Żegnaj Lizbono II (Miss.Swiss) 4.45/5 (6)

Autor nieznany, "Ruiny Lizbony"

Autor nieznany, “Ruiny Lizbony”

Słowa te, a może ton, którym zostały wypowiedziane, przepełniły mnie trwogą. Wzdrygnąłem się, czując przebiegający po krzyżu dreszcz. Nie był to dreszcz pożądania, lecz raczej przeczucia nadciągającego niebezpieczeństwa. Znieruchomiałem.

Ucałowawszy chłodne teraz wargi Áurei, podniosłem się z łoża.

– Będzie lepiej, jeśli świt zastanie nas w oddzielnych izbach.

Spojrzała na mnie uważnie i zmrużyła oczy. Nie odpowiedziała.

Pozbierałem rozrzucone odzienie i wymknąłem się z jej pokoju. Czułem, że nadchodzący dzień nie będzie łatwy. Nie pomyliłem się. Chłodny poranek drugiego listopada ukazał w pełni ogrom zniszczeń, jakiego dokonało w portugalskiej stolicy przymierze trzech żywiołów. Choć nasza dzielnica, stara Alfama, ze swymi krętymi uliczkami i ciasną zabudową stworzoną na wzór Maghrebu, ucierpiała w stosunkowo niewielkim stopniu, prawdopodobnie dzięki temu, że w większości zbudowano ją na twardym i skalistym podłożu, reszta miasta leżała w gruzach. O dziwo, wydawało się, że w zrujnowanym grodzie zapanował spokój. Było to jednak tylko częściowo trafne wrażenie.

Po bardzo skromnym śniadaniu wyszliśmy z Zeferinem na miasto. Wszędzie czuć było swąd spalenizny, pożaru nadal nie ugaszono jeszcze w dzielnicach, których poprzedniego dnia nie dosięgnął potop. Na ulicach i placach pełno było żołnierzy w czerwonych mundurach. Widok ten bardzo mnie uspokoił. Z podziwem stwierdziłem, że byli doskonale zorganizowani. Pod ich nadzorem sprzątano ulice, ustawiano prowizoryczne namioty dla pozbawionych domu i dobytku mieszkańców, rozwożono wodę pitną i rozdzielano skromne racje żywieniowe. Gdy zeszliśmy w dół, zauważyłem w porcie dwa spore statki. Przy nadbrzeżu leżały pokotem białe i szarawe ściśle opakowane podłużne tobołki związane na obu końcach mocnym sznurem, które sprawnie ładowano na pokład. Było ich bardzo dużo, częściowo ułożonych w kilku warstwach.

– Co to? – spytałem naiwnie. Chyba nie chciałem dopuścić do siebie prawdy.

Zeferino posłał mi zdziwione spojrzenie. Może mi się jedynie zdawało, że dostrzegłem w nim iskrę politowania.

– To zmarli – odpowiedział krótko.

Przełknąłem ślinę, spojrzawszy już inaczej na długie białe rzędy otulonych całunem ciał i migające między nimi silne, opalone ramiona robotników. Układali je sprawnie warstwami, podawali sobie i szybko wnosili na pokład. Niektóre pakunki były mniejsze, zauważyłem kilkanaście całkiem maleńkich.

Na kamiennym murze dwóch mężczyzn kłóciło się głośno. Ciekawość zwyciężyła i podeszliśmy bliżej. Jeden z nich, chudy, kościsty, w czarnej sukni i czarnym płaskim kapeluszu wygrażał drugiemu trzymanym w dłoni krucyfiksem.

– Bogu nie podoba się taki pochówek! Miejsce zmarłych jest w poświęconej ziemi – wrzeszczał. Adresatem jego wściekłych słów był wysoki, postawny mężczyzna w peruce ze zwojem papierów w ręce. Bogato zdobiony, ciemnozielony, zimowy płaszcz i złoty pierścień zdradzały wysoką pozycję społeczną. Tyle wiedziałem. Przez chwilę słuchał cierpliwie wywodów czarnego, potem zaś bez słowa odwrócił się do żołnierzy.

– Ładujcie dalej! Chcę, by do wieczora, najpóźniej do jutra rana pochowano wszystkich! Zorganizujcie zmiany i pracujcie bez przerwy, nie ma czasu do stracenia! – polecenie wydane było donośnym, nie znoszącym sprzeciwu tonem.

– Ekscelencjo – zwrócił się ponownie do chudego rozmówcy wkładając, w swoje słowa spory ładunek gryzącej ironii – może ekscelencja przy okazji zapyta łaskawie swego Boga, czy ochroni ocalałych przed zarazą, jeśli pozostawimy zmarłych na ulicach? Grób w morskiej toni to w tej chwili jedyne rozwiązanie! – nie czekając na odpowiedź odwrócił się i odszedł w towarzystwie kilku mężczyzn, prawdopodobnie przybyłych po rozkazy.

– Pochowamy umarłych i nakarmimy żywych, to jest w tej chwili nasze zadanie. Z rozkazu króla wszyscy mieszkańcy, a także przyjezdni mają pozostać w mieście i pracować aż do czasu odwołania – pouczał swoich przybocznych. – Dajcie tu więcej robotników, zaraz przywiozą szczątki ze szpitala wszystkich świętych, część ludzi spłonęła tam wczoraj żywcem.

Musiałem oprzeć się na ramieniu sługi. Zrobiło mi się słabo.

– To pan de Melo – szepnął mi Zeferino. Z niekłamaną ciekawością przyjrzałem się temu człowiekowi, o którym wiele już słyszałem od czasu przybycia do Lizbony. Moi tutejsi przyjaciele nie ukrywali, że król Józef I nie bardzo zajmuje się rządzeniem przedkładając nad nudne sprawy państwowe kwestie kościoła i przedstawienia operowe. O jego sprawnym zarządcy, znienawidzonym przez wielu premierze, panu Sebastião de Melo krążyły legendy. Właśnie miałem być może okazję, by samemu wyrobić sobie o nim własne zdanie. Już teraz mogłem stwierdzić, że z pewnością nie obawiał się kościelnych sług.

Gdy przechodził koło nas twardym, mocnym krokiem, podniósł wzrok i nasze oczy spotkały się na ułamek sekundy. Nie sądziłem wtedy, że dane mi było spoglądać na jednego z najwybitniejszych mężów naszych czasów. W jego bystrym, szarym spojrzeniu ujrzałem ten jakże rzadki przymiot, tę prawdziwą wielkość, która nakazywała masom słuchać jego słów i czynić to, czego żądał. Wiedział, dokąd zdąża, potrafił wybiec swym umysłem dalej, niż sięga długość naszego żywota i dostrzec, jaki kierunek należy obrać.

Kościsty dostojnik nazwany ekscelencją z wściekłością poprawił kapelusz i skierował się w stronę miasta.

– A to Malagrìa – wyszeptał z nienawiścią Zeferino. – A więc żyje. I ma się dobrze.

– Może teraz, gdy jesteśmy sami, powiesz mi wreszcie, jak to jest z Inès? – ciekawość nie dawała mi spokoju.

Odwrócił się niechętnie w stronę nabrzeża. Wzruszył ramionami.

– Nie ma co dużo mówić, panie. Raz zaszła tam, gdzie nie powinno jej być.

Czekałem w napięciu.

– Jeśli mam ci pomóc, Zeferino, muszę znać prawdę! – małomówność i zazwyczaj nieprzenikniona mina mojego sługi zaczynały mnie mocno irytować. Milczał przez dłuższą chwilę, ważył słowa.

– Za bardzo się spodobała Jego Ekscelencji. A że zwykł dostawać to, czego zapragnął, myślał, że i tym razem pójdzie mu gładko. Inès – wyczułem w jego głosie odcień dumy – sprzeciwiła mu się. A nikt nie sprzeciwia się bezkarnie Malagrìi.

– Jak słyszałeś – odparłem z namysłem – wyjazd z miasta jest na razie niemożliwy. Mam jednak pewien pomysł…

Naszą rozmowę przerwało małe zamieszanie w jednej z bocznych, zrujnowanych uliczek prowadzących w górę miasta. Żołnierze ujęli kilku maruderów, którzy korzystając z zamieszania rabowali opustoszałe domostwa. Spokój był więc złudny. Musieliśmy się spieszyć, nie chciałem chodzić po nieznanych okolicach, gdy zapadnie zmrok. Postanowiliśmy trzymać się głównych, ruchliwych ulic. Po kilku godzinach krążenia po mieście, targowaniu się i zapłaceniu lichwiarskich cen, zyskaliśmy przynajmniej zaopatrzenie w cenne wiktuały na nadchodzące dni. Popędzałem Zeferina. Chciałem jak najprędzej wrócić do domu gnany jakimś nieznanym mi do tej pory, dziwnym uczuciem niepokoju.

Lękałem się, czy Áurea nie podzieli się swoją wiedzą o dodatkowym mieszkańcu z oddaną jej Mafaldą, ściągając tym samym uwagę jezuitów na mój dom. Było to ostatnie, czego mógłbym sobie życzyć.

Szczęście mi jednak sprzyjało. Mafalda i Áurea wyszły w towarzystwie przysłanego przez Fernão żołnierza. Hermìgo, któremu dokuczały doznane poprzedniego dnia obrażenia, pomstując na ciężki los i ból pleców, zaszył się w kuchni. Poszedłem zatem do Inès pozostawiając Zeferina na czatach.

Siedziała wyprostowana na moim łóżku. W na pół zburzonym pokoju, wśród pokrytych pyłem mebli, panowało potworne zimno. Nie pomyślałem o tym poprzedniego dnia. Jakoś sobie poradziła. Owinęła się kocem i moim płaszczem, jednak wyglądała na głodną i zziębniętą.

Udało mi się ją sprowadzić ze schodów i wyprowadzić na ulicę bez żadnych kłopotów. Kryjówka, którą miałem na myśli, znajdowała się na szczęście niedaleko. Słaniała się lekko na nogach, zapewne z głodu i zmęczenia. Ująłem ją więc mocno wpół. Przez lichy materiał ciemnego płaszcza wyczułem chudą kibić. W świetle dnia wydała mi się jeszcze piękniejsza niż w nocy, choć starannie związała jasne sploty i ukryła je pod ciemną chustą.

Innego dnia pewnie zwrócilibyśmy uwagę ciekawskich kumoszek kręcących się po ulicach lub prowadzących rozmowy z naprzeciwległych okien, ale tym razem ludzie wreszcie zajęci byli swymi sprawami, nie zaś żywotem bliźnich.

– Inès, musimy jak najszybciej dojść na miejsce. Idź ze mną i o nic nie pytaj.

Szliśmy obok siebie szybkim krokiem, tak szybkim, jak na to pozwalał jej stan, choć czułem jednocześnie, że zebrała wszystkie siły, jakie jej jeszcze zostały. Prowadziłem ją w jedyne miejsce, w którym, jak sądziłem, będzie bezpieczna. Zeferino chciał nam towarzyszyć, ale zbyłem go pod byle pretekstem. Nie śmiał się sprzeciwić, choć łatwo było zauważyć, jak było mu to nie w smak.

Gdy już wprowadziłem ją do schronienia i uregulowałem wszelkie sprawy z właścicielką, stanąłem naprzeciw dziewczyny. Wskazałem jej twardy, solidny zydel. Przysiadła na samym brzegu. Patrzyła jeszcze lekko nieufnie, spięta, jakby w każdym momencie gotowa do ucieczki.

– Inès, musisz mi zaufać.

– Co ze mną będzie? – spytała wreszcie.

– Zostaniesz tu na kilka dni, będę cię codziennie odwiedzać. Przyjdę zawsze po zmroku.

Zadrżała, ale przemogła się i spojrzała mi prosto w oczy. W jej wzroku był lęk, ale i duma zmieszana z odrobiną pogardy.

– Przypuszczam, że za mój ratunek oczekujesz panie zapłaty, którą zechcesz zapewne wkrótce odebrać – głos drżał jej z lekka, jednak wytrzymała moje spojrzenie. – Domyślam się, że twa pomoc ma swoją cenę. Zeferino wspominał, że jesteś… jesteś częstym gościem w… – najwidoczniej pewne słowa nie chciały przejść jej przez gardło, bo mocno się zarumieniła.

Już od słów tych, wypowiedzianych z wahaniem, aczkolwiek mocnym, jasnym głosem zrobiło mi się gorąco. O tak, uratowałem jej życie i słusznie należałoby mi się za to sowite wynagrodzenie. Byłem panem sytuacji i gdybym zechciał… o tak, chciałem. Zapewne widziała to w mym wzroku.

Nie spuszczała ze mnie wyzywającego spojrzenia lazurowych oczu. Brak snu i wyczerpanie zakreśliły pod nimi błękitne cienie. Nie uśmiechała się. Zrzuciła płaszcz i rozwiązała chustkę. Nosiła cienką szarą suknię bez rękawów. Materiał był w wielu miejscach przetarty i wielokrotnie starannie zacerowany. Nagie ramiona miała wychudzone, miejscami naznaczone siniakami i śladami razów, pod skórą dekoltu odznaczały się wyraźnie kostki obojczyków. Mimo to emanowała niezwyczajnym pięknem i świeżością. Z zachwytem przyjrzałem się czystemu złotu jej splotów opadających na ramiona. Sięgnęła do zapięcia sukni. Zawahała się przez chwilę.

– Nie… – usłyszałem swój zduszony głos – nie żądam tego przecie… jestem człowiekiem honoru. Nałóż płaszcz, Inès. I nie spoglądaj tak na mnie. Każę ci podać coś do jedzenia i przygotować kąpiel. Cokolwiek potrzebujesz, dostaniesz.

Odsunąłem się na bezpieczną odległość, by jej czar się mnie nie imał. Miała w sobie coś niezłomnego, jakiś twardy, dumny rys, który mnie, człowieka wyższego od niej urodzeniem i majątkiem zmuszał do pokory i milczenia.

Nie poruszyła się słuchając uważnie moich słów. Przyjęła je jednak z widoczną ulgą.

Przyniesiono nam obiad. Była bardzo głodna. Widziałem to w jej chciwym spojrzeniu, rozszerzonych nozdrzach chwytających zapach ciepłej strawy i niecierpliwych dłoniach, choć nie chciała tego przede mną okazać. Zjadła niewiele, dzieląc chleb i suszoną rybę na drobne kęsy.

– Teraz, kiedy już ustaliliśmy, że nie jesteś mi nic winna, powiedz, kogo musisz się wystrzegać.

Wzruszyła szczupłymi ramionami.

– Malagria znajdzie mnie zawsze i wszędzie. Mówił mi to za każdym razem, gdy przychodził do więzienia. To się nazywało, że mnie chce nawrócić.

– Tu jesteś bezpieczna.

Roześmiała się z goryczą.

– Nigdzie nie jestem bezpieczna. Nie ma takiego miejsca w mej ojczyźnie, gdzie by mnie nie dosięgnął. A to dlatego, że ma tysiące oczu, tysiące uszu i tysiące chętnych rąk do pomocy.

– Nie rozumiem, cóż takiego uczyniłaś, że nie możesz zaznać spokoju?

Westchnęła ciężko. Podparła głowę wychudzoną dłonią, a jej myśli pobiegły w stronę niedalekiej przeszłości.

– To było w sierpniu, zeszłego roku… jak zmarła królowa matka. Tłumy były w mieście, by zobaczyć pogrzeb. Bardzo chciałam iść. Sprzeciwiłam się woli matki mojej, nie lubiła, gdy pokazywałam się na ulicach. Zwracałam uwagę, bo nieczęsto trafiają się włosy jasne jak moje i niebieskie oczy. Od maleńkości nakazywała mi je skrywać pod chustką, od małego nie wolno mi było chadzać tam, gdzie inne dziewczęta. Matka zawsze powiadała, że moja uroda sprowadzi na nas kiedy nieszczęście. I nie myliła się.

Znalazłam miejsce na przedzie, tam gdzie przechodził orszak pogrzebowy, wcisnęłam się między dwóch krzepkich mężczyzn, tak ciekawa byłam, jak wyglądają goście i to całe bogactwo z pałacu. Ludzie mówili, że trumna będzie z najczystszego złota, że wszyscy najznamienitsi goście zjadą, że będą w orszaku najprzedniejsze wierzchowce i że będą nieść jej klejnoty. Gdybym wiedziała, co mi przyniesie tych parę godzin, ostałabym się w domu. Kondukt był długi, od gwardii królewskiej, żołnierzy, kościelnych dostojników, rodzinę króla i cesarskich krewnych królowej. Nie zbrakło też Malagrii. Pamiętam, że jechał na karym wierzchowcu, rozglądał się w tłumie. I pamiętam, jak zauważył mnie. Miał twarde oczy, czarne jak diament. Słońce jeszcze nie zaszło, a stałam już w klasztorze jezuitów, przywleczona tam przez jego gwardię, a on chodził wokół mnie, mlaskał i dotykał moich włosów, ramion – wzdrygnęła się na samo wspomnienie.

– Nie tknął mnie jednak wtedy, nie śmiał, w klasztorze było wielu gości. Nakazał tylko, bym przyszła za dwa dni, inaczej pośle po mnie.

– I przyszłaś?

– Nie. Nie przyszłam. Choć przyrzekłam, że pojawię się przed świtem. Matka przełożona od sióstr klarysek służebnic Najświętszego Sakramentu przyjęła mnie do nowicjatu. Myślałam, że tak ochronię siebie i moją matkę. Znalazł mnie. Zawsze znajdywał.

– Co było dalej? – Pytania cisnęły mi się na usta. Czemu nie zdołały ochronić jej mury żeńskiego klasztoru? Jak to możliwe, by pochodząca z nizin społecznych dziewczyna, wyrażała się bogatym językiem wyższych warstw? Jak to możliwe, by siostra ciemnego krępego Zeferina odznaczała się szlachetną urodą nordyckiej piękności. I – czy historia mi opowiedziana była prawdą?

Uniosła dłonie do skroni. Milczała.

– Czyż nie powiedziałam ci już tego, co najważniejsze? Nie, Williamie. Im mniej o mnie wiesz, tym lepiej dla ciebie. W więzieniu słyszałam krzyki ludzi wydających własne matki i dzieci za czyny, których nigdy nie popełniono.

Nie zdążyłem odpowiedzieć, gdy do drzwi skromnej izby energicznie zapukano.

– Williamie – usłyszałem znajomy głos – robi się późno. Zaraz otwieramy. Jeśli chcesz wyjść niezauważony, powinieneś się już pożegnać.

Skinąłem głową Inès i opuściłem pokój zamykając za sobą drzwi. Moja obecność w tym miejscu, o tak nietypowej porze, mogłaby faktycznie wzbudzić podejrzenia.

Ociągając się wróciłem do domu, rozmyślając intensywnie nad tym, czego się dowiedziałem. Reszta dnia upłynęła spokojnie. Áurea i Mafalda wróciły, niosąc naręcza ubrań, lecz nawet nie spytałem, skąd je miały. Dziewczyna znowu była milcząca, na mój widok spuszczała wzrok, jak przystało na katolicką dziewicę, a po kolacji pożegnawszy się z nami skinieniem głowy, zniknęła w swojej sypialni.

Tej nocy to ona przyszła do mnie. Leżałem już na moim niewygodnym posłaniu pogrążony w pierwszym półśnie, rozmyślając nad tym, co przyniósł dzień, gdy poczułem na szyi dotyk jej chłodnych palców.

– Wstań, Williamie – powiedziała to cicho, lecz tak dobitnie, że nawet przez myśl mi nie przemknęło, by nie usłuchać.

Posłusznie tedy podniosłem się, stając naprzeciwko niej. Miała na sobie jedwabną srebrzystą szatę, którą natychmiast rozchyliła. Musiała się wcześniej sama dotykać, piersi były zaróżowione od uszczypnięć, sutki sterczące i twarde.

– Klęknij – opadłem przed nią na klęczki.

Usiadła w fotelu i przyciągnęła moją głowę do swoich kolan. Rozwarła je. Znalazłem się między chłodnymi, mocnymi udami. Wciągnąłem intensywny, słodki zapach i zbliżyłem usta do lekko rozchylonej szparki majaczącej na wprost mojej twarzy. Była świeża, lekko błyszcząca kroplami wilgoci osiadłymi po obu stronach płatków. Rozwarłem je stanowczo językiem. Badałem przez chwilę dotykając ścianki jego czubkiem. Zacząłem ją pieścić delikatnymi pocałunkami, które po chwili przerodziły się w długie namiętne liźnięcia. Poruszała się niespokojnie, ścisnęła mi głowę udami. Czułem jej drgającą skórę na swoich uszach. Kwiliła cicho. Wystarczyło kilka przedłużonych, mocnych ruchów języka, ściśnięć czułego punktu pomiędzy wargami, by jej biodra uniosły się lekko do góry. Nie widziałem tego, ale domyśliłem się, że znów wbija zęby w przedramię by stłumić krzyk rozkoszy. Rozluźniła uścisk. Uda trzymała wprost rozwarte, dłoń zagłębiła w swej intymności. Ucałowałem jej usta. Przytrzymała mnie zaciskając drobne zęby na mojej wardze. Objąłem ją czule. Znów było jej chyba zimno.

– Zrób to… raz jeszcze! – syknęła.

Zanurzyłem więc głowę ponownie między rozwarte zapraszająco uda, a potem zrobiłem to jeszcze raz i jeszcze doprowadzając ją do wrzenia i stłumionych, niemal bolesnych jęków.

Zmęczony wtuliłem się w końcu w zagłębienie pomiędzy jej piersiami. Całowałem je z czułością rozdzielając pieszczoty sprawiedliwie pomiędzy obie idealne półkule.

– Kochasz mnie, Williamie? – spytała między pocałunkami.

– Tak, piękna, oczywiście – skłamałem gładko.

Nagle wybuchnęła płaczem i przywarła do mnie całym ciałem.

– Zabierz mnie z tego piekła! Weź mnie ze sobą, zanim mój ojciec wróci do Lizbony.

Jak dowiedziałem się od Fernão, powrotu pana de Azevedo Salazar, nie spodziewano się zbyt prędko. Przebywał z misją dyplomatyczną w Madrycie i choć zapewne wysłano mu już tragiczne wieści o losach jego rodziny, obliczałem, że nim wyruszy w powrotną podróż minie kolejnych kilka, jeśli nie kilkanaście dni.

– Straciłaś matkę, siostrę, jesteś w szoku, w żałobie – powiedziałem łagodnie – gdy żal przeminie, powróci twój ojciec, znów będziesz szczęśliwa. Nie zostawisz go przecie samego i osieroconego?

Energicznie potrząsnęła głową, ze złością i zniecierpliwieniem.

– Czemu wszyscy mówią o mojej matce? Moja matka umarła dawno, przy moich narodzinach. Ona – wymówiła te słowa z wielką pogardą – nie była mi matką, a jedynie żoną mego ojca, tak jak i Lurdes nigdy nie była mi prawdziwą siostrą – dodała z mściwym tonem w głosie.

– Zginęły, ale ich nie opłakuję. Nie były nic warte. Nie bałam się gwałtu, bałam się niepotrzebnej śmierci! A płaczę, bo nie chcę wracać do domu ojca, nie chcę, by mnie wydał za jakiegoś nudnego, prowincjonalnego arystokratę. Ożeń się ze mną Williamie! Zabierz mnie do Anglii – próbowała owinąć się wokół mnie swoim giętkim ciałem, niczym wąż wodzący Ewę w Raju na pokuszenie. Nie miała jabłka, ale miała swe wilgotne, namiętne usta, którymi teraz zaczęła mnie pieścić. Całowała me piersi i brzuch zostawiając wilgotny ślad na mojej skórze.

Czułem się zakłopotany. Nie, to oczywiście nie wchodziło w rachubę. Odsunąłem się od niej, gładząc delikatnie.

– Wiesz, że to niemożliwe. Czeka mnie jeszcze mnóstwo pracy, nim będę mógł pomyśleć o ożenku – zabrzmiało to blado, nawet w moich własnych uszach.

Kłamałem, rzecz oczywista. W podlondyńskiej posiadłości naszych sąsiadów czekała na mnie oficjalna narzeczona, koścista i blada, lecz bardzo majętna panna Virginia Cleath–Stuart spowinowacona z rodem królewskim, z którą zaręczony byłem od lat dwóch. Nie byłem aż tak szalony, ani aż tak zafascynowany, by wywołać wściekłość ojca i przyszłego teścia, a nie daj Bóg, narazić się na utratę majątku z powodu europejskiego romansu.

Gniew, wyraźny gniew błysnął w jej twardych teraz, czarnych oczach.

– Nie zapominaj, że kiedy powiem ojcu, kto pozbawił mnie niewinności, wszyscy będą przeciwko tobie. A i zapewne nie chciałbyś, by Jego Ekscelencja dowiedział się, że kryjesz zbiegłą heretyczkę, która miała spłonąć na stosie? Słuchałem zdumiony.

– Nie pozbawiłem cię cnoty! Nie wiem, kto to był, ale nie byłaś dziewicą…

Uśmiechnęła się tryumfująco.

– Nieważne, kim był. Nie żyje. A dla świata będziesz nim ty, gdy tak zechcę. Wykorzystałeś przecież sytuację i moją bezbronność.

Zaniemówiłem. Gniew rozpalił mnie na dobre, gdy spojrzałem w jej pozornie niewinne oczy, za którymi czaiła się bezwzględna i twarda dusza. Zatrzepotała rzęsami i uśmiechnęła się ponownie swym zwodniczym, słodkim uśmiechem.

– Pomyśl o tym. Do jutra. – płynnie prześlizgnęła się przez szparę między pokojami, pozostawiając mnie samego z nowymi kłopotami. Pełen zwątpienia opadłem na posłanie.

O ile spodziewałem się trudnego dnia tuż po katastrofie, dzień trzeci przyniósł ze sobą jeszcze większe wyzwania. Po nieprzespanej nocy, podczas której męczyły mnie krwawe koszmary, zerwałem się łoża, gdy tylko dostrzegłem pierwsze światło dnia.

Hermìgo rozpalał właśnie pod kuchnią, gdy pojawił się posłaniec od Fernão. Byliśmy zaproszeni na szczególną uroczystość. Mafalda i jej mąż nie posiadali się z radości. Spotkał nas w istocie niecodzienny zaszczyt.

W Lizbonie stało się to, co stałoby się w podobnych okolicznościach w Paryżu, Londynie czy każdym innym miejscu na ziemi. Ogrom tragedii wyzwolił nie tylko odruchy miłosierdzia do bliźnich. Spowodował również eksplozję tłumionych dotąd mrocznych instynktów oraz potrzebę wyrównania osobistych porachunków. Wielu skorzystało z tej okazji. Słudzy i niewolnicy rabowali i zabijali swoich panów. Bandy złoczyńców, zbiegów z więzień, czy zwykłych szabrowników plądrowały zrujnowane domostwa i terroryzowały tych, którzy przeżyli katastrofę.

Szubienice ustawiono na centralnym placu Lizbony. Pan de Melo nie chciał zwlekać z ukaraniem winnych zbrodni dokonanych w chaosie tragedii. Jak dowiedzieliśmy się od Fernão, tegoż dnia wyrok miał być wykonany na trzynastu zbrodniarzach. Byli wśród nich trzej mordercy, pięciu gwałcicieli, kilku zbuntowanych niewolników, którzy pod nieobecność księcia Távora, jednej z ważniejszych osób w państwie, dobrali się do jego skarbca. Dwie młode kobiety, służące hrabiny Ferro de Almeida, udusiły swą panią w jej własnym łożu i podzieliły między siebie jej klejnoty. Ucieczce do rodzinnej wsi, gdzie chciały się ukryć, przeszkodziła szczelna blokada miasta. Wśród osądzonych byli także Diogo i Lopo, uznani przez sąd wojenny za winnych okrutnego mordu na pani de Azevedo i jej córce. Poddani przez dwa dni okrutnym torturom, zawisnąć dziś mieli wśród innych, sobie podobnych. Nie chciałem przypatrywać się tej publicznej kaźni, brzydziłem się szczególnie wieszaniem, ale nie bardzo umiałem się sprzeciwić. Fernão z dumą oznajmił nam, że będziemy śledzić ich egzekucję ze specjalnej trybuny dla najważniejszych osób. By to załatwić użył swoich wpływów. Nie chciałem go rozczarować swoją odmową.

Zgromadziliśmy się więc wszyscy na miejscu. Mafalda i Hermìgo wyraźnie uradowani niespodziewaną rozrywką po trzech trudnych dniach. Áurea, milcząca, wyprostowana, z dziwnym błyskiem w oczach. Zeferino zakłopotany nieco i nerwowy, oraz ja, niechętny całemu zdarzeniu i żądnemu krwi tłumowi. Żałowałem, że żołnierze Fernão nie zabili wtedy gwałcicieli. Żałowałem, że nie nudzę się teraz w majątku ojca siedząc w ciepłej bibliotece i oczekując na nieśmiertelną herbatę w srebrnej zastawie, lub też nie przemykam wraz z Charlesem po ulicach Londynu pomstując na listopadową ulewę i zimno. Byłem jednak tu, na kontynencie…

Odczytano szybko nazwiska skazanych i wyroki. Tłum, złożony przeważnie z plebsu pomrukiwał, czasem z aprobatą, czasem zaś, jak mi się zdawało, ze zdziwieniem. Dawały się słyszeć pojedyncze okrzyki, czasem szloch, nie wiadomo, czy bliskich ofiar, czy złoczyńców. Niejedna matka, żona czy kochanka nie umiała stłumić odruchu rozpaczy.

Starałem się nie patrzeć w stronę bezlitosnych, strzelistych słupów, pod które podprowadzano kolejnych przestępców. Spuściłem wzrok, najchętniej też zatkałbym sobie uszy, by nie dopuszczać do siebie oklasków i porykiwań motłochu.

Wreszcie przyszła kolej i na naszych skazanych. Jak różni byli w tej ostatniej godzinie!

Podczas, gdy Lopo, niższy i młodszy ze złoczyńców łkał i rozpaczał, klękał przed strażnikami i błagał o litość, Diogo szedł wyprostowany. Rozpoznałem w nim przywódcę bandy, która kilka dni temu napadła na panie de Azevedo Salazar. Ubrany w brudną koszulę, z dłońmi związanymi na plecach, stąpał hardo, zmierzając w stronę szubienicy. Wydawało się, że góruje nad swymi strażnikami. Nie trzymali go zresztą, szli po bokach usiłując dotrzymać mu kroku.

Mijając trybunę zatrzymał się i spojrzał wprost na nas. Dopiero teraz dostrzegłem jego czarne oczy, w których obłęd dawno przyćmił wszelkie normalne rozumowanie. Dziwny, szalony uśmiech błąkał się na jego ustach. Wykrzywił się w stronę Áurei ukazując niemal bezzębne dziąsła. Więzienni strażnicy postarali się najwidoczniej o urozmaicenie mu ostatnich dni żywota. Miał spuchniętą, poobijaną twarz, naderwane ucho, a na szyi sino–fioletowe pręgi.

Skłonił się w stronę mojej towarzyszki i rzekł drwiąco, nadzwyczaj spokojnym głosem:

– Żegnaj pani. Zaspokoję cię, gdy spotkamy się po drugiej stronie.

Zdawało mi się, że chciał jeszcze uczynić obsceniczny gest w jej kierunku, ale przeszkodziły mu w tym skrępowane dłonie. Splunął więc tylko i odszedł trzymając głowę jeszcze wyżej.

Spojrzałem kątem oka na Áureę. Sądziłem, że może choć zadrży, przerazi się, ale jej reakcja zdumiała mnie niezmiernie. Siedziała prosto, wzrokiem odprowadzając Diogo na miejsce kaźni. Zmrużyła powieki, koniuszkiem języka dotykając zmysłowo górnej wargi. Widziałem, jak włożyła dłoń pod pelerynę. Ktoś dalej siedzący mógłby pomyśleć, iż ze wzruszenia przyciska rękę do serca. Ja jednak zdołałem już poznać reakcje jej ciała. Wiedziałem, że jej drobne palce zaciskają się niecierpliwie na ciemnym sutku, trącają go coraz mocniej, aż zmarszczy się, powiększy i zesztywnieje. Głośno przełknęła ślinę i westchnęła. Stojąca za nią Mafalda (miejsca siedzące znajdowały się tylko w pierwszym rzędzie) poklepała ją pokrzepiająco po ramieniu.

– Widzisz, dziecko, nie uszedł sprawiedliwości! – orzekła z tryumfem w głosie.

Tymczasem z tłumem działo się coś niezwykłego. Motłoch był podniecony, ale w dziwnie gniewny sposób.

– Wieszacie niewinnego!

– Mścił się przecie za swoich, i dobrze! – rozróżniłem pojedyncze wołania z tłumu.

– Powieście lepiej Salazara!

– Gdzie sprawiedliwość?

Widziałem, że dowódca straży zmarszczył groźnie brwi i dał znak podkomendnemu.

– Spokój, ludzie! Bo każę was wychłostać! – krzyknął w stronę ciżby. Plac błyskawicznie zaczerwienił się od mundurów żołnierzy na koniach. Widocznie ochraniali egzekucję z pobliskich uliczek. Tłum przycichł nieco i cofnął się.

Diogo wstąpił pewnym krokiem po trzeszczących schodach środkowej szubienicy – potoczył raz jeszcze błędnym wzrokiem wokół placu i roześmiał się na całe gardło. Rechotał coraz głośniej, nawet w chwili, gdy kat oplótł mu szyję grubym powrozem. Odwróciłem wzrok, by nie patrzeć na jego ostatnie chwile. Spojrzałem znów na moją młodą towarzyszkę. Uniosła się lekko z ławy, w jej wzroku była radość i tryumf i… bezbrzeżne podniecenie. Uśmiechnęła się szeroko, a schowana pod peleryną dłoń zsunęła się na brzuch i jeszcze niżej… Niżej, coraz niżej, poruszała intensywnie smukłymi palcami, a ciemne szlachetne sukno falowało w rytm jej ruchów.

Gdy ochrypły śmiech Diogo zamarł nagle i przeszedł w krótkie zdławione rzężenie, dłoń Áurei zatrzymała się, dziewczyna zacisnęła zęby, a z głębi jej piersi wydobył się zduszony, tryumfalny krzyk.

On zginął wśród wrzasku tłumu, lecz tylko ja byłem świadkiem jej spełnienia.

Dyskretnie wysunęła dłoń spod peleryny. Na jej arystokratycznych białych palcach błyszczały krople wilgoci. Podchwyciła moje spojrzenie, uśmiechnęła się niewinnie, słodko i naciągnęła na dłonie aksamitne, długie do łokcia rękawiczki.

– Zimno tu – stwierdziła obojętnie.

Fernão podjechał do nas na koniu.

– Dam wam obstawę, Williamie. Tłum jest niespokojny. Najlepiej idźcie już teraz, nim skończymy wieszać resztę. Zmierzch niedługo zapadnie.

Niczego bardziej nie pragnąłem, niż oddalić się jak najszybciej z tego przeklętego miejsca. Mafalda przyjęła polecenie z kwaśną miną, ale posłusznie narzuciła kaptur i zeszła z podestu. Áurea dotknęła zmysłowo mojej dłoni.

– Williamie, zapominasz się! – upomniała mnie. – Winien jesteś otoczyć mnie opieką.

Nic nie odrzekłszy podałem jej ramię.

Po raz pierwszy od wielu tygodni nie czułem pożądania mając u boku doskonale piękną młodą kobietę, ocierającą się o mnie zmysłowo biodrem, o której w dodatku wiedziałem, jak potrafi być gorąca i namiętna.

Wiedziałem już, że nie umiałbym pokochać Áurei. Podniecał mnie jej chłód i dzikie wyuzdanie, któremu oddawała się z tak wielką rozkoszą, lecz nie raz zadrżałem z niepokoju pod dotykiem jej zimnych palców pieszczących leniwie mój kark, nie raz wzdrygnąłem się, czując, jak długie gładkie nogi oplatały mnie niczym śliskie kłącza na szkockim bagnie. Mimo wilgotnego żaru panującego między jej udami, który posłusznie spijałem zeszłej nocy doprowadzając ją do piekielnych wręcz rozkoszy, mimo jej nieskazitelnej, posągowej postaci godnej pędzla i dłuta wielkich twórców, nie poruszała mego serca, a jedynie rozpalała do nieprzytomności moje lędźwie.

Żołnierze Fernão otoczyli nas ścisłym kordonem. Wydało mi się to zrazu niepotrzebne, lecz okazało się, że mój druh miał rację. Blisko stojący ludzie zauważyli nas. Kilka rąk wyciągnęło się w naszą stronę, ktoś splunął, ktoś zadrwił.

– Salazar na szubienicę! – odważył się zawołać jakiś krewki młodzieniec. Zdzielony wprost między oczy butem jadącego na koniu podoficera zatoczył się i wpadł na stojących za nim ludzi. Podtrzymali go, odprowadzając nas nienawistnym wzrokiem.

Żołnierze przeprowadzili nas bezpiecznie aż pod sam dom. Obiecałem sobie w duchu dopytać Zeferina o historię rodu Salazar. Do pełnego obrazu brakowało mi jeszcze kilku ważnych elementów.

Przy kolacji nie mogłem nic przełknąć. W ponurym nastroju wypiłem tylko kielich wina. Mafalda i Hermìgo przeżywali jeszcze raz rozrywkowe popołudnie na placu, wspominając wszystko ze szczegółami, zwierzęcy strach skazanych, butę Diogo i niezrozumiałą dla nich wściekłość tłumu. Podniosłem się od stołu tak szybko, jak tylko pozwoliła na to uprzejmość wobec współbiesiadników. Unikałem wzroku Áurei.

– Wychodzisz Williamie? – spytała lekko widząc, że zakładam płaszcz.

Skinąłem głową i nie chcąc składać żadnych dodatkowych wyjaśnień, szybko umknąłem z kuchni.

Siedzący na progu domu Zeferino zerwał się, gdy tylko ujrzał mnie w płaszczu.

– Pójdę z tobą, panie.

– Nie będę cię dziś potrzebował – odrzekłem bez wahania specjalnie głośno, by być słyszanym w domu – wrócę niedługo. Jednocześnie złapałem go za ramię odciągając na bezpieczną odległość od wejścia, gdzie nikt nie mógł nas podsłuchać.

– Masz jakieś wieści? – już poprzedniego dnia poleciłem mu dyskretnie rozpytać się o tę dziwną rodzinę. Sprawa gwałtu i mordu na rodzinie Áurei nie dawała mi spokoju, a jej groźby i dzisiejsze okrzyki podczas egzekucji skłoniły mnie tym bardziej do poszukiwań, kim naprawdę byli.

– Powiadają – zaczął ostrożnie Zeferino – że ta historia zaczęła się wcześniej. Od ślubu Diogo z Brancą, co to była w służbie u pana Salazara. Było to nie w samej Lizbonie, tylko w letnim domu pana, pod Belem. Z początku wszystko szło gładko, służyli u pana, narodził im się syn. Gdy Diogo zimą poszedł na służbę do armii, pan Salazar Brancę sobie upodobał. Nie minęła wiosna, a znów chodziła z brzuchem. Popłakiwała czasem, ale podziać się nie miała gdzie. Kiedy nadszedł czas rozwiązania, pan kazał, żeby rodziła w stodole. Medyka nie dał zawezwać. Upał był, bo to było latem, gdzieś środkiem sierpnia. Męczyła się dziewczyna ze dwa dni, nie mogła powić, aż cała krew z niej uszła, a płód i tak w środku ostał. Mówili, że w stodole było tak czerwono, że siano już nie nadało się do niczego. Nikt ciała jednak nie widział. Mówią też… – tu Zeferino zawahał się wyraźnie – że w nocy z kamieniem u szyi ją w rzekę rzucić nakazał. Nie samą, z dzieciakiem przywiązanym do brzucha, tym narodzonym. Żeby za matką nie płakał.

Słuchałem wstrząśnięty. Po co pytałem?

– Gdy Diogo wrócił ze służby, nie znalazł już ni żony ni syna. Ludzie zrazu nie chcieli z nim gadać, ale on chodził i pytał, i prosił, i groził. A gdy już poskładał prawdę, poszedł z siekierą do dworu zabić pana. Złapali go i wtrącili do lochów. Tam do reszty wzięła go żałość i postradał rozum. Siedział już tak, będzie ze trzy zimy, i ludzie zapomnieli o nim. Aż do wszystkich świętych, jak ziemia się zatrzęsła, a więzienie zapadło. Przyszedł się mścić. Tyle, że pana znów nie sięgnął, jeno żonę i córkę.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.

– I teraz to, z tym wieszaniem, to dla niego kara nie była, panie, żadna kara, jeno wybawienie od niego samego – dodał Zeferino sam do siebie i zamilkł, wyczerpany tą, długą jak na niego, opowieścią.

Położyłem mu rękę na ramieniu.

– Dziękuję ci. Dalej pójdę sam. Wracaj do domu.

Zmarszczył lekko brwi, lecz nie nalegał, posłusznie zawrócił, usiadł na progu i zabrał się na powrót do strugania nowej poręczy do uszkodzonych w czasie trzęsienia schodów.

Od popołudnia poprzedniego dnia, odkąd wyprowadziłem z domu Inès, wydawał się urażony, ale nie spytał o nic, ja zaś nie podzieliłem się z nim wiedzą o jej kryjówce. Gdy byliśmy już na miejscu i załatwiłem wszystko, co trzeba, upewniłem się, że ma dach nad głową i strawę, a ona zaczęła patrzeć na mnie bardziej ufnie, dowiedziałem się prawdy. Czy całej – tej pewności mieć rzecz jasna nie mogłem.

Zszedłem w dół drogi i skręciłem w prawo. Na ulicy było pusto, koło mnie przemknęła tylko drobna, kobieca postać w czarnym płaszczu i chuście, a także jakiś spóźniony parobek niosący trzy bochny chleba. Odczekałem chwilę za rogiem i upewniwszy się, że nikt z domowników nie wpadł na pomysł śledzenia mnie, spokojnie poszedłem w dół ulicy. Gratulowałem sobie pomysłu umieszczenia Inès u dony Berengarii. Cóż, dobry był to interes i to dla obu stron. Sypnąłem hojnie srebrem, co w tych dniach posuchy – wszak klienci mieli teraz inne troski na głowie niż cielesne uciechy – było dla właścicielki domu sporym zarobkiem. W zamian zyskałem pewność, że mojej uciekinierce nie będzie niczego brakowało. Bawiła mnie myśl, że niedoszła siostra zakonna zamieszkała wśród upadłych aniołów. Już wyobrażałem sobie, jak historia ta stanie się tej zimy najczęściej opowiadaną anegdotą w Londynie .

Doszedłszy do końca ślepej uliczki zakończonej wysokim na sześć stóp murem, odnalazłem ukrytą w zeschniętych winoroślach niewielką, zieloną furtkę i zakołatałem trzy razy. Po kilku chwilach rozległy się lekkie kroki. Mały, zakratowany otwór w drzwiach otwarto na szerokość dwóch palców, a zaraz potem szczęknął stary zamek. Tylnego wejścia używano nader rzadko. Fruilhe, moja ulubienica wśród podopiecznych Berengarii otoczyła mnie natychmiast swymi szczupłymi ramionami i niemal uwiesiła się na mnie.

– Witaj kochany Williamie – wyszeptała namiętnie – stęskniłam się za tobą ogromnie…

Właściwie nie przyszedłem tu dla rozrywki, chciałem tylko zobaczyć się z Inès, ale Fruilhe nigdy nie mogłem się oprzeć. Pachniała podniecająco świeżymi pomarańczami i doskonałą brazylijską kawą. Natychmiast wzięła mnie za rękę i poprowadziła na górę. Mimo młodego wieku należała już do najlepszych w ulubionym przeze mnie przybytku i cieszyła się pewnymi przywilejami. Miała do dyspozycji duży pokój z oknem wychodzącym na wewnętrzne patio, mogła też wybierać sobie klientów, a nawet zastępować szefową i kierować pozostałymi dziewczętami. Sekretem jej sukcesu było jak sądzę to, że szczerze kochała swoją pracę. Zawsze pogodna i, zwyczajnie chętna, lubiła dawać przyjemność, a także czerpać ją od zachwyconych nią mężczyzn. Od pierwszego razu, gdy zawitałem tu w towarzystwie Fernão, polubiłem tę niewysoką, gibką czarnulkę o wdzięku rozkosznej kotki.

Wszedłem za nią do ciepłego, przyjemnie urządzonego pokoju. Nie każdy gustował może w atłasowej żółtej pościeli i dużej ilości kolorowych poduszek i piernatów ustawionych wzdłuż ścian, lecz dziś zarówno faktura materiału, jak i wesoły słoneczny odcień miękkich tkanin pokrywających łoże Fruilhe podziałały kojąco na moje zmysły. W rogu pokoju, w kryształowym smukłym wazonie stały kwiaty pomarańczy. Skąd wzięła je w tych dramatycznych dniach? Skąd miała wyborną, zamorską kawę, którą podała mi doprawioną migdałowym, słodkim likierem – nie wiedziałem. Nawet w godzinie tragedii miasto, które nie do końca rozumiałem, rządziło się swoimi tajemnymi prawami.

Zdjąłem płaszcz i buty, poluzowałem pas. Ułożyłem się wygodnie pośród adamaszkowych luksusów. Przyjemnie było wreszcie spocząć na wygodnym legowisku. Noce na wąskiej leżance w moim domu dały mi się solidnie we znaki. Oparłem się na poduszkach i obserwowałem z przyjemnością, jak Fruilhe zabiera się do rzeczy.

Zasunęła ciężkie zasłony i zapaliła dwie świece. Stanęła przede mną i zsunęła z ramion jedwabną cienką suknię. Materiał zatrzymał się na chwilę na sterczących piersiach by po chwili miękko opaść na ciemną podłogę. Postąpiła ku mnie. Była zachwycająca. Oparła się rękoma o posłanie, niemal dokładnie pomiędzy moimi nogami. Spojrzała wyczekująco. Pospiesznie zzułem spodnie.

– O tak, teraz znacznie lepiej – uśmiechnęła się do mnie. Na czworakach weszła na posłanie. Jej miękkie, ciężkie piersi kołysały się w rytmie powolnych ruchów. Sam widok jej pięknego ciała był niezwykłą przyjemnością, a gdy ktoś zakosztował dotyku Fruilhe, pragnął wciąż powracać w jej ramiona.

Przesunęła się niżej i zaczęła pieścić moje uda. Jej czarne, gęste i lśniące włosy opadające teraz zwartą falującą kurtyną ślizgały się po mojej skórze, dotykały mego podbrzusza. Wilgotne usta w pobliżu mego członka wywoływały we mnie radosne napięcie. Wzniecała ogień. Znałem te pieszczoty i uwielbiałem je. Ugiąłem nogę w kolanie i odchyliłem w bok. Na to czekała. Jej szczupłe dłonie natychmiast objęły moje udo masując je od wewnętrznej strony i z tyłu. Przytulała się doń ciepłym policzkiem, od czasu do czasu muskając je ustami.

Ogarniał mnie coraz większy płomień. Gdy jej palce objęły delikatnie moje jądra westchnąłem cicho poddając się napływającemu uczuciu błogości. Dotykała ich przez miękki, ogrzany przy kominku materiał. Uciskała każde z nich w osobnej dłoni, przesuwała złączone opuszki palców aż na ich skraj i pieściła okrężnymi ruchami pewne miejsce, tuż za scrotum, co sprawiało mi zawsze wiele rozkoszy. Wiedziałem, że obdarzała tą pieszczotą jedynie wybranych gości.

Ujęła członek u nasady i zaczęła pobudzać jego trzon. Na zmianę zaciskając i rozluźniając dotyk kręciła pierścieniem utworzonym z dłoni, a ja czułem, jak moja męskość rośnie i twardnieje. Czułem się błogo, odprężony i spokojny, przyjmowałem dziś rozkosz ze sprawnych rąk czarnowłosej. W końcu Fruilhe wyprostowała się, przesunęła nade mną dotykając swymi twardymi ciemnymi sutkami mojej piersi.

– Czy tak dobrze, Williamie?

– Wspaniale, moja droga.

– Coś cię dziś przygnębiło, czy tak?

Rozpocząłem opowieść. Była dobrą słuchaczką, a ja mogłem być pewien, że moje słowa nie opuszczą ścian jej pokoju. Mówiłem więc, a ona słuchała w milczeniu.

Nawilżyła dłonie pachnącym olejkiem. Ujęła w dłoń mój członek i ułożyła go delikatnie na moim podbrzuszu. Gładziła go z wielką czułością płynnymi, spokojnymi ruchami. Odciągnęła napletek, wsunęła swój szczupły paluszek pod jego skórę i przesuwała nim wokół żołędzi wywołując przy każdym okrążeniu moje kolejne głębokie westchnienia.

Opowiadałem nadal dzieląc się z nią moimi obawami o me własne bezpieczeństwo, o przyszłość Inès, gdy wreszcie pochyliła się nade mną, a ciepłe, szerokie usta objęły me przyrodzenie i poczułem na nim jej sprawny język. Musiałem robić przerwy w opowieści, by głębiej westchnąć i zaczerpnąć tchu. Pieściła mnie coraz mocniej. Liźnięcia stawały się szybsze i krótsze, ruchy jej głowy gwałtowniejsze. Poczułem pulsowanie członka i wreszcie wspiąłem się na szczyt rozkoszy tryskając gęstym nasieniem wprost do jej chętnych usteczek. Wytrzymała cierpliwie ten potop, oblizała dokładnie zaspokojoną męskość i ułożyła się przy moim boku, zachęcając mnie do dalszego opowiadania. Gdy skończyłem, milczała przez chwilę. Gładziła mnie delikatnie.

– Będziesz musiał wyjechać – powiedziała w końcu – Salazar jest niebezpiecznym człowiekiem, choć stronnictwo Malagrìi widzi w nim bohatera. Wyjedź natychmiast! Najlepiej jutro!

– Muszę opiekować się Inès – zaprotestowałem słabo. – Planowałem pozostać jeszcze co najmniej trzy tygodnie! Poza tym jest blokada…

Spojrzała na mnie z lekkim politowaniem.

– Lepiej mnie posłuchaj. Nie ma takiej blokady, której nie możny byłoby obejść z ważnych powodów. Rozpytam, czy będzie miejsce na statku. Nie znasz tego miasta, ani naszych obyczajów. Z lochów inkwizycji droga wiedzie jedynie na szubienicę lub na stos, a Salazarowie znani są ze swej mściwości, gdy nie dostaną tego, co uważają za swoje. Nie możesz tu zostać.

– Ale jak…

– Pozostaw to mnie. I wróć jutro, skoro świt. Będę mieć dla ciebie wiadomości.

Wstała, spojrzała na mnie przeciągle. Narzuciła na siebie srebrzyste koronkowe cudo, więcej odsłaniające niż przesłaniające. Podeszła do porcelanowej, zdobionej umywalni w rogu pokoju, wypłukała usta miętową wodą. Odwrócona do mnie tyłem oparła drobną stopę na aksamitnej pufie i podmyła się miękką szmatką.

Patrzyłem z rozczuleniem na łagodną linię jej pleców i wypukłe gładkie pośladki przypominające jędrny południowy owoc, delikatne i zmysłowe ruchy, gdy dotykała się w swych najintymniejszych miejscach. Była ciepła, spokojna i pogodna, taka, jakiej dziś potrzebowałem. Jej czuły dotyk ukoił moje rozedrgane myśli, zatarł wrażenie niemal fizycznej przykrości, jaką sprawiły mi wydarzenia tego popołudnia.

Zakończywszy ablucje odwróciła się w moją stronę. Podeszła, ujęła moją twarz w dłonie i namiętnie ucałowała.

– Niestety muszę cię teraz pożegnać mój ulubiony Angliku – powiedziała wesoło, zabawnie wydymając usta. – Brat pana de Melo jest już zapewne w salonie, a zamówił sobie aż trzy wieczory pod rząd – zachichotała zalotnie. – Służba państwowa to ciężki kawałek chleba.

Z westchnieniem podniosłem się z wygodnego i ciepłego łoża. I ja miałem jeszcze coś do załatwienia. Wręczyłem jej dwie sztuki srebra, ale odsunęła moją rękę.

– Williamie, nie jesteś mi dziś nic winien. Daj te pieniądze swojej przyjaciółce. Cieszę się, że mogłam ci pomóc. I pamiętaj – jutro skoro świt bądź przy tylnym wejściu.

Od tego gestu i od jej słów zrobiło mi się ciepło na sercu. Miałem poczucie, że ktoś przyjazny prawdziwie troszczy się o mnie. Złożywszy na słodkich ustach Fruilhe gorący pocałunek wyszedłem na korytarz.

W głębi domu zegar wybił północ. Wzdrygnąłem się. Nie stawałem się chyba zabobonny, lecz jego donośny dźwięk wydał mi się złowieszczą zapowiedzią następnego dnia.

Przejdź do kolejnej części – Żegnaj Lizbono – część trzecia

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Miss, ten kostiumowy serial w XVIII-wiecznym anturażu to bardzo sprawne rzemiosło, ale… w Twoich współczesnych opowieściach jest jednak coś więcej. Jest jakieś głębokie wyczucie realiów kryjące się w niuansach, przyczajone w drobiazgach. Potrafisz zaskoczyć błahostką, która celnie trafia w punkt i nie przyszła by mi nigdy do głowy. Po prostu czuć, że ten luksusowy świat jest Ci bliski:) Tutaj natomiast, jesteś piękniejszą zapewne wersją Megasa Alexandrosa. Nie w swojej skórze;)

Co zupełnie nie przeszkadza temu, że bardzo jestem ciekaw spustoszenia, jakie w życiu naszego szlachetnego bohatera poczyni ta ognista, portugalka modliszka.

Chciałabym polecić nowy portal do publikacji tak pięknych opowiadań,tylko nie wiem czy się zgodzisz? Zajrzę tu jeszcze.

@Mefisto – ja sobie ciągle eksperymentuję, przymierzam się do tego, co mi najbardziej wychodzi, co sprawia mi największą przyjemność. To opowiadanie to było dla mnie wyzwanie, dzięki niemu zainteresowałam się kilkoma rzeczami, które były mi kiedyś obojętne. Dzięki za koment – najciekawsze jest przecież, jak to odbierają inni.

@Anonimowy – najzgrabniej będzie, jeśli napiszesz do nas na adres mailowy (kontakt). Dziękuję za miłe słowa.

@Miss.Swiss – Właśnie o to mi chodziło. Inaczej opisujesz świat, który znasz i czujesz, inaczej ten który dopiero starasz się poznać. Tu gdzieś przebiega granica między sprawnym rzemiosłem a sztuką.

Jeśli to nie jest sztuką, to co nią właściwie jest? Klimat, piękny język, dbałość o realia, rozwijająca się intryga, zmysłowo, ale bez wulgarności opisywane sceny erotyczne, sceny, które nie ciążą przy tym na fabule i nie usuwają jej w cień. Po prostu mistrzowskie podejście do tematu.

Cieszy fakt, że niektórzy Autorzy i Czytelnicy dokopują się do tych skrytych w czeluściach zbiorów Najlepszej Erotyki opowiadań! Moim skromnym zdaniem “Żegnaj Lizbono” Miss.Swiss to jedna z najlepszych mini-powieści, jakie ukazały się na naszych łamach. Ze wszech miar godne polecenia wszystkim, którzy lubią inteligentną fabułę oraz gustowną erotykę w historycznych (wiernie oddanych, na ile orientuję się w epoce) dekoracjach.

Pozdrawiam
M.A.

Raz czy drugi polecałeś powieść “Żegnaj Lizbono” w swoich komentarzach, sięgnąłem więc po tę lekturę, dogoniwszy Kassandra w sercu Azji Mniejszej. Nie zawiodłem się. Naprawdę, autorce należy pogratulować.

Kolejna doskonała część opowieści “Żegnaj Lizbono”. Ten cenię sobie szczególnie za sprawą drugoplanowej bohaterki – brazylijskiej nierządnicy o złotym sercu, Fruilhe.

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz