Zabawy dużych chłopców I (seaman) 4.22/5 (3)

Krótki wstęp:

Pomysł na to opowiadanie, które ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu z maleńkiego projektu zaczęło się rozrastać i pęcznieć do tego stopnia, że nie wiedziałem nawet, czy uda mi się toto kiedykolwiek skończyć, urodził się w efekcie godzin spędzonych przy grze autorstwa pewnego japońskiego jegomościa. Dlatego też moje „dziełko” dedykuję H. Kojimie.

Wydarzenia z sierpnia dwunastego roku były już analizowane przez wielu historyków. Dzień otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Londynie. Wielkie święto zachodniej kultury, biznesu, europejskiego blichtru i zadufania. I jednocześnie ostatni dzień cywilizacji – takiej, jaką znaliśmy wcześniej.

Potężna akcja przygotowywana była już od 2001 roku, na jej pomysł Ayman Al-Zawahiri najprawdopodobniej wpadł przed atakiem na Nowy Jork. Ale i on, i rozpoczynający właśnie błyskotliwą karierę medialną Osama Ibn Laden wiedzieli, że siły Al Kaidy były zbyt małe, by przeprowadzić atak na tak wielką skalę. Długo tworzono sojusze. Niektóre zawiązywano łatwiej – bardzo krótko trwały rozmowy z Hamasem. Inne negocjacje ciągnęły się całymi latami. Ale ostatecznie zawiązano wielki pakt, wymierzony w chrześcijańską kulturę Zachodu.

Ani śmierć Ibn Ladena, ani Al-Zawahiriego nie przerwały gigantycznych przygotowań. Potem, już po wszystkim, okazało się, że w atak zaangażowani byli dosłownie wszyscy – od południowoamerykańskich karteli narkotykowych z Cali i osławionego, potężnego Medellin do separatystycznych bojowników ze Sri Lanki czy indonezyjskiego ramienia islamskich terrorystów. Materiały do przeprowadzenia akcji – ładunki konwencjonalne i nuklearne, naukowców, bojowników samobójców – tworzono przez lata. Gotowe elementy bomb przemycano do krajów zachodniej kultury – USA, Francji, Anglii, Niemiec. Terrorystom udało się przeniknąć także do Polski, Rosji, a nawet Bogu ducha winnej Australii. A skutki ataku odczuli wszyscy ludzie na świecie.

Przygotowywane przez specjalistów niewielkie ładunki nuklearne i konwencjonalne były powoli i systematycznie wwożone do krajów docelowych. Przechowywane były przez „uśpionych” członków Al-Kaidy oraz innych organizacji terrorystycznych. Ludzie ci przez długie lata mieszkali w krajach, będących celami planowanego ataku, nierzadko mocno wyrażając swoje oburzenie i niechęć wobec wszelkich idei terrorystycznych. „Uśpieni” bardzo skutecznie infiltrowali nasze społeczeństwa, kształcąc się i pracowicie budując kariery w różnych dziedzinach – jedni zostawali inżynierami, inni biznesmenami, informatykami czy urzędnikami. Siatka została utworzona w tak głębokiej konspiracji, że policje i wywiady najpotężniejszych krajów świata odkryły ich wzajemne powiązania dopiero po ataku z 29 sierpnia.

Uderzenie było precyzyjne. Pierwszy cios wymierzono – symbolicznie oczywiście – w Stadion Olimpijski, miejsce otwarcia igrzysk. Bomba wytworzona z dwustu kilogramów semtexu zabiła ponad siedemnaście tysięcy osób, z których duża część zginęła pod gruzami walącej się budowli. Echa eksplozji nie zdążyły jeszcze przebrzmieć w chłodnym powietrzu niedzielnego wieczoru, kiedy rozdzwoniły się telefony, rozszalały agencje informacyjne, a Twitter zablokował od nadmiaru przesyłanych informacji. Dopiero wtedy ludzie zaczęli rozumieć, że eksplozja w Londynie była tylko wstępem.

Łącznie podłożono siedemdziesiąt sześć ładunków atomowych i konwencjonalnych, zadziałały sześćdziesiąt cztery. Efekt był porażający. Zniszczono jedenaście spośród największych elektrowni w USA – między innymi gigantyczne jednostki Palo Verde w Arizonie i South Teras w Teksasie.

Bomba podłożona w Nowym Jorku, w „Ground Zero”, nie wybuchła, ale za to odpaliły ładunki w Chicago i Los Angeles.

W Europie było jeszcze gorzej. Przez Francję przeszła fala paniki, kiedy okazało się, że siedem spośród dwudziestu głównych francuskich elektrowni atomowych jest uszkodzonych. Bomby wybuchały w Berlinie, Rzymie, Barcelonie.

Dopiero po roku Rosjanie przyznali się, że w wyniku działań terrorystycznych stopieniu uległ rdzeń reaktora jądrowego w wielkiej elektrowni Balakovo, co spowodowało wydostanie się do atmosfery olbrzymiej ilości substancji promieniotwórczych. Chiny do dzisiaj nie potwierdziły, że za zniszczenie Zapory Trzech Przełomów odpowiadali ci sami ludzie, którzy wysadzili stadion w Londynie.

Świat zachodniej cywilizacji utonął w chaosie. A potem nasza planeta upomniała się o swoje prawa i dołożyła trzy grosze do ogólnego rachunku, wystawionego ludzkości. W ciągu czterech lat klimat Ziemi poważnie się zmienił. Najpierw zapanowała dwunastomiesięczna zima, która zabiła – według ostrożnych obliczeń – ponad półtora miliarda ludzi na całym świecie. A potem nadeszła fala gorąca i lody Grenlandii i Antarktydy zaczęły topnieć.

Linie brzegowe Europy uległy wielkim zmianom. Morze, którego poziom podniósł się gwałtownie o ponad dziesięć metrów, pochłonęło jedenaście procent powierzchni Anglii, a szósta część terenów Irlandii znalazła się pod wodą. Holandia, Belgia, środkowa i południowa Francja zostały zalane. Morze Śródziemne najpierw, w efekcie ocieplenia skurczyło się, by potem dość gwałtownie powrócić do pierwotnych rozmiarów, w międzyczasie niszcząc Wenecję, wyspy Grecji, Cypr i Maltę.

Japonia i Indonezja niemal przestały istnieć, a Chiny nie martwiły się już zniszczeniami wywołanymi zerwaniem tamy na rzece Jangcy. Miały większe problemy – doprowadzone do granic śmierci głodowej społeczeństwo powstało przeciwko władzy w najkrwawszej wojnie domowej, jaką zna historia.

A mimo to cywilizacja człowieka nie upadła. Wprawdzie skurczył się obszar, na którym występowała, ale nie zanikła całkowicie.

Nikt z zachodnich przywódców nie udawał nawet, że jest zainteresowany potwornościami, w jakich pogrążyły się Afryka czy Ameryka Łacińska. Wszędzie trwały walki – o przetrwanie, o żywność, o wodę. Rozgrzebano zabliźnione rany i nienawiść na nowo rozpaliła stare konflikty. Względny spokój udało się utrzymać jedynie w Europie, w opanowanej przez  Chińczyków Azji południowo-wschodniej i w Ameryce Północnej, izolującej się od płonącego południa podporządkowanym, satelickim Meksykiem i potężnym arsenałem broni jądrowej Stanów Zjednoczonych.

Tak naprawdę nawet nie było na kim brać odwetu. Większość zamachowców zginęła wraz ze swoimi ofiarami i, mimo że organizacje terrorystyczne ujawniły się pośród gwałtownych walk etnicznych na Bliskim Wschodzie, w Afryce i Europie, to nie miał kto ich ścigać. Kraje Zachodu były zbyt zajęte ochroną tego, co jeszcze nie spłonęło.

***

Codzienne bieganie weszło mi w nawyk. Po zakończonym leczeniu i rekonwalescencji był to, zdaniem opiekujących się mną specjalistów, najlepszy sposób na stabilny i szybki powrót do zdrowia. Sztuczne kolano i kości prawej nogi, których połamane elementy pozlepiano w jeden kawałek implantami, sprawowały się na tyle dobrze, że po kilku miesiącach regularnych ćwiczeń co rano pokonywałem niemal dziesięć mil, okrążając bazę Saint Dizier bez większego problemu. Zajmowało mi to wprawdzie aż dwie godziny, ale tak naprawdę nie miałem nic innego do roboty. Zgodnie z rozkazami przełożonych miałem dbać o siebie i, konsultując się na bieżąco z lekarzami, dążyć do jak najszybszego wyzdrowienia.

Dobiegłem do schodów i stanąłem u ich stóp, łapiąc oddech i starając się uspokoić pospieszne tętno. Kamienne stopnie prowadziły do masywnych, ciemnoczerwonych drzwi frontowych przydzielonego mi na czas rekonwalescencji niewielkiego domku, położonego na skraju bazy wojskowej. Chwilę mi zajęło, zanim kilkoma głębokimi, bolesnymi oddechami wypełniłem łaknące powietrza płuca. Cholera, pomyślałem, może noga mi wyzdrowiała, ale kondycji jeszcze nie odzyskałem. Może mój mail do pułkownika Campbella z Północnoeuropejskiej Brygady Desantowej był pochopny. Ale nie mogłem już ścierpieć bezczynności. Żmudne ćwiczenia – najpierw zajęcia na sali z rehabilitantem, potem tygodnie w basenie, a na końcu niekończące się biegi – cała ta mało interesująca rutyna w końcu mnie znużyła. Dlatego też, mimo że nie do końca pewien słuszności własnej decyzji, kilka dni temu wysłałem mojemu bezpośredniemu dowódcy wiadomość o gotowości powrotu do czynnej służby.

Powoli wszedłem, ostrożnie stawiając stopy na szerokich stopniach, i otworzyłem drzwi. Wszedłem do zacienionego wnętrza domu, łapiąc się na tym, że cały czas podświadomie uważam na prawą nogę. Przechodząc przez niewielki przedpokój nasłuchiwałem jakiegoś niepokojącego chrzęstu sztucznych stawów, ukłucia bólu. Zapewne podobnie musieli czuć się wszyscy sportowcy, wracający do zdrowia po poważnej kontuzji. Wciąż nie do końca wierzyłem w lekarzy i ich cudotwórcze moce. W to, że sześć miesięcy po próbie dorównania Ikarowi wystarczy im na przywrócenie poważnie połamanego człowieka do stanu używalności.

Na samo wspomnienie Berlina nieświadomie zadrżałem. Upadek z dziesięciu metrów na asfalt lotniska Schönefeld pamiętam, jakby miał miejsce wczoraj. Pełne bezradności uczucie, mówiące przerażonemu umysłowi, że lecę na spotkanie śmierci, potworny ból w nodze i ramieniu, paraliżujący strach zaciskający palce na gardle – nie pozbędę się tego już nigdy. I świadomości, ile mój upadek kosztował innych.

Daj spokój, pomyślałem. Przestań. Otwierając lodówkę w poszukiwaniu soku, starałem się przekonać samego siebie, że przecież to nie była moja wina. Że wszystko stało się przez ciężki ostrzał, przez hałas wirnika helikoptera tuż nad głową, skutecznie zagłuszający ostrzegawcze krzyki pilota. Starającego się jednocześnie utrzymać maszynę w powietrzu i wykonać gwałtowny unik przed wystrzeloną w naszym kierunku rakietą. Że zawiniły rękawiczki kevlarowe, śliskie od krwi durnego sierżanta, który koniecznie chciał zostać bohaterem. No, i w sumie został. Tyle, że pośmiertnie.

Ale nie opuszczała mnie myśl, że gdybym bardziej uważał, gdybym trzymał się tej pieprzonej taśmy mocniej, to bym nie wypadł.

Potrząsnąłem mocno głową, starając się oczyścić umysł z niewesołych myśli. Odstawiłem na stół karton z sokiem, trochę zbyt gwałtownie. Płyn wystrzelił z pudełka, rozchlapując się na czarnej powierzchni blatu w fantazyjne esy-floresy. Trzask pudełka o kamienną płytę trochę mnie otrzeźwił. Cholera, nie hałasuj. Niech dziewczyna jeszcze pośpi.

Powoli wytarłem rozlany płyn i poszedłem do łazienki, w drodze ściągając z siebie przepoconą koszulkę. Stojąc przed lustrem rozebrałem się do końca, wilgotne ciuchy wkładając do pralki. Nie chciałem pozostawiać po sobie brudów, pilnowałem się – dla Vanessy. Wiem, że nie miałaby do mnie pretensji, ale lubiła jak dbałem o porządek.

Wyprostowałem się, zamykając drzwiczki pralki. Nasypując proszek do zbiornika w urządzeniu, odruchowo potarłem szeroką bliznę na kolanie. Sztuczny staw kolanowy z włókien węglowych, wzmocnione kości udowa, piszczelowa i strzałkowa miały gwarantować stuprocentową sprawność i jeszcze większą odporność na ewentualne urazy. Ale do końca nie ufałem implantom. Wolałbym zachować oryginalne części, ale takiej opcji nie było.

Wszedłem do kabiny prysznicowej i odkręciłem kurek. Mimo reglamentacji wody i energii elektrycznej, dla wojska zawsze starczało. Armia zainwestowała w nowoczesne technologie ekologiczne i żołnierzom nie brakowało niczego, nawet takim rekonwalescentom jak ja.

Gorąca ciecz parzyła, wypłukując pot i napięcie z ciała. Stałem bez ruchu, delektując się chwilową przyjemnością. Kąpiel koiła nerwy i odpychała wspomnienia w cień niepamięci.

Nie słyszałem odgłosu otwieranych drzwi od łazienki, dopiero powiew chłodu na plecach przywrócił mnie do rzeczywistości. Otworzyłem oczy i odwróciłem się na piętach.

– Ves! – zawołałem. Vanessa stała przede mną, rozkosznie zaspana, pocierając dziecinnym gestem oczy. Nie lubiła swojego imienia, za to moje przezwisko zaakceptowała od razu. – Zbudziłem cię?

– Tak – odpowiedziała niewyraźnie. Miała na sobie jeden z moich t-shirtów, za duży, przez co wyglądała komicznie. I bardzo seksownie. – Nie! Już chyba nie spałam, kiedy wróciłeś. Sama nie wiem… – zakończyła westchnieniem.

Kabina prysznicowa była dość duża, toteż musiałem wykonać dwa kroki, by znaleźć się przy dziewczynie.

– Nie chciałem cię zbudzić, przepraszam – powiedziałem. Zerknęła z udawaną złością i weszła do środka, wpychając mnie dłońmi w głąb wypełnionego parą pomieszczenia. Po chwili znaleźliśmy się pod bijącym strumieniem wody. Koszulka, którą Ves miała na sobie, przykleiła się do jej smukłego ciała. Mokry materiał niemal natychmiast stał się przezroczysty, odsłaniając ciemne brodawki małych, zgrabnych piersi i oblepiając szczupłą talię i szerokie biodra Vanessy. Dziewczyna objęła mnie ramionami i lekko ugryzła w szyję.

– No, tak łatwo się nie wywiniesz – odparła. Zwinnie zdjęła t-shirta. Mokra, wyglądała bardzo podniecająco w przytłumionym świetle łazienkowych żarówek. – Za taki afront należy mi się chyba jakaś rekompensata, nie uważasz?

– A o jakiej rekompensacie myślisz? – spytałem.

– Głupie pytanie – odpowiedziała. Sięgnęła w dół. Już wcześniej mój członek obudził się do życia, ale pod wpływem dotyku zwinnych, kobiecych palców błyskawicznie zesztywniał i urósł.

– Nooo – mruknęła, poruszając ręką. – To mi się podoba.

– Mi też, nie powiem – odparłem. Energicznie przyciągnąłem dziewczynę do siebie. Obróciłem się tak gwałtownie, że pisnęła ze zdziwienia, i przycisnąłem ją plecami do wyłożonej kremowymi kafelkami ściany.

Kolanem delikatnie rozepchnąłem uda Ves i, zsunąwszy dłoń po szczupłym brzuchu, dotknąłem jej gładkiego krocza. Była gorąca, mokra, i czułem, że strasznie podniecona.

– Mocniej – szepnęła pełnym namiętności głosem. Pocałowałem ją intensywnie, poszukując jej języka swoim. Uwielbiałem go – był taki drobny, zawsze przyjemnie chłodny i bardzo gościnny. Teraz też mnie przywitał, podniecając jeszcze bardziej.

Poruszyłem dłonią, nadal tkwiącą na kobiecości Ves. Rozchyliłem palcami delikatne wargi sromowe, odnajdując maleńką łechtaczkę. Dziewczyna dosłownie płynęła sokami, jak zawsze ciasna, spragniona i gorąca. Zacząłem pieścić Ves najpierw jednym, potem dwoma palcami. Wciąż przyklejona do moich ust, kobieta zaczęła cichutko jęczeć. Wiedziałem, co lubi, dlatego gwałtownie wepchnąłem się do jej wnętrza. Ves wspięła się na palce, wygięła ciało i, prężąc się pod wpływem moich pieszczot, ponownie zajęczała. Ja też byłem już bardzo podniecony. Zacząłem się poruszać, pocierając czubkiem członka o płaski brzuch Vanessy.

– Odwróć się – wyszeptałem ochryple. – Odwróć.

Dziewczyna spojrzała na mnie i pogroziła z uśmiechem.

– Oooo, mój drogi chłopcze, na to musisz sobie najpierw zasłużyć – mruknęła. Powoli opuściła palec, którym przed sekundą wymachiwała mi przed nosem, i wskazała nim nieokreślone rejony podłogi, znajdujące się u jej stóp. – Poliż mnie – poprosiła.

Nie musiała powtarzać. Położyłem dłonie na talii dziewczyny i zgodnie z poleceniem opadłem na kolana. Ves wypięła biodra lekko w przód, szerzej rozsuwając uda. Miałem jej gładko wydepilowaną, mokrą kobiecość tuż przed sobą. Uwielbiam cię, pomyślałem.

Poszukałem językiem łechtaczki. Drżenie przebiegło ciało dziewczyny. Wiedziała, jak dobrze potrafię pieścić, i chciała tego. Ponownie musnąłem różowy guziczek Ves, drocząc się z nią i jej pożądaniem. Podsunęła się bliżej w oczekiwaniu na ciąg dalszy.

Przytrzymując dziewczynę za biodra, spełniłem prośbę Vanessy. Najpierw krążyłem wokół najczulszego punktu kobiety i, napawając się miękkością ciemnych warg sromowych, spijałem jej wilgoć, mieszającą się z wodą. Po chwili naparłem z większą siłą, wpychając się głębiej. Poczułem gorzkawy smak w ustach. Wciągałem go głęboko w siebie, upajając się nim, niczym afrodyzjakiem. Krążyłem językiem wokół wejścia do pochwy dziewczyny, raz po raz powracając do łechtaczki. Słyszałem coraz szybszy oddech Vanessy, która po chwili chwyciła mnie dłońmi za włosy. Mocno przyciskając moją głowę do swego ciała, bez słowa prosiła o więcej. Nie mogłem odmówić.

Rozszerzyłem mięsiste wargi jej sromu, dzięki czemu różowa kobiecość była teraz bezbronnie wystawiona na pieszczoty. Drugą rękę przesunąłem do tyłu, wpychając palce między krągłe pośladki Ves. Mocno, intensywnie pieściłem językiem jej wilgotną szparkę, próbując zachować w miarę równy rytm, bo tak lubiła najbardziej. W tym samym czasie kciukiem naparłem na wejście do pochwy. Dziewczyna była już tak mokra, że bez najmniejszego oporu wślizgnąłem się do środka. Jednocześnie opuszkami wskazującego i środkowego palca dotknąłem drugiej dziurki Ves. Kobieta z cichym westchnieniem rozluźniła się i poczułem, że mam ułatwiony dostęp również do jej tyłeczka. Po chwili moje trzy palce tkwiły w ciele dziewczyny, rytmicznie posuwając ją z dwu stron. Przyspieszyłem ruchy języka, bo wiedziałem, że tak pieszczona nie wytrzyma długo bez orgazmu.

Vanessa wiła się przyciśnięta do ściany. Słyszałem jej głośnie jęki i czułem, że jest bardzo blisko spełnienia. Oczyma wyobraźni widziałem jej niewielkie, zgrabne piersi zwieńczone ciemnymi sutkami, teraz zapewne sterczącymi z podniecenia. Na pewno przygryza wargi zębami, bo tak robiła zawsze, kiedy zaczynała tracić kontrolę nad swoimi pragnieniami. Bardzo mnie podniecało, ilekroć miałem okazję, by przyglądać się Ves w tym stanie.

Silniej wbiła palce w skórę na mojej głowie, poczułem ból szarpanych włosów. I wtedy, z głośnym jękiem, zaczęła szczytować. Czułem szybki rytm mięśni pochwy i odbytu, zaciskających się na wsuniętych w jej ciało palcach. Przytrzymałem ciało Ves w mocnym uścisku, niemal podniosłem dziewczynę w górę na wbitych w jej krągłości dłoniach, cały czas pieszcząc jej wilgotną szparkę. Krzyknęła przeciągle, po czym ucichła, gdy orgazm przeminął, rozluźniając napięte mięśnie i pozwalając odzyskać odrobinę świadomości.

Jeszcze chwilę intensywnie drażniłem kobiecość Ves językiem. Lubiłem przedłużać w ten sposób orgazm Vanessie, docierając do granicy oddzielającej przyjemność od bólu. Ona też to lubiła, chociaż zawsze na samym końcu umykała mi i odpychała od siebie, ledwie ocierając się o to uczucie, które nazywała „bolesną rozkoszą”. Teraz też tak zrobiła i w momencie, w którym – jak niejednokrotnie opowiadała – przyjemność orgazmu przechodzi w ból zużytej cipki, zacisnęła uda, ograniczając w ten sposób dostęp do smakowitych zakamarków swego ciała.

Z niechęcią oderwałem usta od błyszczącej kobiecymi sokami, jeszcze drżącej szparki i przysiadłem na ciepłej podłodze, patrząc na Ves, która powoli dochodziła do siebie, dłońmi zakrywając intymność. Kiedyś spytałem, dlaczego tak robi. Odpowiedziała, że w ten sposób stara się zachować jeszcze przez chwilę to uczucie rozkoszy i spełnienia, właśnie w tym momencie opuszczające jej ciało.

Nie wiem, czy tym razem udała się ta sztuczka, bo po chwili dziewczyna oderwała dłonie od podbrzusza i, patrząc na mnie spod lekko opuszczonych powiek, powoli odwróciła się twarzą do ściany, opierając się o kafle dłońmi. Jej wypięty, piękny tyłeczek miałem tuż przed swoją twarzą.

– Skoro tak dobrze poszło ci przy użyciu języka – odezwała się Ves, – to pokaż mi, co potrafisz zdziałać tym swoim wielkim kutasem, panie Hayter.

Wstałem. Nie spiesząc się, podszedłem blisko, mój naprężony członek naparł na kobiece pośladki. Położyłem dłonie na plecach Ves, delikatnie pieszcząc jej wilgotną, gładką skórę i prężące się pod nią mięśnie. Mimo zajmującej dużo czasu pracy w szpitalu wojskowym, Vanessa regularnie chodziła na siłownię i  zachowała zgrabne ciało, kobieco i delikatnie wyrzeźbione ćwiczeniami. Gładząc plecy kochanki, pochyliłem się nieco do przodu i pocałowałem ją tak, jak lubiła – w nasadę karku, lekko przygryzając napiętą skórę.

– Potrafię zdziałać i to dużo – szepnąłem. Lekko odchyliła głowę, ukazując swój ładny profil z filuternie zadartym noskiem, i odparła:

– Tak? No, to nie każ mi dłużej czekać.

Zjechałem dłońmi w dół, do krągłej pupy Ves. Wbijając palce w twarde półkule pośladków, lekko rozsunąłem je na boki. Ciemny otwór odbytu zachęcająco się do mnie uśmiechał, pod nim dumnie prężyła się kobieca szparka, dostrzegałem jej różowe wnętrze pomiędzy nabrzmiałymi, wystającymi fałdkami warg sromowych. Podciągnąłem dziewczynę za biodra lekko do góry, dzięki czemu oczekujący już na rozkosze jej seksu penis oparł główkę na kroczu kobiety.

– Dalej – westchnęła zachęcająco, zerkając w tył. – Nie daj się prosić!

Nie mogłem odmówić tak słodkiej sugestii. Powoli wypiąłem biodra do przodu, napierając członkiem na cipkę Vanessy. Ta z cichym jękiem poruszyła ciałem i nabiła na wyprężoną męskość.

– Taak – mruknęła. – Jest taki, jakiego mi właśnie potrzeba. Duży, twardy, gorący…

Wiedziała, jak potrafią podniecić mnie jej słowa. Nie przestawała.

– Dalej, wbij się we mnie – szeptała, poruszając biodrami w przód i w tył. – Zrób to tak, jak tylko chcesz. Tak właśnie lubię. Chcę, żebyś mnie zerżnął. Przeleć mnie tak, jak tego potrzebuję. Jak zasługuję. Zerżnij mnie mocno…

Nie mogłem się dłużej powstrzymywać, choćbym nie wiem jak się starał. Poddałem się żądzy i mocnym ruchem wbiłem się w ciało Ves aż do nasady członka. Jęknęła głośno, drugi raz przy następnym pchnięciu, a potem zaparła się dłońmi o ścianę i zaczęła szybciej poruszać biodrami, ułatwiając mi wnikać w siebie tak głęboko, jak to tylko możliwe. Złapałem prężącą się przede mną kobietę za krągłe biodra i zrobiłem to, o co prosiła. Z głośnym odgłosem uderzałem podbrzuszem o jędrne pośladki. Dziewczyna rozsunęła nogi dla złapania lepszej równowagi, dzięki czemu docierałem jeszcze głębiej. Podniecony tą szaleńczą gonitwą z Ves raz czy dwa wymierzyłem kochance mocne, głośnie klapsy. Przy każdym z nich z głośnym westchnieniem unosiła się lekko w górę, ale mocno przytrzymywałem jej biodra w miejscu, aby nie wypaść z jej wnętrza i nie przerywać szybkiego tempa. Lejąca się na nas gorąca woda już nie parzyła, byliśmy tak rozgrzani, że nie czułem nic poza wszechobecną żądzą. Patrzyłem na piękne, prężące się przede mną ciało i nie chciałem już nigdy tego przerywać. Nie mogłem jednak przyspieszać w nieskończoność i po dłuższej chwili, wypełnionej tylko pojękiwaniami nabijanej na mojego członka Ves, zwolniłem. Dziewczyna, odchylając głowę w bok, spojrzała z wyrzutem.

– Nie przestawaj teraz, nie możesz – syknęła, niemal wściekła.

– Nie mam takiego zamiaru, Ves – odparłem. Puściłem biodra kobiety i powoli wysunąłem się z gorącego wnętrza kochanki. – Ja dopiero zaczynam – rzuciłem.

Chciała coś jeszcze powiedzieć, była chyba zaskoczona, że z niej wyszedłem. Ale ja naprawdę dopiero zaczynałem.

Powoli potarłem czubkiem członka o ciemny odbyt Ves. Był mokry od zalewającej nas wody, toteż nie musiałem się martwić o nawilżanie. Dziewczyna cichutko westchnęła i oderwała dłonie od ściany. Złapała za pośladki i rozciągnęła je lekko na boki. Nie wiedziałem, jak utrzymuje równowagę, ale nie interesowało mnie to zbytnio. Widziałem tylko jej karmelową dziurkę, lekko falującą w rytm poruszania się ukrytych wewnątrz mięśni. Główką penisa naparłem, a Ves otworzyła się dla mnie, przyjmując mojego kutasa bez wahania. Delikatnie wszedłem w krągły tyłeczek, z zafascynowaniem przyglądając się jak moje niemałe przecież prącie wnika w ciało kochanki. Gdy wbiłem w nią napęczniałą główkę, Ves westchnęła raz jeszcze i puściła pośladki, znów podpierając się o ścianę prysznica. Teraz wszystko zależało ode mnie. Położyłem dłonie tam, gdzie przed chwilą trzymała je Ves i, rozszerzając gładkie półkule, powoli wsunąłem się na połowę długości członka. Po chwili wycofałem się nieznacznie i znów natarłem, wchodząc głębiej. A przy następnym pchnięciu tkwiłem w niej cały.

Nie powstrzymywałem już własnego pożądania. Zacisnąłem palce, wbijając je w twarde, jędrne pośladki i narzuciłem ostre, szybkie tempo. Ves przy każdym pchnięciu postękiwała, widziałem pobielałe knykcie jej palców, niczym szpony wbitych w jasne kafle. Wiedziałem, że podoba jej się to, co robię. Zawsze prowokowała swoim zachowaniem, podjudzała słowami, by w końcu poddać się mojej sile i czerpać z tego tyle, ile się da. A ja z przyjemnością zgadzałem się na taką grę.

Wiedziałem, że długo nie wytrzymam. Patrząc na swojego penisa, głęboko wchodzącego w pupę Ves, widząc mięśnie jej odbytu, zaciskające się na mym członku słysząc jej jęki, nie byłem w stanie powstrzymać nadchodzącego spełnienia. Po chwili przyspieszyłemi, czując nadchodzący finał, przymknąłem oczy. Wystrzeliłem to, co miałem, w jej wnętrze, a ona odpowiedziała mi swoim orgazmem. Krzyknęła głośno, a kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem, że ledwie stoi na ugiętych nogach, czepiając się palcami ściany, zwiesiwszy głowę między szczupłe ramiona. Z wysiłkiem podtrzymałem Ves, samemu wciąż tkwiąc w uścisku orgazmu, pompującego w nią moje nasienie.

Po chwili obydwoje odzyskaliśmy siły. Wyślizgnąłem się z ciała dziewczyny, penis wyglądał komicznie – skurczony, pomniejszony o ładunek, który przed chwilą z siebie wyrzucił. Ves odwróciła się i uklękła. Jak zawsze, tuż po moim orgazmie, delikatnie wzięła mojego kutasa do ust, czule go pieszcząc. Teraz ja musiałem cierpieć tę delikatną torturę. Dotyk jej chłodnego języka niemal bolał, kobieta odbierała mi resztki sił, jakie jeszcze miałem, i przekazywała je trzymanemu w ustach członkowi.

Po chwili, niemal siłą, odsunąłem się od Ves, wyciągając sztywniejącą męskość spomiędzy jej warg. Zdrajca, nigdy mnie nie słuchał. Ves ze śmiechem wstała i przytuliła się, chowając twarz przed spływającą, gorącą wodą.

– A teraz się ubiorę i pójdę do szpitala – mruknęła cicho. – A z mojego cudownie zerżniętego tyłka będzie mi przez cały dzień wyciekała twoja słodka śmietanka. Dzięki temu nie zapomnę, jak było mi dziś dobrze.

– Czy ty dziewczyno nigdy się nie zamkniesz? – odpowiedziałem ze śmiechem. – Jeszcze trochę, a nigdzie cię dziś nie puszczę!

***

A jednak puściłem ją do pracy. Nie wiedziałem dlaczego, ale czułem, że nie zostało nam dużo czasu, ale nie powiedziałem ani słowa. Nigdy nie potrafiłem się żegnać.

I tym razem przeczucie mnie nie myliło. Ledwie się ubrałem, zawibrował telefon. Pułkownik Campbell. Odebrałem z lekkim niepokojem, dziwiąc się swojej reakcji. Przecież właśnie po to wysłałem mu maila. Żeby zadzwonił.

– Witaj, Dawid – spokojny głos słychać było nad wyraz czysto i klarownie. – Przeczytałem twoją wiadomość.

Milczałem, bo nie miałem pojęcia, co odpowiedzieć.

– Z twojej kartoteki wynika, że bez problemu przeszedłeś testy psychofizyczne – kontynuował. – Lekarze stwierdzili, że jesteś gotów wrócić do aktywnej służby. A ty sam, jesteś tego pewien? – spytał.

– Oczywiście, pułkowniku – odpowiedziałem nad wyraz spokojnie. Znowu sam siebie zadziwiłem. Kiedy staniesz się zwierzęciem wojny, pozostajesz nim na zawsze, pomyślałem. – W innym przypadku nie zawracałbym panu głowy.

– No, tak – przyznał mi rację. – Wobec tego nie ma co odwlekać tego dłużej. Przyślę po ciebie samochód, powiedzmy za godzinę. Może być, David?

On, jako jedyny ze wszystkich pracujących ze mną żołnierzy, mówił mi po imieniu.

– Tak, oczywiście, panie pułkowniku – odpowiedziałem bez wahania. – Niech zgadnę, ma pan dla mnie jakieś zadanie?

– Jak zwykle, David, jak zwykle – odparł i przerwał rozmowę.

Przebierając się w mundur, myślałem o Campbellu. Swoje pierwsze szlify zdobywał jako młody porucznik w Zatoce, po wojnie z Irakiem bardzo szybko awansował. Niestety dla niego, został przypisany do Sekcji Specjalnej. Został jej dowódcą z rangą pułkownika tuż przed interwencją wojskową USA w Afganistanie w 2001 roku. Niestety, bo mimo wielkiej wiedzy, kierując tak tajnymi akcjami, nie mógł liczyć na dalsze awanse. Potem bezpośrednio nadzorował działania komandosów na Bliskim Wschodzie. Jego ludzie zabili Bin-Ladena. Ja wtedy przebywałem w Libii, dlatego nie brałem udziału w tym rajdzie. To z pomysłu Campbella upozorowano potem wypadek helikoptera, w którym śmierć mieli ponieść niemal wszyscy żołnierze, uczestniczący w egzekucji terrorysty.

Doskonały wybieg. Dzięki temu manewrowi udało mu się wciągnąć najlepszych Seals do nowo tworzonego oddziału o kodowym oznaczeniu FOX Hound. Ja też się w nim znalazłem, jako dowódca jednego z plutonów.

Poznałem Campbella pod koniec wojny w Iraku. Byłem wtedy totalnym żółtodziobem, tuż po początkowym przeszkoleniu. W trakcie jednej z pierwszych akcji jako jedyny mój pluton wpadł w zasadzkę, urządzoną przez elitarnych żołnierzy Gwardii Saddama. W trakcie ucieczki zabiłem w walce wręcz sześciu irackich komandosów. Sam nie wiem, jak przeżyłem. Campbell potem wielokrotnie podkreślał, że albo ma się predyspozycje, albo nie. Czasem człowiek o nich nie wie, ujawniają się w najtrudniejszych okolicznościach.

Po tym zdarzeniu zostałem przydzielony do Sekcji Specjalnej, którą zaczął w tym czasie tworzyć pułkownik. Żołnierze z różnych specjalności – antyterroryści, snajperzy, specjaliści od CQC, ludzie od materiałów wybuchowych – trafili tam ze mną. Campbell przesiał przez gęste sito sporą liczbę ludzi i sformował dwa plutony Sekcji. Szkolili nas weterani z Wietnamu, uczyli emerytowani komandosi z Korei. Brytyjczycy z SAS podsyłali swoich trenerów, Mosad też, choć niechętnie, udostępnił nauczycieli. Ale dopiero FOX Hound stało się tym, o czym myślał Campbell – superelitarną jednostką, podległą jedynie głównodowodzącemu Armii USA, wykonującą najtrudniejsze zadania taktyczno-szpiegowskie.

Po 29 sierpnia 2012 zajmowaliśmy się głównie wyciąganiem ważnych obywateli USA z miejsc, w których zaskoczył ich atak terrorystyczny. Potem, gdy po Zimie nadeszły upały, zaczęliśmy być używani do zadań taktycznych – przejmowaliśmy kontrolę nad strategicznymi celami. Były nimi elektrownie atomowe, magazyny broni, ośrodki badawcze, w związku z brakiem jakiejkolwiek ochrony ze strony miejscowego wojska czy policji narażone na ataki różnych lokalnych grup. Często uzbrojonych lepiej niż to, co pozostało z armii kraju, na terenie którego działaliśmy. A potem poleciałem do Berlina z oddziałem Red, którego byłem dowódcą. I wypadłem z helikoptera.

Dopiąłem ostatnie guziki koszuli wojskowej i, biorąc do ręki czapkę, wyjrzałem przez okno. Samochodu jeszcze nie było, a nie chciało mi się wychodzić przed dom i czekać w upale, który zdążył rozgrzać powietrze do dziewięćdziesięciu siedmiu stopni. A zegarek nad lodówką wskazywał zaledwie pół do dziesiątej. Oj, będzie dziś gorąco, nawet jak na końcówkę czerwca w północnej Francji, pomyślałem. Wtedy przez półotwarte listewki żaluzji dostrzegłem zielonkawego Humvee, skręcającego w uliczkę prowadzącą do mojej kwatery. Jeszcze chwila i samochód zatrzymał się przed drzwiami. Wyszedłem na zewnątrz i od razu się spociłem. Cały. Nic to, że temperatura była dobijająco wysoka, sprawę pogarszała niemal dziewięćdziesięcioprocentowa wilgotność powietrza. Wierzchem dłoni wytarłem twarz i zszedłem po schodach do czekającego na mnie pojazdu.

Ze środka wyskoczył młody sierżant, wysoki i odrobinę za przystojny, aby być Amerykaninem. Zasalutował i odezwał się płynną angielszczyzną, w której z trudem wyczułem francuski akcent.

– Sierżant Busquet melduje się, panie kapitanie. Mam pana zawieźć do dowództwa.

– Dzień dobry, sierżancie. Niech pan wiezie – odpowiedziałem i wsiadłem do samochodu. Busquet ruszył i przez chwilę prowadził w milczeniu, co chwila zerkając na mnie z zaciekawieniem.

– Co się stało, sierżancie, ptak mnie ozdobił na czole, a ja nie poczułem? – spytałem lekkim tonem. Choć w głębi serca wcale tak się nie czułem. Nie wiem czemu, przecież kilkumiesięczna bezczynność zaczęła mnie już doprowadzać do obłędu, myślałem. Więc czemu taki dziwny, ponury nastrój? Nie potrafiłem siebie zrozumieć. Cóż, to chyba znak, że czas zacząć coś robić, bo nuda zaczyna mnie zżerać od środka.

– Przepraszam, panie kapitanie. Nie chciałem być natarczywy – sierżant zerknął na mnie z ukosa. – Po prostu rzadko mam okazję spotkać kogoś… – młodzieniec zawahał się na chwilę. – Taką legendę, jak pan – skończył.

Jaką, kurwa, legendę?

– Trochę pan przesadza, sierżancie – odrzekłem spokojnie. – Ani ja legenda, ani tym bardziej taka.

– No jak nie, jak tak, panie kapitanie – Busquet coraz mniej uwagi poświęcał jeździe, a coraz częściej zerkał na mnie. Co zaczynało mnie lekko niepokoić, bo z obszaru kwater oficerskich, raczej wyludnionego, wjeżdżaliśmy w sam środek bazy i ruch na ulicach znacznie się zwiększył. – Przecież pan służy w słynnym FOX Hound! Tyle się o waszych wyczynach słyszało, a teraz – proszę, wiozę pana w swoim samochodzie.

– Połowa z tego, co pan słyszał, to bujda. A większa część drugiej połowy jest mocno przesadzona, sierżancie – zapewniłem. Wolałbym, żebyś patrzył na drogę, a nie gadał takich pierdół, pomyślałem. Ale Busquet nie zamierzał odpuścić.

– Ale, panie kapitanie, pana skromność jest naprawdę niepotrzebna – gadał, zręcznie lawirując pomiędzy licznymi pojazdami, czy to cywilnymi samochodami, czy lekkimi Humvee. – Przecież o waszej jednostce wie każdy w tej bazie.

– To nie były wyczyny, chłopcze – mruknąłem. Rozmowa zaczynała mnie irytować. – Po prostu robiłem to, czego ode mnie oczekiwano. I z większości tego nie jestem bynajmniej dumny.

Spojrzał na mnie zaskoczony.

– Ależ, co pan opowiada? Przecież to wszystko…

– To wszystko – przerwałem mu z gwałtownością, która zaskoczyła nawet mnie – polegało głównie na zabijaniu. A w tym nie ma nic legendarnego, sierżancie.

Chłopak zamilkł, wyglądał, jakby uszło z niego powietrze. Oklapł na fotelu i zacisnął dłonie na kierownicy. Do końca podróży nawet na mnie nie spojrzał.

Zatrzymaliśmy się przed parterowym, murowanym budynkiem dowództwa. Busquet wysiadł razem ze mną i z wahaniem w głosie odezwał się na odchodnym:

– Przepraszam, panie kapitanie, nie chciałem pytaniami pana irytować.

– Nie zirytowaliście mnie – odrzekłem. – Proszę nie przejmować się tak bardzo. Jest tak, jak mówię: w mojej pracy nie ma nic legendarnego.

Nic, z czego można być dumnym.

***

W budynku było przyjemnie chłodno, niemal zimno. Musieli zużywać dużo elektryczności po to, żeby dowództwo mogło pracować w komfortowych warunkach. Kolejny młody sierżant, najwyraźniej uprzedzony, przechwycił mnie zaraz przy drzwiach i bez zbędnej zwłoki poprowadził labiryntem korytarzy. Budynek musiał być o wiele większy, niż sugerowała jego skromna fasada. Chwilę zajęło zanim, idąc po miękkiej, ciemnoniebieskiej wykładzinie, dotarliśmy do metalowej bramki, oddzielającej pokoje Sekcji Specjalnej od reszty biur. Tam, po sprawdzeniu identyfikatora, sierżant spod drzwi przekazał mnie pilnującemu wejścia, mocno zbudowanemu porucznikowi i po chwili rozpłynął się w klimatyzowanym powietrzu.

Porucznik, króciutko ostrzyżony blondyn, ruszył pierwszy. Zerknąłem na niego z zaciekawieniem. Wyglądał znajomo.

– My się znamy? – spytałem.

– Tak, panie kapitanie, miło, że pan pamięta – odrzekł. Nie przestając iść, odwrócił lekko głowę w moją stronę. Dostrzegłem nieprzyjemną szramę, szpecącą lewy policzek żołnierza, ciągnącą się wysoko ponad jego skroń. – Dwa tysiące ósmy, wyciągnął pan mnie i kilku kolegów z zasadzki pod Gonbadeh.

Faktycznie, Afganistan. Pamiętam cię, kolego. Nie było fajnie, talibowie odcięli  dwa wasze Humvee od reszty konwoju, którym podróżowałem z Margah do bazy Delaram.

– Tak, faktycznie – powiedziałem. – Działo się.

– A tak, działo się – odparł. – Proszę mi przypomnieć, podziękowałem panu wtedy?

– Nie – mruknąłem z lekkim zdziwieniem.

– No, to przy okazji podziękuję – porucznik zatrzymał się i z uśmiechem obrócił twarzą do mnie. – Gabinet pułkownika Campbella – rzekł, pukając do drzwi, przy których stanął. Wszedł pierwszy, zameldował się i zamknął za sobą drzwi.

Nigdy więcej go nie widziałem, toteż nie spełnił swojej obietnicy.

***

Pułkownik Campbell nie wyglądał na żołnierza. Tym bardziej na dowódcę Fox Hound, jednej z najbardziej elitarnych jednostek na świecie. I najbardziej utajonych, choć po rozmowie z sierżantem Busquetem miałem co do tego ostatniego duże wątpliwości.

Campbell wyglądał na sympatycznego, starszego faceta z sąsiedztwa, takiego który mógłby prowadzić sklepik za rogiem ulicy. Był wysokim, szczupłym brunetem, choć gęsta grzywa zaczynała się już przerzedzać. Sylwetkę szpecił lekko zaokrąglony brzuszek, widoczny spod nienagannie wyprasowanej koszuli. Ale bystre oczy, którymi mi się przyglądał, wskazywały, że nie był zwykłym sklepikarzem. Dłonią, na palcu której nosił jedyny element biżuterii – pierścień absolwenta West Point – wskazał na fotel stojący naprzeciwko potężnego mahoniowego biurka. Na którym, oprócz telefonu i niewielkiej aluminiowej ramki, zawierającej zdjęcie jego nieżyjącej od ponad dwudziestu lat żony, nie było niczego.

Siadłem, a raczej zapadłem się w miękki fotel, a Campbell wyszedł zza biurka i przystanął na chwilę przy jednej z szaf, zajmujących wszystkie ściany pomieszczenia. Po chwili podszedł ze szklanką w dłoni.

– Woda – odezwał się niskim głosem. – Czy coś więcej?

– Panie pułkowniku, nie tak wcześnie rano – westchnąłem, przejmując od niego napój. – Woda wystarczy w zupełności.

– Dobrze więc – odrzekł sucho i wrócił na swoje miejsce pod oknem.

Dlatego, że znaliśmy się już ponad piętnaście lat, widziałem, że ucieszył się na mój widok. Zawsze skrajnie oschły i mrukliwy, zdradził się szklanką wody. Którą zaszczycił mnie bodaj po raz trzeci w czasie naszej znajomości. I najogólniej rozumianej przyjaźni.

– Cieszę się, że cię widzę w dobrym… stanie – mruknął, zawiesiwszy głos na ułamek sekundy. No tak, kiedy ostatnio mnie widział, byłem tuż po operacji, leżałem na łóżku podłączony do setki przyrządów medycznych i otumaniony lekami przeciwbólowymi.

– Cieszę się, że jestem w dobrym stanie – odrzekłem z lekkim uśmiechem. – Jak rozumiem, martwiłeś się o mnie, Jack?

– Jak zawsze, David. Jak zawsze.

Upiłem łyk lodowatej wody.

– Co się dzieje, że tak szybko się odezwałeś? – spytałem.

– Mamy drobny problem, sprawa akurat dla takiego połatanego weterana, jak ty – odrzekł po chwili milczenia. – Jesteś chętny na wycieczkę do Pragi?

– Gdybym nie był, nie siedziałbym teraz w twoim gabinecie – odrzekłem.

Campbell otworzył szufladę biurka i wyciągnął z niej białą, małą kopertę.

– W środku masz kartę pamięci ze szczegółami – rzekł. – Zabezpieczenie standardowe. Przejrzyj w domu dokumenty i szykuj się do wylotu.

– Do wylotu? – spytałem zaskoczony, niemal wylewając na siebie pozostałą w szklance wodę. Upiłem duży łyk i odstawiłem szklankę delikatnie na stół. – Kiedy?

– Jak zwykle, David. Wczoraj – odparł i lekko się uśmiechnął. Zawsze mi tak robił, wrzucając coś na ostatnią chwilę.

– Powiedz chociaż, o co chodzi – mruknąłem. Trochę mnie zaskoczył, bo choć nie chciałem już dłużej się nudzić, to wspomnienie poranka było na tyle przyjemne, że kilka dodatkowych dni bezrobocia jakoś bym jeszcze przeżył.

– Prosta sprawa, chociaż teren ciężki – odrzekł pułkownik. – Cztery dni temu wysłaliśmy do czeskiej Pragi pierwszy pluton z 3 Batalionu 2 Dywizji Marines. Banalne zadanie. Czternastego czerwca, siedem dni temu, z wciąż niewyjaśnionych przyczyn straciliśmy łączność z jednym z naszych satelitów komunikacyjnych, działających w ramach sieci Patriot. Wiesz, o co chodzi? – spytał.

Wiedziałem. Sieć Patriot zapewniała stałą możliwość zlokalizowania i błyskawicznej komunikacji z każdym oddziałem amerykańskim, biorącym udział w walkach na całym świecie. Do 2012 roku informacja o systemie była utajona, po zamachu wiadomość o nim została nagłośniona przez prasę w związku z nagle powstałą koniecznością lokalizacji tysięcy osób przydatnych rządowi USA.

– Po trzech godzinach zorientowaliśmy się, że satelita ten, o nazwie Epsilon-3, zszedł ze wskazanej orbity i rozpoczął niekontrolowane wejście w atmosferę. Odnaleźliśmy go w Pradze, na terenach zniszczonego Starego Miasta – kontynuował Campbell. – Nie mając z urządzeniem kontaktu, dopiero w czwartek, pięć dni temu, udało nam się odnaleźć miejsce jego upadku. Na drugi dzień wysłaliśmy tam pluton, ludzie doświadczeni w walkach w Grecji i Turcji. Po dwudziestu czterech godzinach, kiedy już przeniknęli do miasta, nagle zamilkli. Nie możemy ich zlokalizować, nie mamy łączności radiowej ani satelitarnej.

– I ja mam ich odnaleźć? – spytałem.

– Tak, trzeba odnaleźć ludzi i urządzenie. Z satelity potrzebujemy dwie rzeczy – główny nośnik pamięci i czarną skrzynkę. Chcemy odzyskać dane i musimy wiedzieć, czemu spadła.

– A marines?

– Trzeba sprawdzić, czy żyją. Jeśli tak, przywieźć z powrotem.

Pokiwałem głową.

–  Pwiedziałeś, Jack, że żołnierze są doświadczeni. Na ile? – spytałem. Nie miałem ochoty ciągać za sobą dzieciaków przez miasto rozrywane na strzępy przez tyle walczących ugrupowań, że nie sposób było ich zliczyć.

– Podstawy mają. Zresztą, przed Turcją zostali poddani nanoterapii, więc są lepsi niż wskazywałby na to ich przebieg.

– Nanoterapii? To już rozwinęliście tę technologię na tyle, że stosujecie ją u jednostek liniowych? – zdziwiłem się.

– Tak. Podczas, gdy ty się wczasowałeś, my ciężko pracowaliśmy. Nanotechnologia militarna poszła bardzo do przodu. Stosujemy ją w znacznie szerszym zakresie, niż dotychczas – odrzekł sucho Campbell, patrząc na mnie badawczo.

Wiedział, że jestem przeciwny wszelkim tego typu manipulacjom z organizmem ludzkim, czemu dałem wyraz, dość ostro reagując na propozycję uczestniczenia w programie doskonalenia tej technologii. Technologia ta polegała na wprowadzeniu do krwioobiegu ludzkiego milionów nanomaszyn, mikroskopijnej wielkości urządzeń komunikujących się między sobą i przekazujących olbrzymią ilość impulsów i informacji zarówno „nosicielowi”, jak i poprzez łącza satelitarne komputerom rejestrującym zachowania, reakcje i psychofizyczną kondycję żołnierza. Dzięki tej technologii żołnierz zyskiwał bardzo wiele – nanomaszyny potrafią sterować szeregiem funkcji organizmu, wyostrzając zmysły człowieka, monitorując poziom jego stresu. Ograniczały strach, euforię, ból i inne emocje, utrudniające prowadzenie walki i optymalizując reakcje ludzkie na polu walki. Jednocześnie olbrzymie ilości informacji, przekazywane do komputerów centralnych, pozwalały na gromadzenie niedostępnej dotychczas ilości informacji o reakcjach jednostek na bodźce oddziałujące na ludzi podczas wojny. Wykorzystywano te dane do dalszych szkoleń żołnierzy. Dodatkowo, istniała możliwość programowania nanomaszyn tak, że „nosiciel” otrzymywał kodowane na poziomie podświadomym wiedzę i doświadczenie, zdobywane przez innych uczestników programu. Wyposażeni w tę technologię żołnierze szybko nabywali umiejętności, w normalnych warunkach mozolnie gromadzone przez wiele lat. I to tylko przez ludzi, którzy przeżyli.

Na papierze niby wszystko było w porządku. Mnie jednak przyprawiała o mdłości myśl, że ktoś stale zagląda mi do głowy, szybciej ode mnie wiedząc, co za chwilę zrobię i dlaczego. A może nawet steruje moim postępowaniem. Dlatego nie zgadzałem się na branie jakiegokolwiek udziału w programie, mimo że usilnie mnie do tego nakłaniali i Campbell, i inni. Nie mogli mnie do tego zmusić rozkazem, więc zgodziłem się jedynie na nanomaszyny „medyczne”, które przyspieszyły leczenie i rekonwalescencję. Według lekarzy działanie wstrzykniętych mi nanomaszyn ograniczało się jedynie do tego. Choć czasem miałem wrażenie, że dałem się podejść konowałom i wbrew własnej woli stałem się częścią systemu. Obrzydzało mnie to do granic wytrzymałości, ale na szczęście takie myśli pojawiały się tylko czasami.

Campbell usadowił się wygodniej w fotelu i podjął temat.

– Stosujemy nanomaszyny u jednostek marines, a także u komandosów z Delta i SEALs, biorących udział w walkach. Rezultaty są powalające. Ludzie o wiele szybciej uczą się nowych rzeczy, są odporniejsi na stres i ból, o wiele lepiej współpracują w pododdziałach. Nie udaje nam się skoordynować działań taktycznych w grupach większych niż pluton, ale dobre i to na początek. Zdziwiłbyś się, jakie żołnierze czerpią z tego korzyści – bez względu na dotychczasowe umiejętności i doświadczenie.

– A my – kontynuował po krótkiej pauzie – w czasie realnym nadzorujemy ich położenie, realizację powierzonych zadań, ich kondycję. Możemy wycofać tych, którzy zaczynają zbytnio szaleć na polu walki, albo – odwrotnie – nie spełniają oczekiwań. Ta technologia ma niesamowitą przyszłość.

– Jeśli chcesz mnie do niej namówić, to się nie męcz, Jack – odparłem z irytacją. – Nie dam się zaprogramować. A jeśli ta wasza technologia jest taka niezawodna, to czemu zgubiliście ten konkretny pluton?

– To jest część zadania, jakie zlecam tobie, David – odrzekł pułkownik, przyglądając mi się uważnie. – Nie wiemy, czemu nie mamy żadnych odczytów z ich nanomaszyn… Nie możemy ustalić ich położenia, nie wiemy nawet czy jeszcze żyją. I to nas niepokoi, być może jeszcze bardziej niż zagubiony satelita.

Zaczynałem rozumieć. Jak zwykle – pudełko w pudełku wewnątrz pudełka. Nic nie jest takie proste, jak się wydaje.

– Po co posyłacie mnie? Przecież możecie posłać kolejnych nanozabijaków i od razu wiedzieć, co się dzieje. Po co wam taki stary piernik jak ja, w dodatku w kwestii nanomaszyn nieco… niesubordynowany?

– Jesteś jednym z moich najlepszych ludzi. Poza Webbem najlepszy – rzekł Campbell powoli. Wiedział, jak ugodzić mnie najdotkliwiej.

Major Mike Webb, w FOX Hound tak samo długo, jak ja. Kryptonim Black Raven. Leciał ze mną w helikopterze, wtedy w Berlinie. Ja wypadłem, a on, przyłożywszy lufę beretty do głowy pilota, zmusił go do posadzenia maszyny na ziemi. Wsadził mnie do maszyny… i szlag go trafił. Dlatego, że nie przytrzymałem się taśmy. Campbell wiedział, jak mnie załatwić.

Z trudem przełknąłem ślinę.

– Co z nim, coś wiemy? – spytałem.

– Niestety nic – pułkownik wstał z fotela i, odwróciwszy się do mnie tyłem, stanął twarzą do okna. – Szukaliśmy go, czy choćby jego ciała. Nie znaleźliśmy. Przez pół roku, które minęło od Berlina. Nikt nic nie wie, w Berlinie, Moskwie, Warszawie. Jakby się wtedy rozpłynął w powietrzu.

– Nie wiem, co pan sugeruje, pułkowniku – warknąłem – ale Mike nie rozpłynął się w powietrzu. Widziałem, jak go dopadli ci zawszeni bojówkarze z Czerwonej Frakcji. Siedziałem w Hawku, do którego mnie wsadził, i widziałem, co się działo. Było ich tylu, że nawet on nie dał im rady. Obsiedli go, jak muchy padlinę.

Zamilkłem. Powoli starałem się uspokoić własne ciało, które aż bolało na samo wspomnienie. Szum krwi w uszach z trudem dawał się opanować. Z wysiłkiem oderwałem zaciśniętą na oparciu fotela dłoń i chwyciłem stojącą na stole szklankę. Wypiłem łyk lodowatej wody, pomogło. Emocje powolutku odpuszczały. Tętniczy szum ustał, mogłem słyszeć, co Campbell do mnie mówi.

– … nie sugeruję, David, uspokój się – gadał, wciąż stojąc tyłem do mnie. – Wiem, kim on dla ciebie był. Wiem, ile cię nauczył. I chyba wiem, co dla ciebie zrobił – pułkownik odwrócił się i powoli opadł na fotel. – Nie wracajmy do tego, według oficjalnego raportu Webb zginął wtedy na lotnisku, a ciała nie udało nam się odnaleźć. I dlatego mamy tylko ciebie… i aż ciebie. Rozumiesz?

Powoli kiwnąłem głową. Oczywiście, że rozumiem. Stare chwyty, prawda, przyjacielu? Najpierw obowiązek, potem poczucie winy. Manipulacja najwyższych lotów. Cóż, rozmawiałem z człowiekiem odpowiednim do zajmowanego stanowiska. I bez nanomaszyn potrafił mnie zaprogramować. W końcu był moim dowódcą od tylu lat. I przyjacielem.

***

Dostałem niecałe 20 godzin do wylotu. Następnego dnia o godzinie szóstej rano (zero-sześćset, jak określiły to zawarte na karcie pamięci instrukcje) miałem zameldować się na lotnisku. Transportowiec przerzuci mnie do austriackiego Linz, a stamtąd krótki lot Hawkiem do Czech.

Mam więc jeszcze wieczór, by pożegnać się z Ves, pomyślałem. Wiedzieliśmy, że prędzej czy później nadejdzie taki moment. Nie rozmawialiśmy o tym, bo i nie było o czym. Ona, starsza pielęgniarka w szpitalu wojskowym, znała realia, w jakich przyszło nam żyć. Poznaliśmy się podczas mojego leczenia, toteż zdawała sobie sprawę z charakteru moich zadań. Nie obiecywaliśmy sobie niczego, było nam ze sobą dobrze, i to wystarczyło. Bo co tu sobie obiecywać? Ja, prędzej czy później, miałem zgłosić się ponownie do służby, a z tego typu profesji nie ma raczej powrotu do normalnego życia. Wracasz albo w plastikowym worku, albo – jeśli masz szczęście – z dość dużym balastem psychicznym. Również to Vanessa doskonale rozumiała. Ale była cudowną, interesującą kobietą, a do tego pełną seksapilu kochanką – czego można więcej oczekiwać? Zwłaszcza jak jest się takim potłuczonym przez życie facetem, jak ja?

Wróciłem do domu, choć na moje szczęście odwiózł mnie ktoś inny niż sierżant Busquet. Sympatyczny chłopak, ale nie miałem ochoty już go oglądać. Po drodze kupiłem butelkę argentyńskiego merlota i postanowiłem zaszaleć. Nie potrafię gotować, toteż nawet nie próbowałem; zamówiłem z oficerskiej restauracji – oczywiście Francuzi nie mają kantyn, mają restauracje – pieczoną w boczku i ziołach jagnięcinę dla Ves i porządnego, krwistego steka dla mnie i rozstawiłem w domu tych kilka świec, które udało mi się w wyniku gorączkowych poszukiwań odnaleźć. Ten, nasz ostatni zapewne, wieczór miał być wyjątkowy.

***

Za pięć szósta, chłonąc miły chłód poranka, stanąłem przed bramką wejściową na lotnisko z rozkazem wylotu w ręku. Mimo rozstania z Ves czułem się dobrze, adrenalina zastąpiła bez problemów kofeinę i wiedziałem, że jestem gotów. Znów krew krążyła szybciej, znowu emocje wypełniały całe ciało, niczym smar nawilżający maszynę przygotowując mnie do działania. Mimo, że mogłem bez problemu wyobrazić sobie, co przyniesie przyszłość, podświadomie łaknąłem tej gorączki, tego napięcia, tego stresu. Demony budziły się do życia.

Na lotnisku czekał na mnie Campbell. Przywitał mnie lekkim uśmiechem i zaprowadził do samolotu.

– Przejrzałeś dane z informacjami, jakie ci przekazałem? – spytał po drodze.

– Tak, Jack. Oczywiście – spojrzałem na niego zdziwiony. – Jak zwykle. I jak zwykle, po zamknięciu pliku dane się wykasowały.

Po co o to pyta? – pomyślałem.

– To dobrze – odrzekł, nie patrząc na mnie. – Wszystko jasne?

– Najzupełniej. Sprzęt jest w samolocie?

– Tak – stanęliśmy przed schodkami, prowadzącymi do luku wejściowego. – Masz tam swoją broń, amunicję, trochę żarcia. Dodatkowo, dostałeś na tę akcję jeden z prototypowych mundurów. Przejrzyj go w drodze. Zrobiony jest z najnowszych materiałów – elastyczne włókna węglowe, kevlar, syntetyczna stal. Fajna sprawa.

– Co się dzieje, Jack? – spytałem, stając na wprost niego. Nie chciał spojrzeć mi w oczy. – Co chcesz mi powiedzieć?

– Uważaj na siebie, Davidzie – w końcu zmusił się do zerknięcia na mnie. – Po prostu uważaj na siebie.

– Jak zawsze, pułkowniku, jak zawsze – odpowiedziałem i z niejasnym uczuciem niepokoju wsiadłem do samolotu.

***

Rzeczywiście, mundur był nowatorsko nietypowy. Podczas dwugodzinnego lotu sprawdziłem go dokładnie i niemal przez cały czas kręciłem głową ze zdziwienia. Wykonany był z podklejonej delikatną bawełną dziwnej, elastycznej materii, przy lekkim nacisku uginającej się pod palcami, natomiast przy przyłożeniu większej siły sztywniejącej do twardości kamizelki kuloodpornej. Wzmocniony ciemnoszarymi elementami na goleniach, przedramionach i niemal całym korpusie, dziwny materiał miał nieokreśloną barwę, ni to szarą, ni ciemnozielonkawą, zmieniającą się w zależności od kąta, pod jakim się go oglądało. Nie był typowo uszyty – nigdzie nie widziałem szwów, ale całość wyglądała na doskonale spasowaną, wykonaną jakby „na miarę” tak, aby ściśle przylegać do ciała. Byłem ciekaw, jak będzie się nosił, bo był bardzo lekki i sprawiał wrażenie wygodnego.

Ciekaw jestem, skąd mają wymiary, pomyślałem, bo byłem pewien, że został wykonany specjalnie dla mnie. Pewnie w szpitalu. Ale to oznaczałoby, że przygotowywali się już wtedy, gdy nawet ja sam nie wiedziałem, czy kiedykolwiek włożę go na siebie. Zastanawiające.

***

Leciałem w samolocie sam, nie licząc trzyosobowej załogi transportowca. I dzięki Bogu, przynajmniej nie musiałem do nikogo gęby otwierać. Miałem czas, by sprawdzić broń, mojego wysłużonego XM8 Heckler&Kocha kaliber 5,56 mm, dwa ręczne pistolety: wyposażoną w zminiaturyzowany tłumik berettę i drugi, 190B Pistol, strzelający usypiającymi strzałkami. Do tego lekki, zrobiony z pokrytej mieszanką tytanowo-niklową stali nóż, ze zintegrowaną pochwą sprytnie wkomponowaną w piersiowy pas ładunkowy, który w połączeniu z ultralekkim małym plecakiem miał mi służyć za zbrojownię, spiżarnię i magazyn na czas akcji. Odrobinę żywności, opatrunki i środki do odkażania wody, ampułki ze środkami przeciwbólowymi, morfiną i trucizną, czyli wszystko, czego mógłbym się spodziewać. Wystarczy. By zabijać, albo by zginąć. Niczego innego nie oczekiwałem.

Poczułem, że samolot zniża pułap lotu i interkom nad moją głową skrzypiącym głosem zakomunikował, że zaczęliśmy zejście do lądowania. Austria.

Przejdź do kolejnej części – Zabawy dużych chłopców część 2

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Niezłe opowiadanie! Akcja zaczyna się rozwijać i jestem bardzo ciekawa co będzie dalej!Trochę mało erotyki, ale to dopiero wstęp jak sądzę. Czekam na ciąg dalszy.

Odcinek wprowadzający bardzo w stylu amerykańskich produkcji typu „Rambo”:) Fajny smaczek z apokaliptyczną wizją najbliższej przyszłości, choć trochę pieprzu odejmuje fakt, że w wyznaczonym terminie apokalipsa nie nastąpiła:) Może warto było przesunąć tę historię nieco w czasie?

Poprawiłem kilka literówek, zrobiłem akapity i uzupełniłem tamę w Chinach;)

Och, wiedziałem, że gdzieś zapomniałem jakiegoś szczegółu… A co do miniętego terminu – opowiadanie jest z końca zeszłego roku (bodajże), więc nic dziwnego, że się przedawniło.

Nie chciałem odpływać zbyt daleko w przyszłość, bo nie mam pojęcia jak będzie wyglądała broń przyszłości, to jeden z ważnych elementów tekstu i popłynąć można łatwo, oj łatwo…

Dzięki, pozdrawiam.

seaman

Pamiętam, że czytałam to opowiadanie jeszcze na DE i tak jak wtedy wystawiam najwyższą notę. Świetne opowiadanie, dobrze utrzymane napięcie, a erotyki jest w sam raz 🙂 Czekam na ciąg dalszy.

Dziękuję Rita (blush)

Otrzymać taką ocenę od jednej z najlepszych – bezcenne :-)))

Wiesz, Coyocie, bo mnie produkcje typu "rambo" jak to określił Mefisto po prostu chwytają za serce 🙂

Przepraszam, za pomyłkę imion. Mam nadzieję, że mi wybaczysz Seaman ten okropny błąd 😉
Za dużo Robertow się chyba naczytałam.
Pozdrawiam!

Erotyka jest, jest i to jaka! Fantastyczna "mokra" scenka, pamiętam nawet, gdzie ją czytałam po raz pierwszy, dziwiąc się, jak można napisać tak długą i jednocześnie dynamiczną scenę erotyczną i nie znużyć czytelnika.

FENOMENALNE – ja chcę jeszcze! nie mogę się doczekać dalszych części. Nie wiem dlaczego umknęło mi to podczas przeglądania DE.

@Anonimowy – zapraszamy w takim razie do regularnych odwiedzin na stronie:-) Opowiadanie Seamana świetne, a i na dalsze jego części nie będziesz musiał/a długo czekać.

Mam gorący apel do Anonimowych czytelników. Podpisujcie swoje komentarze jakimś nickiem! Dzięki temu staniecie się trochę mniej anonimowi:)

Napisz komentarz

29 − 25 =