Opowieść helleńska: Demetriusz III (Megas Alexandros)  4.24/5 (64)

56 min. czytania

Guillame Seignac, „Nimfa leśna”

Jeśli raz zdradzisz, będziesz to czynił już zawsze. Złamaną obietnicę łatwo znowu złamać.

Takie myśli kłębiły się w głowie Demetriusza, kiedy wstępował w gościnne progi. Pamiętał dobrze tę willę. Niegdyś należała do Fryne, zwanej najjaśniejszą gwiazdą Aten. Obecnie mieszkała tu jej dawna przyjaciółka, a dziś – następczyni. Nowa królowa ateńskich heter – Fojbiane o słodkim uśmiechu.

Nie przybył tu sam, wiedziony własną ciekawością i żądzą. Towarzyszył swemu najbliższemu druhowi, młodziutkiemu poecie, Menandrowi. Od dnia jego triumfu na festiwalu Lenajów interesowały się nim wszystkie hetery w Mieście. Pragnąc ugruntować swoją pozycję „pierwszej”, Fojbiane zaprosiła go na wieczerzę. Obiecała przy tym (wiedząc, iż Menander nie ma żadnego majątku), że ich znajomość nie będzie go kosztować ani obola. Autor „Tarczy” – komedii, którą pozyskał sobie serca Ateńczyków – odpisał, że chętnie przyjdzie, ale z przyjacielem. Będzie nim Demetriusz, syn Dionizjusza z Faleronu.

„A więc zamiast jednego bohatera Aten, będę gościła dwóch” – odpowiedziała przez swego sługę Fojbiane.

Demetriusz poczuł irytację, gdy Menander mu o tym opowiedział.

– Po cóż mieszasz mnie w swoje sprawy z heterą? – zapytał. – Jeśli pragniesz ją posiąść, moje towarzystwo nie jest ci potrzebne.

Poeta spoglądał na niego jasnymi oczyma.

– Czemu nie mielibyśmy tego zrobić razem? – rzekł po dłuższej chwili.

Demetriuszowi odebrało mowę. Widząc to, jego druh kontynuował:

– Jesteśmy przyjaciółmi, czyż nie? Dzielimy się wszystkim. Winem na uczcie, oliwą w gimnazjonie. Wspólnie przelaliśmy krew, broniąc Fokiona i wspólnie wylewamy pot w czasie treningów i w łaźni. Czym to się różni? Fojbiane nie zgłasza sprzeciwu.

– Menandrze – Falerończyk starał się mówić spokojnie. – To, co dzieje się między mężczyzną i niewiastą, jest sprawą intymną i niewymagającą świadków. To nie przysięga przed Archontem ani nie mowa wygłaszana dla Zgromadzenia.

– Dlatego też nie zapraszam Archonta ani Ludu Aten – odparł poeta. – Ale chciałbym, byś ty jeden mi towarzyszył.

– Na Zeusa, czemu??

Menander zamknął usta, zdziwiony wybuchem Demetriusza. Sądził chyba, że sprawi mu przyjemność swoją propozycją… Na jego chłopięcej twarzy odmalowało się wahanie. W końcu przemógł się i spoglądając na podłogę, rzekł:

– Rzecz w tym, że ja jeszcze nigdy… To znaczy, nie miałem dotąd okazji… No wiesz, nie posiadam takiego doświadczenia…

Falerończyk natychmiast zrozumiał. Jego przyjaciel miał dopiero piętnaście lat. Był zbyt młody, by poślubić niewiastę i zbyt ubogi, by kupić sobie niewolnicę taką jak jego Raisa. Oczywiście wizyty u heter również nie wchodziły w grę – nie, jeśli musiałby za nie płacić prezentami. Menander mógłby wprawdzie udać się do domu rozpusty… Ateny obfitowały w takie przybytki, oferujące chwilę rozkoszy za niewygórowaną cenę. Najwyraźniej jednak dotąd się na to nie zdobył. Tym bardziej, że wizyta w burdelu, na który mógł sobie pozwolić, mogłaby być po prostu niebezpieczna.

Uniósł rękę.

– Pojmuję – rzekł, uśmiechając się kojąco. – Szczęściarz z ciebie, Menandrze. Niewielu mężczyzn może powiedzieć, że ich pierwszą kobietą była wytworna hetera.

– Więc zgodzisz się pójść ze mną?

On tego potrzebuje, pomyślał Demetriusz. Jest przerażony perspektywą nocy z Fojbiane, choć przecież wygląda jej z niecierpliwością. Jeśli mogę udzielić mu wsparcia…

– Tak, udam się z tobą do hetery. Będę z tobą podczas wieczerzy… a jeśli chcesz, odprowadzę cię nawet na próg łożnicy.

Poeta uniósł wzrok i spojrzał mu prosto w oczy.

– Nie chcę, byś mnie odprowadzał. Pragnę, byś przez cały czas mi towarzyszył. Pieszczoty Fojbiane nie sprawią mi rozkoszy, jeśli nie obdarzy nimi również ciebie.

– Dlaczego? – spytał Demetriusz. – Ja nie zapraszam cię przecież, gdy mam ochotę uprawiać miłość z Raisą…

– Być może kochasz mnie mniej niż ja ciebie – wypalił chłopiec.

Nastało długie milczenie. Mierzyli się spojrzeniami, zastygli w bezruchu. Nawet wczesnowiosenny wiatr za oknem jakby przycichł. Przepraszam cię, Raiso, pomyślał Demetriusz. Znów przyjdzie mi złamać własne przyrzeczenie.

Przywołał na swe usta uśmiech i pochylił się w stronę przyjaciela.

– Skoro tak stawiasz sprawę – rzekł, – chyba nie mogę ci odmówić?

Dwa dni później, pod wieczór, przybyli do nowego domu Fojbiane. Domu, w którym przed zaledwie kilkoma miesiącami Demetriusz żegnał Fryne. Front budynku został odremontowany. Po obu stronach drzwi wejściowych, w specjalnie w tym celu wykutych wnękach, stały brązowe posągi – zsuwającej chiton Afrodyty z obnażonymi piersiami oraz dziewiczej Artemidy w krótkiej tunice odsłaniającej uda. Nie ulegało wątpliwości, że w obydwu przypadkach modelką dla rzeźbiarza była nowa mieszkanka willi. Wysokie na trzy stopy posągi miały nie tylko czarować przechodniów swoim pięknem – stanowiły również jawną reklamę wdzięków hetery.

Demetriuszowi towarzyszył Agathias – niewolnik jego ojca, mający go strzec przed „adoratorami chłopców” w rodzaju Hiperejdesa. Młodzieniec starał się ignorować sługę, który podążał za nim krok w krok, z nieodmiennie apatycznym wyrazem twarzy. Podejrzewał, że Agathias jest znacznie sprytniejszy, niż się wydaje. Z pewnością donosił ojcu o wszystkim, co widział. Skoro tak, Dionizjusz będzie zadowolony z syna – wizyta u słynnej hetery nie przynosiła przecież wstydu. A ponadto stanowiła dowód, że Demetriusz zostawił już za sobą miłostki ze starszymi mężczyznami i nabrał właściwych upodobań.

W przedpokoju przywitała ich młodziutka niewolnica, która przedstawiła się jako Doris. Miała jasne włosy splecione w warkocz i duże, błękitne oczy. Mogła mieć dwanaście lat, a jej ciało pod białym chitonem nie nabrało jeszcze kobiecych krągłości. Mimo to Demetriusz spodziewał się, że za dwa, trzy lata będzie czarować mężczyzn swoim pięknem. Fojbiane miała dobre oko. Jeśli postanowi uczynić z dziewczyny heterę, zarobi na niej krocie. Doris ukłoniła się z szacunkiem obydwu gościom, potem zaś przyozdobiła ich skronie wieńcami oliwnymi.

– Pójdźcie za mną, dostojni panowie. Wasz niewolnik zaczeka w pokojach służby.

– Zna drogę – odparł Demetriusz, nie zadając sobie nawet trudu, by spojrzeć na Agathiasa. – Byłem tu już kiedyś gościem, choć u innej pani.

Ruszyli za Doris. W korytarzu Demetriusz zauważył nowe dzieła sztuki – ściany zakrywały egipskie gobeliny, w niszach ustawiono posągi herosów, bogiń i atletów. Nie ulegało wątpliwości, że Fojbiane lubiła otaczać się pięknem. Młodzieniec uznał jednak tę ucztę dla oczu za nazbyt sycącą. Za czasów Fryne dzieł sztuki było wprawdzie mniej, ale za to ich obecność nie przytłaczała. Obecnie nie sposób było wyzbyć się poczucia nadmiaru. Najwyraźniej nowa pani domu nie miała tak dobrego gustu jak jej poprzedniczka.

Zerknął na Menandra. Chłopiec otworzył usta z wrażenia i chłonął wszystko, co widział. A było przecież na co patrzeć! Jeden z gobelinów przedstawiał sceny z życia nad Nilem. Były tu barki wycieczkowe z wysokimi rufami, na pokładach których nagie kobiety zażywały cienia pod baldachimami; łodzie myśliwych, którzy w przybrzeżnych trzcinach polowali z łukami na ptactwo; procesje religijne wiedzione przez bogów z głowami zwierząt oraz tańczące dziewczęta w przezroczystych sukniach. Nieopodal, w oświetlonej przez świece niszy stał pozłacany posąg nagiego mężczyzny, składającego się do rzutu dyskiem. Był to ponad wszelką wątpliwość dar od bardzo zamożnego kochanka. Jeszcze dalej na ścianie, wyjątkowo niezasłoniętej tkaniną, widniał fresk przedstawiający wybór Parysa. Młodzieniec unosił w ręku jabłko, a przed nim pyszniły się trzy boginie. Złotowłosa Afrodyta zrzuciła suknię i swobodnie ukazała pasterzowi swój biust oraz łono. Hera o czarnych lokach pozostała wprawdzie w chitonie, lecz odsłoniła jedną pierś. Atena, której włosy przykrywał hełm hoplity, unosiła z kolei brzeg peplosu, odsłaniając aż po udo bardzo zgrabną nogę. Z twarzy i póz przyjętych przez boginie emanowała frywolność, a może nawet wyuzdanie.

Minęli już salę bankietową, w której odbył się pożegnalny sympozjon Fryne. Najwyraźniej Fojbiane zamierzała ich przyjąć w bardziej kameralnym wnętrzu. Doris poprowadziła ich schodami na piętro. W końcu stanęła przed otworem wejściowym, przysłoniętym jedwabną zasłoną.

– Gdybyście czegoś potrzebowali, dostojni panowie, wystarczy zawołać. Będę w pobliżu.

Falerończyk skinął jej głową. Menander zawahał się przed wejściem, lecz jego przyjaciel położył mu rękę na ramieniu i lekko, acz zdecydowanie pchnął naprzód. Poeta przełknął ślinę. Weszli do środka. Okazało się, że Fojbiane nie ma zamiaru bawić się w grę pozorów. Dlatego też swoich gości przyjęła od razu w alkowie. Komnata była rozległa, lecz falujące, podświetlone lampami oliwnymi zasłony dzieliły ją na mniejsze pokoiki. Powietrze przesycały orientalne pachnidła. Demetriusz miał pewność, że Fryne oszczędniej by ich używała – ale jej następczyni nie znała chyba pojęcia „umiar” i arystotelesowskiej zasady złotego środka.

Zresztą, trudno było sobie wyobrazić, że mogłaby mieć cokolwiek wspólnego z Arystotelesem.

* * *

Noc była ciepła i pogodna. Nad Atenami świeciły wszystkie gwiazdy, ale wzrok Aratosa przyciągał wielki, srebrzysty księżyc, pyszniący się w pełni swej chwały. Kreteński fechmistrz stał przy oknie, wspierając się o parapet. Komnata znajdowała się na piętrze lichej gospody w Pireusie. Tylko dlatego mógł spoglądać na nieboskłon. Uliczka przed zajazdem była tak wąska, a budynek naprzeciwko wzniesiony tak blisko, że wyglądając z okna na parterze, można było ujrzeć jedynie przeciwległą ścianę.

W budynku po drugiej stronie uliczki znajdował się zamtuz. Nie dom rozpusty, w jakie obfitowały bogate dzielnice Miasta. Zwykły, tani burdel, odwiedzany przez spłukanych żeglarzy i pijaną tanim winem biedotę. W takich miejscach można się było bawić całą noc za garść oboli. Albo też dostać nóż między żebra i zdechnąć w rynsztoku, do którego wyrzucano tych, którzy nie potrafili utrzymać się na nogach – nie czyniąc różnicy między pijanymi i rannymi. Z głębi gmachu dobiegał niemelodyjny, pijacki śpiew; z ciemnych okien na piętrze – głośne i wyraźne odgłosy spółkowania.

Niegdyś Aratosowi z Hierapytny zdarzało się odwiedzać takie miejsca. W ciągu dwudziestu lat dorosłego życia, które na Krecie zaczynało się w chwili, gdy chłopiec zdołał udźwignąć miecz, przeszedł daleką drogę. Był rozbójnikiem ściganym we wszystkich poleis swej ojczystej wyspy, zaciężnym żołnierzem, przemytnikiem, piratem, którego lękano się w portach od Tyru po Syrakuzy. Dostarczał broń egipskim buntownikom, walczącym z Persami oraz żywność do oblężonego przez Macedończyków Halikarnasu. Kiedy floty Macedonii i Aten zapanowały nad Morzem Egejskim, postanowił zejść na suchy ląd. Zaciągnął się na służbę u Dionizjusza z Faleronu i jak dotąd chwalił sobie ten wybór. Odpowiadał za bezpieczeństwo trzech osób – stratega, jego żony i syna, a nie – jak wcześniej – za cały okręt czy najemny oddział. Pensja, którą otrzymywał, była bardziej niż zadowalająca, a co jakiś czas nadarzała się okazja, by dodatkowo zarobić.

Taka sposobność właśnie się objawiła. Przed paroma tygodniami Kreteńczyk otrzymał od Dionizjusza nową, tajemną misję. By ją wykonać, musiał odnowić dawne kontakty w ateńskim półświatku. Okazało się, że wielu ludzi wciąż pamięta imię Aratosa z Hierapytny. I do dziś wymawia je z lękiem.

Śmierć Haimona Łysego wstrząsnęła środowiskiem ateńskich złoczyńców. To on był niekwestionowanym autorytetem dla wszystkich band działających w Mieście. Rozsądzał spory, wyznaczał rewiry działalności. Dbał o to, by odcinacze sakiewek nie wchodzili w drogę skrytobójcom, by porywacze dla okupu nie zasadzali się na te same domy, co spragnieni złota grabieżcy. W tym anarchicznym świecie jego słowo miało moc prawa. Gdy znaleziono go martwego w jednym z nadmorskich składów, stało się jasne, że wybuchnie wojna o jego schedę. I że będzie ona szczególnie krwawa.

Przez następne tygodnie z rynsztoków Aten i z nadmorskich zatoczek wyławiano dziesiątki okaleczonych ciał. W karczmach i burdelach Pireusu coraz częściej błyskały obnażone sztylety. Krew lała się strumieniami, lecz dopóki ginęli pospolici zbrodniarze, Archont nie widział powodów do interwencji. Inaczej patrzył na to Dionizjusz z Faleronu. Przebiegły strateg uznał, że oto nadarza się okazja do realizacji jego planów.

W otworze wejściowym komnaty nie było drzwi, a jedynie zasłona z brudnego kawałka wełny. A jednak Aratos usłyszał, jak jego człowiek wkracza do środka. Obrócił się i spojrzał na najemnika.

– Czy są już wszyscy?

– Tak, panie – mężczyzna pochylił głowę. – Czekają na ciebie.

– Zachowują się spokojnie?

– Na razie tak. Trudno powiedzieć, co stanie się później.

– A więc nie traćmy czasu. Prowadź!

Zeszli po schodach na parter, ruszyli w stronę sali ogólnej gospody. Tutaj były drzwi – stare i zniszczone. Na nadgryzionym przez czas i owady drewnie ktoś wymalował obsceniczny obrazek. Został on wykonany przed wieloma laty: wszystkie szczegóły już dawno się zatarły. Najemnik pchnął podwoje, które ustąpiły z protestem nienaoliwionych zawiasów.

W sali ogólnej, przy długim stole siedziało czterech mężczyzn. Każdy w stosownym oddaleniu od pozostałych, nerwowy, z ręką na mieczu lub nożu. Stawili się wszyscy, żaden nie ośmielił się zignorować wezwania. Ale żaden też nie zamierzał ufać pozostałym. Przy drzwiach i zawartych szczelnie okiennicach rozmieszczono zbrojnych. Dobierając ich, Aratos kierował się nie tylko ich biegłością w mieczu, lecz i dyskrecją. Nic, co zostanie tutaj powiedziane, nie powinno opuścić tych murów.

– Witam, panowie – rzekł Kreteńczyk, siadając u góry stołu. Przyjrzał się po kolei każdemu z zaproszonych. Jednooki Akristos rządził przestępczym imperium na północy Miasta, między Bramą Świętą a Bramą Acharny. Jego wpływy rozciągały się też poza murami, obejmowały Keramejkos i Kolonos. Najstarszy z całego grona, Ophion, władał z kolei południem, od Areopagu po Długie Mury. Ospa naznaczyła jego twarz niezliczonymi dziobami. Otyły Myron kontrolował cały przemyt, który przechodził przez porty w Pireusie i w Faleronie. Choć siedział daleko, Aratos czuł bijącą od niego woń egzotycznych perfum. Przerażająco chudy Deimos był wyprostowany i ponury. Wyglądał jakby trawiła go jakaś śmiertelna choroba. Pomimo tego słuchali go wszyscy skrytobójcy w Atenach. Jeśli ktoś pragnął, by uwodziciel jego córki albo konkurent w interesach zniknął z tego świata, musiał wpierw uzyskać zgodę Deimosa.

Tych czterech podzieliło między sobą dawne królestwo Haimona Łysego. Wykończyli pozostałych, bezlitośnie rozprawili się z wszelkim oporem. Każdy przestępca działający w Atenach musiał się im opłacać – albo jego życie kończyło się prędko i w męczarniach. Aratos spoglądał na twarze owych ludzi, surowe i beznamiętne, niczym wykute z kamienia. Nie ulegało wątpliwości, że są twardzi. Inaczej nie osiągnęliby swej pozycji w brutalnym półświatku Aten. Ale on był jeszcze twardszy. Wkrótce się o tym przekonają.

Odpowiedzieli mu niechętnymi skinieniami głowy. Dla nich był tylko sługą potężnego pana, najemnikiem wykonującym rozkazy. Mogli okazać szacunek Dionizjuszowi z Faleronu, ale nie komuś takiemu jak Aratos z Hierapytny.

– Czemu nas tu zgromadziłeś? – spytał Ophion.

– Właśnie, czemu? I to w tak ciasnej sali? – twarz Akristosa wykrzywiła się w gniewnym grymasie. Posłał Myronowi wściekłe spojrzenie. – Przysięgam, jeśli mój chiton nasiąknie perfumami tego pederasty…

– Nie nasiąknie – zapewnił go Kreteńczyk, – jeżeli szybko dojdziemy do porozumienia. Mam dla was propozycję. Mój pan, Dionizjusz z Faleronu, życzy sobie, byście od dziś pracowali dla niego. Żąda waszego posłuszeństwa oraz lojalności. Pragnie, byście zaprzestali wzajemnych walk o wpływy i zgodzili się na podział terytoriów.

Nastąpiła chwila ciszy. Deimos skierował na niego martwe, jakby rybie oczy. Myron głośno sapał, a jego nalana twarz zrobiła się czerwona.

– Jakim prawem wysuwa takie żądania? – warknął Ophion.

– Prawem siły – odparł spokojnie Aratos. – Wojna, która wybuchła po śmierci Haimona Łysego osłabiła was. Czyż nie dlatego tak karnie stawiliście się na to spotkanie? Wiecie, że wasze szeregi są nieliczne – sami je sobie wytrzebiliście. A przecież żaden z was nie zdołał narzucić swojej woli reszcie. Jeśli ta walka będzie trwać nadal, wkrótce całkiem utracicie znaczenie.

Akristos zerwał się od stołu, sięgnął po miecz. Kreteńczyk popatrzył na niego bez lęku. Gestem powstrzymał jednego ze swych ludzi, który miał właśnie wbić ostrze w plecy rozgniewanego herszta.

– Siadaj – syknął Deimos. Choć jego głos nie wzniósł się ponad szept, usłyszeli go wszyscy w komnacie. Akristos zbladł, a potem wypuścił rękojeść z dłoni. Po chwili bezwładnie opadł na ławę. Teraz wyniszczony chorobą skrytobójca zwrócił się do Aratosa: – A więc Dionizjusz chce być nowym Haimonem. Powiedz nam zatem cóż oferuje w zamian?

– Bezpieczeństwo i przetrwanie. Zapewnia, że miejska straż zostawi was w spokoju i pozwoli robić interesy. Będziecie mogli się bogacić, a wasze wpływy nie zostaną uszczuplone. Oczywiście będziecie mu przekazywać jedną drachmę z każdych dziesięciu, które zarobicie… mnie zaś jedną z każdych stu. Naturalnie, czasem wykonacie jego rozkazy. Które, jak kazał was zapewnić, nie będą przychodziły zbyt często.

– Rozkazy – powtórzył Deimos. – Zechcesz podać przykład?

– Myślę, że nie będzie to nic takiego, co mogłoby zburzyć twój spokój – odrzekł Kreteńczyk. – Polityk tak sławny jak mój pan ma wielu wrogów. Czasem zażyczy sobie, by ktoś został pobity w drodze na Areopag… albo by zniknął na zawsze. Jesteś starszym nad skrytobójcami. Lepiej ode mnie znasz tajniki swego fachu.

– A jeśli odrzucimy tę jakże wspaniałomyślną ofertę? – Ophion nie próbował nawet ukrywać ironii zawartej w pytaniu. – Nie potrzebujemy protektora, by zakończyć wojnę. Możemy sami dojść do porozumienia i we czterech rządzić Miastem.

– Owszem, jest to możliwe – zgodził się Aratos. Zaraz jednak rzekł: – Taki układ musiałby się wszak oprzeć na wzajemnym zaufaniu, a wy przecież sobie nie ufacie. Każdy z was wie, że jeśli zwróci się do pozostałych plecami, zostanie w nie pchnięty nożem. Potrzebujecie nadzorcy, który przypilnuje porozumienia. I będzie miał dość siły, by zetrzeć z powierzchni ziemi tego, kto je złamie. Mojemu panu nie brak siły. Słucha go sam Archont, więc dysponuje Scytami z miejskiej straży. Opłaca też potajemnie najemników rozlokowanych w różnych punktach Aten. A co najważniejsze, nie ma zatargów z żadnym z was. Będzie więc bezstronnie rozsądzał wszystkie spory.

Dał im czas, by przetrawili to, co usłyszeli. Spoglądali po sobie w milczeniu. Każdy z hersztów szczerze nienawidził pozostałych. Układ, który proponował im Dionizjusz, zapewniał jednak stabilizację władzy. I zakończenie bratobójczej walki, która jak dotąd przyniosła im jedynie straty. Zanim odezwał się pierwszy, Aratos znał już ich odpowiedź.

– Przysięgam wierność Dionizjuszowi z Faleronu – wychrypiał Deimos.

– Mój miecz należy do niego – warknął niechętnie Ophion.

– Będę mu posłuszny. Tak jak przedtem Haimonowi – opasły Myron pochylił głowę.

Akristos wahał się najdłużej. Widać było, że toczy wewnętrzną walkę. Duma podpowiadała mu, by wstać od stołu i rzucić wyzwanie im wszystkim. Rozsądek krzyczał jednak, by tego nie czynił. Z nim będzie najwięcej kłopotów – pomyślał Aratos z Hierapytny.

W końcu jednooki wzruszył ramionami i oznajmił:

– W imię pokoju… wyrażam zgodę.

Ledwie pięć słów, a powstrzymały rzekę krwi. Kreteńczyk podniósł się z miejsca.

– A więc osiągnęliśmy porozumienie. Wkrótce znów się spotkamy. A do tego czasu… liczę na to, że okaleczone zwłoki przestaną pojawiać się w rynsztokach. Dajmy Ateńczykom kilka miesięcy spokoju.

Skinęli głowami i zaczęli się rozchodzić. Zaakceptowali już nowego przywódcę, sytuacja stała się dla nich jasna i klarowna. Będzie tak samo jak za czasów Haimona Łysego. Tyle, że teraz ich panem, sędzią oraz protektorem będzie jeden z najważniejszych polityków w Mieście.

Drachma z każdej setki, pomyślał z satysfakcją Aratos. Pokaźny zarobek za kilka chwil strawionych na gadulstwie. Kreteńczyk uśmiechnął się i oddał rozmyślaniom nad przyszłym bogactwem, które popłynie doń szerokim strumieniem. Był pewien jednego: nawet sam perski król królów nie dorównałby Dionizjuszowi w hojności. Zwłaszcza, że ten nie płacił swoim złotem.

* * *

Na samym środku sypialni ustawiono niewysoki stolik, a wokół niego rozrzucono poduszki. Na stoliku był już dzban wina, trzy ceramiczne kubki, puchar do wznoszenia toastów, a także dwie tace z owocami. Jak na razie nikt przy nim nie zasiadał. Obydwaj młodzieńcy zaczęli rozglądać się dookoła, ciekawi, gdzie też ukrywa się Fojbiane.

– Tu jestem – głos dobiegł zza ich pleców. Obrócili się jednocześnie.

Hetera stała przed nimi piękna niczym mieszkanka Olimpu. Kasztanowe loki miała wysoko upięte – misterną fryzurę przytrzymywały srebrne spinki i wplecione we włosy jasnozielone wstążki. Szmaragdowe oczy skrzyły się w świetle kilku lamp oliwnych, a pełne usta uszminkowane były na czerwono, kontrastując z bardzo jasną cerą. Choć miała na sobie odzienie, równie dobrze mogłaby być naga. Jej krótka, asymetryczna suknia przytrzymywana przez srebrną broszę na lewym ramieniu, odsłaniająca jedną nogę od kolana, a drugą aż od połowy uda, była uszyta z całkiem niemal przezroczystego jedwabiu. Przez cienką jak pajęczyna tkaninę można było dostrzec zarówno różowe sutki wieńczące jej bujne piersi, jak i całkowicie wydepilowany wzgórek łonowy.

Fojbiane nie kryła swych autów, wręcz przeciwnie: pyszniła się nimi i prezentowała je w pełnej okazałości. Demetriusz pożerał ją więc spojrzeniem, nie czując przy tym wstydu ani zażenowania. Menander był bardziej speszony, ale i on nie odwrócił oczu. Hetera stała w wystudiowanej pozie, w lekkim rozkroku, ciężar ciała wspierając na jednej nodze, drugą zaś wysuwając nieco w bok. Kształtny biust i rozłożyste, zaokrąglone biodra nadawały jej figurze kształt klepsydry. W talii była szczuplejsza niż Raisa, miała też dłuższe i bardziej zgrabne nogi. Jej skłonność do nadmiaru przejawiała się też w doborze biżuterii – oprócz broszy i spinek we włosach, miała srebrne kolczyki z szafirami, pojedynczą bransoletę na prawym nadgarstku oraz srebrny łańcuszek wokół lewej kostki.

– Witaj, natchniony Menandrze – powiedziała głosem melodyjnym i miłym dla ucha. Dygnęła przy tym głęboko, pochylając kornie głowę. – Witaj i ty, mężny Demetriuszu.

– Bądź pozdrowiona, nieziemsko piękna nimfo – odparł Falerończyk. Menander nic nie rzekł, najwyraźniej zabrakło mu słów. Przez chwilę jego przyjaciel miał zamiar wymierzyć mu kuksańca, by przypomnieć o dobrych manierach. Uznał jednak, że nie może go w ten sposób upokorzyć, zwłaszcza przed tą kobietą. Tej nocy młodziutkiemu poecie przyda się pewność siebie, a nie lekcja galanterii.

Fojbiane zbliżyła się krokiem pełnym wdzięku, zarzuciła ramiona na szyję Menandra, pochyliła się ku niemu i ucałowała go w usta. Poeta rozchylił lekko wargi, a hetera wsunęła między nie swój zwinny języczek. Chłopiec uniósł ręce i oparł dłonie na jej biodrach. Widać było, że jej bliskość go onieśmieliła. Gdy więc kobieta wypuściła go z objęć i zwróciła się ku Demetriuszowi, ten postanowił dać swemu druhowi przykład. Objął talię Fojbiane ramieniem, przygarnął stanowczo do siebie, tak że przywarła doń całym ciałem, a jej biust wtulił się w jego tors. Następnie wpił się w jej usta – mocno, natarczywie i zachłannie. Hetera była wpierw zaskoczona jego zachowaniem, ale szybko się dostosowała. Już nie próbowała być panią sytuacji – stała się wiotka i uległa, w pełni posłuszna jego woli. Jego język wniknął w słodkie i wilgotne usta, a dłoń zacisnęła się na jędrnym pośladku.

Gdy w końcu przestał ją całować, chwilę zajęło jej złapanie oddechu.

– Myślę, że to będzie ciekawy wieczór – szepnęła.

– I ja tak sądzę – odparł Falerończyk.

Trzymając ich obydwu za ręce, Fojbiane zaprowadziła ich do stolika. Rozsiedli się wokół niego na miękkich poduszkach, skosztowali winogron oraz słodkich brzoskwiń. Zza jednej z zasłon wynurzyła się kolejna niewolnica hetery – nieco starsza niż Doris, mogła być już w wieku Menandra. Miała na sobie króciutką szatę, która odsłaniała niemal całe jej uda. Wyraźnie speszona tym kusym strojem, poruszała się sztywno, cały czas dokładając starań, by młodzieńcy nie dostrzegli nic pod jej tuniką (co było absolutnie zbędne, bo obydwaj gapili się na niemal obnażone piersi Fojbiane). Pochyliła się i napełniła ich kubki, a także kielich do toastów.

– Każ przynieść jadło – rozkazała jej pani i nie patrząc nawet na służkę, odprawiła ją gestem. Następnie zwróciła się do swoich gości: – Za co wpierw wypijemy, panowie?

Za gust Ateńczyków, pomyślał Demetriusz. Gdyby nie wieniec, który Menander otrzymał na festiwalu Lenajów, to spotkanie nigdy nie miałoby miejsca. Fojbiane nawet nie spojrzałaby na ubogiego młodzieńca piszącego komedie. A tak, dzięki niemu może teraz utwierdzić swój prymat wśród ateńskich heter. Nie wypowiedział jednak owej myśli na głos. Oderwał spojrzenie od głębokiego, pokrytego piegami dekoltu i zwrócił je na Menandra. To on miał prawo wybrać.

– Za twą słodycz i niezrównany urok, moja pani – odparł poeta, który odzyskał już trochę animuszu. Wprawdzie toast, który zaproponował, raził swą banalnością, lecz hetera przystała nań, wyraźnie zadowolona. Lubiła być podziwiana, zwłaszcza przez ludzi znanych i popularnych w Mieście. Menander zaś był bardzo popularny. Wszyscy czekali na jego następną sztukę, która miał zaprezentować w czasie Wielkich Dionizjów. Demetriusz wiedział, że jego przyjaciel pracował nad nią dniami i nocami. Z całego serca życzył mu sukcesu. Jeśli znów uda mu się wygrać, może Fojbiane zaprosi go jeszcze kilka razy.

Pierwszy wypił Menander. Oczy mu rozbłysły, a policzki się zaróżowiły. Gdy Demetriusz uniósł kielich do ust, zrozumiał tego przyczynę – wino było mocne, ledwo zmieszane z wodą dla większej klarowności, ale bardzo dobre. Wciąż odczuwając wyrzuty sumienia z powodu Raisy, młodzieniec uznał, że upojenie mogłoby je nieco przytłumić. Pociągnął więc kilka dużych łyków, nim przekazał puchar heterze. Ta przełknęła ledwie kilka kropel – nie wypadało jej przecież pić na własną cześć.

– Powiedz mi, Menandrze – kobieta posłała mu szmaragdowe spojrzenie, – jaki tytuł nosi twa najnowsza komedia?

– Zanim odpowiem – poeta uśmiechnął się do niej, – pozwól, że również zadam ci pytanie. Czy pochodzisz z Aten, Fojbiane?

– Wiesz przecież, że nie! – odparła z rozbawieniem. – Żadnej rodowitej Atence nie wolno parać się moją profesją.

– Skąd więc?

– Z wyspy Leukady.

– W takim razie masz swoją odpowiedź. Mej sztuce nadam tytuł „Dziewczyna z Leukady”.

Demetriusz zauważył, że teraz jego przyjaciel naprawdę zrobił wrażenie. Na twarzy Fojbiane najpierw pojawił się wyraz zaskoczenia, potem satysfakcji ze złożonego jej hołdu.

– Zaszczycasz mnie – wyszeptała. Falerończyk był ciekaw, czy jej wzruszenie jest autentyczne. Jeśli nie było, to hetera bardzo dobrze udawała.

W tym momencie wniesiono tace z jedzeniem. Na stoliku pojawiły się mięsiwo, ser, chleb. Porcje nie były duże, ale przecież nie przyszli się tu napychać. Niewolnice napełniły winem ich naczynia i opuściły komnatę, dyskretne i milczące. Kiedy Demetriusz skosztował jadła, musiał przyznać, że smakowało wyśmienicie. Zarówno mięso, jak i ser idealnie komponowały się z mocnym, cierpkim winem. Wypił dwa kolejne kubki i poczuł, że jego głowa staje się lekka. Jednocześnie pożądanie, jakie wzbudzała w nim hetera, jeszcze się wzmogło.

Na chwilę wyłączył się z rozmowy, którą Menander toczył z Fojbiane. Podziwiał urodę tej niewiasty o jasnej skórze, na której słońce pozostawiało urocze piegi. Musiał przyznać, że hetera jest znacznie piękniejsza od jego Raisy. Nagle Iliryjka zdała mu się stanowczo zbyt prosta, nieskomplikowana, prowincjonalna, a nawet nudna. Z pewnością nie chciałaby włożyć dla niego tak lubieżnej kreacji, chyba że wydałby jej stanowczy rozkaz. Ich miłosne igraszki również stawały się nużąco monotonne. Po pierwszym okresie romansu, kiedy z zachwytem odkrywali każdą rozkosz, jaką mogą dać sobie nawzajem kobieta i mężczyzna, coś się wypaliło. Raisa straciła ochotę na dalsze eksperymenty, przestała wykazywać entuzjazm dla jego pomysłów. Owszem, wciąż była posłuszna i starała się sprawić mu jak największą rozkosz, lecz czyniła to jakby z przyzwyczajenia. A także dlatego, że był jej panem i władcą. Zaczynało go to nużyć.

Demetriusz zdawał sobie oczywiście sprawę, że rosnący dystans między nim a Raisą mógł być wynikiem jego własnej niewierności. W willi ojca nic nie pozostawało długo tajemnicą. W kuchni, ogrodzie, na kwaterach służących szeptano o tym, że Dionizjusz podzielił się swą ulubioną nałożnicą z synem. Iliryjka nie mogła o tym nie usłyszeć. Być może nawet któraś z dziewcząt powiedziała jej to w twarz – by cudzoziemska niewolnica nie nosiła zbyt wysoko głowy.

Jeśli chodzi o Demetriusza, to oczywiście żałował, zmagał się ze sobą, lecz przegrywał. Od tamtej nocy, gdy wziął w ramiona fenicką niewolnicę Kleopatrę, ojciec jeszcze kilka razy przysyłał mu ją do łoża. Wstyd przyznać, lecz młodzieniec nigdy nie odmówił sobie rozkoszy z Fenicjanką. Nazajutrz wyrzucał to sobie jako słabość i dowód nieumiarkowania, a jednak, gdy znów nadarzała się okazja, skwapliwie z niej korzystał. Zaczynał już sądzić, że nigdy nie przyswoi sobie arystotelesowskiej zasady złotego środka. Czasem jednak przychodziła mu do głowy obrazoburcza myśl: że gdyby Arystoteles poznał smak pieszczot Kleopatry, sam zwątpiłby we własną doktrynę.

A teraz był tutaj. Zasiadał przy jednym stole z przyjacielem i heterą, dobrze wiedząc, jak zakończy się ta wieczerza. Jeśli raz zdradzisz, będziesz to czynił już zawsze. Przysięga, którą nieopatrznie złożył, miała znów zostać złamana. Pierwszy krok na drodze występku jest zawsze najtrudniejszy. Potem, gdy przywyknie się już do słodkiego posmaku grzechu, gdy się go polubi… trudno powrócić do uczciwszej, lecz mniej smakowitej strawy.

Falerończyk oderwał się od niewesołych myśli i na powrót zaczął przysłuchiwać się rozmowie. Po chwili zamarł ze zdumienia. Menander opowiadał Fojbiane treść swej nowej komedii! Był to zdumiewający dowód zaufania. Poeta miał bowiem w zwyczaju zazdrośnie strzec wszystkich fabularnych pomysłów, jakie rodziły się w jego głowie. Bał się, że ktoś mu je ukradnie. Nawet Demetriusz znał ledwie kilka fragmentów nieukończonej jeszcze sztuki. Teraz mógł dowiedzieć się więcej.

– …i wtedy Fojbiane, niesłusznie posądzona o niewierność, ucieka z domu Lizjasza i ukrywa się u jego przyjaciela, Kalimedesa. Ten zaś potajemnie się w niej kocha, lecz nie chce w żadnym stopniu uchybić więzi łączącej go z Lizjaszem…

Demetriusz uśmiechnął się w duchu. O ile dobrze pamiętał, jeszcze wczoraj bohaterka sztuki nosiła imię Galene. Najwyraźniej Menander postanowił zmienić jej miano, by jeszcze bardziej przypodobać się heterze. Nie sposób było odmówić mu czaru. Któraż niewiasta nie chciałaby być unieśmiertelniona, choćby w komedii? Mężczyźni władali miastami, toczyli wojny, wznosili imponujące świątynie. Ich imiona przechodziły do historii i na zawsze zapisywały się w ludzkiej pamięci. Drogi te były jednak niedostępne dla kobiet. Nawet wyborna hetera nie mogła liczyć, że za dziesięć lat ktoś wspomni o niej choćby jednym słowem.

Co innego gdyby została bohaterką sztuki. Dzieła napisane przez Sofoklesa, Ajschylosa i Eurypidesa były wciąż wystawiane, choć ich autorzy od dawna już nie żyli. Czemuż inny los miałby spotkać genialne strofy pisane przez Menandra? Jeszcze za sto lat Ateńczycy usłyszą o „dziewczynie z Leukady”, zaś Fojbiane stanie się kimś więcej niż tylko sprzedajną ślicznotką – osiągnie wieczne życie, awansuje do rangi kogoś podobnego bogom. Demetriusz przyjrzał się heterze. Jej oczy lśniły. Oddech był nieco przyspieszony. Gdy Menander opróżnił swój kubek z winem, Fojbiane nie przyzwała już niewolnicy. Sama usłużnie napełniła mu naczynie.

Poeta mówił dalej, prezentując zawiłą i wielowątkową intrygę z gatunku tych, w których lubowali się ateńscy koneserzy. Kiedy dotarł do szczęśliwego zakończenia – po wielu perypetiach dziewczyna z Leukady poślubia wreszcie Kalimedesa i staje się wzorową żoną – Fojbiane zaczęła klaskać w dłonie. W jej entuzjazmie było coś dziecięcego i szczerego. Tym razem Demetriusz ani przez chwilę nie wątpił, że jej radość była autentyczna.

Przyzwane przez heterę niewolnice przyniosły kolejny dzban wina, uprzątnęły stół z talerzy, a następnie wyszły. Fojbiane została w komnacie sama ze swoimi gośćmi.

– Skoro poznaliśmy już treść twej nowej sztuki, a wieczerza dobiegła kresu proponuję, byśmy przenieśli się na łoże – rzekła kobieta. – Tam będziemy mogli… dyskutować dalej. W znacznie wygodniejszych i mniej formalnych pozach.

– A także bez ciążących nam ubrań – wtrącił Demetriusz. Hetera zwróciła na niego szmaragdowe spojrzenie.

– To prawda – stwierdziła, choć nie wydawało się, by cienka jak pajęczyna suknia była dla niej zbytnim obciążeniem. – Czy życzycie sobie, bym rozebrała się pierwsza?

– Tak! – powiedzieli naraz Demetriusz i Menander. Fojbiane uśmiechnęła się na ten znak jednomyślności.

* * *

Przez pogrążone w mroku ulice Miasta kroczył najprawdziwszy w świecie olbrzym.

Mierzący siedem stóp wzrostu, absurdalnie szeroki w barach, przypominał któregoś ze zgładzonych przez Zeusa tytanów. Mimo swej przytłaczającej masy kroczył lekko i energicznie. W walce potrafił być nadspodziewanie szybki – niejeden wróg zginął z jego ręki z zaskoczeniem wymalowanym na obliczu. Twarz skrywał pod kapturem płaszcza, zupełnie jakby nie zdradzały go jego gabaryty. Policzki, czoło i podbródek olbrzyma pokrywał niebieski tatuaż, teraz jednak niewidoczny. W mroku pod kapturem błyskały tylko białka oczu – małych pod ogromnymi łukami brwiowymi, lecz czujnych i inteligentnych.

Jego śladem, w nieregularnym szyku, zachowując dystans, szło dziesięciu mężczyzn. Nie znali Aten, więc był ich drogowskazem. Dotarli do Miasta ledwie przed kilkoma dniami, na pierwszych statkach przybyłych z Apolonii, Korkyry, Epidamnos. Olbrzymia metropolia przerażała ich i przytłaczała. Byli nawykli do wielkich, pustych przestrzeni, zielonych wzgórz, ośnieżonych szczytów. A także małych, okolonych lichą palisadą wsi, w które obfitowała ich ojczyzna. Z tych właśnie prymitywnych osad od wieków wyprawiali się po cudzą własność: kosztowne przedmioty, stada zwierząt, kobiety. Byli Ilirami – najstraszliwszymi rozbójnikami Północy. Grabieżcami, przed którymi drżeli Etruskowie, Epiroci, Macedończycy. Przemierzyli daleką drogę, znaleźli się setki stadiów od domu. Tym razem jednak ich celem nie był łup. Tej nocy przychodzili po krew.

Zgromadzeni przez Brennusa w wynajętym domu w Pireusie, przez ostatnie dni czekali na sygnał do działania. W końcu nadeszła upragniona wiadomość: tej nocy ochrona rezydencji będzie wyjątkowo słaba. Aratos z Hierapytny, kreteński mistrz miecza, opuścił dom swego pana i ruszył w głąb miasta – zapewne do któregoś z licznych domów rozpusty. Zabrał ze sobą kilku najemników, którzy tworzyli obstawę Dionizjusza. Taka okazja mogła się długo nie powtórzyć.

Szczęście sprzyjało Brennusowi. Demostenes – człowiek, który uważał go za swego sługę – udał się dzisiaj wcześnie na spoczynek, znużony winem oraz intrygami, które snuł bez przerwy i bez chwili wytchnienia. Nikt nie próbował powstrzymać ogromnego Celta, gdy ten postanowił opuścić willę polityka. Domownicy byli przyzwyczajeni do jego nocnych wędrówek po Mieście – sądzili pewnie, że ma w Atenach niewiastę albo swój ulubiony burdel. Jedno i drugie było prawdą – lecz dalece niepełną. Kobieta Brennusa była również żoną ateńskiego polityka i dostarczała mu informacji cenniejszych niźli cały zastęp szpiegów. W burdelu natomiast pracowała ladacznica przekazująca mu rozkazy od Tryfona z Ambrakii.

Najpierw, przed dwoma tygodniami, przyszedł rozkaz. Oraz wiadomość, że Illirowie wyruszyli już w rejs. Brennus przygotował się na ich przybycie. Rozpoznał okolicę rezydencji, dowiedział się o rozkładzie pokoi, opracował plan ataku. Sześciu łupieżców miało uderzyć od strony ogrodu, okolonego wysokim na dziesięć stóp murem. Dwóch otrzymało zadanie pilnowania głównego wejścia (i zgładzenia wszystkich, którzy próbowaliby przez nie uciec). Dwóch wreszcie – najbardziej biegłych we wspinaczce – miało z pomocą lin i haków dostać się na dach, a stamtąd przez okno wedrzeć się do sypialni.

Plan był dobry, lecz jak zawsze w takich wypadkach, coś mogło pójść nie tak. Dopiero wtedy do walki miał wkroczyć Brennus. Znano go przecież w Atenach, każdy widział, jak u boku Demostenesa przemierzał agorę i stał u podnóża Areopagu, gdy jego pan przemawiał. Wystąpienie Celta musiałoby się skończyć jego dekonspiracją. Płynęły z tego dwa wnioski. Po pierwsze, krok ten należało postawić dopiero wtedy, gdy wszystko inne zawiedzie i powodzenie misji zawiśnie na włosku. Po drugie, każdy, kto spotka Brennusa w korytarzach rezydencji, będzie musiał umrzeć. Nie mógł sobie pozwolić na luksus, jakim w tych czasach była litość. Mężczyzna, kobieta, dziecko – bez różnicy. Zginą z jego ręki, a on przejdzie nad ich zwłokami.

Pod ciężkim, wełnianym płaszczem skrywał celtycki miecz o prostej i szerokiej klindze, a także pozbawioną wszelkich ozdób kolczugę. Był to pancerz wykonany specjalnie dla niego, w odległych krainach przedalpejskiej Galii. Niespotykany dotąd w Helladzie – był bardziej elastyczny, lecz twardszy niż brązowe napierśniki używane przez hoplitów. Tylko ten, dla którego go wykuto, potrafił unieść przytłaczający ciężar plecionki z tysiąca drobnych, żelaznych kółek. Celt poruszał się w nim, jakby miał na sobie zwykłą, wełnianą tunikę. Iliryjscy grabieżcy nosili kaftany z utwardzanej skóry, mieli też proste hełmy wykute z jednego kawałka żelaza. Ich oręż był różnorodny – stanowił kolekcję łupów z wielu wypraw: italskie długie sztylety, greckie machairy, agriańskie topory, a nawet trackie rhompaje w kształcie sierpa. Tej nocy wszystkie bez wyjątku spłyną posoką.

Miasto wyglądało na opustoszałe. Było zbyt późno dla przyzwoitych obywateli i zbyt wcześnie, by napotkać wracających z sympozjonów hulaków. O tej porze nocy po ulicach krążyli tylko Scytowie z miejskiej straży. Brennus czujnie wypatrywał blasku niesionych przez nich pochodni. Ci głupcy byli widoczni z oddali. Jeśli wejdą mu w drogę, zapłacą za to życiem.

Szczęśliwie jednak nie napatoczył się na nich żaden patrol. Minęli świątynię Ateny w Faleronie, po lewej, nad dachami domów zamajaczył czarniejszy niż rozgwieżdżone niebo kształt świątyni Zeusa. Zbliżali się do celu swej wędrówki. Willa nie różniła się znacząco od innych w okolicy, jedyną cechą charakterystyczną były pomalowane na niebiesko drzwi. Brennus wskazał te wrota swoim ludziom i kazał im skryć się w pobliskich zaułkach. Z resztą oddziału ruszył na tyły rezydencji. Po drodze odłączyli się kolejni. Ci spod płaszczy wydobyli żelazne haki i zwoje lin. W milczeniu zaczęli się szykować do wspinaczki na dach.

Brennus wiedział, że w murze okalającym ogród jest furtka. I miał do niej klucz – trofeum zdobyte pewnej upojnej nocy spędzonej w świątyni Hestii. Ściskał go teraz w garści, przemykając bezszelestnie wzdłuż ceglanego ogrodzenia. Tuż za nim skradali się Ilirowie. Swą broń trzymali tak, by nie zdradził ich szczęk żelaza. Po drugiej stronie mogą czaić się strażnicy domu. Jeden niebaczny krok i ktoś podniesie alarm.

W ten sposób dotarli do furtki. Brennus zajrzał przez nią szybko, zlustrował najbliższe otoczenie. Na szczęście, żadnych zbrojnych. Musieli patrolować inny odcinek muru. Trochę go to zdziwiło, ale nie tracił czasu. Drzwi wykonane z kutego brązu były zabezpieczone misterną kłódką typu egipskiego. Celt szybko wepchnął klucz w dziurkę, przekręcił go, usłyszał ciche chrobotanie mechanizmu. Obiecujący początek. Pchnął furtkę, dbając o to, by nie wywołać szczęku nienaoliwionych zawiasów, a potem wślizgnął się do ogrodu.

Prędko wyjaśniło się, czemu to wejście nie było pilnowane. Do uszu Celta dobiegło ciche nucenie. Kilkanaście kroków dalej mąż, który miał stać na warcie, stał – ale pod drzewem, oddając na nie mocz. Z jego ust dobywała się jakaś niewyraźna melodia. Brennus widział jego plecy i charakterystyczną, scytyjską czapkę. A także włócznię wspartą o mur, daleko poza zasięgiem ręki tamtego. Podkradł się bliżej, zamarł w bezruchu. Wszystkie jego mięśnie napięły się jak u drapieżnego kota, który ma rzucić się na ofiarę. Strumień uryny przestał rozbijać się o korę drzewa, ostatnie krople spadły na ziemię i korzenie. Mężczyzna zaczął supłać wiązania scytyjskich spodni. W ciemnościach kiepsko mu to szło. Zaklął cicho. Gdyby wiedział, że to ostatnie słowa, jakie kiedykolwiek wypowie, pewnie wybrałby coś innego niż ordynarny epitet.

Brennus chwycił go za głowę i nim ten zdążył wrzasnąć, skręcił mu kark. Rozległo się ciche chrupnięcie, a potem ciało Scyty momentalnie stało się wiotkie i bezwładne. Celt ułożył trupa na zroszonej moczem trawie, a potem odwrócił się do niego plecami i przestał o nim myśleć. Wrócił do furtki i gestem przywołał Ilirów.

– Do ataku! – warknął, gdy wszyscy znaleźli się w ogrodzie. Nie dbał już o to, że ktoś ich usłyszy. Czas podchodów dobiegł kresu. Nadszedł czas rzezi.

* * *

Wstała od stołu, oni zaś poszli w jej ślady.

Znów wzięła ich za ręce i poprowadziła za sobą. Lekki przeciąg poruszał zasłonami, dzielącymi komnatę na mniejsze pokoiki. Łoże było solidne, wykonane z cedru libańskiego, którego sprowadzenie do Hellady musiało kosztować fortunę. Wokół niego rozstawiono lampy oliwne. W atłasowej pościeli było dość miejsca dla sześciu osób, a co dopiero dla ich trójki. Baldachim podtrzymywały cztery mocne, pieczołowicie rzeźbione kolumny, które były przedłużeniem nóg mebla. Gdy Demetriusz uniósł głowę, dostrzegł interesujący aspekt baldachimu – zamiast haftowanego motywu erotycznego, który spodziewał się ujrzeć, zainstalowano tam wielkie lustro z wypolerowanego na połysk brązu. Uprawiający miłość w tym łożu mogli w każdej chwili spojrzeć w górę i zobaczyć swe igraszki z zupełnie innej perspektywy.

Fojbiane obróciła się ku nim. Uniosła smukłą dłoń do broszy przytrzymującej jej szatę. Odpięła ją jednym ruchem. Nim jeszcze opuściła rękę, suknia zaczęła spływać po jej ciele.

Już wcześniej niemal przezroczysty materiał niewiele zasłaniał. A mimo to zarówno Demetriusz, jak i Menander poczuli, że ich podniecenie rośnie, kiedy hetera stanęła przed nimi całkiem naga. Jej krągłe piersi unosiły się w nieco przyspieszonym oddechu, wieńczące je różowe sutki były twarde i nabrzmiałe. Złączyła uda, ręce zaś splotła za plecami, wypinając biust mocniej do przodu, choć już i tak wyglądał imponująco. Prezentowała im się w pełnej krasie, bez wstydu i zakłopotania. Oni zaś wpatrywali się w nią jak zaklęci, zastygli w bezruchu, spragnieni jej ciała.

– Dotknijcie mnie – szepnęła Fojbiane. – Obydwaj.

Ruszyli ku niej. Stanęli blisko – Demetriusz z prawej, Menander z lewej. Falerończyk położył dłoń na dorodnej piersi hetery. Jej skóra była gładka jak jedwab, a ciało jędrne i sprężyste. Poeta wahał się jeszcze chwilę, lecz w końcu wyciągnął rękę i pogładził pieszczotliwie jej biodro. Palce przesunęły się po nim i skierowały ku pośladkom niewiasty.

– Jak ci się podobam? – Fojbiane zwróciła się do Menandra.

– Jesteś olśniewająco piękna – odparł bez wahania.

– Czy mnie pragniesz?

– Płonę pożądaniem! – Demetriusz z satysfakcją zauważył, że jego przyjaciel szybko pozbywał się nieśmiałości.

– Będę twą pierwszą?

– Nie było przedtem innej.

Znów zaczęli się całować. Falerończyk przyglądał się temu, bawiąc się biustem Fojbiane. Zacisnął mocniej palce. Hetera nie protestowała. W drugą dłoń chwycił jej pośladek. Potem zaś przesunął się za jej plecy i stanął między nią i łożem. Jego usta przywarły do jej szyi, ucha, ramienia. Kobieta wysunęła język spomiędzy warg Menandra, odchyliła głowę do tyłu, zamruczała jak kotka. Jedną ręką sięgnęła za siebie, przeczesała faliste włosy Demetriusza. Drugą mocniej przyciągnęła do siebie poetę.

Pod odzieniem członek Demetriusza unosił się już w pełnej erekcji. Teraz ocierał się o pupę Fojbiane, oddzielony od niej zaledwie jedną warstwą tkaniny. Hetera z pewnością czuła tę twardość między pośladkami, bo wtuliła się w nią mocniej. Jednocześnie pochyliła się ku Menandrowi, przesunęła dłońmi w dół po jego bokach. A potem zaczęła unosić mu tunikę. Poeta nie przeszkadzał jej, ale i nie pomagał. Dopiero, gdy podciągnęła ją aż do jego torsu, uniósł ręce, pozwalając ściągnąć ją sobie przez głowę. Ubranie spadło na miękki dywan, na którym stali.

Falerończyk nieraz już oglądał Menandra nago – podczas wspólnych treningów w gimnazjonie oraz kąpieli w łaźni. Dla Fojbiane jednak był to widok nowy – i nawet jeśli szczupłe, chłopięce wciąż ciało poety nie zafascynowało jej zbytnio, to bardzo dobrze odegrała entuzjazm. Zaczęła przesuwać dłońmi po jego klatce piersiowej, brzuchu, biodrze, jakby nie mogąc nasycić się dotykiem. Przez długi czas omijała jego nabrzmiałą męskość. Najwyraźniej zostawiała ją sobie na koniec, niczym pyszny deser po smakowitej uczcie.

Tymczasem Demetriusz przywarł ustami do szyi hetery, kreśląc językiem skomplikowane wzory na jej skórze. W obie dłonie ujął jej ciężkie piersi, zaciskał na nich miarowo palce, rozkoszując się ich jędrnością, podrażniał twarde jak małe kamyczki brodawki. Kobieta wzdychała – czy to pod wpływem tego, co jej robił, czy też z zachwytu nad nagością Menandra. W końcu ręce poety również zaczęły jej dotykać. Jedną uniósł w górę, wziął między palce różowy sutek Fojbiane. Drugą skierował między jej uda. Jęknęła, gdy zanurzył w niej swój palec. Mimo jego niecierpliwości, w jej głosie nie zabrzmiał ból – a tylko przyjemność.

Teraz pieścili ją obaj, płonący pożądaniem, spragnieni tego, co mogła im dać. Hetera poddawała się ich dłoniom, pocałunkom, topniała niczym wosk między ich rozpalonymi ciałami. Z jej ust raz za razem dobywały się jęki. Demetriusz zdjął dłoń z jednej piersi Fojbiane i zaczął przesuwać ją w dół – po lekko wypukłym brzuchu kobiety, a potem niżej, na pozbawione najmniejszego włoska łono. Pod palcem wyczuł wypukłość łechtaczki, jął ją więc masować i pocierać okrężnymi ruchami. Ich kochanka zakwiliła, kolana ugięły się pod nią, więc mocniej wsparła się o Falerończyka, wtulając się w niego już nie tylko pupą, lecz i plecami. Nie przerywając penetracji jej szparki, Menander uważnie przyglądał się ruchom, jakie wykonywał jego przyjaciel. Chłonął ten widok, zapamiętywał. Mimo ognia, który huczał w jego lędźwiach, nie chciał pominąć żadnego szczegółu.

Fojbiane znów sięgnęła za siebie, objęła szyję Demetriusza ramieniem. Jego pieszczoty sprawiły, że zaczęła drżeć z rozkoszy. Nie miał przedtem zbyt wielu kobiet, ale szybko się uczył – wiedział już, że niewiastę można zadowolić nie tylko penisem (to było być może najtrudniejsze!), lecz również palcami czy ustami. To były lekcje, które odebrał od cór Ilirii i Fenicji. Teraz zaś wprowadzał je w życie.

Hetera krzyknęła przeciągle, głowę wsparła na jego ramieniu. Wciąż ją masował, nie dając ani chwili na złapanie oddechu. Opuszkiem naciskał łechtaczkę, zataczał na niej zamaszyste kręgi. Kolejny krzyk wydarł się z ust Fojbiane. Jej pochwa zacisnęła się kurczowo na palcu Menandra. Nogi zaś odmówiły posłuszeństwa – gdyby Demetriusz nie objął jej wolną ręką w talii i nie przycisnął do siebie stanowczo, upadłaby na podłogę. Zwiotczała w jego ramionach, zaspokojona i wyczerpana ekstazą. Poeta wysunął dłoń spomiędzy jej ud, przyjrzał się swoim palcom, oblizał je z lśniącej na skórze wilgoci. Uniósł głowę i spojrzał na Demetriusza.

– Słodka – oznajmił.

Falerończyk pomógł heterze znaleźć się na łożu. Usiadła niepewnie. Górując nad nią Demetriusz ściągnął swą tunikę przez głowę, po czym cisnął ją na stojący pod ścianą kufer. Fojbiane otworzyła szeroko oczy, widząc przed sobą jego męskość. Menander podszedł bliżej i stanął u boku przyjaciela.

– Który z nas najpierw… – zawiesił znacząco głos.

– Ty – odparł bez wahania Demetriusz. – Jeśli Fojbiane ma być twoją pierwszą, warto, byś i ty był jej pierwszym. Przynajmniej tej nocy.

Poeta skinął głową. Falerończyk wziął go za ramię i podprowadził krok bliżej. Hetera wsunęła się dalej na łoże, robiąc mu miejsce. Menander oparł się kolanem o atłas pościeli. A potem ruszył w stronę kobiety.

Demetriusz wsparł się ramieniem o jedną z drewnianych kolumn baldachimu. Patrzył, jak jego druh dociera do Fojbiane, pochyla głowę, składa wilgotny pocałunek na jej piersi. Dłonią znów sięgnął między jej uda. Tym razem jednak hetera zacisnęła je mocno, więżąc rękę między nimi.

– Teraz ja. Pozwól mi – rzekła zmysłowym głosem.

Menander skinął głową. Położyła mu dłoń na klatce piersiowej i popchnęła lekko, acz stanowczo – tak że opadł plecami na pościel. Posłała porozumiewawcze spojrzenie Demetriuszowi. Zaraz jednak całą uwagę skupiła na poecie.

Wsunęła się na niego, jedno kolano wsparła między jego nogami, zaczęła całować po torsie, schodząc powoli coraz niżej. Biustem ocierała się o brzuch młodzieńca. Falerończyk wpatrywał się urzeczony w jej kołyszącą się uwodzicielsko pupę. Miał ochotę uklęknąć za nią, chwycić jej biodra i wbić się mocno, głęboko w jej ociekającą sokami szparkę. Wiedział jednak, że ta chwila należy do jego druha. Zaczeka na swoją kolej, choć z każdą chwilą było to coraz trudniejsze.

Usta hetery dotarły już do brzucha Menandra. A potem kontynuowały swą wędrówkę w dół, pozostawiając na jego ciele mokry ślad. Demetriusz wsunął się na łoże i uklęknął na nim w rozkroku. Ręką objął nabrzmiałą, pulsującą męskość, zaczął ją pocierać, powoli, lecz mocno, sycąc oczy widokiem. Menander niemal się nie poruszał, chłonąc pieszczoty, jakimi obdarzała go Fojbiane. Dłonie zaciskał kurczowo na pościeli, miał przymknięte oczy, wargi na wpół rozchylone.

Kobieta odgarnęła włosy z twarzy, tak aby nic nie zasłaniały jej kochankom, gdyby ci zechcieli patrzeć. Demetriusz musiał przyznać, że jest wprost stworzona do swej profesji. Nie miała w sobie ani krzty wstydu, ani odrobiny skromności… za to całe pokłady wyuzdania i zepsucia. Nim po raz pierwszy ucałowała członek poety, wzięła go między palce i obciągnęła dwukrotnie, powoli, jakby rozkoszując się chwilą. Z bliska przyglądała się odsłoniętej przez napletek żołędzi, a potem jęła ją oblizywać. Menander jęknął, a potem wciągnął mocno powietrze w płuca. Uszminkowane wargi otuliły główkę penisa. Pocałunek był długi, namiętny, wilgotny.

Demetriusz klęczał nieopodal, wciąż się masturbując. Czynił to jednak ostrożnie, by nie szczytować zbyt prędko. Przy tak wspaniałej niewieście zdawało się to niewybaczalnym marnotrawstwem sił. Widział, jak Fojbiane raz po raz bierze całą żołądź Menadra do ust. Jak wypuszcza ją spomiędzy warg tylko po to, by oblizać trzon penisa lub ucałować jądra. Wykazywała przy tym równie dużo entuzjazmu jak Raisa (oczywiście w dawnych, najlepszych dniach ich romansu). Menander otworzył wreszcie oczy i zaczął ją podziwiać. Wsparł się na łokciach, zamglone spojrzenie skierował na twarz hetery. Mięśnie jego brzucha zaciskały się kurczowo. Usta raz po raz otwierały się do jęku.

Hetera ostatni raz oblizała żołądź Menandra, po czym uniosła głowę i spojrzała mu w oczy.

– Czas uczynić cię mężczyzną – rzekła.

Podniosła się znad jego podbrzusza, ukucnęła nad nim w szerokim rozkroku – teraz poeta mógł podziwiać nie tylko jej kołyszące się piersi, ale i wyeksponowane łono. Wzięła w rękę jego męskość, zaczęła nią pocierać o swoje wargi sromowe. Demetriusz przyglądał się temu zafascynowany. Sam stracił dziewictwo z perską niewolnicą, sprowadzoną z Azji do ateńskiego domu rozpusty. Tamta dziewczyna była uległa, słodka, posłuszna każdemu jego słowu. Fojbiane całkowicie się od niej różnica. W naturalny sposób przejęła inicjatywę, nie czekając, aż życzenia jej kochanka przekształcą się w wypowiedziany rozkaz. Powoli osuwała się teraz w dół, nadziewając się na wyprężoną włócznię Menandra.

Demetriusz musiał wypuścić członek z dłoni, inaczej doszedłby w ciągu kilku następnych chwil. Oparł się plecami o kolumnę baldachimu, zamknął oczy, by trochę ochłonąć. Niewiele mu to pomogło. W jego uszach rozbrzmiewały jęki przyjaciela i hetery, ich westchnienia, urywane słowa, przyspieszony oddech. Kiedy uniósł powieki, penis poety niemal całkiem wsunął się już w pochwę Fojbiane. Hetera uniosła ręce do swych piersi, zaczęła je masować, ściskać, ugniatać między palcami. Menander chwycił ją za biodra, docisnął do siebie niecierpliwym ruchem. Kobieta wygięła plecy w łuk i odrzuciła głowę do tyłu.

W pewnej chwili Menander zwrócił swą twarz ku Falerończykowi. Uśmiechnął się do niego i rzekł:

– Dołącz do nas, Demetriuszu.

* * *

Śmiertelny, przepełniony bólem skowyt zbudził Raisę.

Drżał jeszcze w korytarzach rezydencji sekundę po tym, jak otworzyła oczy i wpatrzyła się w mrok. Niepewna, czy krzyk był elementem snu, czy też rzeczywistością, zaczęła mimowolnie trząść się pod kocem.

Tej nocy spała w kwaterach służby, a łoże dzieliła z dwoma niewolnicami Dionizjusza. Ani on sam, ani jego syn nie zażądali dziś, by dotrzymała im towarzystwa. Ostatnio zdarzało się to zresztą coraz rzadziej. Była wdzięczna za to, że pan domu już się nią znudził – w alkowie był zimny i egoistyczny, bardziej jeszcze niż mężczyzna, który pozbawił ją dziewictwa. Za to brak zainteresowania ze strony Demetriusza przyprawiał ją o coraz głębszą rozpacz. Kochała tego przystojnego młodzieńca o czarnych, kręcących się włosach, smagłej cerze oraz ciemnych oczach. Czasem wilgotniała na samą myśl o jego smukłym ciele, o sile, jaka drzemała w jego ramionach i o nienasyconej żądzy, która wypełniała ich wspólne noce rozkoszą.

Teraz też jej pierwsze przytomne myśli pomknęły w stronę Demetriusza. Gdzie przebywa, co robi, czy jest bezpieczny? Noc była czarna i pełna grozy. W sypialni kobiet nie płonęła ani jedna świeca – po cóż marnować dobre świece dla niewolnic? Panowały więc nieprzeniknione ciemności, w których najcichszy szmer stawał się czymś budzącym lęk. Ale to, co wypełniło nagle uszy Raisy, nie było bynajmniej szmerem.

Ktoś przebiegł korytarzem. Krzyk, raptem urwany. Błaganie o litość, głos jakby znajomy. Głuchy łoskot walącego się na podłogę ciała. Pozostałe dziewczęta też już się zbudziły. Skulone pod kocem, zalęknionym szeptem zmawiały modlitwę. Raisa podniosła się z łoża. Była naga – tak jak się położyła. W mroku wymacała swą białą tunikę służącej. Wsunęła ją na siebie przez głowę. Również trzęsła się ze strachu, lecz podświadomie czuła, że łóżko nie jest już bezpiecznym schronieniem. Wciąż bosa, na palcach podeszła do zasłony w otworze wejściowym. Zaczęła nasłuchiwać. Odgłosy zmagań dochodziły teraz z większej oddali. Słyszała wykrzykiwane w różnych językach słowa. Szorstka, przypominająca psie warknięcia mowa Scytów. I śpiewne, miłe dla ucha nawoływania… po iliryjsku?!

Skąd w rezydencji jej krajanie? Przecież Iliria leży setki stadiów od Aten… Nawet najdzielniejsi łupieżcy nie docierali tak daleko na południe. Zaciekawienie wzięło górę nad lękiem. Raisa uniosła zasłonę i wydostała się na skąpo oświetlony korytarz. Kilka lamp oliwnych pozwalało rozeznać się w ciemnościach. I wtedy zobaczyła pierwsze ciało. Skilurus, jeden ze strażników. Miał dobre układy z Aratosem, więc często dostawał wartę w kwaterach niewolnic. Nigdy nie dotknął żadnej z nich, zbyt mocno bał się Dionizjusza… lecz mógł przynajmniej nasycić oczy. A teraz leżał u stóp Raisy, a z jego ciała uchodziła krew. Dziewczyna uświadomiła sobie, że stoi boso w rosnącej szybko kałuży. Szerokim łukiem ominęła zwłoki i wyszła z korytarza.

Znalazła się w niewielkiej sali. Drzwi po jej prawej wychodziły na wewnętrzny dziedziniec rezydencji. Była tam studnia, do której nieraz chadzała po wodę. Nagle wpadł przez nie zziajany mężczyzna w zakrwawionej tunice. W dłoni ściskał obnażony miecz, z którego spływała posoka. Raisa posłała mu zalęknione spojrzenie. To człowiek Dionizjusza, uspokoiła się zaraz. Jeden z najemników, którymi uzupełnił scytyjską ochronę willi. Z pewnością nie był na służbie: nosiłby przynajmniej pancerz z utwardzanej skóry. Musiał zbudzić się tak jak ona: zdezorientowany, niepewny tego, co się dzieje. A mimo to chwycił oręż i ruszył spełnić swój obowiązek.

Wytrzeszczył na nią oczy, a potem opadł na jedno kolano.

– Zostaliśmy zaatakowani – powiedział, jakby nie było to aż nazbyt oczywiste.

Jest ranny, uświadomiła sobie Iliryjka. Zobaczyła czerwoną strużkę cieknącą po jego udzie, spod tuniki. Być może zabił jednego z napastników, ale zapłacił za to cenę. Ruszyła ku niemu, chcąc pomóc…

I wtedy za jego plecami zjawił się inny mąż. Ten miał na sobie skórzany kaftan, a jego twarz zasłaniał prymitywny hełm z nosalem. Uniósł nad karkiem rannego jednosieczny topór. Raisa otwarła usta do krzyku. Nie zdążyła. Najemnik ujrzał przerażenie w jej oczach, zaczął się obracać, lecz zbyt wolno. Żelazo wbiło mu się w grzbiet.

Krzyk zamarł w jej gardle. Martwy najemnik upadł do przodu, na twarz. Jego zabójca próbował wyrwać topór, lecz ten musiał zaklinować się w kręgosłupie. Wyszarpnął więc zza pasa sztylet i przeszedł nad zwłokami. Iliryjka cofnęła się o krok, potem następny. Mężczyzna zbliżał się ku niej, widziała jego oczy w otworach hełmu, szalone od krwi, mordu i pożądania. Cofała się nadal, nie ośmielając się wołać o ratunek. W końcu plecami oparła się o ścianę. Łzy spłynęły jej po policzkach. Panicznie bała się śmierci. Drżała jak w febrze, nie mogąc oderwać spojrzenia od okrutnych, wpatrzonych w nią oczu.

Gdy znalazł się przy niej, osunęła się na kolana. Uniósł rękę, w której dzierżył sztylet. Chłodne ostrze dotknęło jej szyi. Skaleczyło. Patrzyła błagalnie w górę. Była na łasce tego mężczyzny.

– Proszę – szepnęła. – Oszczędź mnie…

Nie spodziewała się, że posłucha. Słowa po prostu wyszły z jej ust. Przerażenie sprawiło, że wypowiedziała je nie po grecku, lecz w swym ojczystym języku. I to właśnie ją ocaliło. Nagle dostrzegła, że oczy mężczyzny przytomnieją. Ostrze, które ukąsiło już jej skórę, raptownie się odsunęło.

– Uciekaj stąd – warknął po iliryjsku. – To nie ciebie szukamy.

Jakimś cudem udało jej się podnieść z kolan. Szła sztywno i machinalnie, pozostawiając mordercę za plecami. Zbyt oszołomiona, by pojąć swoje szczęście, zbyt przestraszona, by cieszyć się z nagłego ocalenia. Wróciła do korytarza, z którego weszła do sali. Ominęła zwłoki Skilurusa, weszła do sypialni, którą dzieliła z dwoma niewolnicami Dionizjusza. Wciąż kuliły się na łożu, a intensywna woń uryny świadczyła o tym, że pęcherz przynajmniej jednej z nich nie wytrzymał.

– Bądźcie spokojne – szepnęła, czując, jak głupio muszą brzmieć jej słowa. – Nie chodzi im o nas… Przyszli po kogoś innego. Jeśli tu zostaniemy, nic nam się nie stanie…

Przynajmniej tym z nas, które znają iliryjski, pomyślała Raisa.

* * *

Przez chwilę sądził, że się przesłyszał. Pożądanie mogło zamącić mu w głowie. To prawda, że pragnął Fojbiane, chciał ją posiąść, ugasić pożar, który płonął między jego udami. Był jednak gotów poczekać, aż Menander zaspokoi swoją żądzę. Pierwszy raz jest z kobietą, należy mu się jej wyłączna uwaga… A mimo to z jego ust padły te oto słowa. Co robić? Jak na nie odpowiedzieć?

– Dołącz do nas – powtórzył poeta. – Chcę poczuć w niej ciebie.

Fojbiane popatrzyła Demetriuszowi w oczy. W jej szmaragdowym spojrzeniu dostrzegł podniecenie, wesołość, ale i ciekawość. Oblizała zmysłowo usta i szepnęła:

– Tak, Demetriuszu… przyjdź do mnie.

Nie trzeba mu było jeszcze raz powtarzać. Podniósł się z kolan, przysunął do kochanków. Wciąż nabijając się na członek Menandra, Fojbiane pochyliła do przodu, wpiła ustami w wargi Demetriusza. Ich pocałunek był długi, namiętny, języki splotły się w niecierpliwym tańcu.

– Pozwól mi się posmakować, nim we mnie wejdziesz – wyszeptała mu do ucha.

Skinął głową. Stanął na środku łoża, na wyprostowanych nogach. Patrzył z góry na swego przyjaciela oraz heterę. Kobieta zwróciła twarz ku jego podbrzuszu, niecierpliwym gestem przywołała go bliżej. Postąpił krok naprzód. Dłoń Fojbiane objęła jego męskość, jej usta się z nią przywitały. Falerończyk jęknął z przyjemności. Język masował główkę jego penisa, wargi otulały ją ciasno. Kolana ugięły się pod nim, ale zdołał jakimś cudem utrzymać równowagę. Położył dłoń na włosach kochanki, bacząc, by nie zniszczyć misternej fryzury. To, co mu dawała, przyprawiało go o zawrót głowy. Żadna z niewiast, z którymi dotąd sypiał, nie była tak biegła w oralnych pieszczotach. Nawet hetera Bakchis ustępowała pod tym względem Fojbiane.

Dając mu rozkosz ustami, ani na chwilę nie przestała kochać się z Menandrem. Penetrowali ją jednocześnie, młodzi, niestrudzeni, pełni pożądania. Poeta prężył się za każdym razem, kiedy hetera zaciskała pochwę na jego penisie. Demetriusz chwiał się na nogach, gdy brała go coraz głębiej i głębiej, docierając wargami niemal do nasady jego męskości. Fale gorąca rozlewały się po jego ciele, promieniując od lędźwi we wszystkie strony. Domyślał się, czemu to robiła. By mógł wsunąć się tam, gdzie chciała go przyjąć, musiała wpierw dobrze go nawilżyć.

Gdy cały członek ociekał już śliną, Fojbiane cofnęła nieco głowę i przyjrzała mu się z satysfakcją. Potem zaś uklękła okrakiem na Menandrze, mocniej nadziała się na jego męskość. Pochyliła ciało do przodu, tak że biustem zaczęła ocierać się o jego chłopięcy tors. Obejrzała się na Demetriusza i posłała mu uśmiech.

– Jestem gotowa – oznajmiła.

Falerończyk uklęknął tuż za nią. Mógł teraz z bliska podziwiać wypiętą ku niemu, doskonale krągłą pupę hetery. Nie czekając ani chwili dłużej, uchwycił w dłonie jej pośladki, zaczął je ściskać, ugniatać, rozchylać na boki. Jego oczom ukazał się ciasny otwór jej odbytu. Penis Menandra wbijał się głęboko w szparkę Fojbiane, lecz druga brama rozkoszy czekała na niego. Nadszedł czas, by ją zdobyć.

Demetriusz splunął na dłoń, a potem roztarł ślinę między pośladkami Fojbiane. Następnie rozchylił je mocniej i przysunął się blisko. Jego penis dotknął pupy hetery, żołądź kilka razy otarła się o jej tylne wrota. Kobieta zamruczała z wyraźną przyjemnością, po czym z całych sił nabiła się na męskość Menandra. I znieruchomiała, czekając, aż Falerończyk uczyni to, do czego dążył. Nie zwlekając dłużej objął swój członek ręką, nakierował go na właściwe miejsce, potem zaś zaczął napierać biodrami. Jego pchnięcia były krótkie, lecz stanowcze. Z ust hetery dobył się przeciągły jęk. Tym razem na pewno poczuła ból, lecz była nań przygotowana. Ten rodzaj miłości nie był dla niej niczym nowym.

Całując się namiętnie z poetą, starała się rozluźnić mięśnie, by ułatwić drugiemu kochankowi penetrację. Demetriusz wchodził coraz głębiej w ciasny tyłeczek Fojbiane, zdobywał go kolejnymi sztychami, dyszał z podniecenia i rozkoszy. Rękoma uchwycił jej biodra, przyciągał je ku sobie przy każdym pchnięciu. Żołądź całkiem już zniknęła między pośladkami hetery. Najtrudniejszy moment był już za nimi. Falerończyk przymknął oczy i jęknął, kiedy kobieta zacisnęła na nim mięśnie. Czuł się cudownie. A to dopiero początek!

Fojbiane była teraz uwięziona między ciałami dwóch kochających się z nią młodzieńców. Kiedy Menander zacisnął palce na jej biodrach, Demetriusz sięgnął ręką w stronę kasztanowych loków hetery. Pogładził pieszczotliwie jej kark, okręcił sobie kosmyk włosów wokół dłoni. Uniosła się i obróciła w jego stronę twarz. Patrząc jej z bliska w oczy, cofnął biodra i wbił się w nią mocniej, głębiej, bardziej stanowczo. Natychmiast stłumił pocałunkiem krzyk, który wydarł się z jej ust.

Kolejnymi ruchami wszedł w jej pupę aż po jądra. Opór jej mięśni całkiem ustał, jakby nie miała siły dłużej walczyć. Hetera kwiliła z bólu zmieszanego z przyjemnością. Menander znowu poruszał biodrami, raz po raz wsuwając się w jej wilgotną szparkę. Oparła swe dłonie o jego klatkę piersiową, zamknęła oczy, odchyliła głowę do tyłu, szyję wydając na pocałunki i miłosne ukąszenia Demetriusza. Penetrowana z obydwu stron, każdą pieszczotę odczuwała niezwykle intensywnie. Drżała w objęciach obydwu kochanków, przyjmując ich w sobie, pozwalając im na wszystko.

Znalezienie odpowiedniego rytmu zajęło im jakiś czas. Wreszcie przyjaciele zgrali się w swych wysiłkach. Kiedy Falerończyk cofał biodra, wysuwając się nieco z tyłeczka hetery (lecz ani na chwilę całkiem go nie opuszczając), poeta wbijał się głęboko w jej szparkę. Po chwili następowała zamiana – Menander wycofywał się, a Demetriusz wchodził zdecydowanym pchnięciem.

Uprawiając miłość z heterą, Falerończyk wyraźnie czuł ruchy Menandra. Dwie pary rąk pieściły ciało Fojbiane, dwie pary oczu rozkoszowały się jej wdziękami. Kiedy Demetriusz spoglądał na pośladki, między które się wdzierał, jego przyjaciel podziwiał piersi, drżące w rytm ich naprzemiennych pchnięć.

Ich pożądanie przesycało powietrze, Fojbiane czuła je na skórze, słyszała w szumie tętniącej w skroniach krwi. Oddychała nim, dostrzegała pod postacią czerwonej mgiełki, zasnuwającej wszystko przed oczyma. Z jej ust co chwila wyrywał się rozkoszno-bolesny jęk. Podniecenie sprawiło, że młodzi kochankowie hetery całkiem zapomnieli o delikatności. Korzystali z niej, sycili się jej ciałem, egoistycznie czerpiąc z niego jak największą rozkosz. Ona zaś zwielokrotniała jeszcze ich doznania, zaciskając jednocześnie mięśnie pochwy i odbytu. Była ciekawa, który z nich pierwszy dotrze na szczyt. Domyślała się, że Menander. To końcu jego pierwszy raz…

Jeden rzut oka utwierdził ją w słuszności tego przypuszczenia. Poeta był u kresu sił. Wciąż jeszcze poruszał biodrami, wbijając swojego penisa w jej wilgotne wnętrze, widać było jednak, że długo już nie wytrzyma. Przez jego twarz przebiegał grymas, na czole i piersi lśniły krople potu. Pod skórą mięśnie drżały, jakby w oczekiwaniu na potężny skurcz, który miał za chwilę nadejść. Aż wreszcie nadszedł – mocniejszy niż wszystko, co Menander mógł dotąd poznać. Ciałem chłopca wstrząsnął silny dreszcz, jego palce niemal boleśnie wbiły się w boki hetery. Krzyknął raz, przeciągle, głośno. Fojbiane zamknęła oczy i nabiła się nań najmocniej, jak potrafiła. Po chwili w jej szparce rozlał się owoc jego rozkoszy.

Słysząc, jak Menander wykrzykuje swą ekstazę, Demetriusz cofnął biodra i pchnął z całych sił. Ogień, który rozgorzał w jego lędźwiach, rozlał się teraz po całym ciele. W szale rozkoszy ukąsił heterę w bark, zdusił rosnący w gardle skowyt. Kobieta wyprężyła się, wsparta plecami o jego tors. Przez chwilę cały świat przestał mieć jakiekolwiek znaczenie.

Fojbiane czuła, jak kolejna porcja nasienia wypełnia jej pupę. Bolesne ukąszenie przerodziło się w wilgotny, kojący pocałunek. Wsparła głowę o bark Falerończyka. Nie spodziewała się, że dojdzie tak prędko… Zamknęła oczy, smakując ten moment. Lubiła dawać przyjemność, lecz jeszcze bardziej lubiła to, co następowało potem. Błogie doznanie, gdy mężczyzna, jeszcze przez chwilę tak twardy i władczy mięknie w niej, staje się bezbronny i wrażliwy. Teraz odczucie to zostało zwielokrotnione… Oni zaś wciąż w niej byli, wyczerpani, spełnieni, szczęśliwi. Była pewna, że długo będą pamiętać to, co im dała.

* * *

Gdy rozpętało się piekło, Dionizjusz z Faleronu, ateński arystokrata, członek kolegium strategów, jeden z najpotężniejszych ludzi w Mieście, wspinał się właśnie na swój szczyt rozkoszy. Klęcząc nago na szerokim łożu, dysząc pożądaniem, pochylał się nad plecami Kleantisa, pięknego niewolnika, którego kupił dwa tygodnie wcześniej. Jego męskość, twarda i nabrzmiała, wchodziła między pośladki efeba. Ten zaś przyjmował swego pana z głośnymi jękami. Oczy Dionizjusza syciły się urodą kochanka, dłonie zaciskały się na jego biodrach. Już dawno miłosne zapasy nie przyniosły mu aż tyle przyjemności!

Niewolnik kosztował go cały talent w srebrze. Cena była skandalicznie wysoka, zwłaszcza, że na rynku można było teraz kupić tysiące jeńców z podbitej Persji. Z drugiej strony, napływ kruszców z zajętych terytoriów wywołał potężną inflację. O dziwo handlarz, w którego ofercie był Kleantis, nie godził się na żadne targi. „Kupisz go po mojej cenie, panie – rzekł z bezczelną szczerością, – albo sprzedam go komuś innemu. Każdy miłośnik chłopców w Mieście zadłuży się, by mieć go dla siebie”. Stary spryciarz wiedział, co mówi. Młodzieniec był Grekiem z Cypru. Wyglądał, jakby zrodziła go sama Afrodyta. Wspaniałe blond włosy, które rozsypywały mu się swobodnie po ramionach, modre oczy, w których łatwo się było zatracić, sylwetka godna dłuta Fidiasza, Praksytelesa, a nawet samego Bryaksisa. Żadnych znamion na ciele, mięśnie wyrzeźbione treningami w gimnazjonie. Widać było, że wiele w niego zainwestowano. Teraz inwestycja miała się zwrócić – i to z solidną nawiązką. Gdy tylko obejrzał go nagiego, Dionizjusz zapłacił bez szemrania całą kwotę.

Nigdy też później nie żałował zakupu. Kleantis okazał się nie tylko urodziwy, ale i bardzo namiętny. Strateg zakosztował rozkoszy ofiarowanej hojnie i z ochotą. W kochanku nie wyczuwał tej pełnej cierpienia obowiązkowości, która tak częsta była u niewolnic. Ani też wyrachowania, typowego dla wszystkich dziwek tego świata – zarówno tanich pornai, jak i subtelnych heter. Po burzliwym rozstaniu z Neirą (zbił ją do nieprzytomności za kilka niebacznych słów, które wypowiedziała o jego synu) nie zawarł już znajomości z inną kurtyzaną. Przez jakiś czas zaspokajał swe potrzeby, spółkując z Kleopatrą i Raisą, a niekiedy, bardzo rzadko, odwiedzał alkowę własnej żony, Eurynome.

Dopiero pojawienie się Kleantisa sprawiło, że w Dionizjuszu znów zawrzała krew. Od dnia zakupu każdą noc spędzali razem. Arystokrata złapał się wręcz na tym, że nawet w ciągu dnia, podczas wykonywania publicznych funkcji, marzył o posągowym ciele efeba. Filozofowie potępiali tę emocję – obłędną namiętność, która odbierała mężom rozsądek – ale Dionizjusz gardził z kolei filozofami. Niech ci cnotliwi głupcy sami realizują zasadę złotego środka! On miał zamiar korzystać z życia, póki starość i znużenie nie odbiorą mu wigoru. Należało mu się to, w zamian za dobrą służbę wobec Aten i wobec własnego rodu.

Tak więc silnymi pchnięciami penetrował właśnie swego młodziutkiego kochanka, kiedy do jego uszu doszedł krzyk. Śmiertelny i rozdzierający. Strateg zamarł w bezruchu, wsłuchany w noc, czujny. Wciąż dyszał z wysiłku, jego męskość nadal pulsowała, a palce zaciskały się na gładkim ciele efeba. Ale myśli Dionizjusza były już gdzie indziej. Czy głos dobiegł z rezydencji? Czy to atak? Nie wierzył, że jego wrogowie poważą się na takie szaleństwo.

– Czemu przerwałeś, miły panie? – spytał Kleantis, unosząc głowę znad poduszki.

Strateg nie odpowiedział. Powoli wysunął się spomiędzy pośladków efeba, podniósł się z łoża, stanął na podłodze. Z dziedzińca na dole słyszał nawoływania Scytów. Wciąż nagi, z piersią lśniącą od potu, ruszył w stronę okna, by zorientować się w sytuacji. Nie dotarł do niego. W oknie pojawił się nagle czarny kształt, który natychmiast wskoczył do pokoju. A za nim następny. Mężczyźni mieli na sobie ciemne chlamidy, ich brody były skołtunione, zaś oczy dzikie. Błysnęło obnażone żelazo.

Dionizjusz nie uląkł się. Walczył w tuzinie bitew, nieraz zaglądał w oczy śmierci. Tamtych natomiast zdumiało to, co zobaczyli. Spodziewali się, że ten, którego mieli zgładzić będzie spał sam, może z dziewczyną. Tymczasem z łoża podnosił się nagi młodzieniec. Podobna obrzydliwość nie mieściła się w głowach iliryjskim zbójom. Tam, skąd pochodzili, takie upodobania uważano za zbrodnię. Karano je kastracją tego, który penetrował – i śmiercią tego, który uległ.

Ale to ich ów moment zwłoki kosztował życie. Dionizjusz porwał ze stołu amforę z winem. Cisnął ją w pierwszego z nieprzyjaciół. W młodości był jednym z najlepszych oszczepników w Atenach. Bezbłędnie trafiał w cel z sześćdziesięciu kroków. Teraz dystans był znacznie krótszy. Ceramiczne naczynie uderzyło mężczyznę w twarz, rozprysło się na sto okruchów o ostrych brzegach, które wbiły się w policzki, czoło, oczy. Rozlane wino momentalnie zmieszało się z krwią. Strateg rzucił się na rannego, chwycił za nadgarstek ręki trzymającej miecz.

Doskoczył do niego drugi z przeciwników, uniósł machairę do ciosu. Dionizjusz, wciąż szarpiąc się z tamtym – który mimo obrażeń kurczowo trzymał się swej broni – pojął, że nie zdąży się zastawić. Ocalił go Kleantis. Po raz ostatni dowodząc swego oddania, zasłonił go własnym ciałem. Zakrzywiona klinga cięła go przez tors, a potem zawróciła i wgryzła się w twardy, umięśniony brzuch. Strateg wyrwał w końcu miecz z dłoni rannego, skoczył do tyłu. Ujrzał jeszcze, jak jego kochanek wali się na podłogę.

– Umrzesz za to – wycedził przez zęby.

Nieprzyjaciel odpowiedział mu kilkoma słowami wycedzonymi w śpiewnym, barbarzyńskim języku. Rzucili się na siebie. Klingi zaśpiewały. Furia Dionizjusza była tak wielka, że jego wróg natychmiast znalazł się w defensywie. Zdołał zasłonić się trzy razy. Za czwartym okazał się zbyt wolny. Gdy już upadł na kolana, krwawiąc z długiej rany na piersi, strateg wbił mu miecz w rozwarte do błagania usta. Potem obrócił się ku temu, który klęczał pod oknem i rozpaczliwie tarł swe poranione oczy.

Rozsądek podpowiadał, że lepiej go wziąć do niewoli. Poddany torturom mógł zdradzić, kto go najął. Dionizjusz miałby wreszcie twardy dowód przeciw stronnictwu demokratycznemu. Lecz zrozpaczony po śmierci kochanka nie miał ochoty słuchać podszeptów rozumu. Zbliżył się do rannego i przymierzył do ciosu. Oślepiony uniósł głowę, zwrócił ku niemu swe skrwawione oblicze. Arystokrata uderzył właśnie w nie. Włożył w ten sztych cały przepełniający go gniew. I cały smutek.

* * *

– Chłopiec przemienił się w mężczyznę – hetera przeciągnęła się leniwie na pościeli. – Jak się z tym czujesz, Menandrze?

Odpoczywając po miłosnych igraszkach, jedli owoce i pili wino. Fojbiane wpółleżała, oparta na spiętrzonych wysoko poduszkach. Menander złożył głowę na jej łonie i kosztował winogron, którymi go raczyła. Demetriusz ze swym kielichem siedział nieco dalej, by mieć dobry widok na jej krągłe piersi.

– Teraz rozumiem, o czym pisała natchniona Elephantis – odparł poeta.

– Widzę, że dobrze przygotowałeś się do tej nocy! – zaśmiała się Fojbiane.

– Ja również znam ów poemat – odparł Falerończyk, przypominając sobie ozdobiony ilustracjami papirus, który skrywał pod innymi księgami. – Przyznasz jednak, mój drogi, że doświadczenie jest znacznie przyjemniejsze od lektury.

– To prawda. Cieszę się, że mogłem to przeżyć z wami… obydwojgiem.

Demetriusz skinął głową. Wreszcie pojął, czemu został tu zaproszony. Przed dwoma miesiącami wspólnie z Menandrem przelali krew, broniąc Fokiona przed nasłanym nań zabójcą. Teraz kochali się naraz z tą samą kobietą. W ten sposób Falerończyk uczestniczył w rozdziewiczeniu swego przyjaciela. Kolejny krok utwierdzający łączącą ich więź. Fojbiane uśmiechała się promiennie, czym dowodziła, że nic z tego nie rozumie. Gdyby wiedziała, że jest tylko narzędziem, instrumentem, służącym zupełnie innemu zjednoczeniu…

Skąd jednak miała to wiedzieć? Choć próbowała z całych sił, nie była przecież Fryne. Mogła być równie piękna, mogła przewyższyć każdą w sztuce miłości – lecz brakowało jej tego, co czyniło Tespijkę niepowtarzalną – żywego intelektu, talentu do czytania w duszach mężczyzn jak w rozwiniętych księgach. Właśnie dlatego Fryne była pierwszą heterą Aten, zaś adoratorzy rzucali się jej do stóp. Fojbiane nigdy nie osiągnie tej pozycji. Będzie gwiazdą jednego, dwóch, może czterech lat, a potem zdetronizuje ją inna – młodsza, ładniejsza, bardziej uległa. Pamięć o Fryne przetrwa wieki, Fojbiane zostanie szybko zapomniana. Chyba, że Menander spełni obietnicę i uczyni ją bohaterką swej sztuki.

Ale właściwie czemuż miałby to uczynić? Nie składa się hołdów narzędziom.

* * *

Tej nocy sama śmierć kroczyła przez rezydencję Dionizjusza.

Brennus zrozumiał, że coś poszło nie po jego myśli. Czas płynął nieubłaganie, a z willi dobiegało coraz więcej krzyków i nawoływań. Wciąż żaden łupieżców nie powrócił z wieścią o śmierci stratega. Wyglądało na to, że zorganizowany atak przemienił się w serię chaotycznych pojedynków. Prędzej czy później nadejdzie odsiecz – czy to w postaci służby wysłanej przez któregoś z sąsiadów, czy też rutynowego patrolu miejskiej straży, który krążył po Faleronie. Bieg wydarzeń zmuszał Celta do osobistej interwencji.

Wkroczył do budynku od strony ogrodu. Pierwszy człowiek, którego spotkał, był najemnikiem Dionizjusza. Niemal przeciął go na pół swym galijskim mieczem. Następny był niewolnik, który wypadł z bocznego korytarza. Ten zginął od sztychu w brzuch. Martwy zsunął się w dół po szerokiej klindze. Przy schodach Brennus natknął się na ciała dwóch Ilirów i jednego Scyty. Wszedł na pierwsze piętro. Panowała tu ciemność, wszystkie lampy oliwne wypaliły się lub zostały celowo zgaszone. Instynkt wojownika nie zawiódł go jednak. Wyczuł czyjąś obecność w mroku.

– Pokaż się! – warknął unosząc klingę.

– To ja.

Szept miękki i gładki jak jedwab. Celt opuścił oręż.

– Co tu robisz? Miałaś pozostać w gynajkejonie.

Z ciemności wyłoniła się Eurynome. Miała na sobie chiton, który przy skąpym oświetleniu wydawał się całkiem czarny.

– Widzę, że już przywdziałaś żałobę – wychrypiał. – Może poczekasz, aż zabiję twego męża?

– Jest w swej sypialni, na najwyższym piętrze. Opłakuje kochanka, którego zabili twoi siepacze. Kazał mi się wynosić. Posłał ze mną jednego ze Scytów, ale dźgnęłam go sztyletem. Leży gdzieś tutaj.

– Jednego mniej. Czy z Dionizjuszem jest ktoś jeszcze?

– Gdy go opuszczałam, był sam.

– A więc idę.

– Czekaj! Najpierw oddaj mi klucz do furtki.

Zrobił to. Nie chciał, by podejrzenie padło na nią. Wciąż miło wspominał noce w świątyni Hestii. I miał nadzieje na wiele kolejnych.

– A teraz… uczyń mnie wdową.

Nagle na wewnętrznym dziedzińcu wybuchł jakiś zgiełk. Brennus przyskoczył do okna i wyjrzał przez nie ostrożnie. Ujrzał Aratosa z Hierapytny w otoczeniu najemników. Skurwysyn wrócił zbyt wcześnie, pomyślał Celt. Powinien zostać do rana w burdelu.

– Wracaj do gynajkejonu – syknął do Eurynome. Po chwili usłyszał, jak pospiesznie odchodzi korytarzem.

– Przeszukać rezydencję! – głośno rozkazał Aratos. – Kogo się da, brać do niewoli!

Brennus spojrzał na schody wiodące na najwyższe piętro. Tam czekał na niego Dionizjusz… Wystarczyłby jeden cios miecza. Ale wtedy nie zdąży uciec. Celt mógł położyć trupem tuzin najemników, lecz z Aratosem z Hierapytny sprawa przedstawiała się zupełnie inaczej. I choć z radością przystałby na pojedynek, pojmował, że ryzyko jest zbyt wielkie.

Zastanawiał się krótko. A potem zmełł w ustach przekleństwo i ruszył schodami w dół. Przebiegł przez puste korytarze, wypadł do ogrodu. Niepowstrzymany przez nikogo przekroczył furtkę na tyłach rezydencji. Nie czekał tu na niego żaden z Ilirów. Albo zginęli, albo zostali schwytani… W gruncie rzeczy nie miało to jednak znaczenia. Brennus zatruł bowiem ostatni posiłek, który spożyli przed akcją. Jad dostarczony przez Tryfona z Ambrakii miał spowolnione, lecz niezawodne działanie. Jutro wszyscy oni będą martwi. Aratos nie zdąży nikogo przesłuchać.

Rozgniewany niepowodzeniem Celt czym prędzej oddalił się od rezydencji Dionizjusza. Przemykając bocznymi uliczkami wyminął patrole, uniknął groźnych konfrontacji i jeszcze groźniejszych pytań.

Nim wrócił do willi Demostenesa, odwiedził jeszcze tani dom rozpusty nieopodal wzgórza Pnyks. Zażyczył sobie towarzystwa ladacznicy Filony. Ku swemu niezadowoleniu usłyszał, że właśnie przyjmuje klienta. Gdy tylko pijany młodzieniec wytoczył się z jej pokoiku, wkroczył tam Brennus. Filona kucała właśnie nad miską z wodą i myła się po zbliżeniu. Uniosła głowę i spojrzała mu w oczy.

– Przekaż Tryfonowi – wychrypiał Celt, – że ponieśliśmy porażkę. Dionizjusz wciąż żyje.

Na dziewczynie nie zrobiło to wielkiego wrażenia. Nie przerwała ablucji, nie próbowała też zakryć przed nim swej nagości. Brennus słyszał, że w Macedonii należała do arystokratycznego rodu i przez jakiś czas przebywała na królewskim dworze, w orszaku królowej Olimpias. Jeśli było to prawdą, ktoś, kto powierzył jej owe zadanie, wykazał się sporą dozą perfidii oraz okrucieństwa. Filona znosiła jednak swój los z godnym podziwu spokojem. Celt nigdy nie słyszał z jej ust skargi. Na co dzień przyjmowała tuziny mężczyzn, co stanowiło idealną przykrywkę dla innych jej działań. Być może należała do tych kobiet, które lubią przechodzić z rąk do rąk?

– Dionizjusz wciąż żyje – odparła znosząc jego pełne gniewu spojrzenie, – ale my i tak odnieśliśmy zwycięstwo. Po tym ataku napięcie w Atenach wzrośnie. Stronnictwa rzucą się sobie do gardeł. Oligarchowie zaczną się srożyć i zrażą do siebie Lud. W ostatecznym rozrachunku wpływy Antypatra w Attyce osłabną.

Brennus zmarszczył brwi. Niewiasta nie powinna być aż tak sprytna! Filona podniosła się znad miski i podeszła do łóżka. Sięgnęła po swą krótką tunikę uszytą z materiału kiepsko udającego jedwab. Uniosła ręce, jakby chciała włożyć ją przez głowę.

– Nie odziewaj się – warknął Celt.

– A czemuż to? – spytała, zwracając na niego spojrzenie.

– Skoro jednak zwyciężyliśmy – odparł, rozpinając swój rzemienny pas, – musimy to uczcić. Kładź się, Filono. Zaraz pokażę ci, czym różni się prawdziwy mąż od Ateńczyka.

* * *

Gdy wypoczęli, a mocne wino rozgrzało im krew, znowu kochali się z heterą.

Fojbiane mogła być zaledwie instrumentem, lecz była również piękną, niezwykle pociągającą kobietą. Znów więc obsypywali jej ciało pocałunkami, pieścili biust, pośladki, biodra, wsuwali chętne palce w wilgotną ciasność między jej udami. Odwdzięczała się im z biegłością i ochotą zrodzoną z pożądania. W końcu znalazła się między nimi, wsparta na kolanach i dłoniach, pochylona mocno do przodu. Menander uklęknął za nią, a jego nabrzmiały członek ocierał się o jej pośladki. Demetriusz zajął miejsce przed nią, tak że jego penis znalazł się na wysokości jej twarzy. Przyjęła ich w sobie niemal jednocześnie. Poeta spenetrował ciasną pochwę, Falerończyk wsunął się w usta. Zacisnęła się na obydwu, pragnąc im dać jak najwięcej przyjemności. Młodzieńcy popatrzyli po sobie, a potem zaczęli poruszać biodrami w zgodnym rytmie.

W pewnym momencie Demetriusz poczuł, jak Fojbiane bierze jego męskość najgłębiej, jak to tylko możliwe. Uszminkowane wargi dotarły do nasady penisa. Jego żołądź pulsowała głęboko w ustach kochanki. Drżąc z rozkoszy, odchylił głowę do tyłu i spojrzał w górę – prosto w lustro zamontowane na baldachimie. Jego oczom ukazał się niecodzienny widok – dwóch młodych, przystojnych mężczyzn uprawiało miłość z przecudnej urody nimfą. Było to tak podniecające, że już nie zdołał nad sobą zapanować. Obfita porcja spermy spłynęła prosto do gardła hetery. Na szczęście, była na to przygotowana. Przełknęła kilka razy i uniknęła zachłyśnięcia. Jednocześnie cały czas masowała wargami jego przyrodzenie. Widząc, że tym razem to przyjaciel zostawił go w tyle, Menander przyspieszył tempo swoich ruchów. Pośladki kobiety drżały uroczo, gdy uderzał w nie swymi biodrami. Wypuściła spomiędzy warg zaspokojony członek Demetriusza, opadła na łokcie, zaczęła wychodzić naprzeciw pchnięciom poety, nadziewać się na niego. Nie mogło to trwać długo. Już po kilku chwilach z ust chłopca dobył się przeciągły jęk. Fojbiane zacisnęła się na nim z całej siły i nie pozwoliła, by się wycofał. Jego nasienie wypełniło jej szparkę, a gdy zabrakło w niej miejsca, pociekło w dół po wewnętrznej stronie smukłych ud.

To jednak nie był jeszcze koniec ich miłosnych zmagań. Gdy już złapali oddech, Demetriusz zaproponował, by teraz zabawiali się z Fojbiane po kolei. Hetera przystała na to skwapliwie. Najpierw oddała się Menandrowi, leżąc na plecach, obejmując jego szczupłe biodra swymi długimi nogami. Po trzecim zbliżeniu poeta był już całkiem wyczerpany. Ułożył się wygodnie na łożu i po chwili zasnął. Przyjaciel i kochanka okryli go troskliwie kołdrą. A potem zajęli się sobą.

Godzinę później Falerończyka również zmorzył sen. Wtulił się w pierś hetery, ona zaś gładziła jego włosy, wsłuchana w spokojny, miarowy oddech młodzieńca. Patrzyła w swe odbicie w lustrze. Myślała o sławie, którą przyniesie jej znajomość z tymi dwoma chłopcami – z wziętym komediopisarzem oraz synem znakomitego ateńskiego rodu. Myślała o triumfie nad rywalkami, które zzielenieją z zazdrości na wieść o jej przygodzie. Myślała wreszcie o nieśmiertelności, którą zapewni jej „Dziewczyna z Leukady”. Uśmiechnęła się do swego odbicia. A także do swych myśli.

* * *

– Kto mógł być aż tak głupi?! – wykrzyknął po raz setny Demostenes.

W komnacie zebrali się wszyscy przywódcy stronnictwa demokratycznego. Niezłomni szermierze ateńskiej niepodległości: Ktezyfon, Leander, Gorgonios, Archelaos. A nawet Hiperejdes, który dopiero niedawno dołączył do ich spotkań. Siedzieli wokół stołu, pogrążeni w milczeniu. Tylko Demostenes przemierzał wciąż izbę, jakby sama myśl o zajęciu należnego mu miejsca była dlań nieznośna.

– Jakiż dureń się na to poważył?

Brennus trzymał straż przy drzwiach, bacząc, by nikt nie podsłuchiwał rozmowy możnych. Jego twarz była całkiem beznamiętna, jakby wykuta w marmurze. Dłoń opierał na głowicy rękojeści swego galijskiego miecza. Nie włączał się do dyskusji – bo i cóż mógł rzec?

Demostenes zatrzymał się w miejscu, omiótł zgromadzonych wściekłym spojrzeniem.

– Czy zdajecie sobie sprawę, skończeni głupcy, że gdyby Dionizjusz zginął, jego zwolennicy sprawiliby nam krwawą łaźnię?! To ich słuchają ludzie Archonta, a teraz także przestępczy półświatek Aten! A czym my dysponujemy? Dobrym słowem tego skurwiela Tryfona z Ambrakii, który od dwóch miesięcy nie dał znaku życia? Nie mamy nic! Dlatego spytam raz jeszcze: który z was zorganizował ten napad?

Milczeli. Bo i cóż mogli powiedzieć?

– Zresztą, to już nieważne. Ktokolwiek to uczynił, dostał stosowną nauczkę. Całe szczęście w tym, że w ataku zginęli tylko niewolnicy oraz paru zbrojnych. Może Dionizjusz da się jeszcze przebłagać… Za chwilę osobiście udam się do niego, by wyrazić nasze oburzenie tym barbarzyńskim aktem. Kto ma odwagę pójść ze mną?

Przez chwilę nikt się nie poruszył. W końcu Hiperejdes uniósł dłoń. Następny był Ktezyfon. W ślad za nim poszli pozostali.

– Może jest jeszcze nadzieja… – wyszeptał Demostenes.

Zaraz zleje się ze strachu, pomyślał Brennus. Z trudem powstrzymał się, by nie wybuchnąć pogardliwym śmiechem.

* * *

O pierwszym brzasku Demetriusz i Menander opuścili dom Fojbiane. Hetera chciała, by zostali na śniadaniu, lecz obaj wymówili się od tego. Mieli dziś stawić się na wykładzie w Likejonie, a każdy chciał jeszcze wrócić do swego domu, przebrać się i odświeżyć. Eleganckie szaty, które przywdziali na spotkanie z niewiastą, byłyby źle widziane wśród poważnych filozofów. W szkole Arystotelesa i Teofrasta kładziono nacisk na prostotę odzienia i złożoność myśli. Żaden z młodzieńców nie chciał narazić się na docinki ze strony nauczycieli. Zwłaszcza Teofrast potrafił być wyjątkowo złośliwy.

Jak długo było to możliwe, wracali przez Miasto razem. Nie rozmawiali, pogrążeni we wspomnieniach minionej nocy. Z rzadka tylko wymienili jakąś uwagę lub spostrzeżenie. Wystarczyła im wzajemna obecność, poczucie każdego z nich, że ma przyjaciela u boku. W końcu jednak dotarli do miejsca, gdzie ich drogi się rozchodziły. Demetriusz udawał się na południe, zaś Menander na zachód. Uścisnęli sobie dłonie, a potem nie bacząc na obecność Agathiasa, padli sobie w ramiona.

– Dziękuję, za twą obecność – wyszeptał poeta.

– Dziękuję, że o nią poprosiłeś – odrzekł Falerończyk.

– Spotkamy się w Likejonie.

– Pamiętaj, godzinę przed południem. Nie spóźnij się!

– Na pewno będę na czas.

Rozstali się i każdy ruszył w swoją stronę. Demetriusz spojrzał na wschód. Słońce podniosło się już nad masywem góry Hymettos. Jeśli chciał zdążyć na umówioną godzinę, musiał się pospieszyć.

Gdy wszedł w cień Długich Murów, zobaczył jednego z najemników swego ojca. Ten również go spostrzegł. Podbiegł do Falerończyka i rzekł:

– Gdzie byłeś, panie? Szukamy cię od świtu! Czcigodny Dionizjusz zakazał nam wracać bez ciebie.

Demetriusz zmarszczył brwi. Skończył już osiemnaście lat, od dwóch był dorosłym mężczyzną. Doprawdy, ojciec przesadzał już z tą troskliwością. Zbyt często noszącą znamię podejrzenia.

– Nie zwykłem się tłumaczyć przed ludźmi z gminu – warknął poirytowany.

– Wybacz mi, panie. Nie chciałem cię urazić…

Po chwili, gdy jego gniew nieco opadł, Falerończyk dostrzegł, że coś jest nie tak. Mężczyzna był zaniepokojony, a może nawet przestraszony. Cały czas trzymał dłoń na rękojeści miecza, rzucał na boki czujne spojrzenia…

– A właściwie, to czemu mnie szukacie? – spytał łagodniejszym tonem.

– Panie… nie mamy na to czasu. Dostojny Dionizjusz kazał cię natychmiast przyprowadzić.

– Dobrze więc – złe przeczucia Demetriusza jeszcze się nasiliły. Nie wiedzieć czemu, pomyślał o Raisie. Czy nic jej nie grozi? Ale właściwie co miałoby jej grozić w rezydencji ojca? W duchu zganił się za głupie pomysły. – Zatem ruszajmy.

Nad Atenami wstawał nowy dzień. Bryza znad morza przeganiała puchowe chmury, zaróżowione słonecznymi promieniami. Wszystko budziło się do życia. W powietrzu było czuć wiosnę.

* * *

– Zapłacą mi za to! – warknął Dionizjusz. – Wszyscy! Zapłacą krwią!

Fokion podszedł do okna i wyjrzał na dziedziniec. Stos pogrzebowy Kleantisa był już niemal gotowy. Służący układali ostatnie bale drewna. Tyle wysiłku dla jednego niewolnika… nawet jeśli zginął w obronie pana. Starzec, który nigdy nie gustował we wdziękach chłopców, ze zdumieniem pokręcił głową. Może i prawdę mówią filozofowie, że ten rodzaj miłości całkiem odbiera rozsądek…

– Kto miałby ci zapłacić? – spytał cichym głosem. – Czy wiesz, kto nasłał zabójców? I czemu posłużył się Ilirami?

– To bez znaczenia. Sprawca jest znany. To Demostenes i cała ta niepodległościowa hałastra!

– Być może. Ale żeby przelać krew, potrzebujesz dowodów.

– Wystarczy mi pewność. Osobiście wyrwę tym skurwysynom serca!

Fokion odwrócił się od okna.

– Zapewne ten, który chciał cię zabić właśnie takiej reakcji się po nas spodziewa. Wybuch bezprawnej, nieuzasadnionej przemocy zraziłby do nas Ateńczyków. Stracilibyśmy oparcie w Ludzie, a Miasto prędzej czy później wymknęłoby się nam z rąk.

– Więc co mi radzisz? – Dionizjusz spojrzał na niego z irytacją. – Mam zrezygnować z zemsty?

– Dionizjuszu, wysłuchaj mnie. Jeśli zdobędziemy dowody obciążające stronnictwo demokratów, sam będę pierwszym, który wystąpi z publicznym oskarżeniem. I nie spocznę, dopóki ostatni poplecznik Demostenesa nie wypije cykuty. Na razie jednak zachowajmy spokój.

– Spokój? Zgładzono moich ludzi! Pod moim dachem!

– Zabito kilku najemników i trzech niewolnych. Najemnikom płaci się za to, by w razie potrzeby oddali życie. W Atenach z łatwością znajdziesz nowych. A co do niewolników… nie będziesz chyba mścił ich krzywd? Ateńczycy by cię za to wyśmiali.

Dionizjusz podszedł do drugiego okna, spojrzał na stos, na którego szczycie ułożono już ciało Kleantisa. Zacisnął dłonie w pięści. Fokion widział jednak, że strateg już się uspokaja. Najwyraźniej erotyczna fascynacja nie była aż tak głęboka, by w jej imię kłaść cokolwiek ważnego na szalę.

– Demokraci zapłacą – rzekł starzec. – Ale w inny sposób, niż myślisz. Zmusimy ich, by każdy oddał nam swego pierworodnego syna jako gwarancję, że nie będą już sprawiać kłopotów. Zakładników umieścimy pod strażą na Eginie. Jeśli atak na któregokolwiek z nas się powtórzy, głowy młodzieńców spadną. To powinno zapewnić nam bezpieczeństwo. Oraz wiele nieprzespanych nocy Ktezyfonowi i pozostałym.

– Demostenes nie ma syna.

– Ale ma córkę. Którą ponoć bardzo miłuje.

Usta Dionizjusza wykrzywiły się w brzydkiej parodii uśmiechu.

– Z pewnością nie chciałby, by jego ukochana córeczka padła ofiara zbiorowego gwałtu?

Starzec zmarszczył brwi, słysząc ostatnie słowo.

– Doprawdy, przyjacielu. Czasami jesteś zbyt dosłowny.

– Może masz rację. A teraz wybacz mi, Fokionie. Muszę podłożyć ogień pod stos. Ten obowiązek nie może czekać. W przeciwieństwie do zemsty.

– Idź więc, mój drogi. I niech w tym ogniu wypali się twój gniew.

– Wątpię, by było to możliwe.

Szkoda, pomyślał Fokion. Zemsta najlepiej smakuje na zimno.

Przejdź do kolejnej części – Opowieść helleńska: Demetriusz IV

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Moja ulubiona część Demetriusza, pozostaje na długo w pamięci, za co mogę ręczyć, bo czytałam ją już dawno temu. Rewelacyjny trójkąt erotyczny, no i spisek nabiera prawdziwych rumieńców, a do końca jeszcze (na szczęście) daleko.

Spiski i zbrodnie nie mnie emocjonujące niżeli zbliżenia 🙂

Megasie jak Twe słowa pięknie działają na wyobraźnie :))

Czytając opowiadanie niemal na własne oczy widziałam obrazy, którymi zachwycał się Menander, poczułam woń egzotycznych perfum Otyłego Myrona, czułam podniecenie Demetriusza gdy z niecierpliwością wyczekiwał momentu kiedy dołączy się do igraszek Fojbiane i Menandra…

Nie wiem jak to robisz, ale nie przestawaj!

Twoja oddana fanka.
Ana

Erotyka świetna bla bla bla, rozwijający się spisek bardzo dobry bla bla bla…

Nie mam pomysłów już na komentarze nie ma się do czego doczepić, bardzo sprawnie wmontowałeś scenę gejowską, że nawet nie odczułem niechęci czytając ją (nie jestem fanem takiej literatury, 100% hetero :P), świetnie napisałeś pierwszy raz Menandra, i układ jaki proponuje zbirom Aratos. Co więcej powiedzieć, pisz tak dalej.

daeone

Serdecznie dziękuję za wszystkie recenzje!

Przyznam się, że również lubię ten rozdział przygód Demetriusza. Wątek spiskowy nie jest jeszcze bardzo skomplikowany (w następnych rozdziałach mocno się poplącze!), postaci jest akurat tyle, że łatwo nad nimi zapanować (potem będzie więcej!), scena trójkąta seksualnego napisała się praktycznie sama. W dodatku udało mi się zawrzeć wątek męskiej miłości w taki sposób, że nikt jak dotąd nie poczuł się urażony ani zniesmaczony (tak, wiem, że to niesprawiedliwe, że sceny lesbijskie mają więcej fanów niż sceny gejowskie, ale cóż, nie jestem w stanie wojować z faktami; natomiast obraz antycznej Hellady bez takich sytuacji byłby niekompletny) a niektórym może się nawet spodobała 😀

Ciąg dalszy jeszcze w styczniu!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Mnie się spodobała! 😀
I cieszę się, że dzięki talentowi, ten biedny chłopiec mógł „mieć coś z życia”. Trzymam z niego kciuki 🙂

Miał coś z życia, a potem godnie owe życie oddał w obronie swego pana. Myślę, że jeśli w Dionizjuszu są jakieś ludzkie uczucia, Kleantis pozostanie w jego sercu dłużej niż którakolwiek z jego nałożnic.

M.A.

Napisz komentarz