Manhattan I: Tunel (Miss.Swiss) Brak ocen

15 min. czytania

28 sierpnia 2011 Nowy Jork wstrzymał oddech. Miasto, gdzie w cichych i luksusowych biurach na ostatnich piętrach drapaczy chmur decydowały się losy wielu maluczkich na tym świecie, musiało w tych dniach niechętnie uznać, iż istnieją jeszcze potężniejsze siły niż kurs Dow Jones na Wall Street. Huragan Irene mknął w stronę Manhattanu.

28 sierpnia był również dniem, w którym podtopiony gwałtownymi opadami Holland Tunnel, łączący Manhattan z New Jersey, ujawnił swoją ponurą tajemnicę i oddał zmumifikowane zwłoki młodej, niespełna trzydziestoletniej kobiety. Zbyt niedbale i zapewne w pośpiechu zaszpachlowane w trudno dostępnej niszy niedaleko przewodów elektrycznych, zachowały się całkiem dobrze. Gdyby nie wzburzone fale Hudson River, które poradziły sobie z budowlanym partactwem mordercy lub jego wspólników, ciało tkwiłoby tam może nawet i przez dziesięciolecia. Inspektor Swift zjawił się na miejscu wraz z fotografem i patologiem. Martwa dziewczyna była niewysoką szatynką. Nie wyróżniała się niczym szczególnym. Niczym – poza miejscem ostatniego spoczynku, pomyślał Swift. I niecodzienną garderobą.

W ostatniej godzinie swego krótkiego życia nosiła tylko elegancką, koronkową bieliznę w kolorze wiśni, kupioną zapewne w jednym z ekskluzywnych butików na 5th Avenue, a na prawej stopie zupełnie nie pasujący but – lekko znoszony, turkusowy sandałek z cieniutkich paseczków na niewysokiej szpilce.

– Dziwka?

– Czy ja wiem? Jeśli, to na pewno nie z najwyższej półki. Niezbyt zadbane stopy i dłonie. Krótko obcięte paznokcie. Wygląda raczej na gospodynię domową.

– Ile czasu?

– Trudno dokładnie powiedzieć. Rok, może trochę dłużej – doktor Wu uchylił się, jak zwykle  zresztą, przed sformułowaniem zbyt radykalnych opinii przed sekcją.

Inspektor chciał już pozwolić na zabranie ciała, gdy wśród stojących za nim funkcjonariuszy rozległ się niespokojny szmer. Rozsunęli się bez protestu, pozwalając przejść młodej dziewczynie. Jeśli o wykonywanie najstarszego zawodu świata podejrzewano ofiarę, to określenie to przychodziło mimowolnie na myśl przy, choćby pobieżnym, zlustrowaniu nowoprzybyłej.

Niesamowicie zgrabna, nieduża, długowłosa blondynka, w botkach z czarnego zamszu do pół uda na wysokim obcasie, rajstopach z siatki, kremowych hot pants z miękkiej skóry i złotym topie podkreślający jej spory biust stanęła w wyzywającej pozie przed inspektorem. Jeden szczegół nie pasował do jej wizerunku. Krótko obcięte paznokcie i podniszczony, skórzany, dość ciężki plecak, który z ulgą postawiła przy ścianie.

– Mokro tu.

– Cześć Tilda – uśmiechnął się krzywo Swift, starając się nadać głosowi opanowane brzmienie.  Tego się właśnie podświadomie obawiał. Tilda Brzezinski, najbardziej inteligentna wśród pięknych kobiet i najpiękniejsza wśród diabelnie inteligentnych, matematyczny i muzyczny geniusz, jego własne, osobiste przekleństwo. Wzywano ją niemal zawsze do zabójstw, w których ofiarami były kobiety. A czasem, nie wiadomo w jaki sposób, dowiadywała się o tym sama, pojawiając się na miejscu zbrodni zadziwiająco szybko.
Od czasu odkrycia przez nią kilku istotnych szczegółów, które przyczyniły się do ujęcia  mordercy czterech kobiet w Cedar Beach, żaden prowadzący śledztwo nie ośmieliłby się jej zakazać wstępu na miejsce zbrodni, jeśli tylko zechciała zainteresować się daną sprawą.

Nie pytając o pozwolenie, cóż, nigdy o nie nie pytała, Tilda pochyliła się w skupieniu nad  zwłokami. Spodenki podjechały nieco do góry, prezentując stojącym za nią policjantom krągłe, lekko opalone pośladki, a inspektorowi dość głęboki widok na prężne, spore piersi. Nie lubiła staników i nigdy ich nie nosiła.

Swift zarejestrował, że niektórzy funkcjonariusze wyprostowali się i skrzyżowali ręce na kroku,  błądząc wzrokiem po sklepieniu tunelu. Nie uszło też jego uwagi, że doktor Wu przyglądał mu się uważnie, z lekkim  uśmiechem. Czyżby wiedział? Tego nie można było wykluczyć.

– Co myślisz, czy to…

– Nie. Na pewno nie – przerwała mu, nie podnosząc wzroku. Pochyliła się jeszcze bardziej niemal  wodząc nosem po ciele ofiary, zajrzała za muszle uszu.

– Zapewne zwykła, niezbyt zamożna i biurowo pracująca kobieta. Prawie na pewno mieszkanka Nowego Jorku.

– Skąd… – wymsknęło mu się, zanim zdołał ugryźć się w język. Uśmiechnęła się wyrozumiale.  Sięgnęła do plecaka i wyjęła z niego mały tablet. Po kilku chwilach zdecydowała się jednak podzielić z nim swoją wiedzą.

– Te buty były w zeszłym roku na wyprzedaży w jednym, jedynym outlecie na East Side, dokładnie ten  fason i tylko w Nowym Jorku. Wiedzieli jedynie insiderzy. To była  krótka designerska seria z małą wadą, nie skierowano jej do zwykłej sprzedaży. Zajrzała pod podeszwę buta i wskazała na niewielkie charakterystyczne wgłębienie w obcasie.

– Dokładnie tak, jak myślałam.

Wstała i założyła plecak.

– Zaraz, to wszystko?

– Tak. To wszystko. Cześć.

Od razu wiedział, że zauważyła jeszcze coś, co zachowała wyłącznie dla siebie. Znał to jej spojrzenie, zmrużenie oczu, krótkie zmarszczenie brwi i rozszerzenie nozdrzy, jak u psa myśliwskiego. Tilda znów, już po pięciu minutach, była trzy kroki do przodu, podczas gdy on od trzech godzin taplał się w miejscu. Tym razem, nawet dosłownie. Spojrzał na swoje zabłocone buty. Nawet nie zauważył, gdy wdepnął w kałużę mętnej, cuchnącej wody.

Tymczasem Tilda, nie patrząc na nikogo, skierowała się do wyjścia. Swift rzucił przepraszające spojrzenie doktorowi Wu i pospieszył za nią.

– Skąd ty to wszystko wiesz?!

– Jon, trzeba interesować się miejscem, w którym się mieszka! Interesować się, i to na różnych  płaszczyznach. Twoje ofiary, tak samo jak ci twoi mordercy, mają  swoje przyzwyczajenia, ulubione sklepy, książki, kawiarnie. Chyba cię tego uczyli? Posłała mu pobłażliwy uśmiech. Ledwo na niego spojrzała. – Spieszę się. Zajrzałam tylko na chwilkę.

Zacisnął zęby i wrócił na miejsce, jak pies z podkulonym ogonem,

– Sz… szefie… ona jest niesamowita! – wyrwało się młodemu sierżantowi. – Mam na myśli… te  wszystkie informacje, oczywiście! – spłonął rumieńcem, gdy koledzy zaczęli go przyjacielsko poklepywać po ramieniu.

Swift również był pod wrażeniem, choć usiłował tego nie okazać.

– Brian, Luca, weźcie się do tych butów… – mruknął lekko zakłopotany i urwał, spojrzawszy na doktora Wu, który teraz całkiem otwarcie przyglądał mu się z ironicznym uśmiechem.

– Ech, Jon… ciebie też wodzi za nos, jak się patrzy! Chybażeś, chłopie, nie uwierzył w tę bajeczkę o sandałkach? – ironia doktora nie znała granic. Nie zważając na to, że głośnym wyrażeniem swojego zdania podkopuje autorytet Swifta u podwładnych, roześmiał się serdecznie.

Zdezorientowany Swift zmarszczył brwi.

– Zawsze to robi, kolego, zawsze… a jaka jest przy tym przekonująca! Ty będziesz zapindalał po East Endzie z pantofelkiem w łapie jak książę w Kopciuszku, doprowadzając do szału Bogu ducha winnych sprzedawców butów, a ona tym czasem będzie kilka długości dalej – wyjaśnił,  widząc, że sens jego wypowiedzi wciąż jeszcze nie dotarł do Swifta, ani do zgromadzonych funkcjonariuszy.

– Sugeruję zacząć klasycznie, od sekcji, może uda nam się odkryć to, co zobaczyła nasza Ti – zaproponował doktor i położył rękę na ramieniu inspektora. – Nie przejmuj się – mruknął cicho. – Tym razem dasz radę, tylko zachowaj trzeźwy umysł. Nie jesteś gorszy.

Jon odwrócił się lekko zakłopotany. Poczuł, jak wraca głuche, dojmujące uczucie porażki, a sądził przecież, że zdołał się go na dobre pozbyć. Tymczasem ono się jedynie przyczaiło, gdzieś w zakamarku duszy, całkiem jak tłusty, szary szczur, który, spłoszony najwidoczniej przez coś, z kwikiem przebiegł niedaleko ciała. Poczucie niepowodzenia, utraty kontroli nad swoim życiem i karierą przygniotło go całym swoim ohydnym ciężarem. Zrobiło mu się duszno.

 ***

Sean mocował się z krawatem. Nie miał w tym wprawy, a przecież dzisiejszego wieczoru wszystko musi pójść dobrze. Cieszył się na to wyjście jak mały chłopiec. Ale chyba gdzieś, w środku, był nim przecież nadal. Zaproszenie na tę legendarną imprezę było dużym wyróżnieniem i zaszczytem. Znakiem, że teraz należał już do tego świata. Connecticut, jego prowincjonalna dziewczyna Janet i podstarzali przedwcześnie rodzice jawili mu się jak postacie z innego życia. Udało mu się. A przecież w Nowym Jorku, w tym tak hermetycznym i szczególnym światku, połykającym co rok młodych i naiwnych, spragnionych sukcesu prowincjuszy, nie było to oczywistością. Nawet ze świetnym dyplomem i całym oceanem gorliwości i pracowitości, jakie ze sobą przynosił.

Szef go zaprosił na męskie party. Oficjalnie i przy kolegach z działu. Podobno niektórzy bywali. Ponoć opowiadali niestworzone historie. Zaprosił go. Nie na jakąś tam orgietkę w burdelu, ale na jedną z tych imprez, o których krążyły legendy. Coś tam oczywiście usłyszał, coś załapał, ale gdyby go ktoś spytał, czemu jest to zaproszenie tak pożądane, zobowiązujące, a zarazem zaszczytne, najprawdopodobniej nie umiałby odpowiedzieć. Cały piątek czuł na sobie spojrzenia kolegów, domyślał się, że obgadują go za plecami. Oby tylko nie złapała go czkawka, albo nie ośmieszył się zbyt skromnym, lub zbyt wyszukanym strojem. Udało ci się, stary, uśmiechnął się do lustra. Blada, trochę niezdrowa cera, lekko wymoczkowaty wygląd. Trzeba by nad tym popracować. Z drugiej strony, Seanowi Dalone nigdy nie brakowało spostrzegawczości. Podpatrywał, uczył się. Zmieniał się, zrzucał swoją starą, prowincjonalną skórę jak wąż. Przeistaczał się w nowojorczyka. Uśmiechnął się jeszcze szerzej i wypróbował kolejne spojrzenie, bardziej pewne siebie. Tak jak asystent szefa, Danny. Teraz było dobrze. Znaczy, lepiej. Z rozmyślań przed lustrem wyrwał go dzwonek do drzwi. Szef przysłał po niego limuzynę.

***

Inspektor podjechał na Hell’s  Kitchen.
Siedział w samochodzie, dokładnie jak rok temu, wpatrując się w jej okna. Tyle, że dzisiejszego wieczoru w oknach Tildy było ciemno.

Nie przyznając się do tego przed sobą, znów szukał pretekstu do odwiedzin, nic jednak nie  przychodziło mu do głowy. O ile poprzednim razem praca stanowiła idealną zasłonę, za którą mógł udawać, że muszą się zobaczyć tylko ze względów zawodowych, i która dostarczyła mu  pretekstu, by wpaść wieczorem, bo właśnie przyszły wyniki z laboratorium, to dziś już takiego powodu nie miał. A gdyby po prostu zapukał… po tym, co się między nimi wydarzyło zeszłego lata, domyśliłaby się od razu celu jego wizyty.

Ponad rok temu, pracując nad niezwykle trudnym morderstwem pewnej it–girl z Park Avenue, zbliżyli się do siebie. Nie, to przecież wcale nie było tak. Najpierw to on stracił dla niej głowę. Stracił dla niej głowę. Tak, to najlepiej określało stopień jego zauroczenia. Chodził jak pijany, wciąż głodny jej dotyku, spragniony zapachu i spełnienia. Wszystko przestało się liczyć, na czele z Kate, miłą dziewczyną, z którą mieszkał od dwóch lat. Biedna, dzielna Kate, która go kochała, akceptując nawet jego przeklęty zawód, zauważyła to dość szybko. Ona pierwsza dostrzegła fascynację Jona, bezskutecznie usiłując zawrócić go z tej drogi.

– Wpadłeś po uszy, jak widzę – stwierdziła któregoś wieczoru. Starała się opanować, ale głos  jej drżał.

– Bzdura – mruknął zmieszany. – Mamy po prostu mnóstwo pracy z tym zabójstwem.

Że będzie kochać się z Tildą, gdy tylko zajdą sprzyjające okoliczności, też wiedziała chyba wcześniej od niego. Był tak zauroczony, że nie widział jej pełnych bólu spojrzeń, jej rozczarowania. Przestała chwilowo istnieć. Któregoś dnia stwierdziła fakt.

– Spałeś z nią – powiedziała  znienacka przy niedzielnym śniadaniu.

– Tak – odpowiedział automatycznie, zatopiony w lekturze New York Timesa.

To był koniec historii z Kate.  Wyprowadziła się kilka dni później, ale jakoś nie umiał się tym do końca przejąć. Wstyd przyznać, ale ledwie odnotował ten fakt.

Za to na wspomnienie tamtych dwóch nocy z Tildą, na które mu łaskawie zezwoliła, zrobiło mu się potwornie gorąco. Nie dały się wymazać z pamięci. To też był sierpień, zazwyczaj najbardziej upalny miesiąc w Wielkim Jabłku. Jej maleńkie dwupokojowe mieszkanie było nagrzane do granic możliwości. Przyjechał o pierwszej w nocy, po skończeniu służby,  pod pretekstem omówienia tych cholernych wyników. Oczywiście mógł z tym zaczekać do rana. Po dniu, w którym spotkał się z nią kilkakrotnie, w którym kilkakrotnie rozmawiał z nią przez telefon, jego pragnienie zobaczenia jej jeszcze raz nie dało się niczym powstrzymać. Położył się wprawdzie dość wcześnie, ale nie mógł zasnąć. Przewracał się z boku na bok, delikatnie odsunął  ciepłą Kate, usiłującą przez sen przytulić się do niego. Wyobraźnia podsuwała mu smakowite, bardzo realistyczne obrazy. Tilda zsuwająca z siebie ramiączka sukienki, on przy niej, dotykający  gładkiego ramienia, rozpinający jakiś guzik w spodniach, jego własna dłoń zaciskająca się na małym, wypukłym wzgórku. Czuł wzbierające pożądanie, z którym nie mógł sobie poradzić. W końcu wstał, ubrał się, zabrał teczkę z wynikami. Zawahał się jeszcze przez moment, ale w końcu zbiegł na dół, do garażu. Miasto, jak zwykle, nie spało, ale ruchu z Queens na Manhattan nie zakłócały powstające za dnia korki.

Jeszcze nie wiedział, ani co się stanie, ani co zrobi, chciał na nią po prostu popatrzeć, może przypadkiem dotknąć. Ale te wszelkie zbyt skomplikowane podchody okazały się niepotrzebne. Oniemiał już w chwili, gdy otworzyła drzwi, bosa, ubrana w długi, biały przezroczysty T–shirt. Kate miała taki sam. Cieniutkie, miękkie białe nic z dwoma literkami VS ułożonymi z drobnych kryształków. Sam kupił jej go na urodziny w Victoria Secret. Tylko… tylko, że Kate, miła, skromna i poczciwa Kate, nigdy nie wyglądała w nim tak obłędnie seksownie, jak Tilda.

– Przepraszam… spałaś już? Pomyślałem sobie, że zechcesz zobaczyć te nowe wyniki.
Niedbałym ruchem ręki zaprosiła go do środka. Dopiero teraz, słysząc swój głos, stwierdził, jak idiotycznie to brzmiało. Ale ona uśmiechnęła się wyrozumiale, z lekko zauważalną wyższością.

– Właź… Zdejmij tę marynarkę, można się tu żywcem ugotować. Chcesz mrożonej herbaty? – nie  czekając na odpowiedź, odwróciła się jednym, miękkim ruchem. Świeżo umyte, jeszcze lekko wilgotne włosy, musnęły go po twarzy, odbierając na chwilę oddech. Przez niedomknięte drzwi obserwował, jak krząta się po maleńkiej kuchni. Przytłumione boczne światło z lampy umieszczonej z prawej strony nad niewielkim kuchennym stołem łagodnie oświetlało jej postać, cienka tkanina nie skrywała już niczego. Widział jej proporcjonalne, szczupłe, doskonałe nogi, krągłą, lekko wypukłą, jędrną pupę, która dziś tak podziałała na wyobraźnię jego funkcjonariuszy, ciemniejszy cień linii rozdzielającej oba pośladki. Przełknął ślinę, głośniej, niż zamierzał. Odwróciła od razu głowę, zmrużyła oczy, z tym wszystkowiedzącym uśmieszkiem na pełnych, ślicznie zarysowanych ustach. Była doskonale świadoma wrażenia,  jakie na nim robi. Od początku. Poczuł się jak gimnazjalista przyłapany przez nauczyciela na oglądaniu świerszczyków.

– Twoja herbata – podała mu wysoką, oszronioną szklankę. Wziął machinalnie, starając się nie  dotknąć jej palców. Zbliżyła się jeszcze o krok.

– Chciałeś mi coś pokazać? Są już wszystkie wyniki z laboratorium?

– Jasne, tu, proszę…
Usiadła na grubym dywanie leżącym przed dużą, sprawiającą wygodne wrażenie jasną kanapą. Wyjęła dokumenty z cienkiej teczki i zaczęła je przeglądać. Czasem zatrzymywała się nad jakimś zdaniem, marszczyła lekko brwi. Aż dziwne, że udawało mu się dostrzec takie szczegóły zza długich, jasnych pasm włosów, układających się na ramieniu, przysłaniających policzek. Dostrzegał lekkie drgnięcia powiek, rozchylenie ust, gdy powtarzała jakieś zdanie, rozważając, na ile może być wskazówką w dalszym postępowaniu. Przysiadł obok niej, ściskał w ręku szklankę z herbatą. Była tuż obok, a jednak daleko, nieosiągalna dla kogoś takiego jak on.

Niespodziewanie zatrzasnęła teczkę i zwróciła się całym ciałem w jego stronę. I złapała na tym zachwyconym spojrzeniu.

– No dobrze, a ty? Co o tym myślisz?
Na to nie był przygotowany. Wymamrotał kilka nieskładnych zdań.

– Aha – pokiwała głową. – Wiesz co? Późno już, może pogadamy o tym jutro? Przy lunchu, albo…
Zaczął się niezgrabnie podnosić z dywanu. Dawała wyraźny znak, że ma spadać.

– … albo przy wczesnym śniadaniu, jeśli chcesz zostać na noc.

Z początku pomyślał, że żartuje. Nie mogła mieć przecież na myśli… TEGO. A może coś źle zrozumiał.

Zrobiła krok w jego stronę, przechyliła głowę na bok i przyjrzała mu się uważnie. Włosy opadły miękką kurtyną na policzek, odsunęła je machinalnie za ucho. Zapamiętał ten gest, gdyż właśnie w tym momencie dotknęła palcem ust. Odruchowo chwycił ją za rękę, zdecydowany nie zmarnować szansy, jaką oferowała mu ta niepowtarzalna chwila. Przyciągnął do siebie, nie opierała się wcale, wręcz przeciwnie, miękko wyszła mu naprzeciw.
Wtedy mu się przypomniało. Kilka miesięcy wcześniej, w uznaniu jej zasług, zaproszono ją do oficjalnej współpracy, oferowano etat. Przyszła na rozmowę kwalifikacyjną ubrana niestandardowo, jak to ona. Znowu kurewskie pończochy z siatki, czerwona sukienka z asymetrycznie skrojonym dołem, odsłaniająca wysoko udo, wyzywający makijaż.

Komisja, złożona z kilku wysokich rangą funkcjonariuszy i dwóch przedstawicielek komitetu do spraw równości płci, szarych, niesympatycznych kobiet, wprawiona została tym samym w lekkie zakłopotanie.
Tilda rzeczowo odpowiadała na wszystkie pytania. Zagadnięta o prywatne pasje, wyznała bez wahania: historia, seks i brydż. To już było zbyt niestandardowe, nawet dla porucznika Lou, reprezentującego w komisji mniejszości seksualne. Tilda nie dostała etatu, jednak głównie dlatego, że nikt z obecnych nie chciał być jej przełożonym. Nimfomanka, szeptały niektóre koleżanki. Chyba lepiej, że pozostała wolnym strzelcem. Nie miałaby w pracy przyjaciółek.

Kilka godzin wcześniej nie mógł zasnąć, myśląc o niej, jak się dla niego rozbiera, a teraz, był tu z nią naprawdę, a ona łasiła się już do niego całym ciałem, ocierając natarczywie piersiami. Nie traciła czasu. Nacierała wręcz na niego, mrucząc bezwstydnie.

Przez chwilę zawahał się, zastanawiając, czy ją zadowoli, ale po chwili  porzucił i te myśli. Zbyt przyjemnie było dotykać lekko opalonej, nieskazitelnej skóry, wdychać wilgoć jej włosów, poczuć jej namiętny język w ustach, i posłusznie spełniać jej życzenia. Nawet nie były takie wygórowane, jak się obawiał.

– Dobrze, że przyszedłeś – wyszeptała. – Nie kochałam się od kilku dni, a bardzo to lubię, zwłaszcza w upały. Ale to pewnie już o mnie słyszałeś, co? – nie odpowiedział, zajęty ściąganiem z niej koszulki. Wyłuskał najpierw piersi. Znał ich zarys, nie przepuścił nigdy okazji, by nie otaksować ich kształtu w obcisłych, wydekoltowanych bluzkach, które zwykła nosić, ale wciąż inaczej je sobie wyobrażał. W jego myślach były czasem lekko odchylone na boki, z dużymi kołami ciemnych sutków, czasem natomiast pełne, ciężkie, poddające się zachłannym dłoniom. Okazały się po prostu śliczne, duże, idealnie równe i pełne, o mlecznym odcieniu, nieco jaśniejszym od karnacji twarzy, zwieńczone jasnoróżowymi, niewielkimi, pomarszczonymi szczytami. Chyba jej się spodobało, gdy zaciskał na nich wargi, jednocześnie pieszcząc ją dłońmi. Pośladki też miała apetyczne, tak samo jak gładkie, wyrzeźbione na siłowni uda. Bezczelnie sięgnął pomiędzy nie i został chętnie przyjęty. Była mokra, gorąca, a dopiero się rozgrzewała. Oddawała mu się na dywanie, potem oparta o kanapę, od tyłu. Zajęta wyłącznie sobą i swoją przyjemnością. Potem zaciągnęła go do maleńkiej, nieco chłodniejszej sypialni. Miała wygodne, szerokie łóżko. Ułożyła się na nim wygodnie, pociągając go na siebie. Ledwo zdążył złapać oddech. Sam zdumiał się, jak długo mógł się z nią kochać, jak sprawnie mu to szło. Ostre rżnięcie, powiedziała mu, żadnych westchnień i delikatnych muśnięć, żadnych sentymentów, po prostu mnie przeleć. Czuł jej dobrze wytrenowane mięśnie, zaciskające się w rytmie szybkich, głębokich pchnięć na członku, czuł palce wbijające się w pośladki, i paznokcie, którymi podrapała go do krwi, szczytując.

Gdy wyszła, by przynieść coś do picia, rozejrzał się z ciekawością po pokoju. Książki, filmy. Całe regały, wysokie aż do sufitu zastawione książkami. Filozofia, historia, muzyka, trochę prac z wyższej matematyki i fizyki kwantowej. Mnóstwo porno. Salieri, Blake, kilku innych, mniej znanych reżyserów. Zastanawiał się, czy ogląda je sama i czy ją to podnieca. Otworzył jakąś różową książkę z bardzo nieprzyzwoitymi ilustracjami. Dziwny język, pewnie norweski albo coś z tego zakątka świata.

– To po polsku – powiedziała, jakby w odpowiedzi na jego nie zadane pytanie, wracając z dwoma wysokimi szklankami toniku – zbiór opowiadań erotycznych. Dostrzegł długą dedykację, skreśloną mocnym, stanowczym charakterem pisma, zapewne męskim. Natychmiast zrobił się potwornie zazdrosny, choć było to przecież w tej sytuacji kompletnie bezpodstawne i absurdalne uczucie.

– To jakiś znany… hmm… pisarz? – zapytał od niechcenia.

– Tak – mrugnęła do niego – bardzo zdolny pisarz, w drodze na szczyt. I nie musisz być zazdrosny. To dobry przyjaciel. Bardzo dobry.
Zastanowił się przez chwilę, co pod tym rozumiała. Pewnie jej definicja przyjaźni była równie niestandardowa, jak ona sama.

Zakończyli śledztwo pełnym sukcesem. A potem zniknęła. Zwyczajnie, przestała się odzywać. Z dnia na dzień wyjechała do Bostonu wyjaśniać sprawę kolejnego bostońskiego  dusiciela. Pocztą pantoflową dowiedział się, że o mało nie  straciła życia przez gapowatego partnera. Po powrocie nie odezwała się, nie widywał jej, choć kilka razy stał pod oknami dokładnie rejestrując chwile, gdy w wąskich wysokich szybach na piątym pietrze zapalało się światło. Czasem obserwował wejście.

Zawalił egzamin, który miał pomóc mu w awansie, otarł o zawieszenie, gdy wypuścił zbyt wcześnie dealera heroiny, nie spojrzawszy dokładnie w jego akta. Następnego dnia Jesse Paul zatrzelił dwóch koreańskich właścicieli stacji benzynowej. Ale dopiero pogawędka z szefem lekko nim potrząsnęła.

– Jon, lecisz w dół. Odpuść ją sobie. To nie jest kobieta do… no, ujarzmienia. Zawsze będzie  żyć, jak chce. Znam ją od małego, no, może od takiej młodszej nastolatki. Zawsze to było kręcone, ciekawe, uparte. I zdolne. Znałem jej ojca, zginął kilka lat temu. Też sobie nie mógł z  nią poradzić. Znajdź sobie jakąś miłą dziewczynę, Jon, zrób jej dzieciaka i oprzytomnij. Najwyższy czas. Nic z tego nie będzie.

– Ale…

– Żadnego ale, Jon. Paul nie miał prawa być wtedy na wolności. Następnym razem nie będę cię chronić. Zmarnujesz sobie karierę.
Posępnie zwiesił głowę. Wiedział,  że komisarz Wayne ma rację.

– Jeszcze jedno, Jon.

– Tak?

– Potrzebujesz snu. Przestań warować pod jej oknami. Widziała cię.

Bilans był więc mocno niekorzystny. Wyszedł na durnia. Wtedy zaczął trzeźwieć. Aż do dzisiaj.

***

Limuzyna zatrzymała się przy nadbrzeżu.
Sean rozejrzał się niepewnie.

– To tu?

– Ja tam nie wiem. Szef kazał do przystani jachtów, to i jesteśmy. Wysiadaj pan, bo impreza się rozkręci bez udziału szanownego pana.

Sean wysiadł, lekko się ociągając. Kierowca nie czekał, wykręcił sprawnie na niewielkim placyku i odjechał, nim Sean zdążył poprosić go o poczekanie choć kilku minut.

Przejdź do kolejnej części – Manhattan – część II Trans

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Miss, nie zawiodlam sie dokladnie tak jak sie spodziewalam. To jest to, co lubie w Twoich opowiadaniach najbardziej: piekny jezyk, dopieszone szczegoly, intrygujaca fabula. Bardzo, ale to bardzo dobre. Czekam na kolejna czesc!

Ha – myślałem, że będę pierwszy, ale czujna Rita zdołała mnie wyprzedzić!

Tak więc na NE zagościł kolejny – po "Zabójczym układzie" Coyotmana kryminał, a może nawet policyjny thriller. Czy w poetyce noir? Jak na razie wiele na to wskazuje: figura podupadłego gliny, tajemnicza femme fatale (nie do końca klasyczna, z uwagi na jej pracę w służbie policji), akcja rozgrywająca się nocą. Kolory jakby przygaszone, prócz oczywiście barw kobiecych strojów.

Na razie nie widzę powodu, dlaczego w historię tą wpleciona została druga – młodego, korporacyjnego szczura wyruszającego na owianą aurą tajemnicy imprezę. Mam nadzieję,że w następnym rozdziale uda Ci się ją rozbudować, nawet jeśli powiązanie z wątkiem policyjnym nie stanie się jeszcze jasne. Bardzo jestem ciekawy, czym Sean zasłużył sobie na rolę w tym opowiadaniu!

Tekst budzi zainteresowanie i pragnienie dowiedzenia się czegoś więcej… nie wiem jak inni, ale ja z pewnością będę czekał na ciąg dalszy!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Ech…
trzeci komentarz, a juz nie mam co napisac, zeby sie nie powtarzac.

Super klimat, smaczki (niech zyje VS!) i koloryt, a do tego od razu dwie fajnie rozbudowane postacie, a trzecia – jeszcze nie wpleciona w tresc – takze naszkicowana sprawnymi slowami.

Wylapalem dwa bledy w pierwszym akapicie (wybacz, Miss); na szczescie! (bo dzieki temu wiem, ze nie ma ludzi bezblednych)…

Podsumowujac – super. Styl soczysty i precyzyjny (ekstra jest ten tlusty szczur), zero zbednych slow, a jednak jest wszystko, czego do szczescia potrzeba.

Klimat – pierwszorzedny. Bohaterowie – smakowici (i nie pomaga tu fakt, ze sam kiedys… znalem taka Tilde). Nowy Jork – oby go bylo wiecej – przywracajacy wspomnienia…

Szesc gwiazdek. Sorry, Miss, ale na mniej nie zaslugujesz.

Pozdrawiam, s.

ps. Ciesze sie bardzo, bo mam juz DWA opowiadania do polecanych. I niech nikt nie smie mnie uprzedzac!

jest fantastyczne. Koledzy napisali już wszystko na temat tego opowiadania. Czekam z niecierpliwością na kolejną część.
jimmyg

W koncu mi sie obrazek pokazal ;p

Czujna Rita, bo czekała na to opowiadanie od kiedy Miss wspomniała o nim 🙂

"Niezbyt zadbane stopy i dłonie." – Wątpię, czy można to stwierdzić na pierwszy rzut oka w przypadku zmumifikowanego, rok już martwego trupa. Kiedyś kupiłem sobie Medycynę Sądową i coś niecoś wiem. Ale skonsultuję to jeszcze przy okazji z pewnym niezłym patologiem. Pewnie się zdziwi.

Zawsze patrzę z podziwem, gdy ktoś próbuje pisać o czymś, czego nie zna z doświadczenia (chyba, że autor z niejednego pieca chleb jadał). Cóż, stąpanie po kruchym lodzie to ekscytująca zabawa. A warsztat – tak, patrzę na tekst, na który tylko zerknąłem (poczekam do publikacji zakończenia), jako na ćwiczenie warsztatowe – trzeba i na nieznanych terytoriach ćwiczyć 🙂

Jeszcze jedno. Oględziny uszu mumii? Takoż wątpliwa z punktu widzenia racjonalności czynność. A może się mylę i jestem nieświadomie złośliwy? Staram się nie być, ale…
KarelGodla

@ KarelGodla:

Mumifikacja naturalna pozwala na długotrwałe zachowanie ciała. Myślę ,że w takiej sytuacji rok po zgonie wciąż będzie można stwierdzić, czy denatka miała np. pomalowane czy krótko przycięte paznokcie. A to już jakaś wskazówka 🙂 Uszy też jak sądzę nie odpadają mumii w jakimś zbyt krótkim czasie.

Ale co ja tam wiem? Jestem tylko skromnym, domorosłym badaczem antyku 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Sprawdzę u eksperta, Megasie. Też nie jestem znawcą tematu.

Pojawia się kolejna fantastyczna nowa seria. Cóż powiedzieć ? Relacyjne. Człowiek od razu wciąga się w tekst i nie chodzi tu tylko i seks, ale o całą historie. Szkoda, że tak szybko się to czyta (świadczy to o wysokiej jakości pracy). Kiedy następna część i co ile kolejne prace będą publikowane?

*rewelacyjne

Dziękuję za komentarze.

Planowałam najpierw trzy części, ale prawdopodobnie będzie ich sześć lub siedem.
Postaram się zachować częstotliwość publikacji raz w miesiącu.

Niniejszym odszczekuję swoje zastrzeżenia. Jestem po rozmowie z ekspertem. Patolog miał za to inną wątpliwość ale tak niesmaczną, że nie będę o tym wspominał.
Ukłony.

@ Miss:

Widzę, że opowieść się rozrasta. Skąd ja to znam? 😉

@ Karel Godla:

Koniecznie podziel się tą wątpliwością – jak nie tutaj, to choć na privie!

Pozdrawiam
M.A.

Super opowiadanie. Niezwykle odpężające 🙂 Coś w tym stylu od dawna chciałam przeczytać. Pozdrawiam i czekam na więcej, więcej, więcej 🙂
Wanilia

To smutne, że na tak wciągające opowiadania trzeba czekać tak długo. Jeśli będzie tylko jedno w miesiącu, poziom będzie wysoki i przede wszystkim Tobie nie braknie pomysłów to możesz pisać tą serię nawet przez rok. Doskonały przykład słynne już Przygody Roberta . Powodzenia Miss. Nie mogę się doczekać kolejnej części. Swoją drogą jak czytałem opis wyglądu Tildy to w głowie od razu widzę Madison Ivy. 🙂

@anonimowy – dziękuję serdecznie. Bardzo chętnie nie robiłabym nic innego, jak tylko towarzyszyła Tildzie i Jonowi w ich śledztwie, ale niestety zew życia w realu jest bezlitosny – chwilowo uginam się pod ciężarem obowiązków zawodowych i prywatnych. Ale zdradzę, że szkic całej opowieści jest już gotowy, także pisemnie. Jednak dopracowanie szczegółów i napisanie scen, a także rozwinięcie wątków, którego domagają się bohaterzy, musi niestety potrwać. No, w każdym razie mamy już luty, a następny odcinek – wkrótce. Pozdrawiam i dziękuję za miłe słowa w ten deszczowy poranek.

W końcu przeczytałem. Uśmiech. Zobaczymy, co będzie dalej. It girl? Nie znałem określenia. Uczę się.

Droga Miss. Luty się kończy, a drugiej części jeszcze nie ma. Proszę nie każ czytelnikom czekać do ostatniego dnia miesiąca. To jest tortura. 🙂

Drogi Anonimie,

uprzejmie informuję, że druga część Manhattanu otwiera marzec na naszym portalu! I znając już ten tekst, mogę Cię zapewnić: zaprawdę, jest na co czekać!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Fantastycznie to jeszcze tylko 3 dni. Czy to oznacza, że w marcu pojawi się tylko jeden odcinek z serii czy możemy liczyć na dwa?

Anonimie, w marcu pojawią się dwa odcinki, choć oczywiście w pewnym odstępie czasowym. I będą dłuższe 🙂

Boskie:) To co tygryski lubią najbardziej 🙂

Wielkie Oko nie śpi :), wiec postanowiłem na chwilę oderwać się od obowiązków i pisania i cośkolwiek skomentować.
Nabrałem ochoty na zanurzenie się w świat kryminalnych zagadek i błyskotliwych niebieskich kogutów. Znam tekst Miss, ale lubię do niego wracać. To jak prowadzi kreuje swoich bohaterów, jak prowadzi historię, jak zaciekawia nią budzi mój wielki szacunek. Kim jest martwa dziewczyna znaleziona w tunelu? Jak dadzą sobie radę z zagadką, a przy okazji ze sobą Jon i Tilda (przy okazji Miss, świetne imię)? Co robi w tej opowieści Sean? Częściowo to wiem (znam serię do pewnego momentu), ale nieodmiennie z przyjemnością po raz kolejny ją czytam. Manhattan to po prostu rewelacyjny kawałek tekstu. Gratuluję Ci Miss (a nawet trochę zazdroszczę :)).
Pozdrawiam.

Napisz komentarz