Sekrety Syjamu II – Farang (Miss.Swiss)  3.37/5 (58)

17 min. czytania

Kontynuacja „Sekretów Syjamu”

John pocił się w eleganckiej limuzynie. Drżały mu ręce, na przemian bladł i czerwieniał. Jego lekarza zaniepokoiłoby na pewno wysokie ciśnienie pacjenta. Ale doktor Crawford był daleko i nie miał pojęcia o stanie swojego niesfornego podopiecznego. Obok Johna siedział tylko jego wierny przyjaciel i partner w interesach, Sadachai. Naprzeciwko zaś… ona. Była dokładnie taka, jak lubił. Zgrabna, filigranowa Tajka. Ucieleśnienie jego ideału kobiety. Uwielbiał je. Ich miękką, delikatną skórę, płynne, bezszelestne ruchy, dyskretny uśmiech, obiecujący wszelkie możliwe rozkosze. I to, że nigdy niczego nie odmawiały. Nie oburzały się, nie były zdziwione żadnym żądaniem, gorliwie spełniając wszelkie życzenia, jakie tylko przyszły mu do głowy. Uśmiechały się zawsze, na pozór niewinnie, ale dla Johna ich uśmiech krył zawsze obietnicę zrealizowania nawet najbardziej wyuzdanych fantazji.

W ciągu tych kilku lat nauczył się je dobrze rozróżniać. Piękne, dobrze urodzone, wybredne i nieco aroganckie od tych najbardziej zdeterminowanych, gotowych na wszystko, które bieda przygnała do Bangkoku z biednej północy.

Sirimar zdecydowanie zaliczała się do pierwszej grupy. Regularne, szlachetne rysy, oczy w kształcie migdałów, których zewnętrzne kąciki skierowane były skośnie w górę, pod łukami idealnych ciemnych brwi, drobny nos i pełne usta, wszystko pokryte dyskretnym makijażem jedynie podkreślającym ciepły odcień karmelowej skóry, wskazywały na przynależność do najwyższej ligi.

Nie potrzebowała żadnego upiększenia, zdobiła ją jej młodość i nieprzeciętna uroda. Swoje eleganckie i drogie stroje nosiła w sposób lekko niedbały, niewymuszony. Znała swoją wartość. Tak, wszystko w niej było doskonałe. Od szczupłych kostek, przypominających pęciny rasowych koni, poprzez pięknie ukształtowane długie łydki i idealnie okrągłe kolana, aż do wyrzeźbionych zapewne cierpliwie ćwiczeniami, jędrnych ud. Mógł niestety podziwiać tylko ich fragment, kilkanaście centymetrów nad kolanem. Miał nieprzepartą ochotę położyć dłoń na tym udzie, zacisnąć na nim palce tak, by pozostał ślad, przesunąć dłoń wyżej, gdzie pod tym lekkim nic, jakim była jej wiązana w supełki popielata sukienka, kryło się… zacisnął powieki. Czuł napływające pożądanie i chęć zdarcia z niej wszystkiego od razu, w limuzynie. Gdyby przechylił się o pół metra w jej stronę, wyciągnął rękę, miałby ją. Musi się opanować do chwili, gdy zostaną sami.

Kiedy rozmawiał z nią w restauracji, okazywała daleko idącą powściągliwość, lecz mówiła pewnym, spokojnym tonem, świadczącym raczej o tym, że trudno zrobić na niej wrażenie. Gdy żartobliwie spytał o zazdrosnego chłopaka, który na pewno gdzieś na nią czeka, zesztywniała, a jej niemal zmrożony, pogardliwy ton, wskazał mu natychmiast właściwe miejsce. Pytanie było nietaktem. Ani razu przed udzieleniem odpowiedzi nie spojrzała w poszukiwaniu aprobaty na swojego szefa, jak czyniły to wszystkie jej poprzedniczki na tym stanowisku. Odpowiadała za siebie, przejmując całkowitą odpowiedzialność. Widocznie studia ekonomii w Londynie dały jej więcej, niż tylko papier renomowanej uczelni i umiejętność obliczania rentowności przedsiębiorstw. Sadachai podwyższył poprzeczkę, pomyślał z zazdrością John. Nie mógł się oprzeć, by całkiem jawnie nie pochłaniać jej wzrokiem. Wiedział, że jest idealna. Wydawała się nie dostrzegać jego pożądliwych spojrzeń. Nie interesował jej. Odwróciła wzrok w stronę okna, oparła się wygodnie.

***

Pięć lat temu, w czasie pierwszego pobytu w Tajlandii, po długim dniu w biurze, wtedy jeszcze Sadachai nie był szefem, lecz jedynie zastępcą Mongkona, starszego, nobliwego biznesmena, zdecydował się zajść do małego salonu masażu, tuż obok hotelu. Bolały go opuchnięte stopy, bolała go głowa od zmiany klimatu i długich godzin w dusznym pomieszczeniu, odczuwał przykre dolegliwości kręgosłupa.

Nie od razu się odważył. Zazwyczaj krępował go dotyk innych ludzi i nie lubił swojej fizyczności. Koło tego salonu przechodził już kilkakrotnie. Przez duże szyby widywał zmęczonych ludzi, wyciągniętych w wygodnych, skórzanych fotelach i pochylone nad opuchniętymi stopami ciemne głowy młodych masażystek. Zauważał połacie dużych, białych ręczników, porcelanowe miseczki z mazidłami kojącymi otartą skórę, misternie ułożone orchidee w szklanych, prostych wazonach. Chwilę przechadzał się niezdecydowanie po Sukhumvit Soi, ścigany ofertami taksówkarzy, właścicieli tuk-tuków i pojawiających się z nadejściem nocy, pierwszych, przedsiębiorczych sutenerów. Zjadł kolację w małej restauracyjce na rogu, wyszedł na zewnątrz. Znów przystanął niepewny, co robić. Dalej bał się zapuszczać. Na głównej, oświetlonej kolorowymi światłami ulicy, tętniło życie. Obejrzał się, upewniając się raz jeszcze, jak daleko jest do hotelu. Mimo prowadzenia rozległych interesów, sam rzadko podróżował. Nigdy nie był światowcem, poruszającym się swobodnie w innych krajach i kulturach. Tak naprawdę urodził się i pozostał prowincjuszem, mimo pokaźnego majątku i poważania w kręgach biznesu, mimo tego, że nauczył się grać w golfa i prowadzić uprzejmą konwersację.

A Bangkok przerażał go swym ogromem, rozmachem i systemem, którego nie rozumiał. Przypominał mu wielkie mrowisko z ludźmi, poruszającymi się we wszelkich możliwych kierunkach. Nie rozpoznawał, po co to robili. Nie znał ich kulturowych kodów, nie rozumiał znaków, nie wiedział, co kryło się za ich uśmiechami, którymi kwitowali zarówno wygłaszane do nich pozytywne opinie, jak i krytykę. Czuł się obco. Sporo naczytał się o naciągaczach, złodziejach, wyrachowanych dziewczynach polujących na jelenia z zachodniego, lepszego świata, który mógłby utrzymać je i ich rodziny. Wyprostował się, a kręgosłup, od lat obciążony potężnym ciężarem, zareagował ostrzegającym chrupnięciem i dreszczem nagłego bólu. Ciało wysłało mu kolejny sygnał ostrzegawczy. Najwyraźniej powinien jednak zadbać o zdrowie. Coś tam kiedyś czytał o dobroczynnym wpływie dalekowschodniej medycyny, miał dość mgliste pojęcie, czym jest akupresura. Nie zastanawiając się dłużej, pchnął szerokie drzwi do salonu.

Okazało się, że był ostatnim klientem. Większość masażystek i kosmetyczek skończyła już pracę, żegnały się głośno między sobą, pożegnanie przeciągało się o ostatnie żarty, ostatnie przypomnienia na następny dzień. Powitano go jednak serdecznie. Mimo, że zbliżała się północ, nie odmówiono usługi amerykańskiemu gościowi. Nie ma problemu z masażem. Dwie dziewczyny zostaną dłużej. Uśmiech właścicielki salonu. Ukłon. A jakie są jego życzenia? Masaż stóp, masaż karku. Będzie tak, jak sobie gość życzy. Ukłon. Po chwili siedział już na ławeczce z ciemnego, tekowego drewna, a sprawne palce obmywały mu stopy. Po tym zabiegu mógł już wygodnie usadowić się w fotelu. Dwie młode Tajki zbliżyły się do niego, chichocząc i cicho wymieniając między sobą jakieś uwagi. Pomyślał, że śmieją się z niego. Gruby, biały jak ciasto naleśnikowe, brzydki. Tak zapewne sądziły. Mew i Ning, jak wynikało z maleńkich, metalowych identyfikatorów wpiętych w kołnierzyki śnieżnobiałych uniformów, okazały się mu jednak przychylne. Zapamiętał dobrze te imiona.

Gdzieś w tle sączyła się cicha, nastrojowa melodia. Mazidła pachniały jaśminem. Mew uklękła przed nim i delikatnie ujęła jego szeroką, opuchniętą stopę w swoje dłonie. Przez chwilę przyglądała się jej uważnie. John poczuł skrępowanie wobec młodej masażystki. Czy ocenia stopień zaniedbania? Może brzydzi się i wewnętrznie wzdraga, czuje pogardę dla kogoś tak brzydkiego, kogoś, kto ma tak zaniedbane nogi. Dziwne, że w ogóle obchodziło go, co pomyśli jakaś anonimowa pracownica salonu masażu. Powiedziała coś mimochodem do Ning. Tamta stanęła za nim. Poczuł ciężar jej dłoni na karku, gestem dała mu do zrozumienia, by pochylił się wprzód. Skwapliwie pozwolił jej pogładzić się po karku.

Masaż był chwilami bolesny, zablokowane, twarde miejsca miękły jednakże pod wpływem czarodziejskiego dotyku dziewcząt. Mocne, posuwiste ruchy Mew, którymi obdarzała jego stopy i kostki zaczęły przypominać pieszczotę. Nikt nigdy nie dotykał go w tych miejscach. Nie sądził, że może to być tak przyjemne. Ze swojego fotela widział dobrze rowek między drobnymi piersiami pochylonej nad jego stopami Tajki, chyba założyła swój uniform na gołe ciało. Przyglądał się z zaciekawieniem. Złapała go na tym. Podniosła głowę akurat w momencie, gdy rozkoszował się widokiem tego wąskiego, ciemnego przesmyku i w myślach dorysowywał do kreowanego obrazu brakujące elementy.

– You like? – spytała z uśmiechem i, nie przerywając masażu sięgnęła do górnych guzików. Była śliczna i podniecająca, zdążył pomyśleć w chwili, gdy zwinne ręce, których zadaniem było wymasować mu porządnie kark, objęły go za ramiona, a na plecach poczuł lekko wilgotną skórę drugiej dziewczyny. Drobne, twarde sutki drażniły go nad łopatkami, chciał się odwrócić, tak ciekaw był, jak wyglądają piersi Ning, ale dłonie Mew zatrzymały go na miejscu. A kiedy wstała i zdjęła z siebie ten biały kitel, niepotrzebnie przysłaniający jej znakomitą figurę, gdy odwróciła się tyłem i usiadła mu na kolanach, oszalał. To było to, co w Bangkoku nazywano masażem ze szczęśliwym zakończeniem. Dały się wziąć po kolei, udawały chętne, mizdrzyły się do niego i przymilały. Pochylały się nad jego członkiem, biorąc go po kolei do ust, drażniąc językiem. Udawały, że się o niego kłócą.

Niewiele pamiętał z późniejszej części wieczoru, oprócz tego, że upojony pożądaniem i gotowością dziewcząt, wylądował wraz z nimi na ulicy pełnej barów, zamaskowanych burdeli i tanich hotelików, że pił w barach, pełnych podobnych mu farangów i szukających przygód młodych Tajek, tańczył nawet, nie zważając na zaduch, na zapach smażonego curry zmieszanego z wonią napakowanego, łysego testosteronu. Wspomnienia rwały się, mieszały, nie wiedział nawet, gdzie to się wszystko działo, i czy czasem nie było wytworem jego wybujałej wyobraźni. Ocknął się nad ranem, na ciepłym asfalcie, między dwoma tuk-tukami, szarpany za ramię przez właściciela jednego z nich. Wargi miał spękane z pragnienia, ale prawdziwym wyzwaniem okazało się dotarcie do hotelu. Tym bardziej, że ktoś najwidoczniej troskliwie zaopiekował się jego portfelem wraz ze złotymi kartami kredytowymi i najnowszym telefonem. Wstydził się młodego oficera policji, który spisywał jego zeznania. Wstydził się wrócić do hotelu.

Zapłacił wtedy frycowe. Albo farangowe, jeśli ktoś wolałby te określenia. Sam już nie poważył się nigdy zapuścić ani w okolice Cowboy Soi ani Patpong ani nawet do baru. Takie historie zdarzały się tam codziennie. Tabletki w piwie, telefony i portfele zawinięte w serwetki, strącone przypadkiem pod stół albo na kolana koleżanki, znikające w malutkich kolorowych torebkach, wyglądających równie niewinnie, jak ich właścicielki.

Rezygnacja z nocnego życia nie była jednak konieczna.

Sadachai uprzejmie wysłuchał telefonicznej relacji roztrzęsionego wspólnika. Gdyby John mógł go w tamtej chwili zobaczyć, zapewne zastanowiłby go pełen politowania i pewnego rodzaju tryumfu uśmiech, który pojawił się na zazwyczaj nieprzeniknionej twarzy Azjaty. Sadachai wykazał zrozumienie. Sadachai pomógł. Portfel, telefon i karty znalazły się w dwa dni. A potem… zaproponował Johnowi własne usługi i otworzył przed nim drzwi do piekła i raju.

***

Sadachai popatrzył uważnie na poczerwieniałego Johna, uśmiechnął się protekcjonalnie i klepnął go poufale w kolano.

– Poczekaj, przyjacielu. Nie spieszmy się nigdzie. Noc jest długa i zapewniam cię, że przeżyjesz niezapomniane chwile. John przełknął ślinę i oblizał spierzchnięte wargi. Wcale nie chciał czekać.

– Kiedy? – wyszeptał.

– Cierpliwości! Nawet nie dojechaliśmy do biura…

John czuł pulsowanie krwi w skroniach, przyspieszony rytm serca. Właściwie… już samo patrzenie i oczekiwanie na chwilę, w której zamknie szczupłe palce tajskiej dziewczyny w swojej dłoni, zaciągnie się jej zapachem… już samo oczekiwanie było tak radośnie podniecające. Czuł, że dzisiejszej nocy będzie w dobrej formie. Stawał mu.

Sadachai znał upodobania swego amerykańskiego partnera i z pełną gotowością wychodził im naprzeciw. Na lotnisku zawsze czekała na Johna limuzyna i jedna, czasem dwie dziewczyny, za każdym razem niezwykłej urody. Zanim dojechał do centrum miasta, miał już za sobą jedno, a czasem i dwa zbliżenia. Czasem sycił tylko oczy, czasem dziewczęta, przy akompaniamencie chichotów, w ostatniej chwili pomagały mu wciągać spodnie. Zadowolony i zaspokojony mógł spokojnie pracować, by wieczorem, a potem coraz częściej późnym popołudniem, zanurzyć się znów w świat, gdzie chętnie i nie dziwiąc się niczemu, spełniano wszelkie jego zachcianki.

Od kilku miesięcy jednak Sadachai zmienił taktykę. Wysyłał jak zwykle limuzynę na lotnisko, ale tylko z kierowcą. Dopiero po pracowitym dniu wypuszczał niecierpliwiącego się Johna z biura i organizował mu nocne życie. Im lepsze wyniki udało mu się uzyskać, tym ciekawszych przeżyć dostarczał „białemu przyjacielowi“ – jak zwykł o nim mawiać. Amerykanin zazwyczaj trzymał się nieźle do lunchu. Ale wyborny smak ostrego, tajskiego jedzenia, kolorowe kwiaty we włosach kelnerki i barwne drinki przypominały mu, że życie jest zbyt ciekawe i kuszące, by spędzać je w pracy. Właściwie każda minuta była zbyt cenna, a on nie miał ochoty tracić czasu w biurach. Po lunchu stawał się zazwyczaj rozmarzony i ociężały, słuchał z roztargnieniem, zgadzał się, czasem nawet nie do końca wiedząc na co, wciąż wybiegając myślami na spotkanie wieczoru. Bary, ping pong show, banana show, tak, nabierał się znów na to, jak i na wyraz uwielbienia w oczach dziewczyn, jak na ich pełne zachwytu me love you. Pierwsze, nieudane doświadczenia niczego go widać nie nauczyły.

Czasami, w swoim bostońskim biurze, odzyskiwał na chwilę trzeźwość umysłu. Gdzieś tam, z głębi podświadomości docierał do niego niepokojący sygnał. Był uzależniony. Od seksu, coraz częściej z więcej niż jedną partnerką, od azjatyckich, specyficznych technik miłości, od przekraczania coraz to nowych granic perwersji. O tym, że w ciągu tych zależności, był pod kontrolą Sadachai – nie myślał. Był uzależniony… odsuwał gniewnie te myśli od siebie, pił drinka i nakazywał sekretarce rezerwację biletu do Bangkoku. Gdy już znał datę i wiedział, że tam wkrótce pojedzie, uspokajał się, potrafił pracować, odliczając dni, dzielące go od kolejnych, niezwykłych przeżyć.

– Przyjacielu – Sadachai pochylił się w jego stronę, odgadując, jak zwykle bezbłędnie nastrój swojego partnera – to nie potrwa długo. Przedstawię ci moją koncepcję, podpiszesz, a potem oddam cię pod opiekę Sirimar. Co ty na to?

John otworzył oczy. Limuzyna zatrzymała się na rzęsiście oświetlonym podjeździe. Sirimar nie zaszczyciwszy go nawet spojrzeniem, bez słowa opuściła samochód i natychmiast zniknęła w drzwiach budynku. John z trudem wytoczył się na ulicę. Chciał ją dogonić, ale mocny uścisk Sadachai skierował go do innego wyjścia i prosto do windy. Wjechali na ostatnie kondygnacje wysokościowca. Zapytany o adres wspólnika, John zapewne musiałby sięgnąć do notesu, a na pewno nie wiedziałby, jak się tu dostać. Nigdy nie zawracał sobie tym głowy. Tym razem, wysiadłszy z windy, przystanął na chwilę zdezorientowany. Zamiast półokrągłej recepcji i hallu, z którego wchodziło się do gabinetu szefa i biur współpracowników, zobaczył od razu ogromny pokój do pracy urządzony mahoniowymi meblami. Winda zatrzymała się niemal naprzeciw biurka.

– I jak ci się podoba? Przebudowałem to trochę…

John przyzwyczaił się już do zmian dywanów, mebli i ozdób. Za każdym razem zastawał inne wnętrze. Czasem całe biuro spowijał mrok czarnej chińskiej laki i dobranych do niej ciemnych tkanin, innym zaś razem wszystko tonęło w odcieniach bieli i żółci. Sadachai szybko nudził się wystrojem wnętrz, tak jak szybko nudził się kobietami. Tylko wyjątkowe osobowości potrafiły na dłużej przyciągnąć jego uwagę. Nigdy dotąd jednak nie przebudowywał całego biura, nie zmieniał jego struktury.

– Cóż, rozwijamy się – podjął wątek, choć John o nic nie pytał, przytłoczony rozmachem i bogactwem wystroju.

– Dokupiliśmy jeszcze dwa piętra i … wreszcie zrealizowałem sobie moje małe, prywatne marzenie. Chodź, pokażę ci coś.

Zbliżył się do prawego rogu pokoju, w którym stało wielkie, antyczne tremo z biało-różowym, marmurowym blatem. Nacisnął na głowę pulchnego cherubinka zdobiącą ramę lustra. Mebel obrócił się bezszelestnie, ukazując dobrze oświetlony, szeroki korytarz.

– Pójdziemy teraz do mojej unikatowej kolekcji. Jesteś jednym z niewielu szczęściarzy, których tu zaprosiłem. Doceń to.

Nim John zdołał odpowiedzieć, znalazł się już po drugiej stronie i podążał za Tajem. Kolekcja? Może skradzionych obrazów? Innych dzieł sztuki? Skręcili w lewo i na chwilę ogarnęła go ciemność. Usłyszał szum, który skojarzył mu się z szemrzącą rzeką. Za kolejnym zakrętem zatrzymał się oniemiały. Środkiem jeszcze szerszego korytarza, którego końca nie było widać, płynęła woda. Na obu jej brzegach dostrzegł kamienny chodnik. Było jasno. Latarnie, podobne do tych umieszczanych w zachodnioeuropejskich miastach tuż po wojnie, rozświetlały pozbawioną okien przestrzeń. Przeszklone nisze w ścianach po obu stronach rzeki podświetlone były na czerwono, żółto i fioletowo. Dostrzegł w nich ruch, ale zawsze źle widział w ciemności i nie od razu zorientował się, co kryje się za ogromnymi szybami. Manekiny?

– W chwilach nudy odwiedzam moją prywatną uliczkę w Amsterdamie – roześmiał się Sadachai – sprytnie wymyślone, nieprawdaż? Co kilka kroków możesz zmienić stronę, przechodząc na drugą stronę po mostku.

John dopiero w tej chwili zauważył łuki ażurowych kładek przerzuconych nad sztucznym kanałem.

– Wszystko jak w oryginale, mój drogi, zupełnie jak w oryginale.

– Sadachai wszedł już na jedną z nich i gestem dłoni zachęcił swojego gościa do pójścia w jego ślady.

John nigdy nie był w Amsterdamie, nawet nigdy nie odwiedził burdelu we własnym kraju, ale tak to sobie mniej więcej wyobrażał.

– Gdy już załatwimy sprawy służbowe, przyjdziemy tu i coś wybierzemy na wieczór. Mam tu coś koło pięćdziesięciu sztuk. Choć odnoszę wrażenie, że ty już podjąłeś decyzję. Chcesz ją zobaczyć w akcji?

John jedynie skinął głową. Pozwolił się poprowadzić prawą stroną, wzdłuż brzegu kanału. Przystawał co chwila przed szerokimi oknami, podziwiając kobiety wszystkich narodowości. Blade Skandynawki o długich, jasnych włosach, Azjatki z południa i północy kontynentu, dziewczyny o wybitnie kreolskiej urodzie i kilka Afrykanek, wywodzących się zapewne z różnych plemion, tak bardzo różniły się wzrostem, budową ciała i kolorem skóry. Zauważył bladą dziewczynę o szerokich kościach policzkowych, zapewne słowiańskiego pochodzenia.

– Co one tu robią?

– Czekają na mnie. Mają być do dyspozycji, bo przecież sam nie wiem, czego mi się zachce. Jeśli mam być szczery, to… wszystko może się w końcu znudzić. Ale popatrz na perłę mojej kolekcji…

W podświetlonej na błękitny kolor niszy, większej od pozostałych, leżała naga Sirimar. Tak wyglądała najpiękniej, zwłaszcza teraz, gdy wiła się z rozkoszy. Jedną dłonią bawiła się swoimi idealnymi piersiami, ściskając je mocno, tak że palce pozostawiały na skórze jasne ślady. Drugą dłoń zanurzała między udami, poruszały się szybko, niecierpliwie, jakby nie mogła się doczekać spełnienia. John przylgnął do szyby jak mały chłopiec podziwiający wymarzoną zabawkę za witryną sklepu. Odskoczył od niej dopiero, gdy zauważył coś, co wziął w pierwszej chwili za cień rzucany przez światło, w drugiej za kawałek błękitnego materiału, może szala, należącego do dziewczyny. Gruby, niebieski wąż poruszył się najpierw leniwie, a potem rozpoczął powolną wspinaczkę po ciele dziewczyny.

– Nic jej nie będzie – uspokoił go Sadachai. – Popieści ją trochę, zanim nie skończymy naszej pracy. Dziś ty musisz chwilę zaczekać. Idziemy – przybrał nagle nieznoszący sprzeciwu ton. Mamy mnóstwo pracy.

***

– Nie mogę. To rodzinna firma Helen, ja nią tylko zarządzam.

– Możesz, możesz… masz przecież połowę udziałów? Waffen Strauss miałby w Azji niezłe szanse. Dobrze ci zapłacę.

– Mogę ci sprzedać udziały w każdej spółce, tylko nie w tej. Helen nigdy by mi tego nie wybaczyła.

– Myślę, przyjacielu, że więcej jest niewybaczalnych sprawek, które masz na sumieniu w ostatnich latach, by ta jedna miała zaważyć na jakości twojego małżeństwa.

– Zrozum, nie mogę. Nie to. To kwestia… – zawahał się, bo słowo lojalność dziwnie zabrzmiałoby w obliczu tego, czego dopuszczał się za plecami Helen. Dawno, dawno temu, nawet wtedy, gdy różnili się w rozmaitych kwestiach, trzymali jednolity front na zewnątrz. Wobec rodziny, partnerów biznesowych, przyjaciół i wrogów. Przez długie lata uważał, że ożenił się nie tylko z piękną kobietą, którą darzył szczerym uczuciem, ale z kimś, kto go chronił i kogo on otaczał opieką. Nie była jedynie jego żoną, była prawdziwym przyjacielem. Niewiele z tego zostało, właściwie nic. To też wiedział. Zawadzali sobie wzajemnie, nawet w czterystumetrowej rezydencji schodzili sobie z drogi. Helen wyniosła się nawet ze wspólnej sypialni, oficjalnie motywując to trudnościami z zasypianiem i chrapaniem Johna.

Poczuł ulgę. Chyba nie wiedziała o płytach, jakie przywoził z wypraw do Syjamu. Wieczorami jednak, na wszelki wypadek, zamykał drzwi do sypialni na klucz. Włączał nastrojowe oświetlenie i nakładał słuchawki. Ekran wielkiego, zawieszonego na ścianie telewizora rozjarzał się najpierw zimnym, błękitnym blaskiem, by po chwili wpuścić go ponownie do świata, który uwielbiał. Mógł być bohaterem akcji, rozciągniętym na ogół na dużym, miękkim łóżku lub na szerokiej macie i jednocześnie obserwować ją z zewnątrz. Widział też z innej perspektywy te wszystkie nieskazitelne, gibkie, oplatające go ciała, słyszał krzyki spełnienia, widział każdy grymas na ich drobnych, owalnych twarzach, zaciśnięte powieki, tworzące cienkie, skośne linie, jakby muśnięte ledwo piórkiem rysownika. Zwalniał, przybliżał, cofał nagranie. Czasem, gdy potrzebował wyjątkowych wrażeń, pozwalał sobie na kieliszek krwi węża, jak nazywał go Sadachai, lazurowego likieru od którego już uzależnił się bardziej, niż od szkockiej whisky. Nie mógł go znaleźć u żadnego dostawcy najprzedniejszych alkoholi na świecie. Prawdziwej nazwy trunku, który najpierw niemal wypalał dziury w podniebieniu, potem zaś wynosił na szczyty rozkoszy, niestety nie znał. Indagowany w tej sprawie Sadachai, od którego otrzymał tę butelkę w podarunku, uśmiechał się jedynie tajemniczo i nie chciał udzielać żadnych wyjaśnień. Pił, patrzył, przeżywał raz jeszcze, dotyk tych magicznych dłoni, przylgnięcie satynowej skóry do ciała. I onanizował się. Ze zdumieniem oglądał swój członek, brał go w dłoń, nie mogąc nadziwić się jego twardości i rozmiarom. Czasem wręcz nie mógł dojść. Zwiększał więc dawkę. Ostatnio zdarzało mu się miewać dziwne sny, naznaczone przemocą, seksem z kilkoma dziewczętami naraz, które poniżał, bił, lub dla odmiany zanurzał się w nie tak głęboko, że niemal znikał, rozpływał się w nicości. Śnił też o amsterdamskich dziwkach z całego świata, w tym prawdziwym Amsterdamie i w tym, który należał do Sadachai.

– To jak będzie? Sprzedasz?

Zawahał się wyraźnie.

– Nie bądź głupcem. Firmie wyjdzie to na dobre. Chińczycy są bardzo zainteresowani. Sam z nimi nie zrobisz nigdy interesu, a ja – tu Sadachai rozłożył ręce teatralnym gestem – niestety, nie będę ci w stanie pomóc, jeśli nie jestem oficjalnie związany z firmą.

– Nie mogę – powtórzył John.

Taj odchylił się daleko w fotelu, złączył opuszki palców obu rąk tuż przed czołem, niczym nauczyciel zastanawiający się, jak wytłumaczyć trudne zadanie mało zdolnemu uczniowi. John czuł się niekomfortowo. Kręcił się na miejscu, spoglądając ukradkiem na zegarek. Sadachai obiecał mu przecież rozrywkę. Nie uzależniał tego chyba od wyniku jednej, jedynej sprawy? Waffen Strauss był tylko niewielkim elementem w biznesowej układance Johna i Helen Foresterów. Niewielka firma chemiczna, założona w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku przez niezwykle zdolnego wujka Helen, Adama Danglera-Straussa, przynosiła niezłe dochody, a niektóre wynalazki i patenty będące w jej posiadaniu, jak mawiał Adam, wyprzedzały swój czas. Nie zostały jeszcze zrealizowane, ani tym bardziej wdrożone z braku odpowiednich technologii i wysokich kosztów, lecz „i na nie przyjdzie kiedyś czas“, jak mawiał wuj, przykazawszy Helen w testamencie, by nigdy nie pozbywała się przedsiębiorstwa. Część projektów spoczywała w dobrze strzeżonym sejfie banku w Genewie. Przed śmiercią Adam nie tylko dobrze rozważył osobę spadkobiercy, lecz zaplanował również miejsce złożenia oryginalnych projektów. Jego wybór padł na Banque de Science de Geneve, którego podziemia otoczone były z trzech stron wodą. Odpływy Jeziora Genewskiego stanowiły naturalną ochronę przed ewentualnym podkopem. Śmiano się w rodzinie z dziwactw starego wynalazcy, ale on zdawał się wiedzieć, co robi. Drugim warunkiem zawartym w testamencie był zakaz zamiany firmy w spółkę akcyjną. Wybierając zdyscyplinowaną, odpowiedzialną Helen, Adam nie przewidział jednak dwóch rzeczy. Po pierwsze, że ukochana, lecz niedoświadczona bratanica, jeszcze na początku swojej biznesowej kariery wpadnie w kłopoty podatkowe i za namową doradcy, przepisze na Johna połowę udziałów w firmie. A po drugie, że kilka lat później, John pojedzie do Tajlandii, a uwagę Sadachai przyciągnie właśnie to niewielkie, lecz bardzo rentowne przedsiębiorstwo.

W końcu Azjata znów pochylił się w jego stronę.

– Zmieniłem zdanie

– Jak to?

– Sirimar nie umili nam dzisiejszej nocy. Właściwie chciała wziąć kilka dni wolnego. Chyba nie powinienem odmówić tego przywileju mojej najlepszej pracownicy, prawda Johnie? – sięgnął po słuchawkę, nacisnął guzik i wypowiedział kilka niezrozumiałych zdań.

Amerykanin z wściekłością poderwał się z fotela, lecz natychmiast opadł nań z głośnym, zdziwionym jękiem, jakby ktoś podciął mu nogi. Alkohol zaczął działać, wciskając się w jego arterie substancje, które czyniły go niezdolnym do działania. Z trudem otworzył usta.

– Oszu… oszukałeś mnie! Obiecałeś mi przecież.

– Nic podobnego. Dziewczyna ma za sobą ciężki tydzień. Ja zresztą też jestem zmęczony. W moim wieku należy się bardziej szanować.

– Nie… proszę, nie… przyjechałem specjalnie, zmieniłem plany.

– Tak, tak. Wiem, Johnie. Znasz mnie, nikt tak jak ja nie rozumie twojej słabości. Chcesz ją mieć, prawda? Ale widzisz, przyjacielu. Przez tyle lat dokładałem starań, abyś czuł się doskonale, będąc moim gościem. Nie możesz na mnie narzekać, prawda Johnie?

– Nnie… – w ustach czuł dziwny, metaliczny posmak, miał wrażenie, że za chwilę paraliż odbierze mu mowę.

– A na moje pomysły, na moją cierpliwość, na moją dalekowschodnią gościnność, której ci nigdy nie poskąpiłem, na moją dyskrecję i na moje dziewczyny, za które każdy farang dałby się pokroić żywcem? Czy można na to narzekać?

John był zdolny jedynie do tego, by przecząco pokręcić głową.

– No, widzisz – Sadachai uśmiechnął się smutno – a ja też chciałbym kiedyś dostać coś od ciebie. Proszę o tak niewiele.

John milczał. Sadachai odchylił się jeszcze bardziej w fotelu. Przysunął sobie obity zielonym suknem taboret i ułożył na nim nogi, kierując podeszwy butów w stronę gościa. Stojący przy nim pracownik, aż zadygotał na ten widok. John czuł instynktownie, że dzieje się coś nieodwracalnego, że Sadachai przestał nawet udawać, że żywi do niego jakiekolwiek przyjazne uczucia.

– Przykro mi, gdy po latach wiernej przyjaźni spotykam się z niewdzięcznością, gdy proszę przyjaciela o drobną przysługę, lecz cóż… pewnie powinienem mieć zrozumienie dla kultury i zwyczajów tyleż młodszych od tradycji, z której sam się wywodzę. – jego głos przybrał twardy ton.

Kierowca odwiezie cię do hotelu. Dobrej nocy. Przekaż wyrazy uszanowania małżonce.

John podniósł się posłusznie, jak zahipnotyzowany głosem Taja. Ociężałym krokiem skierował się do wyjścia. Przystanął. W drzwiach stała Sirimar. Na ramieniu trzymała torebkę, obojętna mina i lekkie zniecierpliwienie świadczyły o tym, że zamierza już iść.

– Szefie, wychodzę.

John odwrócił się gwałtownie i wychrypiał jak w gorączce.

– Zatrzymaj ją. Zgadzam się – nie zauważył, że Sadachai trzymał już w dłoni eleganckie pióro, a biel drobno zapisanych kartek umowy kupna-sprzedaży odcinała się wyraźną plamą od gładkiego blatu mahoniowego biurka.

Przejdź do kolejnej części – Targ amuletów

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Miss, masz świetne pióro! Zbudowałaś, dzięki bogatym opisom i dopieszczonym (nomen omen) postaciom, niesamowicie gęstą atmosferę. Bardzo podoba mi się ta seria i z niecierpliwością czekam na kolejną część.

A, żeby nie było tak słodko, składam oficjalną petycję o kontynuację serii 20+. Zostawiłaś tam bohaterów w takim momencie, że naprawdę zasługują na więcej 🙂

Pozdrawiam
Rita

Jakbym mógł, to podkradłbym te cechy Waszych talentów, które mi najbardziej imponują. Ricie i Gregowi podwędziłbym szczyptę plastycznego pisania, Megasowi kapkę wiedzy tematycznej i płynności jego "pisaniny", Coyotowi – swobodę języka. Mefistifelesowi – bezpośredniość i bezpardonowość, porównywalne jedynie z tekstami banshee. A Miss zazdroszczę tej precyzji. An za dużo, ani za mało, a klimat jaki jest – każdy widzi.

Bardzo mi się podobało.

seaman

W ten oto sposób opowiadanie "Sekrety Syjamu" zyskują swą godną kontynuację (gdyby któryś z Czytelników nie czytał, tekst publikowaliśmy pod koniec sierpnia).

Miss.Swiss udało się zachować zmysłową, duszną atmosferę pierwszej części, a także utrzymać pewien element niezwykłości, symbolizowany przez tego węża owijającego się wokół Sirimar. Bardzo jestem ciekaw, jak to się dalej rozwinie, bardzo jestem ciekaw.

Elementem, który mnie trochę zaskoczył była "aleja Amsterdamu" urządzona sobie przez Sadachai. Ten człowiek musi być naprawdę zamożny, by pozwolić sobie na tego typu kaprysy… wprawdzie ostatni król Persji, Dariusz III posiadał harem, w którym było 365 nałożnic (po jednej na każdą noc roku, choć podejrzewam, że Dariusz nie trzymał się zbyt kurczowo "harmonogramu" 🙂

Język jest jak zawsze u Autorki piękny, na poły poetycki. Opisy precyzyjne i pobudzające wyobraźnię. Charaktery postaci zapadające w pamięć.

I tylko tego, że nie ujrzeliśmy Sirimar "w akcji" żal. No, ale rozumiem, że to smakołyk pozostawiony przez Miss.Swiss na później, by jeszcze bardziej podsycić nasz apetyt!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Jak zwykle fantastyczny klimat opowiadania i niezła kontynuacja. Jednak podczas czytania czekałem na wieńczącą scenę Johna z Sirimar, brak tej sceny lekko mnie zaskoczyło tak jakby zabrakło wisienki na torcie. Ale za pewne zabieg celowy więc z czekam na kolejną część.

Napisz komentarz