Zapach cynamonu (Miss.Swiss)  3.72/5 (931)

13 min. czytania

Poniższe opowiadanie jest publikowane powtórnie w ramach cyklu Retrospektywy. Pierwszy raz pojawiło się na portalu Najlepsza Erotyka 28 lipca 2012 roku.

 

Samolot wylądował z godzinnym opóźnieniem na małym lotnisku koło stolicy Grenady. Po ponad dziesięciogodzinnym locie w załadowanej do ostatniego miejsca kabinie boeinga panował nieznośny zaduch. „Współczesne transportery turystycznego bydła“ - mawiał pogardliwie szef Susanne. Jasne. On podróżował jedynie pierwszą klasą.

Zmęczone stewardessy z lekko rozmazanym makijażem nie nadążały ze sprzątaniem pustych plastikowych butelek, papierowych serwetek i opakowań po kanapkach.

Miały przed sobą jeszcze czterdzieści minut lotu. Niewielu pasażerów opuszczało maszynę na mało turystycznie rozwiniętej, górzystej Grenadzie. Reszta leciała do tanich hoteli all-inclusive na Isla Margarita.

Susanne z ulgą zabrała płaszcz i podręczny bagaż marząc tylko o chwili, gdy znajdzie się w hotelu i na plaży. Powiew dusznego i wilgotnego powietrza uderzył w nią już w drzwiach samolotu.

Pod ciasnymi dżinsami i bluzką z długim rękawem poczuła spływający pot.

− Prawie osiemdziesiąt procent wilgoci w powietrzu − wysapał krępy, spocony mężczyzna pchający się do wyjścia - niech pani wysiada w końcu, do cholery!

Susanne szybko zeszła po schodkach na płytę lotniska i wraz z pozostałymi pasażerami skierowała się do niskiego budynku odpraw.

Był koniec listopada.

We Frankfurcie spadł już śnieg i przewidywano kolejne opady mogące nawet sparaliżować ruch lotniczy w całej Europie.

Na Karaibach kończyła się pora deszczowa. Temperatura wynosiła ponad trzydzieści stopni. Ołowiane chmury wisiały nisko na wieczornym niebie.

Ciemnoskóry kierowca już na nią czekał. Przywitał się uprzejmie, przedstawił jako Joseph i bez słowa załadował jej bagaże do małego transportera-taksówki.

− Pół godziny drogi zanim dotrzemy do lodge* − wyjaśnił lakonicznie i ruszył na pełnym gazie.

Na początku usiłowała jeszcze zagaić rozmowę, ale skąpe odpowiedzi kierowcy szybko ją zniechęciły. Skoncentrowała się na tym, by zachować równowagę przy szybkim i nierównym tempie jazdy i braku pasów bezpieczeństwa.

Droga wspinała się serpentyną wokół zalesionego wzgórza.

Jak szybko zauważyła, życie towarzyskie mieszkańców Grenady toczyło się na wąskiej jezdni. Młodzi, ciemnoskórzy mężczyźni przechadzali się poboczem poklepując towarzyszące im dziewczyny po wydatnych pupach odzianych w mini spódnice w neonowych kolorach. Po drodze spacerowały kozy i psy, bawiły się dzieci. Mijali nędzne chatki z praniem wywieszonym przed gankiem, zarośnięte ruiny domostw zniszczone przed kilku laty przez huragan Katrina, przydrożne grille wokół których słychać było głośne śmiechy lekko podchmielonych mężczyzn i piski podszczypywanych kobiet.

− Friday evening − objaśnił oszczędnie kierowca trąbiąc przed kolejnym zakrętem.

Susanne zorientowała się, że był to ogólnie przyjęty sposób ostrzegania o ruchu.

− We wsi mamy trzydzieści rum shops. Chcesz rum? Mamy nasz rum na Grenadzie! − to chyba była najdłuższa wypowiedź Josepha.

Zmrok zapadł nagle, jak zwykle w tych szerokościach geograficznych.

Teraz droga oświetlana jedynie światłami samochodu wiodła w dół. Dostrzegła, że wjeżdżali w gęściejszy las, jezdnia była tu węższa, zniknęły zabu-dowania.

W lusterku napotkała wzrok Josepha. Uśmiechnął się dziwnie, a ona od razu poczu-ła się nieswojo.

Dobrze, że zajęła miejsce z tyłu. Chyba to jest właściwa droga? Zamówiła samochód bezpośrednio u brytyjskiego menadżera hotelu, więc chyba jest bezpieczna?

Joseph jakby czytał w jej myślach, bo uśmiechnął się jeszcze szerzej i zjechał na pobocze. Zatrzymał samochód.

Wokół panowała ciemność. Słychać było jedynie szum wiatru, odgłosy milionów cykad i żab.

O tej porze roku to żaby i cykady, tak przynajmniej było napisane w przewodniku.

Joseph wysiadł i otworzył tylne drzwiczki.

− Go out!

− Co? Mieliśmy jechać do hotelu! − Susanne poczuła przypływ adrenaliny i ścisnęła w kieszeni pęk kluczy. Będzie się bronić, jeśli trzeba…

Przełknęła głośno ślinę, widząc jak Joe wolno sięga do rozporka.

Spojrzał na nią zdziwiony.

− Muszę się odlać, a ty tu wysiadasz.

Odwrócił się nie zadając sobie trudu, by odejść choć kilka kroków dalej.

Susanne dalej siedziała w samochodzie jak sparaliżowana. Myśli tłoczyły jej się natrętnie w głowie.

Co robić? Chce ją zgwałcić? Może otworzyć drzwi po drugiej stronie i wyskoczyć w mrok? A co dalej? Była wysportowana, nieźle biegała… może miałaby szansę.

Cenne sekundy mijały. Joseph odwracał się właśnie, zapinając powoli spodnie. Tak powoli, żeby miała okazję dostrzec ciemnego dużego kutasa pokrytego drobnymi kropelkami. Strząsnął go i dociągnął suwak.

− Mówiłem, że wysiadasz. Tu kończy się jezdnia, a ja nie mam zamiaru zarżnąć mojej taksówki na tych wertepach.

W tym momencie obok nich zatrzymał się biały terenowy samochód. Susanne była tak zajęta rozgrywającą się sytuacją, że nawet nie słyszała, gdy nadjechał.

− Cześć Joe, przepraszam za spóźnienie − z jeepa wysiadł wysoki młody mężczyzna w bermudach i niebieskiej koszulce polo. Był mocno opalony, ciemne blond włosy należałoby może trochę przystrzyc…

− Susanne Rasch? Jestem Ryan. Will prosił mnie, żebym podwiózł cię do hotelu − uścisk jego dłoni był mocny i ciepły.

Susanne poczuła, jak ogarnia ją ogromna ulga. Zadrżała.

Co też sobie wyobraziła? Niedługo stanie się jak własna matka, przewrażliwiona, strachliwa i dostrzegająca niebezpieczeństwo za każdym rogiem.

Ryan przeniósł jej bagaże do jeepa, otworzył drzwiczki z przodu i pomógł wsiąść.

W zasadzie gardziła takimi gestami, nie zgadzały się z jej feministycznymi poglądami, przynajmniej tymi sprzed kilku lat, gdy zaczynała studia, ale z zakłopotaniem przyznała przed samą sobą, że jakoś dziś nie miała nic przeciwko. Ryan pomógł jej zapiąć pas bezpieczeństwa przechylając się nad nią i tylko lekko przypadkowo ocierając o niewielką sprężystą pierś. Z zażenowaniem poczuła wilgoć w dole brzucha. Pachniał przyjemnie… Kurczę…

− Założę się, że Joe odstawił swój typowy numer z rozporkiem − uśmiechnął się Ryan sadowiąc się za kierownicą.

− Jak to?

− Zawsze to robi, gdy wiezie samotną europejską turystkę.

Susanne rzuciła mu oburzone spojrzenie,

− Zawsze?! To czemu nic z tym nie zrobicie?

− A co można zrobić?

− Nie wiem! Zwolnić go! Zgłosić na policję!

Ryan roześmiał się.

− Zauważ, że on nikomu nie grozi, nie robi nic złego. Tylko sika. I mówi, żeby wysiadać. To nie jest karalne. A za wasze myśli nie odpowiada.

Susanne zamilkła zawstydzona.

− Swoją drogą − kontynuował Ryan po chwili − co sobie wyobrażałaś? Może to?

Położył wolną dłoń na jej płaskim brzuchu i zręcznie wślizgnął się za pasek dżinsów jednym ruchem docierając opuszkami palców do krótkich włosków na wzgórku. Szybko cofnął rękę.

Susanne zaniemówiła.

− Zwariowałeś ? − krzyknęła − Czy tu wszyscy są zboczeni, czy co? Nie waż się nigdy więcej…

Ryan nie wziął jej za złe tego wybuchu. Prowadził pewnie nierówną drogą i uśmie-chał się.

− Przepraszam, żartowałem. Ale taki już jestem, nie tracę czasu na wstępy. Jesteś piękną, pociągającą dziewczyną. Cholernie mi się podobasz − dotknął jej miękkiego policzka. − Tylko dlaczego wy zawsze jesteście takie spięte? Właśnie wy, młode z Europy. Zapięta pod szyję − musnął guziczki jej dość zabudowanej bluzki.

− Wyluzuj, jesteś na wakacjach. To są Karaiby, tu ludzie cieszą się życiem i swoim ciałem. I żyją… założę się, że zapieprzasz w jakiejś korporacji od rana do wieczora, chodzisz na siłownię w sobotę i albo masz chłopaka, który robi to samo, albo od czasu do czasu przygodę z imprezy albo baru.

Susanne nie znalazła odpowiedzi. Trafił w dziesiątkę.

Tak właśnie wyglądało jej życie. Ostatnio nawet miała tyle pracy, że zaniedbała i siłownię i życie osobiste. Dwudziestoośmioletnie ciało czasem domagało się spełnienia innych potrzeb, ale po kilku mocno niesmacznych przygodach, ostatnio krótkim, wręcz żenującym numerku na konferencji w Hamburgu Susanne wolała nawet zapewnić sobie dodatkową rundkę joggingu albo wyjście na basen, a w ostateczności pobawić wibratorem, niż gorączkowo szukać partnera na jedną lub kilka nocy, a potem kłamać, że było nadzwyczajnie i marzyć, by wreszcie nadęty palant, który dzień wcześniej wydawał się czarujący i szarmancki wreszcie poszedł i najlepiej nigdy nie wrócił.

Mężczyźni w jej wieku nie chcieli na ogół poważnych związków.

Kobiety starały się chyba ostatnio także zmienić myślenie. Konkurowały, zapracowywały się z nadzieją na dostrzeżenie, uznanie. Dały się zwieść opowieściom o równych szansach i obowiązkowym dopiskom przy każdym ogłoszeniu o wolnym stanowisku: zachęcamy odpowiednio wykwalifikowane kobiety do ubiegania się o pracę.

Ale to nie ona, a jej kolega Marcus awansował. Po dwóch morderczych kampaniach, które zabrały jej dziesięć miesięcy życia. Żyła dla firmy, tak jak ją nauczono. A jej kierownikiem został Marcus. Właśnie on! Ten sam, który czasem siedział w necie i z wypiekami na twarzy oraz ręką w spodniach czytał opowiadania w serwisie „Gute Erotik” zlecając swoje zadania dwóm ambitnym asystentkom. Szef ogłosił to dwa tygodnie temu. To znaczy − ogłosił jego awans. O lekturze strony „Gute Erotik” wiedziała tylko ona. Nakryła Marcusa kilka razy w niezręcznej sytuacji. Ale była zbyt lojalna, zbyt koleżeńska, zbyt… głupia po prostu, jak to sobie wyrzucała, by pogrążyć konkurenta.

Poczuła wtedy gorycz porażki, bo przecież była prawie pewna, że otrzyma awans.

Dostała dwieście euro podwyżki i uścisk dłoni prezesa zarządu wraz z zachętą do dalszej, wytężonej pracy. Jeszcze bardziej wytężonej. „Koncern przeżuje cię i wypluje“ – mawiał jej ojciec, a nie chciała mu wtedy wierzyć, upojona dobrą pensją i służbowym laptopem. Kiedy jednak rodzice podarowali jej podróż, nie miała siły się wzbraniać.

Jak on to powiedział? Jesteś piękna i pociągająca. Nie uważała się za taką. Lub też, dawno tego nie słyszała. Przeszedł ją dreszcz… a jeśliby…

− Dojechaliśmy − Ryan zaparkował na półokrągłym podjeździe.

Wśród palm i bujnych krzewów upstrzonych ogromnymi czerwonymi i ciemnoróżowymi kwiatami hibiscusa roztaczającymi intensywny słodki zapach stał niski kamienny budynek. Wokół dobudowano cztery jasnozielone bungalowy.

Hotelik był niewielki, nie miał żadnych gwiazdek, ale zapewniał komfort uznawany przez niektórych za bezcenny − święty spokój, pustą piaszczystą plażę i ciepłe wody morza karaibskiego.

Ryan otworzył drzwiczki jeepa po jej stronie.

− Udanych wakacji − odpiął pas i tym razem na dłużej zatrzymał dłoń na jej ramieniu przesuwając ją na pierś. Ugniatał ją chwilę patrząc Susanne bezczelnie w oczy. Znowu ją zatkało, nie znalazła odpowiedzi i postaniwiła udać, że nic się nie stało.

Uśmiechnął się widząc jak pierś twardnieje w jego dłoni, a Susanne zaciska mocniej uda.

Przed dom wyszła Agnes, żona Willsa. Oboje prowadzili hotel od trzech lat. Ubrana była jedynie w związany na plecach czerwony top i kolorowy sarong. Ryan odsunął się i zajął bagażami.

Witaj Susanne − Agnes ucałowała ją w oba policzki. − Przebierz się i chodź na powitalnego drinka. Co powiesz na pinacoladę? Masz domek numer trzy − podała dziewczynie klucz.

Susanne szybko zrzuciła nieświeże ubranie, wzięła krótki prysznic i przebrana w niebieską bawełnianą sukienkę i japonki pojawiła się na tarasie głównego budynku.

Ryan i Wills siedzieli przy barze popijając lokalne piwo, Agnes za kontuarem miksowała drinki dla młodej pary ze Szwajcarii, która spędzała na Grenadzie swój miesiąc miodowy.

− Jaka szkoda, że pojutrze wyjeżdżasz − zwróciła się do Ryana, a Susi poczuła ukłucie rozczarowania. − Tyle nam pomogłeś… może jednak zostaniesz jeszcze trochę?

− Wiesz, że nie mogę… zabukowałem już lot na Barbados, stamtąd lecę do domu. Muszę trochę zadbać o interesy. Nawet ja czasem pracuję. − odpowiedział. Odwrócił się patrząc dziewczynie prosto w oczy. − Przedtem jednak chętnie pokażę Susanne kilka interesujących miejsc na wyspie.

− Oj, to świetnie, ja jestem teraz dość zajęty, jutro przypływają znów statki z ClubMed, mam już zarezerwowane dwie objazdówki − westchnął Will. − Zaczyna się sezon. Agnes rzuciła mu krótkie, ostrzegawcze spojrzenie i zacisnęła usta.

Kolacja złożona z zupy z dzikiego miejscowego szpinaku calalou i królewskich krewetek z imbirem smakowała wyśmienicie. Susanne kręciło się w głowie, trochę ze zmęczenia, trochę od wypitego alkoholu i wrażeń.

Wyzwolone z zimowych ubrań ciało dziewczyny rozkoszowało się ciepłymi muśnięciami wiatru, poczuła się zrelaksowana i choć na kilka dni wolna od myśli o kapryśnych klientach i kolejnych kampaniach, które oczywiście musiały okazać się sukcesem. Pewnie gdyby nie zmęczenie, znów pomyślałaby o sobie krytycznie. Zbyt blada skóra, zbyt blady makijaż. Zawsze miała sobie coś do zarzucenia.

Wypili kawę z odrobiną likieru migdałowego.

− Chodź na plażę − poczuła nagle jego usta tuż przy uchu.

Wstała bez słowa, nawet nie myśląc, dlaczego to robi i podążyła za nim w dół kamiennymi schodkami. Podświadomie oczekiwała jednak czegoś bardzo przyjemnego.

Było jej dobrze, bardzo dobrze, dziwne mrowienie w dole brzucha przybrało na sile, gdy Ryan objął ją w talii mocnymi ramionami i pocałował w lekko spocony kark. Pochyliła głowę.

− Mówiłem ci, że mnie kręcisz? − wyszeptał chwytając wargami jej szyję i boleśnie zasysając skórę.

Na pewno zostanie ślad.

− I jemu też się podobasz − poczuła szarpnięcie sukienki i szybki ruch materiału w dół, ściągnął jej majtki i głaskał twardym penisem jej pupę, zagłębiając się w rowek między pośladkami.

Zaskoczyło ją to. Było zdecydowanie zbyt szybkie. Spodziewała się pieszczot, pocałunków, romantycznego Nic z tego.

− Czy mówiłem też, że nie lubię przydługich wstępów? − złapał ją za włosy i zmusił jedną ręką do uklęknięcia na piasku. Poczuła drobne kamyczki i pokruszone, ostre muszle pod powierzchnią dłoni i pod kolanami, czuła też nabrzmiewające krwią, pulsujące wargi i zbierającą się szybko wilgoć u wejścia do dawno nie odwiedzanego miejsca. Kto był ostatni? Chyba ginekolog z wymazem cytologii.

A on się nie spieszył, choć nadal trzymał ją za włosy. Lizał jej pupę, przemierzał językiem cały szybko wilgotniejący od śliny i soków wąwóz i mruczał z zadowolenia przytulając twarz do jej gładkiej skóry.

Drugą ręką pieścił wewnętrzną stronę ud, przesuwając szybko palcami od zgięć pod kolanami aż do pachwin.

Cieszę się, że mnie posłuchałaś. Trzeba słuchać swojego ciała, a twoje wręcz krzyczy, żeby je zaspokoić… A teraz… A teraz nadstaw się jak śliczna rasowa suczka − dość brutalnie rozchylił jej uda kolanem i wdarł się do niej, chętnej i otwartej.

Pierwsze pchnięcie było tak mocne, że otarło się o tylną ściankę i zabolało.

Wycofał się do połowy, zatrzymał na chwilę i pchnął jeszcze silniej, aż jęknęła.

Potem też nie bawił się w delikatne podchody.

Pieprzył ją mocno dociskając jej czoło do piasku, szarpiąc za włosy, a od czasu do czasu pochylał się gryząc w uszy i szyję.

Nie miała ruchu.

Przypływ zalewał jej twarz, morze wyrzucało na brzeg cienkie zielone sznureczki alg.

Przykleiły się jej do ramienia i piersi, parzyły.

Czuła, że rośnie w niej, poddawała się jego ruchom, wychodziła mu naprzeciw rozszerzając drżące kolana, otwierając mu wszystko…

Poczuła mokry palec w drugiej dziurce, potem następny, od spodu zagarnął jej piersi lewą dłonią i boleśnie je zgniatał. Odczuwana przyjemność zmieszana ze słodkim bólem niosła ją powoli na szczyt. Chciała krzyknąć, ale słona woda wdarła się do jej ust i nosa. Zakrztusiła się. Podniósł ją za włosy, pozwolił złapać oddech i pchnął ponownie tak mocno na ziemię, że jęknęła.

− Co robisz!

− Gwałcę cię.

Powiedział to zimnym, wręcz szyderczym głosem, a ona poczuła się cholernie podniecona, poczuła kolejny dreszcz pożądania przeszywający ją od pępka w dół i płomień rozpalający kobiecość. Była mokra, gorąca jak powietrze, które wciągała teraz gwałtownie nosem i ustami.

Chciała mu się oddać jeszcze pełniej, poczuć go jeszcze mocniej w sobie.

Nadstawiła się więc jeszcze bardziej, nadziewając głębiej na bardzo sprawne palce rozpychające ją od środka i śliski pal wsuwający się wciąż w nabrzmiały tunel. Chciała go przytrzymać, nie wypuszczać.

Szczytowała długo, obejmując go sobą, pozwalając by kolejne skurcze przetaczały się przez jej ciało, a kiedy poczuła gwałtowną lepką falę zalewającą ją od środka zaczęła krzyczeć.

Szum fal i narastający wiatr tłumił wszelkie głosy. Nikt jej nie słyszał.

Wreszcie puścił ją i opadł na plecy. Przymknął powieki.

Ale ona nie miała dosyć. Ułożyła się wygodnie pomiędzy jego nogami i zaczęła chwytać językiem cienkie nitki srebrnego syropu oplatające jego prężny i długi członek.

Przypływ sięgał powoli miejsca, gdzie leżeli. Jego nasienie, które tak gorliwie starała się zgarnąć językiem, mieszało się ze słoną, ciepłą wodą.

Pozwolił jej na to przez chwilę, a potem zdecydowanie odsunął.

Obsesyjnie myślała o zaspokojeniu, o odprężeniu, cieple, ogarniającym ciało. Cudowne, genialne uczucie. Chciała jeszcze.

Jednak posłusznie położyła się u jego boku wpatrując w kobaltowe, niskie niebo.

Gwiazdy, całe mnóstwo tworzące zupełnie inne konstelacje widziane z tego miejsca na ziemi wydawały się złotymi główkami szpilek wpiętymi w szafirowy jedwab.

Wsłuchała się w jego miarowy oddech. Nie spał jednak, oczy miał otwarte. Sięgnął za siebie do pochylonej nisko gałęzi hibiscusa i zerwał największy purpurowy kwiat. Przez chwilę obracał go w palcach, dotknął delikatnie żółtego słupka i wysokich pręcików, wciągnął woń.

Uniósł się na łokciu. Spojrzał na nią i zaczął lizać kielich kwiatu. Dotykał ustami aksamitnych płatków, czubkiem języka pomasował trójkątne zakończenie słupka, nie spuszczając z niej wzroku otarł z warg żółty pyłek.

Susanne patrzyła na niego zafascynowana, znów się podnieciła.

− Rozłóż nogi, pokaż mi czy twoje jest równie piękne.

Posłuchała natychmiast rozchylając uda. Była znów mokra, chętna i gotowa. Wyciągnęła rękę.

− Nie, jeszcze nie…

Pochylił się nad nią i zaczął dotykać chłodnym środkiem kwiatu jej gorącego wnętrza, coraz to podnosząc kielich do ust i oblizując żółte pałeczki.

Czuła głód i pragnienie, by wypełnił ją tak, jak za pierwszym razem.

Podniecenie nie ustępowało.

Piersi stwardniały do bólu, zaczęła je delikatnie masować, ale chciała czegoś innego.

Już tęskniła za jego szorstkim szerokim językiem i twardym sprawnym penisem.

Za twardym, śliskim, bardzo sprawnym fiutem.

Po raz pierwszy chyba tak o tym pomyślała.

No proszę, jakie z was hipokrytki. Sama chyba nie wiedziałaś, na co cię stać…

Chciała zaprotestować, powiedzieć coś na swoją obronę, ale nic, poza bladym, „to nie tak, jak myślisz“, nie przyszło jej do głowy.

Znam takie jak ty. Tu szef i znajomi nie widzą, prawda? Ciekawe, czy przyznałabyś się do mnie na ulicy w twoim mieście.

Ale, nie…

Myślę, że nawet Joe mógłby cię mieć, tam, na drodze, jeszcze skomlałabyś o dokładkę na kolanach… wy i wasza hipokryzja, wasza polityczna poprawność, od której rzygać się chce… chodź, wyliżę ci cipkę, bo przecież nie będziesz mogła zasnąć bez tego. Jak skończę z tobą, będziesz miała dość, obiecuję…

Był gwałtowny, gdy wtargnął językiem między jej opuchnięte płatki, liżąc je zapamiętale, dotykając obcesowo różowego supełka łechtaczki, ssąc, czasem boleśnie napływający falami słodki nektar.

Jęczała, drapała go po plecach i ramionach zostawiając czerwone opuchnięte smugi.

Tak jak poprzednio podniósł się bez uprzedzenia i wszedł w nią gwałtownie jednym sprawnym posunięciem.

Był wielki i gorący, ale wystarczyło mu kilka ruchów i wytrysnął w nią. Poleżał chwilę by pozbyć się do końca nasienia.

Uspokoił oddech.

Wstał i podał jej rękę, pomógł się podnieść. Patrzył drwiąco, jak niepewnie stoi na nogach, szuka wzrokiem sukienki.

− Przypływ pewnie zabrał. Albo jutro znajdziemy ubranie, a jeśli nie… trudno. Pewnie przytargałaś masę ciuchów. Choć ja wolę cię bez żadnych szmat. Odprowadzę cię do pokoju.

O kluczu na szczęście pomyślał, nawet nie zorientowała się, że schował go wcześniej pod kamieniem u wejścia do plaży.

Przed drzwiami do bungalowu uniósł palcami jej brodę i popatrzył w oczy bez cienia uśmiechu.

− I co? Tak chyba lepiej, co?

− Tak…

− Jutro jadę na targ przypraw do St. Georges, Agnes potrzebuje zapasów. Chcesz się zabrać ze mną? Możemy zjeść w mieście, pokażę ci kilka dobrych knajp - uśmiechnął się, znów był miły i kulturalny.

− Jasne.

− Śpij dobrze - musnął ją pocałunkiem w usta i zniknął w mroku.

W pokoju obejrzała się w lustrze. Na całym ciele miała zadrapania i drobne siniaki, na piersi czerwony ślad po algach. Na szyi ślady po ukąszeniach i pocałunkach. Otarta swędziała, ale gdyby przyszedł jeszcze raz… otworzyłaby się znowu z ochotą. Nie było co analizować. Stało się. Z zupełnie obcym mężczyzną. A z drugiej strony było tak naturalne, jakby zdarzało się codziennie.

*lodge jest angielskim określeniem na mały hotel lub zajazd z miejscami nocle-gowymi w rezerwatach przyrody i parkach narodowych używanym przede wszystkim w krajach Commonwealthu. Grenada jest samodzielnym państwem, ale to pojęcie jest tam bardzo rozpowszechnione.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Świetne wakacyjne porno 🙂 Zdecydowanie wolę ten gorący piasek, słoną wodę i brutalnego nieznajomego od ponurego, zimowego widoku za oknem.

Dobry wieczór!

Dziś znowu zawędrowałem ku początkom naszego portalu i znalazłem tam prawdziwe skarby!

Po powtórnej lekturze "Zapachu cynamonu" mam już absolutną pewność, że nikt tak jak Miss nie potrafi oddać dusznego i zmysłowego klimatu tropikalnej wyspy. Egzotycznej krainy poznawanej z perspektywy młodej i nieco zagubionej Europejki, która właśnie zaczyna podejrzewać, że w swoim życiu postawiła nie na to, co naprawdę ważne.

Ważny jest tu motyw seksu oraz namiętności jako szansy na osiągnięcie autentyzmu, dotarcia do prawdziwego "ja", wyzwolenia się z fałszywej, korporacyjnej świadomości, realnego połączenia z drugim człowiekiem. Susanne zmienia się praktycznie od momentu spotkania z Ryanem. Skonfrontowana z jego stylem życia zaczyna kwestionować to, w co kiedyś wierzyła, marzyć o tym, że inna egzystencja jest możliwa. Odważa się dostrzec alternatywę. Już owa świeżo odkryta autorefleksyjność czyni ją postacią bogatszą wewnętrznie i bardziej wartościową.

Jest w tym trochę odbłysków utraconych nadziei rewolucji'68, których klęskę bezlitośnie opisał Michel Houellebecq. Tutaj jednak nadzieja wciąż żyje, jeszcze nie okazałą się mirażem. Kto wie, może tym razem się uda?

Odnajduję tu również zainspirowaną Janem Jakubem Rousseau fantazję o człowieku skażonym kulturą, który doznaje oczyszczenia poprzez kontakt z "dzikusem". Ryan jest człowiekiem wolnym od konwencji, wyzwolonym z represyjnej obyczajowości chrześcijańskiej. Robi to, na co ma ochotę, sięga po wszystko, czego zapragnie.

Czy projekt "oczyszczenia" się powiedzie i Susanne stanie się bardziej autentyczna, wolna od zahamowań, a przez to szczęśliwsza? Nie pozostaje nic innego, niż czytać dalej. Do czego wszystkich gorąco zachęcam!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Z przyjemnością przypomniałem sobie dziełko Miss.
Ten szok kulturowy…
Och, poczytałoby się coś nowego spod pióra/klawiatury naszej Miss – westchnął Karel i uśmiechnął się smętnie.

A może przydałoby się coś nowego spod pióra/klawiatury Karela, co? 😉

Dobrze poinformowane ptaszki ćwierkają, że pojawienie się nowych opowiadań Miss.Swiss nie jest tak całkiem, absolutnie wykluczone. Warto więc pielęgnować w sobie nadzieję! Być może pewnego dnia zostanie ona nagrodzona 🙂

A jak to jest z Twoją twórczością, Karelu?

Pozdrawiam
M.A.

Przygoda Susanne nabiera rumieńców. Bezeczelny Ryan śmiało sobie poczyna i zdaje się brać bohaterkę z zaskoczenia. Byłaby bardziej autentyczna, gdyby choć trochę odgryzła się wyspiarskiemu Casanovie.

Napisz komentarz