Dwadzieścia trzy. I pół (Miss.Swiss)  3.16/5 (17)

14 min. czytania
Jean-Auguste-Dominique Ingres, "Princesse Albert de Broglie, née Joséphine-Eléonore-Marie-Pauline de Galard de Brassac de Béarn"

Jean-Auguste-Dominique Ingres, „Princesse
Albert de Broglie, née Joséphine-Eléonore-Marie-Pauline
de Galard de Brassac de Béarn”

Rozpoznał ją od razu, gdy tylko stanęła w drzwiach hotelowej restauracji. Wstrzymał oddech. Nie zmieniła się. Wyglądała czarująco. Jak kiedyś.

Miała na sobie elegancką, szafirową sukienkę, czyżby tę samą, pomyślał, co wtedy? Nie, raczej to mało prawdopodobne, po dwudziestu trzech latach od ostatniego spotkania… Zauważył, że jej pojawienie się od razu przyciągnęło pełne uznania spojrzenia kilku siedzących przy barze mężczyzn. I znów, jak kiedyś, poczuł lekkie ukłucie zazdrości towarzyszące jednakże wyraźnemu uczuciu dumy, że jest tu dziś z jego powodu.

Podniósł się powoli nie spuszczając z niej wzroku. W tym momencie i ona go zauważyła, uśmiechnęła lekko i skierowała w jego stronę. To wszystko było tak nierealne, wręcz magiczne, iż przez chwilę zdawało mu się, że obserwuje samego siebie grającego w filmie.

W chwili gdy stanęła przed nim i poczuł delikatne muśnięcie zapachu perfum ‒ wciąż używała Opium YSL ‒ zakręciło mu się w głowie. Jak kiedyś.

Tak właśnie potrafiła go jednym gestem, jednym spojrzeniem zauroczyć, zachwycić, i uczynić bezbronnym.

Bonjour ma belle ‒ szarmancko ucałował jej drobną wypielęgnowaną dłoń patrząc w oczy.

Były takie, jak zapamiętał, zielone nakrapiane złotymi cętkami otoczone gęstymi ciemnymi rzęsami, spoglądały na niego zalotnie.

Ostatnim razem widział je pociemniałe od smutku i rozczarowania, niedowierzające temu, co właśnie powiedział.

‒ Dzień dobry ‒ dotknęła ustami jego policzka, niebezpiecznie blisko ust.

Drobna i niewysoka, nadal była piękną kobietą, choć nie piękną młodą dziewczyną, którą pożegnał kiedyś w zimny październikowy wieczór na Placu Lenina w Warszawie. To było chyba w jakimś innym życiu, dziś nawet ulice nazywały się inaczej, nic nie było już takie samo. Oprócz bicia serca i suchości w gardle na jej widok.

Zachowała świeżą cerę, tak, pamiętał, że jej matka również wyglądała młodziej, niż wynikałoby to z metryki. Nadal miała piękne, gęste kasztanowe włosy i świetną figurę tancerki, piersi podkreślone dekoltem znakomicie skrojonej kreacji były może nieco cięższe i pełniejsze, przypomniał sobie, że wspomniała coś o dziecku czy dzieciach…

Była tu, stała przed nim nadstawiając policzek do przyjacielskiego pocałunku. Żywa, mógł czuć jej oddech. Trudno w to uwierzyć…

Jakże często przychodziła do niego w snach, jak często z niedowierzaniem łapał się na tym, że mimowolnie szuka jej wzrokiem w kawiarniach pięknych miast lub na zatłoczonych lotniskach, lub marzył, że po prostu spotka ją, zwyczajnie, przypadkiem, na ulicy w Londynie, Paryżu czy Madrycie.

Do Warszawy nie jeździł, choć słyszał od kogoś, że już tam nie mieszka.

Miał nadzieję, że to może ona go odnajdzie, a jednocześnie oddychał z ulgą przyprawioną szczyptą rozczarowania, gdy łudząco podobna kobieta odwracała się i mógł znów stwierdzić, że to nie ona.

Nie miała konta na portalach społecznościowych, google podawał imponującą listę książek i artykułów autorstwa doktor Emilii K., ale żadnych innych informacji. Skutecznie chroniła swoją prywatność.

Raz tylko, po sporej dawce alkoholu zwierzył się najlepszemu przyjacielowi ze swojego pragnienia odnalezienia jej.

Daniel tylko się roześmiał i klepnął go w ramię.

‒ Nie wiedziałem, że taki z ciebie romantyk, przyjacielu… cóż, ja też w liceum wzdychałem do pięknej Isabelle. Spotkałem ją na targach w Lyonie kilka lat temu i powiem ci, że nie poznałbym jej, gdyby mnie nie zaczepiła. Czar prysł, jestem uleczony! Czas jest dla kobiet okrutny…ale wiesz… ‒ tu mrugnął porozumiewawczo do Laurenta ‒ jeśli z Veronicą to już nie to… mam tu kilka telefonów do pięknych i młodych dam, dyskrecja zapewniona ‒ klepnął się po kieszeni.

Laurent odmówił.

Był bardzo przystojnym mężczyzną, odnosił spore sukcesy. Jego firma już od wielu lat miała ugruntowaną pozycję na rynku europejskim, dużo jeździł po świecie i nie narzekał na brak okazji do przygód z kobietami. Na początku nawet dziwił się, że może to być takie proste…

Nawet te najpiękniejsze, nawet te związane z bogatszymi lub bardziej znanymi od niego nie odmawiały, a nierzadko wręcz wychodziły z inicjatywą.

Nie zawsze korzystał z podrzucanych mu dyskretnie numerów pokojów hotelowych czy numerów telefonicznych. Czasem wręcz udawał, że nie widzi wymownych spojrzeń i nie rozumie aluzji… Zdarzały mu się chwile głębszego, dłuższego zauroczenia, lecz gdy tylko zauważał jakiekolwiek zaangażowanie partnerki, natychmiast ucinał kontakt.

Zobowiązania miał gdzie indziej i ich dotrzymywał, a nie lubił niepotrzebnych komplikacji.

Przed piętnastu laty wyjątkowo wytrwała wielbicielka urodziła mu syna. Był wściekły, nie kochał jej… ale syn zawładnął wkrótce jego sercem, a z czasem Laurent nauczył się doceniać także Veronicę, ten stały element w swoim życiu i starał się jej nie ranić.

Trwała przy nim bez względu na wszystko.

Nie ożenił się z nią, choć czasem dąsała się z tego powodu, jednak postawił sprawę jasno. Może być z nim na jego warunkach.

Czasem czekał i marzył… Czasem odsuwał na bok te myśli, gdy stawały się zbyt dokuczliwe.

Ona tymczasem była bliżej, niż mógł się spodziewać.

Gdy kiedyś deszcz przerwał mu biznesową partyjkę golfa w Normandii, z ludźmi, którymi zazwyczaj gardził, ale z którymi spotykał się w interesach, Jean-Claude, zadufany w sobie producent cygar, wyciągnął plik zdjęć z polowania na bekasy w angielskim hrabstwie Pertshire… Rzucił okiem z grzeczności.

Była tam. Na jednej tylko fotografii. Stała w zielonej myśliwskiej kurtce patrząc obojętnie na rzędy martwych ptaków ułożonych na podjeździe przed okazałą posiadłością.

Nie uśmiechała się. Obok rosły mężczyzna około pięćdziesiątki o grubo ciosanych rysach obejmował ją w talii ruchem dumnego właściciela. Wyglądała zachwycająco. Jak zwykle.

‒ Kto to? ‒ spytał z dobrze udawaną obojętnością.

‒ Baron Descourt de la Valée z żoną… Czeszką albo Polką, nie pamiętam dokładnie. Niezła z niej dupa.

Panowie zarechotali jak na komendę wymieniając porozumiewawcze spojrzenia.

Laurent od razu szczerze ich znienawidził.

‒ Opowiadał nam, że dwa lata się o nią starał. Jeździł na wschód, łasił się, zabiegał… a ta nic. Płakała za innym.

‒ Taa, pamiętam go z tamtych czasów ‒ wtrącił Jerome ‒ zwariował chłop kompletnie. No, ale…dopiął swego, jakby nie było. Dumny był, jak nie wiem co. Wydzwaniał do wszystkich, stawiał w pubie i powtarzał, że warto było…

‒ Czy tak warto było, to nie wiem…zimne toto jakieś, skrzywione chodzi… bez poczucia humoru… ‒ zauważył Jacques.

‒ Bez poczucia humoru, bo nie dała ci się klepnąć w tyłek ‒ stwierdził Stephane z wzajemnością nie pałający sympatią do Jacquesa.

Ten rzucił mu wściekłe spojrzenie.

‒ Ale karierę zrobiła ‒ kontynuował Jean-Claude. ‒ Czym by była na tej prowincji, gdyby nie poczciwy Gaston… Z zabitego dechami wschodu do włości w Anglii, apartamentu w Mediolanie i co tam jeszcze ten biedak gotów był jej złożyć u stóp…

Jasne, przecież w Polsce nadal białe niedźwiedzie spacerują po ulicach. Ci idioci chyba wciąż tak uważali…

Laurent miał wielką ochotę przyłożyć mu kijem golfowym.

Oto arogancja rzekomych elit Zachodu!

Pamiętał, że Emilia studiowała kulturoznawstwo, zadziwiała go oczytaniem, znajomością języków i elokwencją. Jak wielu młodych Polaków w tamtych czasach. Niekiedy unikał wręcz dyskusji z jej kolegami z roku bojąc się obnażenia swojej niewiedzy.

Ci ludzie byli tak głodni świata, ciekawi życia… Francuską historię znali lepiej od niego.

Pamiętał kolejki przed księgarniami, filmy w oryginale w przykurzonych kinach, kinach „z duszą”, jak śmieli się z Emilią objęci w ostatnim rzędzie, ciasno przytuleni. Jeszcze lata później wydawało mu się czasami, że czuje zapach wytartego zielonego pluszu, słyszy skrzypienie drewnianych stelaży. Ależ one były niewygodne, te fotele… Ale w kinie dała mu się pierwszy raz pocałować…

Po tej informacji było już łatwo do niej dotrzeć. Bufon Jean-Claude przynajmniej raz się na coś przydał.

Laurent zdobył numer telefonu komórkowego (nie obyło się bez małego podstępu i rozległych znajomości w odpowiednich firmach) i wysłał wiadomość. Nie miał odwagi by zadzwonić i narazić się, być może, na pełną wzgardy odmowę.

Odpowiedziała dopiero po trzech dniach. Zaproponowała spotkanie w Paryżu przy okazji zbliżającego się sympozjum antropologów kulturowych, w którym zamierzała wziąć udział. Odpowiedź była przyjazna, neutralna. Odetchnął.

Zobaczy ją jeszcze raz. O niczym innym nie śmiał marzyć.

Pewnego styczniowego wieczoru przed ponad dwudziestu trzema laty sam zamknął te drzwi, w które mogli byli razem wejść. Zamknął lub raczej zatrzasnął z hukiem. Małe nieporozumienie językowe? Różnice kulturowe?

Nawet nie pamiętał dobrze, o co im wtedy poszło… wściekł się, postanowił wyjechać. Ostatnie słowa, które od niego usłyszała były szorstkie i pozbawione wszelkich emocji.

Akurat ojciec kończył swoją misję dyplomatyczną w Polsce i choć lubił Emilię utwierdził go w tej decyzji.

‒ Masz dwadzieścia jeden lat, będziesz miał jeszcze wiele kobiet, życie przed tobą.

I tak było. Czy był przez to szczęśliwszy? Wolał o tym nie myśleć. Zajął się tym, co w życiu wychodziło mu najlepiej, czyli zarabianiem pieniędzy. Gdy wracały wspomnienia, powtarzał sobie często słowa ojca, gdyby jednak choć raz miał odwagę przyznać się sam przed sobą… musiałby stwierdzić, że nie spotkał już kobiety, która potrafiłaby poruszyć w nim najgłębiej ukryte pokłady czułości, miłości i zwykłego pożądania. Była jedyna. Wyjątkowa.

Tak łatwo się minąć w życiu i stracić szansę na coś niepowtarzalnie pięknego.

Teraz to wiedział.

Ale gdy ma się te dwadzieścia lub niewiele więcej lat, czas wydaje się ogromnym, leniwie przesuwającym się oceanem, na którym dowolną ilość razy można zmienić obrany kurs.

A potem było już zwyczajnie za późno.

Czasem wspominając ten jeden dzień zdarzało mu się pomyśleć, że mogli mieć wszystko. Zostało wielkie nic.

‒ Wspaniale wyglądasz ‒ spojrzał na nią ze szczerym podziwem odsuwając dla niej krzesło. ‒ Nic się nie zmieniłaś.

‒ Dziękuję pięknie ‒ z uśmiechem przyjęła komplement. ‒ Jak widzę, ciebie też czas potraktował łaskawie… noo, może nie do końca ‒ lekko dotknęła kilku siwych włosów na jego skroni i natychmiast cofnęła dłoń. Poczuł przeskakującą iskrę elektryczną,

‒ Au… ‒ zaśmiała się cicho. ‒ Czyżby nadal między nami iskrzyło? Żartuję oczywiście, nie rób takiej miny, opowiadaj lepiej, co u ciebie…Ile to lat? Dwadzieścia? Dwadzieścia dwa?

‒ Dwadzieścia trzy… a dokładnie to nawet już dwadzieścia trzy i pół. Tej pani pewnie jeszcze nie było na świecie ‒ wskazał na młodziutką kelnerkę, która podeszła do nich podając elegancko oprawione karty dań. Był pewny, że Emilia datę pamiętała równie dobrze, jak on.

O sobie opowiadała niewiele. Tak, skończyła studia. Doktorat w Cambridge. Pisze, publikuje. Dzieci zdrowe, wspaniałe. Małżeństwo? To długa historia, nie ma specjalnie o czym mówić. Lekkie zmarszczenie brwi. Nie, naprawdę nie chcę o tym rozmawiać.

Ustąpił, choć był ciekawy.

‒ Nie chciałeś mnie, więc musiałam sobie to inaczej ułożyć ‒ rzuciła lekko kłując go tą uwagą w samo serce. Zauważyła to.

‒ Nie przejmuj się, takie rzeczy zdarzają się wielu ludziom. Biegu świata to nie zmienia w najmniejszym stopniu.

Nie znalazł na to odpowiedzi. Miał nieodpartą ochotę unieść jej szczupłe palce do ust, dotknąć jej tak, jak kiedyś było mu wolno.

Z trudem się opanował.

Zwykła przyjazna rozmowa niezbyt bliskich znajomych. Wyraźnie stawiała granice.

‒ Jesteś szczęśliwa? ‒ spytał znienacka i natychmiast pożałował widząc cień na jej twarzy.

Od razu przybrała jednak obronny ton. Wzruszyła ramionami.

‒ Jestem zadowolona. Bywam szczęśliwa ‒ spojrzała mu twardo w oczy. ‒ Radzę sobie.

Nie wracała do przeszłości, nie pytała, dlaczego ją wtedy zostawił, czy żałował, nie mówiła o swoim cierpieniu, a na pewno było jej wtedy ciężko. Kochała go kiedyś. Bardzo go kochała.

Była zbyt dumna, by się do tego przyznać, wiedział to.

Pożegnali się koło północy, odprowadził ją do windy i serdecznie ucałował w policzki.

‒ To…co? Zobaczymy się jeszcze?

‒ Jasne. Kiedyś na pewno. Dobranoc.

Zniknęła w drzwiach windy, nie obejrzała się.

Wypił jeszcze dwa drinki w barze. Odprawił dwie młode, długonogie blondynki, które miały ochotę na szampana w jego towarzystwie. Pewnie nie tylko na szampana. Trójkąty i inne geometryczne figury, o których opowiadali czasem partnerzy od gry w golfa nigdy go nie interesowały.

Powinien zadzwonić? A jeśli go wyśmieje? Przez kilka minut bawił się niezdecydowanie telefonem. Wziął głęboki oddech i wybrał jej numer. Odebrała natychmiast.

‒ To ty? Zapomniałeś o czymś?

‒ Nie, nie… chciałem ci tylko powiedzieć jeszcze raz, że było wspaniale znów cię zobaczyć…

‒ Ja też dziękuję ci bardzo za ten wieczór…dojechałeś do domu?

‒ Nie…

‒ Nie?

‒ Jestem jeszcze na dole.

‒ Na dole… gdzie na dole, w hotelu?

‒ Tak. Pomyślałem…może mógłbym…

W słuchawce zapanowała pełna wahania cisza.

‒ Pokój 504 ‒ odezwała się po chwili i przerwała połączenie.

Nie pamiętał, jak udało mu się przebyć drogę z hotelowego baru na piąte piętro. Zastukał niecierpliwie, choć drzwi były już lekko uchylone.

W przytulnym pokoju oświetlonym jedynie łagodnym blaskiem bladozielonych lamp ustawionych po dwóch stronach szerokiego łóżka panował wzorowy porządek. Bezosobowy porządek hotelowego pokoju.

Ład zaburzały jedynie rzucone niedbale pod fotel eleganckie szpilki, jakby właścicielka z ulgą zsunęła je ze stóp po męczącym dniu.

Za oknami widać było światła Paryża, rozmazane nieco w obfitym marcowym deszczu spływającym cienkimi strumykami po szybie.

Emilia odwróciła się w jego stronę. Uśmiechnęła się i przechyliła lekko głowę.

Bezszelestnie podeszła do niego i wspięła się na palce zaglądając mu w oczy.

Poczuł przypływ pożądania, jakie tylko ona potrafiła w nim wzbudzić.

‒ Nie mogę ci wiele obiecy…

Natychmiast zdecydowanym ruchem położyła mu palec na ustach zmuszając do milczenia.

‒ Nie chcę o tym nic wiedzieć.

Musnęła wargami jego usta. Poczuł ponowne uderzenie gorąca.

Wziął ją w objęcia i mocno przytulił wdychając zapach gładkiej skóry. Ciężkie kasztanowe włosy łaskotały go po twarzy ponownie przywołując wspomnienia.

Spacer po Krakowskim Przedmieściu w mroźne listopadowe popołudnie, kiedy odprowadzał ją do domu po egzaminie. Jakże się wtedy cieszyła z piątki, zarzuciła mu ręce na szyję i przytuliła na powitanie, paplając coś o standardach kulturowych czy czymś podobnym, o czym nie miał zielonego pojęcia, ale oczywiście cieszył się razem z nią.

Było bardzo wietrznie, a te długie do talii włosy łaskotały go w nos. Pamiętał te chwile do dzisiaj. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo był wtedy szczęśliwy…

Dotknął wargami jej ucha i przesunął wzdłuż szyi aż do obojczyka.

Odchyliła głowę i pozwalała się całować, mrucząc cicho. Oplotła mu szyję ramionami przesuwając biodra nieco w dół. Położył ręce na wcięciu talii i przywarł do niej. Rozchyliła lekko uda dając tym samym nieme przyzwolenie na więcej.

‒ Wiesz chyba, co robić? ‒ szepnęła.

Posłuchał od razu.

Zsunął z ramion suknię, odchylił koronkowy stanik i pieścił ustami jędrne piersi, lizał chciwie różowe wysepki na napiętym kremowym jedwabiu skóry i przesuwał ręce po talii, biodrach i plecach porównując swoje wrażenia z zapisanymi w pamięci dłoni liniami. Usłyszał jej przyspieszony oddech.

Jednym płynnym ruchem oderwała się od niego, cofnęła się o kilka kroków i nie przestając się uśmiechać uklęknęła na łóżku podwijając zmysłowo sukienkę. Zobaczył koronkę pończochy przylegającą do zgrabnego uda, zmysłowo przesunęła dłonią po szczupłej łydce…

‒ Chcesz dotknąć? ‒ drażniła się z nim.

Zbliżył się do łóżka ściągając gwałtownie koszulę, szybko rozpinał spodnie szarpiąc się z suwakiem, gdy nieoczekiwanie poczuł jej dłonie na członku, ujęła go delikatnie palcami i czule pocałowała. Znieruchomiał zaskoczony, szczęśliwy. Przez chwilę obejmowała go ustami, badając językiem po całej długości. Stwardniał momentalnie.

Zauważyła to, odsunęła się i po prostu rozłożyła przed nim nogi ukazując mu zupełnie bez wstydu różową pulsującą orchideę. Nie znał jej takiej. Wszedł w nią od razu, zanurzył się w wilgotnej miękkości i znów przywarł ustami do nagich, pięknych piersi. Uniosła biodra i kazała mu wejść mocniej i głębiej. Po prostu słuchał, poruszał się w niej tak mocno, jak tylko mógł, czując jak pragnie go i pożąda, kochał ją, jak mógł najsilniej i najmocniej słuchając bezwstydnych, namiętnych polskich i francuskich słów szeptanych mu do ucha. Nie wszystkie rozumiał, ale w jej ustach brzmiały cudownie i to wystarczyło. Rzeczywiście wiła się, kąsając go drobnymi zębami w ucho, obejmując ciasno udami w pasie i oddając się mu bez reszty. Szukał jej pełnych warg, pamiętał ich idealny kształt i miękkość, uciekała odwracając twarz, ale w końcu pozwoliła mu na głęboki, namiętny pocałunek. Znieruchomiała na chwilę i poddała się ruchom jego języka badającego wnętrze jej ust. Czule chwytał jej wargi rozkoszując się ich ciepłem i słodyczą, przygryzał delikatnie, dopóki nie poczuł słonego smaku na języku. Zdumiony spostrzegł dużą łzę spływającą wolno po policzku.

Zamknęła oczy nie chcąc by zobaczył dalsze łzy gromadzące się niebezpiecznie szybko pod powiekami.

Nigdy dotąd, nawet wtedy, tego ostatniego dnia, nie widział, by płakała. Poczuł się bezradny. Przytulił ją jeszcze mocniej, całował usta i rzęsy zlizując słone strużki które niepokornie wymykały się spod zaciśniętych powiek.

‒ Powiedz, co mam jeszcze zrobić? Wiesz przecież, że ‒ szeptał z przejęciem i bólem. Żal tamował mu oddech. Gdyby tylko mógł cofnąć czas, gdyby nie rozczarował jej wtedy, nie opuścił, albo gdyby choć spróbował wrócić, kiedy było to jeszcze możliwe.

Zajęło jej chwilę, nim odzyskała panowanie nad sobą.

Kochali się dalej gwałtownie i mocno. Doszedł dokładnie w momencie, kiedy zaczęła krzyczeć w spełnieniu. Niechętnie wyśliznął się spomiędzy jej ud i opadł na plecy rozluźniając jedynie lekko objęcia.

Deszcz za oknem nasilił się.

 

‒ Zdradzasz go?

‒ Nie interesują mnie zdrady, a to z tobą to żadna zdrada. To coś, co należy do przeszłości, tylko zamiast w roku 1988 wydarzyło się w 2012. Bohaterowie historii zapomnieli to wtedy przeżyć. Drobna poprawka w historii. Nic to nie zmienia.

‒ Fajna teoria, podoba mi się… powinnaś ją opublikować. Świat i wszyscy zdradzający na to czekają.

‒ Po co ta ironia? Co ci przeszkadza? Chyba o to ci chodziło, prawda?

‒ Nie, wcale nie o to… w każdym razie nie tylko o to. Chciałem cię odnaleźć, chciałem ci powiedzieć, że kocham cię i zawsze kochałem.

‒ Ściemniasz. Nic nie ma. Albo prawie nic, bo są iluzje. I, jak się okazuje, świetny seks. Szkoda, że wcześniej tego nie odkryliśmy. No, ale to moja wina, nie odważyłam się wtedy, a ty nie wytrzymałeś.

‒ Emi, przysięgam ci, gdybym mógł przeżyć to jeszcze raz… byłoby inaczej.

‒ To, co mówisz mi teraz, nic nie zmienia. Zresztą… tak miało widocznie być. Lepiej się nad tym nie zastanawiać. Jak widzisz, ja też nie jestem tą osobą, którą znałeś… Wtedy…byłam tak zajęta uważaniem na to, żebyś nie pomyślał, że jestem łatwa. A dzisiaj idę z tobą do łóżka po dwudziestu trzech latach. I pół ‒ jak twierdzisz. ‒ Bo mam ochotę. No i co ty sobie o mnie teraz pomyślisz?

Dopasował się do jej lekkiego tonu.

‒ Myślę, jak zwykle o tobie, wyłącznie dobrze.

Pocałował ją pod kolanem.

‒ Łaskoczesz mnie…

‒ Chcesz jeszcze raz?

‒ Chcę.

Ułożyła się na brzuchu, rozchyliła nogi. Natychmiast był przy niej. Napalony jak piętnastolatek. Objął jej biodra dłońmi, językiem torując sobie drogę wśród miękkich różowych zwojów, głęboko, aż do środka.

Lizał ją i całował usiłując dotrzeć wciąż głębiej. Czuł pod wargami pęczniejące płatki i coraz większą wilgoć. Jęknęła z zadowoleniem, gdy wsunął się w nią, objął jedną dłonią pierś, a drugą wcisnął między prześcieradło i jej wzgórek, zaczął masować ją opuszkami. Całował plecy i kark, pieścił ustami ramiona, sycił się nią ze wszystkich stron miarowo wchodząc i wychodząc, nabierając tempa. Znów się otwierała jak pachnące kwiaty onagre wieczorową porą w letnim ogrodzie jego matki.

Tym razem była spokojna, niemal bierna, pozwalała mu na wszystko czasem tylko prosząc o więcej.

Wytrysnął mocno taką ilością nasienia, o jaką się sam już nie podejrzewał. Wypłynęło spomiędzy ud Emilii znacząc lepką ścieżką hotelowe prześcieradło.

 

Leżeli wyczerpani spleceni w mocnym uścisku. Laurent patrzył na zaschnięte ślady łez na twarzy śpiącej Emilii i znów czuł przejmujący smutek.

Obejmował ją mocno głaszcząc delikatnie drugą ręką po twarzy, łuku pleców i szczupłych, delikatnie umięśnionych ramionach.

Dotykał czule ud i brzucha, wyczuł kciukiem bladą kreskę blizny po cesarskim cięciu i fałdkę skóry nad nią.

Nie miał pojęcia, jaka historia się za nią kryła.

Nie wiedział nic o jej życiu. Zabolało go to.

Przykrył dłonią lewą pierś i lekko nacisnął usiłując wyczuć bicie serca. Całkiem naga, bez zasłony wstydu, konwenansów, milcząca, wydawała się mniejsza i krucha. Nie odgradzała się od niego żartem, nie cenzurowała ani uczuć, ani słów, po prostu była z nim. Ogarnęła go bezbrzeżna czułość, najchętniej zamknąłby ją w uścisku ramion i nigdy nie pozwolił odejść.

 

Ale jej życie było gdzie indziej. Gdzieś, gdzie nie miał dostępu, z ludźmi, których nie znał, z albumami zapełnionymi zdjęciami tworzącymi jej historię. Bez niego.

 

Patrzyła przez okno jak wychodził z hotelu.

Niedawno przestało padać i parking przed budynkiem lśnił w blasku ulicznych lamp. Podszedł do czarnej terenówki i odwrócił się. Spojrzał jeszcze raz w górę.

Pomachała mu. Tak było właściwie. I musiało wystarczyć.

Przejdź do kolejnej części – Dwadzieścia cztery

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Z przyjemnością wróciłem do tego tekstu. Delikatny, niosący z sobą atmosferę nostalgii, przepełniony subtelnym smutkiem i poczuciem nieodwracalnej straty. A jednocześnie zawiera w sobie iskierkę nadziei, że może nie wszystko całkiem postradane. Trudno nie dać najwyższej noty!

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz