Żegnaj Lizbono IV (Miss.Swiss)  3.86/5 (22)

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 31 minut/-y    
Autor nieznany, ilustracja ukazująca zniszczenia Lizbony

Autor nieznany, ilustracja ukazująca zniszczenia Lizbony

Zaczął padać drobny, uciążliwy deszcz. Czułem małe, siekące krople na rozpalonej skórze. Przeciągnąłem dłonią po twarzy i starłem drobne odpryski sadzy, które przylgnęły do mnie na pogorzelisku. Nie znalazłem jej ciała, nie znalazłem ciała, powtarzałem w myśli, chwytając się z całych sił tej ostatniej, żałośnie nikłej nadziei. Może Inès była już w drodze do portu, lecz przerażona pożarem i zbiegowis-kiem, jakie wywołały płomienie, ukryła się gdzieś w nieuprzątniętych miejskich ruinach? Znała miasto lepiej ode mnie, wiedziała przecie, którędy uciec ze zburzonego więzienia, jak odnaleźć w chaosie katastrofy brata, pocieszałem się, choć wciąż towarzyszył mi lekki niepokój.

Najchętniej od razu zacząłbym jej szukać, lecz ciemną, listopadową nocą, w coraz silniej padającym deszczu i rzadkiej mgle, która nadciągnęła zza oceanu, niewielkie miałbym szanse, by natrafić na jakikolwiek ślad. Pomyślałem, że najroztropniej będzie poczekać w gospodzie na wieści od mego druha.

Przystanąłem na chwilę i oparłem czoło o kamienną, chłodną ścianę. Poczułem nagle ogromne znużenie i przejmujący głód. Suchość w gardle przypomniała mi o tym, że od wielu godzin nie miałem w ustach ani kropli wody czy wina. Spojrzałem w górę i dostrzegłem, że stoję tuż przed Drogą Żywej Wody, jak mawiała  Mafalda. Oberża Ximena znajdowała się obok potężnego akweduktu, od kilku lat zaopatrującego stolicę w źródlany płyn z niedalekiego Caneças. Na szczęście dla lizbończyków ocalał on w stanie niemal nienaruszonym, tak jak i stojące wokół niego budynki,  a miasto uniknęło klęski braku wody.  Pomny przestróg Zeferina, udzielonych mi tuż po przybyciu do Lizbony, by nie zapuszczać się po zmroku w cienie łuków budowli, skręciłem w ulicę oświetloną nikłym blaskiem świec z okien domów i karczm.

Mimo wczesnej pory, w gospodzie panował gwar i ścisk. Ci, którzy mieli zasobne kiesy, pragnęli zapomnieć o kłopotach minionych dni, racząc się dobrym winem i znakomitą, choć ciężką kuchnią gospodarza.

Nająłem od razu najmniejszy pokój, nawet nie targując się z chytrym szynkarzem, choć cena zdała mi się wygórowaną, i przysiadłem przy małym, rozklekotanym stole w możliwie odosobnionym kącie gospody, skąd miałem dobry widok na wszystkich, którzy tego wieczoru zdecydowali się wydać tu nieco grosza. Z niecierpliwością czekałem na Fernão i na wieści o tym, co naprawdę przytrafiło się Berengarii i dziewczętom. Wieczorne godziny mijały, on jednak się nie zjawiał.

Słuchałem, co powiadali. Niejeden z biesiadników był gościem burdelu, niejeden zachodził tam co parę dni, choć niewielu odważyłoby się w tych dniach głośno przyznać się do bliskiej  znajomości z którąś z dziewcząt. Nastawiłem ucha. W jednym kącie głównej izby młody, szczupły jezuita dowodził gorąco, że boska ręka pokarała grzesznice, ogniem wytrzebiła gniazdo szatana, by chronić dzielnych, portugalskich mężów przed pokusami i pokazać miastu, że żaden rozpustny uczynek nie pozostanie bezkarny. Stojący wokół niego z poważnymi minami kiwali głowami. Gdy tylko wyszedł z gospody wybuchnęli gromkim śmiechem.

– Jakby to, panie, oni nie byli pierwszymi w łożach owych grzesznic! A co to sobie potrafił zażyczyć ten i ów! – zadrwił Domingo, znany mi bogaty hiszpański kupiec bławatny z Barcelony.

– Trudno będzie znaleźć takie słodkie panny, jakie miała Berengaria, świeć panie nad jej duszą – westchnął stojący obok niego tęgi mężczyzna o pospolitych rysach.

– Ech, Signori, najlepszy to był burdel, najlepszy w Lizbonie – dodał tęsknie Włoch Gaetano, którego również tam czasem widywałem – a kto wie, czy i nie w całym królestwie?

– Czy słyszeliście, że to spisek przeciw panu de Melo? – odezwał się milczący dotąd Pettersen. Musiał wejść do gospody kilka chwil wcześniej, bo zauważyłem go dopiero wtedy, gdy się odezwał. Miał rozognione policzki i lekko osmalony płaszcz. Być może też był wśród gapiów, lecz naonczas go tam nie dostrzegłem.

Kilka głów zwróciło się w jego stronę z wyraźnym zainteresowaniem.

– To pewny trop – pokiwał głową. – Książę Távora chciałby powstrzymać jego wpływy, słychać wciąż, że król zdaje się na pana de Melo w każdej sprawie i nie słucha już nikogo poza nim.

– To Portugalia ma króla? – zadrwił znów nieźle już podchmielony Hiszpan. – Czyż nie przestraszył się ów wielmożny pan tak wielce trzęsienia ziemi, że nie chce już mieszkać w pałacach i kazał sobie rozstawić w Ajudzie zwykły namiot? I siedzi tam od dwóch dni i trzęsąc zadkiem, że następnym razem  jego, i jego rodzinę przywalą kamienie i cegły?

Odpowiedziało mu zakłopotane milczenie, przerwane znów przez Pettersena.

– Zaręczam wam, to spisek przeciw ministrowi… Winny jest z pewnością książę! Gdzież lepiej mógłby dopaść swego wroga, niż w czasie, gdy ten jest w ramionach niewiasty. Oczywiście, nie widziałem tego, nie byłem tam przecie, ale każdy, kto zna księcia…

Kilka głosów usiłowało sprostować, że klientem przybytku nie bywał minister, lecz jego brat, lecz zginęły w głośnym gwarze rozmów, a Pettersen perorował dalej. Wiedziałem, że Niderlandczyk miał swe powody, by księcia nie lubić. Słynną była historia sprzed kilku lat, jak to o mało nie postradał życia, uciekając bez spodni z komnat księżnej Távora, gdy jej zazdrosny i dużo starszy małżonek niespodziewanie powrócił wcześniej z polowania.

Śmiała się Lizbona z Pettersena, ściganego przez książęce charty przez podwórze, śmiała jeszcze długie miesiące i z arystokraty, który już na zawsze pozostał wobec niego podejrzliwy. Jasnym dla mnie było, że Holender nie przepuści nigdy okazji, by zdyskredytować swego konkurenta. Podejrzenie wydało mi się absurdalne, znudzony zwróciłem więc swój wzrok w drugi kąt gospody. Sam wczoraj nie mogłem pozbyć się wrażenia, że bezwzględna Áurea miała swój udział w tragedii… Gdy jednak  na własne oczy ujrzałem żelazne, ciężkie sztaby, którymi zawarto okna, zwątpiłem w jej winę. Jeśli nawet coś o tym wiedziała, a chętnie teraz, gdy ochłonąłem nieco, wziąłbym ją na spytki, nie mogłaby dokonać takiego strasznego czynu sama.

Pogrążony w rozmyślaniach nad zagadką podpalaczy, zjadłem obfitą kolację i ugasiłem pragnienie znaczną ilością przednich trunków. Mojego druha jednak wciąż nie było. Lekko zniecierpliwiony napocząłem właśnie kolejny dzban znakomitego wina z Madery, gdy się pojawiły.

Dwie wychudzone, bardzo młode dziewczyny o zdziczałych, wygłodniałych oczach wemknęły się niemal niepostrzeżenie tylnymi drzwiami do gospody. Przyciśnięte plecami do muru przesuwały się powoli, cal po calu, w stronę bocznej, w stronę bocznej ławy, którą z mego miejsca doskonale widziałem, choć ukryta była za załomem ściany.  Piętrzyły się na niej świeżo wypieczone bochny chleba, marynowane owoce i pokrojone płachty suszonego dorsza. Nie miałem wątpliwości, jakie żywiły zamiary. Czekały jednak o chwilę za długo, szepcząc między sobą i najwidoczniej nie mogąc dojść do porozumienia, po co najwygodniej sięgnąć.

Jedna z nich, wyższa i starsza chyba od towarzyszki, przesunęła przymrużonymi, czujnymi oczyma po gospodzie, by na końcu napotkać moje kpiące spojrzenie.

Uniosłem w jej stronę kielich. Panika zamigotała w jej rozszerzonych źrenicach. Bała się zapewne, bym ich nie wydał. Podniosła szybko ręce do gorsu, rozchyliła nieznacznie płócienną koszulę pokazując parę smagłych, niewielkich piersi. Z pytającym spojrzeniem ujęła je w dłonie jak dwie dojrzałe brzoskwinie, niczym straganiarka na targu zachwalająca swój towar. Trwało to ledwie kilka sekund. Dziwka sama wchodziła mi w ręce.

Skinąłem aprobująco głową, dobyłem z kieszeni błyszczącą sztukę srebra, przysunąłem ją do płomienia świecy i obróciłem w palcach tak, by mogła dobrze przyjrzeć się monecie. W jej oczach dostrzegłem błysk chciwości. Powoli skinęła głową na znak zgody. Bawiła mnie ta rozmowa bez słów. Nikt nie dostrzegł naszej wymiany gestów.

Wyższa dziewczyna rozejrzała się szybko na boki, przemknęła jak cień między ławą a moim stołem. Nie była piękna, ani nawet ładna. A może tylko nie było widać jej prawdziwej urody przysłoniętej przez nędzę i głód. Rysy miała pospolite, choć regularne, oczy ciemne, pozbawione wyrazu, usta dość duże, o grubych mięsistych wargach, dające przypuszczenie, że być może wśród jej przodków byli Maurowie. Skręcone długie włosy wydawały się grube niczym powróz. Chwyciłem ją za nie mocno, aż jęknęła z bólu i wepchnąłem pod stół. Słyszałem, jak po chwili łapczywie zbiera niedojedzone przeze mnie kości perliczki i starannie je obgryza. Kruche chrząstki chrupały miażdżone jej młodymi, równymi zębami. Poczułem wzbierające mdłości, już po raz kolejny tego dnia zresztą. Spojrzawszy po raz pierwszy na jej pełne, szerokie wargi zapragnąłem właściwie, by pod stołem ulżyła mojej męskości, lecz pomny faktu, że zapewne od wielu dni nie miała nic w ustach zawahałem się teraz, czy nie okazałoby się to dla mnie zbyt bolesne.

Byłem rozdrażniony. Skinąłem na gospodarza. Ximeno przybiegł natychmiast. Całowieczorną konsumpcją zdołałem sobie pozyskać jego względy i opinię dobrego gościa.

– Wyciągnij to ścierwo spod stołu, daj jej jeść, byle nie za dużo i każ jej się obmyć. Chcę ją wziąć w swojej izbie – usłyszałem swój własny głos, zmieniony przez alkohol i gniew, który z trudem tłumiłem. Byłem już w sztok pijany.

Chrupanie pod stołem ustało, by po chwili przerodzić się w wysoki pisk, gdy gospodarz wraz z pomocnikiem wyciągali ją za długie zmierzwione włosy z kryjówki. Broniła się nadzwyczaj sprawnie, drapiąc paznokciami i rozdając kopniaki. Gospodarz ścisnął ją mocnym ramieniem, obrócił jej twarz do siebie i stwierdził z dobrotliwym wyrzutem:

– Toż to Dora, dziewka od Figureirów, co to ją wyrzucili z bękartem. Znowuż przyszłaś kraść, wywłoko? – otwartą dłonią wymierzył jej policzek tak mocno, że aż się zatoczyła.

Przyglądałem się temu obojętnie, popijając wino. Chciałem dziś sprawiać ból, chciałem, by inni cierpieli tak, jak ja. Pragnąłem zgubić gdzieś swoją niemoc i rozpacz, zapomnieć o własnym cierpieniu. Ktoś musiał zapłacić za moje nieszczęście.

Szynkarz dopiero się rozgrzewał. Złapał dziewczynę za ramię i cisnął nią o podłogę, lżąc przy tym najcięższymi obelgami, jakie dane mi było usłyszeć w melodyjnym portugalskim narzeczu. Chwycił drewniany zydel i znów się na nią zamierzył, jego wściekłość zdawała się rosnąć w miarę razów, którymi okładał dziewczynę. Zaniepokoiłem się nieco.

– Hola, nie zepsuj mi jej! – wtrąciłem – chcę ją dziś mieć. Musi mnie zadowolić, a ty ją połamiesz. – Natychmiast odstawił zydel i skłonił się nisko.

– To złodziejka, panie – uprzedził mnie gorliwie – bacz pilnie na swój trzos! Jeśli chciałbyś, sprowadzę miast tego Sanchę lub Rosę – dodał przymilnie i uśmiechnął obleśnie. – A gdybyś zechciał je obie… za skromną, dodatkową opłatą…

Słyszałem, że jest chciwy i kupczy własnymi pasierbicami, co napełniało mnie wstrętem. Fernão opowiadał mi kiedyś, jak w kilku licytowali pewnego wieczora cnotę młodszej, Rosy, a zadowolony z finansowego wyniku owej transakcji Ximeno wywlókł ją przerażoną w środku nocy z łóżka i rzucił na żer trzem wygłodniałym żołdakom, przyglądając się z zadowoleniem, jak ją brali. Od tamtej nocy dziewczyna nie odezwała się już ani słowem i ani długie leczenie specyfikami doktora Alvaro, ani razy i przekleństwa ojczyma nie były w stanie wydobyć z niej słowa. Patrząc w jego rozbiegane, okrutne oczy przypomniałem sobie tę historię.

– To moja rzecz – odparłem ostro, być może zbyt ostro. – Przynieś nam chleba i kawałek ryby!

Skłonił się znów w milczeniu i pobiegł spełnić moje życzenie. Dziewczyna podniosła się powoli z podłogi. Brudnym rękawem otarła krew z nosa. Rozbita ciosem Ximeno warga zaczynała już puchnąć. Przycupnęła na skraju ławy, spuściła oczy. Przesunąłem kielich w jej stronę. Ostrożnie ujęła go oburącz i wypiła do dna.

Karczmarz bez słów postawił przed nią niewielką porcję jadła. Przyglądała jej się przez dłuższą chwilę, jakby w myślach dzieląc ją na jeszcze mniejsze części.

– Jedz… Doro, czy tak? – rzekłem – Będziesz potrzebować siły.

Moją zawoalowaną groźbę przyjęła na pozór spokojnie, gdyby nie lekkie drgnięcie ramion i ruch powiek, które jednak nie umknęły nawet mojej stępionej alkoholem uwadze. Przeciągała jedzenie jak długo tylko mogła.

– Idziemy – oznajmiłem, gdy przełknęła ostatni kęs. Ująłem ją za bark, i popychając przed sobą, wskazałem schody. Już na pierwszym stopniu przypomniałem sobie o jej towarzyszce. Wciąż tam była. Osunęła się po ścianie, bojąc poruszyć i z przerażeniem obserwując całą scenę. Skinąłem na nią, a mój gest nie pozostawiał żadnych wątpliwości.  Wstała powoli i ze spuszczoną głową podążyła za nami.

Zgodnie z moim życzeniem przygotowano blaszaną misę z parującą wodą i kilka czystych szmat.

– Umyjcie się – rozkazałem.

Rozebrały się z ociąganiem i powoli obmyły. Dora była młoda, lecz ciało miała już zniszczone ciężką, fizyczną pracą. Wypukłe żyły na twardych, chudych przedramionach i stwardniałe od poparzeń i drobnych skaleczeń węzłowate dłonie świadczyły o tym, że nie oszczędzano jej, prawdopodobnie od najmłodszych lat. Z pewnością też służyła swemu panu do zaspokajania cielesnych uciech. Stanęła przede mną, skrzyżowała nogi i ręce, czekając na dalsze polecenia.

– Na łoże i rozkładaj nogi. Szeroko!

Niezgrabnie wgramoliła się na posłanie i ułożyła zgodnie z moim życzeniem. Nie lubiłem takiej bierności. Kolanem rozszerzyłem jej uda, rozpiąłem ciężką klamrę pasa i pochyliłem się nad nią. Dotknąłem palcem piersi, przesunąłem miękkim członkiem po udzie, zacisnąłem dłoń na jej wzgórku.  Leżała, ciężko oddychając. Przy każdym mym ruchu kurczyła się, jak przed ciosem. Czułem znów, tak samo jak kilka lat wstecz, złą część mojej natury próbującą dojść do głosu. A ja miałem ochotę jej na to pozwolić. Czerpałem z tej sytuacji zależności, poddania, niemało satysfakcji, podniecało mnie, że decyduję o czyimś losie. Moje zmysły jednak były uśpione. Ująłem mocniej członek, obejrzałem się na drugą dziewczynę.

Trzymając ubranie przy piersiach skradała się właśnie do wyjścia, jednak na widok moich groźnie zmarszczonych brwi zatrzymała się natychmiast, chowając głowę w ramionach.

Skinąłem na nią. Podeszła niechętnie, ale nie miała wyboru.

– Spraw, bym was obie zechciał – rzuciłem groźnie. Już osuwała się przede mną na kolana, sięgając ręką w stronę mojego krocza, gdy chwyciłem ją za łokieć i ruchem głowy wskazałem na łoże.

– Panie, nie… toć to przecie grzech – wyjąkała przerażona, gdy zrozumiała, czego od niej oczekuję. Pojęcie grzechu u papistów, a zwłaszcza logika, jaką się kierowali używając go, nigdy nie były dla mnie zrozumiałe, ale nie zamierzałem przejmować się jej moralnymi oporami. Wiedziałem, czego pragnę.

– Chcesz przecie, bym był z was zadowolony? Chcesz dostać sztukę srebra i najeść się wreszcie do syta? – Skinęła głową i skwapliwie wpełzła na posłanie. Widać było, że wcześniej tego nie robiła. Uklęknęła w rozkroku nad łonem Dory i delikatnie dotknęła jej brzucha. Była od niej niższa i bardziej pulchna. Piersi o dużych jasnych tarczach sutków opadały lekko, brzuch miała lekko wklęsły, okrągłe biodra i zgrabne, choć niezbyt długie nogi. W jakiś sposób budziła jednak apetyt na oglądanie jej i dotykanie.

Zapaliłem jeszcze jedną świecę i rozsiadłem się w fotelu, kontemplując jej ciało.

– Rozpuść włosy… ty… jak ci tam… – zażądałem. Widziałem jej ciężkie, piękne sploty w kolorze ciemnej miedzi, spięte w duży węzeł na karku.

– Neves – odrzekła cicho. Dobrą chwilę zajęło jej rozplątanie warkoczy, lecz gdy pozwoliła rozsypać się włosom na plecach i ramionach, musiałem aż wstrzymać oddech, tak wiele zyskało w tej ramie jej wprawdzie słodkie, lecz szerokie i pospolite lico.

– Dalej zatem, Neves – zażądałem – daj rozkosz swej przyjaciółce, pokaż mi, żeś warta mego srebra.

Pochyliła się i nieśmiało wzięła pierś Dory między swe pełne wargi. Ta wstrzymała oddech i pisnęła cicho. Neves z od razu wypuściła ją z ust i z lękiem spojrzała na mnie.

– Nie przerywaj – szepnąłem zafascynowany. Pochyliła się więc ponownie, już nieco śmielej, szepnęła leżącej coś do ucha. Ich wargi zetknęły się wpierw ostrożnie, lecz po chwili zapamiętały się w długim, namiętnym pocałunku. Dora uniosła ramiona i skrzyżowała je na plecach kochanki. Całowały się teraz mocno,  głęboko, przesuwając dłonie wzdłuż pleców, ud, gładząc nawzajem piersi. Neves miała chyba więcej temperamentu i była wrażliwsza na fizyczną przyjemność, z mojego miejsca zauważyłem, jak jej sutki ciemnieją lekko, a oczy nabierają blasku. Wyprostowała się, wygięła do tyłu, jej ręce błądziły teraz po zapadniętym brzuchu Dory, by po chwili podążyć w dół i objąć niknącą w cieniu ciemnych kręconych włosów  wypukłość.

– Niżej.. zejdź niżej – wychrypiałem. Chciałem zobaczyć, jak jedna rozsuwa kolana, a druga leżąc między jej udami ofiarowuje jej rozkosz.

Można sobie było zażyczyć takiej usługi u Berengarii, a amatorów nie brakło nigdy, choć i też nie przechwalano się tym publicznie. Pierwszego wieczoru, gdy Fernão wprowadził mnie w progi owego przybytku, gdzie stałem się odtąd wiernym bywalcem, obiecał mi wrażenia, których miałem długo nie zapomnieć. I rzeczywiście – widok dwóch gibkich, smagłych, kreolskich piękności z brazylijskiej kolonii, które powoli zsuwały z siebie skąpe kolorowe szaty i przystrojone jedynie w srebrne naszyjniki i ciężkie, pobrzękujące bransolety obejmowały się czule w blasku przytłumionego światła, burzył krew niejednemu, nawet doświadczonemu mężowi.

Marilia i Ana rzadko miewały tedy wolne wieczory. Czekaliśmy zawsze na moment, gdy po chwili namiętnych, coraz bardziej natarczywych pieszczot jedna z nich, a nigdy nie było wiadomo, która zacznie pierwsza, ułoży drugą na plecach, wysunie zwinny szorstki języczek i zanurkuje pomiędzy brązowe uda kochanki. Za każdym razem robiły to nieco inaczej, za każdym razem rozpalając swych widzów do białości. Oglądać je, wijące się bezwstydnie, rozłożone, chętne i zaspokajane jedynie językiem i ustami, tego każdy chciał choć raz doświadczyć… Zaś zaproszenie do wspólnych z nimi igraszek padało nader rzadko i stanowiło nadzwyczajny wyraz zaufania oraz zaszczyt.

W niektóre wieczory Marilia zdejmowała jedną ze srebrnych bransolet i wręczała wybrańcowi, któremu wolno było pójść z nimi do specjalnej izby. Odprowadzany zazdrosnymi spojrzeniami, oszołomiony wyróżnieniem i wdzięczny, nie szczędził później monet ze szlachetnych kruszców…

Dwie pospolite kobiety z gminu nie mogły, rzecz jasna, równać się z zamorskimi, doświadczonymi pięknościami, lecz w końcu i przy nich poczułem swoją męskość napierającą na płótno spodni.

Neves nie zrozumiała, czego oczekiwałem, zacząłem się niecierpliwić. Siedziała teraz na łonie Dory, wsunąwszy dłoń pomiędzy oba ciała, przesuwała się w przód i w tył. Dorze wydawało się to obojętne. Wstałem energicznie i odsunąłem Neves na bok.

Natarłem na Dorę. Nie była jeszcze dość wilgotna, nawet zbyt sucha, nie gotowa, lecz za to luźna, więc udało mi się wbić pomiędzy jej lekko obwisłe wargi. Wycofałem się na chwilę i zaatakowałem z impetem. Zacisnęła zęby z bólu popiskując jedynie z rzadka. Ujeżdżałem ją jak klacz, od czasu do czasu wymierzając niezbyt mocny, ale zdecydowany policzek. Ręce zająłem jej niewielkimi, opalonymi piersiami. Nadawały się wyśmienicie do tego, by je miętosić w dłoniach, szczypać, by sprawiać jej ból. Nie tak mocny, by bardzo cierpiała, lecz taki, by zmusić ją do lekkiego grymasu twarzy, wyrwać z obojętności. Sama mi je przecież ofiarowała.

Po kilku minutach byłem już zdyszany, lecz wciąż niezaspokojony.

– Jesteś luźna jak cebry, w których Ximeno trzyma sztokfisze – oznajmiłem z niezadowoleniem, wychodząc z niej i spoglądając z niesmakiem na jej zaczerwieniony srom – pewnie co dnia kurwisz się w porcie z marynarzami?

Nie odpowiedziała. Niewidzącym wzrokiem wpatrywała się w sufit, a jej usta szeptały bezgłośną modlitwę. Jędrne piersi były teraz boleśnie nabrzmiałe, sterczące, sutki lśniły wilgocią pojedynczych, mlecznobiałych kropli.

Chwyciłem ją mocno za biodra, odwróciłem na brzuch i znów wsunąłem między szczupłe uda. Przyjęła mnie z cichym zrezygnowanym jękiem. Brałem ją znów szybko, brutalnie, nie zważając na ciche bolesne kwilenia. Trzymałem ją w mocnym uścisku od tyłu, zgniatając twarde piersi. Ciągnąłem za sutki, z których ciekły teraz rzadkie, ciepłe strugi. Zlepiały mi palce, co podniecało i gniewało mnie coraz bardziej. Ktoś musiał zapłacić za mą rosnącą wściekłość. Sięgnąłem ręką w bok i chwyciłem za włosy Neves, przyciągając do siebie. Przysunęła się natychmiast w oczekiwaniu na kolejne polecenia. Nakazałem jej uklęknąć z tyłu, co spełniła od razu. W tym miała chyba więcej wprawy. Przytuliła się do mnie całym swym miękkim ciałem, wysunęła język wodząc nim po moich udach i pośladkach. Długie włosy drażniły skórę, dotyk szorstkich rąk przesuwających się posłusznie  wzdłuż moich nóg podniecał i złościł.

Jakże nienawidziłem świata, kardynała Malagrii, zaś przede wszystkim jego boga, który łaskawie zezwolił mi zasmakować najwyższego szczęścia, by natychmiast je odebrać. Nienawidziłem tego okrutnego, zimnego miasta, które chciało błyszczeć i być ponad inne, a stało się jedynie kupą gruzu, ciasnych horyzontów jego ludu, i wszystkich ciemnych, biernych dziwek tego świata pozwalających brać się nawet w najbardziej upokarzający sposób. Najchętniej skręciłbym Dorze kark, by ziemia nie musiała nosić jeszcze jednej takiej nieszczęśnicy, gdy poczułem nagle, że zwiotczała w moich ramionach. Osunęła się powoli na łóżko. Spostrzegłem ślady jasnej, świeżej krwi na swoim przyrodzeniu. Było jej więcej, niż zwyczajnej krwi miesięcznej. Neves krzyknęła przerażona.

Zostawiłem dziewczynę na posłaniu i podniosłem palce do nosa. Pachniały mdląco, słodkawo. Poczułem, jak obfita kolacja i wino, którego sobie nie żałowałem wieczorem, pragną powrócić tą samą drogą, jaką trafiły do mego żołądka. Z trudem powstrzymałem wymioty. Zanurzyłem ręce w dzbanie ze świeżą wodą, stojącym obok łoża i obtarłem pospiesznie. Teraz, gdy lekko oprzytomniałem, przyjrzałem się bliżej leżącej. Oddychała ciężko. Ciało miała posiniaczone, znać było też ślady razów. Ṥwieżo zaczerwieniona skóra była moim dziełem, z którego teraz z pewnością nie byłem dumny. Na piersiach odkryłem delikatne dróżki zadrapań i obtarć wokół sutków. Dopiero wtedy zrozumiałem, że musiała karmić, a może nawet była jeszcze w połogu, zaś ja swoją brutalnością otworzyłem niezagojone rany. Poczułem się sam zbrukany tym aktem, choć przecie, jak tłumaczyłem sobie, zrobiła to dobrowolnie, a nawet sama chciała mi się oddać.

Zanurzyłem ostatni czysty ręcznik w wodzie i podałem Neves. Była przerażona, lecz wzięła go posłusznie i delikatnie obmyła Dorę. Ta  poruszyła się niespokojnie. Jej czoło było teraz rozpalone i lśniło od potu. Potrząsnąłem ją za ramię. Otworzyła szkliste oczy. Bez wątpienia trawiła ją gorączka.

– Możesz odejść – rzekłem surowo – nie będę cię już potrzebował.

Wyjąłem z sakiewki srebrną monetę, po krótkim namyśle dodałem drugą i wcisnąłem jej w dłoń. Wymamrotała coś niezrozumiale, zebrała swe nędzne odzienie i zataczając się dotarła do wyjścia. Odetchnąłem głęboko i otworzyłem malutkie okienko izby, by pozbyć się zapachu nieszczęścia i mej własnej hańby. Neves kuliła się na szerokim łożu, modląc się zapewne, bym o niej zapomniał. Postanowiłem, że będzie mieć tego wieczora szczęście. Obdarowana monetą, zniknęła tak szybko, że nawet nie zdążyłem nakazać jej pójść za Dorą.

Następnego dnia, po kilku godzinach mocnego snu, tym razem bez nocnych majaków i wizyt rozpustnych arystokratek, obudziłem się zdeterminowany, pełen świeżych sił, gotów własnymi rękoma przekopać każdy dom i ruinę w Lizbonie i odnaleźć Inès. Nie chciałem wierzyć w jej śmierć, usiłowałem przekonać samego siebie, że właśnie ona zdołała ujść okrutnemu losowi. Nie po to przecież cudownym trafem ocalała przed stosem, by znaleźć swój koniec w płomieniach.

Obmyłem się pospiesznie i wyszedłem z izby. Ktoś w wąskim korytarzu równocześnie ze mną otworzył drzwi, a zauważywszy mnie, pospiesznie je zamknął. Nie dość szybko, bym nie dostrzegł jednak szerokiej sylwetki i jasnych włosów.

– Pettersen? – stwierdziłem raczej, niż spytałem. Nie spodziewałem się go tu zastać. Czemu jednak miałby kryć się przede mną? Dopadłem do lichych drzwi i otworzyłem je jednym mocnym ruchem. Na próżno, poczerwieniały, usiłował zasłonić przede mną wnętrze pokoju.

On sam był już kompletnie ubrany, zaś na posłaniu, zasłaniając białą koszulą swe bujne wdzięki, siedziała wystraszona Elvira. Nigdy wprawdzie nie korzystałem z jej usług, lecz dobrze zapamiętałem duże, zielone oczy, bujne czarne warkocze i wdzięk, z jakim tańczyła hiszpańskie tańce dla swych faworytów. Nie wydawała się uradowana moim widokiem, choć ja zrazu, w mej naiwności, ucieszyłem się bardzo. Więc jednak ktoś naprawdę ocalał!

– Jak udało ci się uratować? Czy wiesz, co się stało z Inès? – zasypałem ją pytaniami. Odpowiedziała szybkim potokiem hiszpańskich słów, akcentując je tak, jak to robili w jej rodzinnej Maladze. Nie byłem zbyt biegły w tym narzeczu, czułem jednak, że usiłuje się wymigać od wyjaśnień. Podniosła rękę do dekoltu wskazując na zawieszony na cienkim łańcuszku ozdobny krzyż, z którym się nigdy nie rozstawała.

– Daj nam spokój, Williamie – Pettersen odzyskał rezon – na szczęście wiara pozwoliła nam ocaleć, lecz Elvira jest nadal wstrząśnięta śmiercią przyjaciółek.

– Nam? Co to oznacza? Byłeś tam wtedy? Jak udało wam się wydostać? – zwróciłem się do niego. Tylko tego chciałem się dowiedzieć.

Zaczął plątać się w odpowiedzi. W końcu machnął ręką, poczerwieniał jeszcze bardziej i lekko naparł na mnie, usiłując wypchnąć z izby. Elvira gwałtownie potrząsnęła rękami, nadal wyrzucając z siebie stukoczące jak kastaniety, hiszpańskie zdania. Coś zabrzęczało.. Dźwięk ten znałem dobrze. Odwróciłem się raz jeszcze i przyjrzałem smukłym, kształtnym ramionom. Choć Pettersen usiłował mi przeszkodzić, dopadłem jej i chwyciłem za nadgarstek. Znałem te precjoza, stare zamorskie rzemiosło, ozdobione egzotycznym ornamentem. Jeden, jedyny raz ściskałem je w dłoni, sądząc, że trzymam klucz do raju. Ramię Elviry zdobiły dwie słynne bransolety, jeszcze wczoraj należące do Marilli. Wzmocniłem uścisk na przegubie.

– Przypadkiem się uratowałaś i przypadkiem miałaś na sobie bransolety Marilli? Przypadkiem też, twój kochanek ma osmalony płaszcz, choć wczoraj opowiadał wszystkim, że nie był przy pożarze?

Elvira wybuchnęła płaczem, wzywając na ratunek wszystkich świętych, na czele z  najświętszą panienką. Ci jednak ani myśleli pospieszyć jej z pomocą i obronić przed moim gniewem. Uciszyłem ją mocnym policzkiem.

– Mów prawdę!

Rozzłoszczony Pettersen zbliżył się do mnie. Mimo, że górował nade mną posturą i zapewne siłą, nigdy nie odczuwałem przed nim lęku. Wystarczyło, że się zamachnąłem, a skulił się i odskoczył.

– Cobarde – mruknęła cicho Elvira.

Wyciągnąłem  nóż.

– Gadaj! – syknąłem.

Wtulił głowę w ramiona i niemalże się rozpłakał.

– Ja tylko pomogłem… Pozwolili wyjść właścicielce, pozwolili mi zabrać Elvirę. Tylko zamknąłem okna. Mówili, że szybko będzie po wszystkim. Musiałem pokazać, żem po ich stronie, że ich wesprę… że gniazdo grzechu zginęło… Jak chcesz żyć wśród nich, dalej ubijać dobre interesy, nic nie poradzisz…

Czerwona mgła przesłoniła mi oczy. Nie wiem, jak długo i czym go okładałem, nie wiem, jak długo krzyczała Elvira, jak długo on charczał, błagając o zmiłowanie, aż zwabiony  okrzykami przybiegł Ximeno wraz z kucharzem. Nie wiem, jak strasznie wyglądałem, gdy roztrąciłem ich łokciami i wybiegłem na zewnątrz. Pewnie przerazili się znacznie, bo nie próbowali mnie zatrzymać. Ochłonąłem dopiero w bocznej uliczce Alfamy, przysiadłem na kamieniu i ukryłem twarz w dłoniach. Pierwszy raz od lat, nie pomnę nawet ilu, rozpłakałem się rzewnie.

Pamiętałem je, pamiętałem każdą z osobna, choć nie wszystkie były mi jednako bliskie. Każda twarz stawała mi teraz przed oczami. Roześmiane, frywolne, czułe w intymnych chwilach, wyrozumiałe, niektóre pyskate, lecz w potrzebie niezawodne. Czemu musiały umrzeć?

A jednak ze słów Pettersena wynikało, że przynajmniej Berengarii darowano życie. Czy opuściła swoje dziewczęta dobrowolnie, wiedząc, jaki los je czeka? Nie przypuszczałem, by była do tego zdolna, ale po wyznaniu Holendra zatracałem powoli wiarę w ludzi.

Nogi same poniosły mnie w stronę placu świętej Klary. Na targu, zwanym złodziejskim, można było wprawdzie odnaleźć niejeden cenny przedmiot, którego zniknięcia właściciele nie mogli sobie w żaden sposób wytłumaczyć, ja jednak  obiecywałem sobie znów, że znajdę kogoś, kto być może podda mi właściwy trop moich poszukiwań.

Krótki listopadowy dzień nie sprzyjał handlowi, lecz mimo narastającego zimna i pojedynczych płatków śniegu, które zaczęły wirować w powietrzu mieszając się z drobnymi igiełkami deszczu, sporo ludzi kręciło się po placu. Posłyszałem, że przybyły statki z Hiszpanii i Maroka z pilną pomocą dla lizbończyków, przywożąc przy okazji świeże i poszukiwane towary.

Roztargnionym spojrzeniem omiatałem kramy z odzieniem, stragany z żywnością, szukając wzrokiem znanych twarzy. I doczekałem się, choć akurat takiego spotkania wolałbym uniknąć. Wpadłem niemal prosto w ramiona mej byłej gospodyni Mafaldy. Nie poznałem jej zrazu, w nowym płaszczu i chuście ze szlachetnej wełny. Odwróciła ode mnie wzrok, nie wypowiedziawszy nawet słowa powitania. Miała już nowego, lepszego chlebodawcę.

Tuż za nią kroczył, znany mi szczęściarz, pan de Braga Ruas, tym razem w purpurowym płaszczu zdobionym złotym haftem, jedwabnych pończochach i trzewikach, nie bardzo zdatnych na listopadową słotę. Wokół jego ułożonej w kunsztowne loki peruki roznosił się znany mi już zapach ciężkiej perfumy. Za nim, wsparta na ramieniu starszego, siwego mężczyzny w czarnym, eleganckim surducie, kroczyła moja była kochanka.

W ciemnej prostej sukni i grubym wełnianym płaszczu wyglądała jeszcze blado i szczuplej, niż ją zapamiętałem. Aksamitny kapelusz z woalką z gęstej siatki przesłaniał pół  twarzy. Żywiłem nadzieję, że podobnie jak Mafalda, minie mnie bez słowa. Nie miałem nawet dokąd umknąć, gdyż drogę powrotną zagradzał mi gęstniejący tłum. Áurea jednak zatrzymała się przede mną.

– Ojcze, to pan Forester, mój wybawca, któremu zawdzięczam życie – uniosła woalkę. Gdybym jej nie znał, przysiągłbym, że trudno o słodsze i bardziej niewinne dziewczę. Trudno też o bardziej łagodny, miękki ton głosu, bardziej rozświetlone spojrzenie.

– Rodzina Salazar jest panu niezwykle zobowiązana! – starszy arystokrata potrząsnął serdecznie moją dłonią. Wymieniliśmy kilka uprzejmych, niezobowiązujących zdań. Złożyłem mu wyrazy współczucia z powodu rodzinnej tragedii, która dotknęła go kilka dni wcześniej. Z powagą skłonił głowę, przyjmując kondolencje.

Następnie pogratulowałem przyszłemu małżonkowi wyśmienitego wyboru panny tyleż urodziwej, co skromnej i mądrej, pełnej wszelkich cnót. Wymruczał podziękowanie, przypatrując mi się intensywnie. Dziwiłem się nieco, czemu mnie nie poznał, lecz szybko odkryłem tego przyczynę. Mocno mrużył oczy, przekrzywiając głowę w prawo. Cóż, może to i błogosławieństwo, nie dostrzeże przynajmniej rzeczy, które mogłyby wytrącić go z błogiej szczęśliwości, pomyślałem.

– I ja panu dziękuję jeszcze raz, panie Forester. Za wszystko. – Áurea ściągnęła aksamitną rękawiczkę i podała mi szczupłą dłoń. Milcząc pochyliłem się do pocałunku i zamarłem. Jej nadgarstek zdobiła srebrna bransoleta zrobiona daleko stąd, w Minas Gerais, przez zakochanego rzemieślnika, lecz dla zupełnie innej dziewczyny.

Pożegnałem się szybko. Pan Salazar odwrócił się i spojrzał mi z uśmiechem prosto w oczy.

– A gdybyś pan potrzebował kiedykolwiek pomocy, lub listów polecających do kogo w Europie, nie wahaj się pan zwrócić do mnie.

Podniosłem wzrok i ponownie wstrzymałem oddech. Z jego twarzy spoglądały na mnie lazurowe oczy Inès. Wyjąkałem banalne wyrazy wdzięczności.

Poczekałem, aż się oddalą wraz z Mafaldą i obłokiem piżmowych perfum przyszłego męża i zięcia. Oparłem się o jeden z kramów, wystawiając twarz na kojące płatki śniegu, które właśnie zaczynały gęściej sypać z nieba. Musiałem to wszystko zrozumieć i poskładać,

– Jeśli szukasz burdelmamy, powinieneś zajść do zburzonego domu bożego – odezwał się niski, ochrypły głos. Rozejrzałem się uważnie, lecz dopiero po chwili odkryłem, że dobywał się on z wnętrza lichej, drewnianej budy, przy której się zatrzymałem.

Schyliłem się i zajrzałem do wnętrza.

Zakutana w kilka warstw chust, ciemnoskóra kobieta pochylała się nad przetłuszczoną talią kart. Na sienniku w rogu pomieszczenia leżał nieruchomo młody mężczyzna z zabandażowaną głową. Pojękiwał od czasu do czasu. Poznałem go po mundurze, niegdyś czerwonym i eleganckim, teraz brudnym od sadzy i naddartym. Porucznik Fernão wydawał się w stanie godnym pożałowania.

– Co mu się stało? – spytałem zdjęty niepokojem. Stanowczo za wiele drogich mi osób ucierpiało w zawierusze ostatnich dni.

Machnęła ręką.

– Wszedł w drogę kilku czarnym, i ot, trochę go poobijali. Ale odżywię go, opatrzę i będzie nasz żołnierzyk jak nowy. – Podniosła się z niskiego stołka i zbliżyła do cierpiącego. Odwróciła się w moją stronę.

– Na co czekasz? Czyż nie powiedziałam ci już dosyć?

***

Gdzież mogłem szukać? Lizbona była miastem licznych kościołów i klasztorów, a ja tak mało o nich wiedziałem. Cyganka z namiotu nie wzięła mego srebra. Nie chciała mi też niczego więcej powiedzieć. Postanowiłem zacząć zatem od największych ruin, w których najłatwiej byłoby się ukryć, i o których wiedziałem, że po katastrofie stały się schronieniem dla wielu bezdomnych. Spojrzałem w stronę wzgórza i ruszyłem, pełen nowej nadziei.

Nagie, szare żebra gotyckiego kościoła karmelitów, z których natura w ciągu kilku chwil zsunęła przepyszny kamienny płaszcz, wydawały się opłakiwać swój los w świetle pełnego księżyca. Marmurowe bloki, które odpadły z budowli w wyniku trzęsienia ziemi poniewierały się, częściowo pokruszone, wokół kościoła i klasztoru, tworząc fantazyjne wzgórza i groty. Usunięcie choćby jednego z nich przekraczało siły nawet kilku mężczyzn, więc po katastrofie nie zaczęto tu żadnych porządków. Były pilniejsze zadania. Postrzegane z oddali, na pozór milczące i wyludnione, wzgórze tętniło niewidocznym życiem, co zauważyłem zbliżając się doń. W listopadowym zmierzchu przemykały po nim skulone postacie. Czyżby, mimo groźby surowych kar, ludzie szukali tu legendarnych kościelnych i klasztornych skarbów – a może ci pozbawieni dachu nad głową, jedynie schronienia przed coraz dotkliwszym listopadowym zimnem?

Coś miękkiego i wilgotnego otarło się o moje nogi i odskoczyło gwałtownie. Cień psa z podkulonym ogonem przesunął się spod kamienia na niewielki placyk otoczony pokruszonymi murami. Jak na znak jaki, z naprzeciwległej szczeliny wysunął się następny kundel, okrążając nieufnie intruza. Jednak gdy się obwąchały, zaczęły radośnie kręcić ogonami. Przybysz popiskiwał lekko, ale trwał w bezruchu z uniesionym ogonem. Pewnie goniąca się suka. Rzeczywiście, drugi pies wskoczył na nią lekko i zaczął kołysać się w przód i w tył.

Ująłem mocniej rękojeść mego francuskiego noża i wzmogłem czujność, pamiętając o złej sławie tego miejsca. Lawirując pośród ruin dotarłem na sam wierzchołek, obszedłem cały kościół zaglądając w boczne, ciemne nawy. Słyszałem oddechy, lekkie kroki za sobą, popiskiwanie szczurów. Z jednej z naw dobiegły mnie odgłosy satysfakcjonującego spółkowania. Rzuciłem tam przelotne spojrzenie.

Młody, rosły mężczyzna, sądząc po kapeluszu wieśniak, brał od tyłu szeroką w biodrach, krępą kobietę. W obliczu boga – przed zrujnowanym ołtarzem w bocznej nawie. Księżyc oświetlał ich, sądząc po odgłosach, udane poczynania. Nawet się nie rozdziali. Mężczyzna zsunął nieco płócienne spodnie, by mieć więcej swobody i podwinął rękawy koszuli, jakby zamiarował wziąć się do pracy. Dziewczyna, sądząc po obfitym ciele, raczej dojrzała kobieta, choć twarzy jej nie mogłem dostrzec, miała rozsznurowany gorset, niedbale zsunięty do pasa. Obnażone pulchne, białe piersi ocierały się o zimną, malachitową kolumnę, którą trzymała oburącz, mrucząc z rozkoszy, w chwilach, gdy mężczyzna mocnymi, szerokimi dłońmi przyciskał ją do swego łona. Przystanąłem na chwilę za zburzonym przęsłem, zauroczony jej suczą gotowością.

Sapała ciężko. Ruiny sprawiedliwie ofiarowały schronienie i ludziom i zwierzętom, a oba te rodzaje stworzeń czyniły tu jednakie rzeczy, każde wedle swego sposobu. Czasem jednakże niewiele różnili się między sobą.

Wreszcie docisnął ją mocniej, krzyknął ochryple i po chwili wyszedł z niej strząsając ostatnie krople nasienia z członka. Przywarła do kolumny, chłodząc rozpalony policzek gładkim kamieniem. Z cienia wynurzył się natychmiast następny, już rozplątując sznurek przytrzymujący szerokie, brudne spodnie. Musiał tam stać już od dłuższej chwili, lecz zajęty podglądaniem, nie dostrzegłem go. Ten, co przed chwilą skończył, podszedł z przodu do kobiety i pogłaskał ją po głowie.

– Jeszcze dwóch i podjesz, jakeśmy obiecali. Mamy chleb i ryby. A jak chcesz, dwu naraz też może być. Młodzi są. Szybciej będziesz gotowa. A teraz podziękuj… – nim zdążyła coś odrzec, wsunął jej członek w usta, aż się zakrztusiła. Jednak po chwili odzyskała rytm, poruszając posłusznie głową. Drugi z mężczyzn nie czekał. Już usadawiał się z tyłu, podkasywał spódnicę kobieti wsuwał się zniecierpliwiony. Nie wydawało się, by sprawiało jej to różnicę. Zakręciła ochoczo biodrami, by mógł znaleźć dobrą pozycję, lecz później wszelkie swe wysiłki skupiła na pierwszym kochanku. Widać, on kierował wszystkim, jeśli inni czekali na swą kolej. Mężczyzna trzymał ją jedną ręką za głowę, drugą czule gładził po włosach. Tym razem szybko się uporali, sądząc po odgłosach, ku obopólnemu zadowoleniu. Tego nigdy nie umiałem zrozumieć. Nie lubiłem się dzielić niewiastą, nawet z najlepszym przyjacielem. Lecz w życiu szczęśliwie rzadko musiałem się z kimś dzielić lub czekać na swoją kolej.

Mężczyzna wysunął się z ust kochanki, podciągnął spodnie i ukląkł przed nią. Obmacał jej pulchne piersi, z aprobatą skinął głową. Powiedział jej coś.

Spojrzała na niego, umęczona, ale z wielką wdzięcznością. Skwapliwie pokiwała głową na znak zgody. Wyprostowała się lekko i pozwoliła swemu drugiemu kochankowi objąć o tyłu swe pełne półkule, miętosić je i ściskać w grubych, niezgrabnych rękach. To podobało się pierwszemu, który niespiesznie usiadł, opierając się o kolumnę i spoglądając na tę parę, zabawiał się swoim przyrodzeniem. Kobieta i poruszający się w niej spiesznie kochanek zmienili pozycję. Wysunęli się ze spowijającego ich cienia i  wtedy dostrzegłem jej twarz. Nie takich miewała wcześniej klientów. Za swe ocalenie przyszło jej zapłacić tym, czego od lat już nie robiła. Berengaria nie wyglądała jednak na nieszczęśliwą.

Postanowiłem poczekać, aż wypełni swe obowiązki i gdy nadarzy się sposobność, wypytać o wszystko. Tymczasem nic nie stało na przeszkodzie, by kontynuować zwiady w ruinach. Wycofałem się szybko i obszedłem kościół od tyłu, usiłując stąpać jedynie po gładkich kamieniach i nie wzbudzać zainteresowania. Zastanawiałem się, czy zaryzykować zejście po stromych schodach do podziemi, lecz było na to zbyt ciemno. Musiałem pozostać na powierzchni, gdzie i tak nie brakło dziwów.

Zza grubych marmurowych bloków dobiegła mnie prowadzona przyciszonymi głosami rozmowa. Jej okruchy sprawiły, że postanowiłem zatrzymać się i sprawdzić, kto i z kim rozmawia.

– Widziałeś trupa dziewczyny? Zdała się jeszcze na co? – spytał męski głos.

– Ja sobie w niej ulżyłem, bo jeszcze ciepła była, jak ją znaleźlim. Ale nic już nie miała, nawet strzępka odzienia. Goła była cała, calutka, tak jak ją pan Bóg stworzył… ktoś już przed nami wszystko zabrał. Wzięliśmy ją tedy we trzech za klasztor i każdy po kolei… po sprawiedliwości mógł  wsadzić… – odrzekł drugi z mężczyzn.

– Leży tam jeszcze?

– Nie ma, stare baby co to siedzą w ruinach zakrystii narobiły wrzasku i sprowadziły żołnierzy. Zaraz ją zabrali do portu, jak i innych, co umierają tera na ulicy. Żeby choroby się nie rozniesły, jak powiedzieli… a co ona za chorobę mogła mieć? Taka młoda i ciepła była… mogła se była jeszcze poleżeć.

– Że też poszedłem natenczas w drugą stronę – rozżalił się pierwszy z mężczyzn.

Słuchałem ze rosnącą zgrozą i niedowierzaniem. Ich rozmowa wstrząsnęła mną do głębi. Zadrżałem na myśl, że taki koniec mógłby spotkać Inès. Niewiele myśląc wyszedłem zza kamieni. Zaskoczyłem ich.

Byli starsi, niż się spodziewałem, starzy cuchnący włóczędzy, prawdziwe ludzkie szczury miasta, żyjące zapewne od lat w piwnicach i norach. Zerwali się natychmiast od ogniska przy którym pożywiali się suchym chlebem.

Wyciągnąłem nóż.

– Gdzie ta dziewczyna?

– Nic nie wiemy, panie! Wojsko zabrali ją do portu!

– Dlaczego umarła?

Zauważyłem, jak wymienili zatrwożone spojrzenia.

– Kto ją zabił? – strzeliłem na oślep.

– Nikt, panie… nikt! Uchowaj Boże! Słaba była, to i w tym zimnie szybko ze sił opadła – próbował udobruchać mnie jeden z nich.

– Który ją… zgwałcił? – dodałem ciszej, z trudem wypowiadając słowa, które, jak przypuszczałem ze zgrozą, mogły odnosić się do Inès.

Tym razem trwoga i nieme przyznanie się do winy były aż nadto widoczne w ich rozbieganych spojrzeniach. Bali się mojego błyszczącego noża, ale widocznym było także, że ochłonęli już z pierwszego zaskoczenia. Czułem, że już rozpoznali wyższego stanem, że skrycie otaksowali już mój płaszcz i buty i przy pierwszej chwili mej nieuwagi skoczą mi do gardła i rozszarpią jak dzikie psy. Jeden z nich już rozglądał się czujnie i unosił dwa palce do ust. Nim gwizdnął na swych ukrytych po innych kryjówkach kompanów, uskoczyłem błyskawicznie w bok. Zbiegałem w ciemnościach ze wzgórza nie bacząc na chrzęst drobnych kamieni pod stopami, wdeptując miękkie jaszczurki w resztki gnijącego jedzenia. Za sobą słyszałem jeszcze przez dłuższą chwilę pokrzykiwania, ale i one ucichły, gdy dopadłem krętych uliczek. Zwolniłem tempo, ale nie przestałem biec, by zatrzymać się dopiero w porcie.

Jak i poprzedniego dnia w przystani było bardziej wietrzenie i dużo chłodniej niż w mieście. Słone i zimne powietrze osiadało na mojej spoconej od długiego biegu skórze. Chwilę trwało nim uspokoiłem oddech i rozejrzałem się przytomniej wokół.

Przywykłem już do widoku płóciennych tobołków układanych na brzegu i wywożonych na statkach, by spocząć w końcu w mokrym grobie. Lizbończycy mijali je obojętnie. Tym razem było ich niewiele, chowano teraz już nie bezpośrednie ofiary kataklizmu, lecz zmarłych później bezdomnych i rannych w katastrofie, którzy żyli jeszcze przez czas jakiś. Specjalne oddziały patrolowały ulice i oczyszczały je natychmiast z trupów. Podszedłem spokojnie do pilnującego ich marynarza.

– Szukam młodej kobiety… znaleziono ją dziś ponoć w ruinach kościoła karmelitów. – od niechcenia obracałem w palcach niewielką monetę.

Marynarz rozejrzał się pospiesznie, podszedł do jednego z ciał, dwoma ruchami rozplątał tkaninę i pozwolił mi zajrzeć do środka. Dora wyglądała wreszcie na spokojną. Śmierć miłosiernie starła ślady lęku i nieszczęścia z jej przedwcześnie postarzałej twarzy zastygłej w bladym grymasie. Jej umęczone za życia, a nawet i po śmierci ciało wydawało się mniejsze i drobniejsze niż miałem w pamięci. Naznaczone wieloma nowymi siniakami i obtarciami było teraz szare i zimne. Czy zabiła ją gorączka czy ktoś pozbawił ją życia dla moich dwóch sztuk srebra, a może jeno dla chwili nieokiełzanej chuci nie miało już znaczenia, jak i bez znaczenia był jej cały krótki i nędzny żywot na tym padole. Skinąłem marynarzowi głową i odszedłem. Zwróciłem się znów w stronę miasta. Musiałem więc szukać dalej.

– Dokąd zmierzasz panie? – usłyszałem za sobą znajomy głos. Odwróciłem się. Hermìgo zbliżał się do mnie z krzywym uśmiechem. W ręku trzymał potężnych rozmiarów siekierę, widywałem często, jak rąbał nią drewno na opał.

– Czyż nie powinieneś już od wczoraj być w drodze do domu? – zawtórował mu głos z drugiej strony. Kątem oka spostrzegłem Zeferina, wynurzającego się zza pnia potężnego buka.

– Odsuńcie się na miły Bóg – rzuciłem przez zęby – mam tu jeszcze sprawy do uregulowania!

– Myślę panie, że twa obecność w Lizbonie jest bardziej niż niepożądana – odezwał się Zeferino zuchwale. – Posłyszelim, żeś nie zdołał jeszcze wsiąść na statek, zatem uradziliśmy, że jako wierni słudzy wesprzemy cię w powrocie do twej ojczyzny. Nawet żeśmy nie pozwolili rozkraść twych cennych pakunków, któreżeś wczoraj tak lekkomyślnie tu ostawił.

– Zeferino – próbowałem się tłumaczyć – nie uczyniłem przecie nic złego! Cokolwiek niepochlebnego słyszałeś o mnie, jest nieprawdą!

Tym go rozjuszyłem. Ruszył na mnie jak hiszpański byk na znienawidzonego torreadora. Zatrzymał się kilkanaście cali od mej twarzy i wysyczał:

– Ufałem ci panie, a ty oddałeś mą siostrę do burdelu. Powierzyłem ci jej losy, a ty wykorzystałeś ją jak łatwą dziewkę, udając w tym mego przyjaciela. – głos mu drżał z emocji, w oczach miał łzy. Ręce zacisnął w pięści. – Zakpiłeś sobie z nas, biedaków, jak wy wszyscy bogacze. Jak ojciec Inès, któregośmy nigdy nie poznali, bo  wypędził z dworu naszą ciężarną matkę. Nie jesteś od nich lepszy. Nawet tej, tam… – wskazał głową na owinięte szarym płótnem ciało Dory, które właśnie ładowano na sąsiedni statek wraz z doczesnymi szczątkami innych nieszczęśników zebranych z ulic miasta – nawet matce dzieciom nie darowałeś, aż się wykrwawiła. Tak! – widocznie zobaczył  me zdziwienie, bo dodał tryumfująco – nikt ani nic się w  tym mieście nie ukryje przed Zeferinem. Ty też nie zdołasz. – wiedziałem, że wszelkie moje usprawiedliwienia nie trafią do niego. Rozpalał się coraz bardziej.

– Powinienem cię panie zabić, powinienem cię wydać Salazarowi, którego niewinną córkę także zhańbiłeś, byś zapłacił za wstyd naszych portugalskich kobiet. Ale ja żądam jedynie od ciebie, byś na zawsze opuścił nasze miasto, bo my, lizbończycy, poradzimy sobie bez takich zagranicznych łajdaków. – Splunął mi z pogardą pod nogi.

– A teraz zechciej wejść szanowny dżentelmenie na pokład – Hermìgo uniósł wyżej siekierę.

– Zeferino, mam powody wierzyć, że Inès żyje i muszę ją odnaleźć – podjąłem ostatnią próbę przemówienia mu do rozsądku. Czułem jednak, że nie zda się to na wiele.

– Inès odeszła, panie – odparł zimno patrząc mi prosto w oczy.

– Jakże to? – nie umiałem ukryć złości. – Czemu nic nie powiedziałeś? Dokąd poszła?

– Jest bezpieczna – odrzekł zaciskając usta. – Choć musiałem, z pomocą panny Salazar, wyratować ją z rynsztoka, w jakim znalazła się przez ciebie, panie. Zdążylim w samą porę. Nie żyłaby, gdybym ci dalej ufał.

Nie panując nad sobą złapałem go za koszulę przyciągając do siebie.

– Gadaj, psie!

Wtedy natarli na mnie z dwóch stron. Za plecami miałem jedynie kamienny brzeg przystani i trzeszczącą łajbę.

Pierwszy szturchnął mnie trzonkiem siekiery Hermìgo. To było znakiem dla Zeferina. Przestał się miarkować. Chwycił mnie mocno jedną ręką za płaszcz, a drugą uderzył w twarz. Uniosłem ręce w obronnym geście i spróbowałem jeszcze raz.

– Nie mam już przecie żadnego dokumentu, nie wolno mi opuścić miasta.

– Blokada została zniesiona kilka godzin temu – odrzekł spokojnie i wymierzył mi jeszcze jeden cios. Zachwiałem się i upadłem, uderzając głową w drewniany trap. Ogarnęła mnie ciemność.

Obudziły mnie mało delikatne szturchnięcia i potrząsanie za ramię, Z trudem rozwarłem powieki. Smród mokrego drewna i nadgniłych ryb uderzył w nozdrza. Nade mną pochylał się ogromny i zarośnięty barbarzyńca o sękatych szerokich dłoniach, wielkich jak bochny chleba. Diogo, przemknęło mi przez myśl, i dobrych kilka chwil upłynęło, nim zdałem sobie sprawę z absurdu takiego przypuszczenia.

– Czekam na zapłatę za podróż, szanowny dżentelmenie. Jak mniemam, nie chcesz zdechnąć z głodu czy pragnienia i w miarę cały dostać się do Dover, a to, waćpanie, kosztuje!

Z trudem podniosłem się na kolana. Byłem obolały od mocnych ciosów mego byłego sługi, brudny, a z koszuli, którą założyłem wczorajszego dnia pozostały jedynie strzępy. Koło nędznego siennika ktoś pieczołowicie ustawił moje bagaże wraz z kluczami ułożonymi na najmniejszej skrzyni. Nigdzie nie zauważyłem jednak płaszcza, ani mej podręcznej sakiewki. Powinienem jednak być wdzięczny i za to, że w swym gniewie nie wrzucili mnie do morza. W wieczornej mgle nikt nie zauważyłby mojego zniknięcia. Sięgnąłem po klucz do największego kufra. Trzymałem tam zazwyczaj zapas whisky i kilka srebrnych przedmiotów, które mogły mi się przydać w czarnej godzinie. A ta, jak byłem święcie przekonany, właśnie nadeszła.

Odsunąłem wieko kufra, a uczynny brodacz podsunął mi świecę. Ze skrzyni zniknęło wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Zamiast tego ktoś zadał sobie trud wypełnienia go do połowy jasnymi kamieniami i kawałkami murów, których w mieście było teraz pod dostatkiem.

– Będziesz miał waść trwałą pamiątkę z Lizbony – mężczyzna roześmiał się hałaśliwie, na całe gardło. Zaraz jednak przestał się śmiać, przysunął swą zarośniętą twarz do mnie tak blisko, że aż poczułem odór przetrawionego wina.

– Zabieraj swój arystokratyczny, leniwy zadek na pokład. Aż do Dover jesteś na służbie i wykonujesz najpodlejsze prace na statku. Chyba, że wolisz dostać się do swej ojczyzny wpław. – Zarechotał znów i uniósł drewnianą klapę prowadzącą z mego nędznego schronienia na pokład. Poczułem zimny, atlantycki wiatr. Byliśmy na pełnym morzu.

***

Od mojej podróży i mego niechlubnego powrotu w ojczyste strony minęło już ponad czterdzieści długich lat. Najwyraźniej podstęp z kaczą krwią powiódł się znakomicie i pan de Braga Ruas mógł cieszyć się żoną dziewicą. W jednym, jedynym liście, który otrzymałem lata temu zza morza, mój dawny kompan Fernão donosił mi niewprawną angielszczyzną, że w parę miesięcy po ślubie Áurea powiła syna. Pojawił się na świecie nieco wcześniej, niż wskazywałyby na to przewidywania medyków, lecz nadspodziewanie silny i zdrów. Panu de Braga Ruas gratulowano udanego dziedzica.

Ożeniłem się z panną Virginią Cleath–Stuart, zgodnie zresztą z wolą naszych zaprzyjaźnionych ojców, i doczekałem się potomków. Moje życie było dostatnie i spokojne, nie zakłócone żadną tragedią, żadnym kataklizmem. Nie doświadczyłem wojny, głodu ani innego nieszczęścia, z sukcesem mnożąc połączone majątki potężnych klanów Foresterów i Cleath–Stuartów. Myślą powracałem nieraz do tamtych dni, gdy otarłem się o śmierć i do rozkosznych chwil w ramionach pięknej i wyuzdanej arystokratki. Częściej myślałem jednak o tajemniczej, niewinnej dziewczynie, która była gotowa ofiarować mi siebie i swoje życie.  O tej, której zawdzięczałem poznanie smaku uczucia, jakiego nigdy już nie dane mi było doświadczyć. I o której nie wiedziałem prawie nic, poznawszy dobrze jedynie jej ciało oraz dźwięczne imię. Starałem się go nie wymawiać, bo wspomnienia te wywoływały we mnie zawsze ból, nie stłumiony nawet upływem tak długiego czasu. Będzie mi zapewne towarzyszył do ostatniego tchu, by którego dnia wsiąknąć wraz ze mną na zawsze do czarnej, miłosiernej ziemi.

Nigdy nie powróciłem już do królestwa Portugalii. Nie ujrzałem brzegów odbudowanej Lizbony, ani żadnego z ludzi, których życie w tamtych dramatycznych chwilach splotło się na kilka dni z moim losem.

Londyn, listopad 1795

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Hmm… trochę zbyt zaskakująca ta metamorfoza szarmanckiego paniczyka z Albionu w Mr. Hyda, poniewierającego bezbronną kobietę. No i niedopowiedziany los Ines pozostawił niedosyt.

Generalnie uważam, że w całym cyklu nie wykorzystałaś potencjału inkwizycji jako generatora niezmierzonych pokładów lubieżności i wyuzdanych praktyk seksualnych stosowanych rzecz jasna w imię krzewienia jedynie słusznej doktryny wiary:)

Zgodzę się, że potencjał ów nie został wykorzystany, choć miałam przez chwilę ochotę ulec podszeptom naszego naczelnego historyka i pociągnąć tę opowieść przez kolejne odcinki. W trakcie pisania zorientowałam się, jak mało wiem o tej epoce, kraju i mieście. Niestety, nie mam tak dogłębnej wiedzy o europejskim oświeceniu, jak Megas o starożytności. A to ślizganie się po powierzchni było dość męczące. Przyszło mi do głowy inne rozwiązanie, które, być może wkrótce zrealizuję.

Ta narracja (czytałem tylką powyższą część) czasami przekonuje, czasami nie. Kilkadziesiąt scen, prawie w ogóle nie zdefiniowanych, nie pozwala mi zobaczyć tego, co się dzieje. Ciekawe, gdzie autor się tak śpieszył, co nie pozwoliło mu zatrzymać się tu i ówdzie i nie maznąć pędzlem jakiegoś drzewka, kupki kamieni, błota itp. Jeśli były takie maźnięcia, moja percepcja je zignorowała, nie wiedzieć czemu. Pamiętam opis jakiegoś stroju, ludzie są – ci co powinni – opisani. Ale sceneria słabo. Może poprzednie części zapłodniłyby mi wyobraźnię na tyle, że nie narzekałbym czytając tę właśnie. Hmmm. Marudzę. Bywajcie.
Karelgodla

@ Karelgodla:

Hmmm… może gdybyś przeczytał całość (od początku, naprawdę polecam, od początku…) zrozumiałbyś i zobaczył więcej? Dzieło powinno się poznawać tak, jak zapragnął tego Autor (czy w tym wypadku, Autorka). Kolejne części "Żegnaj Lizbono" nie bez powodu opatrzone są numerami. Warto iść ich śladem. Może wtedy znajdziesz również owe fragmenty opisowe, a niektóre sceny staną się bardziej zdefiniowane.

A narzekanie, że epilog to nie cały tekst, to już nie narzekanie, tylko pospolite malkontenctwo.

Pozdrawiam
M.A.

@Megas,
Przeca zaznaczyłem, że marudzę. A uwaga, że powinno się czytać całość i dopiero potem komentować jest absolutnie słuszna. Popiół na mój malkontencki łeb!
Kg

Skomentuję tutaj wszytskie części. Na początku cieszę się że powstał ten portal i dzięki temu miałem okazję poznać zakończenie Zabaw dużych chłopców jak i cyklu Żegnaj Lizbono.

Cała opowieść bardzo zgrabnie wpleciona w historyczne realia. Główny bohater, mniemam że jest to z racji jego młodego wieku, jest trochę zagubiony w jednym momencie twierdzi że jest człowiekiem honoru, w innym dokonuje gwałtu na dwóch kobietach (zwalę to na alkohol) a po wszystkim wraca do domu i prowadzi stateczne życie u boku "ukochanej" narzeczonej.

Świat, w którym dzieje się akcja przedstawiłaś w bardzo plastyczny sposób. Łatwo było mi wyobrazić sobie ulice Lizbony, nękane pierw trzęsieniem ziemi, później tsunami, a na końcu szabrowane przez rzeźimieszków.

Jednak największym smaczkiem są sceny erotyczne. Miss.Swiss w poetycki, pełen przenośni sposób pokazuje nam akt między kochankami jak i brutalny gwałt.

pozdrawiam
daeone

Miss.Swiss
Historia opowiedziana świetnie, bardzo mnie poruszyła. Nastrój zdziczenia w zburzonej Lizbonie, też wyjątkowo dobrze przedstawiony. Wprawdzie odrzuciły mnie dwie sceny: jedna to uprawianie seksu w kościele, druga gwałt na Dorze, która zmarła, prawdopodobnie w wyniku tego.
„Jeszcze ciepła była”- straszne.
Rozumiem, że po to to było, żeby przedstawić właśnie ten szczyt zdziczenia, w końcu za Napoleona, gwałcono i mordowano zakonnice, a kościoły przekształcano w magazyny i stajnie.
Trochę nielogiczne było dla mnie to, że po wyniesieniu głównego bohatera na wyższy poziom empatii (seks z Inką), autorka strąciła go z powrotem do podziemia emocjonalnego (seks z Dorą).
No i zakończenie mogłoby być inne. Nie wydaje mi się, żeby mężczyzna mógł się tak zmienić w czasie powrotu statkiem. Co najwyżej mógł nabrać tylko tężyzny fizycznej.
Mogłoby to wyglądać tak:

(Po podróży, kiedy dotarł wreszcie do domu, przez dwa tygodnie odpoczywał.
Kiedy zmył już z siebie brud przeżytych chwil, zaczął się rozglądać za kobietami. W niedługim czasie zaliczył prawie wszystkie kobiety w swoim otoczeniu; arystokratki i służące, nie pogardził też kuzynkami. Nie przeszkadzało mu to zawrzeć związku małżeńskiego,spłodzeniu potomstwa ze swoją oschłą żoną i pomnażaniu połączonych majątków.
Po skończeniu 80 lat, zapadł na chorobę Parkinsona i jeździł w wózku. Pielęgniarki zmieniały się często, ponieważ nie wytrzymywały jego molestowania. W końcu znalazła się jedna, której to nie przeszkadzało. Nawet polubiła te jego macanki, a dodatkowym bodźcem stymulującym były nieskoordynowane ruchy rąk(spowodowane chorobą), w jej intymnym miejscu. O Ince nawet nie myślał.)
Gdybym umiał tak pięknie pisać jak Ty, na pewno ujął bym to lepiej.
Pozdrawiam
2andreas/ Andros

W trakcie całej opowieści William staje się coraz bardziej antypatyczny. Początkowo niespełniony kandydat na rycerza w lśniącej zbroi, potem niezdarny widz tragedii, wreszcie sam stacza się do roli nędznika. Jego absurdalne, nocne poszukiwania rzekomej ukochanej symbolizują tylko ten upadek, zwieńczony parodystyczną sceną wyrzucenia z miasta przez dawnych służących. Akcentuje to bierną postawę tej postaci, pogłębiającą się przez całe opowiadanie. Tak naprawdę William nie zasługuje na rolę bohatera, ale taki był zapewne zamysł autorki. W tym świetle obszernie opisana scena ponurej zabawy w gospodzie, którą początkowo uznałem za zbędną, jawi się jako dopełnienie kreacji naszego angielskiego gościa. Pod względem literackim chylę czoła, realia i klimat też oddane bardzo udanie. Gratulacje.

I tak oto ta wspaniała opowieść dobiega kresu…

Bez szczęśliwego zakończenia, bez katharsis, nawet bez pokonania zła, symbolizowanego przez Aureę, ale też przez reprezentanta “zwykłych ludzi”, Pettersena. Z Williama też na koniec wychodzi kanalia, może dlatego zostaje potem przez los ukarany i nigdy już nie dane mu będzie ujrzeć Ines.

Wraz z powrotem naszego bohatera do Wielkiej Brytanii, pozostaje nam już tylko snucie fantazji, co by było, gdyby losy jego oraz Ines potoczyły się inaczej. Wydaje się jednak, że takie dywagacje doprowadzić nas mogą jedynie do naturalnego wniosku, że wszystko musiało się potoczyć tak, jak się potoczyło. Nawet gdyby spotkał się z kochanką, koniec końców William i tak wróciłby do ojczyzny, poślubił nudną arystokratkę, odziedziczył majątek. Nigdy bowiem nie było go stać na rzucenie wyzwania swojemu przeznaczeniu.

I tylko Fruilhe żal. Tego brazylijskiego anioła mieszkającego w przybytku rozpusty – i ukaranego przez motłoch za urojone winy. Wspominając tę wspaniałą opowieść, ją będę zawsze miał w najlepszej pamięci.

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz