Najlepsza Erotyka

Warkocz Berenike (JiNn)

Źródło: Pixabay

Mężczyzna podniósł włócznię i wymierzył w gada. Piasek pustyni zerwał się suchym warkoczem, wzbił i oddzielił od siebie walczących. Cień przemknął gdzieś tuż obok skupionego mężczyzny. Włócznia przebiła chmurę pyłu i utkwiła w piasku. Gad przez chwilę rozważał, czy rzucić się na człowieka, ukąsić go, zaszczepić jadem arterie. Zabrakło mu sił. Świat go ograniczał. Ten Który Jest o to zadbał. Gad syknął i zniknął w tumanach.

Pękł następny pęcherzyk. Brana podskoczyła na stabilizatorach. Szum i drgania, dźwięki nurkujące, później wybijające, aż po pisk i w ciszę – muzyka narodzin. Ten Który Jest spoglądał z uwagą przez grube pancerne szkło. Obserwował, jak mleczna materia połyka część rozpływającego się po przestrzeni mroku. Zalewała go kawałek po kawałku, by ostatecznie ustąpić i stać się tylko cząstką, błyszczącym elementem, kolebką, wyspą na oceanie nocy. W tym szumie zanikających i pojawiających się na nowo osobliwości w wielkim tempie powstawały galaktyki i kwazary. Szybko, za szybko… Brana znów zadrżała, wnętrze stało się niestabilne. Przestrzeń załamała się, tworząc gigantyczną wyrwę prowadzącą donikąd. Galaktyki zawirowały i już myślał, że wszystko stracił. Ale nie. Ruch po okręgu, który wprowadziła wydobywająca się z parującego otworu plazma, utrzymał drogocenną materię we właściwym odstępie od granicy unicestwienia. Czas popłynął swoim naturalnym tempem. Galaktyki jęły się okrążać, rozczepiać i układać, gwiazdy zapłonęły, planety ostygły i wyewoluowały. Na wybranych – tak, jak zaplanował – eksplodowało życie. Zanurzył dłoń w wygasłej już dawno komecie – życie porosło ją i rozwijało się na niej bujnie. Zacisnął palce i wyrwał z jej przyszłości drobną postać.

– Oto Berenike – rzekł, przypatrując się, jak wstydliwie grzebie nagość w warkoczu swych włosów.

Obserwowali ją bez emocji, kosząc lodowatymi spojrzeniami hebanową figurę. Próbując dojść, czego byli świadkiem. Grymas pasji? A cóż to takiego? Za kogo on nas ma? Nie liczyli się z niczym. Nie było w nich czegoś takiego, jak wola czy chęci. Był czyn. Czego by nie chcieli, to się działo. Mieli wszystko i mogli wszystko – nawet zniweczyć siebie nawzajem, bez mrugnięcia okiem, ot tak. A jaki on może mieć cel w tworzeniu takich istot, myśleli, wpatrując się w otwór, którym gromadziła tlen, i którym miała gromadzić energię. Wpatrywali się w piersi, którymi miała dzielić się z przyszłością pokoleń – wznosiły się one i opadały w rytm czerpanego powietrza.

Ten Który Był już przywykł i od dawna ignorował te dziwactwa. Ten Który Będzie nie zawracał sobie głowy przeszłością. Obu starszych traktował z rezerwą. Najstarszego poważał, a drugiego nie rozumiał, w ogóle nie pojmował jego zachowań. To coś, to dziwactwo, które starszy wydobył z wnętrza swojej obrzydliwej teraźniejszości, zaintrygowało go jednak już wcześniej. Twór ów, ledwo podtrzymujący wrodzone odruchy, który z każdym oddechem walczył o istnienie i przetrwanie, uwiódł go i oczarował. Każde jego drgnięcie i poruszenie były desperackim błaganiem o przyszłość. Wszystko w nim było słabe i niedokończone, a mimo to nie mógł odmówić sobie złożenia w nim nasienia. Wszystko było w nim słabe i niedokończone… z wyjątkiem włosów. Czarne jak nicość za krytyczną granicą gęstości wzbudzały w nim coś, czego nie rozumiał. W końcu Ten Który Będzie zapłonął zachwytem. Zauważył, że włosy nadawały nieukończonemu tworowi charakter, tłumaczyły zasadność jego istnienia, były nasycone przyszłością i to właśnie porwało go w wir nieskończonych wyobrażeń.

Ten Który Jest pochylił się nad konsolą zmultiplikowanych lampek, ekranów i wyświetlaczy. Kolejne rzędy oliwkowych potencjometrów pochłonęły go na długie godziny. Ustawiał je ze szczególną starannością, opierając się na notatkach i srebrzystych tabliczkach z wygrawerowaną skalą. Maszyna, którą zbudował, po raz kolejny wykonywała swój cykl. Jak zwykle ustalał warunki, generował zasady i czytał wyniki. Wyglądało na to, że tym razem znów się udało. Twór stał przed nimi przestępując z nogi na nogę, był nijaki. Nie martwił się specjalnie przeszłością, ani nie patrzył w przyszłość – interesowała go jedynie teraźniejszość. Rozglądał się ciekawie po pomieszczeniu, do którego trafił. Ten Który Jest próbował dostrzec w nim ową wyczuwalną bezsprzecznie niedoskonałość.

– Kim jesteś, Berenike? – wydobył z siebie dźwięk, zrozumiały dla tworu.

Przestrzeń wypełniła odpowiedź. Twór zabrzmiał aksamitną melodią swojego głosu.

– Żoną Ptolemeusza, wcielonego wszechmocnie Amona.

– Dlaczego zdradziłaś? – zapytał Ten Który Jest.

– To jego wina – poruszyła ręką i wskazała demona. – Tego Który Będzie.

– Wyjaśnij – zagrzmiał głos teraźniejszości.

Twarze obserwujących ją nawet nie drgnęły. Ten Który Będzie przypomniał sobie, jak jęczała w ramionach jego ziemskiej litości. Jak wiła się w uścisku stworzonej na potrzebę chwili żądzy. Uległa jak każda przed nią – jak Ewa z Gai, jak Lone z Cresty. Wszystkie jęczały napięte z rozkoszy, gdy zaszczepiał w nich plugawe zarodki pokoleń.

Berenike skinęła głową, usiadła i jęła zaplatać swoje długie włosy, mówiąc:

– Ogród był dla mnie wszystkim. Barwą i kształtem kwiatów, motyli, słońca i nieba z obłokami o kolorze źrenic Ptolemeusza. Szczególnie wtedy, gdy lustrował bezwstydnie moje ciało. Wiem, że to robił, gdy podnosząc się z kąpieli, upuszczałam perły gwiazd, strząsając je z włosów i skóry. Rosło w nim podniecenie i żywił się tym pragnieniem, przetrzymywał stan pełen bezwstydu, który go połykał bez reszty. Dawałam mu wtedy siebie natychmiast, zamykałam sobą jego usta. Ubierał się we mnie i przeglądał w zwierciadłach oczu. Widziałam boskiego Amona – Ptolemeusza, jak drwi ze słabości. Nieśmiertelnego mężczyznę mojej osoby. Boga osobistego z gwiazd. Dźwiękami był wtedy mój mąż, niezliczonego ptactwa krzykiem, dzikich zwierząt pomrukiem, szumem traw, potoku i liści z drzew, głaskanym przez strumienie powietrzem, pasmem skał był mój mąż. Zniewalającymi zapachami dla mnie, rozmaitych roślin esencją, która unosząc się nad łąkami, gajami i dzikimi sadami, przywoływała wciąż do siebie: chodź, połóż się w cieniu, oddychaj mną. Był dla mnie łagodnością i słodyczą smaku, owocem brzemiennym w soki życia. Czułością z gwiazd był, nieskończonym pragnieniem z gardłem ściśniętym przez warkocz nocy.

– A on? – Ten Który Jest wskazał na młodszego.

– Jesteś mądrością, która obudziła w nas pragnienie odkrywania nowego, a na dodatek codziennie je zaspokajała. Tego dnia czułam, że będzie wyjątkowo. Nie myliłam się. Zaprowadziłeś nas do sadu. Wolność – nowe słowo zaszumiało wśród gałęzi drzew i w moich włosach. Na drzewie pośrodku sadu rosły owoce, których jeszcze nie próbowaliśmy. Ptolemeusz zrozumiał, że nie wolno nam tego robić. Twój podmuch wypchnął nas z powrotem na łąki.

– Możemy wszystko – powiedział Ptolemeusz. – Jesteśmy wolni, możemy wszystko – powtórzył wtedy i pamiętam, że nabrał powietrza tak głęboko, jak gdyby chciał się nim udławić.

Później położył się wśród traw, by popatrzeć na obłoki. Pobiegłam do niego w niezrozumiałej radości i zapytałam o te owoce.

– To kwestia posłuszeństwa – powiedział. – Bez niego nie zrozumiemy wolności.

Uczyć się, uczyć przez cały czas. Jakie to piękne i wspaniałe. Dookoła tyle rzeczy, a jeszcze więcej tych, których nie widać. Wieczorem Ptolemeusz poszedł bawić się z lwami. Uczył się wciąż wiele nowego od tych zwierząt. Wspominał coś o sile i władzy. Myślałam, że później mi to wyjaśni. Poszłam więc na łąki, gdzie rosły kwiaty. Niektóre z nich kwitły nocą, pod gęstwiną gwiazd. Ptolemeusz powiedział kiedyś, że wyglądają kusząco, a ja chciałam się tego nauczyć.

Berenike spuściła wzrok, pochyliła się i przykryła dłońmi stopy. Uniosła na powrót spojrzenie, dzieląc uwagę pomiędzy obserwujące ją istoty, galaktyki, kwazary i roześmiane słońca innych cywilizacji, które rozświetlały śnieżnobiałe pasma licznych dróg mlecznych.

– Siedział smutny przy skale. – Wskazała na Tego Który Będzie. – To dzięki niemu odczuwaliśmy radość. On, o panie, pełen był zawsze smutku. To demon, bez którego nie poznalibyśmy radości. Siedział jak zwykle sam. Nie lubił naszego towarzystwa. Odchodził, gdy przychodziliśmy i nigdy nie pozwolił się dotykać. Nic zatem nie powiedziałam, tylko usiadłam obok niego, czekając na nocne kwiaty. Tym razem nie odszedł.

– Słyszałem – odezwał się do mnie pierwszy – że jesteście wolni.

– Tak. – Ucieszyłam się, że nasze nowe odkrycie również i jego zainteresowało. – Wiesz, co to znaczy? – zapytałam. – Ja dopiero się uczę.

– Skłamał – odpowiedział i położył dłonie na moich ramionach.

– Nie rozumiem. – Nie lubiłam, gdy używał obcych słów.

Westchnął w odpowiedzi i wtedy pierwszy raz spojrzał mi prosto w oczy. Były inne niż teraz, żywe i spragnione. Usta też były inne – zbliżał je do każdej części mojego ciała, ucząc mnie wciąż nowych rzeczy.

– Jak możecie być wolni, skoro wam czegoś nie wolno? – mówił do mnie, gdy płonęłam już ogniem jego lędźwi.

– To kwestia posłuszeństwa – mamrotałam westchnieniami, odpowiadając tak jak Ptolemeusz.

Później nakarmił mnie owocem. Byłam zaskoczona. Zamiast swych ust położył nagle okazałość z drzewa, a ja gryzłam, szarpałam zębami, rwąc soczystość struktury, a ta bryzgała krwawą miazgą słodyczy. Gdy odszedł, przyszła lekcja wstydu. Nauczyłam się go chłonąć w siebie całym ciałem. Gorzały policzki i było mi źle, niewygodnie. Wtedy pierwszy raz poczułam, że ciało mnie nie słucha, że mogłabym istnieć bez niego, opuścić je, uwolnić się. Ptolemeusz nie chciał tego zrozumieć. Rozkładał mi nogi dłońmi i kładł się na mnie, już spełnionej, zapłodnionej, czerpiąc bez końca, sycąc uporczywy głód zadowolenia. Nie obchodziło go, że płonęłam, że chciałam się ukryć, schować; nawet sprawiało mu to przyjemność, że gubiłam spojrzenie, gryzłam dłonie. Kiedy wypływała już ze mnie żądza, doprowadzała go tylko do śmiechu. Wyszydzona, pozbawiona sama siebie u jego stóp, obserwowałam, jak dogadza sobie miotany spazmami opętania. Nie był już moim mężem. Na darmo się starał.

Później było tylko gorzej. Rozpuszczały się jego oczy, płynęła z nich woda. Tyś milczał, panie, a Ptolemeusz się smucił. Zostawił mnie i znalazł drogę do wyjścia. Nie wiedziałam, że ogród ma gdzieś koniec. Poszłam za nim, a gdy straciliśmy bramę z oczu, nigdy już nie udało nam się wrócić.

– Dlaczego? – Ten Który Jest zwrócił się teraz do wcielonej Przyszłości.

– Posłuchaj – odparł demon. – Słyszysz? To brana numer trzy, ta, której już nie stosujesz. Zużyła się, więc zrobiłeś dwie nowe, obie lepsze. To stara brana, ta od planety Gai i Ewy. Wtedy było to samo, pamiętasz? Zdradziła i porzuciłeś ją, a teraz ona, jak muszla z oceanu nocy, szumi jękami Pierwszej. Jęczy ona i zawodzi, bo w branie kwitnie życie. Tak! Dzieci Kaina, moje nasienie, rozmnożyły się po planecie Gai. Każde dziecko zadaje jej cierpienie i raniona jest niewyobrażalnie. Każda matka opowiada historię ogrodu, którego nazwali rajem, Edenem. Każde z nowo narodzonych odczuwa żal i pielęgnuje pretensje do Ewy – Berenike Ziemi. Żal niewinnych i obietnica śmierci przekłada się na cierpienia duszy tej, którą zapłodniłem pokoleniem oprawców.

Ten Który Jest milczał, wpatrując się w gruby warkocz Berenike. Im był dłuższy, tym bardziej była naga.

– Chciałem tylko pomóc – ciągnął dalej Ten Który Będzie – zaszczepić w pokoleniach pierwiastek siły, mocy, a ty? Ty skazałeś je na śmierć i ją obarczyłeś winą. Ją – za słabość, którą w niej uczyniłeś! Nie przypuszczałem, że tak się to potoczy. Ptolemeusz mi nie ufał i słusznie. Porzucił Berenike, zanim doczekała się Abla, swojego dziecka, które byłoby Twoim dzieckiem i musiałoby zginąć. Bo tym właśnie jesteś. Wielką obietnicą śmierci. Wszyscy, których tworzysz w swojej teraźniejszości, umierają.

Berenike zaplotła cały warkocz, ukazując resztę swojego ciała.

– A Ptolemeusz? Mój mąż? – zapytała.

– Można go spotkać na pustyni – zwrócił się do niej Ten Który Będzie. – Zwykle chodzi z oszczepem. Szuka mnie. Nie, nie chce spędzić popołudnia na miłej pogawędce. Chce się zemścić. Zmiażdżyć mi głowę, rozdeptać ją, a ciało nabić na kij. Chce tak odpędzać choroby, które go nękać zaczęły, a może i chce skorzystać z najcudowniejszego daru, który dzięki mnie otrzymał! Nie! Nigdy się z nim nie pogodzi. To wspaniałe wiedzieć, że choćby i mnie w tym swoim świecie kiedyś zabił, cały gatunek tępiąc, w końcu i on umrze, i każde dziecko, które w niej wzbudzi, obficie szastając nasieniem. – Ten Który Będzie zamilkł na chwilę, odwrócił się i kładąc dłonie na ramionach Tego Który Jest, mówił dalej: – Takim to właśnie sposobem przechytrzyłem ciebie, braciszku. Sam na swoje dzieło sprowadziłeś śmierć. Podobało mi się, gdy Berenike jadła ten owoc. Taka spragniona. Z każdym kęsem pogrążała się coraz bardziej. Ze wzruszeniem obserwowałem, jak sok nieposłuszeństwa ściekał jej po palcach i brodzie, jak kapał na sterczące z podniecenia sutki. Zawsze była brzydka, nawet owoc z drzewa śmierci nie dodał jej uroku. Ginęła, pożerając sama siebie sobą samą.

Ten Który Jest trwał niewzruszony jak skała.

– I co? Zrozumiałeś swój błąd? – demon nie przestawał. – Ewangelia według Berenike. Weźmy i zjedzmy. Błąkajmy się później cudownie w niepogodzie, trudzie i potępieniu wygnanych, walczmy słodko o każdy kęs życia, popadajmy w niełaskę u zwierząt i ludzi, w końcu kradnijmy, gwałćmy i mordujmy siebie nawzajem w rozkosznym zachwycie, nabierając ją z każdym oddechem głęboko do płuc.

Śmierć. Twoją uwielbioną kochankę, która przyobleczona w nieuchronność przeciwności, cuchnie zdradą rozkładu tych wszystkich Ew.

Ten Który Będzie zbliżył się do obnażonej w warkocz i dotknął jej biodra.

– Wracaj, Berenike. Wracaj do swojego świata. Obudź się w nim z tego szalonego koszmaru, by dalej grać ponurą rolę Pierwszej Ewy. Zbieraj w sobie całą nienawiść pokoleń i cierp męki, grzebiąc nasze dzieci. Do tego zostałaś stworzona. Do zdrady i śmierci.

Mężczyzna rozglądał się uważnie w poszukiwaniu gada. W końcu opuścił płaskowyż i wszedł w chłód groty.

– Znów mi się wymknął – przemówił do Berenike. – Jak tak dalej pójdzie, będziemy musieli poszukać innego miejsca. Ta przeklęta pustynia zmusi nas do żywienia się piaskiem.

Berenike zsunęła z siebie skóry, którymi była odziana, ujęła jego dłoń i położyła sobie na piersiach. Spojrzał na nią surowo.

– Chodź, urodzę Abla, a ty nie dopuścisz, by zginął.

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

4.73 avg. rating (91% score) - 48 votes

9 Komentarzy

  1. violet violet
    30 maja 2017    

    Dla mnie bardzo dobry tekst. Lubię coś w czym nie ma nic do końca wypowiedzianego lub opowiedzianego. Uważam, że klimat który stworzyłeś Przyniósł Ci Zwycięstwo… no, dobrze osiągnąłeś Autorze cel, zainteresowałeś i zadumałeś czytelnika, tzn mnie. Pięć gwiazdek ode mnie.
    Pozdrawiam.
    V.

  2. Frodli Frodli
    30 maja 2017    

    Musiałem przeczytać dwa razy, bo za pierwszym razem niczego nie zrozumiałem 😉 Ciekawa wizja stworzenia świata, odniesienia do Biblii, historii i astrologii. Opowiadanie moim zdaniem wybitnie nieerotyczne, ale bardzo dobrze napisane.

    Pozdrawiam,
    Frodli

  3. anonim anonim
    30 maja 2017    

    Dobre opowiadanie oparte na biblii.

  4. NoNickName NoNickName
    30 maja 2017    

    Przeczytałam już kilka razy. Nie dlatego, że nie nadążałam za Autorem czy miałam trudność, ale z każdym kolejnym razem wyłapuję kolejne szczegóły.
    Bardzo dobry tekst.
    Niesamowita mieszanka biblijnych motywów, mitologii, kosmologii, teorii strun.
    Za gwiazdy, ogród, zakazany owoc i tytuł nawiązujący do egipskiej królowej, której warkocz złożony w ofierze bogom zajaśniał na niebie, ode mnie pięć gwiazdek.
    I jak to u mnie czasami po przeczytaniu bywa przyszła mi na myśl tym razem Poświatowska i „Z tytułem i dedykacją na końcu”.

    „Berenika nie wiedziała o tym
    że listy idą drogą
    na pięciokątnych nogach
    z księżyców spadłych z liści
    (…)
    WARKOCZ BERENIKI
    dla ciebie
    choć nie wierzę w powroty.”

    Z pozdrowieniami
    NoNickName

  5. Ania Ania
    31 maja 2017    

    Dobry tekst, gdyby wyrwać kilka grafomańskich chwaścików, byłby nawet bardzo dobry. Mam nadzieję, że to zapowiedź powrotu autora do wysokiej formy 🙂

  6. Karel Godla Karel Godla
    31 maja 2017    

    Niewiele rozumiem, niestety. Tekst dla zaawansowanych czytelników.

  7. Foxm Foxm
    1 czerwca 2017    

    JiNn !
    Muszę wyznać, że ze smutkiem obserwowałem zjazd twórczej formy , w ostatnich kilku tekstach nie było błysku, zdawało mi się, że rozpaczliwie czegoś szukałeś. Czy znalazłeś? Nie mam pojęcia, ale ta opowieść, to jest literatura. Masz ten charakterystyczny stempel, nie da się pomylić Twoich prac, zignorować w natłoku innych kawałków. Pod warunkiem, że się przyłożysz oczywiście. 🙂
    Gdyby kiedyś przyszło nam rozmawiać o sprawach wielkiego formatu, zapewne usiedlibyśmy po przeciwnych stronach, ale to byłoby naprawdę zajmujące.

    Tekst, do którego będę wracał, jeden z najbardziej oryginalnych, które pojawiły się na portalu. Trzymaj poziom, mniej znaczy lepiej.
    Pozdrawiam, swoje gwiazdki oddając w maksymalnej liczbie.
    Lis

  8. Megas Alexandros Megas Alexandros
    21 czerwca 2017    

    Cieszę się, że zdążyłem przeczytać ten tekst, nim zniknął z pierwszej strony Najlepszej.

    Zgadzam się z przedmówcami. Literatura. Może nie do końca opowiadanie, raczej mit kosmogoniczny. Czytałem z podziwem, zachwycając się niektórymi zwrotami, ciesząc się nieoczywistymi skojarzeniami. Jedna z bardziej oryginalnych rzeczy, jakie przyszło mi poznać na tym portalu. Warta zarówno lektury, jak i głębszej refleksji.

    Pozdrawiam
    M.A.

  9. Mark Arturro Mark Arturro
    28 lipca 2017    

    Trudny tekst. Dla laika stanowczo za trudny i niezrozumiały. Należy przeczytać uważnie kilka razy. Niesamowicie bogaty warsztat pisarski i ciekawa wizja skłaniająca do zadumy, refleksji, zwłaszcza w długie listopadowe wieczory przy kominku. Poziom literacki oceniam bardzo wysoko i ode mnie maksymalna punktacja. P.S. Ale jest i wada, bowiem piszących na średnim poziomie tekst ten może wprowadzić w kompleksy…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

BĄDŹCIE Z NAMI NA FACEBOOKU

LOGOWANIE

NEFER POLECA

AKTYWNI KOMENTATORZY

(komentarze z ostatniego miesiąca)
  • Mick (19)
  • Ania (18)
  • Nefer (11)
  • Radosky (10)
  • Foxm (9)
  • Karel Godla (7)
  • Megas Alexandros (7)
  • Areia Athene (6)
  • MRT_Greg (3)
  • Jan (2)
  • Mark Arturro (2)
  • NoNickName (2)
  • Patrycja (2)
  • Roksana (2)
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje. Dowiedz się, jak je wyłączyć.