Opowieść helleńska: Kassander V (Megas Alexandros) 4.86/5 (7)

Edouard-Henri Avril, "De figuris veneris 6"

Edouard-Henri Avril, “De figuris veneris 6”

Herakliusz, bo tak było na imię posłańcowi spod Ephyry, wpółleżał na swym łożu i pochłaniał kolejne kawałki pieczonej baraniny. Od dwóch dni i dwóch nocy nie miał w ustach jedzenia i wyglądało na to, że zamierzał podczas tej wieczerzy nadrobić wszelkie zaległości.

Kassander leżał na posłaniu nieopodal, przyglądając się młodemu żołnierzowi. Gdy zmył z siebie pył podróży i przywdział świeży, dorycki chiton z białej wełny, prezentował się całkiem godnie. Był przystojnym mężczyzną o czarnych, kręconych włosach i niemal równie ciemnych oczach. A także o niespożytym apetycie.

W komnacie był jeszcze Trak Jazon, który, choć również zajęty jedzeniem, ani na chwilę nie spuszczał oczu z młodzieńca. A także Arystoteles, skubiący niespiesznie swoją porcję.

– Opowiadaj wreszcie – rzekł Kassander, gdy Herakliusz nasycił pierwszy głód. – Jak to się wydarzyło?

– Zgodnie z twą wolą, panie, przybyłem do Koragosa z rozkazami, nakazującymi mu powrót do Koryntu. Armia była wtedy jeszcze w Achai. Odniosła tam pewne sukcesy. Koragos zdobył i puścił z dymem Pellene, spustoszył pola wokół Patry…

– Nie interesują mnie sukcesy Koragosa, tylko jego ostateczna klęska – wycedził Kassander, czując, że niezagojona jeszcze rana pulsuje tępym bólem. – Dlaczego zamiast wrócić do Koryntu, jak mu przykazałem, udał się na południe?

– Mówił, że po Achajach przyszedł czas na mieszkańców Elidy. Chciał im dać nauczkę za przymierze ze Spartą…

– I w ten sposób podszedł pod sam nos królowi Agisowi. To wiem. Ale dlaczego złamał rozkaz?

– Mogę się tylko domyślać – wtrącił Arystoteles – że nie wierzył zbytnio w twój powrót do zdrowia. A przeniesienie wojny do Elidy miało zwiększyć dystans między jego armią i Koryntem. Dać ci czas, byś spokojnie umarł. Ewentualna chwała ze zwycięstwa spłynęłaby wówczas na niego.

– Zdaję się, że masz rację, panie – Herakliusz zwrócił się do filozofa ze Stagiry. – Gdy wysłuchał rozkazów, które przyniosłem, skrzywił się tylko i machnął ręką. A potem zakazał mi powrotu do Koryntu. Miałem, podobnie jak pozostali z twych posłańców, towarzyszyć armii aż do końca kampanii.

– To zrozumiałe – odparł Arystoteles – Zależało mu na czasie. Im później Kassander dowiedziałby się o jego nielojalności, tym lepiej. Jeśli nawet przeżyłbyś infekcję, która wdała się w twą ranę, nie mógłbyś ukarać swego zastępcy, jeśli ten powróciłby jako zwycięzca.

– Zapewniam cię, że ten arystokratyczny dupek srodze by się zawiódł – odrzekł filozofowi Kassander. – Nie uszedłby kary za złamanie rozkazów i narażenie mojej armii. Zdarłbym skórę z jego cholernego grzbietu.

– Teraz to już niemożliwe – wtrącił Jazon. – Wciąż jednak nie wiemy, co się stało.

– Szliśmy przez Elidę – kontynuował Herakliusz – znacząc swój szlak dymami pożarów. Z marszu wzięliśmy Buprazjon, miasteczko pozbawione nawet palisady, nie mówiąc już o porządnych fortyfikacjach. Przypuściliśmy szturm na Pylos. Musieliśmy wprawdzie odstąpić od murów, lecz ogień zaprószony w czasie ataku strawił pół miasta. Koragos chciał powetować sobie to niepowodzenie, ruszyliśmy zatem na Ephyrę…

– …gdzie zaskoczyli was Lacedemończycy – wszedł mu w słowo zniecierpliwiony Kassander. – Jak to się stało?

– Było późne popołudnie. Słońce chyliło się ku zachodowi, zaś księżyc pojawił się już na niebie. Szturmowaliśmy Ephyrę, gdy od wschodu nadeszli Spartanie. Wiódł ich sam król Agis. Towarzyszyli im hoplici z Arkadii oraz najemnicy. Byli liczniejsi od nas i wypoczęci, podczas gdy my od świtu walczyliśmy o każdy odcinek muru, a potem o każdy dom. Byłem jednym z gońców Koragosa, widziałem, jak próbował uszykować wojsko, ustawić je naprzeciw szyków Spartan…

– …ale w ferworze walki na ulicach miasta było to niemożliwe – domyślił się Kassander. Zaczynał mieć klarowną wizję pułapki, w jaką wpadł jego zastępca.

– Udało się rozwinąć falangę, ale traccy najemnicy nie chcieli wycofać się z miasta, zajęci grabieżą. Część helleńskich kontyngentów też była już w obrębie murów, niektórzy z naszych sojuszników uciekli na widok lacedemońskich szyków. Nie było komu osłonić lewej flanki falangi… a właśnie tam spadło uderzenie.

– Co działo się później? – spytał Jazon.

– Falanga pękła, ludzie zaczęli pierzchać. Koragos próbował ich powstrzymać, groził i klął. Byłem nieopodal, gdy zginął. Życie odebrał mu jeden z najemników Agisa. Od zagłady ocalił nas wódz kawalerii, Polidames. On i jego tesalscy jeźdźcy uderzyli na Spartan ze skrzydła, pozwalając falangistom na odwrót. Większości naszych żołnierzy udało się wycofać, z wyjątkiem tych, którzy zostali w mieście. Ich wyrżnięto w pień.

– A zatem trzon falangi przetrwał? – rzekł Kassander z nadzieją w głosie.

– Spartanie nie mieli konnicy, więc zaniechali pościgu – opowiadał dalej Herakliusz. – I wtedy otwarły się bramy Ephyry i wypadli z nich jeźdźcy. Całe setki. Ogarnęły naszych wycofujących się we względnym porządku chłopców. Wybuchła panika i rzeź. Nim Polidames przybył na odsiecz ze swymi Tesalami, poległy setki Macedończyków.

Kassander zacisnął rękę w pięść i w bezsilnej wściekłości uderzył w pobliski stół, na którym ustawiono potrawy. Zabrzęczały mosiężne tace, amfora z winem spadła na podłogę i rozpadła się na sto kawałków.

– Co było potem? – wycedził.

– Polidames zgromadził tych, co przeżyli i zarządził marsz z powrotem do Koryntu. Wiedzieliśmy, że przyjdzie nam iść przez wrogie terytorium i że będziemy szarpani przez nieprzyjacielską jazdę. Mnie i kilku innych wysłał przodem, byśmy tobie, panie, przekazali wieść o wydarzeniach. Czy mogę spytać, czy któryś z moich towarzyszy przybył przede mną?

– Nie – odparł Jazon. – Być może jeszcze się pojawią.

– Albo zabito ich po drodze – odparł gorzko Herakliusz. – Polowanie na Macedończyków stało się popularnym sportem na Peloponezie. Gdy tu jechałem, trzy razy próbowano mnie zgładzić. Na szczęście udało się zmylić pościg…

– Kiedy możemy się spodziewać powrotu armii? – przerwał ku Kassander.

– Maszerują wolno, obciążeni rannymi. Muszą walczyć z atakującą ich konnicą wroga… Nie prędzej niż za trzy, cztery dni, panie.

* * *

Wieczerza dobiegła końca. Jazon wyprowadził Herakliusza z komnaty, trzymając go za ramię. Już przedtem Kassander zauważył, że Trak przyglądał się posłańcowi z uwagą. Najwyraźniej przystojny młodzieniec przypadł mu do gustu. Jeśli tak było w istocie, Herakliusz jeszcze tej nocy zostanie kochankiem Jazona. I nie będzie miał w tej kwestii zbyt wiele do powiedzenia. Władza, jaką mieli w macedońskiej armii oficerowie nad szeregowymi żołnierzami, rozciągała się także na sferę seksualności.

Kassander zakazał wprawdzie w akrokorynckiej twierdzy stosunków między swymi podwładnymi, lecz dla zhellenizowanego Traka robił wyjątek. Zbyt cenił sobie umiejętności Jazona, który potrafił trzymać w posłuchu niepokornych trackich najemników, by stawiać mu tego rodzaju ograniczenia. Jeśli oficer zechce przespać się z Herakliuszem, Kassander nie zamierzał robić mu w tym względzie najmniejszych trudności.

Sam natomiast bardzo potrzebował kobiety. Nie miał żadnej od tamtej pamiętnej nocy, gdy kochał się z Tais i jej niewolnicą Chloe, a przysłany przez Spartę skrytobójca usiłował pozbawić go życia. Minęły już prawie trzy tygodnie… W tym czasie Kassander otarł się o śmierć i powrócił znad brzegów Styksu. To jednak w żadnej mierze nie zmniejszyło jego apetytu na kobiece wdzięki.

Również wieść o klęsce nie mogła tego sprawić. W innych okolicznościach Kassander odłożyłby wszystko i zajął się przygotowaniem odsieczy dla wycofującej się armii. Niestety, Koragos niemal całkiem ogołocił akrokoryncki garnizon z żołnierzy. Ci, których zostawił Kassandrowi, z trudem wystarczyli, by obsadzić twierdzę oraz mury okalające Korynt. Nic zatem nie można było zrobić. Pozostawało czekanie na powrót Polidamesa.

Arystoteles zmienił opatrunek Kassandra, przyjrzał się ranie i obwieścił, że goi się dobrze. Macedoński wódz odesłał filozofa i został sam w komnacie. Przez chwilę bawił się myślą, czy nie posłać po którąś ze swoich kochanek do miasta i nie kazać jej przybyć na akrokorynckie wzgórze. Po namyśle jednak odrzucił ów pomysł. Fakt, że Spartiata próbował go zabić w czasie wizyty u jednej z nałożnic, nie zmusi go do zmiany zwyczajów. Zejdzie z Akrokoryntu i uda się do którejś z nich osobiście. Pokaże Koryntyjczykom, że wrócił do pełni sił.

Wezwał dowódcę swej straży przybocznej, Tryballa Oksosa. Olbrzymi mężczyzna wkrótce stawił się w jego komnacie. Przybył chyba prosto z wieczornego treningu, bo jego nagi tors lśnił od potu, a długie włosy były nim posklejane. Miał na sobie jedynie przepaskę biodrową, pas i sandały. Choć Kassander był wysoki jak na Hellena, Oksos przewyższał go o głowę. Był też szerszy w barach i, jak przekonał się w czasie wspólnych ćwiczeń Macedończyk, znacznie silniejszy. Jego ludzie mówili o nim, że potrafił powalić ciosem rozpędzonego byka. Kassander był skłonny w to uwierzyć.

– Schodzę do Koryntu – oznajmił Oksosowi. Barbarzyńca uśmiechnął się szeroko. Znał swego pana dość dobrze, by wiedzieć, czemu ten fatyguje się wieczorem do miasta.

– Dostaniesz sześciu ludzi – rzekł.

– Wystarczy mi dwóch, jak zawsze – odparł Kassander.

– To rozkaz Jazona. Eskorta wszystkich oficerów ma zostać potrojona. Miałeś dwóch ludzi, panie, teraz zatem będziesz miał ich sześciu. Chyba, że uchylisz rozkaz…

– To nie będzie konieczne – Kassander machnął ręką. Wątpił, by Spartanie spróbowali powtórzyć zamach, zwłaszcza po wygranej bitwie. Ale może sześciu Tryballów faktycznie zrobi wrażenie na Koryntyjczykach?

Albo wręcz przeciwnie: upewni ich, że Macedończycy zaczęli się bać.

Tak czy inaczej, zarządca akrokorynckiego garnizonu nie miał ochoty na dyskusję z Oksosem ani na dyskredytowanie decyzji Jazona, który w czasie, gdy on leżał bez życia, zaś Koragos ruszył na wojnę, kierował całą twierdzą. Kassander przepasał swą tunikę ciężkim, wojskowym pasem, do którego przypięty miał xiphos i opuścił komnatę. Przeszedł przez plac. Nieopodal bramy Tryballowie trenowali walkę wręcz. Kilku atakowało drewniane manekiny, rąbiąc je na drzazgi ćwiczebnymi mieczami. Kilku następnych, podzielonych na pary, okładało się wzajemnie klingami z ciemnego żelaza. Ciosy przyjmowali na wielkie, okrągłe tarcze z drewna umocnionego skórami dzikich zwierząt.

– Raksos, Seston, Polidor, Orion, Parmenas, Symmach – Oksos wywołał sześciu z nich. Kassander od razu spostrzegł, że dowódca jego eskorty dokonał dobrego wyboru – spośród całej bandy trackich dzikusów tych sześciu prezentowało się zdecydowanie najlepiej. Byli wielcy jak mityczni tytani, patrzyli groźnie i z niezachwianą pewnością siebie. Biada ewentualnym skrytobójcom, którzy próbowaliby się do niego przebić przez taką eskortę.

Wszyscy Trakowie byli nadzy – całkiem rozebrali się do ćwiczeń. Oksos jako jedyny miał na swych biodrach przepaskę – pewnie włożył ją, idąc do Kassandra.

– Załóżcie coś przyzwoitego – rzucił Macedończyk. – Schodzimy do miasta. I zabierzcie ostre miecze.

Kilka chwil później siedmioosobowa grupa przekroczyła bramy twierdzy i ruszyła kamienistą drogą schodzącą ku miastu.

Idąc na jej czele, Kassander spoglądał na Korynt. Miasto powoli układało się do snu. W oknach bogatszych domów zapalały się światła lamp oliwnych. Obywatele udawali się do domów, opróżniając przepełnione w ciągu dnia ulice. Kupcy zwijali swe stragany i na grzbietach tragarzy odsyłali do magazynów niesprzedany tego dnia towar. Ostatnie statki przybijały do widocznego daleko na północy portu. To kutry rybackie wracały z połowu.

Kassander wiedział, że już niedługo wieść o klęsce pod Ephyrą dotrze do Koryntu. Zapewne stanie się to nazajutrz albo dzień później. Wielu Hellenów ucieszy się, słysząc o porażce Macedonii. Być może – choć nie wierzył w to zbytnio – wybuchną rozruchy i na ulicy poleje się krew. Miał nadzieję, że siły, które pozostawił mu Koragos, wystarczą do utrzymania porządku – przynajmniej do powrotu Polidamesa.

Odepchnął od siebie te nieprzyjemne myśli i skupił się na znacznie bliższej perspektywie. Tę noc, pierwszą od trzech tygodni i od swego powrotu z zaświatów, miał zamiar spędzić z niewiastą. Nie namyślał się długo, którą ze swych nałożnic odwiedzić. W czasie ostatniego spotkania Mnesarete z Argos powiedziała mu, że jej „szparka i tyłeczek stęskniły się za jego macedońską włócznią”. Miał zamiar sprawić, by jego kochanka dobrze poczuła jej pchnięcia.

Kassander i jego Tryballowie zeszli ze wzgórza i zagłębili się w labirynt korynckich ulic. Mury ciasno stłoczonych domów oddawały teraz gorąco, jakie wchłonęły przez długi, upalny dzień. Nawet wieczorem, gdy miasto pustoszało, czuć było intensywną woń orientalnych przypraw, pieczonej pod gołym niebem baraniny; cuchnęły wyziewy z niedrożnych kanałów i nieuprzątnięte śmieci. Sytuację niewiele poprawiała słabnąca bryza znad Zatoki Korynckiej. Wielkie miasto musiało śmierdzieć – nie było na to rady.

Dwaj Tryballowie flankowali Kassandra z obydwu stron, dwaj kolejni przepatrywali uliczki przed nim, następni dwaj zamykali pochód. Nieliczni przechodnie pierzchali na boki, bo olbrzymi żołnierze nie silili się na delikatność. Tych, którzy zbyt prędko nie zeszli im z drogi, odpychali mocno i brutalnie, czasem rzucając kilka przekleństw w swym gardłowym języku.

Wraz z zachodem słońca z ulic zniknęli przekupnie, ale pojawiły się ulicznice. Były to sprzedajne dziewczęta stojące najniżej w hierarchii – poniżej heter, wolnych prostytutek a nawet niewolnych pornai z domów rozpusty. Stały w prowokujących pozach na progach swoich lichych domostw i zapraszały mężczyzn do środka. Nosiły szaty w krzykliwych kolorach, choć z kiepskich materiałów. Często je rozchylały, ukazując nagą pierś lub łono. Kassander spoglądał na nie bez wielkiego zainteresowania. W zamierzchłych czasach, gdy był zwykłym żołnierzem, nie pogardził rozkoszą, jaką można znaleźć między udami lub pośladkami takich niewiast. Teraz jednak, gdy mógł sobie pozwolić na najlepsze hetery w tym mieście, ulicznice przywoływały już tylko wspomnienia dawnych zdarzeń. Macedoński wódz przypominał sobie wąskie i niewygodne posłania, duszne wnętrza ciasnych i niewietrzonych domostw, udawane jęki przyjemności ladacznic, gdy wbijał się w ich niezbyt wilgotne szparki. A także zapach taniego wina, smród potu poprzednich klientów oraz intensywną woń ich nasienia. Czasem przyszło mu czekać w kolejce jemu podobnych jurnych młodzieńców, a dziwka przyjmowała ich jednego po drugim, w pośpiechu, ledwie zdążywszy się podmyć między następującymi po sobie stosunkami.

Kassander uśmiechnął się w duchu do tych wspomnień. Jego młodość może i była biedna i niebezpieczna, ale za to znacznie prostsza. Cel był zawsze jasny, nagroda na wyciągnięcie ręki. Maszerował pod wodzą Filipa, a potem Aleksandra ku chwale, zabijał Traków i Helenów, którzy stawili mu czoła na polu bitwy, a wieczorem rżnął wojenne branki i upijał się wraz z towarzyszami do nieprzytomności. Czasem grabił zdobyte miasta, po to tylko, by zaraz rozpuścić łupy na kwaśne wino i klejące się do niego nierządnice. Jego myśli nie zaprzątała wtedy wielka polityka, nielojalni podwładni, spartańscy skrytobójcy. To był dobry czas. Czas, który niestety dobiegł kresu.

Przechodzili w poprzek przez wielką, koryncką agorę, rojącą się teraz od ulicznic oraz mężczyzn, krążących między nimi i dokonujących wyboru kobiety na nadchodzącą noc. Słońce niemal skryło już za horyzontem. Agora zalana była czerwonym blaskiem, który całkowicie odrealniał sceny, jakie się tu rozgrywały. Niektórzy mężczyźni byli pijani, a przez to nieostrożni. Tryballowie zadali kilka ciosów, wybili kilkanaście zębów. Zrobiło się wokół nich nieco luźniej. Znów weszli w uliczki, a domy nachylały się nad nimi, stłoczone na każdym kawałku wolnej przestrzeni.

Dom, który Kassander wynajął dla Mnesarete, miał dosyć wąską elewację, ale za to aż dwa piętra. Górował zatem nad okolicznymi budynkami, a w ciągu dnia na najwyższej kondygnacji można się było rozkoszować wpadającą przez północne okna chłodną bryzą. Jak również widokiem na sporą część miasta.

Drzwi otworzył przed nimi szczupły, młody eunuch. Już od progu kłaniał się nisko Kassandrowi. Tryballowie rozproszyli się po parterze domu, przeszukując dokładnie wszystkie komnaty. Prowadzony przez niewolnika Kassander przeszedł dziedziniec i stanął w przedsionku głównej części domostwa. I tutaj właśnie spotkał Mnesarete.

Zaintrygowana zamieszaniem i odgłosami dochodzącymi z parteru, Mnesarete schodziła właśnie po schodach. Piękna i czarująca, ze spadającymi na ramiona i plecy lokami w kolorze kasztana, roziskrzonymi szmaragdowymi oczyma i uroczymi piegami na niewielkim nosku, przywdziała w ten wieczór suknię o barwie świeżych, wiosennych liści. Stąpała wdzięcznie i lekko, zaś szata rozsuwała się raz za razem, ukazując jej zgrabną nogę aż po udo. Było to nie do pomyślenia na ulicy (kochanka Kassandra zostałaby uznana za pospolitą dziwkę, kuszącą klientów odsłoniętym ciałem), ale dopuszczalne w obrębie murów własnego domostwa. Na widok Macedończyka Mnesarete otworzyła szeroko oczy, a potem zawołała jego imię i rzuciła mu się na szyję. Przygarnął ją silnym ramieniem, jej wiotkie ciało wtuliło się w niego, a spore piersi rozpłaszczyły się na jego torsie. Kassander uniósł ją bez trudu (choć poczuł przy tym, że jego rana w boku przypomina o sobie mocniejszym bólem) i ucałował mocno rozchylone, chętne usta, za nic sobie mając przyglądających się tej scenie eunuchów oraz Tryballów.

– Żyjesz, jesteś zdrowy! – mówiła prędko Mnesarete, pomiędzy pocałunkami. – Wróciłeś do mnie… Mogłeś mnie wprawdzie uprzedzić, że dziś przyjdziesz… Włożyłabym coś szczególnego… Ale i tak się cieszę! Możesz zostać na noc?

– Oczywiście, Mnesarete. Do samego rana – odparł Kassander. Po czym znów ignorując otaczających ich ludzi, dodał: – I nie martw się suknią. Ta jest bardzo piękna, ale i tak zaraz ją zrzucisz.

Mnesarete zaprowadziła go (choć słowo „zaciągnęła” bardziej odpowiada prawdzie) do swej sypialni na drugim piętrze domu. Niewolnicy, która tam była, rozkazała przynieść dzban wina, puchary oraz amforę oliwy. Dwóch Tryballów zajęło miejsca po obu stronach wejścia do komnaty, pozostali przeszukiwali resztę budynku.

– Mam nadzieję, że te twoje dzikusy nie poranią moich sług – powiedziała Mnesarete z nagłym niepokojem. – Ani nie będą obmacywać niewolnic. To straszni ludzie. A jak od nich cuchnie potem…

– To prawda, Tryballowie nie grzeszą zbytnią czystością – zgodził się Kassander, z ulgą siadając na zydlu. Spacer przez miasto, a potem szybki bieg po schodach nieco go zmęczył. Nawet przed sobą nie chciał przyznać, że odniesiona rana bardzo go osłabiła. – Ale nie tego od nich wymagam. Koryntyjczycy panicznie boją się tych trackich olbrzymów. A jeszcze bardziej lękają się ich ci, którym dane było się z nimi zmierzyć… Ale nie martw się o swoją służbę. Nikomu włos z głowy nie spadnie. A jeśli moi ludzie zabawią się chwilę z którąś z niewolnic? Cóż, od tego właśnie są niewolnice…

– Kassandrze!

– Żartuję – zaśmiał się Macedończyk. Mnesarete wsunęła mu się na kolana, a on objął ją ramionami w talii. – Powtarzam, nie obawiaj się. Mam w zwyczaju dobrze tresować swoje psy.

– Wierzę – odparła, spoglądając mu przez chwilę w oczy. Ze wszystkich jego stałych nałożnic, Mnesarete była najbardziej śmiała, czasem niebezpiecznie zbliżając się do granic bezczelności. Miała jednak dość wyczucia, by granic tych nigdy nie przekroczyć.

Młoda niewolnica wróciła z tacą, na której stał dzban wina, dwa ceramiczne puchary oraz pękata amfora z oliwą. Naczynia pokrywały czerwono-czarne malowidła przedstawiające kąpiące się nimfy i podglądających ich zza krzewów satyrów. Dziewczyna postawiła tacę na pobliskim stole, a potem została odesłana niecierpliwym ruchem dłoni Mnesarete.

– Nie oddalaj się. Możemy cię potrzebować – rzuciła za nią niewiasta siedząca na kolanach Kassandra.

– Tak, pani.

– Jaka ułożona – uśmiechnął się Macedończyk. – Widzę, że ty również krótko trzymasz swoją służbę.

– Zauważyłeś? – odparła Mnesarete, spoglądając na niego spod długich rzęs. – Muszę tak czynić, by nie weszli mi na głowę. A ta dziewczyna jest szczególnie niepokorna. Wczoraj porządnie ją wychłostałam, powinno wystarczyć na jakiś czas. Sądzę, że niektóre niewolnice powinny być regularnie bite, by pamiętały o tym, komu są winne posłuszeństwo. Nie uważasz?

– Istnieje taka opinia – rzekł lekko zaskoczony Kassander. – Lecz karząc często swoją niewolnicę, możesz nie tylko utwierdzić ją w uległości, ale i wzbudzić nienawiść.

– Cóż – Mnesarete uśmiechnęła się do niego szelmowsko – czasem jest to tak przyjemne, że po prostu nie mogę się powstrzymać!

– Lubisz chłostać młode, bezbronne dziewczęta? – spytał podniecony już mocno Kassander. – Może więc ktoś powinien podobnie potraktować ciebie…

– Tylko jeśli będziesz to ty, mój kochany – spojrzała mu teraz prosto w oczy. – Czy chcesz, bym już się rozebrała?

– Natychmiast – odparł Kassander, wypuszczając ją z objęć. Mnesarete podniosła się z jego kolan, odsunęła o dwa kroki i obróciła ku niemu. Uniosła rękę do zapięcia swej sukni, nad prawym ramieniem. A potem już szata spływała po jej ciele, ukazując oczom Kassandra coraz większą jego część.

Mnesarete miała dokładnie taką figurę, jaką Kassander lubił najbardziej. Był to jeden z powodów, dla których uczynił ją swoją kochanką. Gdy stanęła przed nim naga, mógł znów nasycić oczy każdym szczegółem.

Była o pół głowy niższa od niego. Miała spore, krągłe piersi o ciemnych brodawkach. Brzuch lekko wypukły, biodra zaś szerokie, przez co jej szczupła talia zdawała się jeszcze węższa. Długie nogi o jędrnych udach i smukłych łydkach. Podobnie jak korynckie hetery, depilowała całkowicie swoje łono, nie pozostawiając na nim ani jednego włoska. Kassandrowi jednak najbardziej podobała się jej pupa, w tej chwili dla niego niewidoczna, co jednak nie przeszkadzało mu tak bardzo, bo był pewien, że zdąży się na nią jeszcze dziś napatrzeć.

Pośladków Mnesarete mogłaby pozazdrościć sama boska Afrodyta. Wypukłe i idealnie okrągłe, mniej doświadczonemu znawcy kobiecych wdzięków mogłyby się wydać wręcz zbyt duże. Kassander jednak gustował w jej sporych rozmiarów pupie, uwielbiał ją zarówno miętosić w dłoniach i zaróżawiać siarczystymi klapsami, jak i penetrować swą męskością.

– Jak ci się podobam? – spytała Mnesarete, chowając ręce za siebie i wypinając dumnie biust.

– Jesteś piękna – odparł szczerze Kassander. Czuł, że pod tuniką jego męskość szybko się napręża.

– A teraz? – spytała jego kochanka, po czym wdzięcznie obróciła się do niego plecami i pochyliła mocno do przodu.

Macedończyk wciągnął powietrze w płuca, gdy jego oczom ukazał się jej wspaniały, wypięty ku niemu tyłeczek. Jego erekcja mocno wybrzuszyła materiał tuniki. Mnesarete była jego najnowszą kochanką (wyłączając Kleopatrę, którą wziął sobie przed dwoma miesiącami) i spędził z nią ledwie kilkanaście nocy. Dziewczyna z Argos oddawała mu się zawsze z dużą przyjemnością. Z chęcią przyjmowała jego nasienie w swych ustach, szparce i tyłeczku. Nigdy jednak nie podejrzewał jej o aż taką rozwiązłość. Jakby mało jej było wypięcia się przed nim w lubieżnej pozie, Mnesarete położyła dłonie na swych pośladkach i rozchyliła je mocno, ukazując mu zagłębienie pomiędzy nimi. Przesunął spojrzeniem między jej gładko wygoloną, lekko już wilgotną szparką, a zaciśniętym odbytem. Z trudem przełknął ślinę.

– Ty mała rozpustnico… – wykrztusił. Po czym wymierzył jej siarczystego klapsa. Mnesarete aż odskoczyła od niego, pisnęła głośno, ale po chwili znów wypięła pupę. Macedończyk patrzył, jak na pośladku różowi się ślad jego dłoni.

– Dla symetrii – dodał i dał jej klapsa w drugi pośladek, równie mocno. Znów cicho krzyknęła, a odgłos uderzenia rozszedł się po całej sypialni. Kassander położył dłonie na jej pośladkach, zaczął je ugniatać i miętosić. Mnesarete poddawała się jego niezbyt delikatnym pieszczotom bez jednego słowa sprzeciwu.

Kassander podniósł się z zydla, zapominając o niedawnym zmęczeniu. Przysunął się do wypiętej ku niemu Mnesarete i zaczął ocierać się o jej tyłeczek. Nawet przez materiał tuniki poczuła jego mocną erekcję. Westchnęła cicho i wtuliła się mocniej w jego podbrzusze. Wyprostowała się dopiero po dłuższej chwili. Odchyliła głowę do tyłu, składając ją na ramieniu Kassandra, on zaś uniósł ręce i ścisnął jej nagie piersi o nabrzmiałych z podniecenia brodawkach.

Mnesarete napierała pośladkami na jego krocze, on zaś masował i miętosił jej biust, na przemian zaciskając i rozluźniając palce. Spomiędzy rozchylonych warg jego kochanki dobywały się jęki i urywane szepty.

– Nie przerywaj… proszę cię, nie przerywaj…

Kassander ugniatał krągłe półkule, podrażniał między palcami sutki, całował ją po całej szyi. Żądza płonęła w jego lędźwiach jasnym ogniem, czuł, że jeśli zaraz jej nie zaspokoi, straci zmysły. Odczytując bezbłędnie jego stan, Mnesarete wyplątała się z jego ramion, wzięła go za rękę i poprowadziła na łóżko. Tuż przy nim obróciła się ku niemu i pomogła mu ściągnąć tunikę przez głowę. Gdy ujrzała jego żebra owinięte jasnym płótnem podtrzymującym opatrunek, na chwilę zapomniała o pożądaniu – swoim i jego. Dotknęła z wierzchu bandaży, popatrzyła na nie z troską.

Kassander nie zapomniał o swojej żądzy.

Silnym pchnięciem posłał ją na łoże. Upadła na plecy, wydając z siebie cichy jęk. Nie zdołała się nawet unieść. Macedończyk opadł na nią, przycisnął ciałem do jedwabnej pościeli. Poczuła, jak jego penis ociera się o jej łono. Chwycił go w dłoń i nakierował niżej, na jej ociekającą już sokami szparkę. Wszedł mocno, gwałtownie i głęboko – zwykle w takich chwilach nie był w stanie zdobyć się na delikatność. Mnesarete była już jednak tak mokra, że przyjęła go w sobie bez bólu, co biorąc pod uwagę rozmiary jego męskości, było rzadkością. Krzyknęła raz – z przyjemności jednak, nie z cierpienia.

Jej obfite piersi rozpłaszczyły się pod jego szerokim torsem. Jego dłonie chwyciły Mnesarete za nadgarstki i unieruchomiły je ponad jej głową. Biodra Macedończyka unosiły się i opadały, jej pochwa zaś przyjmowała penisa z wilgotnymi odgłosami. Dyszeli oboje ciężko, czuła jego gorący oddech i rozpalone usta na swej szyi, dekolcie, policzku. Rozchyliła szerzej nogi i objęła udami biodra Kassandra. Chciała go objąć również rękoma, ale jej na to nie pozwolił. Była pod nim, zniewolona i penetrowana, mogła mu się tylko oddawać, szeroko otwarta, gościnnie wilgotna. Absolutnie dostępna.

Pomimo rany, która odebrała mu siły, w łożu Kassander nie stracił nic z dawnego temperamentu oraz gwałtowności. Brał ją niestrudzenie, wspinając się na wyżyny rozkoszy. Dociskał ją do łoża, tak chętną i bezbronną. Czuł, jak jej szparka zaciska się na nim miarowo, jak stara się go zatrzymać, gdy cofa biodra, i jak wita go z powrotem silnym skurczem. Pot perlił się na plecach Macedończyka, pokrywał również dekolt jego kochanki.

Orgazm przyszedł szybko, niespodziewany jak wiosenny sztorm. Dreszcz wstrząsnął ciałem Kassandra. Puścił lewy nadgarstek Mnesarete, oparł rękę na pościeli, podniósł się prędko, wysunął z niej. I po chwili już tryskał obficie na jej gładkie łono bez najmniejszego śladu włosów, na wypukły brzuch, na drżący w ekstazie biust. Jego sperma wypełniła jej pępek i zagłębienie pomiędzy piersiami. Kassander spoglądał na to, wciąż górując nad kochanką i trzymając ją za jeden nadgarstek. Jego nałożnica prędko skierowała uwolnioną lewą rękę w dół, objęła jego penisa i obciągała go palcami, dobywając kolejnych strumieni nasienia. Dopiero gdy ostatnia kropla leniwie spłynęła na jej podbrzusze, wypuściła jego męskość z ręki i spoglądając mu w oczy starannie oblizała palce, każdy po kolei.

Kassander opadł na pościel obok niej, chwilowo pozbawiony sił. Mnesarete nadal leżała na plecach, rozcierając sobie dłońmi jego nasienie – po łonie, brzuchu, krągłych piersiach. Robiła to powoli, rozkoszując się śliskimi w dotyku, mlecznymi kroplami. Jej własny orgazm dogasał powoli gdzieś głęboko.

Minęły długie minuty, nim Kassander podniósł się na łokciu i ochrypłym głosem spytał, co się z nią stało.

– Zawsze wiedziałem, że lubisz się kochać bardziej niż Tais czy Likajna… że sprawia ci to większą rozkosz. Ale dziś zachowujesz się jakoś inaczej… Jak najbardziej lubieżna hetera…

Mnesarete czuła, że Macedończyk nie próbuje jej obrazić. Daje tylko upust swemu zdumieniu. I jeśli dobrze odczytywała drżący ton w jego głosie, nie było to zdumienie nieprzyjemne. Spojrzała na niego spod rzęs i przymkniętych lekko powiek. Przygryzła wargę, a potem zaczęła mówić.

– Kiedy bogowie ważyli na szali twe życie, Tais, Likajna i Kleopatra całe dnie spędzały w świątyni Asklepiosa, modląc się o cud. I ja zwykle byłam tam z nimi. Lecz czułam, że prócz patrona medyków przyda ci się inne wstawiennictwo…

Kassander spoglądał na nią, nie przerywając ani słowem.

– Poszłam zatem do świątyni Afrodyty na akrokorynckim wzgórzu, nieopodal twierdzy, nad którą trzymasz pieczę. Był wczesny ranek, w budynku nie było jeszcze żadnych wiernych, nie widziałam nawet kapłanek. Stanęłam przed posągiem bogini, spojrzałam w jej pełne miłości oblicze. A potem rozwiązałam chiton i pozwoliłam, by opadł na posadzkę.

Macedończyk uniósł lekko brwi, ale wciąż nic nie powiedział. Mnesarete mówiła zatem dalej:

– Gdy byłam już naga, uklękłam przed boginią. Wiedziona impulsem sięgnęłam między swoje uda i dotknęłam mej brzoskwinki… Choć zrobiłam to pierwszy raz owego dnia, łono ociekało sokami. Zupełnie jak wtedy, gdy każesz mi się samej pieścić i patrzysz na to uważnie…

– Mów dalej, Mnesarete – ponaglił ją Kassander.

– Gdy uniosłam dłoń, wszystkie palce miałam mokre od swoich soków. Wciąż czując ten niezwykły impuls, wtarłam własną wilgoć w postument posągu. A potem złożyłam Zrodzonej z Piany ślubowanie. Przysięgłam jej, że jeśli wróci cię do życia, wyzbędę się wszelkiej niewinności, wszelkich resztek cnoty, które jeszcze mi pozostały. Przestanę zaprzeczać swej naturze. Będę taka, jaką stworzyła mnie ona – lubieżną, rozpustną, pełną pożądania kobietą. Że będę zaspokajać cię bezwstydnie i z wielką chęcią, a każde nasze zbliżenie będzie moją modlitwą skierowaną do niej. I choć nie było żadnej odpowiedzi, czułam, że Afrodycie miłe są me słowa, że przyjmuje dar, który jej w pokorze ofiarowuję. Ubrałam się i opuściłam świątynię, przepełniona pożądaniem i nadzieją. Soki wciąż spływały po wewnętrznej stronie moich ud przez całą drogę do akrokorynckiej twierdzy. Tego samego dnia otworzyłeś oczy.

Macedończyk spoglądał na nią zafascynowany. W czasie opowieści Mnesarete wodziła dłońmi po swoich piersiach, brzuchu, łonie. W sypialni czuć było intensywną woń jej wilgoci, współgrającą idealnie z zapachem jego spermy. A także ich wspólnego potu.

– Wiesz, Kassandrze – mówiła dalej Mnesarete – że przed tobą miał mnie tylko jeden mężczyzna, młokos, który niecierpliwie i bardzo nieumiejętnie odebrał mi dziewictwo. Ale to ty rozbudziłeś we mnie kobietę świadomą samej siebie, swoich pragnień… i potrzeb. Musiałeś jednak znaleźć się na progu śmierci, bym w pełni uznała dar, który otrzymałam od Afrodyty. Bym przestała się go obawiać i nauczyła się być z niego dumna. W jakiś niezwykły sposób ślubowanie przywróciło mi wolność, której nigdy przedtem nie miałam.

– O czym mówisz? – spytał Kassander.

– Prawdą jest to, co powiedziałeś. Kocham uprawiać z tobą miłość. Bardziej niż Tais, która darzy cię sympatią, bardziej niż Likajna, która jest z natury słodka i uległa, z pewnością bardziej niż Kleopatra, która boi się całego świata, a ciebie najbardziej. Ja po prostu uwielbiam, gdy mnie bierzesz. Przyznaję to bez wstydu, który bezpowrotnie utraciłam. Ale jest coś więcej… Coś, o czym muszę ci powiedzieć.

– Słucham… – głos Macedończyka brzmiał dziwnie miękko i łagodnie.

– Wiesz, że nie należysz do najbardziej delikatnych kochanków. Twa ręka, nawykła do włóczni i miecza, nie potrafi pieścić kobiet tak, jak wiele z nas lubi najbardziej. Ja jednak nie należę do tych delikatnych niewiast. Choć długo nie chciałam się do tego przyznać, zawsze podniecała mnie twa gwałtowność, szorstka niecierpliwość… tak, również brutalność. Nie rozumiałam, czemu potrafiłam momentalnie zwilgotnieć, gdy szarpnąłeś mnie za włosy albo zbyt szybko wdarłeś się między me uda. Teraz pojmuję. To też jest część daru bogini miłości. Wyznaję ci zatem otwarcie: gdy jesteś ze mną w łożu, pragnę, byś był brutalny. Nie bój się zadawać mi bólu, to tylko jeszcze bardziej rozpali moje pożądanie. Chcę czuć na sobie twoje twarde palce, nieustępliwe pieszczoty, wymierzone w miłosnym szale razy. Nie szczędź mi tego, a zobaczysz, jak mogę ci się odwdzięczyć.

Kassander patrzył na nią ze zdumieniem. Przed chwilą w pełni uwierzył, że to jej natchniona modlitwa u stóp Afrodyty przywróciła go do zdrowia. Teraz zaś niewiasta, której zawdzięczał życie, prosiła go, by w alkowie zadawał jej ból. Jeśli jednak faktycznie była w to zamieszana Zrodzona z Piany…

A może nie powinien się dziwić? Wszak sama Afrodyta przedkładała brutalnego Aresa nad swego poczciwego męża, Hefajstosa. Wymykała się do boga wojny, by doznawać rozkoszy w jego nawykłych do gwałtowności rękach, które z pewnością pozostawiały na bladej skórze Olimpijki liczne sińce i zadrapania. Może więc dar, który Mnesarete dała Zrodzona z Piany nie jest wcale tak obcy jej boskiej naturze, jak mu się początkowo zdawało?

Kassander mógł być pewien jednego. Z bogami nie należy zadzierać. I w żadnym wypadku nie wolno odrzucać ich darów.

– Dobrze, Mnesarete. Odtąd nie będę się powstrzymywał.

– Dziękuję ci, Kassandrze. Chciałabym, byś zaczął już dziś.

* * *

Kassander leżał na wznak z szeroko rozchylonymi nogami. Między nimi klęczała Mnesarete, pochylając się i głęboko biorąc do ust jego męskość. Zlizywała z niej swe własne soki zmieszane z resztkami jego nasienia. I wytrwale pracowała, by penis Macedończyka znów wyprężył się w pełnym wzwodzie.

W pewnej chwili Kassander wiedziony instynktem sięgnął ręką w dół i chwycił dziewczynę za włosy. Po czym silnym ruchem przycisnął ją do swego podbrzusza. Poczuł, jak palce Mnesarete na jego udach zaciskają się mocno, podczas gdy penis wdarł się głęboko w jej gardło. Jego kochanka krztusiła się długą i szeroką w obwodzie męskością, próbowała cofnąć głowę, on jednak jej na to nie pozwolił. Władczy i stanowczy, ruchami bioder to wchodził głębiej w jej usta, to znów cofał się nieco. Mnesarete szarpnęła się desperacko raz, drugi… a potem jakimś cudem odzyskała oddech i zaczęła posłusznie go pieścić, choć jego nabrzmiała żołądź musiała co chwila tamować jej dopływ powietrza.

Macedończyk sycił się tymi doznaniami, a gdy poczuł, że jest bliski orgazmu, szarpnięciem za włosy odciągnął Mnesarete od swego penisa. Dziewczyna dyszała nad nim ciężko, czuł na ociekającym śliną członku jej łapczywy oddech. Ale gdy ich spojrzenia się napotkały, zrozumiał, że tego właśnie potrzebowała.

– Przynieś mi to, czym wychłostałaś niewolnicę – rzucił tonem rozkazu. Mnesarete podniosła się niepewnie, stanęła na chwiejnych nogach i pobiegła w stronę kufra po drugiej stronie komnaty. Po chwili wróciła z pięcioramiennym pejczem na krótkiej, owiniętej czarną skórą rękojeści. Kassander nieraz widział takie baty – były przeznaczone do bicia ludzi. Nie rozcinały skóry, zostawiały jedynie bolesne pręgi, które po kilku dniach znikały. Dlatego też były cenione przez nadzorców domowych niewolników, których trzeba było czasem ukarać, lecz nie należało ich przy tym kaleczyć.

Podała mu pejcz. Kassander zważył go w dłoni, zamachnął się, strzelił nim w powietrzu. Jego kochanka przyglądała mu się uważnie, drżąc lekko, choć chyba nie ze strachu. Spojrzał na jej rozłożyste biodra i wypukłe pośladki. Jego członek znów się unosił, naprężony i nabrzmiały.

– Wiesz, gdzie chcę się teraz wsunąć, Mnesarete – rzekł. Wiedziała, oczywiście. Podniosła się bez słowa i podeszła do stołu. Wróciła z amforą oliwy. Kassander usiadł w rozkroku, ona zaś pochyliła się nad jego genitaliami. Wylała na nie obfitą porcję oliwy, nie zważając na to, że rozlewa ją również po swej jedwabnej pościeli. Ręce drżały jej z podniecenia, gdy rozcierała śliską ciecz po żołędzi i trzonie jego męskości.

– Uklęknij w rozkroku i pochyl się mocno do przodu – nakazał jej.

Mnesarete zajęła miejsce na samym środku łoża. Uczyniła, jak jej kazał. Opierała się teraz na kolanach i łokciach, wypinając w jego stronę swą pupę godną najwspanialszych rzeźbiarzy Hellady. Kassander przysunął się do niej, przechylił amforę i wylał trochę oliwy między jej pośladki. Patrzył, jak oliwa spływa leniwymi kroplami coraz niżej, wtarł sporo w brązowy otwór odbytu. Odstawił amforę na podłogę przy łóżku i wrócił do swej kochanki. W jedną rękę wziął pejcz, drugą chwycił swojego penisa. A potem skierował go między pośladki niewiasty z Argos.

Widział, jak Mnesarete zaciska dłonie na pościeli, gdy poczuła żołądź Kassandra napierającą na jej ciaśniejsze wrota. Opór, jaki napotkał Macedończyk, bynajmniej go nie zniechęcił. Wręcz przeciwnie, skłonił do zwielokrotnienia wysiłków. Kilka krótkich, ale mocnych pchnięć i bolesnych westchnień jego kochanki później długi i gruby penis Kassandra zaczął wsuwać się w ciasny tyłeczek dziewczyny.

Już wcześniej, zanim Mnesarete odkryła swą prawdziwą naturę, miłość tego rodzaju sprawiała jej dużą przyjemność. Niekiedy sama prosiła Kassandra, by kochał się z nią w ten właśnie sposób, on zaś zawsze skwapliwie spełniał jej życzenie. Teraz zaś, wiedząc, że ból może jedynie rozpalić jej pożądanie, przestał w ogóle silić się na delikatność. Wolną ręką chwycił jej biodro, zaczął przyciągać się do niego przy każdym pchnięciu. Mnesarete dyszała ciężko, starając się jak najbardziej rozluźnić i ułatwić mu wejście. Kwiliła cicho z bólu w poduszkę, gdy wbijał się w nią mocniejszym pchnięciem.

Gdy jego penis był już w połowie w pupie Mnesarete, Kassander postanowił dostarczyć jej dodatkowych wrażeń. Uniósł pejcz i zamierzył się. Pięć skórzanych ramion przecięło z sykiem powietrze i spadło na plecy jego kochanki. Krzyknęła zaskoczona. Macedończyk wziął kolejny zamach. Jednocześnie cofnął biodra. Gdy pejcz po raz drugi spadł na odsłonięte plecy Mnesarete, Kassander wbił się w nią z całej siły biodrami. Penis wdarł się w pupę dziewczyny aż po jądra.

Gdyby tę scenę oglądał postronny obserwator, mógłby przysiąc, że ma przed oczami brutalny gwałt: potężnie zbudowany, muskularny mężczyzna pracował mocno biodrami, wdzierając się w bezbronną pupę pochylonej przed nim, zmuszonej do uległości niewiasty. Pejcz wznosił się i opadał, przecinając jasne plecy dziewczyny czerwonymi pręgami. Ciężkie jęki Kassandra i spazmatyczne krzyki Mnesarete wypełniały komnatę, dochodząc do uszu strzegących wejścia Tryballów.

Niekiedy Kassander przerywał chłostę, wolną ręką chwytał swą kochankę za włosy i przyciągał ją do siebie. Nachylał się i całował ją po szyi, nie pozwalając jej pochylić głowy, tak że była wygięta w łuk i jeszcze bardziej zniewolona. Przesuwał wtedy pejcz po jej wypiętych piersiach w niemej groźbie. A jego penis ani na chwilę nie opuszczał ciasnego miejsca między pośladkami niewiasty. Przynosząc jej dokuczliwy ból i cudowną rozkosz.

Macedończyk sycił się intensywną przyjemnością, jaką dawało mu penetrowanie tyłeczka Mnesarete. Z jego ust raz za razem dobywały się ochrypłe jęki. Jądra uderzały o pośladki dziewczyny w szaleńczym tempie. Pejcz kreślił kolejne linie czerwieni na aksamitnej skórze jej pleców.

Choć sprawiał jej ból na tyle różnych sposobów, to właśnie Mnesarete doszła pierwsza. Jej ciałem wstrząsnął silny orgazm. Krzyknęła głośno, ale tym razem bynajmniej nie z bólu. Ręce zacisnęły się mocno na pościeli, a potem rozwarły, jakby palce rozepchnięto siłą. Kassander cisnął pejcz na łóżko, chwycił swą kochankę oburącz za biodra i zaczął ją penetrować serią silnych, długich pchnięć. Co chwila wsuwał się w nią aż po jądra, to znów zostawiał w jej pupie samą tylko żołądź. I choć doznawał przy tym wielkiej przyjemności, wiedział, że nie może to trwać długo.

W końcu Macedończyk wspiął się na sam szczyt ekstazy. Skurcz szarpnął całym jego ciałem, rozkosz oślepiła go na chwilę. Wytrysnął obficie w tyłeczku Mnesarete, wypełniając go kolejną porcją swojej spermy. Pozostawał głęboko w niej, wciąż tryskając i ani myśląc się wycofać. Ten rodzaj miłości miał co najmniej jedną absolutną przewagą nad bardziej klasycznymi stosunkami – mężczyzna, jeśli nie chciał zapłodnić kobiety, nie musiał wychodzić z niej tuż przed orgazmem.

Gdy moment szczytu minął, Kassander osunął się na Mnesarete. Leżeli przytuleni do siebie, pod jego spoconym torsem były jej obolałe plecy. Dziewczyna nie miała siły nawet jęknąć. Wsunął pod nią rękę i pieścił powoli jej pierś. Z półotwartych w przyspieszonym oddechu ust jego kochanki spływała na pościel pojedyncza strużka śliny.

Jego penis wciąż był głęboko w jej pupie. Byli w pełni zespoleni.

* * *

Nad spokojnym, pogrążonym we śnie Koryntem świeciły setki gwiazd. Nadchodzący nieubłaganie świt odbierał im jednak panowanie nad nieboskłonem. Z jednym wszelako wyjątkiem. Budząca się jutrzenka zdawała się nie przyćmiewać blasku najjaśniejszego z ciał niebieskich. Śmiertelnicy mieszkający pod śródziemnomorskim niebem nazywali je Gwiazdą Poranną. Wiele wieków później nadano mu jednak inne miano: Wenus, gwiazda Afrodyty.

Przejdź do kolejnej części – Opowieść helleńska: Kassander VI

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Patrząc na te teksty z perspektywy rozbudowanej całości, którą dzisiaj znamy, zastanawiam się ile z tego miałeś już w głowie na tym etapie tworzenia swej helleńskiej powieści.

Powiem tak: nie wszystko było planowane, ale konstrukcja jest na tyle luźna, by można w nią wprowadzać różne wątki. Wiem mniej więcej, w jaką stronę to wszystko idzie, ale ostatecznie rozstrzygnięcia zostawiam sobie na ostatnią możliwą chwilę. A na razie dbam o to, by pisanie kolejnych rozdziałów sprawiało mi dużo satysfakcji i frajdy.

Cieszę się, że Cię widzę, Aleksandrze.
Wstyd powiedzieć, ale nie wiem, jak witali się Grecy tamtej epoki (a zdawałem maturę z historii, heh).

Tak, czy siak: Witaj.

Też nie wiem, jak się witali, gdy spotykali się osobiście, ale w listach pisali sobie "Pozdrowienia" 🙂

Bardzo mi się tu podoba. Chyba zostanę dłużej 🙂

Szczyt perwersji 😀

Myślę, że Mnesarete ma jeszcze niejednego asa w swoim rękawie… a przynajmniej miałaby, gdyby nosiła suknie z rękawami 🙂

M.A.

Napisz komentarz