Opowieść helleńska: Kassander IV (Megas Alexandros) 4.56/5 (12)

Annibale Carracci, "Jupiter i Junona"

Annibale Carracci, “Jupiter i Junona”

Kassander konał.

Przywiązany do łóżka skórzanymi pasami, rozpalony gorączką, z deseczką wciśniętą między zęby, by w paroksyzmie bólu nie odgryzł sobie języka, trząsł się jakby z zimna, choć od pobliskiego kominka buchał żar. W upale, jaki panował w komnacie, uwijało się przy nim dwóch mężczyzn. Jednego znał – był to macedoński medyk Filotas, jego podwładny w akrokorynckim garnizonie. Drugiego nie poznawał – wysoki, z wąskimi ramionami, łysą czaszką i krótką, starannie przystrzyżoną brodą, pochylał się nad jego bokiem. Marszczył brwi z wyraźnym niezadowoleniem. Kassander patrzył, jak mężczyzna pochyla się i wącha długą ranę pomiędzy jego żebrami. Po wyrazie twarzy łatwo było się domyślić, że brodaczowi nie podoba się zapach, dobywający się z rozciętego ciała.

– Filotasie, nóż – rzekł brodacz, wyciągając rękę w stronę Macedończyka. Ten zbliżył się do paleniska i ostrożnie wysunął z niego długi sztylet o drewnianej rękojeści, owiniętej nawilżoną szmatą. Podał go brodaczowi, który przyjrzał się krytycznie ostrzu. Nawet w jasno oświetlonej lampami oliwnymi komnacie widać było, że metal żarzy się na czerwono. Długo szykowano ten nóż w buchającym ogniu.

Mężczyzna pochylił się z rozpalonym do czerwoności ostrzem nad raną Kassandra. Macedoński dowódca szarpnął się na łóżku. Pasy wytrzymały jednak napór mięśni.

– Uważaj teraz, macedoński panie – rzekł brodacz, przysuwając nóż do jego rany. – Będzie bolało. I to bardzo. Filotasie, Polidamesie, przytrzymajcie go proszę.

W chwili, gdy żarzące się gorącem ostrze wniknęło w ciało Kassandra, z jego wypchanych deseczką ust dobyło się coś przypominającego krzyk bólu. Potem Macedończyk wbił zęby w drewno. Jasny rozbłysk pod powiekami oślepił go feerią barw. A potem nie czuł już nic. Zapadł w nieprzeniknioną ciemność pozbawionej gwiazd nocy.

* * *

– Nie ma wątpliwości. Ten człowiek był Spartaninem.

Kassander skinął głową. Siedział na ławie w komnacie Filotasa, pierwszego medyka akrokorynckiego garnizonu. Na stole lekarza, zwykle zawalonym zwojami medycznych traktatów i rysunkami przedstawiającymi ludzką anatomię, teraz ułożono zwłoki mężczyzny. Był to skrytobójca, który próbował zamordować Kassandra, gdy ten po miesięcznej nieobecności w Koryncie (wywołanej przygotowaniami do wojny ze Spartą) odwiedzał swą stałą kochankę, Tais.

– Domyślałem się tego, Konowale – odparł. Przezwisko, którego użył, nie miało być obraźliwe. W męskim świecie macedońskiej wojskowości każdy jakieś miał. Niektórzy bardziej, inni mniej obelżywe. Było to nieuniknione, podobnie jak inne rytuały. Kassander wiedział, że jego zastępcę, Koragosa, nazywają Połykaczem Włóczni. Któryś z żołnierzy wymyślił kiedyś, że Koragos musiał bez wątpienia połknąć taki oręż, co było powodem jego nienaturalnej i pyszałkowatej sztywności. Zhellenizowany Trak Jazon zwany był Miłośnikiem Chłopców lub Rozdzieraczem Tyłków – z uwagi na swe upodobanie do przystojnych efebów, także tych spośród żołnierzy garnizonu. Polidamesa zwano Małpą – z powodu krótkich, krzywych nóg, przygarbionej sylwetki i długich, sięgających niemal kolan rąk. Ze wszystkich zastępców Kassandra cieszył się największym mirem i sympatią wśród żołnierzy. Ceniono jego umiejętności jeździeckie i szaleńczą odwagę. Dlatego też przezwisko jego miało odpowiadające tym cechom wariacje: Bohaterska Małpa i Małpa-która-jeździ.

W gruncie rzeczy, „Konował” Filotas nie miał najgorzej.

Kassander nigdy nie dowiedział się, jakie sam ma przezwisko – ani od żołnierzy, ani od oficerów. Nikt nie ośmielił się nigdy posłużyć się nim w bezpośrednim kontakcie z dowódcą. Macedończyk nie wątpił jednak, że ma jakieś przezwisko. Reguły panujące w wojsku Aleksandra i Filipa były nieubłagane.

– Ciekawi mnie jednak, skąd twa pewność – dokończył Kassander.

Filotas wskazał na leżące przed nim nagie ciało mężczyzny.

– Widzisz, panie, te setki drobnych blizn?

Macedończyk podniósł się, sycząc z bólu. Rana, którą zadał mu jego niedoszły zabójca, została wprawdzie umiejętnie zszyta ręką Konowała, lecz przypominała o sobie przy każdym gwałtowniejszym poruszeniu.

Podszedł do stołu i spojrzał na zwłoki. Istotnie, całe ciało – od szyi po palce u nóg – pokrywała siatka mniejszych i większych śladów po zranieniach.

– Ja też mam ich wiele – jakby na potwierdzenie swoich słów Macedończyk podniósł rękę i zaprezentował Filotasowi ramię przecięte kilkoma długimi bliznami.

– Bez wątpienia. Tyle tylko, że niemal wszystkie pochodzą z ostatnich ośmiu lat, z czasów służby w wojsku. Otrzymałeś rany na polach bitew lub podczas oblężeń.

– I cóż z tego?

– Te blizny są znacznie starsze – Filotas przesunął ręką nad ciałem skrytobójcy. – Ten mężczyzna otrzymywał rany już od wczesnego dzieciństwa. Był stale, choć z różną częstotliwością maltretowany.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – Kassander nie rozumiał, do czego tamten zmierza.

– Spartańska agoge, panie – odparł Filotas. Gdy spostrzegł, że dowódca wciąż nie pojmuje, kontynuował: – Każdy Spartiata przechodzi mordercze szkolenie, trwające od wczesnego dzieciństwa aż do dorosłości. To właśnie agoge jest tajemnicą ich odwagi i pogardy dla śmierci. Jej pierwszy etap polega w gruncie rzeczy na znęcaniu się nad najmłodszymi przez starszych kolegów. Ci najmłodsi muszą przetrwać – zdobyć pożywienie, by nie umrzeć z głodu i wytrzymać regularne bicie, a zazwyczaj też i gwałty. Wytwarza to w nich upór, nieustępliwość i odporność na ból, przydatne na dalszych etapach szkolenia, gdy uczą się walki wręcz i współdziałania w falandze hoplitów. Sprawia także, że stają się bezlitośni i chętni do bicia i gwałcenia kolejnych pokoleń młodych, którzy przechodzą agoge po nich.

– Każdy Spartiata przechodzi przez takie piekło? – zapytał z niedowierzaniem Kassander.

– Każdy. Od syna najnędzniejszego z obywateli aż po najdumniejszego z arystokratów. Choć agoge jest źródłem cnót, które podziwia się w Spartanach, pozostawia też blizny na duszy i ciele. Te drugie widzisz właśnie tutaj.

– A zatem mam pewność – rzekł macedoński dowódca. – Sparta wydała na mnie wyrok śmierci. Teraz musi za to zapłacić.

* * *

– Trzymaj go, do cholery! Jak mam pracować, gdy on się cały czas szarpie?

– Staram się – dyszał ciężko Polidames, dociskając pierś Kassandra do twardego, wojskowego łoża. – Skurczybyk ma siłę tura…

– Jeśli go nie utrzymasz, poharatam go zamiast uleczyć. Filotasie, kolejny nóż. Ten już prawie całkiem ostygł.

* * *

Tydzień, który upłynął od próby zamachu, Kassander spędził na przygotowaniach do wojny. Napisał i wysłał kilkadziesiąt listów do dowódców macedońskich garnizonów oraz do sprzymierzonych greckich miast. Zawiadamiał o próbie zamachu, w której omal nie stracił życia. Żądał też ludzi i koni na wyprawę karną przeciw Sparcie.

Wiedział dobrze, że siły, jakimi rozporządza, nie wystarczą do pokonania króla Agisa. Nie zamierzał też wcale maszerować w samo serce Lacedemonu. Plan, który obmyślił wraz ze swymi doradcami – Polidamesem, Jazonem i Koragosem – był znacznie mniej ambitny, acz łatwiejszy do realizacji. Kassander postanowił uderzyć na pobliską Achaję – a dokładnie na tamtejsze miasta, skłaniające się do sojuszu ze Spartą. Miał zamiar ograbić i spalić kilka poleis, pozostałe zaś zmusić do zapłacenia kontrybucji i przysłania zakładników. W ten sposób pozbawiłby Spartan części sprzymierzeńców i dał ich pozostałym poplecznikom – Arkadyjczykom i mieszkańcom Elidy – powód do głębokich przemyśleń nad sensem antymacedońskiego powstania.

Okazało się, że miesięczna podróż Kassandra po miastach Peloponezu i Attyki przyniosła teraz upragnione owoce. Zastraszeni przez niego macedońscy dowódcy przybywali posłusznie wraz ze swymi zastępami. Przekupieni helleńscy politycy przysyłali liczne kontyngenty sojusznicze. Sykion wystawił stu hoplitów i dwakroć tyle lekkozbrojnych peltastów. Megara – dwustu pięćdziesięciu łuczników. Z Tytanii przymaszerował oddział harcowników uzbrojonych w oszczepy. Na rozkaz Kassandra Korynt wystawił niemal tysiąc żołnierzy: lekkiej jazdy, ciężkiej piechoty i procarzy. W miarę jak rosło obozowisko pod murami Koryntu, Kassander czuł się coraz gorzej. Rana zaszyta przez Filotasa nie przestawała boleć. Co gorsza, nie goiła się też tak, jak powinna. Macedończyk zwykle prędko dochodził do siebie po obrażeniach odniesionych w bitwach. Tym razem jednak było inaczej.

* * *

„Skóra wokół rany pociemniała i stała się gorąca w dotyku – pisał Filotas do swego przyjaciela, słynnego ateńskiego medyka rodem ze Stagiry. – Wystąpiła gorączka oraz intensywne poty. Obawiam się, że miecz skrytobójcy był, przez nieuwagę lub celowo, długo nieczyszczony. W ranę mogła się wdać infekcja. Alternatywą jest trucizna, którą skrytobójca mógł pokryć ostrze. Wiem, że przed takimi niegodnymi metodami nie uchylają się płatni mordercy z Azji. W tym jednak przypadku objawy przypominają bardziej zakażenie niż zatrucie”.

„Zgadzam się z twą diagnozą – odpowiadał Filotasowi Stagiryta. – Objawy wydają się być charakterystyczne dla zakażenia. Jest to korzystne, bo nie trzeba będzie szukać antidotum. Z drugiej jednak strony, czas staje się palącą kwestią. Wiedząc, jak ważny to dla ciebie pacjent, czym prędzej przybędę do Koryntu, by osobiście go zbadać.”

* * *

Ból stale towarzyszył Kassandrowi. Był przy nim o poranku, gdy po nieprzespanej nocy podnosił się z posłania. Nie opuszczał go podczas inspekcji wojsk i narad z coraz liczniejszymi, nowoprzybyłymi dowódcami. Kładł się z nim do łoża, niczym najwierniejsza kochanka. Na inne kochanki Macedończyk nie miał teraz ani czasu, ani ochoty.

Bok Macedończyka zdawał się płonąć żywym ogniem. Pochłonięty przygotowaniami do wojny, starał się nie zważać na coraz intensywniejsze cierpienie. W końcu jednak ból go pokonał. Gdy zjeżdżał z Akrokoryntu na swym ulubionym rumaku, karym Charonie, był tak oszołomiony, że nie dał rady utrzymać się na końskim grzbiecie. Polidames i Jazon zeskoczyli ze swych wierzchowców i podnieśli bezwładnego Kassandra z ziemi. Wraz z dwoma innymi żołnierzami ponieśli nieprzytomnego wodza z powrotem ku twierdzy.

* * *

Kassander leżał sztywno, unieruchomiony skórzanymi pasami. Z jego rozwartych siłą ust spływała ślina. Szczęki nie zawarły się same, choć usunięto już spomiędzy nich pogryzioną deseczkę. Otwarta przez brodacza rozpalonym nożem rana była znów zaszyta i opatrzona. Dłonie Macedończyka zamknięte były w pięści, mięśnie zaciśnięte do granic możliwości. Niewidzące oczy wbił w sufit.

Filotas siedział ze Stagirytą przy oknie. Szeptali między sobą.

– Usunąłem zakażone tkanki – mówił brodacz. – Wykroiłem mu sporo ciała. Będziemy mu podawać wywar, który przygotowałem. Teraz wszystko w rękach Asklepiosa.

– Oby był mu łaskawy. Jak i nam wszystkim – odparł Filotas.

* * *

– Przyszły jego kochanki – oznajmił Konował – Żądają, by im go pokazać.

– Kochanki? A ile ich niby jest? – zdziwił się Stagiryta.

– Cztery. A właściwie pięć. Jedna przyszła z niewolnicą.

– A zatem to człowiek wielkich apetytów. Dobrze, niech wejdą. Ale uprzedź je, że jest nieprzytomny. Nie chcę tu żadnych szlochów ani zawodzeń. On jeszcze nie umarł. I z moją pomocą, być może nie umrze.

– Stanie się, jak sobie życzysz, przyjacielu. Pójdę po nie.

* * *

Kassandrowi śniło się inne miejsce, inny czas.

Znów wspinał się na drabinę przystawioną do murów Teb. Za nim podążali inni hypaspiści. Wokół toczyła się bitwa. Szturmujący Macedończycy wyli w niebogłosy. Traccy najemnicy maszerowali w stronę fortyfikacji, uderzając mieczami w swe tarcze. Słyszał świst mijających go o pół łokcia strzał, bojowe okrzyki zgromadzonych na szczycie muru obrońców. Jego miecz pragnął nasycić się krwią nieprzyjaciół. Kassander był w swoim żywiole.

Uniósł głowę. Dwóch Tebańczyków ustawiło dokładnie nad nim potężny kocioł na brązowych zawiasach. Zawartość kotła parowała i bulgotała donośnie. Wiedział, co to jest. Wrząca oliwa. Zaczął się wspinać szybciej, w nadziei, że nie zdążą jej na niego wylać.

Mężczyźni siłowali się z kotłem. Rękoma obleczonymi w grube rękawice przechylali go coraz niżej i niżej. Nagle szyję jednego z nich przeszyła macedońska strzała. Uniósł ręce do góry i chwycił się za gardło, jakby mogło mu to w czymkolwiek pomóc. Drugi Tebańczyk nie dał rady utrzymać kotła w dłoniach. Ten wrócił do pionu, a potem odchylił się w drugą stronę. Wrząca oliwa chlusnęła na stłoczonych obrońców. Wrzaski poparzonych ludzi towarzyszyły Kassandrowi w drodze na szczyt muru. Blanki przesadził już z xiphosem w dłoni. Ciął nim najbliższego Tebańczyka, a potem zatopił ostrze w brzuchu następnego. Gdy ostrym brzegiem tarczy rozharatał gardło kolejnemu, na jego twarz i napierśnik trysnęła jasna, gorąca krew. Nigdy przedtem nie czuł się bardziej żywy.

* * *

Kassandrowi śniło się inne miejsce, inny czas.

Po zdobyciu miasta i trzech dniach nieustającej grabieży, Macedończycy popędzili Tebańczyków na północ, w stronę Tesalii. Wyrok króla Aleksandra był nieubłagany i surowy – wszyscy pozostali przy życiu obywatele Teb mieli zostać sprzedani w niewolę. Szli zatem, pozbawieni majątku i godności, w brudnych chitonach i podartych tunikach. Kolumnę marszową poprzedzał oddział macedońskich hypaspistów, za nią z kolei maszerowali traccy najemnicy. Po obu stronach jechali tesalscy kawalerzyści, pilnując, by żaden z jeńców nie skrył się w okolicznych zaroślach.

Konni nie przeszkadzali jednak oficerom. Ci krążyli swobodnie wśród maszerujących Tebańczyków, wyszukując najładniejsze dziewczęta. Kassander był wśród nich, zawsze chętny do takich polowań. Gdy któryś z oficerów przydybał tebańską ślicznotkę, bezceremonialnie chwytał ją za nadgarstek i prowadził w pobliskie krzaki. Niektóre z niewiast próbowały się szarpać – zwykle wystarczyło jednak wymierzyć im kilka policzków, by zmusić je do posłuszeństwa. Z rzadka w obronie swojej córki lub młodej żony wystąpił obywatel – wtedy podrzynało mu się gardło i już bez przeszkód robiło swoje.

Tym razem Kassandrowi poszło łatwo. Odnalazł w tłumie ładną, może osiemnastoletnią dziewczynę. Pod jej poszarzałym i postrzępionym chitonem uwidaczniały się obfite piersi oraz krągłe biodra. Miała bladą cerę arystokratki, długie, kręcone włosy i oczy w kolorze spokojnego morza. Gdy wziął ją za rękę, nie opierała się. Wyprowadził ją z tłumu, minął kawalerzystów i ruszył w stronę nieodległych, wysokich zarośli.

– Rozbieraj się! – rzucił, gdy znaleźli się za ich zasłoną. – Nie chcę ci podrzeć sukni. Innej nie dostaniesz.

Dziewczyna zaczęła rozwiązywać swą szatę drżącymi rękoma. Była naprawdę piękna. Kassander nie wątpił, że na targu niewolników w Pelli osiągnie wysoką cenę. Zastanawiał się przez chwilę, czy samemu jej nie kupić, korzystając ze zniżek dla oficerów. Po namyśle jednak odrzucił ten pomysł. Nim dziewka dotrze do stolicy, przejdzie przez ręce stu żołnierzy takich jak on. Każdy zostawi w niej swe nasienie, a któryś – być może – bękarta. Zgwałcona przez tylu mężczyzn, nie będzie miała szans na status niewolnej nałożnicy któregoś z oficerów. Będzie się nadawać tylko do burdelu dla pospolitych żołnierzy.

Błękitnooka zdjęła szatę, która spłynęła na wysuszoną przez wczesnojesienny skwar ziemię. Stała przed nim naga, wstydliwym gestem zasłaniając swe piersi i łono. Kassander porzucił swe rozmyślania i podszedł do niej. Nie miał zbyt wiele czasu. Nie chciał pozostawać zbytnio w tyle za swoim oddziałem.

– Kładź się. Na plecach. Tutaj – wskazał jej miejsce porosłe pożółkłą, spaloną słońcem trawą. Spełniła jego rozkaz. – Ręce nad głowę. Nogi szeroko – dorzucił.

Teraz mógł się jej przyjrzeć w całej okazałości. Miała pełne piersi, teraz drżące od szybkiego oddechu, płaski brzuch, łono pokryte delikatnym meszkiem włosów. Kassander rozpiął szybko swój płaszcz, odpiął pas, wyzwolił się z napierśnika. Nie zadał sobie trudu, by ściągnąć tunikę, podciągnął ją tylko nieco w górę. Położył się na dziewczynie, między jej rozchylonymi posłusznie udami. Jego członek był już twardy i spragniony. Wszedł w nią mocno i głęboko. Niewiasta krzyknęła cicho z bólu. Była w środku niemal całkiem sucha.

Nie przeszkodziło to jednak Kassandrowi w zrobieniu tego, czego pragnął. Wbijał się w nią silnymi, głębokimi pchnięciami. Jego usta przywarły do szyi dziewczyny, całował ją i kąsał na przemian. Dłoń obmacywała gwałtownie spłaszczoną pierś, druga więziła połączone nadgarstki niewiasty, przyciskając je do ziemi ponad jej głową. Ich biodra co chwila uderzały o siebie.

Mogło to trwać kilka chwil lub kilka godzin. Kassander zatracił poczucie czasu, wdzierając się w wilgotniejącą bardzo powoli pochwę Tebanki. Zanim osiągnął spełnienie, postanowił zmienić pozycję – wysunął się z dziewczyny, po czym z łatwością (i bez najmniejszego oporu z jej strony) obrócił ją na brzuch. Pośladki miała ubrudzone ziemią, oczyścił je kilkoma klapsami, które wyrwały z jej ust cichy pisk. A potem wszedł w nią znowu, tym razem od tyłu. Jego tors przycisnął się do jej pleców, ręka wsunęła się pod nagie ciało i zaczęła miętosić pierś, druga wsparła się o ziemię. Penis Kassandra wchodził głęboko w szparkę niewiasty, która przyjmowała jego sztychy z ciężkimi, bolesnymi jękami.

Tuż przed spełnieniem przyszło mu do głowy, by wysunąć się z niej i wytrysnąć na jej plecy, tak jak robił to wielokrotnie, gdy uprawiał miłość z uwiedzionymi mężatkami lub pannami. Uznał jednak, że to niepotrzebny wysiłek – nawet jeśli nie zapłodni dziś Tebanki, z pewnością zrobi to ktoś inny. Nie było sensu starać się tego uniknąć.

Silny orgazm wstrząsnął jego ciałem. Krzyknął cicho z przyjemności i w szale rozkoszy ukąsił brankę w ramię. Od dwóch dni nie miał kobiety i w jego jądrach nagromadziło się już sporo nasienia. Teraz wypełniło ono pochwę dziewczyny aż po brzegi. Wysunął się spomiędzy ud błękitnookiej, otarł swojego penisa z resztek nasienia o jej pełne pośladki, zarumienione teraz od klapsów. Podniósł się, obciągnął na sobie tunikę, zaczął zakładać brązowy napierśnik.

Tebanka leżała wciąż na ziemi, szlochając cicho. Z jej rozwartej szparki wypływał leniwie strumyczek nasienia. Kassander spoglądał z góry na zgwałconą dziewczynę, zapinając pas z mieczem i podnosząc z ziemi ciężki, wojskowy płaszcz.

– Ubierz się – powiedział nieco łagodniej, niż zamierzał. – Pora dołączyć do kolumny.

Odwrócił głowę, gdy podnosiła się powoli z ziemi i narzucała lichą szatę na swe nagie ciało. Gdy wracali do maszerującej kolumny pozbawionych wolności Tebańczyków, nie popędzał jej bardziej, niż było to konieczne.

* * *

Kassander otworzył oczy. Obudziło go światło porannego słońca, wpadające przez otwarte na oścież okna komnaty. Bok wciąż go palił, lecz teraz był to inny, zdrowszy ból. Ból, który czuć w gojących się ranach, a nie w takich, które jątrzą się i gniją.

Nie był już przywiązany do łóżka skórzanymi pasami. Z trudem podniósł się nieco i oparł na łokciu.

– Konowale – wychrypiał.

Filotas siedział tuż przy jego łożu. Musiało go jednak zmęczyć długie czuwanie przy chorym, gdyż drzemał teraz w najlepsze.

– Konowale!

Medyk otworzył oczy. Mrugał przez chwilę, próbując się dobudzić, a potem zawołał:

– Żyjecie, panie!

– Jak widać… Daj mi wody.

Spierzchnięte gardło bolało go prawie tak samo jak rozcięty bok.

Filotas zerwał się z krzesła, podbiegł do stołu, nalał mu wody z dzbana do glinianego kubka. Chciał napoić Macedończyka, lecz ten odtrącił jego dłoń i wolną ręką uchwycił kubek.

– Ja sam…

Napił się. Chłodna woda smakowała niczym nektar, którym poją się olimpijscy bogowie. Jak przywrócone mu niespodziewanie życie.

Filotas zaczął mówić szybko.

– Jakże się cieszymy, że wróciłeś do zdrowia, panie. Przed godziną były tutaj twe kochanki. Po raz kolejny. Wszystkie cztery, jedna jeszcze z niewolnicą. Nie kłóciły się między sobą, zgodnie czekały, aż będą mogły cię zobaczyć. Wysłałem je do świątyni Asklepiosa, by złożyły dary w intencji twego ozdrowienia… Jakże się ucieszą, gdy powrócą!

– Konowale… – przerwał mu Kassander, gdy odsunął pusty już kubek od ust. – Był tu z tobą drugi medyk. Brodacz z całkiem łysą głową. Pamiętam, że pracował nade mną z rozpalonym nożem… Gdzież jest ten syn dziwki?

W tym momencie zasłona w otworze wejściowym uchyliła się i do komnaty zajrzał rzeczony brodacz. Ujrzawszy pacjenta przytomnego, mężczyzna uśmiechnął się i wszedł do pokoju.

– Cieszę się, widząc, że wracasz do zdrowia, Kassandrze – rzekł, nie używając formy „panie”, którą zwykle zwracali się do macedońskiego wodza ludzie niższego stanu. Filotas zaś wstał i przystąpił do prezentacji.

– Panie, przedstawiam ci mego przyjaciela, wielkiego lekarza pracującego zazwyczaj w Atenach. Sam woli, by nazywać go filozofem, doprawdy nie wiem dlaczego. Wszak to właśnie w sztuce medycyny osiągnął mistrzostwo, czego dowodem twoje ozdrowienie. Pochodzi ze Stagiry na Półwyspie Chalcydyckim. Zwie się Arystoteles.

* * *

Kassander przyjął swe kochanki po kolei, poczynając od Tais, a kończąc na Fenicjance Kleopatrze, która nie była nawet wolną kobietą, lecz niewolnicą wyciągniętą z luksusowego domu rozpusty. Tais sprowadziła własną niewolnicę, Chloe. Obie spędziły z Kassandrem tę feralną noc, gdy próbował go zgładzić spartański skrytobójca. Długo siedziały u jego łoża, ciesząc się jego ozdrowieniem. Później przyszedł czas na Likajnę i Mnesarete. Ta ostatnia miała tyle śmiałości, by oznajmić, że ma nadzieję na odwiedziny Kassandra, gdy tylko ten odzyska siły.

– Moja szparka i tyłeczek są spragnione twojej macedońskiej włóczni, panie – wyszeptała słowa godne ladacznicy, na tyle jednak cicho, by nie usłyszał ich obecny w komnacie Arystoteles.

W porównaniu z nią niegdysiejsza dziwka, Kleopatra, była ucieleśnieniem skromności i przynależnych niewieście cnót.

– Tak się cieszę, że żyjesz, panie – rzekła, pochylając głowę i składając pocałunek na grzbiecie jego dłoni. – Codziennie modliłam się do waszych helleńskich i moich tyryjskich bogów, by dali ci siłę.

Gdy ostatnia z jego nałożnic opuściła pokój, Kassander był skrajnie wyczerpany. Arystoteles podał mu środek na dobry sen i wywar ziołowy wzmacniający gojenie się ran. Macedończyk obudził się dopiero nazajutrz.

* * *

Po śniadaniu wezwał do siebie Koragosa. Gdy okazało się, że nie ma go w pobliżu, Kassander zażądał, by stawił się przed nim Polidames. Filotas oznajmił jednak, że i on jest nieobecny w akrokorynckiej twierdzy.

– A kto jest obecny? – warknął Macedończyk.

– Jazon. Pójdę po niego.

Zhellenizowany Trak wylewnie powitał swego dowódcę i zapewnił, że cieszy go powrót Kassandra do zdrowia.

– Wspaniale. Lepiej powiedz mi, gdzie są pozostali.

– Gdy zachorowałeś, panie – rzekł Jazon, – Koragos postanowił wykonać twój plan. Dwa dni po tym, jak spadłeś z konia, poprowadził połączone wojska do Achai.

– Jakim prawem? – Kassander aż uniósł się na posłaniu. – Ten arystokratyczny dupek, ten Połykacz Włóczni, to gówno w pięknie wymodelowanym pancerzu…

– Panie, nie irytuj się – obecny w komnacie Filotas podniósł się z krzesła. – Przygotuję ci uspokajający napar…

– Milcz, Konowale. Jazonie, słucham.

– Nie mogliśmy go powstrzymać… Jakby nie było, czcigodny Antypater uczynił go twym zastępcą.

– Zabrał wszystkie wojska?

– Siedem tysięcy ludzi. Połowę Macedończyków, połowę sprzymierzonych. W Koryncie zostawił pięciuset żołnierzy pod moim dowództwem.

– Ile dni minęło od wymarszu?

– Pięć. Jeszcze przez trzy dni byłeś nieprzytomny, panie. Dopiero wczoraj otworzyłeś oczy…

– Każę posłać za nim konnych. Napiszę rozkaz. Ma natychmiast wracać… Jeśli trzeba będzie, sam pojadę!

Kassander podniósł się jeszcze wyżej. Piorunujący ból przeszył jego bok. Opadł na posłanie i zemdlał.

* * *

Minął kolejny tydzień, nim Kassander poczuł się na tyle silny, by przespacerować się po blankach akrokorynckiej twierdzy. Szedł z trudem, wspierając się na ramieniu Jazona, za nim podążali Arystoteles i Filotas.

Twierdza była niemal pusta. Nieliczni Macedończycy i Trakowie ćwiczyli musztrę na treningowym placu. Kassander dostrzegł ledwie kilku strażników na murach.

– Skurwysyn ogołocił garnizon – warczał co chwila. – Uduszę tego arystokratycznego dupka…

Pomimo tego, że w ślad za armią ruszyło pół tuzina jeźdźców z rozkazami, Koragos wciąż nie powracał do Koryntu.

– Jak się czujesz, Kassandrze? – zagadnął Arystoteles. Uparcie odmawiał używania formy „panie” w stosunku do zarządcy korynckiego garnizonu. Macedoński wódz uznał jednak, że człowieka, który niegdyś wychowywał młodego króla Aleksandra, nie sposób zmusić do tego rodzaju ustępstw.

– Lepiej. Jutro wsiądę na konia.

– Zobaczymy – odparł Stagiryta.

* * *

Kassander istotnie dosiadł konia, swego ulubionego Charona, lecz nie nazajutrz po pierwszym spacerze, ale pięć dni później. Bojowego rumaka prowadził za uzdę Jazon, zaś macedoński wódz starał się nie spaść z jego grzbietu. W pewnym momencie poczuł się na tyle pewnie, że kazał Trakowi się cofnąć, sam zaś spiął konia i puścił się w cwał dookoła placu treningowego. Żołnierze macedońscy, widząc swego wodza znowu w pełni sił, wiwatowali z murów. Traccy najemnicy dobyli mieczy i uderzali nimi o swe tarcze, oddając mu hołd. Kassander jednak tego nie zauważał, usilnie starając się utrzymać w siodle. Po trzech okrążeniach placu zatrzymał się w końcu, po czym płynnie zeskoczył z wierzchowca. Jego bok znów przeszył ból, ale Macedończyk zacisnął zęby i nawet nie jęknął.

W tym momencie przez bramę akrokorynckiej twierdzy wpadł jeździec na spienionym koniu. Jazon stanął przed Kassandrem i położył dłoń na rękojeści miecza. Jeździec osadził wierzchowca tuż przed nim, zeskoczył na ziemię i upadł na kolana. Dyszał ciężko ze zmęczenia. Kassander go rozpoznał. Był to jeden z posłańców, którego wysłano za Koragosem i ukradzioną przez niego armią. Wyminął zatem Jazona i stanął nad klęczącym młodzieńcem.

– Z czym przybywasz, chłopie? – spytał, starając się, by jego głos brzmiał pewnie i nie zdradzał zaniepokojenia.

– Dwa dni i dwie noce pędzę z Elidy – rzekł krańcowo wyczerpany posłaniec, – by przynieść straszliwą wiadomość…

– Mówże wreszcie! – zawołał Kassander, porzucając pozory opanowania.

– Klęska, panie – wykrztusił mężczyzna. – Król Agis zaskoczył nasze wojska pod Ephyrą. Poległ Koragos, poległy tysiące naszych… Wielka klęska…

Kassander zamknął oczy. Dalsze słowa posłańca docierały do niego jakby z wielkiej oddali. Serce waliło mu w piersi, rana bolała, jakby ktoś przekręcił mu w niej ostrze miecza. Klęska. Żeby tylko nie zemdleć. Klęska. Byle nie zwalić się z nóg. Nie tutaj, na oczach tych wszystkich żołnierzy… Klęska…

…żeby tylko nie zemdleć…

Przejdź do kolejnej części – Opowieść helleńska: Kassander V

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Naprawdę świetne jest to łajno w jedwabnych pończochach… to jest gówno w pięknie wymodelowanym pancerzu;)

Brawo, Mefisto! Bezbłędnie rozpoznałeś źródło inspiracji dla tego wyzwiska – oczywiście to słynna wypowiedź Napoleona o Talleyrandzie.

Szkoda, że znam koniec tej historii. Tak czy siak, czytając wciąż mam nadzieję, że wszystko ułoży się po myśli naszego bohatera, który nawet na progu śmierci śni o zdobytej kobiecie. Zgwałcił, bo zgwałcił, ale był dla niej miły, no nie? 😀

Ja bym zapytał: czy naprawdę znasz koniec tej historii? Dzieje Kassandra urywają się pod koniec Opowieści helleńskiej, ale przecież znajdą ciąg dalszy w Perskiej Odysei. Tak więc wciąż jest nadzieja na happy end 🙂 Ja ze swej strony oczywiście go nie obiecuję, ale wykluczyć również nie zamierzam.

Pozdrawiam
M.A.

Megasie, myślałam raczej o jego sytuacji zawodowej 🙂

Sytuacja może i się zmieniła, ale wciąż pozwoli Kassandrowi na kontakt z wieloma przedstawicielkami płci przeciwnej. I to w dalece szerszej palecie rasowej i etnicznej, bo przecież Persja to tygiel narodów!

M.A.

Napisz komentarz

54 + = 58