Opowieść helleńska: Tais III (Megas Alexandros)  4.2/5 (71)

28 min. czytania

Malowidło na ceramice przedstawiające porne i jej klienta

Gylippos miał rację. W Koryncie wybuchły zamieszki.

Meszalim stał oparty o reling, patrząc na oddalające się z każdą chwilą miasto. Ciemne słupy dymu unoszące się nad dzielnicą portową odcinały się wyraźnie od granatowego nieba i zaróżowionych o zachodzie słońca chmur.

Wyglądało na to, że mieszkańcy polis wreszcie zdobyli się na opór wobec macedońskiego okupanta. Przez lata sarkali na rządy Kassandra, potem zaś kulili się pod knutem Pejtona. Teraz, gdy wieść o śmierci namiestnika rozniosła się po mieście, zapłonęły w nim ogniska buntu. Syryjczyk wyobrażał sobie, jak na ulicy ścierają się ludzkie masy. Jak nieuzbrojeni, lecz znacznie liczniejsi obywatele miasta rzucają się na miecze Macedończyków, odbierają im oręż, a potem zwracają go przeciw ciemiężycielom. Jak szturmują miejskie bramy, obsadzone przez wroga i zdobywają akrokoryncką twierdzę…

Z rosnącej oddali nie mógł dostrzec, że w zamieszkach wzięło udział ledwie kilkuset Koryntyjczyków. Byli młodzi i gniewni, zbyt długo czekali, by w końcu nie rzucić się w wir walki.
Macedończycy szybko się z nimi uporali. Gdy minął pierwszy szok, wywołany śmiercią namiestnika, jego zastępca bez większego trudu zaprowadził w mieście porządek. Poległo kilkudziesięciu młodzieńców, innych zakuto w kajdany. Skończyli później w kopalniach srebra, daleko na północy, w trackich górach. Większa część miejskiej społeczności pozostała bierna. Bogaczom nie zależało na tym, by ryzykować swój majątek. Biednym nie zależało na niczym, oprócz kromki chleba. A tych średniozamożnych, na których opierała się wielkość oraz niezależność każdej polis, w Koryncie prawie nie było.

Tak więc po kilku godzinach sytuacja uspokoiła się na tyle, by Macedończycy mogli zacząć przeczesywać miasto w poszukiwaniu zabójców Pejtona. Nie znaleźli jednak nikogo. Sprawcy tej okrutnej zbrodni jakby rozpłynęli się w powietrzu… Dopiero nazajutrz szpicle i informatorzy zaczęli węszyć w porcie. Ale wtedy było już za późno.

O tym jednak Meszalim nie wiedział. Korynt znikał już za przylądkiem. Przez jakiś czas młodzieniec mógł jeszcze dostrzec dym unoszący się nad miastem. A potem, w miarę jak niebo ciemniało, i on przestał być widoczny.

Eunuch zadrżał i mocniej owinął się płaszczem. Chlamida nie była typowym strojem niewolnika – wyglądała pospolicie, lecz uszyto ją z dobrej wełny. Chroniła przed porywistym wiatrem oraz zimnem, a ponadto można było pod nią ukryć oręż. Syryjczyk zaś był uzbrojony – opuszczając dom Tais zabrał ze sobą miecz Pejtona. Uznał, że może mu się przydać. Teraz czuł na biodrze jego ciężar. Na ile mógł ocenić, broń była dobrze wyważona.

Meszalim obejrzał się za siebie. Spod pokładu wychodził właśnie Gylippos. Ubrany był tylko w znoszoną tunikę – gdy odbili od brzegu, natychmiast zrzucił z siebie pancerz. Na morzu niezbyt roztropnie było przywdziewać coś tak ciężkiego. O dziwo, wychodząc na powietrze, nie wziął ze sobą płaszcza. Choć stary i w wielu miejscach poprzecierany, byłby jak znalazł na wieczorne chłody.

Przenikliwe zimno zdawało się jednak wcale nie dotyczyć Spartiaty. Zarówno pasażerowie, jak i przywykli do złej pogody marynarze robili wszystko, by się rozgrzać – pocierali mocno złączone dłonie lub też w nie chuchali, z całej siły tupali albo zbijali się w większe grupki. Gylippos nic sobie z tego nie robił. Zauważył Syryjczyka i zbliżył się do niego chwiejnym krokiem człowieka nawykłego do spacerów po kołyszących się pokładach.

– Pierwszy raz na statku? – spytał, łapiąc ręką za brzeg relingu.

Meszalim spędził kiedyś dwa tygodnie na morzu, razem z setką podobnych mu niewolników. Transportowano ich z fenickiego portu Sydon do Hellady, gdzie mieli zostać sprzedani. Faktem było, że przez całą podróż ani na chwilę nie zostali wypuszczeni z przepełnionych ładowni. Zaduch był nie do wytrzymania, smród stłoczonych, niemytych ciał, fekaliów oraz wymiocin (choroba morska nie omijała nikogo) – odrażający. Dno kadłuba przeciekało, więc całymi dniami stali po kostki w zimnej wodzie, a gdy któryś z nich nie był już w stanie utrzymać się na nogach, siadał w niej, ochlapując sąsiadów i ściągając na siebie ich ciosy i przekleństwa. Wskutek tych warunków dziewięciu niewolników zmarło. Strażnicy wydobyli ich zwłoki z ładowni i cisnęli do morza. Zadali sobie ten trud jedynie po to, by uniknąć wybuchu zarazy. To był koszmar, który czasem wracał do Syryjczyka w snach. Budził się wtedy zlany zimnym potem. Za nic w świecie nie chciał przywoływać tamtych wspomnień na jawie.

– Nie – burknął, patrząc spode łba na Spartiatę. – A czemu pytasz?

– Bo nie masz nawyków żeglarza. Choćby teraz. Stoisz wprawdzie na nogach, zręcznie balansując ciężarem ciała, ale niczego się nie trzymasz. Gdyby pchnięty nagłą falą statek przechylił się, już byłbyś za burtą. Zawsze pamiętaj, by się czegoś chwycić. Relingu, masztu, takielunku, obojętnie czego. Przynajmniej jedna ręka musi mieć oparcie.

– Dziękuję – odparł już nieco grzeczniej Meszalim i poszedł za radą Gylipposa. Od razu poczuł się pewniej – jakby wrósł w statek. W tym momencie wiatr zawiał mocniej, wydymając połę jego płaszcza. Chociaż czym prędzej przycisnął ją swobodną ręką do ciała, był pewien, że uwadze Spartiaty nie uszedł odsłonięty w ten sposób miecz.

– Solidny oręż – potwierdził jego przeczucie tamten. – Czy nauczono cię, jak się nim posługiwać?

– Gdyby tak było, nie stałbym się niewolnikiem.

To była dumna i buńczuczna odpowiedź, nietypowa dla pozbawionego męskości sługi, którym był od ponad trzech lat. Meszalim sam zdziwił się własną śmiałością. Czuł, że dodaje mu jej klinga przy boku. Obawiał się jednak, że nie zrobi to wrażenia na kimś tak biegłym w fechtunku jak Gylippos.

O dziwo, Spartiata nie wykpił go ani nie wyśmiał. Rzekł tylko:

– Uważaj, chłopcze. Miecz to niebezpieczna broń. Zwłaszcza dla tego, kto nim włada.

– Co masz na myśli?

– Będzie cię bronił jedynie wtedy, gdy się go nauczysz. Inaczej tylko ściągnie na ciebie uwagę innych ludzi z mieczami. Bardziej biegłych niż ty. Zastanów się nad tym.

A potem mężczyzna obrócił się na pięcie i odszedł w stronę rufy. Po chwili rozmawiał już ze stojącym tam kapitanem.

Syryjczyk odchylił połę płaszcza i przyjrzał się rękojeści. Była prosta i funkcjonalna, z pozbawionymi ozdób jelcem i głowicą, której nie nadano żadnego fantazyjnego kształtu. Widać było za to, że broń była często w użyciu. Skóra, którą owinięto trzon uchwytu, była upstrzona plamkami potu.

Jak mam się sam nauczyć miecza, pomyślał Meszalim. Obawiał się, że w całej Helladzie nie znajdzie instruktora, który chciałby go wprowadzić w arkana fechtunku. Poczuł nagle gniew na to, kim był i co mu uczyniono. Przez jedną chwilę pragnął cisnąć oręż w morską toń. Powstrzymał się jednak przed tym. Nawet jeśli nie potrafił wyprowadzić cięcia ani sztychu, miecz wciąż mógł mu się przydać. Choćby po to, by wymienić go na zapasy na dalszą drogę.

* * *

W najlepszej kajucie na statku, którą wynegocjował dla nich Gylippos, Chloe troskliwie zajęła się swoją panią. Przedtem, w korynckim domu, obmyła ją pospiesznie – na nic więcej nie starczyło wszakże czasu. Macedończycy mogli się zjawić w każdej chwili. Spartiata czekał na nie w stajni, ale Chloe czuła, jak bardzo jest zniecierpliwiony. Gdy w końcu zeszły na parter, okazało się, że niemal wszystkie osły, które dzień wcześniej kupił Meszalim, zostały obładowane dobytkiem Tais. Gylippos wsadził Beotkę na grzbiet ostatniego i kazał Syryjczykowi baczyć, by z niego nie spadła. Potem opuścili willę. Młoda niewolnica spojrzała na nią ostatni raz. Nie miała wątpliwości, że będzie tęsknić za tym miejscem. Nawet pomimo tragedii, która się tu rozegrała.

W porcie bez trudu odnaleźli statek, o którym mówił Spartiata. Akurat kończył się załadunek. Oprócz przeróżnych towarów „Nereida” miała przewieźć na swym pokładzie trzydziestu greckich najemników. Wyruszali oni do Tarentu, by bronić miasta przed hordami italskich barbarzyńców: Samnitami, Lukanami, Brutami. Gylippos miał im towarzyszyć, lecz zmienił swoje zamierzenia. Służba Tais okazała się lepiej płatna. A jeszcze niedawno – do chwili, gdy musiał zgładzić czterech Odrysów z eskorty Pejtona – wydawała się też znacznie bezpieczniejsza.

Kapitan „Nereidy”, łysy jak kolano i ciemny od słońca żeglarz z wyspy Lesbos, powitał Gylipposa mocnym uściśnięciem dłoni. Potem jednak zobaczył, z jakim trudem kobieta, która przybyła z najemnikiem, wchodzi po trapie. Tais była w stanie iść jedynie wspierając się na Meszalimie i Chloe. Uśmiech na twarzy starego wilka morskiego zgasł.

– Musiałeś ją tak skatować, Spartiato? – zapytał z lekką przyganą w głosie. – Słyszałem, że Lacedemończycy bardziej szanują niewiasty…

Gylippos nie odpowiedział. Zaśmiał się tylko oschle i w ślad za Beotką wszedł na pokład. Najwyraźniej wolał, by kapitan uważał go za człowieka skłonnego do maltretowania kobiet, niż żeby zaczął zadawać niewygodne pytania.

Androkles z Mytileny – bo takie miano nosił kapitan – zgodził się za rozsądną opłatą zabrać ich do Naupaktos, najważniejszego portu w Lokrydzie Ozolskiej, położonego po przeciwległej stronie Zatoki Korynckiej. Przyjął też do swej ładowni wszystkie bagaże zdjęte z oślich grzbietów. Nie pozwolił tylko na załadunek samych osłów. I tak na statku panował ścisk. Ponad trzydziestu dodatkowych pasażerów zapełniło każdy fragment wolnej przestrzeni. Zauważając, w jakim stanie jest Tais (a także widząc srebrne monety w dłoni Gylipposa), Androkles postanowił odstąpić jej własną kajutę. Pokład pełen żołdactwa czy ładownia, służąca wszystkim za sypialnię, to nie były dobre miejsca dla niewiasty. Zwłaszcza takiej, która już ucierpiała wskutek przemocy.

Gdy statek odbił od brzegu, Chloe zamknęła drzwi kajuty na skobel. Niewielkie okienko wpuszczało nikłą ilość światła. Na szczęście w uchwycie na ścianie umocowana była lampa oliwna. Tylko jedna, by zminimalizować groźbę pożaru. Ale wystarczyła. Gdy już udało jej się ją rozpalić, Chloe spojrzała na swą kochankę.

– Rozbierz się, Tais – poprosiła miękkim tonem.

Przez długą chwilę myślała, że Beotka nie posłucha. Zareagowała z dużym opóźnieniem, jakby słowa dotarły do jej świadomości dopiero po pewnym czasie. Odpięła wierzchni płaszcz, a potem zaczęła machinalnie rozwiązywać swój chiton. Gdy była już całkiem naga, Chloe kazała jej usiąść na posłaniu. Było wąskie i dość ascetyczne, ale bez wątpienia wygodniejsze niż deski podłogi.

Teraz, gdy bezpośrednie niebezpieczeństwo minęło, mogła się przyjrzeć ciału swej pani. Wcześniej, gdy starała się zmyć z niego ślady gwałtu, nie było czasu na dokładne oględziny. Oprócz pokaźnego sińca na policzku – w miejscu, gdzie uderzył ją Pejton – Tais miała pełno otarć i zadrapań na udach, pachwinach, nadgarstkach. Chloe podejrzewała jednak, że najpoważniejsze obrażenia to te, których nie widać. Rany pozostawione w głębi ciała i w głębi duszy.

– Śpij, słodka Tais – szepnęła, przykrywając swą kochankę kocem. – Potrzebny ci odpoczynek. Zaśnij spokojnie. Będę czuwać przy tobie.

Beotka popatrzyła na nią. Od chwili, gdy niewolnica znalazła ją klęczącą nad zwłokami Pejtona, nie powiedziała ani słowa. I teraz jej usta pozostały zaciśnięte i nieme. Ale w martwych dotychczas oczach nagle pojawiło się coś, jakby drgnienie, wątła iskierka życia, cień nadziei. Potem powieki Tais opadły i kobieta pogrążyła się we śnie. Niespokojnym wprawdzie i pełnym majaków. Ale mimo wszystko – śnie.

* * *

Nazajutrz o poranku Chloe zostawiła wciąż śpiącą Tais pod opieką Meszalima, sama zaś wyszła na pokład, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Kajuta, choć w miarę wygodna, nie była przystosowana do tego, by stale trzymać ją zamkniętą. Przez małe okno wsączało się do środka niewiele powietrza, cały czas panował więc zaduch. Niestety to, co powstrzymywało świeży powiew, nie stanowiło przeszkody dla wilgoci. Po nocy spędzonej w owej ciasnej klitce, dziewczyna miała wrażenie, że jej peplos cuchnie stęchlizną.

Przechadzając się wzdłuż burty statku, czuła na sobie lepkie spojrzenia mężczyzn. Gapili się na nią bezczelnie, nie próbując nawet się z tym kryć. Choć od wczorajszego ranka nie miała okazji wziąć kąpieli, a po ostatniej nocy była rozbita i przemęczona, najemnicy i marynarze wprost pożerali ją wzrokiem. Żeglarze jej nie zaczepiali – dyscyplinowała ich obecność kapitana, który z rufy miał widok na cały pokład. Słyszała tylko, jak wymieniają półgłosem uwagi na jej temat.

Dobrze znała te nachalne spojrzenia. W ten sam sposób patrzył na nią jej ojczym, Konon. Do dziś przepełniał ją wstręt, gdy go wspominała.

Jeśli żeglarze zostawiali ją w spokoju, to nie dało się tego samego rzec o najemnikach. Pierwszy, który ujrzał ją wychodzącą na pokład, uśmiechnął się tylko jak kretyn i złapał ręką za przód tuniki, pocierając przez materiał szybko rosnące przyrodzenie. Starała się trzymać z dala od każdego z mężczyzn, ale nie zawsze było to możliwe. Gdy nagle, pod wpływem gwałtownego uderzenia fali pokład zakołysał się mocniej, Chloe zatoczyła się w stronę rosłego blondyna o szerokich barach. Udało jej się na niego nie wpaść, ale on, korzystając z okazji, wymierzył jej siarczystego klapsa w pupę. W pierwszej chwili była tak rozgniewana, że chciała mu wydrapać oczy. W końcu jednak przełknęła upokorzenie i odeszła pospiesznie w stronę dziobu statku. Tam jednak drogę zastąpił jej następny żołdak. Ten miał krótko obcięte, przedwcześnie posiwiałe włosy i bliznę biegnącą w poprzek twarzy, od prawej skroni do lewego policzka.

– Potrzebujesz towarzystwa, mała? – spytał nachylając się ku niej. – Pójdź ze mną pod pokład, a przekonasz się, ile są warci mężowie z Mantinei.

– Słyszałam, że Mantinejczycy mają maluteńkie kutasy! – wypaliła, mocno już rozgniewana. – Tak mówią o was wszyscy, od Koryntu po Elidę.

– Ach, więc podlotek zna się na kutasach? – głos mężczyzny zadrżał z tłumionego z trudem gniewu. Oszpecony wyciągnął ku niej rękę i chwycił Chloe za ramię. – Ciekaw jestem, jak spodoba ci się mój, gdy już ci go wsadzę w dupę…

– Uważaj, bym ja nie wsadził ci czegoś w dupę. Mogłaby nie wytrzymać moich rozmiarów.

Mantinejczyk aż podskoczył, ze zdumienia i nagłego lęku. Natychmiast też puścił ramię Chloe i obrócił się na pięcie. Jakimś cudem Spartiata wyrósł tuż za jego plecami, tak że swoje słowa wypowiedział mu prosto do ucha. Teraz stali twarzą w twarz i mierzyli się wzrokiem.

– A tobie co do tego? – warknął oszpecony.

– Nie lubię, gdy ktoś dotyka mojej własności – odparł Gylippos.

– Ona jest twoja? Nie wiedziałem…

– Teraz już wiesz.

Mężczyzna z Mantinei odstąpił. Posłał jeszcze Chloe wściekłe spojrzenie, ale to było ostatnie, co mógł zrobić, by zachować resztki godności. Po chwili szedł już w stronę grupki towarzyszy, którzy zebrali się przy rufie.

– Dlaczego skłamałeś? – spytała, wciąż bardzo poirytowana.

– Mówiąc, że jesteś moją własnością? – Spartiata zbliżył się do niej i otoczył jej talię ramieniem.

– Co ty wyrabiasz? – bezskutecznie próbowała wydostać się z jego uścisku.

– Uwiarygodniam swoje słowa – odparł pochylając ku niej głowę. Po czym dodał ciszej: – Kobieta na statku pełnym jurnych mężów musi należeć do któregoś z nich. Inaczej uznaje się, że jest dziwką i należy do wszystkich.

Chloe spojrzała w jego niezwykłe, bardzo jasne oczy. Nie wytrzymała długo i spuściła wzrok.

– Więc muszę być twoja, tak?

– Jeśli chcesz swobodnie spacerować po pokładzie.

Stał tak blisko niej, jedną ręką obejmując jej wiotkie ciało, drugą zaś wspierając się o reling. Był znacznie wyższy, lecz teraz pochylał się nad nią. Chloe czuła jego woń – pot, żelazo, morska sól. Nie wiedzieć czemu, wydało jej się to bardzo podniecającą mieszanką. Wiedziona nagłym i niezrozumiałym dla niej samej impulsem stanęła nagle na palcach, ramionami oplotła mu szyję, ustami zaś przywarła do jego lekko rozchylonych warg.

W każdej chwili mógł ją powstrzymać. Na ulicy przed willą Tais, gdy zabił pierwszego Odrysa, Chloe widziała, jaki potrafi być szybki. Nie uczynił jednak nic, by jej przeszkodzić. Odwzajemnił pocałunek, choć czuła, że nie włożył w to zbyt wiele namiętności.

Gdy ich usta oderwały się w końcu od siebie, dziewczyna cofnęła się o krok. Zwolnił uścisk, pozwalając jej na to. Jego twarz i oczy pozostały nieodgadnione. Nie miała pojęcia, czy to, co właśnie się stało, sprawiło mu przyjemność.

– Biegnij do swej pani – rzekł suchym tonem Spartiata. – Powinna się niedługo zbudzić.

Gdy wracała pod pokład, zauważyła pewną zmianę w zachowaniu najemników. Ci, którzy widzieli jej pocałunek z Gylipposem, już nie próbowali składać jej propozycji, nie wyciągali też rąk ku jej ciału. Udawali, że nie istnieje, a gdy się zbliżała, odwracali głowy ku Zatoce. Czy robili tak z szacunku wobec Spartiaty, czy też ze strachu przed nim – nie miało dla niej większego znaczenia.

* * *

Beotka nie zapamiętała wiele z rejsu na „Nereidzie”. Przez większość czasu pozostawała w łóżku, śpiąc lub też starając się zasnąć. Gdy się budziła, była słaba, rozkojarzona i obezwładniająco smutna. Nawet towarzystwo Chloe, która niemal stale przy niej czuwała, nie sprawiało Tais przyjemności. Z trudem zmuszała się, by nie ignorować Meszalima, kiedy zaglądał do kajuty, by sprawdzić, jak się czuje. Gylipposa nie oglądała wcale – spędzał podróż na pokładzie, sypiał zaś wraz z innymi mężczyznami w ładowni.

Nazajutrz po opuszczeniu Koryntu Chloe próbowała nakłonić ją do jedzenia. Tais uszczknęła trochę z ich zapasów: krojonego na paski, solonego mięsa, koziego sera, oliwek. Zdziwił ją nieco fakt, że nie czuje smaku żadnej z tych potraw. Zresztą, gdy tylko morskie fale zaczęły mocniej bujać statkiem, żołądek Beotki nie wytrzymał. Zwróciła wszystko, co zjadła, a potem wyczerpana legła na posłaniu. Niewolnica posprzątała kajutę i do wieczora nie poruszała tematu strawy. Dopiero o zmierzchu podjęła kolejną próbę. Jej pani obróciła się twarzą do ściany i zamknęła oczy.

Następnej nocy powrócił do niej Pejton.

Znów leżała na plecach, przyciśnięta do swego łoża w korynckiej willi, on zaś gwałcił ją z wyraźną przyjemnością, dysząc jej w twarz przetrawionym alkoholem i miotając obelgi. Szarpała się ze wszystkich sił, chcąc uwolnić ręce i zedrzeć mu paznokciami z twarzy tę zadowoloną minę. On jednak trzymał jej złączone nadgarstki w mocarnym uścisku. Wystarczyła mu do tego jedna ręka, drugą zaś boleśnie ściskał i miętosił jej pierś.

– Jest ci dobrze, beocka kurwo? – pytał co chwilę, zadając kolejne pchnięcie biodrami. – Lubisz, gdy rżnie cię Macedończyk? Jest ci lepiej niż z poprzednim? Odpowiadaj, bo cię uduszę…

Potem obejmował dłonią jej szyję i zaciskał na niej palce. Beotka miotała się, czując, że traci oddech, że musi walczyć o każdy haust powietrza. Gdy już miała stracić przytomność, Pejton rozluźniał uchwyt.

– Nie mdlej mi tutaj, Tais. Chcę, byś wszystko dokładnie poczuła…

I Tais czuła. Ból rozwartych siłą ud. Ból brutalnie obmacywanego biustu. Ból unieruchomionych rąk…

I najstraszniejszy ze wszystkich – ból głęboko między udami, który zalewał jej świadomość falami czerwieni.

Zbudziła się w chwili, gdy namiestnik dochodził w niej ze zwierzęcym rykiem. Szarpnęła się gwałtownie i to pozwoliło jej wrócić do rzeczywistości. Był środek nocy, na statku panowała cisza. Jej ciało było mokre od potu. Chloe leżała obok, wtulona w nią na wąskim posłaniu. Otworzyła oczy, zaalarmowana nagłym ruchem swej pani.

– Czy coś się stało, Tais? – spytała szeptem.

– Nie… – Beotka dopiero po dłuższej chwili zmusiła się do odpowiedzi. – To tylko zły sen.

– Znowu on?

Skinęła głową. Teraz to młódka podniosła się gwałtownie. Koc zsunął się z jej ciała, lecz nie zwróciła na to uwagi.

– Powinien umrzeć tysiąc razy za to, co ci uczynił. Jedna śmierć to zbyt łagodna kara…

– Proszę, nie mówmy o tym.

– Dobrze, Tais – Chloe ułożyła się przy niej ponownie. Objęła swą kochankę i panią ramionami. Przysunęła się tak blisko, że oparły się o siebie czołami.

– Jeśli zaśniesz w ten sposób, być może koszmar już nie wróci.

Tais zamknęła oczy, nie wierząc jednak w słowa niewolnicy. Czuła, że Pejton jeszcze nie raz nawiedzi jej sny.

Czemuż miałby tego nie robić? Przecież to ona go zamordowała. Rozbiła mu głowę mosiężnym posążkiem Afrodyty. Uderzała kilkanaście razy, aż jego potylica wgniotła się do środka. Nie mogła zapomnieć tego widoku. Nigdy przedtem nie odebrała życia. On był jej pierwszym. Więź, która ich przez to połączyła, była mocniejsza niż wszystko inne. Niż to, co było między nią i Kassandrem. Nawet niż to, co czuła do Chloe.

* * *

Po dwóch pełnych dniach rejsu, wczesnym wieczorem „Nereida” przybiła do portu Naupaktos. Miasto nie było zbyt wielkie, rozciągało się na długość jakichś dziesięciu stadiów wzdłuż wybrzeża. Jednak strategiczna lokalizacja – w najwęższym miejscu Zatoki Korynckiej – czyniła je upragnioną zdobyczą. Założone przez Lokryjczyków, niespełna wiek temu wpadło w ręce Ateńczyków. Ci, pragnąc osłabić Korynt, założyli tu swą bazę morską. W celu jej obrony zasiedlili polis zbuntowanymi niewolnikami Spartan – Helotami z Messenii. Po wojnie peloponeskiej i klęsce Aten, Messeńczyków wygnali powracający Lokryjczycy. Tych z kolei zmiażdżyli Achajowie. W ten sposób objęli kontrolę nad obydwoma brzegami Zatoki. Cieszyli się swym triumfem przez ponad sześćdziesiąt lat. Aż w końcu Filip Macedoński zdobył Naupaktos i podarował je swym sojusznikom, Etolom. Choć Etolowie zbuntowali się przeciw królowi Aleksandrowi, zrezygnowali z oporu na tyle szybko, że monarcha zatwierdził ich panowanie nad miastem, które trwało do dziś.

Meszalim i Chloe poznali skomplikowaną historię Naupaktos dzięki Gylipposowi. Stali we troje na dziobie „Nereidy”, obserwując zbliżający się port. Spartiata mówił, oni zaś słuchali. Potrafił opowiadać i dużo wiedział.

– Jacy są Etolowie? – spytała Chloe.

– To dzikusy podobne Trakom – odparł Gylippos. – Większość mówi niezrozumiałym narzeczem, niewiele lepszym od barbarzyńskich języków. Nie potrafią walczyć w falandze. Wolą obrzucać przeciwnika oszczepami, a gdy się zbliży, uciekają ile sił w nogach.

– A Lokryjczycy?

– Są niewiele lepsi. To słabeusze, o czym najlepiej świadczy los Naupaktos, ich jedynego portu, który dwukrotnie tracili. Ci z miast i dolin trudnią się rzemiosłem oraz uprawą ziemi. Znacznie bardziej niebezpieczni są ich górscy kuzyni. Żyją z pasterstwa i rozbójnictwa. Jeśli Tais nadal chce iść do Beocji, bez wątpienia ich spotkamy.

– I co wtedy uczynisz?

– Zabiję tych, którzy staną nam na drodze.

Miasto rosło w oczach. Mogli już rozróżnić poszczególnych ludzi pracujących na nabrzeżu. „Nereida” zrzuciła żagiel i przeszła na napęd wiosłowy. Coraz więcej najemników wychodziło na pokład. Statek miał opuścić Naupaktos dopiero następnego ranka. Żołdakom spieszno już było do wina, hazardu i portowych dziwek.

– Powinniście zejść po Tais – oznajmił Spartiata. – Wkrótce cumujemy. Rozmawiałem z kapitanem. Żeglarze pomogą znieść na ląd bagaże waszej pani.

Godzinę później siedzieli już wokół stołu w zajeździe „U Tryfona”, czekając, aż gospodarz poda wieczerzę.

– Jutro kupimy zwierzęta pociągowe i pod wierzch – mówił Gylippos. – Nająłbym też przewodnika, który poprowadzi nas przez góry. A także trzech lub czterech zbrojnych.

– Myślałam, że ty zadbasz o nasze bezpieczeństwo – odparła Tais. Po zejściu na ląd nieco się ożywiła, ale wciąż spoglądała przed siebie pustymi, wypranymi z emocji oczyma.

– Gdyby chodziło o drogę, którą pierwotnie planowałaś, przez Megarydę i Beocję, wystarczyłbym ci w zupełności. Niestety, nasze plany uległy zmianie. Bezdroża Lokrydy bywają groźniejsze.

– Trzech lub czterech, powiadasz?

– Powinno wystarczyć. Jeśli zgodzisz się opłacić dwóch, ja zrobię to samo. Z obiecanej przez ciebie miny w srebrze.

– Skąd ta nagła hojność, Gylipposie?

– By móc nacieszyć się zapłatą, muszę najpierw przeżyć tę podróż. Jestem gotów poświęcić odrobinę srebra, by wydatnie zwiększyć swe szanse.

* * *

Oprócz ciekawej historii, Naupaktos nie kryło w sobie nic godnego uwagi. Opuścili miasto nazajutrz po przybyciu, gdy tylko byli gotowi do drogi. Najemnicy, których wybrał Gylippos, byli Achajami. Mieli pancerze z wygotowanej skóry, hoplony, krótkie miecze i attyckie hełmy. Maszerując, flankowali z obu stron muły dźwigające na swych grzbietach dobytek Tais, a także wiozące Beotkę i Chloe. Spartiata szedł przodem, razem z przewodnikiem – niskim, włochatym Etolem odzianym w cuchnącą, niewyprawioną skórę.

– Na razie droga jest łatwa – Etol faktycznie mówił z dziwnym, trudnym do zrozumienia akcentem. – Aż do Amfissy wiedzie dobry i uczęszczany trakt. Dopiero potem zaczną się góry!

Chloe rozejrzała się dookoła. „Dobry i uczęszczany trakt” był w istocie lichą, ziemną drogą, meandrującą, o ile było to możliwe, pomiędzy wzgórzami. Czasem, gdy wspinała się na wzniesienia, przypominała wręcz ścieżkę kozic. Musieli wtedy podążać gęsiego, bo nie starczało miejsca dla dwóch idących obok siebie mężczyzn. Jeśli później warunki miały stać się jeszcze trudniejsze, wolała o tym nie myśleć.

Co jakiś czas spoglądała na plecy Spartiaty. Maszerował raźno i bez wysiłku, choć miał na sobie brązowy pancerz i hełm, a u pasa dwie zakrzywione machairy. Jak zwykle był boso. Uznała, że musiał to być jakiś stary obyczaj, wyniesiony jeszcze z Lacedemonu. Gylippos mógł być wygnańcem oraz renegatem, mógł w służbie Antypatra zabijać swoich pobratymców, ale w gruncie rzeczy pozostał człowiekiem ze Sparty – twardym jak marmur i szorstkim jak powróz. Od tamtej chwili na pokładzie „Nereidy”, gdy ich usta złączyły się w pocałunku, nie miała okazji pomówić z Gylipposem na osobności. Zawsze w pobliżu kręcił się Meszalim, który – podobnie jak ona, choć pewnie z zupełnie innych przyczyn – był zafascynowany Spartiatą. Chloe nie mogła zresztą czyhać na moment, gdy Gylippos będzie sam. Musiała troszczyć się o Tais, która wciąż nie odzyskała wewnętrznej równowagi.

Od chwili gwałtu Beotce nie w głowie były pieszczoty ze swą niewolnicą. Chloe doskonale to rozumiała. Tais potrzebny był czas, by okrutne wspomnienia uległy zatarciu. Dziewczyna potrafiła czekać – przynajmniej tak jej się zdawało. Nie mogła jednak nic poradzić na to, że gdy pani zasypiała u jej boku, jej myśli wybiegały ku najemnikowi. Podczas podróży często łapała się na tym, że bezwstydnie się na niego gapi. Meszalim też musiał to dostrzec, bo ostatnio traktował ją z wyraźną rezerwą. Dziewczyna nie wiedziała, o co chodzi młodemu eunuchowi. Przecież nie był tak głupi, by uważać się za rywala Spartiaty? Jakież szanse mógł mieć okaleczony, często rumieniący się ze wstydu niewolnik z prawdziwym mężem takim jak Gylippos?

Niekiedy Chloe miała wyrzuty sumienia. Tłumaczyła sobie, że nie może ciągle o nim myśleć. Należała przecież do Tais, nie tylko jako niewolnica, ale też jako kochanka. To jej dotyku pragnęła, z każdym dniem bardziej złakniona. Z drugiej wszelako strony… Kassander był ostatnim mężczyzną, z którym uprawiała miłość. Od tego czasu minęły już miesiące… A przecież do dnia, w którym poznała Beotkę, nigdy nie pociągały jej niewiasty. Czego nie dało się powiedzieć o przystojnych, władczych i tajemniczych mężczyznach takich jak Macedończyk czy Spartiata…

Porzuć te myśli, idiotko, powtarzała sobie w duchu. Każda taka myśl jest jak zdrada. Zapomnij o nim, ale już! Przez chwilę jechała na swym mule, dumna z podjętej decyzji. A potem znów na niego spojrzała… I już nie była pewna, czy chce tak łatwo zapomnieć.

Niekiedy w środku nocy, leżąc obok pogrążonej we śnie Tais, Chloe zastanawiała się, jakby to było oddać się Gylipposowi. Czy byłby równie gwałtowny i namiętny jak Kassander? Czy może delikatny i czuły jak Telemach – ten pierwszy w jej niezbyt długim życiu? Jakoś nie mogła sobie wyobrazić czułości Spartiaty. Z drugiej strony, nie dostrzegała w nim też ognia namiętności. Najemnik był chłodny, metodyczny i zdystansowany. Potrafił odegrać scenę intymności, jak wtedy na pokładzie „Nereidy”; dziewczyna nie wiedziała jednak, czy w ogóle jest zdolny do cieplejszych uczuć.

A gdyby nawet w chwili cielesnego zespolenia pozostał zimny i nieczuły? Może to i lepiej, zastanawiała się Chloe. Ich spółkowanie byłoby wtedy tylko i wyłącznie ugaszeniem żądzy – bez miłości ani nawet bez jej obietnicy. Czysta sytuacja i żadnych iluzji. Czy to stanowiłoby mniejszą zdradę wobec Tais? Czy pozwoliłoby Chloe wreszcie zapomnieć o Spartiacie?

Powoli zza wzgórz wyłaniał się już masyw Parnasu. Pomiędzy nim a górą, którą przewodnik, nie wiedzieć czemu, nazywał „Bezksiężycową”, znajdowała się Amfissa.

* * *

Meszalim długo przewracał się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Siennik był niewygodny, pod kocem było mu zbyt duszno, a gdy zrzucał go z siebie i próbował leżeć nago, prędko zaczynał mu doskwierać chłód. Ogień w palenisku tlił się tylko, a sala ogólna gospody, która w nocy służyła za sypialnię mniej zamożnym wędrowcom, była pokaźnych rozmiarów.

Amfissa okazała się nędzną mieściną, w której znajdował się tylko jeden zajazd. W dodatku wypełniony niemal po brzegi. Kupcy, którzy byli tak nieroztropni, by zawędrować w te dzikie ostępy, wynajęli dla siebie izby na piętrze. Chłopcy podążający do Naupaktos, by wsiąść tam na statek płynący do Italii i zasmakować wojaczki w służbie Tarentu, musieli zadowolić się klepiskiem na parterze. Gdy jednak przedsiębiorczy gospodarz ujrzał srebro w dłoni Gylipposa, szybko zrobił miejsce dla Beotki i jej ludzi. Tais i Chloe otrzymały własny pokój na piętrze, z którego przedtem wyrzucono jednego z kupców. Meszalim, przewodnik i najemnicy mieli spać na klepisku, lecz przynajmniej dostali sienniki. Niezbyt wygodne, lecz przecież oddzielające od chłodnej ziemi.

W pewnej chwili Meszalim wychwycił dźwięk inny od chrapania mężczyzn, którzy spali wokół. Otworzył oczy i wpatrzył się w ciemność, usiłując ją przeniknąć. Jeden z ludzi odrzucił koc i podniósł się z podłogi. Chyba było mu równie niewygodnie jak eunuchowi. Chwilę stał nagi, a potem wciągnął na siebie tunikę. Gdy oczy Syryjczyka przywykły już do mroku, zobaczył, że to Gylippos. Spartiata ruszył w stronę drzwi wyjściowych. Jego chód nie wydawał żadnego dźwięku – był wszak bosy. Dokąd on idzie?

Zaintrygowany niewolnik odczekał, aż najemnik uchyli delikatnie drzwi (skrzypnęły cicho) i zniknie za nimi. Dopiero wtedy sam odważył się podnieść. Prędko wciągnął przez głowę tunikę, a potem owinął się płaszczem. Gdy szedł ku wyjściu, trzymał w dłoni sandały. Założył je dopiero za progiem.

Kiedy zamknął za sobą drzwi, Gylippos właśnie znikał w jednym z zaułków. Meszalim popędził za nim, wciąż nie założywszy sandałów. Ostre kamyki raniły jego stopy, nie zwracał jednak na to uwagi. Wolał zyskać kilka zadrapań, niż stracić szansę na rozwiązanie zagadki. Spartiata nie dotarł do agory – czy raczej lichego placu, który uchodził w tej mieścinie za agorę. Skręcił wcześniej na wschód. Syryjczyk podążał za nim w bezpiecznej odległości. W pewnym momencie Spartiata wyszedł na jasno oświetloną uliczkę. Eunuch poczekał, aż się w nią zagłębi i dopiero wtedy ośmielił się zbliżyć.

Uliczka była wąska, ale długa. Z obu stron stały przy niej niewielkie i dość ubogie domki. Nad otworem wejściowym każdego z nich (większość nie miała nawet drzwi) płonęły lampy oliwne. Syryjczyk dziwił się tej ekstrawagancji, dopóki nie pojął tego, co widział. Choć pogrążona w nocy Amfissa wyglądała jak wymarłe miasto, tutaj panował spory ruch. Mężczyźni przechadzali się między domkami, zaglądając to tu, to tam. Z każdego progu uśmiechały się do nich mocno wymalowane, za to skąpo odziane kobiety. Zapraszały uprzejmie, by raczyli spocząć pod ich skromnym dachem. Niektóre pokazywały swe piersi, inne odsłaniały nogi aż po uda. Gdy do którejś z nich podszedł mężczyzna, brała go za rękę i prowadziła do środka.

Niektóre postanowiły skusić Meszalima. Nie było w tym nic dziwnego – w ciemnościach nie mogły przecież wiedzieć, że jest eunuchem. Gładkość jego policzków mogła się zdawać efektem pieczołowitego golenia, a nie całkowitego braku zarostu. Tak więc i jego powitały serdecznymi okrzykami.

– Chodź do mnie, młodzieńcze! Dam ci rozkosz, o jakiej nie marzyłeś…

– Przyjdź pod mój dach, piękny chłopcze! Ze mną szybko pozbędziesz się wstydu!

– Wybierz mnie, słodki Adonisie! Przekonasz się, że mam dla ciebie coś równie słodkiego!

Ladacznica, którą właśnie mijał, rozchyliła szeroko swój dekolt, pokazując mu nagie piersi. Mimo zakłopotania zmusił się, by na nie spojrzeć. Nie zrobiły na nim wielkiego wrażenia. Ledwie kilka dni wcześniej, podczas kąpieli Tais, miał okazję rzucić okiem na jej posągowy biust. Obfite, ciężkie półkule, kołyszące się przy każdym ruchu, zwieńczone sporymi sutkami. W porównaniu z nimi te tutaj wydawały się zupełnie sflaczałe. Nie zainteresowałby się ich posiadaczką, nawet gdyby nie był eunuchem.

Odwrócił głowę i poszukał spojrzeniem Gylipposa. W końcu dostrzegł go jakieś pięćdziesiąt kroków danej. Spartiata zatrzymał się przed jednym z domów i rozmawiał ze stojącą w progu dziewczyną. Chyba mu się spodobała, bo chwilę później oboje weszli do środka.

Meszalim stanął przed nędznym, jednokondygnacyjnym domostwem. Z pewnością zamieszkująca je porne nie należała do elity swej profesji. Wątpił, by w dziurze, jaką była Amfissa, w ogóle żyły jakieś hetery albo istniały dobre domy rozpusty. Tak czy inaczej, zagadka nocnego spaceru Gylipposa została rozwiązana. Powinien wrócić do gospody i postarać się choć trochę wyspać.

A jednak wciąż nie ruszał się z miejsca. Wiedział, że musi to w końcu uczynić. Prędzej czy później ktoś zainteresuje się młodzieńcem stojącym na środku ulicy i gapiącym się w pusty otwór wejściowy. Śledzenie Gylipposa było wścibstwem oraz bezczelnością. Jeśli nadal będzie tu czekał, Spartiata, wychodząc, wpadnie prosto na niego.

Zamiast uczynić to, co podpowiadał mu rozsądek, Syryjczyk zakradł się na tyły domu. Tak jak myślał, z tej strony w ścianie wybite było pojedyncze okno. Gdy zbliżył się do niego na palcach, usłyszał rozmowę.

– I jak ci się podobam, panie? – Meszalim nauczył się już rozpoznawać lokryjski akcent, bardziej śpiewny niż attycki, którym mówiły elity w południowej Helladzie.

– Szkoda czasu na gadanie – ton chłodny i rzeczowy. Gylippos. – Ile?

Eunuch przykucnął pod samym oknem. Chwilę walczył ze sobą, aż w końcu zdobył się na odwagę i zajrzał do wewnątrz. Izba była bardzo uboga. Na jej środku, pod wybitym w dachu otworem na dym, znajdowało się palenisko. Ogień nie był wysoki, ale dawał dość światła, by Spartiata mógł ocenić urodę porne. Stała przed nim naga, tuż obok położonego bezpośrednio na ziemi siennika. Wokół jej kostek leżała zrzucona z ramion szata. Meszalim również się jej przyjrzał.

Mogła być w podobnym wieku do Chloe. Poza tym różniła się od niej niemal wszystkim. Niewolnica Tais miała jasną cerę i włosy w kolorze kasztana, ta zaś była smagłą brunetką. Zamiast długiego warkocza nosiła swe loki swobodnie rozpuszczone. Była nieco niższa, za to miała większe piersi i bardziej rozłożyste biodra. Wzgórek łonowy Lokryjki pokrywały ciemne włoski. Meszalim nigdy nie widział łona Chloe, spodziewał się jednak, że podobnie jak jej pani starannie je depiluje.

Nawet gdy mieszkała jeszcze w korynckim domu Tais, zielonooka niewolnica nigdy nie malowała się zbyt mocno. Jej naturalna uroda nie musiała być w ten sposób podkreślana. Stojąca przed Gylipposem porne miała natomiast wyzywający i wulgarny makijaż – ciemnoczerwone usta, mocno podkreślone węglem oczy. Była tanią dziwką i na taką też wyglądała. Podobnie jak jej koleżanki z pozostałych domów przy ulicy.

– Kosztuję dwie drachmy, mój panie – oznajmiła ladacznica, wspierając rękę na lewym biodrze. Przyglądała się Spartiacie w nadziei, że ten przystanie na cenę.

Nie przystał. Jego ruch był tak szybki, że Syryjczyk niemal go nie zauważył. Gylippos uniósł rękę, wziął zamach i płynnie spoliczkował dziewczynę. Dźwięk rozszedł się po izbie.

– Nie kłam, dziwko. Za dwie drachmy mogę mieć kobietę w Atenach. Nie tutaj.

– Drachmę… – przyłożyła palce do swego policzka, skrzywiła się na pół sekundy, ale zaraz znów uśmiechała się zachęcająco. Ślad po uderzeniu stawał się już widoczny.

– Najwyżej trzy obole. I jeszcze jeden, jeśli się postarasz.

– Cztery. I jeden premii.

– Zgoda.

Spartanin rozpiął pas i pozwolił mu opaść na klepisko. Ściągnął tunikę przez głowę, cisnął ją w ślad za pasem. Stał tyłem do eunucha, ten mógł więc przyjrzeć się jego plecom. Wypuścił powietrze z głośnym świstem. A potem prędko przypadł do ziemi, spanikowany. Leżał pod ścianą, nasłuchując i walcząc o to, by uspokoić przyspieszony oddech. Jego serce chciało się wyrwać z piersi. Zaraz wyjrzy przez okno, myślał gorączkowo. Zaraz mnie odkryje.

Gylippos jednak nie wyjrzał. Meszalim usłyszał wydany przez niego rozkaz:

– Uklęknij. Chcę, byś zaczęła ustami.

Po chwili zdołał się opanować na tyle, by podnieść się z ziemi i znów spojrzeć do środka.

Spartiata stał tak jak poprzednio, ale Lokryjka była teraz blisko niego, na kolanach. Jej ciężkie piersi ocierały się o uda mężczyzny. Meszalim nie widział jej głowy, bo zasłaniały mu je pośladki Gylipposa. Jednak wilgotne odgłosy, które docierały nawet do miejsca, w którym się skrył, nie pozwalały wątpić, że była bardzo zajęta.

Znów popatrzył na plecy najemnika. Przecinały je dziesiątki długich, poszarpanych blizn. To musiała być potworna chłosta – taka, którą przeżywają tylko najsilniejsi. Podczas koszmarnego rejsu z Sydonu do Koryntu Meszalim napatrzył się na podobne ślady. Nosili je na grzbietach ci niewolnicy, których przed wypłynięciem w morze ukarano za różne przewinienia. Bito ich pięcioramiennym batem, w którego ramiona wpleciono żelazne kulki. Rozcinały one skórę przy pierwszym dotknięciu, pozostawiając długie, krwawiące rany.

Nikt z pięciu ukaranych w ten sposób mężczyzn nie przeżył rejsu. Umierali w męczarniach, a ich rany gniły, napełniając całą ładownię smrodem rozkładu.

Spoglądając na blizny Meszalim doszedł do wniosku, że Gylipposa wychłostano przed wieloma laty. Skóra zrosła się, pozostał jednak labirynt zgrubień i zniekształceń, deformacji, od których robiło mu się słabo. Nigdy nie przestanie się dziwić, jak straszne rzeczy można zrobić z ludzkim ciałem.

– Jesteś smakowity, mój panie – zajęczała ladacznica. Oderwała na chwilę usta od członka Spartiaty, masowała go teraz dłońmi. Syryjczyk widział, jak energicznie ruszały się jej łokcie. Gylippos musiał być hojnie obdarzonym mężczyzną. – Jak podoba ci się dotyk moich warg?

– Zajmij swe wargi tym, do czego się nadają – warknął najemnik, pochylając głowę. – Nie przyszedłem tu na pogawędkę.

Eunuch znów słuchał wilgotnych odgłosów, z jakimi porne wznowiła pieszczoty. Mijały kolejne minuty. Syryjczyk spoglądał to na kołyszące się piersi dziewczyny, to na zmasakrowane plecy Gylipposa. Żałował, że Spartiata i ladacznica nie ustawili się do niego bokiem – dzięki temu dostrzegłby znacznie więcej. Nie musiałby też oglądać tych strasznych blizn. Z drugiej jednak strony, najemnik mógłby wtedy spojrzeć ku oknu…

W końcu Gylippos kazał jej przestać. Wstała z kolan i poprowadziła go na przykryty pojedynczym kocem siennik. Na szczęście ustawiono go bokiem do okna, Meszalim mógł więc liczyć na dobry widok. Spartiata bezceremonialnie pchnął dziewczynę na posłanie. Uklękła, pochyliła się mocno do przodu, wsparła na dłoniach. Krągłe pośladki wypięła w jego stronę.

Syryjczyk oddałby wiele, by móc w tej chwili być na miejscu Gylipposa. Kolejny raz poczuł żal i bezsilny gniew na niesprawiedliwość świata, który pozbawił go szans na zakosztowanie cielesnych rozkoszy. W pamięci stanął mu znów dzień, w którym go wykastrowano. Silne ramiona trzymających go w bezruchu mężczyzn. Wyciągnięty z paleniska, rozgrzany do czerwoności nóż. Ból, który momentalnie wgryzł się w mózg, unieważniając wszystko inne, każdą świadomą myśl. Czerwień, a potem litościwą ciemność omdlenia.

Spartiata uklęknął za porne, wymierzył jej siarczystego klapsa, który wyrwał z jej ust cichy krzyk. Eunuch ujrzał, że męskość Gylipposa jest znacznie większa niż jego własna – i oczywiście nieokaleczona. Penis unosił się w pełnej erekcji tuż nad pupą ladacznicy, jądra ocierały się o nią. Członek błyszczał od śliny. Mężczyzna uchwycił pośladki tej, którą miał zaraz spenetrować, zaczął je niecierpliwie ściskać i obmacywać. Potem zaś rozchylił zdecydowanie.

Dziewczyna sapnęła zaskoczona, próbowała uciec biodrami. Nie pozwolił jej na to. Jedną ręką przytrzymywał jej ciało, w drugą wziął swojego nabrzmiałego penisa. Skierował go w zagłębienie między pośladkami i zaczął naciskać. Z jego ust dobył się jęk przyjemności, z jej ust – jęk bólu.

– Proszę, nie tak… – próbowała zaprotestować.

– Milcz.

– To boli…

– Milcz!

Eunuch patrzył zafascynowany, jak żołądź Gylipposa zagłębia się przy każdym pchnięciu w pupę dziewczyny. Biodra Spartiaty poruszały się miarowo, zadawał krótkie, lecz zdecydowane sztychy, które pozwalały na pokonanie oporu jej ciała. Ladacznica stękała i zaciskała dłonie na kocu, próbując jednocześnie rozluźnić swe mięśnie. Pochyliła głowę, jej twarz zasłoniły opadające w dół włosy.

Najemnik przyspieszył swoje ruchy. Główka penisa wcisnęła się już w odbyt porne, mocno go przy tym rozpychając. Jeśli dziewczyna wciąż kwiliła z bólu, koc, w który wcisnęła swe usta, skutecznie to tłumił. Gdy już przywykła nieco do nowego wrażenia, zaczęła sama poruszać biodrami, wychodzić na spotkanie jego pchnięciom. Syryjczyk potrafił zrozumieć jej motywację. Spartiata był w końcu klientem, mimo całej wściekłości i pogardy, jakie wniósł ze sobą w jej progi. Musiała go zadowolić tak, jak sobie tego życzył. Inaczej zamiast srebra zobaczyć może jego uniesione pięści. A wtedy przez najbliższe dni będzie chodzić głodna. Kto zechce spółkować ze zmaltretowaną przez poprzedniego klienta dziwką?

Gylippos brał ją teraz gwałtownie, bez chwili wytchnienia. Jego jądra uderzały o jej pośladki, członek wdzierał się cały w ciasny otwór odbytu. Pochylił głowę do przodu i spoglądał na plecy dziewczyny. Jedną ręką sięgnął naprzód, złapał w garść jej włosy. Szarpnięciem przyciągnął za nie ku sobie. Syryjczyk ujrzał znowu twarz ladacznicy, usta otwarte do krzyku. Lśnienie łez w oczach.

I choć jedna strona jego natury współczuła porne, druga wciąż pożądała roli, którą grał Gylippos. Meszalim chciałby być teraz nim – trzymać w silnych dłoniach bezbronne ciało ladacznicy, wdzierać się każdym pchnięciem bioder w jej wypięty tyłeczek. Rżnąć ją bez opamiętania, nie zważając na prośby i bolesne jęki. Aż do pełnego zaspokojenia żądzy, która paliła mu lędźwie.

Ciałem Spartiaty wstrząsnął nagle dreszcz. A potem kolejny. Spomiędzy jego warg dobył się jęk ekstazy. Potężnym pchnięciem docisnął się do ciała porne. Jego męskość wsunęła się w nią aż po jądra. Trwał tak przez długą chwilę w bezruchu, z głową odrzuconą do tyłu, plecami wygiętymi w łuk, ustami rozwartymi w grymasie przyjemności. A potem jak wahadło pochylił się w drugą stronę – nad plecami dziewczyny. Zwolnił uścisk na jej włosach. Opadła twarzą na posłanie.

Minęło jeszcze trochę czasu, nim Gylippos cofnął biodra i wysunął na zewnątrz swą męskość. Miękła już i kurczyła się jak zwykle po przeżytej rozkoszy. Spartiata otarł kilka kropli spermy o uda ladacznicy. Wstał z siennika, na chwiejnym nogach podszedł do swej porzuconej tuniki. Podniósł ją, założył przez głowę. Zapiął wokół talii pas. Sięgnął do przypiętej u niego sakiewki.

Dziewczyna wciąż leżała, odpoczywając po wysiłku i udręce. Drgnęła, gdy usłyszała dźwięk rzucanych na klepisko monet.

– Możesz być z siebie dumna. Zasłużyłaś na te pięć oboli.

Uniosła z wysiłkiem głowę i posłała mu wymuszony uśmiech.

– Dziękuję, hojny panie.

Eunuch uświadomił sobie, że Spartiata zaraz wyjdzie na ulicę. Jeśli uda się teraz do zajazdu, Meszalimowi trudno będzie go wyprzedzić. Nie chciał się też tłumaczyć z samowolnego opuszczenia gospody. W całej Amfissie nie było nic, czego mógł o tej porze szukać pozbawiony męskości niewolnik.

Syryjczyk podniósł się z kolan i szybko obszedł dom. Potem zaś, nim jeszcze Gylippos zjawił się w otworze wejściowym, rzucił się biegiem w górę ulicy. Pornai wołały do niego uniesionymi głosami, zachęcając, by przystanął i zabawił się z nimi. Jedna pokazała mu odsłoniętą aż po biodro nogę, druga obróciła się, uniosła chiton i wypięła ku niemu nagie pośladki. Nie zwracał już jednak na to uwagi. Meszalim rozwiązał zagadkę. Przy okazji dowiedział się czegoś o najemniku. Jutro ostrzeże przed nim Chloe.

Przejdź do kolejnej części – Opowieść helleńska: Tais IV

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

cisza przed burzą…

i tyle w temacie 😉

daeone

Początek mojego ulubionego fragmentu opowieści Tais… cała ucieczka została opisana w znakomity sposób i z przyjemnością wracam do tego opowiadania. Nie sposób się oderwać…

Mnie "rozwala" malowidło ozdabiające tekst. Jest przeuroczo dosłowne i miłe dla oka. Tekst przeczytam, gdy już wszystkie odcinki zajaśnieją w najlepszej. Swoją drogą ilustracje tutejsze muszę generalnie pochwalić, są nieraz lepsze niż teksty – ten nieco zgryźliwy komentarz nie dotyczy oczywiście tekstu powyżej, drogi MA.

Staramy się, KG, by było tu coś i dla ciała, i dla ducha :-)))

Mrrrr. Fajny ten Gylippos 🙂

Hmmm… akurat po tym rozdziale "fajnym" bym go nie nazwał – on praktycznie gwałci tą nieszczęsną porne. W następnych częściach będzie wyjaśnione, skąd w nim tyle gniewu oraz pogardy (głównie dla siebie samego). Co oczywiście w żadnym stopniu nie usprawiedliwia, choć w jakiś sposób tłumaczy jego czyny.

M.A.

Zgrabnie i ładnie opisane. Można by się przyczepić do kilku zdań, czy są potrzebne…
To oczywiście część monumentalnego dzieła, więc ciężko się wypowiadać na temat celu w treści, wierzę jednak, że jest zamaszyście wyrażony i gdybym się zdobył na przeczytanie całości, nie miał bym wątpliwości.

Sceny zbliżeń dobrze opisane.

Witaj, JiNnie!

Z pewnością można się przyczepić do niejednego zdania czy sformułowania – zawsze byłem bardziej opowiadaczem historii, niż stylistą 🙂 Zachęcam do lektury całości (zaczynając od Opowieści Kassandra)! Mam nadzieję, że oceniana z tej perspektywy fabuła okaże się spójna, logiczna, a przede wszystkim – ciekawa!

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz