Czarownica III (MRT_Greg)  4.22/5 (3)

15 min. czytania

Czarownica -I-Głuchy odgłos pioruna poprzedzony blado niebieskim błyskiem dało się słyszeć niezwykle blisko. Wielebny uniósł głowę znad księgi. Nie ruszając się, rzucił spojrzeniem na boki. Wyładowanie sprawiło, że pokój przez chwilę zalało jasne światło. Jednak daleko mu było do białego ciepła, jak w kuchni u Zbyszka. Błękitna poświata spłynęła z sufitu na włochaty dywan, po czym znikła, pogrążając pomieszczenie w ciemnościach.

Tylko świeczka paląca się tuż obok stolika rozjaśniała nieco ten mrok. Wielebny, wciąż czujnie lustrując otoczenie, poślinił palec i obrócił stronę.

Nie dostrzegłszy niczego podejrzanego, powrócił wzrokiem do księgi. Zmarszczył brwi. Karta, w którą wpatrywał się z coraz większym lękiem, była zupełnie biała. Jak gdyby nigdy nie została zadrukowana. A przecież kupując księgę zdążył, mimo złowróżbnego spojrzenia antykwariusza, przewertować ją pobieżnie. Zapisana drobnym odręcznym pismem, pokrywała wszystkie pożółkłe z upływem czasu karty. Przejechał dłonią po powierzchni papieru, po czym uciekł dłonią. Drobne niematerialne igiełki przeszyły opuszki jego palców.

– Ki diabeł? – mruknął, lecz zaraz się przeżegnał.

Wymawianie imienia Upadłego w domu bożym nie było najlepszym pomysłem. Wielebny był człowiekiem niezwykle wykształconym, ukończone studia na uniwersytecie katolickim dały mu sporą wiedzę na temat społeczeństwa, obowiązujących zasad oraz – co najważniejsze – przygotowały go do nauczania bliźnich. Od momentu ukończenia uczelni z wyróżnieniem wiadomo było, dokąd zostanie wysłany. Jego cechy osobowościowe, rozpoznane już w trakcie studiów i starannie wyselekcjonowane spośród setek innych, z każdym kolejnym rokiem były rozwijane i umacniane.

W Annopolu pełnił swą posługę już ponad czterdzieści lat, niosąc kaganek boskiej oświaty, dzieląc się z mieszkańcami dobrocią, szczerością i oddaniem. To dzięki niemu ten skrawek ludzkości, w przeciwieństwie do wielu okolicznych osad, stał się oazą spokoju i radości. Jednak mimo pozornej otwartości nie udało mu się wyplenić z mieszkańców podejrzliwości wobec przyjeżdżających do miasta. Dlatego też często sam musiał pełnić rolę dobrego gospodarza. Przybycie Adama przerwało długi okres, podczas którego do miasta nie zawitał nikt obcy. Jednak gdyby nie zatarasowanie przez pojazd gościa połowy chodnika, zapewne nawet nie zdążyłby się dowiedzieć o jego istnieniu.

Kolejny huk obudził go z zamyślenia. Wielebny aż się zatrząsł. Temperatura wyraźnie spadła. Sięgnął po przewieszony przez wezgłowie łóżka koc i opatulił się nim szczelnie. Zastosowana na plebanii masa świetlna nie była pierwszej młodości. Brak niezwykle drogiego w ostatnich latach żelu aktywizującego sprawił, że ostatniej zimy musiał się przeprosić z piecykiem na drewno. Niemal nie zaczadził się którejś nocy, gdy wiatr przymknął okno.

– Właśnie! – niemal zakrzyknął wielebny, po czym sięgnął do szufladki pod stołem.

Wyjął stamtąd pudełko zapałek, potarł jedną z nich o draskę i przesunął pod pustą kartką. To było pierwsze i w sumie jedyne, co przyszło mu do głowy. Na szczęście trafił bezbłędnie. Słowa pojawiały się szybko lecz równie szybko znikały, zużył zatem całe pudełko, naprzemiennie podświetlając i zapisując tekst w notatniku, nim doszedł do połowy strony. Gdy ostatnia zapałka sparzyła mu palce, rozejrzał się zmartwiony dookoła.

– Wybacz mi, Panie – ofuknął sam siebie, gdy jego wzrok zatrzymał się na świeczce.

Godzinę później masował bolące palce, równocześnie ściągając z nich zaschnięty wosk. Już tak dawno nie pisał nic odręcznie, że niemal zapomniał, jak to się robi. Z wrażenie nawet zaschło mu w gardle. Sięgnął po kubek, zaglądnął do środka, po czym westchnął skonfundowany. Odsunął się od stolika i opatuliwszy się cieplej kocem, ruszył do kuchni. Nalał wody do ekspresu i czekając, aż ten przez sitko z herbatą wypluje z siebie wrzątek wprost do pękatej filiżanki, zerknął ponownie za okno. Targający żywopłotem wiatr zdawał się coraz bardziej rosnąć na sile. W pewnym momencie uderzenie podmuchu było tak silne, że poczuł jego moc na szybie przed sobą. Świst powietrza doszedł gdzieś z boku, po czym usłyszał jak framuga okna w pokoju uderza o ścianę.

– Nie! – krzyknął i popędził w tamtą stronę.

Naparł na drzwi, jednak te, jakby trzymane jakąś monstrualną siłą, nie chciały się uchylić ani na milimetr. Wielebny słyszał, jak wiatr hula po pokoju, przewraca meble, targa zasłonami. Brzęk lichtarza zabrzmiał złowróżbnie. Wielebny cofnął się, chcąc rozpędem uderzyć w drzwi, lecz w tym samym momencie wszystko ucichło, a skrzydło uchyliło się z lekkim zgrzytnięciem.

Wielebny pacnął się w czoło i spojrzał w górę, jakby oczekując pełnego politowania potwierdzenia.

– Może powinieneś sobie przyczepić kartkę z napisem: „ciągnąć”? – zazgrzytał zębami.

Ciche popiskiwanie przypomniało mu o gotowym napoju. Jednak to, co ujrzał sprawiło, że w jednej chwili zupełnie zapomniał o wszystkim innym. Pokój wyglądał jakby przeleciały przez niego tysiące noży. Głębokie szramy ciągnęły się od ściany zewnętrznej aż po imitację kominka, będącego sercem domu. Równiutko ponacinane meble, ledwo trzymały się na drewnianych strzępach. Nawet dywan nie został oszczędzony. Z głośno bijącym sercem, wielebny ostrożnie przesuwał się pomiędzy zasłanym szczątkami pokoju, kierując się w stronę stolika z leżącą na nim wcześniej księgą. Jęknął przerażony. Smętne resztki wyglądały jak gdyby zostały wielokrotnie przemielone przez niszczarkę dokumentów. Stojąca obok świeczka, mimo iż ponacinana w wielu miejscach, wciąż stała dumnie. Pudełko zapałek nie było nawet draśnięte. Notatka zniknęła.

Wielebny podwinął pałętający mu się wokół nóg koc i na ile mógł, popędził w stronę okna. Otwór ział postrzępioną dziurą. Jedna z cegieł jakimś niezrozumiałym sposobem wisiała tuż pod nadprożem. Zerknął na stojącą obok komodę. Uznając to za znakomity pomysł, przesunął ją po zaścielonej szkłem podłodze, zastawiając wybite okno. Tuż przed tym, nim odciął się od wichury, na zewnątrz dojrzał kartkę z notatnika, która zaczepiwszy się o żywopłot, mokła pod pierwszymi kroplami zbliżającej się nawałnicy. Wielebny przełknął ślinę. Przesunął do końca komodę, zostawiając w świeżo wycyklinowanej podłodze głęboką bruzdę i chyżo ruszył w kierunku wyjścia na ganek. Ubrany pospiesznie w beżową kurtkę, gdzieniegdzie poplamioną kawą, z nogami wbitymi w ciężkie gumiaki, szarpnął drzwi prowadzące na zewnątrz.

Dopiero tutaj uderzyła go prawdziwa potęga natury, która przygniatając do lica ściany, utrudniała każdy krok. Mozolnie, jak gdyby brodził przez głęboką wodę, mężczyzna zmierzał w kierunku zielonego ogrodzenia. Biała kartka wyraźnie odznaczała się na ciemnym tle.

– Daj mi siłę, Panie – mruczał do siebie, ściskając różaniec w kieszeni kurtki. Drugą ręką ochraniał nieosłonięte niczym gardło.

Zimne podmuchy przenikały go na wskroś mimo podszytej wełną dla ocieplenia sztormówki. Pierwotna mżawka w mgnieniu oka zmieniła się w siekący deszcz, który raz po raz przesłaniał mu widok. Nawet nie zauważył, kiedy dotarł do żywopłotu, tylko dzięki wbijającym się w ciało twardym gałązkom zorientował się, gdzie jest. Rozejrzał się nerwowo na boki. Z tej perspektywy nie mógł dojrzeć notatki. Coś błysnęło z lewej strony. Powoli przesunął się w tamtym kierunku, macając na oślep. Niemal zrezygnował, gdy ostre kolce dzikich jeżyn wbiły się w jego dłoń, drapiąc do krwi. Skrzywił się. Jakże miał teraz ochotę zakląć! Zły na siebie oraz otaczającą aurę prawie przeszedł obok kartki. Była już mocno przesiąknięta wodą, gdzieniegdzie pismo zlało się w jedną plamę, jednak część tekstu była jeszcze zdatna do odczytania. Odetchnął z ulgą. Najdelikatniej jak potrafił, chwycił papier między palce i schował do kieszeni, starając się go nie uszkodzić. Odwrócił się.

Szara maska z czarnymi otworami wpatrywała się w wielebnego z odległości bliższej niż długość kciuka. Z niemal nieodznaczających się na jej tle lekko zaciśniętych ust wydobywała się śnieżnobiała smużka. Mimo iż ledwie tylko muskała oblicze wielebnego, czuł, jaka jest zimna.

Policzki szczypały go dotkliwie, jak pewnej zimowej nocy, gdy wybrał się na spacer do lasu. Kierowany jakąś nieznaną siłą, brnął przez zaspy, przekraczał zamarznięte potoki, by dotrzeć do jeziora. Dopiero kilkanaście metrów od brzegu, gdy lód stał się niebezpiecznie cienki, odzyskał w pełni świadomość. Niewiele kroków dzieliło go od ciemnej przerębli, w której tydzień wcześniej utonął młody Kaliś.

Wielebny podniósł wzrok. Poprzez padające z ganku światło dostrzegł burzę rudych włosów okalających twarz zjawy. Mimo iż wiatr wciąż przybierał na sile, jego podmuchy wyraźnie omijały koszmarną sylwetkę. Ani jeden włosek nie drgnął w chwili, gdy uderzenie wichury pchnęło księdza na postać przed nim. Wzdrygnął się, dotknąwszy kościstego ciała. Zasłaniając się dłońmi, poprzez cienki materiał wyczuł niewielkie piersi i sterczące sutki. Przez jego ciało przebiegł dziwny prąd, zmierzając poniżej pępka. Poczuł, jak skurczony w majtkach członek lekko sztywnieje. Zjawa uśmiechnęła się niedostrzegalnie.

– To może jednak skoczymy na pięterko, księżulku – wyszeptała wprost do jego ucha. Tym razem jej oddech był gorący. Plugawy, sączący zbereźne myśli wprost do udręczonego umysłu – Nie bój się. Nikt się nie dowie. A przynajmniej poużywasz sobie za wszystkie czasy. No, nie daj się namawiać. Pomyśl, nie będziesz musiał na jutrzejszej mszy odwracać wzroku na widok skąpo ubranych dziewczynek, wwiercać się spojrzeniem pod ich spódniczki, usiłując złapać woń ich młodych ciał i poczuć wilgoć ściekającą po udach, chować za mównicą swojego sterczącego kutasa, żeby nie zobaczyły, jaki jesteś podniecony i jaką masz ochotę zerżnąć ich niewinne…

– Zamknij się! – warknął i odsunął się od niej, kreśląc znak krzyża w powietrzu. – Nie skusisz mnie, wiedźmo! Nie mnie!

– Ależ bez nerwów. – Mimo wyraźnej awersji do nakreślonego znaku, nadal słodko szczebiotała. – Nie ma się co oburzać. Ja tylko proponowałam, nic na siłę…

Zwiesiła głowę, ukrywając posępną twarz. Splotła dłonie jak skromne dziewczę, które kiedyś ujrzał koło jeziora. W zwiewnej sukieneczce, przezroczystej jak tafla wody, stała, trzymając się chybotliwego słupka drewnianego molo. Początkowo spoglądała na swoje sandałki, szybko przeniosła jednak wzrok ponad taflę zalewu. Wpatrzona w przeciwległy brzeg, wydawała się być jakąś nimfą wodną, która choć przez chwilę, stojąc na brzegu, postanowiła skąpać się w blasku słońca.

Przejeżdżając obok na rowerze, tak się zagapił, że wjechawszy w grudę ziemi, przeleciał nad kierownicą, po czym boleśnie wyrżnął plecami w pieniek po sosence. Wstając, dojrzał, jak chichocze, ukrywając usta w dłoniach. Lekko kuśtykając, zbliżył się do niej. Czuł bijące od niej ciepło i dziewczęcą niewinność. Chłonął ją wszystkimi zmysłami, chcąc nasycić się nieziemskim widokiem. Wyciągnął dłoń i zagłębił się w jej puszyste blond loki, przesunął dłonią w dół, przejechał po karku. Dziewczyna westchnęła leciutko. Stała z opuszczonymi wzdłuż ciała rękoma. Nie wiedział, czy to z powodu przyjemności, jaką jej dostarczał, czy może onieśmielenia jego obecnością.

W tym czasie jego dłoń błądziła już wokół jej piersi, lekko podszczypując miękkie półkule. Przysunął się bliżej. Ujął jej twarz w dłonie. Przejechał kciukiem po ustach, obserwując, jak lekko się otwierają. Przejechała językiem po wargach, zwilżając je. Nachylił się, lecz zamiast pocałować wciągnął głęboko jej zapach. Tą słodką woń dziewczęcego podniecenia, oczekiwania na kolejne dotknięcia i rozkoszowanie się odkrywaniem tajemnic ciał. Nachylił się niżej i sięgnął pod jej spódniczkę. Podniósł materiał, równocześnie przesuwając dłonią po jej pośladkach. Palcami przejechał po rowku. Zachwiała się, ugięła lekko nogi w kolanach, wypinając pupcię.

Głębokie westchnienie wyrwało się z jej ust. Powrócił tam szybko dłonią. Namacał cienki materiał majteczek i rosnącą pod nimi wilgoć. Poczuł, jak członek próbuje mu rozerwać spodnie. Zauważyła, jaki jest podniecony, sięgnęła ręką do rozporka i rozpiąwszy go, wyciągnęła jego penisa. Sterczał sztywno, kiwając się na boki. Purpurowa główka znikła po chwili między jej zwinnymi paluszkami. Przesuwała dłońmi wzdłuż członka, początkowo delikatnie, a potem coraz mocniej, energiczniej.

– Och! – zajęczała głośno, gdy zanurzył palec w jej rozpalonym wnętrzu – Och, jak dobrze! Jak cudownie! Mój ty kochany! Głębiej! Och, proszę, głębiej! Taaak…

Wpychał zatem głębiej swój palec, równocześnie poruszając penisem między jej dłońmi i wsłuchiwał się w jej szczebiot.

– Och, łobuzie! Ale mi dobrze! Masz takiego wielkiego kutasa! Och, już nie mogę! Wsadź mi go! Wsadź mi go w cipkę i… och… zerżnij mnie… mój ty księżulku… mój kochany…

Drgnął, wyciągając mokry palec. Jakaś myśl przebiegła mu przez głowę. Spojrzał na dziewczynkę. Zniknęła, zaś na jej miejscu wiła się zjawa w łachmanach. Ściągnięte w ekstazie mięśnie jej twarzy odsłaniały przerażającą maskę pozbawioną oczu i nosa. Z otwartych ust wionęło zgniłym ścierwem. Jej dłonie ściskały przez materiał spodni sztywny członek mężczyzny. Jego dłoń błądziła pod czymś, co niegdyś zapewne było lnianą sukienką. Woń jej podniecenia była tak mocna, że aż zwalała z nóg.

– Precz! – Odepchnął ją od siebie. – Precz ode mnie!
Westchnęła zawiedziona.

Zamknęła powieki, po czym otworzyła je, wbijając w wielebnego niewinne spojrzenie niebieskich oczu.
– Dlaczego wtedy przestałeś? – spytała. – Czy naprawdę było ci aż tak źle?
– Odejdź ode mnie, siło nieczysta. W imię Ojca i Syna, i…
– Zamknij się! – doskoczyła do niego. – Nie waż się wymawiać przy mnie ich imion ! Ty! Kłamca i obłudnik!
– Przestań! – histerycznie darł się wielebny. – Przestań i powiedz, czego ode mnie chcesz, wiedźmo!
– Przecież dobrze wiesz – przekrzywiła lekko głowę, uśmiechając się filuternie. Jej twarz tym razem należała do dziewczyny, pracującej na co dzień w kiosku niedaleko kościoła.
– Tego nie dostaniesz! – odrzekł hardo. – Już nigdy więcej mnie nie zbałamucisz! A jeśli chcesz tego – wyciągnął z kieszeni zwitek papieru – to bierz i przestań mnie nachodzić, ty żmijo!
Odsunęła się bez słowa. Jej spojrzenie przybrało wyraz smutku. Rysy twarzy zmieniły się. Teraz należały do starszej kobiety, steranej życiem i pracą, która już dawno przestała dawać jej jakąkolwiek satysfakcję.
– Pospiesz się – mruknęła grobowym głosem.
Zakręciła się wraz z podmuchem i zniknęła między drzewami. Świst wiatru, niczym złowieszczy chichot, powoli zamierał w oddali.

Przeżegnał się i wrócił do plebani. Zamykając za sobą drzwi, spojrzał za siebie. Chmury zdążyły się już nieco przerzedzić, odsłaniając setki gwiazd. Błyszczały jak cekiny na sukni dziewczyny, z którą był na balu maturalnym. Srebrne cekiny, które tego samego wieczoru stały się czerwone jak paznokcie kurwy z placu Pigalle.

* * *

Skrzypnięcie mogło być spowodowane naporem wiatru na drewnianą konstrukcję dachu. Mógłby tak sądzić, gdyby pojawiało się systematycznie podczas zawieruchy, nie miał jednak wątpliwości, że to było akurat zupełnie innego pochodzenia.

Od kilku godzin leżał wpatrzony w sufit, odtwarzając w myślach dotychczasowe przeżycia. Dzień, który zaczął się całkiem niewinnie, w ciągu kilku chwil przybrał całkiem nowy bieg zdarzeń. Awaria na drodze, a potem dziwne doznania w miejscowości, w której się zatrzymał, sugerowały kolejne zdarzenie. W dodatku – czego był niemal całkowicie pewien – najsilniejsze z dotychczasowych.

Po długiej posusze, podczas której odwiedzał osady jawnie przesiąknięte zgnilizną i zepsuciem moralnym, ta wydawała się zieloną oazą. Lecz wystarczyło podnieść wzrok nieco wyżej, by zobaczyć skorodowane ogrodzenia, które ją otaczały. Niczym pręty w klatce dla kanarków, miasto skrywało złowrogą tajemnicę, ukrytą gdzieś głęboko w jej trzewiach, zakorzenioną w ludzkiej psychice, emocjach i doznaniach. Podświadomie wyczuwał, że miasto go odpycha. Kilka lata temu pewnie usłyszałby, jak krzyczy: „wynoś się”, ale… nie był już taki młody. Walka odcisnęła na nim swe piętno, stępiła zmysły niczym ostrze miecza krzyżowca na saraceńskich głowach.

Przewrócił się na bok i zagapił w okno. Wydymająca się jeszcze przed chwilą pod naporem wiatru zasłonka, teraz zwisała nieruchomo. Przesunął językiem po spierzchniętych wargach. Udawanie pijanego miało ten plus, że można było bez zbędnego tłumaczenia udać się na spoczynek. Dla podbicia wrażenia charknął kilka razy w łazience i przemył twarz wodą. Upił też kilka kropli i od tego czasu przeklinał swoją głupotę. Choć czuł, że ziemia jest skażona, w głupi sposób naraził się na niebezpieczeństwo.

Suchość drążyła jego gardło, sprawiała że z minuty na minutę miał coraz większą ochotę zerwać się z łóżka, pobiec do łazienki i nachylając nad kranem, wyżłopać kilka litrów trucizny. Uważne oględziny szklanki stojącej obok łóżka, napełnionej aż po brzegi przezroczystym płynem, doprowadziły go do tych samych wniosków. Nie podejrzewał jednak, by Zbyszek świadomie chciał go spoić zanieczyszczoną wodą. Zapewne sam był już do tego stopnia nią przesiąknięty, że nie odczuwał skutków ubocznych. Niczym alkoholik, twierdzący, że pół litra przed południem jest czymś zupełnie normalnym.

Choć myśli nadal kotłowały się w jego głowie, zamknął oczy. Musiał wszak się wyspać, jeżeli chciał nazajutrz zacząć swoje dochodzenie. Niewyspanemu łatwiej popełnić błędy, przeoczyć słabo widoczny ślad. Nie wątpił, że dojdzie do konfrontacji a on nie mógł sobie pozwolić na okazywanie słabości. Przewrócił się z powrotem na wznak, oczyścił swój umysł, na ile tylko mógł i złożywszy dłonie na piersi, powoli odpływał w sen.

Skrzypnięcie powtórzyło się. Tak jak przypuszczał, nie pochodziło ono z zewnątrz. Drzwi starej szafy uchyliły się. Niska postać wychynęła z cienia, po czym zlustrowawszy szybko otoczenie, przemknęła w kierunku łóżka. Nachyliła się nad śpiącym. Leżał z otwartymi ustami, cicho pochrapując. Uśmiechnęła się zadowolona. Lepszej sytuacji nie mogła sobie wymarzyć. Wiedziała, że pierwszy sen jest najsilniejszy, dlatego bez zbędnych ceregieli zsunęła ze śpiącego kołdrę. Równie szybko pozbawiła go odzienia. Lata praktyki, podczas których rozbierała swojego ojca, gdy wracał upojony narkotykami, nauczyły ją, że nie ma takiej rzeczy, której nie dałoby się z człowieka zdjąć.

Przez chwilę przyglądała się pokrywającym ciało mężczyzny bliznom. Jedna z nich biegła od pępka aż po kolano. Prosta, wyraźnie głębsza w okolicach uda, wyglądała jak cięcie mieczem lub jakimś innym ostrym narzędziem. Tuż koło serca zauważyła trzy zasklepione otwory. Skóra w tym miejscu była delikatna i lekko pofałdowana. Kilkanaście innych dawno zagojonych nacięć układało się w skomplikowany wzór. Mimo iż przekręcała głowę na wszystkie strony, nie mogła w nim dojrzeć zrozumiałego układu. W końcu porzuciła chęć rozwiązania zagadki. Nie mogła tracić czasu – mężczyzna w każdej chwili mógł zacząć się wybudzać z głębokiego snu.

Niespiesznie ściągnęła przez głowę koszulę nocną. Blade kościste ciało nosiło w wielu miejscach ślady przypaleń oraz drobne blizny spowodowane nacięciami. Niewielkie znamię w okolicach pępka wyglądało jak jaszczurka albo smok. Małe piersi sterczały dumnie z odznaczającymi się ciemnymi brodawkami. Dziewczyna uklękła, sięgając dłonią między nogi. Przez chwilę delikatnie się gładziła, co jakiś czas śliniąc palec, by po chwili lekko zagłębić go w ciele. Wypchnęła biodra do przodu, oparła się jedną dłonią za plecami i masowała coraz szybciej wilgotniejące fałdki. Głęboko oddychała, nabierając powietrza w usta i przytrzymując je na krótko w płucach. Przymknęła powieki i odchyliła głowę do tyłu.

Gdy szeroki rumieniec spłynął z jej policzków na klatkę piersiową, a pod wpływem ruchów jej palców zaciśnięta dotąd szczelina otworzyła się niczym pąk róży, dziewczyna z gardłowym pomrukiem wydobywającym się z jej ust sięgnęła głębiej. Wbiła w siebie kilka palców, dokładając co chwila kolejny. Gdy cała dłoń znikła w jej wnętrzu, nie wytrzymała. Jęknęła głośno, zapominając o ostrożności. Przelękła się w tym samym momencie i zerknęła przestraszona na śpiącego obok mężczyznę. Nawet nie drgnął. Zsunął dłoń z piersi, nieświadomie pozwalając jej się zbliżyć do uda rozgorączkowanego krocza dziewczyny. Wyciągnęła dłoń spomiędzy fałdów skóry i potarła nimi o rękę Adama. Z zaskoczeniem odkryła, jaką jej to sprawia przyjemność.

Przełykając ślinę, sięgnęła ręką ku członkowi mężczyzny. Delikatnie go pogłaskała, wydobywając spomiędzy ud, chwyciła między palce i położyła na boku. Przyglądała się mu przez chwilę, delikatnie gładząc. W końcu zbliżyła twarz i złożyła na nim swój pocałunek. Lizała metodycznie, przesuwając palcami po delikatnej skórce. Początkowy brak reakcji zaczął ją irytować, czuła jednak, że cierpliwość wynagrodzi jej działania. Choć Adam nadal spał, jego członek najwyraźniej obudził się, poczuwszy systematyczny erotyczny masaż. Drgał lekko z każdym ruchem jej drobnych palców.

Odsunęła delikatnie napletek i przyssała się do niego. Wciągnęła do ust i miarowo przesuwając dłonią po nasadzie, delektowała się rosnącą w jej buzi erekcją. Na chwilę odsapnęła, po czym włożyła go z powrotem całego, bez problemu połykając. Liznęła go po ściśniętych jądrach. Kilka włosków przyczepiło jej się do języka. Zaskoczona zakrztusiła się i czym prędzej wyswobodziła. Długa lepka strużka ciągnęła się między jej ustami a penisem Adama. Starła niesforne kędziorki i niczym makaron wciągała ślinę, powoli zbliżając się na powrót do członka.

Klęknęła nad głową mężczyzny i przycisnęła swoje łono do jego ust. Gdy energicznie pocierała nim o nos Adama, jego usta i brodę, jej dłoń zaciskała się na członku mężczyzny, a z ust dobywał się cichy jęk. Gdy na chwilę zatrzymywała się, pozwalając, by jej soki spływały mu do ust, obciągała mu szybko, wsłuchując się w ciche mlaśnięcia. W pewnym momencie mężczyzna chrapnął głośniej i usiłował przekręcić się na bok. Strwożona zeskoczyła z niego i przez chwilę obserwowała. Nie mogła pozwolić by zmienił pozycję. Jeszcze nie. Przytrzymała go delikatnie. Poddał się nieświadomie, jego dłoń opadła na jej udo. Uśmiechnęła się. Chwyciła go za nadgarstek i potarła jego ręką o swoje rozgorączkowane krocze.

Nie, nie mogła już dłużej wytrzymać. Odrzuciła dłoń mężczyzny i wskoczyła na jego penisa niczym na narowistego konia. Usidliła go między udami, po czym przymierzywszy się, usiadła z impetem. Z jej ust ponownie wyrwał się głośny jęk. Nie zważała jednak już na nic. Poczuwszy przyjemność dostarczaną przez wielkiego kutasa rozpychającego się w jej wnętrzu, ujeżdżała go szybko. Sprężyny łóżka jęczały równie głośno jak Ami. Skrzypiało pod nimi stare łóżko. Amelia złapawszy się za piersi, zgniatając je swoimi chudymi dłońmi podskakiwała tak wysoko, że niemal całkowicie uwalniała się od jego członka, po czym z impetem nabijała się aż po same jądra. Towarzyszące temu mlaśnięcia jeszcze bardziej ją podniecały. Puste, nie licząc szafy i łóżka, pomieszczenie odbijało odgłosy, tak że mogło się wydawać, że to nie jedna, lecz kilkoro dziewcząt bierze udział w tej niecodziennej orgii.

Gdy poczuła zbliżający się orgazm, zaprzestała mocnych pchnięć na rzecz szybkich posuwistych ruchów. Drażniąc łechtaczkę, doprowadziła się do orgazmu, który pozbawił ją na jakiś czas świadomości. Ze łzami cieknącymi po policzkach drżała, raz po raz zaciskając mięśnie pochwy na członku mężczyzny. To, że nie wystrzelił w nią swoją gorącą spermą, nie miało większego znaczenia. Wystarczyło bowiem, że spróbował już jej ciała. Następnym razem będzie bardziej świadomy.

Jej myśli pomknęły ku przyszłości. Widziała, jak ją bierze, raz za razem, zaciskając dłonie na jej piersiach, i wpatrzony w wijące się pod nim ciało, tężeje na twarzy, by po chwili wypełnić ją swym nasieniem. Uśmiechnęła się. Uwolniła od jego członka, zeszła z łóżka i czując jeszcze resztki podniecenia, podążyła w kierunku ukrytego w starej szafie przejścia. Nim zamknęła za sobą drzwi, zerknęła na mężczyznę. Leżał spocony w ubraniu na wymiętoszonym prześcieradle, cicho pochrapując. Jego dłoń zaciskała się na poduszce, ściskając jej róg jak sutek podnieconej dziewczyny.

.

Przejdź do kolejnego odcinka – Czarownica IV

.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Przeczytałam odcinek od początku do końca jednym tchem. Ależ nastrój!
Trudno powiedzieć, co dzieje się naprawdę, co jest tylko iluzją, a co rozgrywa się tylko w głowie bohaterów; kto kogo wykorzystał, kto kogo zwiódł i skusił. Żaden z bohaterów nie jest bez skazy, choć coraz bardziej skłonna jestem podejrzewać, że kobiety stoją po najciemniejszej stronie mocy. 😉

Śledzę z coraz większym zainteresownaiem tę mroczną, duszną opowieść. Osadzona w równoległym do naszego świecie – z wieloma jednak podobieństwami – powoli odsłania swoje tajemnice. Z pewnością wiele jednak zostało jeszcze do odkrycia.

Muszę przyznać że pierwsza część mi nie podeszła. Taka trochę krzyżówka pijackiego koszmaru z Sabatem. Ale przeczytałem trzecią a później drugą. Twój styl nosi cechy pewnej lekkości co powoduje że ten gęsty klimat odbiera się właśnie nie jako duszny.
Bardzo jestem ciekaw jak dalej Będziesz operował pokuszeniem. W tym odcinku wyszło fajnie choć wyrafinowane nie osiągnęło znaczącego poziomu. Może gdyby tekstu było więcej …

Ciekawi mnie kiedy i jak ten Twój „Geralt” przejdzie do działania…. :_-)

Jak dla mnie lecisz z tym tematem nieco za konkretnie… trochę brakuje opisów budujących grozę, tylko szast i prast. Gdyby doszło do ekranizacji wszystkie sceny można by później odegrać w niskobudżetowym studio, zmieniając tylko uposażenie w postaci księgi, skrzypiących drzwi, zasłonki i kranu z potencjalnie zatrutą wodą. Intencje „ciemnej strony” są aż nazbyt oczywiste, a mógłby się czytelnik przez chwilę chociaż pogłowić, mierząc z niepewnością, co czeka „ofiary”.

Sugerujesz że powinien dodać konnicę ? Tak by mógł się za to zabrać Wajda ? Mnie tam to nie przeszkadza. Najlepsze moim zdaniem filmy porno to non-profit, amatorskie rżnięcie. To opowiadanie ma w sobie coś unikalnego. Greg idzie w stronę wykorzystania pewnego atawizmu w celu lekkiego zaniepokojenia odbiorcy. Tak generuje się podniecenie. Odpowiednio zabarwione i o ile rżnięcie jakichś małolat średnio mnie kręci, to jest przecież ksiądz. Zamachy na jego silną wolę nie pozostaną bez echa :).

Zaraz konnicę…
Wyjącego psa za plebanią, pęknięcie suchej gałęzi nad drewnianą konstrukcją dachu, jakieś charakterystyczne wycie podczas zawieruchy.
Zaraz konnicę…

Na konnicę tudzież kawalerię jeszcze przyjdzie czas. Żartuję ? Pierwszy raz piszę coś dłuższego niż 3 odcinki i trzyma się to wszystko kupy… Yyy… Znaczy łączy w logiczną całość.
Dziękuję tym samym za pozytywne opinie, budujące do dalszego snucia tej opowieści ?
Pozdrawiam
MRT_Greg

Nie żebym zamierzała Cię zniechęcać, całkiem dobrze Ci idzie 🙂
Zastanawiają mnie jednak dwie rzeczy:
1) Czemu jak kobieta lubi seks od razu musi być czarownicą?
2) Ile palców u dłoni mają czarownice (Wbiła w siebie kilka palców, dokładając co chwila kolejny. Gdy cała dłoń znikła w jej wnętrzu…)?

Co do palców, podobno Anna Boleyn miała ich sześć i też nazywano ją czarownicą, chociaż był to tylko jeden z pomniejszych powodów (ale dobry argument dla wrogów). A pytanie pierwsze? Pozostałość patriarchalnego układu stosunków społecznych i wynikających stąd wzorców, utrwalonych przez religię, obyczaje, propagowane wzorce zachowań. Do tego w naszym kręgu tworzyli je i promowali często duchowni, zmuszeni do (oficjalnego przynajmniej) celibatu – skutki oczywiste. W świecie Grega – można sądzić, że to alternatywna rzeczywistość – te akurat tendencje rozwinęły się jeszcze silniej i znacząco kształtują otoczenie.

No nie, jakbyś czegoś… to prawie choroba.;-))

Przyłączyłbyś się lepiej do dyskusji 😉

Ania, o czym mam dyskutować?
Moje spojrzenie i sposób postrzegania tekstów jest tak odmienny od Twojego…
Serio, tak ważną sprawa jest ilość palców?
Przecież to fantazja, Za moment okaże się, że może się zmieniać, przeistaczać.
Dwie głowy, dziesięć palców u jednej dłoni… czy zmieni to sens do czego ich użyła?
Bardziej mnie intryguje przybysz… ;-))

Ależ dyskutować można o wszystkim, nawet o przeistaczaniu 🙂
Można omawiać fabułę, dywagować na temat jej rozwoju, analizować postawy bohaterów, konstrukcję opowieści czy użyty język…

Zacznijmy więc od tego czym konkretnie intryguje Cię przybysz 🙂

Aniu
Ad.2. – 2 to już kilka – nim się dojdzie do 5 trzeba dokładać kolejne.
Ad.1. – nie wiem do czego zmierzasz ale może wytłumaczenie Nefra będzie wystarczające…

Gregu 🙂

Ad. 2. Za internetowym słownikiem PWN kilka to: „zaimek oznaczający w sposób przybliżony liczbę większą niż 2 i mniejszą niż 10”, więc jeśli wbiła w siebie trzy palce, zostały już tylko dwa co słabo się komponuje z „dokładając co chwila kolejny”.
Ad. 1. A czy muszę do czegoś zmierzać? 😉
I nie myśl, że Nefer Cię uratuje. U niego mamy silną i niezależną bohaterkę, a nawet kilka.
Zdaję sobie sprawę, gdzie leży źródło podobnego spojrzenia na świat i naprawdę nie chodziło mi o uwarunkowania społeczno-kulturowe…

Cóż – proszę bardzo:
Nie bardzo wiem w którym momencie zasugerowałem, że jak kobieta lubi seks to musi być czarownicą. Niemniej „moje” czarownice seks uwielbiają, a że przy okazji są kobietami… cóż… pech… 😛 Ja bym tam taką nie pogardził 😀
Ujmę to tak – za słownikiem, za kulturą, za telewizją Trwam, za przewodnikiem… w doopie to mam. Dla mnie 2 to już ilość mnoga, zatem „kilka” pasuje. W języku niemieckim wszystko powyżej 1 jest liczbą mnogą, dlatego tłumacząc dosłownie, Niemcy mówią: 2 są, 3 są, 4 są, 5 są(! a nie, k…a , jest), 6 są… itd. A 1 jest. I jest to racjonalne i zrozumiałe.

Batavio – Szukasz cech wspólnych z moim bohaterem-przewodnikiem? 😀

Jak mawiają u nas „pożywiom uwidim” ;-))

Polski język, trudna język! ;D

Przypomina mi się denerwująca „zagadka” na okrągło powtarzana przez pewnego nauczyciela matematyki: trzy razy trzy są sześć czy jest sześć? 😉

Aha … więc to był również nauczyciel prawdy relatywnej. Rozumiem, filozofia wschodu :D. A w którym rosyjskim mieście to było ?

Chyba jednak dziewięć…

Zdecydowanie ;D ;D ;D
Ale „jest” czy „są”? 😉

Ja bym powiedziała „równa się”. 🙂

Napisz komentarz