Niemoralna propozycja (JiNn)

Justyna spod trójki. Pierwszy obiekt jego materialnych westchnień. Dwa lata różnicy, a wydawało mu się, że dzielą ich nieprzekraczalne granice. Wpatrywał się w nią, gdy wychodziła i wracała ze szkoły. Kiedy tylko mógł, szedł za nią. Pchany niezrozumiałą siłą śledził, adorował z ukrycia. Był cichy, niewidzialny, jak cień czy duch. Gdyby go zaczepiła, zapytała, po co za nią łazi, nigdy by się nie przyznał, z pewnością by uciekł, wyparł wszystkiego. Justyna jednak nie zwracała na niego uwagi. Był sąsiadem, a właściwie dzieckiem sąsiadki, której mówiła dzień dobry z grzeczności. Dziwnym milczącym oseskiem, który gapił się ponad normę na jej tyłek i któremu wydawało się, że ona tego nie dostrzega.

Teraz, gdy schodził klatką schodową, złowił na sobie jej wzrok. Nie radziła sobie z zamkiem, zakupy leciały jej z rąk i potrzebowała pomocy.

– Piotrze, mógłbyś…?

Drgnął, słysząc swoje imię w jej ustach. Nie wiedział, że je zna, a przecież to takie naturalne, że zna się imiona sąsiadów. Wzruszył ramionami w odpowiedzi i przywlókł się pod drzwi.

– Mogę potrzymać. – Nie patrzył jej w oczy.

– Dzięki. – Wręczyła mu reklamówki i wsunęła klucz w zamek.

Zrobiła to powoli, bardzo powoli. Piotrowi wydawało się, że to nie-klucz wchodzi w gładkie i delikatne wnętrze nie-zamka. Patrzył przez chwilę na jej dłonie. Przyglądał się, jak drgają drobne żyłki pod skórą, patrzył, jak zagryza wargi przy każdym szczęknięciu mechanizmu. W końcu wysunęła klucz i ustawiła go ostrą częścią ku górze. Z triumfującą miną odwróciła się do niego. Wyglądała dokładnie tak, jak sobie ją kiedyś wyobrażał. Teraz jednak nie robiła na nim już takiego wrażenia.

– Może wejdziesz? – Spytała z uśmiechem.

– Nie dzięki, spieszę się.

Oddał jej zakupy i zniknął na schodach.

Stała zaskoczona. Jakże bardzo się zmienił, dorósł albo właśnie nie, wręcz przeciwnie, dorosły jego kompleksy. Prześcignęły go nawet. Nadal się wstydzi – już nie dziewcząt, a kobiet. Ma ochotę na ciastko i boi się, że połamie na nim zęby. Mężczyźni…

Wszystko się zmieniło od momentu, gdy poznał Lenę. Aż trudno mu było w to uwierzyć. Nagle cały świat stał się przychylny. Jakby spełnienie warunków postawionych przez matkę było gwarancją szczęścia. Zawsze chciała dla niego najlepiej. Justyna jest najlepszym przykładem. Gdyby chciał, mógłby teraz wejść – kto wie, jakby się to skończyło. Justyna jednak już go nie interesowała. Interesowała go Lena. Zachwycała go, pochłaniała każdą myśl, każde pragnienie. Jeszcze kilka miesięcy temu marzył o Justynie, dziś nie wyobrażał sobie, że mógłby jej dotknąć. Lena, liczyła się tylko Lena.

Wyszedł z budynku zadowolony z siebie. Szybkim krokiem przemierzył ulicę i w ostatniej chwili wskoczył do autobusu.

Lena, kochana Lena. Jej twarz widział w każdej innej kobiecie. Wcześniej podróż autobusem była jak polowanie. Każda nowa była obietnicą nieznanej rozkoszy. Jak artysta trzymający w ręku paletę barw, z najwyższą przyjemnością zastanawiający się, której użyje, tuż zanim rozpocznie swą artystyczną pieszczotę płótna. Teraz autobus wypełniały Leny. Słuchały muzyki z białych słuchawek, gapiły się w okna i czasem uśmiechały. W większości jednak jechały skupione, zamyślone i smutne. Jego Lena nie miała powodu się smucić – miała jego, a on spełniał jej wszystkie skrupulatnie zaplanowane życzenia. Jego Lena była szczęśliwa.

Autobus zatrzymał się, otworzyły się drzwi. Przez chwilę wydawało mu się, że naprawdę ją widział, że długie włosy Leny zniknęły właśnie w cieniu bramy budynku, po drugiej stronie ulicy. Co by tu miała robić? Ruszył w jej kierunku i już miał wskoczyć w przejeżdżające auta, wpaść za nią w czeluści nieznanego miejsca, ale się powstrzymał. Miał do wykonania zadanie. Dziś będzie wyjątkowy dzień. Lena w końcu w niego uwierzyła. Dziś nie będzie zakupów, nie będzie dawania po pysku ulicznym menelom o niewyparzonych gębach, nie będzie mycia okien. Jak wszystko to wszystko. Dziś nie będzie też tylko dotykania dłoni. Za poprzednie zadania pozwoliła się trzymać za rękę. Siedzieli w kuchni na taboretach i dotykał jej, a ona wpatrywała się w niego i się śmiała. Łaskotały ją jego palce. Nie wiedział, że można mieć łaskotki na dłoniach. Ostatnio pozwolił sobie na więcej. Dotykał jej dłoni w sposób, jakby ją posiadł. Plątał palce, stykał je wierzchem, a ona wpatrywała się w nie niespokojna. Takiej jej teraz pragnął. Z każdą chwilą innej. Dziś miał być spacer, pewnie będzie mógł ją trzymać za rękę, ale najważniejsze, że będzie ją miał całą dla siebie, będą szli razem, przed całym światem. Obnażeni ze swojego sekretu.

– Dzień dobry, panie Piotrze. – Obcy głos wyrwał go z zamyślenia.

– Dzień dobry – odpowiedział natychmiast, automatycznie.

Ktoś go zaczepił. Jakiś mężczyzna. Odwrócił się szybko, ale go nie poznał. Poczuł, że się denerwuje. To pewnie jakiś stary znajomy, przypadek, mimo to musiał się zatrzymać. Zaszumiało w głowie. Pociemniało w oczach. Nie wolno mu było się denerwować. Musiał odwrócić uwagę. Musiał pomyśleć o czymś innym. Ręka bezwiednie powędrowała do kieszeni, zachwiał się. Dotknął klucza. Lena. Ona czeka, aż on wykona zadanie. Ruszaj! Ruszył.

Przeszedł skwerem, nie wzbudzając niczyich podejrzeń, był przecież na razie zwykłym przechodniem. Na chodniku wmieszał się w tłum. Zrobił rundę dookoła budynku i odbił w nawę. Drzwi, które mu opisała, były zardzewiałe. Wsunął klucz i nie bez wysiłku go przekręcił. Długo wpatrywał się przed siebie – korytarz był dokładnie taki, jakim go opisała. Długi, wąski i słabo oświetlony. Odrapane ściany i stosy zakurzonych, utrudniających przejście gratów potwierdzały, że wiedziała, o czym mówi. Nikt tędy nie chodził. Nikt tutaj nie sprzątał.

Uważając, by nie narobić hałasu, przeszedł na sam koniec, aż pod same drzwi. Sięgnął do kieszeni po rękawiczki, broń i kominiarkę. Wsunął klucz do zamka, nacisnął klamkę. Drzwi nie ustąpiły. Naparł na nie zaskoczony. Poruszyły się lekko, wpuszczając wąski pasek światła. Przylgnął do szpary, oślepiając się na chwilę, w końcu wzrok się przyzwyczaił. Wziął zamach i uderzył barkiem. Drzwi stawiły opór, ale tym razem się otwarły. Przepełniony dokumentacją regał, który blokował wejście od drugiej strony, poruszył się i runął na ziemię. Mężczyzna wszedł do środka. Znajdowało się tu siedem osób. Dwóch mężczyzn stało przy sejfie, przerwał im w trakcie segregacji dokumentów. Kobiety siedziały za biurkami, zastygłe, przerażone. Odchrząknął, pokazał broń i położył palec na ustach. Tak jak powiedziała Lena, sejf był otwarty. Wyciągnął przed siebie rękę z bronią i ruchem nadgarstka pokazał, by mężczyźni się odsunęli. Zrobili, jak kazał.

Jeden z nich, nim usiadł, odezwał się przerażonym głosem:

– Jesteśmy w banku! Przecież tu nie ma pieniędzy.

Mężczyzna z bronią spojrzał na niego groźnie i wycelował. Krawaciarz zbladł i opadł na krzesło, po chwili położył głowę na biurku i przykrył ją dłońmi, dokładnie tak, jak na szkoleniu. Reszta, jak na komendę, zrobiła to samo.

Lena powiedziała, że w sejfie będzie zapadka, po prawej stronie. Była. Wymacał ją dłonią i pchnął. Otworzyła się skrytka. Wyjął kilka teczek. Rzucił okiem na pracowników. Nikt nie zamierzał się wychylać. Leżeli posłusznie z głowami na biurkach, ułożonymi tak, by niczego nie widzieć. Przejrzał szybko okładki, na jednej znajdował się emblemat z przekreślonym aparatem fotograficznym. Rozwiązał sznurek i wydobył dokumenty, zwinął je w rolkę i schował do wewnętrznej kieszeni. Pchnął drzwiczki skrytki, zamykając sejf. Po chwili zniknął bezgłośnie w korytarzu, tak szybko, jak się w nim pojawił. Zdjął kominiarkę, rękawiczki i schował broń. Otwarł drzwi na drugim końcu i wyszedł w nawie budynku. Rozejrzał się i nasłuchiwał przez chwilę. Cisza uspokoiła go, wmieszał się w przechodzących ludzi.

* * *

Mieszkanie Leny pachniało intensywnie marihuaną. Sikora poczuł zioło już na schodach i zamierzał dać dziewczynie nauczkę. Jeszcze brakuje mu psów na bloku,- myślał. Dostała, głupia, mieszkanie i miała nie rzucać się w oczy, nic więcej. Walczył przez chwilę z zamkiem, w końcu dostał się do środka. Nie pomoże jej ładna buzia, będzie musiał ją trzepnąć kilka razy, by zapamiętała. Nie lubił tego robić, ale czasem musiał, uroda dziewczyny nie szła bowiem w parze z rozumem. Może później pozwoli jej zrobić loda i się pogodzą. Ważne, by zapamiętała, że nie wolno jarać w lokalu na jego nazwisko. Jakby się Prorok dowiedział, wykluczyłby go z udziałów i ładny hajs przeszedłby bokiem. Aż zadrżał cały na myśl o utracie spodziewanego zysku. Dłoń sama zacisnęła się w pięść. Kątem oka w przedpokoju dostrzegł buty. Męskie lśniące lakierki z długim czubkiem. Co jest, kurwa? Zatrzymał się. Drzwi do sypialni były zamknięte. Ktoś był z Leną. Zabiję chuja, pomyślał i rzucił się do klamki. Na łóżku siedział Prorok i wsuwał powoli spodnie.

– Co jest, Sikora? Jak dziś poszło? – Zapytał z uśmiechem, bez śladu skrępowania.

– Dobrze… Dwa razy dobraliśmy towar.

Prorok wstał i poklepał go po plecach.

– To dobrze Pamiętaj, że interesy są najważniejsze, cała reszta to zwykłe jebanie.

– Tak szefie, pamiętam. – Sikora zwiesił głowę.

– I o to chodzi, Sikora. – Prorok znów poklepał go po plecach i przespacerował się po pokoju.

– Wywietrz tu dobrze. Taka miejscówka, a jeszcze ktoś coś wywącha.

– Tak, szefie.

Wyszli razem do przedpokoju. Prorok założył buty i jeszcze raz poklepał Sikorę po plecach.

– Ta dziunia to ci wyszła Gdzieś ty ją znalazł?

– Lena…? Przyplątała się, z ulicy jest.

– Naprawdę? – Zdziwił się – Ładna i lubi na ostro, do tego umie gotować. Dobry gust to podstawa sukcesu, pamiętaj. No, na mnie już czas. Dbaj o nią, dobre wybory trzeba pielęgnować.

– Tak jest, szefie.

– No to cześć – powiedział, podając rękę na pożegnanie.

Sikora uścisnął dłoń Proroka i od razu poczuł się raźniej.

Szef w dom, Bóg w dom, mawiał Łysy. Sikora nie był jednak pewien, czy Prorok również Łysemu posuwał Anielkę. Łysy do Anielki był bardzo przywiązany, kiedyś nawet przypierdolił przechodniowi za niewybredny komentarz w kierunku dziewczyny. Czy on, Sikora, nie jest zdolny do takiej miłości? Czy Lenki wystarczająco nie kocha? Czy mógłby przypierdolić Prorokowi? Odpędził od siebie tę myśl. Prorok to Prorok. Szef to nie byle jaki przechodzień. Od niego wiele zależy, jego utrzymanie i przyszłość.To prawie jak rodzina. Nie wypada bić rodziny.

* * *

Wetknął wista starannie w rozwidlenie filaru. Wciąż wykorzystywał swoją starą skrytkę na poddaszu budynku, gdzie niegdyś zdarzało mu się wtykać kolorowe czasopisma. Dorzucił kominiarkę i rękawiczki. Wrócił do mieszkania i przywitał się z matką. Po chwili na śnieżnobiałym obrusie pojawiła się zupa. Jadł w ciszy milczenia matki, w odgłosach tykającego zegara z przedpokoju i pobrzękiwaniu sztućców. Matka zawsze dotrzymywała słowa. Nie odzywała się do niego od wielu dni, dokładnie tak, jak mu obiecała. Dziś mógł to przerwać, zakończyć, ku radości obojga. Zjadł do końca zupę, popatrzył w jej zmęczone oczy, jak uciekają przed nim na firany i za okno. Słońce właśnie przebiło kłęby szarości i twarz matki pojaśniała. Choć miała ściągnięte usta, wydawało mu się, że widzi uśmiech.

– Poznałem dziewczynę – powiedział, nie spuszczając z niej wzroku.

Oczy matki wróciły do pokoju, na talerz, na niego i nagle odmłodniała. Słaba i zmęczona napełniła się siłą i zainteresowaniem. Jeszcze przez chwilę rozważała, czy jej aby nie nabiera, czy nie szydzi sobie z postanowienia marnym oszustwem, ale wystarczyło tylko spojrzenie, uśmiech, którym upewnił ją, że to nie blef, że cieszy się wraz z nią, że powstrzymać się nie może od radości, naturalnej i niewymuszonej.

– Spałeś z nią już? – Spuściła wzrok na obrus i wygładziła zmarszczki dookoła talerza.

– Nie, dopiero zaczęliśmy się spotykać.

– Zrób z nią to, jak tylko będziesz miał okazję. Pierwszy raz zostaje w głowie, na zawsze zostaje. Nigdy tego nie zapomnisz. Będziesz miał do czego wracać, nawet gdy ciebie już zostawi.

Głos matki zabrzmiał dziwnie. Nie dlatego, że nie słyszał go już od kilku tygodni, raczej nie dlatego. Chciał spytać o ojca, czy też go pamięta z tego pierwszego razu i czy ten pierwszy raz był jedyny. Stracił jednak odwagę, gdy podniosła wzrok, czekając, aż o niej opowie.

– Ma na imię Lena. Mieszka w Śródmieściu. Spotykamy się co tydzień w środę, jemy razem śniadanie, a później idziemy do parku albo siedzimy w kuchni, jeśli pada. Dużo rozmawiamy. Lena zleca mi różne zadania…

– A ty nie potrafisz jej odmówić – dokończyła za niego.

Kiwnął głową, że trafiła w sedno, uśmiechnął się, widząc, że przyjęła rozmarzony wyraz twarzy. Urzekły ją wspomnienia. Zabrały w przeszłość.

* * *

Prorok długo przyglądał się dokumentom od Sikory. Oglądał je pod światło, pocierał palcami i kilkukrotnie studiował treść. Co chwilę zerkał też na podwładnego, jakby mając nadzieję, że z dobrze mu znanej twarzy wyczyta coś więcej, niż jest mu ona skłonna powiedzieć.

– Podziwiam twoją lojalność, chłopie, że do mnie z tym przychodzisz zamiast gdzieś prysnąć i dobrze to wydać.

– Szef jest jak rodzina. Gdzie ja bym sam z Leną… Szef wie, co i jak spieniężyć, by nie było siary. Nie chcę skończyć w mamrze.

– Ja też nie chcę – odezwał się ciszej Prorok i schował obligacje. – No nic, dobrześ zrobił, że do mnie przyszedłeś. To trzeba upłynnić z głową. Wezmę jakieś papugi i ogarniemy temat. Jak już coś spłynie, to dostaniesz znaleźne. Tymczasem – podszedł bliżej i ściszył głos – przyczaj się trochę i odpuść, byś głupio nie wpadł i nie ściągnął na siebie zbędnej uwagi.

– Tak jest – potwierdził Sikora i podał rękę szefowi.

W drodze do domu kontemplował swój awans. Wyraźnie widział, jak oczy Proroka zza okularów rozszerzyły się na widok dokumentów. Szef był w szoku – cieszył się tą myślą. Awans to już formalność. Nawet nie spytał, jak Sikora wszedł w posiadanie tych obligacji. Zrobił zaskoczoną minę i tyle. Chociaż o takie rzeczy się nie pyta. Masz, bo zdobyłeś – twoja sprawa. Nagle przypomniał sobie, że sam nie wie, skąd Lena je wytrzasnęła i gdyby nawet szef zapytał, to on, Sikora, nie umiałby dobrze skłamać. Obligacje musiały być dużo warte. Prorok niemal nie stracił oczu, prawie wypadły mu za orbitę. Sikora znów uśmiechał się na samo wspomnienie. Tak, zdecydowanie były wiele warte, ale przecież Lena nie napadła na bank. Z drugiej jednak strony przypomniał sobie swój pierwszy pomysł, by pójść z obligacjami prosto do banku i je spieniężyć. Od razu wybiła mu to z głowy, krzyczała i rzucała się na drzwi, krzycząc, że oboje skończą w mamrze. Było więc coś na rzeczy. A może… Stanął w miejscu pogrążając się w myślach. Może przespała się, dziwka jedna, z bankierem. Może ma romans i to trwa od dawna. Ruszyło ją sumienie i załatwiła papiery, by on, Sikora, odpuścił? Targnął nim dreszcz niepokoju. Sama myśl, że Lena mogłaby być z innym doprowadzała go pasji. Jego Lena z jakimś krawaciarzem? Nawet jeśli jej płacił, to przecież on, Sikora, też grosza nie szczędził. Mało jej dał na buty i sukienki? A mieszkanie? Mieszka sobie jak królowa, on łoży przecież co miesiąc, a ona… Z obcym w tym mieszkaniu i w tych sukienkach, i w tych butach podoba się obcemu, który dotyka jej, pierdoli? Pięść sama się zacisnęła, aż zbielały palce. Tak to jest, jak się co jakiś czas baby nie trzepnie. Na tym polega miłość, bez tego wszystko się rozłazi, nie ma punktu zaczepienia, nie ma właściwego oparcia, fundamentu.

* * *

U Leny pachniało inaczej. Piotr wyszedł od niej o północy, roztrzęsiony, zmęczony. Najpierw te ślady na twarzy, zaczerwienione ręce i łzy. Zapomniała o spacerze, nie miała na niego ochoty. Pomógł jej wstać i zaprowadził do łazienki. Poprosiła, by ją rozebrał. Dotykał czule i ostrożnie, jak dotyka się dziecka. Później ją opatrzył. Nie chciała powiedzieć, co się stało. Wtedy przyniósł jej zdjęcie z komody. Ostra twarz bandziora z ulicy. Patrzyła chwilę zaskoczona, ale pokręciła głową. To nie on. Sikora tego nie zrobił.

Nocą miasto wyglądało inaczej. Zwykle o tej porze spał. Na chodnikach chaos cieni. Aleja podejrzanych latarni i gęste paszcze bram, które prowadziły na niezbadane podwórza, a do tego mnóstwo ciekawych spojrzeń. Czuł się jak na wybiegu. Zerkali na niego ze wszystkich stron. Rozmaite typy, trzeźwe i pijane. Najbardziej obawiał się tych trzeźwych. Pijani byli jak młodsi bracia, wymagali zrozumienia i opieki. Szedł szybkich krokiem, bez trudu wymijał szukających zaczepki. Trzeźwi zaś mierzyli go chłodnym spojrzeniem, jednym z tych, które nieznośnie chwytają za gardło. Przy wskazanym przez Lenę adresie stała grupa mężczyzn. Rozmawiali i śmiali się głośno. Palili. Skutecznie tarasowali wejście. Miał do wykonania zadanie. Kolejne od Leny. Nagrodą nie był spacer, a łóżko. Obiecała mu, że jeśli to zrobi, może do niej wrócić i będzie się z nim kochać, na całego, tak powiedziała. Był zszokowany tą propozycją. Nie przypuszczał, że nie będzie musiał jej o to prosić, że sama zacznie i będzie go nawet namawiać. Matka miała rację – teraz zrobi dla niej wszystko. Dla Leny był gotowy zabić.

Pewnym, szybkim krokiem przemierzał popękany chodnik. Był coraz bliżej celu.

Fala gorąca uderzyła go z jej piersi w samą twarz. Dreszcze podniecenia rozeszły się po karku. Długi warkocz pieszczot przesunął się po gładkiej skórze i pozostał nieuchwytny. Lena. Dostrzegał ją jak przez mgłę. W ciemności lamp ulicznych. W rozbłysku przypadkowych świateł. Cienie pełzały łydkami do kolan i dalej udami, aż się spotykały, by pochłonąć nawzajem. Wciągała go rozkołysana noc z jej oczu. Objął ją i przytulił mocno, nie pozostawiając najmniejszej szczeliny.

Chłód nocy odrobinę go otrzeźwił. Rozejrzał się i sięgnął do kieszeni po wista.

– Mam sprawę do Proroka – powiedział do stojących, wyciągając pistolet.

Pierwszy z mężczyzn rzucił mu pogardliwe spojrzenie.

– A kim ty, kurwa, jesteś? – Po chwili ujrzał wymierzonego w siebie gnata i sięgnął do ukrytej pod kurtką kabury.

Szczęknęła iglica. Mężczyzna, nie zdążywszy wyszarpnąć broni, zatoczył się i upadł. Huk wystrzału sparaliżował resztę towarzystwa, ale tylko na chwilę.

Zadrżała cała, uderzona falą dotyku. Szept powędrował ciałami obojga w dół i z powrotem w górę. Moja Lena, kochana, czuła kobieta. Położył na niej kolejne słowa, nowe pocałunki i niecierpliwe dłonie. Westchnieniem rozproszyła chmurę sprzed jego oczu.

Przyciskał spust raz za razem, dokładnie w takiej kolejności, w jakiej sięgali po broń. Niemal nie celował. Mężczyźni przewracali się, niektórzy usiłowali wstać, ale potykali się o leżących i po chwili stygli już w bezruchu. Gdy skończył, przejście do budynku stało otworem. Zmienił magazynek i wszedł.

Wszedł w nią. Głębiej niż myślał. W jej myśli, wyobrażenia, marzenia, w jej pożądanie, napięcie, w oczekiwania. Obrazem swym wszedł i wzruszeniem. Nienaturalnie pochłonięty, na zawsze niezapomniany. Na zawsze niezapomniana. Związani nierozerwalną nicią czynu. Wyboru. Teraz i tuta,j w niedzielącym ich juź oceanie wzajemnego posiadania.

Mężczyzna w garniturze i okularach właśnie wstał od stołu. Wpatrywał się z niepokojem w przybysza. Obok niego stało dwóch innych, bardzo do niego podobnych i jeszcze jeden, mniej podobny, ale za to z wycelowaną bronią. Ten strzelił. Świst, uderzenie gdzieś obok, całkiem z boku. Brzęk szkła, gwizd rykoszetu. Piotr wycelował i trafił. Huk broni w pomieszczeniu ranił do bólu. Wszyscy padli na ziemię, tylko Prorok stał… Prorok i Piotr.

Spytała, jaki on był, gdy umierał, albo chwilę przedtem – jaki był, gdy wiedział, że za chwilę umrze. Pytała szybko, energicznie wciskając słowa w jego szyję i tors. Kładąc przed nim swoje plecy, rozciągając je pod zasłoną włosów.

– Jestem od Leny.

Prorok przechylił nieznacznie głowę.

– Jakiej Leny?

Piotr przyjrzał się mu uważnie. Mężczyzna był postawny. Okulary i garnitur mogły mylić. Póki siedział przy stoliku w cieniu, wydawał się niepozorny. Teraz jednak, gdy stał przed nim, nie mógł ukryć swojej tężyzny, a przede wszystkim mocnych i szerokich dłoni. Dłoni, które raniły, dusiły, znieważały. Dłoni, które uderzały, zdzierały skórę, które gnębiły, poniżały. Dłoni, których nienawidził bardziej niż czegokolwiek innego na świecie.

I te jej słowa… Jaki on był? Czy się bał? Czy błagał o litość?

Chciał jej odpowiedzieć, ale zamknęła mu usta i całowali się długo, przeglądając w sobie jak w zwierciadłach. Byli bezpieczni. W drugim pokoju matka nakręcała zegar. Sikora szalał w mieszkaniu, do którego ona już nie wróci.

Matka kupiła im obraz. Właściwie to fotografię. Nie wiedział, kto jest autorem. Na czarno-białym świecie widnieje wnętrze starego budynku, a właściwie biblioteki. Dwa rzędy zapełnionych regałów, a między nimi wytwornie odziana kobieta w starannie ułożonej fryzurze. Lenie się bardzo podoba i mówi, że kobieta z fotografii upuszcza książkę, a gdy ta uderzy w podłogę, świat ulegnie zapomnieniu. Na Piotra zapomnienie spada teraz każdej nocy. Wszystkie spędza z Leną. Każdy pocałunek jest jak zetknięcie tej czarno-białej książki z podłogą. Światy przestają istnieć.

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

4.20 avg. rating (84% score) - 66 votes

7 Komentarzy

  1. Ania Ania
    22 listopada 2017    

    Takie sobie opowiadanko, czyta się łatwo i przyjemnie (poza kilkoma zbyt udziwnionymi „poetyckimi” konstrukcjami), ale nijak nie rozumiem skąd tytuł.

  2. Anonim S Anonim S
    22 listopada 2017    

    Dobre😀. Wartka akcja rozgrywa się w kilku płaszczyznach. Psychologiczny opis odczuć podczas stosunku też robi wrażenie. Pozdrawiam

  3. Nefer Nefer
    22 listopada 2017    

    A ja trochę dziegciu wrzucę. To opowiadanie ustępuje, moim zdaniem, innym Twoim tekstom, Autorze. Przyzwyczaiłeś nas do wysokiego poziomu literackiego, zarówno pod względem fabuły jak i języka. Tutaj natomiast zawiodłem się. Fabułę uznaję za naciąganą. Aż tak łatwo można zorganizować napad na bank? Jawi się on raczej jako amatorski wybryk, który nie powinien mieć szansy powodzenia (przykładowo, bohater zostawia odciski palców na drzwiach zewnętrznych, kominiarkę i rękawiczki nakłada dopiero wewnątrz budynku, takich przejawów „amatorszczyzny” można wskazać więcej). Bez problemu rozprawia się z grupą ochroniarzy (bo za takich trzeba ich uznać) przestępczego bossa, może i nie byli jakimiś tuzami, ale żeby dali się tak wystrzelać jak kaczki? I nikogo to nie zaalarmowało? A sam Piotr też nie wygląda na Leona Zawodowca (a przynajmniej nic tego nie sugeruje). I po tym wszystkim, zostawiwszy prawdziwą jatkę, bohater znajduje spokojny azyl w rodzinnym mieszkanku? Do tego razem z wystawiającą go dziewczyną pomniejszego przestępcy? Na jak długo? Ile czasu upłynie, nim znajdą go policja albo gangsterzy? Psychologiczny portret domorosłego bandyty-mamisynka, owładniętego chorobliwą nieśmiałością wobec kobiet, pozostawiam mądrzejszym w te klocki. Mnie wkażdym razie nie przekonuje. I jeszcze język. W kilku fragmentach powtarza się zbyt często czasownik „być”, w innych jeden za drugim zaimki osobowe. W kolejnym akapicie raz za razem zmiana podmiotu domyślnego w zdaniach, co utrudnia płynną lekturę. Powiem, że jednak spodziewałem się czegoś więcej. Mam wrażenie, że to jakiś starszy tekst, wydobyty z szuflady, odkurzony, ale nie opracowany na nowo. Czekam więc na powrót „starego”, dobrego Jina. Pozdrawiam. 😀

    • Ania Ania
      23 listopada 2017    

      Brak zachowania jakichkolwiek realiów to już dla mnie znak rozpoznawczy JiNna 😉

  4. Karel Godla Karel Godla
    23 listopada 2017    

    Przeczytałem.

    • Anonim Anonim
      23 listopada 2017    

      🙂

  5. NoNickName NoNickName
    24 listopada 2017    

    Liczylam na spokojny spacer długą interesującą aleją a pobiegłam, tym razem, po labiryncie pełnym wiraży i zakrętów.
    Teskt nieco przeładowany historią. Zbyt wiele „wszystkiego” w tym niedlugim opowiadaniu. I jakby pobieżnie, „po łebkach”.
    Puszczam jednak oko do Ciebie, JiNnie, za ostatni akapit.

    Z pozdrowieniami
    NoNickName

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

BĄDŹCIE Z NAMI NA FACEBOOKU

LOGOWANIE

AKTYWNI KOMENTATORZY

(komentarze z ostatniego miesiąca)
  • Ania (25)
  • Megas Alexandros (21)
  • Anonim S (19)
  • Nefer (13)
  • Radosky (9)
  • Karel Godla (6)
  • Areia Athene (4)
  • Mick (4)
  • Rita (4)
  • Czarna Kaczuszka (3)
  • Foxm (2)
  • Lukrecja (2)
  • Xyz (2)
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje. Dowiedz się, jak je wyłączyć.