Rudowłosa IV: Druga strona cesarza (seaman)  2.78/5 (6)

37 min. czytania

Las był gęsty, ciemny i ponury. Mimo kroczących obok rycerzy, mimo terkotu kołowrotków nagonki i poszczekiwania psów, Rootselar czuł napięcie i wypływającą z niego radość. Mocniej zacisnął dłonie na drzewcu oszczepu. Nie musiał nikomu nic udowadniać, zwłaszcza ludziom, którzy byli z nim tego chłodnego wieczoru, ale i tak nie mógł pozwolić, bo spostrzegli jego emocje. Był cesarzem. Cesarze nie okazują uczuć, dobrych ni złych.

– Miłościwy panie – szepnął stojący najbliżej rycerz, Heestorf. Jego potężna sylwetka wydawała się jeszcze większa, niż zazwyczaj. – Naganiacze dają znak. Zwierzę jest blisko.

Cesarz uśmiechnął się pośród wieczornej ciemności. Co za chwila! W końcu, po dwóch dniach pościgu, cel był tuż–tuż. Olbrzym, odziany w ciężki stalowy napierśnik, musiał dostrzec grymas na twarzy władcy, bo skłonił lekko głowę.

– Co rozkażesz, panie… – mruknął wyczekująco.

– Wycofać ludzi – odparł młodzieniec. – Niech pomyśli, że odpuściliśmy.

Potężny odyniec był szczwany. Wymykał się obławie już cztery razy, mimo że za każdym razem wydawało się, iż nie ma dla niego ucieczki. Wielkie zwierzę nie bało się zaatakować łowców, czego efektem było rozharatane udo jednego ze służących i dwa psy, zabite kłami dzika. Ale teraz ofiara nie miała szansy. Zagonili ją aż do stóp Gór Przemiany, otoczyli półkolem i przyparli do kamienistego, stromego zbocza. Do zrobienia pozostało tylko jedno.

– Panowie, ze mną – mruknął Rootselar, gdy odgłosy kołowrotków ucichły. – Uważnie i z werwą, a jeszcze dziś pojemy pysznej dziczyzny.

Czterej mężczyźni ruszyli przez las. Przodem kroczył cesarz – młody wiekiem, lecz dojrzały doświadczeniem – odziany w skórzane spodnie i kubrak, na który narzucił lekką kolczugę. Za nim, niczym duchy, podążali jego najbliżsi Miecznicy. Heestorf z toporem w dłoni, niemal czterdziestoletni mąż, mimo ciężkiego napierśnika ani razu nie zasapał, nie brzęknęła żadna ze sprzączek jego zbroi. Arsted, szczupły i jasnowłosy, niezrównany mistrz fechtunku, z ulubioną szablą w prawicy. Nieco z boku przemykał Querses. Ciemnowłosy i egzotyczny mężczyzna pochodził z Wyspy Va’aich; zwyczajem Władców Koni miał na sobie jedynie lekką kurtkę z końskiej skóry, w garści zaś ściskał potężny, czterołokciowy łuk. Wprawny łucznik z tak rzadkiej i śmiercionośnej broni potrafił ze stu kroków zabić rycerza, zakutego w pełną zbroję.

Drzewa przerzedziły się, wpuszczając nieco więcej księżycowego światła. Cesarz mógł dostrzec jaśniejsze plamy skał, tu i ówdzie wystających spod gęstej trawy. Byli bardzo blisko gór.

Młody człowiek czuł tętniącą w żyłach krew. Rozpierała go radość, życiodajna energia dodawała sił, wyostrzając zmysły. Nagle zatrzymał się, unosząc zaciśniętą pięść. Dwóch żołnierzy, łucznik i szermierz, rozpierzchło się na boki, okrążając jaśniejącą pośród gęstwiny polankę. Przy władcy został olbrzymi Heestorf.

Przed nimi, przyczajony po drugiej stronie szerokiej przesieki, stał odyniec. Wielkie zwierzę wyrzucało z nozdrzy kłęby pary, głośno dysząc. Rzeczywiście, było zimno, lecz dopiero teraz Rootselar poczuł szczypiący w policzki chłód. Patrzy na nas, spostrzegł młodzieniec, widzi nas i nie ucieka.

Tak było w istocie, dzik wbijał wzrok w zbliżających się ludzi. Albo nie dostrzegł okrążających go łowczych, albo nie zwracał na nich uwagi. Słusznie rozpoznał największe zagrożenie, pomyślał cesarz z szacunkiem. Nic dziwnego, że tak trudno było choćby zbliżyć się do tej bestii.

Nagle Heestorf zaklął z cicha, unosząc topór. Rootselar wciągnął powietrze i skonstatował, że zwykły oszczep może tego dnia nie wystarczyć. Bo zwierzę zaczęło się zmieniać. Przy akompaniamencie potwornego wycia, w chmurze piachu i trawy, wyrzucanych w powietrze wierzgającymi racicami, dzik przeistaczał się w coś… innego. Cesarz gwizdnął głośno, podobnie odpowiedzieli mu okrążający bestię Querses i Arsted. Heestorf przepchnął się przed swojego władcę, szczerząc zęby.

– Wybacz, panie, ale musisz pozwolić, że ja pierwszy z nim zatańczę – rzucił przez ramię. Młodzieniec poczuł mieszaninę złości i zrozumienia – w końcu był cesarzem, Najwyższym pośród Króli. Urażona duma na bok, zdawał się mówić barczysty rycerz, bezpieczeństwo władcy jest najważniejsze.

Ale Rootselar nie był tchórzem. Nigdy. Nie chował się za plecami innych, gdy nadchodził czas bitwy. Zawsze towarzyszył pierwszej fali żołnierzy, bezpieczne dowodzenie z daleka pozostawiając starszym, doświadczonym generałom. Wiedział, że może towarzyszom ufać – jego odwaga inspirowała walczących i imponowała dowodzącym. Kochała go cała armia – od najbrudniejszego stajennego do najdostojniejszego stratega. Dlatego teraz też nie zamierzał przyglądać się z boku.

Stanął przy ramieniu Heestorfa, ze zdumieniem patrząc na wyjącą potworność, w jaką zmienił się dzik.

– Widziałeś kiedyś coś podobnego? – szepnął.

– Nigdy – odparł rycerz. – Cóż, zawsze jest ten pierwszy raz.

Skoczyli na środek polany, nim kurz zdążył opaść. Rootselar nie widział dokładnie zwierzęcia, warczącego niczym potężny pies. Zarysy olbrzymiej sylwetki, w najmniejszym stopniu nie przypominającej żadnego znanego mu stworzenia, na zawsze pozostały w pamięci młodzieńca. Masywne, stojące na tylnych odnóżach ciało zakończone było małą główką. Błysnęły oczy potwora, czerwone i wściekłe. Potężne ramiona zawirowały w szybkim młyńcu, a długie pazury ze świstem przecięły powietrze. Monstrum ruszyło na nacierających mężczyzn.

Heestorf nie czekał. Wznosząc okrzyk bojowy, natarł na przeciwnika, ciężki topór zawirował nad jego głową. Zamachnął się potężnie, żelazne ostrze wbiło się głęboko w ciało bestii. Ta zawyła z bólu, lecz nie zwolniła kroku. Rycerz o mgnienie oka zbyt późno puścił broń, znalazł się za blisko odmieńca. Sięgnął do boku, szukając dłonią rękojeści sztyletu, ale nie zdążył wyciągnąć noża. Potwór uderzył mężczyznę na odlew tak mocno, że zajęczała stal napierśnika. Heestorf sapnął i przeleciał obok cesarza, wyrzucony mocarnym ciosem. Z nieprzyjemnym odgłosem gruchnął plecami o pień najbliższego drzewa.

Czerwone oczka zwróciły się na Rootselara, nadal trzymającego oszczep w dłoniach. Cesarz nie zadrżał, w jego głowie nawet na chwilę nie zagościł strach. Pamiętał pierwszą lekcję starego mistrza fechtunku, powtarzaną potem tysiące razy podstawową zasadę walki: kto boi się, że przegra, już przegrał.

Nie lękał się porażki. Nie zastanawiał nad niebezpieczeństwem. Zadziałał instynktownie, tak, jak wielokroć wcześniej. Gdy zwierzę skoczyło na niego, zaparł się nogami o ziemię, wbijając koniec oszczepu w piach. Ostrze błysnęło, gdy pochylił się w przód i wbiło w masywną pierś bestii. Ryk bólu i wściekłości przetoczył się po lesie, gęsta ślina spryskała twarz cesarza. Nie zważając na ranę, potwór naparł na młodzieńca. Ciemna, niemal czarna krew trysnęła dookoła. Raptem rozległ się suchy trzask i oszczep pękł w dłoniach Rootselara. Ten, w ostatniej chwili dając posłuch instynktowi, dał susa w bok i potoczył się po piachu, a tuż obok niego z łoskotem zwaliło się potężne cielsko zwierzęcia. Cesarz podniósł się na rękach, wypluwając piasek z ust, gdy usłyszał głuchy pomruk. Zerknął z ukosa i po raz pierwszy poczuł strach. Bo potwór wstawał. Wbrew wszelkiemu rozsądkowi uniósł porośnięty ciemną sierścią łeb i zarył pazurami w ziemi, szukając lepszego podparcia. Młodzieniec obrócił się na plecy i niezgrabnie odpełzł w tył, byle dalej od drapiących, potężnych łap. Świsnęła strzała, potem druga, obie ugrzęzły w czaszce bestii. A potem nadbiegł Arsted, wysoko unosząc srebrzystą głownię szabli. Uderzył raz, szarpnięciem wyrwał ostrze z ciała bestii i zadał drugi cios, niemal odrąbując stworzeniu głowę. Olbrzym w końcu znieruchomiał, wylewając z siebie kałużę parującej krwi.

Querses przeskoczył zwinnie nad ubitym zwierzęciem i podbiegł do leżącego władcy. Wyciągnął rękę, pomagając cesarzowi wstać. Obaj spojrzeli w kierunku Arsteda, który pochylał się nad Heestorfem.

Jasnowłosy mężczyzna odwrócił się, jak gdyby poczuł ich spojrzenie. Pokręcił głową w milczeniu. Widząc gest towarzysza, Querses zagwizdał głośno, przeciągle. Na jego wezwanie odezwały się rogi, błysnęły pochodnie. Po chwili polana zaroiła się od żołnierzy.

Rootselar, otoczony kordonem odzianych w szkarłatne stroje Mieczników, członków przybocznej gwardii cesarskiej, nakazał zanieść obydwa ciała do obozu. Jeszcze nie opanował emocji po niedawnej walce, ale głos miał spokojny, a wyraz twarzy pewny siebie. Nie mógł okazać lęku czy smutku po śmierci jednego z najbliższych mu ludzi. Był cesarzem, a cesarz ulepiony jest z zupełnie innej gliny, niż zwykły śmiertelnik. Żołnierze zerkali to na potworne ścierwo, to na młodego władcę, a w ich oczach rósł coraz większy podziw. Widząc to, Rootselar poczuł zadowolenie. Opowieści o dzisiejszej nocy będą przekazywane tak długo, aż dotrą do najdalszych krańców kontynentu. Tak powstaje legenda, pomyślał, legenda o nieustraszonym, nieśmiertelnym Cesarzu. Nie chodziło mu o sławę czy poklask gawiedzi. Młodzieniec zdawał sobie sprawę, że państwo znajduje się w przededniu wojny. Jeszcze nie wiedział, z kim przyjdzie mu walczyć. Rozumiał jednak doskonale siłę przekazu takiej legendy. Była mu potrzebna z dwóch powodów: by zwiększyć morale swojej armii i wbić szpikulec niepewności w serca przeciwników.

Nim obydwa trupy zdążyły ostygnąć, Rootselar miał już gotowe rozkazy dla Baltazara Fency’ego, szefa cesarskiego wywiadu. Gdy rozpoczynała się uczta na cześć władcy, dziewięciu gońców wyruszyło z obozowiska, każdy z listem zawierającym instrukcje dla ludzi Baltazara, rozlokowanych w stolicach wszystkich prowincji Cesarstwa. W ten sposób rodziła się historia.

***

Następnego ranka, ledwie słońce pojawiło się na niebie, Rootselar był już na nogach. Zawsze wstawał wcześnie, niejednokrotnie zaskakując swoich giermków i Mieczników. Nie potrzebował dużo snu, nawet po nocy spędzonej przy winie i pieczonej dziczyźnie. Poza tym wiedział, że musi być tym pierwszym – najodważniejszym, najbardziej pracowitym, najlepiej zorganizowanym. Korona cesarska dawała niemal nieograniczoną władzę, ale jej noszenie wiązało się z wieloma obowiązkami. Młody, ledwie dwudziestotrzyletni mężczyzna zdawał sobie z tego sprawę. W końcu przez niemal całe życie był przygotowywany przez ojca i jego nauczycieli do jednej, bardzo trudnej roli.

Nie był najstarszym z synów Feerstera Starego i początkowo nie jemu korona była przeznaczona. Ale gdy podrósł do wieku sześciu lat i okazało się, że rozsądkiem i lotnością umysłu przerasta zarówno wszystkich rówieśników, jak i swojego ośmioletniego brata, Dessy’ego, cesarz ojciec zaczął inaczej patrzeć na obu chłopców. Pół roku później, podczas dyplomatycznej wizyty w królestwie Seiver, leżącym nad południowym brzegiem Morza Zatokowego, Dessy, najstarszy z synów Feerstera, spadł z pałacowego balkonu na kamienny dziedziniec i roztrzaskał się na bruku jak przejrzały melon. Zdarzenie to miało dwojakie konsekwencje. Wściekły cesarz ojciec wezwał wszystkie chorągwie i po miesiącu przypłynął do bram stolicy Seiver, Białej Wody, żądając zadośćuczynienia za śmierć pierworodnego. Król Seiver, przerażony widokiem cesarskiej armady, poddał się bez walki i został lennikiem Feerstera. Zaś mały Rootselar stał się prawowitym dziedzicem tronu.

Teraz, z perspektywy minionych lat, młody władca był pewien, że śmierć Dessy’ego – grubego, nieśmiałego ośmiolatka – nie była przypadkowa. Nie miał żadnych dowodów, ale przeczucie podpowiadało mu, iż za wszystkim stał Feerster. Z jednej strony wstrętem napawała Rootselara myśl o zabijaniu własnych dzieci, z drugiej zaś rozumiał postępowanie starca. Ofiara, złożona przez Dessy’ego, nie poszła na marne. Cesarstwo zdobyło przyczółek na południowym brzegu morza i, co być może było ważniejsze, koronę odziedziczył człowiek lepiej nadający się do wykonywania niewdzięcznej, trudnej pracy, jaką było rządzenie.

Młodzieniec wyciągnął dodatkowe wnioski z tego zdarzenia. W ciągu pół roku od śmierci Feerstera pozbył się wszystkich braci, kuzynów i bękartów ojca, którzy mogliby stać się zagrożeniem dla jedności tronu i bezpieczeństwa nowego władcy. Ciężkie to było zadanie, niewdzięczne i ponure, ale musiało zostać wykonane. W tym trudnym okresie Rootselar znalazł wielu dobrych ludzi, którzy wiernie i z oddaniem wykonywali jego rozkazy; dwóch okazało się szczególnie przydatnych. Jednym z nich był Baltazar Fency. Drugim – Verne den Kuntz, potężny mag i doskonały polityk.

Tego ranka, ledwo cesarz obmył twarz i ubrał się w wyszywany czerwoną nitką kubrak, jeden z Mieczników, stojących przy wejściu, zaanonsował przybycie Kuntza.

Rootselar szepnął gwardziście kilka cichych słów, po czym skinął głową przyzwalająco i mag został wpuszczony do olbrzymiego namiotu. Był wysokim, postawnym mężczyzną o nieprzeciętnie przystojnej, smagłej twarzy, szerokim w barach i wąskim w talii. Poruszał się bezszelestnie, a z jego sylwetki biła pewność siebie i siła.

Skłonił się lekko, zgodnie z etykietą dotykając czoła czubkami palców prawej dłoni.

– Miłościwy panie – przywitał się i zamarł w oczekiwaniu na odpowiedź.

Młody cesarz lubił tego lekko zarozumiałego, piekielnie inteligentnego człowieka. Jeden z niewielu, którzy nie okazują mi panicznego strachu, pomyślał. Do takich należał również Heestrof, którego zimne ciało balsamowano w tej właśnie chwili, przygotowując je do drogi powrotnej. Coraz mniej mam przyjaciół, skonstatował władca. Po czym, spostrzegłszy, że czarodziej wciąż stoi z uniesioną do czoła ręką, chrząknął na powitanie i przysiadł na jednym z drewnianych zydli, w nieładzie porozstawianych wokół niedużego stołu.

– Siądź, Verne, siądź i napij się czegoś. Wody? Wina? Piwa? – spytał.

Czarodziej usiadł naprzeciwko władcy i potarł twarz. Wyglądał na zmęczonego.

– Dziękuję, nie skorzystam. Całą noc badałem ścierwo tego stworzenia, które zaatakowało waszą miłość w lesie – mruknął. – Znalazłem ślady magii, co było oczywiste. Nienaturalne mutacje, organy wewnętrzne przekształcone tak, by dokonać przemiany, gdy zwierzę znajdzie się blisko ciebie, panie… Wszystko wskazywało na potężnego sprawcę.

Rootselar nalał do kielicha odrobinę wody i umoczył usta. Poczuł na języku smak magicznej odtrutki, dodawanej zwyczajowo do wszystkich potraw i napojów, jakie mu serwowano. Przyzwyczaił się do tej kwaskowatej nuty we wszystkim, co spożywał. Niestety, specyfik niszczył wszelką przyjemność z picia jakiegokolwiek alkoholu, więc cesarz pił jedynie wodę.

– Czy odkryłeś, kto stoi za tym zamachem? – spytał, odstawiając naczynie na stół.

– Niestety. – Kuntz wzruszył ramionami z rezygnacją. – Nie spodziewałem się dodatkowego czaru samopalenia i tuż przed świtem.. powiedzmy, że zostałem zaskoczony. Dobrze, że nie spaliło się nic, poza moim namiotem. No cóż, straciłem wszystkie próbki. Moja wina, miłościwy panie.

– Trudno. – Cesarz wstał. – Wierzę, że odkryjemy sprawców innymi sposobami.

Podszedł do czarodzieja i położył mu dłoń na ramieniu.

– Wierzę, że się starałeś – dodał. – Nie czuj się odpowiedzialny.

Jego rozmówca spojrzał w górę, wprost w oczy młodzieńca.

– Jestem odpowiedzialny – odparł. – Przynajmniej we własnym mniemaniu. Powinienem był wyczuć aurę, ostrzec cię, panie. Zawiodłem cię.

– Daj spokój, mówię. – Rootselar odwrócił się i podszedł do swojego łoża. Narzucił na ramiona ciepły płaszcz. – Nie ma co nad tym dysputować bez potrzeby. Wierzę ci, i to wystarczy.

Młodzieniec wiedział, co mówi – czarodziej powiedział prawdę. Szkolenie, jakie władca przeszedł w ogrodach Gaardes, umożliwiało mu między innymi rozpoznawanie kłamstw. Niechętnie używał tych metod w stosunku do najbliższych mu ludzi, ale dawno nauczył się jednego: cesarz nie może nikomu całkowicie zaufać.

– Czy udało ci się ustalić cokolwiek wiążącego? – spytał, spoglądając na czarodzieja.

– Cóż, nie mam twardych dowodów, niestety… Ale – Kuntz zawahał się na moment, po czym ciągnął dalej. – Żeby rzucić podobny czar na dzikie zwierzę, potrzeba nie lada kunsztu. W tej chwili żyje dwóch, może trzech ludzi, zdolnych do takiej sztuczki.

– I są nimi…?

– Mordimer Stary, najstarszy spośród Siedmiu. Hejnert, zdrajca i renegat.

– I ty – dodał po chwili cesarz.

– I ja – zgodził się mag. – Możemy założyć, że to nie Mordimer, nie rusza się ze swojego zamku za często, a musiałby być w pobliżu, żeby wszystkiego dopilnować. Nie ja, z oczywistych względów.

– Z oczywistych względów – powtórzył cicho młodzieniec. – Więc pozostaje nam Hejnert. Nieuchwytny, sprytny Hejnert.

– Jestem na jego tropie – rzucił Kuntz. – Mój człowiek…

– Ach, twój człowiek – przerwał mu Rootselar. – Tajemniczy pan Nirgard. Z chęcią poznam go osobiście – dodał chłodno.

Czarodziej skłonił lekko głowę.

– Stanie się tak, miłościwy panie, jak tylko wróci z Gór Załomu. Przebywa teraz w Gaardes, przeszukuje tamtejsze magiczne księgi.

– Hm, rozumiem. W celu…?

– Po pierwsze musimy się dowiedzieć, co za stworzenie zabiło twoją kuzynkę, Lidię. Po drugie, jak to coś powstrzymać. I po trzecie – w jaki sposób usidlić samego Hejnerta.

Cesarz zamyślił się na moment.

– Mam rozumieć, że studia Nirgarda pomogą nam w znalezieniu odpowiedzi na pytania, o których wspomniałeś?

– Mam taką nadzieję, wasza miłość. Na te i na mnóstwo innych.

Rootselar wzruszył ramionami, jakby w ten sposób chciał zamknąć sprawę.

– Dobrze, magu – powiedział. – Jak tylko twój człowiek wróci z ogrodów Gaardes, ma się natychmiast zjawić u mnie. Mamy z nim kilka spraw do omówienia. Dalej badaj sprawę tego wczorajszego dzika, ale nie podejmuj żadnych działań, dopóki nie dostarczysz mi jakiegokolwiek twardego dowodu na potwierdzenie oskarżeń w stosunku do Hejnerta czy innego czarodzieja. Rozumiesz?

Kuntz wstał i ukłonił się oficjalnie, z dłonią przy czole.

– Tak, wasza miłość – odparł. – Wszystko jasne. Czy to wszystko, panie?

– Tak, Verne. – Rootselar podszedł do smagłego mężczyzny i położył mu dłoń na ramieniu. Spojrzeli sobie w oczy. – Nie obwiniaj się za wczorajsze, skup się raczej na odkryciu prawdy. A teraz idź, pakuj się, jeszcze dziś wyruszamy do De Engel.

Kuntz pokiwał głową. Odwrócił się i wyszedł z namiotu.

Cesarz odczekał, aż kroki śniadolicego czarnoksiężnika ucichną, po czym odwrócił się w kierunku swojego łoża.

– Baltazarze – mruknął. – Jesteś tutaj?

Jedna z płóciennych ścian drgnęła, po czym odwinęło się sprytnie zamaskowane rozcięcie i wezwany człowiek stanął w ukłonie przed młodym władcą.

– Nie widział cię? – spytał Rootselar.

Zapytany pokręcił głową i, obchodząc wysoki siennik, zbliżył się do stołu. Poczekał na przyzwalający gest, po czym nalał sobie wino do kielicha. Niewysoki, chudy mężczyzna, w trudnym do określenia wieku, mógł być zasuszonym, zmęczonym życiem trzydziestolatkiem, choć równie dobrze mógłby już przekroczyć sześćdziesiątkę, i po prostu dobrze się trzymać. Choć, znając trudy jego zawodu, prawdziwsza była chyba ta pierwsza wersja, pomyślał cesarz, popijając wodę. Zasuszona postać, zwieńczona łysą głową, mogłaby u osoby postronnej wywołać uczucie politowania, śmieszności nawet. Ale byłby to największy i prawdopodobnie ostatni błąd w życiu kogoś takiego. Bowiem szpieg był diabelnie bystrym człowiekiem, przebiegłym i wprawnym w swoim fachu. A do tego doskonale posługiwał się nożem.

– Nie mógł mnie zobaczyć – stwierdził cicho Baltazar Fency, pocierając wydatny nos. On zawsze mówi cicho i spokojnie, zauważył młodzieniec. – Mikstura niewidzialności połączona z eliksirem antymagicznym czynią cuda.

– Uzależnisz się od tego wszystkiego – stwierdził bez wesołości Rootselar.

– Z jednej strony to dobrze dla waszej miłości – odparł Fency. – Szpieg na smyczy narkotycznej używki to wierny szpieg.

– No, ale z drugiej trochę gorzej. Nie chcę, żeby te świństwa ograniczały twój umysł.

– Tego miłościwy pan nie musi się obawiać. – Monotonny ton mógł zirytować, ale władca wiedział, że to jedna ze sztuczek Baltazara, i dawno się na nią uodpornił. – Biorę również specyfik, poprawiający wydajność tegoż.

– Bogowie, czy na wszystko są jakieś magiczne specyfiki?

– Na większość rzeczy, mój panie – odparł Fency. – Na szczęście wasza miłość nie musi się nimi posiłkować, ale… cóż… w moim zawodzie…

– Dobrze. – Rootselar odstawił puchar. – Do rzeczy. Masz śledzić Kuntza, ale tak, żeby ten się nie zorientował. Jasne?

– Skoro do tej pory nie zauważył…

– Tego nie wiemy. Masz być bardzo uważny – cesarz był skupiony, starał się szybko przeanalizować poprzednią rozmowę i dostrzec jakieś wskazówki, podpowiedzi. – Nirgard. Wiesz, gdzie jest?

Szpieg pokręcił głową ze smutkiem.

– Niestety, wasza miłość. Wiemy, gdzie NIE jest: nie ma tego człowieka ani w stolicy, ani w ogrodach Gaardes. To pewne. Ale od kilku tygodni nie możemy go odnaleźć. Zapadł się, jak kamień w wodę.

Od kilku tygodni, powtórzył w myślach cesarz. Od spotkania z tym siwowłosym zabójcą, Giddionem bodajże. Albo obydwaj doszli do jakiegoś porozumienia, które wymagało ukrycia się Nirgarda, albo się nie dogadali i jeden poderżnął drugiemu gardło. Niestety, gruba właścicielka burdelu, Denea, nie powiedziała nic szczególnego, nawet po tym, jak przysmażono jej małe stópki żelazem. Podobnie żadna z dziwek, choć im akurat nic się nie przypaliło.

Rootselar nie lubił niewiedzy. Bardzo chciał spotkać się z Nirgardem i był zły, że nie może. Choć na potrzeby Verne den Kuntza zamknął oficjalnie temat i nie drążył już kwestii zdarzeń w Oberży pod Łbem Byka, nadal interesował się tamtą sprawą. Nagle okazało się, że durna bijatyka wśród zbirów urosła do miana ważnego wydarzenia. A to z dwóch powodów. Jednym z nich były księgi tego grubasa, Maca. Który, według słów Fency’ego, mógł zapisać w nich bardzo dużo ciekawych rzeczy. Rootselar wierzył swojemu szpiegowi, może nie bezgranicznie, ale na tyle, by zapałać chęcią przeczytania owych zapisków. Poza tym, była jeszcze sprawa śmierci Lidii, głupiej brzyduli, która musiała dać się pożreć jakiemuś diabelstwu dopiero po tym, jak wyszła za mąż za starego Tardena. A teraz cesarz miał na głowie i wściekłego Wilhelma, i jego popleczników z północnych prowincji. Bardzo chciał rozwikłać tę zagadkę i zamknąć pyski szlachetnie urodzonym krzykaczom bez konieczności pacyfikowania ich ziem. No, i potrzebował złota z Borre.

A z niewyjaśnioną śmiercią Lidii, zwanej w rodzinie Brzydulą, związany był tajemniczy czarodziej Hejnert. Raz ponoć martwy, za chwilę podobno już żył… Ciekawa postać, stwierdził młodzieniec. Bardzo chciałbym go poznać. No, i tę jego rudowłosą piękność, która sama jedna wymordowała wszystkich swoich kamratów. Choć podobno nie była już tą samą ognistą niewiastą, bo Hejnert zmienił jej wygląd.

Zbyt dużo pytań. Za mało informacji.

– Wciąż za mało wiemy, miłościwy panie – Fency jakby czytał cesarzowi w myślach. – Za mało, niestety.

– O ile pamiętam, to twoja działka, Baltazarze – warknął Rootselar. – To ty jesteś od odkrywania tajemnic i wyciągania ich na światło dnia. Coś ciężko ci ostatnio idzie ta robota.

– Mam potężnych wrogów, najjaśniejszy panie – odparł szpieg cichym tonem, nie zrażony wybuchem władcy. – Ale i tak wyprzedzam ich o włos. Wiem na przykład, czemu chłopiec Kuntza spotykał się z Monne’em.

– Jeśli tak jest, to i tak nikogo nie wyprzedzasz. Śmiem domniemać, że Kuntz również to wie – rzucił cesarz kwaśno. – Tylko mnie nikt jakoś nie wtajemnicza.

– Chodziło o Siilvę de Rocrey, tę rudą – ciągnął Fency. – Monne dostał na nią zlecenie. Jednego natomiast Kuntz nie wie: siwowłosy nie wykonał zadania, gryzie piach gdzieś w Enisferry.

– Czemu akurat tam?

– Tam spotkał się ze swoją dawną przyjaciółką, która nie była zbyt gościnna.

– Ach, faktycznie – żachnął się młodzieniec. – To tam uciekli Rocreyowie.

– Dokładnie, wasza cesarska mość – potwierdził Fency. – Ale młodej Siilvy już tam nie ma. Z tego, co mi wiadomo, ruda przeprawiła się przez Góry Przemiany i usilnie stara się odnaleźć Nirgarda. Podobno w trakcie spotkania z Monne’em życie postradał jeden z jej kuzynów. To dodatkowo motywuje dziewczynę do poszukiwań.

– A ten cały Nirgard?

– Cóż, ani on, ani Kuntz nie wiedzą, że dziewczyna przeżyła – szpieg wzruszył ramionami. Spojrzał na Rootselara, a ten drgnął, widząc wielkie, nienaturalnie rozszerzone źrenice mężczyzny. – Szczeniak schował się raczej na wszelki wypadek, zresztą wie, że ja też go szukam, więc poczuł ogień w… poczuł się niepewnie.

– Jesteś pewien, że Kuntz nie dowiedział się już o śmierci zabójcy?

Baltazar Fency milczał przez sekundę.

– Tak – powiedział w końcu. – Gotów jestem dać za to głowę.

Cesarz cmoknął w zamyśleniu.

– Dobrze, niech więc myśli, że dziewczyna nie żyje. Rozpuść informację o jej pogrzebie, o żałobie i takie tam. – Myślał teraz intensywnie, starając się powiązać wszystkie fakty i wyciągnąć z nich jakieś wnioski. – Może dzięki temu Nirgard się pokaże. W tym samym czasie masz zrobić kilka rzeczy. Każda z nich jest bardzo ważna. Rozumiesz?

– Oczywiście, miłościwy panie – padła spokojna odpowiedź.

– Masz śledzić Kuntza i dowiedzieć się wszystkiego, co czarodziej wie na temat wczorajszego zdarzenia. Mówił prawdę, choć nie zawsze. Muszę wiedzieć, co ukrywa. Poza tym, masz znaleźć tę de Rocrey, zanim zdążą się pozabijać z Nirgardem. Potrzebuję obydwojga, ale jakbym miał wybierać, ważniejsza jest dziewczyna. Bo dzięki niej dowiemy się, co zdarzyło się w tej karczmie. I dotrzemy do Hejnerta. Jasne?

– Jak poranne słońce, wasza miłość – odparł Fency.

– Wobec tego, nie zatrzymuję cię już dłużej, Baltazarze. Na pewno jesteś bardzo zajęty, a i ja muszę szykować się do drogi.

– Jak rozumiem, wyruszamy do De Engel? To cudownie, nienawidzę lasów i takich tam – szpieg zauważalnie wzdrygnął się z obrzydzeniem, po raz pierwszy okazując jakiekolwiek emocje. Wstał, ukłonił się oficjalnie i wyszedł przez rozcięcie w ścianie namiotu, zostawiając młodego władcę samego.

Ten obszedł niespokojnym krokiem swoją kwaterę, po czym wrócił do stołu. Zawołał na straż, a gdy jasnowłosy Arsted pokazał się w wejściu, nakazał zwinięcie obozu. Teraz, gdy nie było już ścierwa ubitej wczoraj poczwary, należało wracać do stolicy. Trzy dni do domu, a dużo do zrobienia, pomyślał Rootselar. Cóż, ojciec całe życie powtarzał, że władza to najgorsze, co może spotkać człowieka.

***

Wjazd do miasta musiał być uroczysty. Niestety. Mury na Ostrokole wypełnione były gwardzistami, ubranymi w tradycyjne czerwone płaszcze Mieczników, a nad bramą zawisł potężny sztandar cesarski, ze skrzydlatym jednorożcem, wyhaftowanym złotą nicią. Rootselar skinął głową, witając się z oddającym honory dowódcą straży, i przejechał pod łukiem bramy. Uliczny gwar przycichł nieco, mieszkańcy De Engel przystawali i pochylali czoła, odgrodzeni od swojego władcy szpalerem żołnierzy. Młodzieniec szybko przemierzył dolne miasto, kierując konia ku Twierdzy na Wzgórzu. Był zmęczony, brudny i od zawsze nie lubił przejazdów ulicami metropolii. Za murami Twierdzy było cicho, spokojnie i nie śmierdziało tak mocno, jak w mieszkalnej części stolicy. Drewniane, grube skrzydła oddrzwi zatrzasnęły się z głośnym hukiem za ostatnim Miecznikiem z cesarskiego orszaku i Rootselar od razu poczuł ulgę. Nie lubił pokazywać się publicznie, nie czuł się swobodnie tam, na zewnątrz.

Twierdza, wzniesiona przez protoplastę rodu, Aardala Mocarza, mimo prób poprawienia jej wyglądu przez późniejszych rezydentów, nadal tchnęła prostotą i surowością. Mury i strzeliste wieże, wieńczące każdy z narożników budowli, wykonane były z ciemnej, twardej skały, wykopanej u korzeni klifu, na którym powstało miasto. Ciężki do wydobycia, czarny surowiec był bardzo wytrzymały, lecz szyby kopalni dawno się zawaliły lub zostały świadomie zasypane i nie było już dostępu do budulca. Tu i ówdzie widać było jaśniejsze plamy zwykłego kamienia, użytego do niezbędnych prac naprawczych. Wysokie, wąskie okna, jakimi poprzecinano płaszczyzny ścian, idealnie spełniały zadania obronne, natomiast nie wpuszczały zbyt dużo światła słonecznego do środka. Dlatego, mimo że ciemne mury pozwalały dobrze nagrzać pałacowe komnaty, wewnątrz stale panował półmrok.

Władca zsiadł z konia i oddał wodze stajennemu. Służba zaroiła się wokół niego, podsuwając wodę, wilgotne ręczniki, suszone owoce. Niecierpliwie odepchnął wyciągnięte ręce i wbiegł po szerokich schodach do wnętrza budynku. Jedyne, na co miał teraz ochotę, to sen.

Dotarł do komnat cesarskich i padł zmęczony na łoże. Ale młodemu władcy jeszcze nie dane było odpocząć.

***

Znów śnił swój sen. Widział już te same sceny niezliczoną ilość razy, pamiętał dobrze wszystkie szczegóły i zdawał sobie sprawę, co się stanie za chwilę. Lecz nie potrafił wyrwać się z objęć koszmaru, jedyne co mógł, to brnąć głębiej w labirynt sennych majaków.

Kroczył środkiem sali tronowej. Panował półmrok, poprzecinany wpadającymi przez wysokie okna smugami światła, ostrymi niczym miecze. Nie musiał się rozglądać, wiedział że spomiędzy wielkich, wysokich kolumn przyglądają mu się nieruchomi przodkowie. Ich kamienne twarze i potężne postacie, wiernie odtworzone przez zręcznych artystów, wpatrywały się w idącego człowieka z zimną, martwą obojętnością. Ale patrzyły. A on czuł, jak pod wpływem ich spojrzeń z każdym krokiem maleje i kurczy się, stając się na powrót dzieckiem. Sala była długa, rząd kolumn i przyczajonych w cieniu władców wydawał się nigdy nie kończyć.

Gdy Rootselar wreszcie stanął u stóp mlecznych schodów z marmuru, wiodących ku białozłotemu, błyszczącemu jasno tronowi, był już małym, sześcioletnim chłopcem i jedyne, na co miał ochotę, to krzyknąć głośno o pomoc. Wiedział jednak, że poza nim nie było nikogo w wielkim gmachu i wołanie na nic by się nie zdało.

Jednak nie był zupełnie sam. Na wprost siebie, na najwyższym stopniu schodów dostrzegł drugie dziecko. Inny chłopiec, wyższy od niego, był pulchny i jasnowłosy. Odziany identycznie jak Rootselar, stał tyłem do niego, usiłując wdrapać się na siedzisko cesarskiego tronu. Nie, chciał krzyknąć sześciolatek, nie wolno ci! To moje miejsce! Ale nie był w stanie wydobyć z siebie nawet pojedynczej sylaby.

Wyciągnął dłoń i wskoczył na gładkie stopnie. Lecz chociaż biegł najszybciej jak mógł, nie potrafił przybliżyć się ani na krok do sapiącego z wysiłku grubasa. Wściekły i bezradny, zatrzymał się w końcu i opuścił wyciągnięte ramię. Wtedy starszy chłopiec zamarł na chwilę bez ruchu, a potem powoli, nie spiesząc się, odwrócił w kierunku Rootselara. A ten, choć doskonale wiedział czyją twarz ujrzy, zadrżał ze strachu – tak samo, jak dziesiątki razy przedtem.

Usta, otwarte do krzyku, przerażone i rozbiegane oczy. Zmierzwiona, jasna grzywka. I krew. Wszędzie. Na rozbitych wargach, połamanym nosie, a przede wszystkim na szarej tunice – ciemne zygzaki, przecinające delikatny materiał ostrymi maznięciami. Stojący na dole chłopiec, który jeszcze przed chwilą był cesarzem, poczuł łzy, cieknące po policzkach. Wściekły na siebie, bo przecież władca nie może okazywać słabości, chciał unieść dłonie i zetrzeć haniebną wilgoć z twarzy, ale nie miał siły. Nagle poczuł delikatny ruch powietrza. Przypomniał sobie, co zaraz nastąpi. Skulił się cały, jakby w oczekiwaniu na uderzenie. I wtedy usłyszał głosy.

– Taki mięczak nie może zasiąść na tronie! – syknął ktoś z lewej strony.

– Absolutnie, kto to widział – warknął inny głos po prawicy malca.

– Wiesz, co należy zrobić, prawda, chłopcze? – Rootselar aż podskoczył, mimo że ostatnie słowa były zaledwie szeptem. Ale ten, kto je wypowiedział, znajdował się tuż za nim. Chłopczyk zadrżał, czując smród potu i niemytego ciała. TUŻ ZA NIM. Zacisnął powieki ze strachu. – Wiesz?

Szept przeszedł w syk, długi i mrożący krew w żyłach. I gdy wydawało się, że ten przerażający dźwięk nigdy się nie skończy, przerwał go głośny, bolesny okrzyk. Rootselar otworzył raptownie oczy, z jednej strony ciesząc się, że nie musi już słuchać syczącej potworności, a drugiej zaś, czując lodowate dreszcze na plecach. Bo wiedział, że nadchodzi koniec.

Tuż przed nim pojawił się okrwawiony grubasek. Wydawał się olbrzymi, a to dlatego, że stał na stopniu powyżej, pochylając się nad skulonym dzieckiem. Malec dokładnie widział połamane zęby i świeżą krew, gdy pulchny chłopak uśmiechnął się szeroko. Po krągłych policzkach stojącego przed nim dzieciaka płynęły czerwone łzy, znacząc twarz makabrycznymi smugami. Rootselar bardzo chciał odwrócić się i uciec. Ale nie był w stanie wykonać najmniejszego ruchu.

Jasnowłosy chłopiec uniósł ramię, w dłoni błysnęła stal. Promień słońca rozszczepił się na czerwonym klejnocie wpuszczonym w rękojeść, zalewając twarz Rootselara karminową, krwawą poświatą.

– Nie odbierzesz mi tego! – krzyknął grubas. – Tron należy do mnie!

W momencie, w którym zakrwawiony chłopiec zadał cios, cesarz otworzył oczy. Leżał w swoim łożu, cały mokry i przez dłuższą chwilę musiał sobie przypominać, gdzie i kim jest. Usiadł i sięgnął po dzban z wodą. Nalewając chłodny płyn do zdobnego kielicha, zamarł na moment. Zapatrzył się na leżący na stoliku sztylet – długie, wąskie ostrze wykonane było w całości z białego złota, a w rękojeści tkwił wielki, czerwony rubin. Była to broń, należąca niegdyś do Feerstera Starego, cesarza ojca.

Bogowie, pomyślał młodzieniec, dotychczas w tym piekielnym śnie nie widziałem tego noża ani razu.

Nie udało mu się już zasnąć, leżał tylko i wpatrywał się w powałę komnaty, na której chybotliwie tańczyły refleksy światła pochodni, wpadającego do środka przez wąskie okna.

***

Rootselar nie potrafił zapomnieć o koszmarze. Nie pierwszy raz przeżył taką noc i zapewne nie ostatni. Czasem szybko otrząsał się z ponurego nastroju, ale tego dnia nie mógł sobie z nim poradzić. Chodził nieobecny myślami, nie umiał skupić się na podstawowych rzeczach. Szybko odprawił ambasadora jakiegoś odległego państewka, który miał na swoje nieszczęście spotkanie wyznaczone właśnie tego dnia. Nie zjadł prawie nic na śniadanie, ledwie kilka owoców w południe.

Cały czas miał przed oczami zmasakrowaną twarz Dessy’ego, w uszach słyszał rozpaczliwy krzyk starszego brata. Nie rozumiał swojego zdenerwowania. Przecież nie był w najmniejszym stopniu odpowiedzialny za jego śmierć. To nie jego wina, że był tym sprytniejszym, mądrzejszym dzieckiem. Zresztą, wtedy nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że w jakiś sposób przerastał nieporadnego, ślamazarnego brata. Więc czemu teraz odczuwał coś na kształt wyrzutów sumienia? Dlaczego duch zmarłego przed siedemnastu laty krewniaka odwiedzał go w snach aż do tej pory? Czyżby za mało żałował tamtej śmierci, która przecież przyniosła Cesarstwu jedynie korzyści? Czy Dessy tego nie rozumiał? Czasem trzeba coś poświęcić dla wyższego dobra. Gdyby jego poproszono o oddanie życia dla ojczyzny, zrobiłby to bez wahania.

Cesarz potrząsnął głową, zirytowany ponad miarę. Nie chciał myśleć o przeszłości, tyle ważnych wyzwań czekało na niego w najbliższym czasie, tron potrzebował władcy zdecydowanego, odważnego i pewnego siebie, a nie bojaźliwego człowieka, wciąż zapatrzonego w przeszłość. Młodzieniec chwycił stojący na stole dzban i cisnął naczyniem o ścianę. Oprzytomniał na chwilę. Muszę stąd wyjść, pomyślał, bo zaraz się uduszę.

Nogi same poniosły go do miejsca, którego akurat tego dnia nie powinien odwiedzać. Sala tronowa była pusta, na widok wchodzącego cesarza dwóch pilnujących tronu Mieczników odwróciło się na pięcie i wyszło tylnymi drzwiami. Władca zawsze jest samotny, powtarzał mu ojciec. I, jak zwykle, miał rację.

Pomieszczenie tonęło w półmroku. Nie rozpalono pochodni, bo nikt ze służby nie spodziewał się, że Rootselar będzie chciał odwiedzić akurat tę salę. Nie miał nic przeciwko temu. Przynajmniej poczuł się tak, jakby wciąż spał. Spokojnym, równym krokiem kroczył po wyłożonej ciemnym marmurem podłodze. Czarny kamień, z cieniutkimi, srebrnymi żyłkami, był zapewne bardzo drogi, stwierdził bezsensownie cesarz. Bezsensownie, bo przecież on nie musiał się nigdy martwić o rzecz tak przyziemną, jak pieniądze. Snopy światła, padające pod kątem na posadzkę, wydobywały z ciemności grube nogi kolumn. Za nimi, podobnie jak we śnie, stały potężne posągi. Pierwszy był Aardal Mocarz, praojciec rodu, który ponad trzysta lat temu postanowił wyruszyć na podbój okolicznych królestw. Wywołał trwającą trzydzieści lat wojnę, przez późniejsze pokolenia nazwaną Wojną Stu Narodów, dzięki której powstały podwaliny późniejszego imperium. Obok niego, bez szacunku dla historicznej chronologii, ustawiono Verforda Pieśniarza, pradziadka Rootselara, ponad wojnę przekładającego pokój i piękno sztuki. Dzięki niemu, zmęczone dwoma wiekami podbojów państwo rozkwitło gospodarczo i kulturalnie. To z kolei doprowadziło do spontanicznego przyłączenia się kolejnych lenników. Wtedy właśnie Tardenowie uklękli przed Verfordem, oddając mu lenniczy hołd i prosząc o obronę przed watahami wschodnich najeźdźców, bezkarnie plądrujących północnowschodnie tereny Borre, leżące u podnóża Gór Załomu. Zaskoczonemu władcy udało się to, czego nie potrafił dokonać sam Aardal – uzależnił od siebie i Borre, i północne księstwa, nie dzięki sile oręża i sprawności armii, a bogactwom, zgromadzonym w stołecznym skarbcu. Dalej stali Fersten Śmiały, Hardaal Szaleniec i w końcu, u stóp jasnych schodów, na swoim ulubionym koniu, Samotniku, siedział cesarz ojciec, Feerster Stary.

Rootselar stanął przed posągiem ojca, jakby szukał w nieruchomym, brodatym obliczu odpowiedzi. To głupie, stwierdził nagle, on przecież nie żyje już siedem lat. Rozsypał się pewnie na proszek, zamienił w kościany pył. Nie pomoże mi teraz. Młodzieniec z wysiłkiem obrócił się od wizerunku ojca i spojrzał na białozłoty tron. Ustawiono go w taki sposób, by zawsze był oświetlony przez promienie słońca i teraz też jaśniał wysoko, jakby w połowie drogi do nieba. Na szczęscie dla Rootselara, Dessy’ego nigdzie nie było.

Władca wspiął się po stromych stopniach na samą górę i po chwili wahania usiadł na twardym, kamiennym siedzisku. Tron nie może być wygodny, mruczał jego ojciec, wiercąc się podczas każdej oficjalnej uroczystoci. Wtedy siedzący na nim człowiek zapomniałby o ciążących na nim obowiązkach. A tak, boląca dupa zawsze przywróci go do rzeczywistości, powtarzał.

Rootselar uśmiechnął się na wspomnienie brodatego starca. Nigdy nie otrzymał od tego człowieka odrobiny czułości, pochwały czy uśmiechu. Mężczyźni nie tulą się i nie szczerzą bez potrzeby. Miałeś słuszność, ojcze. Choć w dniu twojej śmierci byłem bardzo szczęśliwy, nie zobaczyłbyś radości na mojej twarzy.

Powoli zły nastrój opuszczał młodzieńca. Do tego stopnia, że pomyślał o czymś radośniejszym. Cóż, przecież ledwie kilka dni temu wymknął się śmierci. Chyba zasłużył na odrobinę przyjemności. Wstał i zaczął schodzić ku obserwującym go przodkom. Z każdym krokiem coraz bardziej wypełniała go chęć skosztowania zakazanego owocu. Gdy postawił stopę na ciemnym marmurze podłogi, był już pewien – to był dzień, w którym mógł sobie pozwolić na moment rozkoszy.

***

Baltazar Fency zorganizował wszystko tak, jak zwykł – bezproblemowo. Dziewczyna, wynajęta kurtyzana, miała nie więcej niż dziewiętnaście lat i była idealna: ładna i ciemnowłosa, wysoka, szczupła, o wąskich biodrach i niewielkich, młodych piersiach. Posłaniec, który ją przyprowadził – zapewne jeden ze służących z burdelu – był jeszcze młodszy, z niefrasobliwą grzywką opadającą na czoło i pierwszym śladem zarostu na twarzy.

Obydwoje wydawali się mocno zawstydzeni, widząc Rootselara, ale kobieta szybciej opanowała emocje. Uśmiechnęła się lekko, kłaniając władcy z dłonią przy czole. Speszony chłopak stał bezmyślnie do momentu, w którym dziewczyna szturchańcem nie wyrwała go otępienia. Cesarz uśmiechnął się, widząc przerażenie na twarzy chłopca. Są idealni, pomyślał z zadowoleniem, szpieg jak zwykle sprawił się znamienicie.

– Rozgośćcie się, proszę – odezwał się cicho. Podszedł do drzwi wyjściowych i zasunął drewniany rygiel. Odwrócił się i roześmiał, widząc minę służącego. – Cóż się stało?

– Miłościwy panie… ja… – zaczął płaczliwie tamten, ale przerwał speszony.

– Usiądź obok tej pięknej dziewuszki – zasugerował władca, wskazując na kobietę, która zdążyła rozgościć się na szerokim łożu. – Nie bój się. Jak cię zwą, chłopcze?

– Avarys, panie – odparł zapytany cicho. – Ja… miłościwy panie… ja muszę…

– Nic nie musisz, Avarysie – odparł Rootselar. – Zostaniesz ze mną i… jak masz na imię, ślicznotko?

– Sonia, najjaśniejszy panie – odpowiedziała dziewczyna szybko, skłaniając głowę. Miała miły, czysty głos.

– A więc zostaniesz ze mną i Sonią i będziesz się świetnie bawił, obiecuję – dokończył cesarz. – A teraz usiądź – nakazał.

Przerażony młodzieniec posłusznie wykonał polecenie i zerknął na roznegliżowaną dziewczynę. Obydwoje spojrzeli wyczekująco na cesarza. Ten, trzymając kielich z wodą w dłoni, przeszedł przez sypialnię i rozsiadł się wygodnie na szerokim, miękko wyściełanym fotelu, ustawionym na wprost łóżka. Uniósł srebrny puchar w pozdrowieniu, po czym powiedział:

– To najszczęśliwszy dzień w twoim życiu, Avarysie. Będziesz miał dziś okazję skosztować rozkoszy kobiecego ciała, zapewniając przy tym chwię radości swojemu władcy. Czy cokolwiek może przebić taki dzień?

Zagadnięty zerknął na dziewczynę, kusząco wyprężoną na gładkiej pościeli. Odpowiedziała mu delikatnym uśmiechem, kładąc dłoń na jego ramieniu. Avarys zaczerwienił się po koniuszki uszu i wydukał:

– Ale… miłościwy panie… ja jeszcze…

– To nic, tym lepiej – przerwał mu cesarz. – Mam wrażenie, że ta oto, piękna Sonia, ma doświadczenia za was dwoje i że chętnie się nim z tobą podzieli… Prawda, że mam rację?

Dziewczyna skinęła głową w kierunku władcy, unosząc się z poduszek. Zręcznym ruchem odpięła klamry przy ramiączkach długiej, jasnopomarańczowej sukni i zsunęła z siebie materiał. Usiadła obok zawstydzonego posłańca i spojrzała wyczekująco na Rootselara. Ten, zapatrzony w niewielkie, zgrabne piersi i płaski brzuch kurtyzany, przez moment nie reagował na jej bezgłośne pytanie. W końcu dostrzegł wzrok kobiety i powoli skinął przyzwalająco.

– Rób to, co potrafisz najlepiej – wychrypiał zaciśniętym z pożądania głosem. – Oddaję ci tego chłopca we władanie.

– A ty, mój panie? – spytała cicho.

– Ja popatrzę, jeśli pozwolisz – odpowiedział, nie ruszając się z miejsca.

Dziewczyna wstała i ustawiła się bokiem, klękając przed Avarysem. Doskonała, raz jeszcze stwierdził Rootselar. Robiła wszystko tak, by obserwujący wszystko władca nie uronił ani jednej chwili z całego spektaklu.

Najpierw dotknęła uda siedzącego chłopca. Ten drgnął zaskoczony, nie odrywając wzroku od skupionego cesarza. Z wysiłkiem spojrzał na kurtyzanę, która posłała mu piękny uśmiech. Chciał wstać, ale przytrzymała go zdecydowanym gestem, w międzyczasie rozsupłując węzeł sznura, który podtrzymywał jego płócienne spodnie. Jeden zręczny ruch i jej kochanek był nagi od pasa w dół. Krzyknął, chcąc zakryć męskość, ale nie pozwoliła mu na to. Odnalazła penisa chłopaka, małego i jeszcze skurczonego, i zaczęła go pieścić; najpierw dłonią, by po chwili wsunąć sztywniejącego członka do ust. Avarys drgnął, czując wargi kobiety na sobie, i zmrużył oczy. W końcu, pomyślał Rootselar, obserwując oboje bez ruchu. Oto nadchodzi najpiękniejszy moment. Mężczyzna poznaje pierwszy smak rozkoszy.

I rzeczywiście, chłopiec jęknął, potem jeszcze raz, i zerknął zamglonym wzrokiem na Sonię, która bardzo fachowo i sprawnie pieściła jego błyszczącą lancę. Zdawało się, że resztkami sił chce odepchnąć od siebie niewiastę, ale raptownie uległ i położył się na łóżku, oddając się przyjemności we władanie.

Kobieta ssała i lizała sterczącą męskość, masując ją obydwiema dłońmi. Chłopak jęknął przeciągle, widać było, jak mało odporny jest na takie pieszczoty. Rootselar przestraszył się nawet, że zaraz nastąpi przedwczesny finał i spektakl zakończy się, zanim na dobre się rozpoczął. Ale Sonia była doświadczoną nałożnicą. Czuła podniecenie młodzieńca i doskonale wiedziała, po co ją sprowadzono do Twierdzy. Raptownie wstała, ściskając sztywność Averysa w palcach. Odwróciła się twarzą w kierunku swojego władcy i oblizała usta, jakby spijając wilgoć, którą wycisnęła z penisa leżącego chłopca. Ustawiła się pupą do posłańca, wypięła biodra i, wpatrując się w Rootselara, łagodnie nabiła na przyrodzenie Averysa. Gdy była pewna, że twarda męskość tkwi już dostatecznie głęboko, rozpoczęła ten tajemniczy taniec, który tylko kobieta potrafi wykonać. Poruszyła biodrami w przód i do tyłu i, jakby oczekując na reakcję cesarza, zaczęła ujeżdżać kochanka. Siedzący na fotelu mężczyzna poruszył się niecierpliwie, czuł jak jego żądza narasta, gdy z uwagą przypatrywał się kopulującej parze. Widział wypieki na twarzy kurtyzany, jej sterczące z podniecenia sutki, słyszał stęknięcia Averysa. Jeszcze trochę, pomyślał, pokaż co potrafisz, ślicznotko. Sonia jakby usłyszała niewypowiedziane życzenie, bo przyspieszyła ruchy i zarzuciła grzywą ciemnych włosów. Do męskich jęków dołączyły westchnienia kobiety, coraz głośniejsze, coraz częstsze. Lecz gdy wydawało się, że koniec jest nieunikniony, że za chwilę nieopanowane emocje przejmą władzę nad złączonymi pożądaniem ciałami, kurtyzana znów umknęła. Odwróciła się zwinnie i wskoczyła na łóżko. Po chwili zręczne palce odnalazły napęczniałego członka i wcisnęły z powrotem w pasujący otwór, a taniec namiętności rozpoczął się na nowo. Tym razem jednak chłopiec nie leżał biernie, objął szczupłe ciało pochylonej nad nim kobiety i przycisnął mocno do siebie. Wydawało się, że unieruchomi kurtyzanę, ale dziewczyna nie pozwoliła na to. Wijąc się niczym jasnoskóra żmija, wyswobodziła się z objęć podnieconego młodzieńca i wyprostowała, wspierając ramionami na jego torsie. Coraz szybciej unosiła się i opadała, aż w pewnym momencie odwróciła głowę w kierunku milczącego obserwatora i szepnęła:

– Nie przyłączysz się do nas, najjaśniejszy panie?

– Nie – wyrzucił z siebie zapytany. – Jeszcze nie teraz.

Sonia posłusznie opuściła głowę, wpijając się ustami w wargi chłopca. Wyginała się tak, że cesarz widział wilgoć jej sromu i ciemny otwór, skryty pomiędzy półkulami pośladków. Rootselar rozpiął pas i ściągnął spodnie z ud, ściskając w dłoni twardego penisa. Jeszcze, żądał bezgłośnie, jeszcze! A kurtyzana odpowiedziała głośnym jękiem na jego rozkaz, wyprężyła ciało w łuk i zamarła w tej pozie na moment. Cesarz widział drżenie dziewczęcych ramion, unoszącą się w rytm męskich pchnięć głowę. Czuł jej rozkosz i syknął, zadowolony. I gdy wydawało się, że spektakl dobiegł już końca, że kobieta nie będzie w stanie zapanować nad młodzieńczym wigorem jej partnera i pozwoli mu na przeżycie spełnienia, Sonia znowu zaskoczyła ich obu. Gwałtownie zerwała się z łoża i pociągnęła za sobą chłopca. Podeszli oboje do Rootselara, kurtyzana uklękła przed nim i rozkazała posłańcowi, nie odwracając głowy:

– Weź mnie teraz od tyłu, tak jak pies bierze sukę. Niech nasz cesarz zobaczy, jak bardzo mnie pożądasz!

O dziwo, chłopiec nie czekał już bojaźliwie na zezwolenie władcy, tylko rzucił się na pochyloną przed nim nierządnicę, bez jej pomocy odnajdując właściwe miejsce. Wszedł w nią mocno, gwałtownie, przez co wepchnął głowę ciemnowłosej dziewczyny między uda siedzącego mężczyzny. Jęknąwszy przeciągle, dziewczyna odnalazła cesarskiego członka i połknęła go w całości, co było nie lada sztuką, bo nie należał do najmniejszych. Rootselar wypchnął biodra do przodu tak mocno, że kobieta zakrztusiła się wypełniającym jej usta penisem. Nie odpuszczał aż do momentu, w którym wydało mu się, że zadławi Sonię na śmierć, i dopiero wtedy, w ostatniej chwili, wycofał się z jej gardła. Zakaszlała gwałtownie, plując gęstą śliną, ale zaraz przyjęła go z powrotem, niemal tak głęboko jak przed momentem.

Najwyraźniej widok, jaki miał przed sobą, był ponad siły klęczącego za dziewczyną chłopca, bo nagle krzyknął głośno i zerwał równomierny rytm, w jakim posuwał szczupłą kurtyzanę. Szarpnął się raz i drugi, po czym zwiotczał i opadł na kamienną podłogę, oddychając z wysiłkiem. Teraz jest właściwy moment, przemknęło przez głowę cesarza. Odepchnął Sonię i wstał.

– Pomóż mi – nakazał zdecydowanie. Unieśli ogarniętego chwilową słabością Averysa i położyli na łóżku, twarzą do dołu.

– Poliż go tak, żeby był mokry – rozkazał dziewczynie, a gdy nie zrozumiała, nakierował jej głowę na pośladki młodzieńca. – Poliż!

Kurtyzana posłusznie pochyliła się i wykonała polecenie. Spojrzała na Rootselara, którego pałające żądzą oczy wymuszały całkowitą uległość. Gdy chłopak chciał zaprotestować, Rootselar przycisnął go do zimnej pościeli i unieruchomił w silnym uścisku.

– A teraz połóż się obok niego – rzucił władca ochryple. – I wypnij się tak, jak on.

Jedynie w ten sposób mógł zaspokoić własne pragnienie. Udało im się pobudzić go do tego stopnia, że nie było już odwrotu. Popatrzył na obydwa ciała, tak samo młode i świeże. O, tak. Dziś znajdzie zaspokojenie.

Gdy było już po wszystkim i Sonia, sama zmęczona i obolała, pomagała odziać się przerażonemu chłopcu, Rootselar odwrócił się od łóżka, naciągając spodnie. Jego wzrok padł na stojący obok posłania stolik. Na leżący na drewnianym blacie nóż z czerwonym kamieniem, wkomponowanym w rękojeść. Mężczyzna wiedział, że nie można postąpić inaczej. Nikt nie wiedział o jego słabości. I tak musiało pozostać, dla dobra Cesarstwa. A po wszystkim wezwie Fency’ego i posłuszny szpieg posprząta bałagan. Tak, jak robił wielokrotnie w przeszłości.

***

Służące wyszły z sypialni cesarza, zabierając ze sobą naczynia po późnej wieczerzy. Władca, odzyskawszy wigor i dobre samopoczucie, ze smakiem zjadł przygotowane smakołyki i powoli szykował się do snu. Po niedospanej nocy, ciężkim dniu i wyczerpującym wieczorze był gotów na odpoczynek. Pogwizdywał zadowolony, bo Fency i jego człowiek spisali się dobrze; nigdzie nie było widać najmniejszego śladu po gościach Rootselara. Mężczyzna uniósł ramiona, by ściągnąć koszulę, gdy usłyszał za sobą szmer. Odwrócił się gwałtownie i zamarł, ze zdumieniem wpatrując w drobną postać, przyczajoną na okiennym parapecie. Ramię władcy instynktownie drgnęło, podążając w kierunku skrytego za jedną z podpór baldachimu sznura, który – pociągnięty – wzywał straż.

– Spokojnie – rozległo się ostrzegawcze, kobiece syknięcie. Blask świecy, mimo iż zbyt słaby by oświetlić twarz nieznajomej, błysnął na trzymanym przez nią sztylecie. – Pociągnij za sznur, a zginiesz!

Cesarz zamarł. Gorączkowo zastanawiał się, na czyje zlecenia mógł działać napastnik i, jeśli zgodnie z wszelkimi przesłankami, miał przed sobą wynajętą zabójczynię, to jakim cudem jeszcze żył.

– Nie chcę cię zabić, cesarzu – mruknęła kobieta, ostrożnie zsuwając się na podłogę. – Ale nie zawaham się, jeśli swoim zachowaniem zagrozisz mi w jakikolwiek sposób. Zrozumiałeś?

Lekko kiwnął głową. Z uwagą przypatrywał się niewysokiej kobiecie, ale nie mógł dostrzec jej twarzy, skrytej w cieniu kaputra. Była zgrabna, ubrana w skórzane spodnie i dopasowany kubrak, wzmacniany wszywkami ze stalowej siatki.

– To dobrze – mruknęła nieznajoma. – Jestem tu tylko, by porozmawiać. Wymienić informacje. Ponegocjować.

– A co możesz TY mi zaoferować, że chcesz negocjować z cesarzem? – zapytał buńczucznie.

– Wiedzę.

– Ja wiem tyle, ile potrzebuję – grał dalej. Zastanawiał się, czy da radę wyprowadzić ją z równowagi. – Czego mogę chcieć od… kim ty właściwie jesteś, co?

Dziewczyna podeszła bliżej świecy. Odgarnęła kaptur z czoła. Gęste, rude loki rozsypały się ognistą falą po ramionach kobiety. Rootselar wpatrywał się w błyszczące, duże oczy nieznajomej, choć nie umknęła jego uwadze paskudna, różowa blizna, szpecąca lewą stronę jej twarzy.

– Podobno mnie szukasz – mruknęła. – Siilva de Rocrey.

Zbladł. Miał tylko nadzieję, że tego nie dostrzegła.

– Podobno nie żyjesz – odparł, z wysiłkiem panując nad drżeniem głosu. Ona mogła go zabić, ale mogła też wyjaśnić wiele rzeczy. Musiał bardzo uważać.

Uśmiechnęła się lekko, przez co poparzona skóra na policzku napięła się nieprzyjemnie.

– Niezupełnie, miłościwy panie. Jak widzisz, niezupełnie.

Cofnął się o krok i usiadł ciężko na skraju siennika. Popatrzył na kobietę.

– Nie rozumiem – powiedział powoli. – Szukają cię moi ludzie, poluje Kuntz. A ty przyjeżdżasz tutaj… w dodatku wyglądasz dokładnie tak, jak mi ciebie opisali. – Oblizał usta. – A podobno… zmieniłaś wygląd.

– To ostatnie nie do końca się zgadza, jak widzisz – mruknęła, przekręcając nieznacznie głowę w prawo. – Ale nie musisz się martwić. Mam przyjaciela, który… pracuje nad tym.

Domyślił się, co miała na myśli.

– Właśnie, przyjaciela – podchwycił Rootselar. – Gdzie on jest? Wprost umieram z chęci poznania tego czarodzieja. Jak on się nazywa?

– Hejnert, panie – odpowiedziała, nie spuszczając z niego wzroku. – Myślę, że dobrze wiesz, jak ma na imię.

Wzruszył ramionami.

– Musiało mi wylecieć z głowy – rzekł.

– Najwyraźniej. A wyjaśniając twoje wątpliwości: skoro maskarada ze zmianą wyglądu nie podziałała na jednego zbira, stwierdziłam, że nie ma sensu jej kontynuować.

– A co z tą… pamiątką? – spytał, wskazując oparzenie.

– Było dużo gorzej, możesz mi uwierzyć. – Teraz to jej ramiona drgnęły. – Ale magia… może dużo. Wyleczono moje ciało na tyle, że mogłam do niego wrócić. Podobno to kwestia czasu, nim wyleczę się do końca.

Cesarz wskazał Siilvie fotel, stojący naprzeciwko łoża. Skorzystała z zaproszenia i usiadła, nadal czujna.

– Skoro już się przedstawiliśmy, to może przejdźmy do sedna sprawy – mruknął. Ostrożnie wyciągnął dłoń i nalał sobie wody. – Zaproponowałbym ci wino, ale mam tylko to na podorędziu. Spragniona?

– Nie, dziękuję – odparła. – Masz rację, nie ma co marnować czasu. Czy wiesz, gdzie jest Nirgard?

Uśmiechnął się lekko.

– Wydawało mi się, że negocjujemy. Jeśli chcesz coś ode mnie dostać, muszę otrzymać jakąś rzecz w zamian.

Pokiwała głową. Powoli schowała sztylet do pochwy na udzie.

– Skoro negocjujemy to myślę, że mogę cię obdarzyć odrobiną zaufania. Ale pamiętaj, że bardzo szybko możesz je stracić.

– Postaram się o tym nie zapomnieć. Wobec tego powiem ci od razu: nie wiem, gdzie jest twój przyjaciel. Usilnie go szukam i, według moich ludzi, wymieniony przez ciebie człowiek zapadł się pod ziemię.

– A czy wierzysz twoim ludziom? – spytała Siilva, patrząc na niego przeciągle. Potwierdził, na co wykrzywiła usta drwiąco, przez co jej blizna zaróżowiła się jeszcze mocniej. – Może nie powinieneś.

– To znaczy…?

Dziewczyna klepnęła się lekko w kolano.

– Nie będę marnowała całej nocy, żeby opowiadać ci historie, Rootselar – powiedziała z rozbawieniem. – Myślałam, że jesteś graczem, a nie pionkiem.

– Nie musisz mnie obrażać, kobieto – syknął wściekle. – Jeśli masz mi coś do powiedzenia, to powiedz.

– Dobrze, wasza miłość. Sądzę, że nie powinieneś bezgranicznie ufać twoim doradcom. Ani jednemu z nich.

Młodzieniec odetchnął głęboko.

– To są poważne oskarżenia. Coś więcej?

– Coś więcej? Najjaśniejszy pan raczy żartować. Czy nie jest oczywiste, że Nirgard pracuje dla Kuntza? Że to oni we dwójkę zamordowali twoją kuzynkę i chcieli zabić Hejnerta?

– Cóż, ja słyszę podobną wersję, z jedną małą różnicą – mruknął. Widział, że dziewczyna zaczyna się irytować, odrzucając maskę rozbawienia. To dobrze, może w gniewie zdradzi więcej, niż by chciała. – Ja słyszałem, że to rzeczony Hejnert z pomocą pewnej bardzo sprawnej zabójczyni pozbawił głowy biedną Lidię. Jak widzisz, obydwie wersje brzmią równie nieprawdopodobnie. Lub prawdopodobnie, w zależności kto przyglądał się tej śmierci.

– Zgadza się – odparła spokojniej. – Jest jedno małe ale: po co by nam była jej głowa?

Pstryknął palcami, udając zadumę.

– Sam się nad tym zastanawiałem… Przecież nikt nie wie, po co magom oczy niemowląt, serca samobójców czy krew dziewic… Może jedna brzydka głowa też była mu do czegoś potrzebna?

Prychnęła pogardliwie.

– Proszę cię, Rootselar. Kuntz ściągnął z zaświatów bestię i poszczuł ją na Hejnerta. Lidia była tylko dodatkiem.

– Mnie nie interesują konflikty między czarownikami. Ich sprawa, co robią wieczorami…

– Ale przecież widzisz, co przez to osiągnął ten twój… czarownik – rzuciła oschle. – Nie jesteś aż tak ślepy.

– Nie. Tylko nie rozumiem, dlaczego miałbym wierzyć tobie, a nie człowiekowi, który wspierał mnie przez ostatnie siedem lat.

– Nie musisz. Ja cię tylko ostrzegam. Mamy wspólnego wroga, ty i ja. Możemy sobie nawzajem pomóc.

– Wroga, tak? I co miałbym niby zrobić w ramach naszej… przyjacielskiej pomocy? – zadrwił ponownie.

– Patrzysz i nie widzisz. Spróbuj spojrzeć głębiej. Śmierć Lidii wywołała gniew Tardena, wzburzenie wśród wyższych rodów. Niepokoje w kraju, nagłe zgony czarodziejów, którzy kiedykolwiek spróbowali sprzeciwić się Verne’owi den Kuntz. On rośnie w siłę, zdobywa sojuszników. Używa mnie jako przynęty, odwraca twoją uwagę, a sam przygotowuje się…

– Do czego? – spytał, gdy przerwała.

– Słyszałam plotki – zmieniła nagle temat – o grupie specjalnie szkolonych żołnierzy, których podobno faszerowano jakimiś magicznymi specyfikami, żeby zwiększyć ich umiejetności w walce.

– Tak – potwierdził cesarz. To nie jest jakaś ważna informacja, ocenił w duchu. – Ale oddział został zlikwidowany. Kuntz spieprzył sprawę i eliksiry nie działały tak, jak należało.

– Hm, a ja słyszałam zupełnie inną historię. – Znów uraczyła go swym upiornym uśmiechem. – Podobno jego napary były tak dobre, że postanowił zatrzymać tych ludzi dla siebie. A tobie przekazał, że wszystkich zabił.

– Tylko widzisz, ja kazałem sprawdzić jego opowieść mojemu…

Zamilkł. W jego głowie pojawiła się niepokjąca myśl. Bardzo niepokojąca. Bo człowiekiem, który potwierdził słowa Kuntza, był Baltazar Fency.

– Zaczynasz rozumieć, prawda? – spytała po chwili milczenia. – W końcu.

Wstała i podeszła bliżej do Rootselara.

– Otaczają cię ludzie, którzy mają plany ukryte wewnątrz planów. I nie myślą o tobie, przynajmniej nie tak, jakbyś sobie tego życzył.

– Jakie masz dowody? – rzucił ochryple.

– Żadnych. Tylko plotki. Że Kuntz kontynuował szkolenia w swoim zamku. Że jego ludzie są nieśmiertelni. W to ostanie raczej bym nie wierzyła, ale… powiedzmy, że widziałam wiele. Ja i Hejnert.

Młodzieniec upił łyk z pucharu, który ściskał w dłoniach.

– A stawką jest…? – spytał, choć znał odpowiedź.

– Destabilizacja kraju, oderwanie Borre a może i jeszcze jakiejś prowincji, stworzenie własnego imperium – parsknęła. – A cóżby innego?

No właśnie, pomyślał. Cóżby innego?

Siilva odgarnęła rude loki z twarzy, nieświadomie odsłaniając przy tym swoje znamię. Cesarz zerknął, zafascynowany, na oszpeconą skórę, wyglądającą niczym stopiony wosk. Jak można wyleczyć coś takiego, przemknęło przez jego głowę. Zauważyła spojrzenie mężczyzny, odwróciła głowę, lecz wcześniej zdążył dostrzec jej minę. Chrząknął.

– Powiedz mi, najjaśniejszy panie – rzuciła przez ramię, stojąc bokiem do Rootselara – czy to prawda, że na polowaniu nie wszystko poszło tak, jak powinno?

Zacisnął zęby.

– Co masz na myśli? – sapnął.

– Dobrze wiesz, co mam na myśli – odparła ostro. – To zwierzę, które zabiło jednego z twoich ludzi, które o mało nie rozszarpało również ciebie. Co to było?

– Nie wiem. Kuntz… – przerwał nagle. Zrozumiał.

– Właśnie. – Jakby czytała mu w myślach. – Kuntz. Badał potwora, ale niczego nie stwierdził, prawda?

Nie, odpowiedział w myślach. Zaiste, nie stwierdził.

– Ciekawe, czemu… – dodała powoli, patrząc na niego uważnie. – Widzisz, moje pierwsze pytanie było testem. Który potwierdził podejrzenia Hejnerta. Ciekawe w twojej odpowiedzi było to, że twoi ludzie nie mogą odnależć Nirgarda od tylu tygodni, a ja – ledwie dwa dni w stolicy – już wiem, gdzie go znajdę.

Odwrócił głowę na moment, zmieszany. Czy to możliwe, żeby zdradzili go wszyscy? Czy był aż tak ślepy i głuchy? Gdy spojrzał na Siilvę, dziewczyna kucała już na parapecie okna.

– Spotkamy się ponownie, cesarzu – powiedziała, przeciskając się przez wąski otwór. – Mam nadzieję, że wtedy będziesz bardziej skory do negocjacji.

Po chwili znikła w mroku nocy. Skoczył ku niej, ale gdy wychylił się na zewnątrz, dostrzegł tylko niewyraźny cień, przemykający pomiędzy parkowymi drzewami. Ze złością złapał za mały, stalowy hak, zaczepiony o występ w murze tuż pod parapetem. Szarpnął za linkę, po której ześlizgnęła się Siilva.

Interesujące, pomyślał, starając się zapamiętać wszystko, co mu powiedziała. Nawijał na dłoń miękkie pnącze, które pod wpływem dotyku jego palców zmieniało kolor. Nie widział tego jednak, skupiony na czymś zupełnie innym.

Miał szczerą nadzieję, że dziewczyna dotrzyma obietnicy. Chciał ją spotkać ponownie.

Przejdź do kolejnej części – Ostatnia prośba

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

No proszę- solidny kawałek klasycznego fantasy. Wszystko co trzeba jest- intrygi, spiski, magowie, szpiedzy, powtarzające się sny o niejasnym znaczeniu. Można by powiedzieć, że to wszystko już było, ale przecież za to właśnie kochamy takie teksty 😀

Czy dobrze mi się wydaje, że są jakieś wpływy Sapkowskiego, czy staram się znaleźć je wszędzie na siłę? W każdym razie, czyta się świetnie; mam wrażenie, że akcja jest oparta na postaciach (ciekawych i w miarę zróżnicowanych) i relacjach między nimi, ale nie tylko na tym- swobodnie przechodzi do opisów czy przemyśleń głównego bohatera. Co do cesarza- po pierwszych akapitach byłem przerażony, jak bardzo jest nudny i przerysowany, ale w trakcie okazuje się całkiem ciekawą postacią 🙂

No i duży plus za dosyć złożony świat, i wplecione w fabułe drobne elementy dla niego charakterystyczne (np. odrębna forma przywitania władcy).

Na dobrej erotyce brakowało tekstów na poziomie "Przekleństwa ekstazy" frodliego, w tym zakresie tematycznym. A tutaj napisałeś coś, co może tamtą serię przewyższyć. 5/5

Autorze,
Rozdziały są celowo niepolinkowane czy to skomplikowany proces?

Jeśli chodzi o fantasy, mam duże wymagania. Nie wiem, jakie Ty masz, seamanie. Czy to ćwiczenie tylko czy już poważniejsza próba? Koncepcja rozmowy bohaterki z cesarzem, to że do niej doszło – jest niezła, ale mogłbyś inaczej akcję do przodu posunąć. Wybrałeś drogę jakby na skróty 🙂 Całą tę scenę bym przemyślał. Czy nie jest tak, że postacie zaczynają żyć według swojego widzimisie i trochę wymykają się autorowi spod kontroli? Mnie się to często zdarza. Czasem to dobre, ale trzymanie bohaterów żelazną ręką wg z góry zapisanego planu akcji częściej jest jeszcze lepsze.
Duża zagadka jeśli chodzi o erotykę w tej części. Pewnie jestem niedomyślny albo celowo ją zadałeś. Ale to akurat dobrze. Tu mnie zaskoczyłeś. Plus.

Próbuję kliknąć gwiazdki, ale liczba ocen pozostaje niezmieniona. Opóźnienie w reakcji? Klikałem w oceny wczoraj i nie pamiętam o tym(skleroza innymi słowy)? Czy inna przyczyna?

Są polinkowane, tyle że linki prowadzą do następnego odcinka. Link do tego opowiadania znajduje się więc na końcu tekstu "Posłaniec śmierci".

Wniosek może racjonalizatorski: z każdego n+1 odcinka, gdzie n=>1 zrobić link do 1-go odcinka. Wtedy ten, kto przyjdzie spóźniony, a więc przyszły czytelnik skoczy sobie do jedynki i przeleci wszystko od początku, nie zaczynając czytać od środka. Nie wiem czy to pracochłonne i trudne do realizacji, ale warte zastanowienia. Co Ty na to Mefisto?

Seamanie,

przeczytałem Twój tekst z dużym zainteresowaniem i stale rosnącym szacunkiem dla Twego talentu. Wydaje mi się, że z części na część Twój cykl fantasy jest coraz lepiej napisany. Postać cesarza, początkowo dość sztampowa, okazała się ostatecznie bardzo interesująca – psychoanalitycy zwariowaliby na jego punkcie! Podświadome poczucie winy z powodu brata, skrywane niestandardowe upodobania, lęk przed tym, co słabe i kobiece (przypomniał mi się esej Jonathana Littela "Suche i wilgotne"), ciężar obowiązków, które spoczęły na jego barkach. No i oczywiście osamotnienie, powszechne przekleństwo władców, lecz w tym wypadku szczególnie dotkliwe – i to na bardzo wielu poziomach.

Co do nawiązań, które zauważył Obieżyświat – muszę przyznać, że i ja dostrzegłem wiele inspiracji. Trio cesarz, szpieg i mag przypomina mi najbliższy krąg władzy w Nilfgaardzie u Sapkowskiego. Znamię, które nosi Rudowłosa przypomina mi "ozdobę" którą zarobiła Cirilla. Ale widzę tu też nawiązania do prozy G.R.R.Martina: władcy koni przywodzą mi na myśl Dothraków (ale też i mistrzów jazdy z realnego świata: Mongołów, Hunów, Turków Seldżuckich, Saków, Partów itd.). Z kolei zdanie "Tron nie może być wygodny" to niemal dosłowny cytat z jednego z królów z dynastii Targaryenów. Aegona Zdobywcy, o ile nie myli mnie pamięć. Tyrion Lannister mocno na to narzekał, za każdym razem, gdy musiał zająć miejsce na tym niewygodnym siedzisku 🙂

Te zapożyczenia nie rażą mnie jednak, wręcz przeciwnie – to sympatyczne przypomnienie książek, które już kiedyś czytałem. Fantasy jest gatunkiem tak wyeksploatowanym, że bardzo, bardzo trudno wymyślić coś całkiem nowego bez udawania się w sferę "the new weird". Dlatego tworzenie dobrego fantasy polega na łączeniu znanych już elementów i tworzenia z nich nowych kompozycji. Kompozycja, którą tutaj stworzyłeś, przypadła mi do gustu, Seamanie. Zwłaszcza, że, jak już zauważyłem, piszesz coraz lepiej.

Na koniec zgodzę się z Karel Godlą – jakoś trzeba pokazać, że te opowiadania tworzą cykl. Może pod koniec każdego tytułu załącz w nawiasie (Cykl Fantasy cz. 1,2,3…)? Albo na początku każdego tekstu link do poprzedniego odcinka.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Witajcie!
Kwestia powiazan tekstow wewnatrz "cyklu" jest narzucona i nie mam na nia wplywu… Tez sie w pewnym momencie zdziwilem, bo myslalem, ze jak wejde w dany cykl, to po prostu pojawia mi chronologocznie linki do wszystkich czesci, ale to tak nie dziala.

@Obiezyswiat: Sapkowskiego lubie, ale tylko za opowiadania – pieciaksiag byl juz momentami zbyt wydumany. Spod wplywow tego, co sie czytalo, nie da rady sie wyzwolic, wiec nie odcinam sie od AS'a, zreszta porownanie do niego jest wielkim komplementem. Postac cesarza miala byc taka od poczatku. Z wierzchu jednolita i plaska, niemal szablonowa, ale pod spodem spekana i pelna emocji. Swiat powoli sam mi sie buduje, choc szczerze mowiac zgubilem gdzies mapke (tak, tak, mialem takowa) i musialem wczytywac sie w poprzednie czesci, zeby nie pokrecic szczegolow.
@KG: nie ukrywam, ze to wciaz proby. Cos powazniejszego mam juz w zanadrzu, ale to nie ero, wiec tu sie nie nadaje. Probuje nowych rzeczy, mysle ze i tak od pierwszej czesci cyklu rozwinalem skrzydla… Przynajmniej w kilku elementach. Tez mialem watpliwosci, czy nie za duzo dialogow w tym epizodzie, ale za wczesnie bylo na to, zeby cesarz sam odkryl pewne rzeczy… Zreszta spotkanie obu postaci bedzie mialo powazne konsekwencje w dalszych epizodach. Generalnie z moimi bohaterami jest tak, jak napisalem pod jednym z opowiadan Megasa: RACZEJ wiem, co zrobia, ale potrafia uwolnic sie spod mojej kontroli i wykonac jakis zaskakujacy ruch. Tutaj jednak, przy tym konkretnym dialogu, wszystko mialem opanowane. W przeciwienstwie do "niedokonczonej" sceny, w ktorej – nie ukrywam – Rootsie mnie zadziwil. A ze scena urwana w takim momencie – chyba nie potrafilbym jej opisac na tyle dobrze, zeby mi sie podobala. Wobec tego pozostawilem niedopowiedzenie, a potem stwierdzilem, ze wyszlo nawet ok…

Dziekuje Wam za wszystkie uwagi, komentarze i oceny. Bardzo sie ciesze, ze sie podoba, bo balem sie, ze cos mi nie pojdzie – pisalem trzy teksty w tym miesiacu, a to duzo.

Pozdrawiam, s.

Teraz się zreflektowałem, że mój komentarz mógł wyglądać trochę dziwnie- ale to przez to, że to pierwsza część z tego cyklu jaką przeczytałem, stąd nieznajomość postaci cesarza, która już wcześniej mogła się pojawiać.
W związku z tym zabieram się za poprzednie części, i czekam na następne 🙂

Megasie, dopiero teraz pojawil sie Twoj wpis – musielismy pisac jednoczesnie :-)))

Nad cesarzem myslalem dosc duzo, bo opisac wladce calego sawiat jest ciezko. Jak taki czlowiek mysli, co czuje? Bardzo podobal mi sie Paul Atryda z Diuny, choc tu oczywiscie porownan nie ma. Chcialem jeszcze zasugerowac niszczacy wplyw ojca na charakter mlodego cesarza, ale chyba za malo wyraznie to uczynilem.

Niewygodny tron – haha – doskonale, ale to raczej Robert Baratheon narzekal na twarde siedzisko. Blizna Siilvy bedzie miala jeszcze znaczenie, bo w nastepnej czesci (SPOILER) chce w koncu zajac sie Rudowlosa. A blizna, zwlaszcza taka, na pewno odciska pietno na psychice kobiety.
Konny aspekt wyspy Va'aich pojawil sie juz w pierwszej czesci, kiedy nie znalem jeszcze Dothrakow, ale teraz rozwinalem go troche bardziej – na pewno majac wzor Martina zakodowany juz w glowie…

Odnosnie tria u wladzy – musialem jakos wymyslec sposob na rozwiazanie sytuacji Kuntza. Zbyt to potezny przeciwnik dla Siilvy, wiec musialem mu znalezc godnego adwersarza. Cesarz chyba sie do tego nadaje 🙂

I dziekuje bardzo za komplementy – szczerze mowiac coraz pewniej sie czuje w tej tematyce, co mnie cieszy.

ps. Mysle nad zmiana tytulow kazdego opowiadania, by w ten sposob powiazac je w calosc.

Pozdrawiam i wracam do pracy.
seaman

Co do niewygodnego tronu – wierz mi, Tyrion narzekał nań znacznie bardziej uroczo. Zobaczysz w Starciu Królów:-)

Kwestia skomplikowanych relacji ojca z synem i destrukcyjnego wpływu pierwszego na drugiego jest tematem, z którym też się zmagam – w Opowieści Demetriusza. No to jest nas dwóch 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Na narzekania Tyriona warto poczekac! Jamie tez wspomnial cos o tym, gdy usiadl na nim na chwile, zanim go Stark nie wyprosil 🙂

Najgorsze jest to, ze nie ma szans na oryginalnosc… Piszac pierwsza Rudowlosa wymyslilem sobie, ze ORYGINALNIE zrobie tak, ze kazde opowiadanie bedzie mialo innego glownego bohatera, innego narratora. Hahaha, bardzo odkrywcze. Na swoje usprawiedliwienie powiem, ze wtedy jeszcze znalem Gre o Tron jedynie z billboardow HBO…

Wiem że autor rozpoczął pisanie nowego cyklu, który się mi również podoba, jestem jednak ciekawy czy ukażą się też następne części Rudowłosej? Prawie roczne zamrożenie cyklu powoduje, że się martwię o dalsze losy tych opowiadań. Szkoda by było tak świetnie zapowiadającej się serii…

Ech okazało się, że agregator źle oznaczył mi opowiadania, to było opowiadanie innego autora (w sumie miejsce też inne), także przepraszam za pomyłkę. Ale zapytanie o dalsze losy Rudowłosej aktualne… mam szczerą nadzieję , że nie jest ona porzuconym projektem.

Cesarz to ma klawe życie, ciągle leży… – chciało by się powiedzieć, a tu guzik prawda. Jego Cesarka Mość Rootselar ma inne zmartwienia, choć zapewne alkowianych towarzyszek mu nie brak. Zafundowałeś mu seamanie niezły ból głowy, a spotkanie cesarza i Siilvy wypadło bardzo ciekawie. Doskonale poruszasz się po świecie Siilvy, Hejnerta i całej reszty i czuć to z każdą częścią bardziej.

Gratulacje za poszerzanie kreacji świata oraz za postać cesarza, istotnie zmieniającą się w odbiorze w miarę lektury. Konkretne rozwiązania fabularne nie wydają się już jednak tak porywające. To, że Rootselar zabije sprowadzoną parę kochanków rzucało się w oczy od samego początku tej sceny, skądinąd bardzo smacznie opisanej pod względem czysto erotycznym. Rozmowa Silvy z cesarzem przypomina zagranie w stylu „Deus ex machina” i wygląda trochę jak droga na skróty. W sumie mało prawdopodobne wydarzenie w takich okolicznościach. W tym odcinku pojawiło się też więcej uchybień językowych, które występowały już o wiele rzadziej w „Posłańcu śmierci”. Jako przykład podam jeden z akapitów opisujących senny koszmar Rootselara, w którym roi się od czasownika „być”, występującego niemal w każdym zdaniu. Gdzieś tam niepoprawnie odmieniono też (w liczbie mnogiej) wyraz „król”. Pomimo tych uwag uważam Twój cykl za jeden z najlepszych na NE i czytam z przyjemnością. Dowodem niech będzie poirytowanie, gdy obowiązki zmusiły mnie do przerwania i odłożenia na później lektury obecnego odcinka.

Napisz komentarz