Nutmeg Queens (Miss.Swiss)  3.72/5 (981)

18 min. czytania
Alvin (mralvin-borndead), "Those Beach Girls", CC BY-NC-ND 3.0

Alvin (mralvin-borndead), „Those Beach Girls”, CC BY-NC-ND 3.0

Poniższe opowiadanie jest publikowane powtórnie w ramach cyklu Retrospektywy. Pierwszy raz pojawiło się na portalu Najlepsza Erotyka 14 lipca 2012 roku.

* * *

Ciężkie krople tropikalnej ulewy siekły cienki blaszany dach niczym pociski. Pora deszczowa na Grenadzie dopiero niedawno się rozpoczęła, ale tegoroczne wyjątkowo obfite opady budziły uzasadniony niepokój o zbiory owoców i orzechów. Niebezpieczeństwo huraganu wciąż wisiało nad wyspą, przypominając nadal niezabliźnione rany po szaleństwach Katriny przed kilku laty. W nocy, gdy wokół domu cichły inne odgłosy, deszcz stawał się jeszcze bardziej natrętny, słyszalny, nie dający o sobie zapomnieć wilgocią lichej pościeli i zapachem nigdy nie schnącego prania.

Deszcz mocno zaprzątał również myśli Cindy Lewis. Z troską przyglądała się codziennie dachowi swojego skromnego dwuizbowego domu, w którym mieszkało już pięć osób. Niemniejsze obawy budziła w niej stroma, błotnista skarpa, na której kiedyś jej ojciec postawił ową rodową siedzibę. W jego barwnych opowieściach miał to być wielki, wielopokoleniowy dom nie ustępujący przepychem eleganckim willom w St. Georges, ale zapału starczyło mu jedynie na dwa niewielkie pokoje i krzywą werandę.

Większość prac wykonywał po kilku szklaneczkach mocnego rumu, ale nawet gdyby budował na trzeźwo, obawy Cindy nie byłyby mniejsze. Wiedziała doskonale, że nie był w stanie niczego zrobić porządnie. Jedynie w płodzeniu dzieci po całej wyspie miał spore sukcesy, jeśli wierzyć można było plotkom i wieloznacznym uśmieszkom mieszkańców Greenville i Grand Crochu, gdy go wspominali. Ale stary Lewis zapodział się gdzieś już dawno temu, jak to miało w zwyczaju wielu mężczyzn na wyspie, gdy kłopoty zaczynały ich przerastać.

Wcześniej Cindy dzieliła swoje niewielkie gospodarstwo z córką i ciotką, której skromna pensja w fabryce stanowiła jedyny regularny dochód. Niedawno zapchany do granic możliwości ludźmi i przedmiotami domek przyjął dwoje nowych mieszkańców – młodą Liz i jej kilkumiesięczne niemowlę.

– Co z nami będzie, Cin? – w ciemności Cindy nie mogła dokładnie zobaczyć Liz zajmującej lewą stronę łóżka. To było pytanie, na które sama chciałaby znać odpowiedź. Niepokój o przyszłość dopadał ją codziennie, nieprzyjemny ucisk w żołądku przypominał o pustkach na bankowym koncie i przyszłych koniecznych wydatkach. Wraz z zamknięciem lodge przez policję obie straciły zajęcie jako pokojówki i codzienny skromny, ale smaczny i darmowy obiad z hotelowej kuchni. Cindy zawsze doskonale znała stan swoich finansów, zresztą nie było nigdy dużo do liczenia. Wiedziała, że pieniędzy starczy najwyżej na kilka tygodni. Nie chciała jednak o tym rozmawiać. Nie dziś. Chciała choć na chwilę zapomnieć o trudnej codzienności i o mogącym przynieść kolejne poważne problemy nieustającym deszczu.

Wyciągnęła rękę i dotknęła twarzy przyjaciółki. Świadomość, że teraz dzieli swoje życie z kimś, kto darzy ją uczuciem, odegnała chwilowo troski dziewczyny.

Przesunęła kciukiem po wystających kościach policzkowych Liz, lekko dotknęła łuku zgrabnego nosa i długich rzęs zdejmując z nich słoną kroplę. Zawsze z zazdrością patrzyła na pięknie wyrzeźbione miedziane rysy Liz i jej strzelistą, smukłą postać. Musnęła ustami ucho i dotarła do kącika pełnych, wilgotnych warg dotykając ich delikatnie językiem.

– Nie martw się, coś wymyślimy… – wyszeptała banalne pocieszenie. Tak. Coś się wymyśli. Niech tylko Liz się nie martwi i broń Boże nie płacze. Płacz dzieci i łzy kochanki sprawiały zawsze, że serce Cin boleśnie się kurczyło. Chciałaby sprawić, by nigdy niczego im nie brakło.

Liz uznała ten gest za zachętę i przysunęła się do niej w pospiechu wyswobadzając swoje jędrne piersi z cienkiego materiału podkoszulka. Zanurzyła dłonie w gęstych kasztanowych lokach Cindy przyciągając jej głowę do wgłębienia między piersiami. Karmiła jeszcze, jej sutki były naprężone, wrażliwe na dotyk. Cindy przesunęła po nich policzkiem. Nie chciała drażnić ich palcami, wiedziała, jak cienką jest granica między pieszczotą a bólem dla karmiącej kobiety. Ojciec jej córki zniknął w kilka tygodni po urodzeniu dziecka, ale Cindy wciąż dobrze pamiętała jego twarde palce boleśnie zaciśnięte na podrażnionych długim ssaniem brodawkach i swoje tłumione okrzyki bólu, gdy wchodził gwałtownie w jej jeszcze obolałe, niezagojone ciało. Pamiętała wylewające się z niej po zbliżeniu nasienie zmieszane ze świeżą jasnoczerwoną krwią, co napełniało go obrzydzeniem, i siebie, skuloną z bólu, w rogu cienkiego materaca. Nie wiedziała wtedy, nie wyobrażała sobie nawet, że może być całkiem inaczej.

Ale to już było nieważne. Strzepnęła obraz Jamiego spod powiek i przytuliła się mocniej do piersi kochanki. Liz przeciągnęła się i westchnęła głośno. Lubiła okazywać wyraźnie odczuwane podniecenie i przeżywaną rozkosz. Podczas gdy Cindy co najwyżej mruczała aprobująco zaciskając palce na prześcieradle, Liz nie znała wstydu. Jęczała głośno, krzyczała, wręcz darła się z rozkoszy, posapywała, przytulając się i ocierając całą powierzchnią napiętej złocistej skóry do partnerki, szeptała Cindy do ucha swoje najbardziej skryte fantazje, które ta ochoczo spełniała.

Trzymając ciągle Cin za włosy przekręciła się zwinnie na plecy i rozsunęła uda. Poczuła, jak kochanka sadowi się między jej kolanami i pochyla nad nią. Niecierpliwie przyciągnęła ją do siebie. Nie mogła się doczekać. Wiedziała, że jej dziewczyna będzie teraz powoli posuwać się w dół, ocierać się twarzą o piersi i czule całować jej ciało. Zatrzyma się przy pępku wwiercając się w niego drobnym, chropawym językiem, pogłaszcze linię talii i bioder, obdarzy drobnymi pocałunkami cały brzuch, by zawahać się na chwilę w miejscu, gdzie lekki złoty meszek pokrywał wypukły wzgórek Liz. Cin go uwielbiała. Lubiła zanurzać w nim twarz, drażnić palcami. Zawsze potrzebowała długiej rozgrzewki, ale gdy już się podnieciła była najczulszą partnerką. Dziś jednak i ona była wyraźnie niecierpliwa. Całowała i pieściła ją coraz intensywniej, ocierała się piersiami o jej brzuch i uda, szybkimi liźnięciami i ukąszeniami zdążając w jednym kierunku. Zaskoczona Liz poczuła szybsze pulsowanie krocza i uniosła wyżej biodra. Cindy odpowiedziała natychmiast. Wsunęła dłonie pod pełne pośladki Liz, a ustami rozchyliła jej różowe nabrzmiałe wargi. Muśnięcia, pocałunki, pieszczoty językiem wywoływały w Liz skurcze i kolejne fale wilgoci natychmiast gorliwie zlizywane przez kochankę. Puściła loki Cin i podniosła dłonie do swoich piersi. Przy Cindy czuła się zawsze jak królowa. Kochała ją za to szczerze. Za troskę, jaką ją otoczyła w jej trudnej sytuacji i codzienną, nieraz szorstką czułość, za wyrozumiałe spojrzenie, gdy wymykała się czasem, by być z pewnym niezwykłym mężczyzną.

Poczuła, że do pracowitego języka Cindy dołączyły teraz jej sprawne palce. Przesunęły się z pieszczonych pośladków do ciemnego rowka pomiędzy nimi i rozpychały delikatnie, lecz stanowczo wąskie wejście do pochwy. Pod wpływem pieszczot nabrzmiałe wargi rozchyliły się i Cindy zanurzyła w niej palce poczynając sobie coraz śmielej. Zanurzała je coraz głębiej zaginała je i prostowała. Opuszkami palców drugiej dłoni naparła na anus. Skurczył się odruchowo, by po chwili rozszerzyć się i wpuścić Cindy do środka. Twarda łechtaczka Liz wysunęła się spomiędzy warg trafiając wprost na spragniony język Cin. Kochała ją teraz obiema dłońmi i językiem, a Liz podsuwała się jeszcze bardziej odsłaniając wszystkie miejsca, w których pragnęła dotyku. Sama gładziła swoje piersi, raz mocniej, raz słabiej, unosiła to jedną, to drugą do ust sprawiając sobie przyjemność własnym językiem.

Przez chwilę zapragnęła, by był tu jeszcze Ryan ze swoimi silnymi, gorącymi dłońmi i pięknym, twardym członkiem, ze swoim spojrzeniem pełnym pożądania i bardzo mocnymi, czasem bolesnymi pocałunkami. Wyobraziła sobie, że ściska ją mocno, miażdży niemal jej pełne wargi pomiędzy zębami. Lubił je podgryzać. Wspomnienie o nim wywołało dodatkowy dreszcz podniecenia. Wpiła drobne białe zęby w dolną wargę. Jęknęła cicho.

Zadowolona Cindy uniosła głowę, nie przestała jednak poruszać się w niej palcami.

– Dobrze ci, Lizzie?

– Zaraz będzie naprawdę dobrze, ale nie przerywaj! Nie przerywaj!

Cin posłusznie opuściła głowę i wsunęła się z powrotem pomiędzy gorące, gładkie uda kochanki. Liz nigdy by jej nie powiedziała, o czyim dotyku jeszcze marzy. Kilka razy kochali się we troje i jakoś zawsze było tak, że to ona dostawała wtedy najwięcej. Delikatność od Cin i pełne pożądania, niecierpliwe pieszczoty Ryana. Uwielbiała to. Przymknęła oczy i przypomniała sobie, jak kochali się pewnego popołudnia we trójkę w wodzie, jak pieścił jednocześnie jej piersi i pupę, wsuwał palce tam, gdzie teraz dotykała ją Cindy. Całował ją namiętnie i szybko wsuwając język tak głęboko, że niemal się nim dławiła. Na to wspomnienie gdzieś w jej wnętrzu, głęboko w podbrzuszu wytrysnęło maleńkie gorące źródełko przyjemności rozszerzające się szybko po całym ciele, czuła nabrzmiałe, spuchnięte od pieszczot krocze, zacisnęła uda tuż przy głowie Cin i krzyknęła z rozkoszy. Krzyk przeszedł w przedłużony, wysoki jęk. Liz szczytowała, a Cindy kochała patrzeć na tarzającą się po prześcieradle piękną dziewczynę, czuć pod sobą jej miękkość i wilgotność. Tym razem jednak przesunęła się szybko w górę kładąc jej rękę na ustach. Liz zamruczała i polizała jej dłoń.

– Cicho wariatko, zbudzisz dzieciaki i ciotkę! – zaśmiała się Cindy odwzajemniając się czułym pocałunkiem w usta. Ciotka Phyllis wciąż udawała, że nie ma pojęcia o charakterze przyjaźni dziewczyn, ale jej wąsko zaciśnięte usta i oburzone spojrzenia przy śniadaniu świadczyły, że słyszała w nocy niejedno…

Przez chwilę leżały obok siebie bez słowa sycąc się – jedna seksualnym spełnieniem, druga zaś rozkoszą, którą udało jej się dać.

– Wszystko się ułoży, prawda? – szepnęła Liz, tym pytaniem przerzucając beztrosko odpowiedzialność za swoje losy na partnerkę.

– Jasne, że tak – odpowiedziała Cin sama dodając sobie tym stwierdzeniem odwagi.

Oddech Liz powoli się uspokajał. Uśmiechnęła się, odwróciła do kochanki, objęła ją ramieniem i wtuliwszy twarz w jej dekolt od razu usnęła. Cin gładziła ją jeszcze przez chwilę po włosach, tak, jak głaskała czasem swoją córeczkę, gdy ta przybiegała do niej ze swoimi małymi kłopotami. Naciągnęła na nie cienki koc przewidując nie bez racji, że po ulewie pojawią się stada komarów.

„Trzeba będzie skombinować nowe moskitiery“ – pomyślała.

Nie udawali się młodzi chłopcy na wyspie. Nie udawali się już od dwóch pokoleń. Może nawet dłużej. Byli tacy, co mówili, że ostatni prawdziwi mężczyźni wyginęli podczas amerykańskiej inwazji na wyspę w 1983 roku. Teraz rodzili się wprawdzie nadal fizycznie piękni i silni, ale rozpieszczani przez swoje matki i wychowywani na amerykańskich filmach, nie przydawali się kobietom na wiele. Byli jak tropikalne, kolorowe motyle. Błyszczeli przez chwilę, obiecywali wiele, by nagle zgasnąć i zginąć nie spełniwszy żadnej ze swoich obietnic.

Najczęściej znikali tuż po spłodzeniu pierwszego bękarta, ginęli w bójkach na noże, które terroryzowały wsie w piątkowe wieczory, wymykali się cichcem na Barbados lub Tobago, a najczęściej po butnych zapowiedziach wyruszenia w świat, zalegali pijani w sztok pod pierwszym drzewem mango, które dało im cień. Śnili tam swoje sny o potędze, które na ogół pozostawały snami. Z ich siłami fizycznymi i resztkami rozsądku rozprawiał się wszędzie dostępny wysokoprocentowy alkohol.

Dojrzałe owoce spadały i gniły w wysokiej trawie, tuż obok nich, ale żadnemu nie chciało się po nie sięgnąć. Miękka czarna ziemia rodziła wszystko, czego można było zapragnąć, ale soki owocowe, ku zdziwieniu i rozczarowaniu nielicznych turystów sprowadzano z Florydy. To obcy bogacili się na szczodrej naturze, monopolizując uprawy kakaowca i gałki muszkatołowej. Nowa ekonomiczna kolonizacja odbywała się po cichu i etapami, przyjmowana obojętnym wzruszeniem ramion przez większość mieszkańców zajętych własnymi troskami.

Cin usiłowała uratować od podobnego losu swoich braci, ale poniosła porażkę. W wieku dwudziestu trzech lat nie miała już rodziny poza małomówną ciotką i córką ze związku z niespełnionym artystą. Jamie usłyszał, że na sąsiednim Barbados Rihanna szuka w swojej ojczyźnie nowych muzyków. Zniknął więc pewnego dnia nie pozostawiając adresu. Ani Cindy, ani ich córka nigdy go już nie ujrzały.

Nie żałowała, że jej się przydarzył, choć samotne macierzyństwo było w jej sytuacji ogromnym wyzwaniem. Nie była jednak wyjątkiem. Podobnie jak inne dziewczyny nauczyła się czegoś. Nie była pięknością, na pewno nie tak zjawiskową, atrakcyjną dziewczyną jak Liz, ale jej duże, lekko opadające krągłe piersi, rozłożyste biodra i mocne, choć kształtne nogi przyciągały pożądliwe spojrzenia młodych mężczyzn. Cin jednak traktowała ich już obojętnie. Sypiała czasami z „tym Amerykaninem“, jak mówiono, choć nikt nie znał prawdziwej narodowości przystojnego białego mężczyzny pojawiającego się czasami na wyspie. Nic nie obiecywał, a ona niczego nie oczekiwała. Lubiła, gdy zachwycał się odcieniem jej ciemnoczekoladowej skóry i wyjątkowo pięknymi białymi zębami. Lubił całować jej ciemne wydatne usta i żartować z ich kształtu. Ze zdziwieniem dowiedziała się od niego, że białe kobiety powiększają sobie sztucznie usta, by uzyskać taki kształt. Nie zakochała się w nim, nie czekała, ani nie marzyła o jakiejkolwiek z nim przyszłości ciesząc się chwilami i czułością, którą jej okazywał jak nikt inny w jej krótkim życiu.

Kobiety najpierw zrozumiały, czym są puste obietnice ich mężczyzn. Następnie pozbyły się marzeń, a zaraz potem wszelkich złudzeń, że ktoś prócz nich samych może je uratować. Od kilku lat zaczęły łączyć się w grupy, a potem w pary, najpierw, by przetrwać ekonomicznie w kraju, gdzie bezrobocie wynosiło już czterdzieści procent, potem – bo spróbowały innej miłości, przywiązały się do siebie. To w Greenville Jesse Twight założyła pierwszy klub, do którego nie mógł wejść żaden mężczyzna.

Skąd w Greenville wzięła się Liz, tego nikt nie wiedział. Pewnego dnia pojawiła się w hotelu, a oczarowany jej wyjątkową urodą Will przyjął ją na okres próbny. Nie mówiła dużo. Sprzątały często we dwie pokoje turystów, w milczeniu składały wielkie kolorowe prześcieradła, myły na kolanach podłogę, porządkowały porozrzucane ubrania. Nie zaprzyjaźniły się wtedy. Liz wydawała się zastraszona, a Cin nie chciała naciskać, choć była ciekawa. Kiedyś znalazła ją za pralnią, zapłakaną i przerażoną.

– Co ci jest?

– Nic. Będę miała dziecko. Tylko nie mów nikomu.

– Z kim?

Liz zacisnęła niechętnie usta i nie odpowiedziała obrzucając ją niemal wrogim spojrzeniem. Cin wycofała się od razu postanawiając jednak mieć oko na dziewczynę. Wkrótce nieplanowane przez nikogo zdarzenia zbliżyły je do siebie.

W piątek Cindy miała zawsze wolny dzień. Czasem zachodziła do klubu Jesse, choć nie była związana z żadną dziewczyną. Ale w klubie miała specjalne względy. Nikt jej nie niepokoił, gdy wpadała czasem na piwo imbirowe, a ona siedziała tam z rozbawieniem obserwując drobne kłótnie kochanek, dramaty i rozstania, a czasem miłości od pierwszego wejrzenia.

Te cotygodniowe wizyty w „Golden Girl“ weszły jej w krew. Widywała różne dziewczyny. Niektóre staczały się, podobnie jak wcześniej ich mężczyźni, niektóre odchodziły i wracały, tworzyły krótkie związki lub stałe pary. Były takie, które oddawały się bogatym turystkom za pieniądze lub jedzenie. Gruba Jesse wiedziała wszystko o każdej z nich. Stawała często za barem i obserwowała swoje stadko zaszczycając czasem jakąś dziewczynę swoją uwagą. Różnie kończyło się to dla jej wybranek. Czasem bezpłatnym drinkiem, czasem stałym, choć nisko płatnym zajęciem. Najczęściej jednak w łóżku szefowej. Wpływy Jesse rosły odwrotnie proporcjonalnie do malejącej liczby młodych mężczyzn na wyspie.

Tego dnia w klubie Cin ze zdziwieniem spostrzegła siedzącą przy barze Liz. Zauważyła ją dopiero po dłuższej chwili. Dziewczyna wyglądała inaczej niż zwykle. Miała krótką białą sukienkę odsłaniającą długie nogi i buty na wysokim obcasie, włosy upięte w elegancki węzeł. Siedziała nienaturalnie sztywno popijając kolorowego drinka ze wzrokiem wbitym w stół. Cindy poczuła dziwnie nieokreślony niepokój. Zabrała szklankę z piwem i nieproszona przysiadła się do Liz.

– Co tu robisz? To raczej nie miejsce dla ciebie! Dorabiasz sobie? – spojrzała krytycznie na kusą kreację. Musiała sporo kosztować. Liz zmieszała się lekko.

– To nie tak, jak myślisz. Jesse pomoże mi znaleźć mieszkanie i lepszą pracę. Żebym nie musiała sprzątać, wiesz… Dała mi… pożyczyła mi trochę pieniędzy na początek.

– A co musisz za to zrobić?

– Nic przecież… Naprawdę nic. Jesse nic nie mówiła…

Cindy zaniepokoiła się na dobre. Rozejrzała się szybko i pochyliła się nad koleżanką.

– Lizzie, idź stąd! Chyba nie zrozumiałaś… Albo będziesz jej wylizywać, albo cię zniszczy. Potrzebujesz spokoju. Nie pakuj się w to. Znam ją nie od dziś. Liz spojrzała na nią z niedowierzaniem.

– Potrzebuję lepszej pracy i dachu nad głową! Stara jędza wymówiła mi pokój – upierała się Liz. – Jesse obiecała mi coś znaleźć.

– Lepiej stąd spływaj, bo potem będzie za późno. Nie puści cię.

Cindy poczuła na plecach czyjś wzrok. Odwróciła się i zobaczyła, że Jesse obserwuje je uważnie stojąc przy barze. Pociągała piwo i nie spuszczała z nich oczu.

– Wyjdź, póki możesz! Teraz! Liz drgnęła wreszcie i rozejrzała wokół w popłochu.

Jednak było za późno. Zanim zsunęła się z wysokiego barowego stołka i schyliła po torbę, Jesse już przy nich była.

– Odczep się od mojej dziewczyny! Liz, siadaj na swojej słodkiej dupci i nie ruszaj się – warknęła ostro chwytając Cin za łokieć. – A ty wypierdalaj stąd. Pchnęła ją na ścianę. Kiedy w grę wchodziła inna kobieta, Jesse nie znała się na żartach. Cindy w ostatnim momencie odzyskała równowagę oparłszy się dłonią o surowe drewno przepierzenia. Długa drzazga wbiła jej się w dłoń, ale nawet tego nie poczuła.

– Liz może iść, dokąd chce! – stwierdziła hardo.

– O tym ja zadecyduję – wrzasnęła Jesse. W knajpie ucichło. Dziewczyny wyciągały z zaciekawieniem szyje starając się nie uronić nic z wymiany zdań.

Cindy nigdy nie bała się fizycznej przemocy. Wychowana twardą ręką ojca, poniewierana i czasem bita przez dwóch starszych braci wyrobiła sobie pewną odporność na szturchańce

i popychanki. Gdy podrosła, biła się z nimi regularnie, i czasem, zwłaszcza gdy sobie podpili, wygrywała.

Bardziej martwiła się o to, czy Liz zdoła niepostrzeżenie wymknąć się z klubu. Ta jednak stała przerażona przy barze, z otwartymi ustami przy barze i nie ruszała się z miejsca.

– Może iść, dokąd chce – powtórzyła prowokująco i przesunęła się w stronę wyjścia.

Jesse sapnęła rozzłoszczona i natarła na dziewczynę. Cindy wymknęła się przez uchylone drzwi na zewnątrz. Padał drobny, uporczywy deszcz, niesprzątane podwórko przed barakiem zamieniało się powoli w błotnistą kałużę. Jesse otworzyła z hukiem drzwi i stanęła w wejściu podpierając się pod boki.

– Spuszczę ci manto, jakiego w życiu nie dostałaś – obiecała przez zaciśnięte zęby zbliżając się dużymi krokami do dziewczyny. – A potem nam wszystkim wyliżesz. A później tak cię wyruchamy w tę śliską, brudną cipę i w twój czarny szeroki tyłek, że nie usiądziesz przez tydzień. Cindy wiedziała, że Jesse była do tego zdolna. Od dwóch lat już rządziła niepodzielnie wśród lesbijek z Greenville lub tych, które chciały się nimi stać. Wybierała sobie najładniejsze dziewczyny i w krótkim czasie podporządkowywała je sobie bezwarunkowo. Do tej pory tolerowano Cindy ze względu na jej zażyłą przyjaźń z Ryanem, który przez swoje kontakty załatwił z biurokratyczną administracją miasta, że mogły w spokoju prowadzić swoją działalność nieniepokojone przez policję. Ale ta ochrona nie wystarczyła, gdy chodziło o tak łakomy kąsek, jakim była dwudziestoletnia Lizzie Smith.

Cindy stanęła lekko bokiem starając się przejrzeć zamiary przeciwniczki. Jesse wzięła zamach ręką by uderzyć ją w twarz. Była o dobrych kilkanaście centymentrów wyższa, ale wyraźna otyłość spowalniała jej ruchy. Cindy z łatwością uchyliła się od ciosu odskakując na metr. Kątem oka zauważyła tłoczące się w oświetlonym prostokącie drzwi dziewczyny.

Jesse odwróciła się powoli. Dyszała nienawiścią. Wzięła duży zamach nogą. Ale Cin nie na darmo zbierała cięgi od dwóch braci. Złapała Jesse za kostkę i pociągnęła z całych sił. Jesse z wrzaskiem zwaliła się w błoto. Cin doskoczyła do niej i usiadła jej okrakiem na piersiach.

– Wypuść Liz, a dam ci spokój, tłusty ryju!

Jesse nie zamierzała się poddać.

– Ty szmato! – wycedziła. Chwyciła obiema garściami śliskie błoto i rzuciła nimi w przeciwniczkę. Grudki ziemi dostały się do oczu Cindy oślepiając ją na chwilę. Jess wczepiła się długimi paznokciami w jej odsłonięty dekolt drapiąc ją boleśnie. Dziewczyna stłumiła okrzyk bólu i odpowiedziała ciosem pięści między oczy leżącej. Jesse popatrzyła na nią ze zdziwieniem, po czym zemdlała.

Cindy nigdy jeszcze nie biegła tak szybko jak wtedy. Ciągnęła za sobą wciąż oszołomioną Liz w niewygodnych butach na wysokich obcasach, które kazała jej w końcu wyrzucić. Deszcz wzmagał się, by w końcu przerodzić się w tropikalną ulewę, gdy kompletnie przemoczone dotarły do domu Cin.

Ciotka spojrzała na nie, pokręciła głową i zagrzała wodę. Bez słowa postawiła miskę z wrzątkiem w sypialni, położyła obok stertę szorstkich ręczników i wyszła zająć się dzieckiem.

Cin rozebrała się powoli. Wnętrze dłoni spuchło i dawała o sobie znać tępym pulsującym swędzeniem. Zadrapania ciągnęły się kilkoma wąskimi czerwonymi dróżkami od obojczyków aż do szczytów piersi. Było ich więcej niż przypuszczała. Jesse słynęła z długich ostrych paznokci malowanych zawsze na czarno. Gdzieniegdzie pozostały jeszcze odpryski lakieru. Jeden z sutków lekko krwawił. Cin syknęła z bólu, gdy gorąca woda zetknęła się z jej poranioną skórą.

– Daj, ja to zrobię – odezwała się cicho Liz. Wyjęła jej z ręki cienką szmatkę. Cindy stanęła przed nią z rękami na biodrach, unikając jej wzroku. Liz umyła jej twarz i ręce, opatrzyła ranki. Szczególnie długo zajęła się nadszarpniętą brodawką. Cindy zacisnęła mocno zęby, by nie jęczeć z bólu, choć ranki piekły ją żywym ogniem. W oczach miała łzy.

– Skończyłaś już? – spytała sucho.

– Jeszcze nie… – Liz spojrzała jej w oczy i zbliżyła usta do największej, długiej na kilka centymetrów, wąskiej rany. Cindy poczuła delikatny korzenny zapach jej ciała, gorący oddech na skórze i zarumieniła się mimo woli. Przymknęła oczy. Upłynęło jeszcze kilka sekund w niezręcznej ciszy, zanim miękkie, ciepłe usta Liz dotknęły zadrapanej skóry i zaczęły delikatnie pieścić biust dziewczyny. Wytarła go z wody swoimi włosami, objęła Cin w talii i mocno przytuliła. Kochały się wtedy po raz pierwszy, w słabym blasku jednej żarówki, dotykając coraz śmielej, w zupełnym milczeniu. Słowa nie były potrzebne. Liz została.

Dopóki miały pracę, wszystko układało się dobrze. Wieczorami siadywały na werandzie i snuły plany. Miały otworzyć kawiarnię albo robić dżem z gałki muszkatołowej, piec imbirowe naleśniki, albo pozować w tradycyjnych strojach do zdjęć. Gotowały zupę ze słodkiej kukurydzy i piekły ciasto ananasowe, a nocami kochały się czasem na cienkim materacu, a czasem na stygnącym po upalnym dniu piasku pustej plaży, gdzie nikt im nie przeszkadzał. Cindy nie pamiętała, kiedy po raz pierwszy dołączył do nich Ryan, przypominała sobie jedynie, jak przyjemnie było im w trójkę. Był szczodrym i pomysłowym kochankiem, lubił na nie patrzeć nie szczędząc im głośnych zachwytów, pieszczot i pocałunków, zaspokajając je wtedy, gdy miały ochotę na miłość z mężczyzną i w taki sposób, jak chciały. Ale był dla nich kimś więcej. Przyszedł kiedyś po zamknięciu lodge przez policję, wyraźnie głodny dziewczyny. Jednak wysłuchawszy finansowych trosk Cindy po prostu dał jej pięćset dolarów i uścisnął i wyszedł. Cin poczuła, że nie są same, choć trzeba było przetrwać porę deszczową bez turystów, przygotować się na przyjście dziecka Liz. Choć kłopoty nigdy się nie kończyły.

Tymczasem Liz w ciąży wypiękniała i dojrzała, szczególnie, gdy jej stan stał się bardziej widoczny. Oczy jej się rozrosły i błyszczały onyksowym blaskiem spod zasłony podkręconych rzęs. Długie i tak mocne włosy rozjaśnione na kolor starego złota zgęstniały i skręciły się jeszcze mocniej. Otaczały jej piękną proporcjonalną twarz niczym aureola. Rysy jej wyszlachetniały uwidaczniając w pełni kreolskie dziedzictwo. Nogi i ramiona miała nadal szczupłe i zwinne, piersi nieco cięższe, ale nadal sprężyste, a coraz bardziej zaokrąglający się brzuch idealnie pasował do jej całej sylwetki. Była prawdziwą pięknością. Gdy tylko zrozumiała, że ma dach nad głową, uspokoiła się i zaczęła cieszyć swoim stanem. Pochlebiały jej zachwycone spojrzenia mężczyzn i ukradkowe, czasem zazdrosne taksujące oczy kobiet, ale pomna swojej niefortunnej przygody w lesbijskim klubie powstrzymywała się od flirtów i zachęcających gestów. Z jednym wyjątkiem.

Ciąża Liz zaostrzyła apetyt Ryana na miłość z nią. Wydawało się, że nie był syty jej widoku i dotyku. Pierwsza zorientowała się Cindy. Widziała jego głodne spojrzenia, zmrużone oczy i rozszerzone nozdrza, gdy tylko spoglądał na jej zaokrąglone kształty. Znała go już długo, odkąd tylko zaczął przyjeżdżać na Grenadę i wiedziała, że pragnie Liz. Widziała też pełne poczucia winy spojrzenia kochanki, którymi odwzajemniała jego pożądanie. Jej żądza i pragnienie go tylko dla siebie było dla Cindy oczywiste. Miała jednak zbyt dobre serce, by mieć jej to za złe.

Pierwszy raz przyłapała ich w ogródku za domem. Myła się w małej komórce, gdy usłyszała ten charakterystyczny jęk, jaki wydawała z siebie Liz, gdy było jej dobrze. Wyjrzała ostrożnie przez niewielkie okienko. Właśnie zsuwał z jej kochanki cienką sukienkę na ramiączkach, dotykał jej twarzy i szyi, napawał się widokiem pełnych, gładkich jasnobrązowych piersi i mlecznoczekoladowych brodawek. Widziała jego nieokiełznane pożądanie z jakim przywarł ustami do jej długiej szyi i ocierał się członkiem o jej łono. Z przyjemnością gładził ją po napiętej gładkiej skórze brzucha. Liz zacisnęła uda, ale on już był przed nią, na kolanach. Lubiła go prowokować udając, że nie chce, by tam zaglądał. Jej soki pachniały intensywniej niż zwykle, ale jemu się to podobało.

– Wariuję za tym zapachem – oświadczył kiedyś otwarcie przy wspólnej kolacji. Ciotka Phyllis zakrztusiła się chlebem. – i za smakiem! – dodał specjalnie na użytek ciotki.

Liz oparła się plecami o drzewo i rozstawiła szeroko nogi. Nawet z tej odległości Cin mogła dostrzec wilgoć na jej udach. Ryan zlizywał ją po obu stronach. Dotarł do jej mięsistych mokrych warg i rozchylił je niecierpliwie. Dłońmi pieścił pośladki i pupę Liz, a językiem obejmował łechtaczkę. Zaczynała pojękiwać, osuwać się po pniu na dół. Wtedy podniósł się szybko nie zważając na jej protesty. Obrócił ją tyłem do siebie, Cindy zdołała zauważyć jego pełne podniecenie.

– Tym razem zrobimy to tak, jak ja najbardziej lubię. Wpuścisz mnie do swojego rozkosznego twardego tyłeczka – wymruczał jej do ucha. Liz natychmiast zrozumiała, czego od niej oczekiwał. Ociekała wilgotnością. Zaczęła ocierać się o niego pupą, spoglądając przez ramię na mężczyznę. „Jak suka w rui“ przemknęło na myśl lekko zirytowanej Cindy. Nie miała nic przeciwko ich miłości, ale zdała sobie nagle sprawę, że Liz, choć czuła i kochana, nigdy nie okazała jej aż takiego pożądania. Ryan ujął jej piersi od dołu i lekko ścisnął. Na czubku jednej ukazała się biała kropelka. Liz pochyliła się lekko do przodu opierając dłońmi o pień drzewa. Wślizgnął się natychmiast między jej ciasne pośladki i zaczął poruszać.

Cindy patrzyła na to bezwiednie ściskając ręcznik między nogami, oszołomiona siłą ich wzajemnej żądzy.

Gdyby chciała się przyłączyć, nie odrzuciliby jej na pewno, ale czuła, że ta chwila należy tylko do nich. Ale czyż nie kochała Liz taką, jaką była? Chyba tak właśnie było, bo przecież była z nią tak szczęśliwa, jak z nikim. Jak najciszej wyszła z komórki zamykając za sobą drzwi.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Wróciłem do tego tekstu po jakimś czasie i czytało się chyba nawet przyjemniej niż za pierwszym razem:) Chętnie zobaczyłbym kolejny lesbijski tekst twojego autorstwa:)

Może wkrótce… wprawdzie nie w całości lesbijski, ale, że tak powiem, "z elementami":-)

Dobry wieczór!

W wolnej chwili znów przeczytałem i zachwyciłem się tym tekstem. Nie jest w sumie długi, a jak bogatą gamę smaków oferuje! Mamy tu opis związku Cindy i Liz, zakreśloną postać prawdziwego twardziela Ryana, znanego także z "serii zapachowej", scena w klubie, a jakby tego nie było dość, jeszcze interesująca socjoekonomiczna analiza sytuacji na Grenadzie. No i pierwszej klasy miłość lesbijska. Umiesz nasycić opowiadanie do granic, Miss! Nie znajduję tu żadnego zbędnego słowa.

Utwierdziłem się w przekonaniu, że jeszcze kiedyś musisz napisać coś na temat dwóch byłych już pokojówek z Karaibów. Nie możesz ich zostawić w tym jakże niepewnym położeniu! Myślę, że sama doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. Tym bardziej, że w zadaniu tym obowiązek harmonijnie łączy się z przyjemnością. Bo mam wrażenie, że pisząc ten tekst miałaś sporo frajdy. Podobnie jak ja – czytając, już po raz trzeci!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Miss.Swiss, proszę, napisz kontynuację! To najlepsze opowiadanie lesbijskie na całej NE, szkoda, gdyby jego potencjał miał się zmarnować 🙂
Eileen

Dziękuję serdecznie, droga Eileen… na razie nie mam niestety pomysłu, a i z czasem krucho. Będę jednak pamiętać o Twoim i Megasa życzeniu:-))

Napisz komentarz