągały ją równie mocno jak jego poorany wojennymi bruzdami tors.

Odsunęła od siebie wspomnienia i skupiła się na rozkoszy, którą dawała Demetriuszowi. Młodzieniec drżał coraz mocniej, z jego ust co chwila wyrywał się przeciągły jęk. Członek pulsował między wargami Raisy, czuła, że to już nie potrwa długo. Ssała żołądź, pocierała ją językiem, nawilżała tak hojnie, że strużki śliny spływały w dół trzonu. Niewielka kępka włosów łonowych Falerończyka aż lśniła od wilgoci. Podobnie jak inni Ateńczycy usuwał większość owłosienia z ciała. Jakże inaczej czynili Ilirowie oraz pewien Macedończyk…

Demetriusz krzyknął cicho, a potem wyprężył się cały. Raisa przywarła do jego męskości, nasunęła się na nią wargami. Wytrysnął obficie. Zaskoczył ją tym – po upojnej nocy sądziła, że nie będzie miał dla niej zbyt wiele nasienia. Teraz zaś musiała gorączkowo przełykać, żeby się nie zakrztusić. Przez krótką chwilę bała się, że nie da rady. Chciała czym prędzej odsunąć głowę, pozwolić, by tak jak poprzednio skończył na jej piersiach. Czuła jednak, że to sprawiłoby mu zawód. Ladacznice, z którymi niegdyś sypiał, nigdy by go tak nie potraktowały. Raisa nie mogła być od nich gorsza. Przecież nie pragnęła, by Falerończyk wrócił w ich ramiona.

Kiedy ostatni strumyczek nasienia spłynął w dół jej gardła, wypuściła członek z ust i językiem oczyściła go z pozostałych kropel życiodajnego płynu. Dopiero wtedy uniosła oczy. Napotkała spojrzenie Demetriusza – nieco zmęczone, lecz pełne głębokiej wdzięczności. Uśmiechnęła się do niego. Niemal nieśmiało.

– To było… wspaniałe, Raiso – oznajmił drżącym wciąż głosem. – Jakże mogę ci podziękować?

– Uczynisz to wieczorem – Iliryjka wciąż miała jego męskość tuż przy twarzy. Zaspokojony penis tracił już swoją twardość. – Teraz musisz biec do gimnazjonu.

– Na Zeusa, masz rację, dziewczyno!

Raisa patrzyła z rozbawieniem, jak Demetriusz zrywa się z posłania, wciąga na siebie czystą tunikę, zapina pas ze sztyletem, próbuje szybko zawiązać sandały (przez co poszło mu oczywiście wolniej, niż gdyby czynił to bez pośpiechu). Zanim wypadł z sypialni, spojrzał raz jeszcze na swą iliryjską niewolnicę.

–Dziękuję – posłał jej jeden z uśmiechów, które tak kochała.

– Bądź dzisiaj pierwszy – szepnęła, gdy zniknął już za drzwiami.

Została w alkowie sama. Za klepsydrę będzie musiała stawić się w pokojach niewolnic, gdzie nadzorca przydzieli jej pracę na ten dzień. W grę wchodziło sprzątanie, praca w ogrodzie, usługiwanie przy posiłkach albo w łaźni. Najbardziej lubiła ogród, bo mogła spędzić cały dzień na świeżym powietrzu. Najmniej – łaźnię. Jeśli przyjdzie jej uczestniczyć w kąpieli Dionizjusza, całkiem możliwe, że pożądliwy Ateńczyk skorzysta z okazji. U Raisy zaś fascynacja synem nie przekładała się na ojca.

Na razie jednak nikt niczego od niej nie wymagał. Rozkoszowała się tą chwilą w wygodnym łożu Demetriusza, jakże innym od posłania, które w kwaterach niewolnic dzieliła z dwoma innymi służkami. Wtuliła twarz w miękką poduszkę. Pachniała czystością i jakimś kwiatem, którego nie potrafiła rozpoznać. Nim rozwikłała tę zagadkę, zmorzył ją sen.

* * *

Hiperejdes spacerował po agorze. Dumny i zamożny adwokat, który pojawiał się zwykle w pysznej purpurze wyszywanej złotą nicią, dziś przywdział prosty chiton z białej wełny. Szedł od świątyni Hefajstosa, kierując się w stronę Akropolu. Co i rusz zatrzymywał się przy jakimś straganie, oglądał towary, zamieniał kilka zdań z kupcami. Kiedy dotarł do północnego skraju placu, zawrócił i ruszył ku Malowanej Stoi. Tutaj zagadnął go wreszcie ten, na którego czekał.

– Zacny Hiperejdesie – rzekł mężczyzna, z szacunkiem pochylając głowę. Mówił na tyle głośno, by usłyszeli go wszyscy wokół. – Wybacz moją śmiałość, lecz chciałbym poznać twoje zdanie. Jestem prostym człowiekiem i wielu rzeczy nie pojmuję. Jak sądzisz, czy powinniśmy spełnić życzenie Antypatra? Wysłać naszych chłopców na północ, by walczyli za Macedonię?

Adwokat zatrzymał się i spojrzał na niego.

– I ty mi odpowiedz, dobry człowieku. Czy pożyczyłbyś pieniądz komuś, kto przedtem pobił cię i okradł?

– W żadnym razie!

– Sam widzisz, jak szybko udzieliłeś mi odpowiedzi – Hiperejdes zaszczycił swego rozmówcę łaskawym uśmiechem. – A czy sytuacja, o której tu mówimy, jest trudniejsza do rozważenia?

Wokół obydwu mężczyzn zaczęli się gromadzić słuchacze. Od dziecka wychowani w kulturze słowa, Ateńczycy kochali publiczne debaty. A jeśli jednym z dyskutantów był wytrawny mówca – taki jak Hiperejdes – czym chętniej zbierali się, by chłonąć jego oracje.

– Macedonia jest naszym sojusznikiem! – zaprotestował rozmówca adwokata. – Razem wyruszyliśmy przeciw Persji!

– Ile masz lat, przyjacielu?

– Dwadzieścia siedem.

– Byłeś zatem we właściwym wieku do służby, gdy przed pięciu laty stanęliśmy pod Cheroneą?

– Tak, zacny panie! Walczyłem na lewym skrzydle, pod lochagosem Chabriasem!

– Pamiętam Chabriasa. Odważny człowiek. Zginął właśnie wtedy, czyż nie?

– Tak jak połowa całego lochosu. Pięćdziesięciu dzielnych ludzi.

– A któż ich zabił, przyjacielu? Persowie króla Dariusza?

– Nie, Hiperejdesie. Macedończycy króla Filipa.

– Oto i twoja odpowiedź.

Rosnący wokół nich tłum zaszemrał. Ludzie szeptem komentowali ową wymianę zdań.

– Macedonia jest owym człowiekiem, który pobił cię i ograbił – ciągnął Hiperejdes. – Pod Cheroneą dała nam tęgie baty. Ukradła życie tysiąca Ateńczyków. Dobrych ludzi, takich jak Chabrias i towarzysze broni z twego lochosu. Następnych zabrał nam król Aleksander, kiedy podążył do Azji. Z pewnością wielu z nich nie wróci z tej wyprawy. Teraz zaś pytasz, czy powinniśmy wysłać kolejnych synów naszej polis na zatracenie. Po to, by wesprzeć kraj, od którego doświadczyliśmy tylko krzywd i upokorzeń.

Teraz nie mówił już tylko do obywatela, który go zagadnął, ale do wszystkich zgromadzonych. Jego wyćwiczony w przemówieniach głos podniósł się nieco. Tak by stojący w większym oddaleniu również mogli dobrze usłyszeć i zapamiętać jego słowa. A potem powtórzyć je przyjaciołom, braciom, ojcom i synom.

– Sojusz, który nam narzucono po Cheronei, służy interesom tylko jednej strony. Macedończycy potrzebowali naszych okrętów, by przepędzić perską flotę z Morza Egejskiego. Skorzystali z naszej pomocy w czasie wojny ze Spartą. Teraz zaś żądają, byśmy wysłali posiłki Antypatrowi. Nie po to, by bronić naszej Hellady, ale dla ratowania Macedonii przed najazdem Dardanów!

Niektórzy kiwali głowami i głośno przytakiwali Hiperejdesowi. Inni słuchali jego przemowy w milczeniu, ważąc każdy argument. Nikt jednak nie sprzeciwiał się głośno jego słowom.

– Jeśli więc pytasz mnie, przyjacielu, czy powinniśmy w imię obcych interesów znów wysłać naszych młodzieńców na rzeź, odpowiem ci jasno i bez ogródek: nie, nie powinniśmy. Dardanowie to waleczni i nieposkromieni wojownicy. Bez względu na wynik bitwy, wielu Ateńczyków zginie. Jeśli Antypater chce z nimi wojować, ma dość własnych żołnierzy: w garnizonach w Koryncie, Kadmei, Chalkis i Erytrei! Niech uwolni te miasta od okupacji i przywróci im swobodę. Wtedy nie zabraknie mu mieczy, a jeszcze wielu Hellenów mu podziękuje!

– Na Zeusa, słusznie mówisz, Hiperejdesie! – zawołał ktoś z tłumu.

– I ja tak sądzę, panie – rzekł ten, który go zagadnął.

– Dzięki ci, dobry człowieku – adwokat skinął głową, po czym rzekł jeszcze donośniejszym tonem: – Wypowiadam jedynie swoje zdanie. Ale to od was, cni Ateńczycy, zależy, czy postąpimy, jak dyktuje nam Macedończyk! Ani archont, ani kolegium strategów nie pośle na północ wojska. O tym zadecyduje Zgromadzenie! Czyli każdy z was, którzy tu stoicie. Będą was oczywiście próbowali urabiać. Nie dajcie się zwieść bałamutnym namowom! Nie wierzcie w piękne słowa o sojuszniczej lojalności. Przymierze, które nam nie służy, jest złym przymierzem i powinno być wypowiedziane!

Miał już po swej stronie wszystkich. Nawet ci, którzy na początku zdawali się nieprzekonani, teraz spoglądali na niego z podnieceniem i wdzięcznością. Wskazał im słuszną drogę, na ich oczach rozważył problem i przedstawił rozwiązanie. Przymierze z Macedonią winno być zerwane. Ateny wcale go nie potrzebują!

Opuszczając tego dnia rozpolitykowaną agorę, Hiperejdes nie pozwolił sobie na pełen satysfakcji uśmiech. Pierwszy cios został zadany, lecz był to dopiero początek wojny. Oligarchowie podejmą kontratak. Wciąż są mocni i równie zdeterminowani jak stronnictwo niepodległościowe. Nadchodzi konfrontacja, której wynik zadecyduje o losie Aten.

* * *

Po biegu Demetriusz odpoczywał w łaźni przy gimnazjonie. Z zamkniętymi oczami pławił się w basenie z ciepłą wodą. Czuł, jak zmęczenie opuszcza powoli jego mięśnie, zaś myśli przestają pędzić gorączkowo i stają się bardziej klarowne. Musiał sam przed sobą przyznać, że poranne igraszki z Raisą nie były dobrym pomysłem. Cudownie przez nią zaspokojony, nie stanął na bieżni w pełni sił. W efekcie przegrał wyścig i to w kompromitujący sposób: dobiegł do mety jako ostatni. Po śmigłym Korojbosie, niedoświadczonym Lizjaszu, a nawet zbyt starym Teagenesie. Klęska była całkowita.

Cieszył się tylko, że tego upokorzenia nie widzieli jego przyjaciele. Menander od rana był w amfiteatrze, gdzie doglądał ostatnich przygotowań przed premierą swej sztuki. Fedon, Hesperos i Mathaios również nie mogli przyjść. Oczywiście, wkrótce usłyszą o tym, co się wydarzyło, czym innym było jednak usłyszeć, a czym innym – ujrzeć na własne oczy.

Woda spłukała z niego pot oraz oliwę, którą natarto go przed biegiem. Nie mogła jednak zmyć wstydu i poczucia winy. Demetriusz marzył o tym, by reprezentować Miasto na Igrzyskach Pytyjskich – teraz zaś spełnienie owego snu znacznie się oddaliło. Wystarczyło jedno spojrzenie na trenerów z gimnazjonu, by przekonać się, jak bardzo są zawiedzeni jego słabym wynikiem. Liczyli, że jego konkurencja z Korojbosem sprawi, że obaj młodzieńcy będą bić rekordy, a w końcu jeden z nich otrzyma najwyższą nagrodę – prawo do wystąpienia w Delfach. Teraz uznali, że Demetriusz już skapitulował.

Ojciec też będzie zawiedziony, był tego pewien. Dionizjusz liczył, że wieniec zdobyty w Delfach otworzy jego synowi drogę do najbardziej prestiżowych igrzysk w całej Helladzie – rozgrywanych co cztery lata w Olimpii. Zaś triumf tam odniesiony wydatnie zwiększy jego szanse na udany debiut w polityce. Nadchodził bowiem czas, kiedy Demetriusz miał wkroczyć w życie publiczne. Po Olimpiadzie będzie miał dwadzieścia lat. Właściwy wiek, by zacząć przemawiać na agorze.

Usłyszawszy, że ktoś nadchodzi, Falerończyk uniósł powieki. Nad brzegiem basenu zatrzymał się Korojbos. Ktoś udekorował jego głowę wieńcem oliwnym, podobnym do tych, które otrzymywali zwycięzcy na igrzyskach. Zapewne przyjaciele, którzy tego dnia kibicowali mu na bieżni, chcieli w ten sposób dać do zrozumienia, że już wiedzą, kto pojedzie do Delf. Poza wieńcem był całkiem nagi, tak jak podczas wyścigu. Demetriusz podziwiał jego smukłe ciało, podobne do posągów, które oglądał w świątyniach Apollina i Hermesa. Młodzieniec był jakby stworzony po to, by wygrywać w konkurencjach, w których liczyła się przede wszystkim śmigłość.

Chociaż Korojbos był jego adwersarzem, Falerończyk złapał się na tym, że patrzenie na niego sprawia mu niepokojącą przyjemność. Od czasu rozstania z Hiperejdesem nie interesowali go inni mężczyźni, zarówno starsi i doświadczeni, jak i rówieśnicy. Jeśli jednak znów miałby sobie wybrać kochanka, z pewnością byłby to ktoś podobny do tego młodzieńca. Kto wie? Gdyby nie konkurowali o najwyższy zaszczyt, być może byłby to sam Korojbos…

– Nie przeszkadzam? – zapytał tamten uprzejmie. – Może wolisz zostać sam?

– Bez obaw. Twa obecność nie jest mi niemiła – odparł Demetriusz. – Wybacz, że nie pogratulowałem ci na bieżni. Twoi przyjaciele całkiem cię otoczyli.

– Tak… bardzo raduje ich moje zwycięstwo – Korojbos usiadł na brzegu basenu i zanurzył nogi w wodzie. Nim całkiem się w nią wsunął, ściągnął z włosów wieniec i przyjrzał mu się krytycznie. – To był ich pomysł. Moim zdaniem głupi. Nie należy kusić bogów takim pokazem pychy. Zeus nienawidzi tych, którzy szczycą się sukcesem, zanim się do niego zbliżą.

Położył ozdobę na brzegu basenu, po czym wsunął się do niego. Demetriusz spoglądał wciąż na swego konkurenta.

– Niechże pogratuluję ci teraz. Odniosłeś rano piękny triumf.

– Dziękuję ci, lecz to niepotrzebne słowa – odparł tamten. – Nie biegłem dziś lepiej niż zazwyczaj. To ty byłeś w gorszej formie.

Falerończyk nie próbował zaprzeczać.

– Pokonałeś dwóch innych zawodników.

– Których? – Korojbos parsknął śmiechem. Zaczerpnął nieco wody w dłonie i oblał nią swe włosy. – Tego młodzika Lizjasza, który pędzi jak oszalały, a w okolicy trzeciego sędziego całkiem opada z sił? A może chodzi ci o Teagenesa. Kiedyś był mistrzem, nie zaprzeczę. Ale jego dobre czasy przeminęły. Nie, Demetriuszu. W tym wyścigu mam tylko jednego prawdziwego konkurenta.

– Przepraszam więc, że sprawiłem ci zawód.

Korojbos przepłynął wzdłuż basen, po drugiej jego stronie zatrzymał się i znów spojrzał na Falerończyka.

– Nie chcę zwyciężyć w taki sposób – oznajmił. – Nie ma w tym satysfakcji, honoru ani chwały. Ponadto stracą też Ateny. Nasze Miasto zasługuje, by reprezentował je najlepszy zawodnik. Jeśli teraz poddasz walkę, nigdy nie dowiemy się, kto nim jest.

– Co zatem proponujesz?

– Pragnę, byśmy rozegrali to uczciwie. Kiedy znów staniemy na bieżni, daj z siebie wszystko. Przyjdź wypoczęty. Bądź dla mnie godnym przeciwnikiem. Jeśli jestem od ciebie gorszy, niechże przegram. Lecz jeśli jestem lepszy, chcę się o tym przekonać.

Falerończyk skinął głową.

– Dam z siebie wszystko, Korojbosie. Przysięgam.

– Liczę na to – młodzieniec odwrócił się do niego, chwycił rękoma za brzeg basenu i podciągnął się nań bez trudu. Sięgnął po jeden z ułożonych nieopodal ręczników i zarzucił go sobie na ramię. Raz jeszcze spojrzał na syna Dionizjusza i uśmiechnął się lekko. – Pozwól, że udzielę ci rady. W nocy poprzedzającej bieg zrezygnuj z wina oraz kobiet. To nie sprzyja dobrym wynikom.

Mina Demetriusza wyraźnie go rozbawiła.

– Nie czułem od ciebie przetrawionego trunku, wnioskuję więc, że chodzi o dziewczynę. Odpraw ją i wyśpij się dobrze. Niech będzie to ofiara złożona na ołtarzu zwycięstwa. Jeśli chcesz wiedzieć, ja też rezygnuję ostatnio z pieszczot słodkiej Myrriny.

Jeśli wymieniając imię jednej z najsłynniejszych heter w Atenach Korojbos miał zamiar zrobić na Demetriuszu wrażenie, to tym razem spotkał go zawód. Falerończyk bowiem spędził noc z piękną Fojbiane, która była obiektem westchnień niemal wszystkich obywateli Miasta. Kochał się także z Bakchis, równie znaną jak Myrrina. A nade wszystko, poznał Fryne, której czar po stokroć przewyższał wdzięki tamtych.

– Bywaj, Korojbosie – uniósł rękę ponad wodę. Po czym dodał: – Następnym razem cię pokonam!

– Czekam na to z niecierpliwością. Bywaj, Demetriuszu.

* * *

– Aratosie.

– Panie – na widok wkraczającego do komnaty Dionizjusza Kreteńczyk podniósł się nieco i wsparł na łokciach. – Wybacz, że nie wstanę, by cię przywitać.

– Nie ma takiej potrzeby – strateg podszedł do łóżka i przyjrzał się swemu dowódcy straży. – Dobrze wyglądasz. Lepiej niż wczoraj.

– Lepiej się też czuję. Medyk, którego mi przysłałeś, mówi, że jutro będę mógł przejść kilka kroków.

– Doskonale. Potrzebuję cię. Lizander nie jest w stanie zająć się wszystkim.

– Obawiam się, że minie wiele dni, nim znów uniosę miecz…

– Walkę zostaw Lizandrowi. Potrzebuję twego umysłu, a nie miecza.

Aratos skinął głową. Dionizjusz spojrzał na niewolnicę siedzącą przy drzwiach. Odprawił ją szybkim gestem. Zostali w komnacie sami. Strateg podszedł do stolika, na którym ustawiono dzban mocno rozwodnionego wina. Napełnił kielich, upił kilka łyków, po czym podał go Kreteńczykowi.

– Chyba już pora, byś zdał mi sprawę ze swych ustaleń. Nie było cię w Atenach ponad dwa miesiące. Co udało ci się odkryć? Wczoraj nie naciskałem, bo ledwie wróciłeś do życia. Dłużej jednak czekać nie mogę.

Aratos przyjął kielich i uniósł go do ust. Pił powoli, jednocześnie zbierając myśli. W końcu zaczął mówić.

– Tak jak nakazałeś, ruszyłem śladem Ilirów, którzy przed dwoma miesiącami napadli na twą rezydencję. Szukałem człowieka, który ich zwerbował, a potem wysłał do Aten. Założyłem, że płacił złotem, bo tylko w ten sposób namówiłby łupieżców do tak dalekiej wyprawy. W iliryjskich wioskach pamięta się ludzi, którzy przynoszą ze sobą ów kruszec.

Znowu uniósł kielich do ust. Gdy okazało się, wypił wszystko, Dionizjusz sięgnął po dzban i znów nalał mu do pełna.

– Mów dalej – nakazał.

– Ten, którego szukałem próbował zatrzeć swoje ślady. Posługiwał się różnymi imionami, raz udawał kupca, kiedy indziej – dowódcę kompanii najemników. Jednak wszędzie, gdzie się pojawił, zapamiętano jego twarz. A dokładniej dzioby po ospie, które naznaczyły jego oblicze. Ruszyłem tym tropem po portach zachodniej Hellady. Szukałem statków, na których wykupił miejsce dla Ilirów. Gospód, w których się zatrzymał. Stajni, w których zmieniał konie. W końcu coraz cieplejszy ślad zaprowadził mnie do Passaronu…

– Stolicy królestwa Epiru – Dionizjusz uniósł brwi ze zdumienia.

– Tam w końcu dowiedziałem się, kim jest twój wróg. Nazywają go Tryfonem z Ambrakii. Pochodzi ze starego, szlacheckiego rodu, który wywodzi swe pochodzenie od samego Achillesa…

– Tak jak my, Falerończycy, wywodzimy swój ród od króla Aten, Tezeusza. Każdy arystokrata pielęgnuje jakieś złudzenia. Mało mnie obchodzi, kim jest jego prapraprzodek. Czy udało ci się go dopaść?

– Nim dotarłem do Passaronu, Tryfon już stamtąd wyjechał. Kierował się na północ, a potem na północny wschód. Ścigałem go aż do granicy. Uciekł na ziemie Dardanów. Wtedy postanowiłem wracać.

Dionizjusz westchnął. Dardanowie byli najdzikszym z iliryjskich plemion. Nie budowali miast, żyli w setkach małych wsi, rozdzielonych dziewiczymi kniejami oraz łańcuchami górskimi. W ich kraju brakło dróg, a na samotnego wędrowca czyhali rozbójnicy. Pościg przez te ziemie wydawał się szaleństwem.

– Nie znam tego Tryfona, ani nikogo z jego rodu. Zastanawiam się, czemu mnie nienawidzi.

– Też zadałem sobie to pytanie. I nie spodobała mi się odpowiedź.

– Mimo to podziel się nią – stanowczo zażądał Dionizjusz.

Kreteńczyk przechylił kielich. Pił długo. Dionizjusz czekał cierpliwie.

– Ów Ambrakijczyk bywa częstym gościem na dworze w Passaronie, ale zdarzało mu się bywać też i w Pelli… – podjął Kreteńczyk. – Dwie królewskie dynastie: Ajakidzi w Epirze oraz Argeadzi w Macedonii. Dwa rody połączone sojuszem i politycznymi mariażami. Kto stanowi symbol ich jedności?

Falerończyk zrozumiał.

– Królowa – rzekł ponuro. – Olimpias.

– Matka króla Aleksandra i siostra zmarłego przed rokiem władcy Epiru. Jakiś czas temu, nie mogąc dojść do porozumienia z Antypatrem, opuściła Pellę i powróciła do swej ojczyzny. Od tego czasu knuje intrygi, jak pozbyć się regenta Macedonii. A także jego sojuszników…

– …czyli nas – stwierdził Dionizjusz. – Uderzając w stronnictwo promacedońskie w Atenach, destabilizując sytuację w Mieście, Olimpias pośrednio osłabia Antypatra. To wszystko zaczyna mieć sens…

– Co takiego? – spytał zbity z tropu Kreteńczyk.

– Mówiłeś, że ten Tryfon, którego ścigałeś, schronił się wśród Dardanów. Zdaje mi się, że tam również nie próżnował. Dardanowie powstali przeciw Macedonii, Aratosie. Wczoraj przybył do Miasta macedoński wódz, Meleager. Żąda, byśmy wsparli Antypatra w wojnie przeciw barbarzyńskim plemionom. Domaga się tego od wszystkich miast Hellady.

– Imponujący rozmach… – rzekł Aratos. – Ateny, Dardanowie… Gdzie jeszcze sięgają intrygi Olimpias?

– Nie zdziwiłbym się, gdyby działała też i w Sparcie – odparł Dionizjusz. – Po klęsce pod Megalopolis Spartanie nienawidzą Antypatra. Trzeba ostrzec macedońskiego namiestnika w Koryncie. Niech wzmocni straże na murach i gotuje się do nowej wojny.

Aratos po raz kolejny opróżnił kielich. Nie pozwolił go sobie ponownie napełnić. Musiał zachować trzeźwy umysł.

– My zaś powinniśmy się zająć agentami Olimpias w Atenach. Tryfon nie był jedynym. Po jego ucieczce z Miasta ktoś inny pilnuje tu jej interesów.

– Owa Filona, która cię otruła?

– Ktoś jeszcze. Mężczyzna, który dowodził atakiem na twą rezydencję.

Dionizjusz zastanawiał się przez chwilę.

– Celt – powiedział w końcu.

– Też go podejrzewałem. Trzeba go pojmać. Nawet jeśli to nie on, być może zdradzi coś na torturach.

– Podoba mi się twój sposób myślenia, Aratosie. Bardzo mi się podoba.

Przejdź do kolejnej części – Opowieść helleńska: Demetriusz VIII

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Zanim przeczytam(od deski do deski, po zakończeniu cyklu) pragnę zauważyć, że ilustracja jest czarowna 🙂

Losy Eurynome są niejako tragedią, choć czynisz wszystko, aby uczynić ją lodowatą i nielubianą, to jednak żywię do niej sympatię 🙂 Jej nienawiść jest wręcz niepojęta, jednak potrafię zrozumieć, że to jedyne uczucie, jakie może żywić, w swoim gorzkim, bezbarwnym życiu…

Pozdrawiam, Saima 🙂

@ Karel Godla:

Tak, mi również ilustracja bardzo się spodobała 🙂 Przyznam, że trochę ją przerobiłem (nasyciłem kolory, nieco przyciąłem), ale uważam, że to jedna z najlepszych wizytówek moich opowiadań. Porównywalna własciwie tylko z ilustracją, którą dałem przy Opowieści helleńskiej XIII.

@ Saima:

Widzisz, wbrew temu, co piszesz, tak naprawdę współczuję Eurynome i rozumiem, dlaczego życie ukształowało ją taką, jaką jest. Tak naprawdę bardzo mało w tym jej winy. Jako dziecko i młoda dziewczyna była poddana bardzo restrykcyjnemu wychowaniu, niejako tresurze, która miała ją przygotować do przyszłych obowiązków ateńskiej żony, a okaleczyła ją na zawsze. Stąd jej pruderia i niemożność czerpania rozkoszy z seksu. Później poślubiła Dionizjusza. Aranżowane małżeństwa były standardem w antycznych Atenach i trudno się dziwić, że panna młoda nie miała nic do powiedzenia w kwestii wyboru męża. Ale akurat ona trafiła bardzo kiepsko. Początkowo mogła mieć nawet dużo dobrej woli i rozbudzone oczekiwania – w końcu poślubiła mężczyznę diablo przystojnego, popularnego, wysoko urodzonego, robiącego oszałamiającą karierę. Człowieka sukcesu, kochanego przez tłumy, bohatera spod Cheronei. Dopiero później przekonała się, że Dionizjusz jest w istocie zimnym tyranem, skłonnym do brutalności i chronicznie wręcz niewiernym. Stopniowo w Eurynome budziła się niechęć, która z czasem przerodziła się w nienawiść. Kiedy uwiódł ją Kritias, prędko zauważył żarzące się węgielki, które rozdmuchał w jasny płomień. To on pchnął żonę Dionizjusza w stronę, w którą teraz zmierza. Pamiętam o tym wszystkim, gdy piszę fragmenty kreujące ową postać. I mam nawet dla niej pewną zrodzoną ze zrozumienia i zaprawioną smutkiem, sympatię. To w końcu postać prawdziwie tragiczna.

Pozdrawiam
M.A.

Oczywiście, dostrzegam jej tragizm, choć myślę, że mogą być osoby, które ulegną pierwszemu wrażeniu, które wywiera Atenka – lodowata, wredna, złośliwa, cyniczna, bezduszna, obojętna… I ocenią ją po tym.
Wierzę, że jeszcze na kartach opowieści odkryjemy ją głębiej, zakamarki złożonej psychiki, a może przejdzie jakąś gruntowną przemianę? 🙂

Pozdrawiam, Saima 🙂

Przemianę? People never change, moja droga Saimo 🙂

M.A.

Oj, never say never, mój drogi Megasie 🙂

Saima.

Ciekawe, pokój w świątyni bogini Domowego Ogniska jest miejscem zdrady :D. Podoba mi się sposób w jaki Hiperejdes tłumaczy zawiłości polityki młodym ludziom. Chciałbym zobaczyć pojedynek Aratosa i celtyckiego giganta. Szkoda że ten pierwszy ledwie żyw, ale może jakieś cudowne uzdrowienie?

Kapłanki Hestii to bardzo ironiczne kobietki, nie uważasz? 🙂

Przemówienie Hiperejdesa jest wzorowane na różnych znanych mi mowach oraz dialogach antycznych. Starałem się uchwycić tę charakterystyczną manierę poufałości, której nie przeszkadza fakt, że mówi się o sprawach ważkich, a wręcz gardłowych.

Aratos vs. Brennus? Hmmm, to byłoby takie amerykańskie 😉

M.A.

Właśnie tego słowa mi zabrakło – ironiczne :).

Może właśnie dlatego chciałbym walki tych dwóch wojowników – mimo że wolę trochę ambitniejsze kino, jednak amerykańska papka wbiła się w podświadomość ;).

A ja liczę na demagogiczny pojedynek mówców przeciwnych stronnictw. Obydwa ugrupowania są siebie nawzajem warte, jeśli chodzi o manipulowanie ludem, któremu wmawiają, że o czymś decyduje. Obiektywnie rację mają jednak cyniczni oligarchowie, przynajmniej potrafią wyczuć, skąd wiatr wieje. Za mrzonki demokratów przyjdzie zapłacić zarówno im samym jak i całemu miastu. Czyżby Dionizjusz miał doczekać się „potomka”?

Witaj, Neferze!

Pojedynku (czy raczej frontalnego starcia) demagogów jak najbardziej się doczekasz. To będzie prawdziwie wybuchowa konfrontacja.

Co do samego sensu starcia demokratów z oligarchami, możemy na to spojrzeć też inaczej – podobne spory toczyli w XIX wieku Polacy. Konserwatyści byli zwolennikami współpracy z zaborcami, rewolucjoniści/demokraci rwali się do walki o niepodległość w nadziei na to, że uzyskają możliwość samostanowienia. Kto miał rację? Z jednej strony walka nie rokowała szans na powodzenie (podobnie jak i próby podejmowane przez Ateńczyków, o czym świadczyła Wojna Lamijska, która wybuchła po śmierci Aleksandra), z drugiej, kolaborując łatwo było stracić cnotę i zapomnieć o własnej tożsamości.

Podejrzewam, że polski dylemat (stawiać opór, czy też ulec) był też dylematem wielu Hellenów przyciśniętych macedońską hegemonią.

Co się tyczy progenitury Dionizjusza – musisz czytać dalej 🙂 Do czego oczywiście zachęcam.

Pozdrawiam
M.A.

Jeśli chodzi o politykę to podobieństwo do Polskiej, nawet całkiem aktualnej jest uderzające. Chociaż jeśli chodzi o kobiety Wyszedłeś poza granice łóżka, to i tak żadna z postaci kobiecych nie wzbudziła mojej sympatii. Chociaż najbliżej jest Raisa. Niewolnice nie miały zbyt dużego wpływu na swoj los, zaś hetery i pornai budzą we mnie wstręt. Jedyna mająca wszelkie podstawy by żywić nadzieje, okazuje się dalece niegodna. Piszecie tutaj że te postacie sporo przeszły, tymczasem stając się sukami przegrały tak naprawdę swoje człowieczeństwo. O człowieku stanowią bowiem jego czyny i o ile można ubolewać nad jego historią to nigdy nie będzie ono drogą usprawiedliwienia.

Dobry wieczór!

Z ciekawości, czemu hetery i pornai budzą w Tobie wstręt? Podobnie jak niewolnice, najczęściej pornai nie miały wpływu na swój los i przeznaczenie. Jeśli zaś którejś udało się zostać heterą… to osiągała spory awans, największy, jaki był dostępny w tamtych czasach dla kobiety (nienależącej do arystokracji, dla której zamknięte były dobre perspektywy małżeńskie). Żeby zostać heterą, kobieta musiała być nie tylko mistrzynią sztuki miłości, ale też posiadać znaczący intelekt i kulturalne obycie. Owszem, niektóre z nich były wyjątkowo wrednymi kreaturami, ale były też całkiem sympatyczne (które u mnie reprezentują ateńska Fryne i koryncka Aspazja).

Pozdrawiam
M.A.

Powiedzmy że na takie podejście wywołały osobiste doświadczenia. Rzeczywiście, Fryne jest wyjątkowa. Ciekawe w jaki sposób łagodziła wszystkie te niezbyt miłe męskie uczucia które towarzyszyły jej klientom tj.: zazdrość, poczucie odrzucenia czy straty. Możliwe że starożytni nie mieli takich problemów choć trudno mi nie zaliczyć ich do tej klasy która towarzyszyła człowiekowi od dawna.

Opisałem w jednym rozdziale „Kassandra”, jak poradziła sobie z zazdrością i poczuciem odrzucenia Hiperejdesa. Fryne to była babka z charakterem i nie dawała się łatwo poskromić 🙂 Fojbiane i inne ateńskie hetery mogły się od niej bardzo wiele nauczyć.

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz