Szminka i miecz (Marek Dopra)

Edmund Leighton, "Powodzenia!"

Edmund Leighton, „Powodzenia!”

To była szybka decyzja. Nic nie trzymało już Laury w mieście. Ani koledzy, ani kilka dalszych koleżanek, ani dwóch “nocnych dochodzących”, o których wiedziała od początku, że są w jej życiu jedynie przez chwilę i z którymi nie wiązała żadnych nadziei ani planów.

Właśnie ukończyła studia, stając się magistrem od „botaniki międzywymiarowej” i propozycja kilkumiesięcznej praktyki w równoległej rzeczywistości, z dala od zawirowań życia codziennego wydała jej się bardzo kusząca. Zdecydowała się niemal momentalnie. Przez chwilę słuchała monologu ze słuchawki telefonu zachęcającego ją do podjęcia wyzwania. Nie czekając na jego zakończenie przerwała rozmówcy krótkim: „tak”.

* * *

Nie miała dużo bagażu. Tam, gdzie się udawała nie potrzebowała, zbyt wielu rzeczy. Tylko dwie walizy upchane bo brzegi najniezbędniejszymi ciuchami wylądowały na platformie luku bagażowego. Siedziała w kabinie, w fotelu, zapięta pasami, razem z paroma innymi osobami, oczekując na rozpoczęcie transferu. Spodziewała się czegoś spektakularnego.  Przez chwile tylko zatrzęsło, światło przygasło na moment i było po wszystkim.

Drzwi kabiny otwarły się. Kilka minut temu była niemal w centrum miasta, w ośrodku badawczym instytutu fizyki, otoczonym szeregiem szklanych biurowców, drapaczy chmur i ulicami pełnymi ludzi pędzącymi gdzieś, każdy w swoją stronę. Gdy wyszła na zewnątrz, pierwsze co zarejestrowały jej zmysły, gdy wzrok przyzwyczaił się do blasku słońca, to wszechobecna zieleń. Usłyszała szum lasu i poczuła powiew lekkiego wiaterku na twarzy. Wtedy właśnie ostatecznie utwierdziła się w przekonaniu o słuszności swej decyzji.

Obóz znajdował się na rozległej polanie, wśród niewysokich wzgórz. Z jednej strony graniczył z lasem, z drugiej mieli widok na rozległe przestrzenie otaczającego ich świata. Całość ogrodzona była drutem pod napięciem, chroniącym mieszkańców placówki przed tubylcami. Wszystko wyglądało dokładnie jak na Ziemi, tyle że z dala od miast. Jednak Laura po pięciu latach prania mózgu na studiach, momentalnie wypatrzyła na trawniku pod nogami, że koniczyna ma tu zwykle pięć liści. Tych różnic we florze było  o wiele więcej i właśnie ich szukaniem i ewidencjonowaniem miała się zajmować przez kolejne miesiące. Sama trochę zdziwiła się tym, że idąc do swego baraku, patrząc w ziemię, podświadomie wyłapywała już po drodze wszelkie odmienności w długości i grubości źdźbeł traw i ich kształtów. Robiła to z wielkim zainteresowaniem. Ale przecież do tego właśnie była szkolona. Lata teoretyzowania o alternatywnych ekosystemach roślinnych, mogły w końcu zderzyć się z rzeczywistością.

* * *

Kucnąwszy obok płotu, delikatnie wykopywała łopatką małe, fioletowe kwiatuszki razem z ich korzonkami. Wypatrzyła je przed chwilą i koniecznie musiała dodać do swojej kolekcji badawczej. Niedawno minął miesiąc, od chwili, gdy  wylądowała w obozie. Trochę martwiła się na początku, że z dala od wszelkich atrakcji wielkich miast, życia towarzyskiego, zwariowanych imprez dopadnie ją tu w końcu znużenie. Jednak nic takiego nie nastąpiło. Widać miała dość szaleństw i spokój tego miejsca dawał jej więcej, niż straciła. W dodatku zauważyła, że bardzo lubi swoje zajęcie. To ciągłe odnajdowanie i ewidencjonowanie nowych okazów sprawiało jej zawsze radość i czuła się trochę jak odkrywczyni.  Choć praca była raczej monotonna, szczególnie papierkowa robota, to i tak dawała jej wiele satysfakcji.

Jako że dzień był słoneczny i ciepły, nie nałożyła dziś fartucha roboczego. Miała na sobie tylko adidasy, krótkie obcisłe spodenki i koszulę zawiązaną na wysokości biustu, tak że jej brzuch był odkryty. Wtedy właśnie zauważyła go pierwszy raz. Zwykle nie zwracała uwagi na tubylców, a i oni już dawno przyzwyczaili się do widoku gości, którzy do niczego się nie wtrącali i w niczym nie szkodzili. Jednak on, choć był daleko, przykuł jej uwagę. Słonce ją lekko oślepiło, więc mogła dostrzec jedynie zarys sylwetki rysującej się na pobliskim wzgórzu. Był zbyt daleko, by mogła rozróżnić szczegóły. Siedział na koniu wyprostowany, a jego zbroja lśniła w promieniach słońca. Laura po chwili przestała zwracać na niego uwagę,  ale jeździec wciąż tam tkwił, co na powrót wzbudziło w niej zainteresowanie. Dopiero po pewnym czasie doszło do niej, że on nie stoi tam tak bez celu. Że obserwuje. Rozejrzała się wokół, ciekawa co też mogło zainteresować jeźdźca, ale nie dostrzegła nic niezwykłego. Minęło jeszcze parę chwil, zanim pojęła że on patrzy … na nią. Choć nigdy nie przejmowała się tubylcami, jednak zrobiło jej się wtedy nieswojo. Rozwiązała koszulę i przykryła brzuch.  Zajęta pracą, co pewien czas spoglądała nieśmiało w stronę jeźdźca. A on ciągle tam był.

– O – usłyszała głos jednej z nadchodzących koleżanek – chyba masz amanta.

– No cóż – odpowiedziała z uśmiechem – ma się powodzenie. Ale jakiś taki nieśmiały, bo tylko stoi i stoi. Pewnie długo trzeba z nim chodzić, zanim do czegoś dojdzie. Ja go odpuszczam.

Dziewczyny zaśmiały się. Laura właśnie zakończyła swą pracę. Wstała i ostatni raz spojrzała w stronę nieznajomego. Słońce nieco schowało się za chmurami więc przestało ją oślepiać. Dopiero po dłuższej chwili, gdy wytężyła wzrok, zauważyła  na jego zbroi ledwo widoczne z tej odległości ślady wgnieceń i świeżej krwi. Wyglądało jakby skądś wracał i zatrzymał się po drodze gdy ją zobaczył. Dostrzegła także dwie mniejsze postaci które zbliżyły się do niego i o czymś z nim rozmawiały. Wyglądali na jego giermków. Po chwili zniknęły za wzgórzem, a on wciąż tam tkwił. Stał tam nawet wtedy, gdy zamknęła drzwi swojego baraku i dyskretnie spojrzała przez okno.  Dopiero po chwili gdy ciekawość sprawiła że ponownie podeszła do okna, wzgórze było puste.

Kolejne dni były pełne pracy i Laura już niemal zapomniała o tajemniczym gościu. Pewnego dnia zajęta pracą i plotkowaniem z koleżankami usłyszała wesoły głos jednej z nich.

– Twój absztyfikant przylazł. Prędko fryzurę popraw.

Odwróciła wzrok w stronę wzgórza i on znowu tam był. Tym razem jego zbroja była idealnie wypolerowana. Towarzyszyło mu dwóch giermków nad którymi przeważał wzrostem i sylwetką.

– No – zażartowała Laura – może mi drinka postawi. Dawno nie miałam żadnego w ustach, a w sumie miałabym ochotę po tej harówce.

– Już ja ci nie będę mówiła czego nie miałaś w ustach – zażartowała Alina zajmująca się minerałami – pewno nie będzie miał nic przeciwko.

– No wiesz – Laura zrobiła przesadnie obrażona minę – Nie wchodzi w grę. Potem będzie chciał się żenić i resztę życia będę musiała  załatwiać się do fosy.

Dziewczyny znowu się zaśmiały.

– Zawołaj go  może – powiedziała Elżbieta. Znała trochę miejscowe obyczaje i język gdyż tym właśnie się zajmowała. – Pogadaj z nim. Potłumaczę ci. Jaja sobie porobimy.

– No .. może ma jakiś fajnych kolegów – dorzuciła Alina.

– Ech – odpowiedział Ela – bez tych chłopów to wam się zaczyna tu w głowach przewracać.

Chwilę tak dowcipkowały na tematy damsko męskie i przybysza. Jednak gdy Laura spojrzała ponownie na wzgórze i nikogo tam nie było, poczuła odrobinę żalu. Rycerz pojawił się jeszcze kilka razy, zawsze obserwując ją uważnie z daleka i odjeżdżając gdzieś załatwiać swoje sprawy.

* * *

Pewnego razu Laura wypatrzyła na polanie za ogrodzeniem wielki, nieznany kwiat. Przypominał różę, ale był od niej większy. Stojąc przy płocie kombinowała, jak by go stamtąd wykopać i dołączyć do swoich zbiorów. Niestety, panował surowy zakaz opuszczania obozu przez osoby do tego niepowołane. Patrząc w stronę rośliny i przygryzając wargę rozmyślała intensywnie. Elżbieta zauważyła to. Podeszła do niej i kładąc dłoń na ramieniu, powiedziała:

– Poczekaj trzy dni. Jedziemy do pobliskiego kacyka, bo ma jakieś wątpliwości odnośnie zajmowanych przez nas gruntów. Stara śpiewka pazernych miejscowych. Jak będziemy wracać, to ci to wykopię.

Laurze nie za bardzo spodobał się ten pomysł.

– Za trzy dni to przekwitnie i będzie po sprawie.

– No to nic ci nie poradzę – odpowiedziała Ela. – Już masz tego zielska tyle w słoikach, że jedno mniej lub więcej nie zrobi różnicy.

W tym momencie znowu go dostrzegła na wzgórzu. Musiał stać tam od pewnego czasu, ale zajęta kwiatem Laura nie zauważyła go. On jednak zdawał się obserwować jakiś czas całą scenę i chyba domyślił się, czego chce dziewczyna. Stało się  oczywiste, że się domyślił, gdy uderzył strzemionami w boki konia i pognał galopem ze wzgórza w stronę kwiatu. W pędzie wyciągnął olbrzymi, ciężki miecz, pochylił się i nie zwalniając machnął nim, jakby to była  lekka zapałka. Ściął kwiat tuż przy samej ziemi. Następnie zatrzymał się i wielka dumą z siebie i swoich umiejętności spojrzał w stronę Laury.

– Teraz to już na pewno chce cię przelecieć – powiedziała Ela.

– O nieeeeeeeee … – wydusiła z siebie rozżalona Laura  – zniszczył mi roślinę.

– Już przestań  – odpowiedziała Ela – zboczona jakaś jesteś przez tę robotę. To co najważniejsze z kwiatka zostało, a reszta to korzenie. Chłop się stara, romantyczny, to nie marudź.

– Ta…  – odpowiedziała wciąż nieco strapiona stratą rośliny Laura. – Gdzie ja takiego drugiego znajdę, co tak mieczem umie machać. No trafiło mi się. Nie umierajcie z zazdrości.

W tym czasie nadeszły inne koleżanki, które obserwowały widowisko z oddali. Rycerzowi jednak nie było w głowie schylać się po kwiatka. Wrócił na swe wzgórze i kilkoma komendami wysłał po niego swego giermka, który czekał w pobliżu. Ten pośpiesznie zeskoczył z konia w pobliżu ściętej rośliny, podniósł ją i zgodnie z instrukcjami które dostał od swego pana, ciężko dysząc potruchtał z kwiatem w stronę płotu. Gdy zbliżył się, złożył poklon i wyciągnąwszy dłoń zastygł w oczekiwaniu.

Laura przyglądała się przez chwilę młodemu giermkowi,  intensywnie myśląc. Młodzian nie śmiał nawet podnieść na nią wzroku.

–  No weź to zielsko.  Zrób przyjemność adoratorowi, bo gotów się powiesić – Wtrąciła jak zwykle rozbawiona Alina.

– Hmmm – Laura ciągle myślała – Ela. Powiedz mu, że jak jego pan chce mi coś podarować, to niech ruszy łaskawie swoje cztery litery, a nie wysługuje się pomagierami

– Nie wiem czy to dobry pomysł – odpowiedziała Ela – urazisz go bardzo. Tu jest taki zwyczaj i będzie to bardzo niegrzeczne.

– Może za płotem jest taki zwyczaj, a tu jest inny – odburknęła Laura. Ela nie zamierzała dyskutować więcej. Widziała że Laura jeszcze jest zła o ta roślinę i  nie popuści. –  a jak się nie podoba, to niech sobie znajdzie inną do której będzie wzdychał  i giermków z kwiatami wysyłał.

– No już dobrze, marudo. – odpowiedziała Ela, po czym w łagodniejszych słowach przekazała giermkowi wolę Laury. Na twarzy Młodzieńca zauważyć się dało przejęcie. Strapiony podreptał z kwiatem z powrotem. Jeździec na wzgórzu niespokojnie obracał się na koniu. W jego ruchach dało się dostrzec lekkie wzburzenie, spowodowane tym, że jego sługa został odprawiony z kwitkiem.

Gdy giermek dotarł już na szczyt, osłaniając się rzekł coś w stronę swego pana. Widać było, jak rycerz zdenerwował się, zamachnął się nawet ręką na swego sługę, ale opanował gniew. Obrócił konia w miejscu i zaczął się oddalać, zostawiając podwładnych wzgórzu. Oni pozostali tam i wydawało się, że niezbyt chcą mu teraz wchodzić w drogę.

– No to ze ślubu nici – Laura zrobiła smutną minę i chowając twarz w dłoniach udawała, że pochlipuje. – I nie będę miała szansy do fosy się załatwiać.

– Nie płacz. On pewnie nawet nie wie nawet co to gra wstępna –  zażartowała Alina

– Oj, ty to tylko o jednym – wtrąciła Ela

W tym momencie oddalający się rycerz pociągnął za uzdę i pośpiesznie wrócił w stronę giermka. Niemal wyrwał mu różę z dłoni i wolnym stępem skierował się w stronę płotu, w miejsce gdzie stała Laura. Nie śpieszył się. Laura obserwowała jak tajemniczy gość zbliża się. Musiała przyznać, że gdzieś w środku była trochę ciekawa. Jej koleżanki także.

– A co jak będzie szczerbaty? – powiedziała cicho Alina. – I koniec wielkiej miłości…

– To ci go wtedy oddam – odgryzła się Laura z uśmiechem. – Ciii teraz.  Oblukamy  „towara”.

Rzeczywiście kobiety ucichły. Rycerz nadciągał. W końcu zatrzymał się tuż za płotem, ledwie dwa metry od nich, niemal na wyciągnięcie dłoni. Wtedy podniósł przyłbicę i ściągnął swój hełm.  Kobiety chwile obserwowały przybysza, a on był wpatrzony tylko w Laurę.

W końcu Alina podsumowała:

– Ciacho.

– No. Do schrupania – dodała z uśmiechem Ela.

– Weźcie przestańcie – Laura ucięła ich dyskusję. Rzeczywiście, Rycerz nie by najgorszy. Miał ciemne, ale lekko już szpakowate włosy. Jego szczupła twarz naznaczona była dwoma bliznami – na policzku i na czole. Dodawały mu one tylko uroku. Był dojrzałym, ale wciąż energicznym mężczyzną. Delikatne zmarszczki koło oczu i jego pełne głębi spojrzenie zdradzało, że niejedno już przeżył.  Patrzył na Laurę bez żadnego skrępowania. Jednak w jego oczach nie było żadnej desperacji, niepohamowanej żądzy, czy czegokolwiek w tym stylu. Po prostu obserwował ją z uwagą.

– Jak masz na imię, rycerzu? – Laura zapytała w jego języku.  Łapała już trochę podstaw, gdyż mieli godzinę nauki dziennie. Zresztą nie był tak trudny do nauczenia. Przecież nie było w nim tysięcy słówek do nauczenia w stylu: samochód, telefon, czekolada, biuro… Po prostu takie przedmiony nie istniały w tym świecie. Jednak gdy chciała przekazać bardziej skomplikowane treści, ciągle musiała się jednak zdawać na tłumaczenie Eli.

– Jestem  Marko – odpowiedział rycerz. A przynajmniej brzmiało to jakoś podobnie jak Marko. – Ja powiedziałem swoje, to teraz ty mów – zażądał bezceremonialnie. To jeszcze zrozumiała.

– Laura – odpowiedziała krótko – Jestem Laura.

Rycerz wyciągnął przed siebie zdobycz i powiedział cos szybko. Ela przetłumaczyła:

– Mówi, że widział, że pożądałaś tego kwiatu. Teraz go masz.

Laura już miała sięgnąć po niego. Ale nie poruszyła się.

– Powiedz mu, że wypada może żeby z konia zszedł, kiedy daje prezent kobiecie.

– Weź no już nie wydziwiaj – Ela wyglądała na nieco zniecierpliwioną.  – Fajny facet, miły, a Ty go chcesz przeczołgać. To naprawdę nie wypada rycerzowi.

–  Wcale nie! – odpowiedziała Laura. – Powiedz, że chętnie przyjmę dar, ale jak zejdzie. Mi też wiele rzeczy nie wypada i trudno. I nie będę na ten temat dyskutować.

– No to sama tego chciałaś – odburknęła Ela, po czym  przekazała jej słowa Marco.

Na twarzy rycerza pojawiła się najpierw złość a, a potem coś na kształt urażonej dumy. Zacisnął tylko zęby, włożył różę w słupek od bramy, obrócił konia. I zaczął się oddalać.

Po chwili Laura   zawołała:

– Marco!

Rycerz nie odwrócił się i wciąż się oddalał.

– No powiedz mu, żeby się zatrzymał na chwilę – Laura zażądała, łapiąc Elę za ramię. – No powiedz, że ja o to proszę.

Ela zawołała za rycerzem, a ten zatrzymał się po słowie „prosi”.

– Czy możesz mnie wysłuchać? – Powiedziała Laura. Rycerz nic nie odpowiedział, ale czekał, cały czas patrząc w jej oczy. – No dobra – rzuciła w stronę Eli – To mu tłumacz, ale dokładanie, słowo w słowo i nic nie przekręcaj. – Po czym zwróciła się znowu w stronę rycerza i wyraziła, co miała do powiedzenia. – Słuchaj no, ja wiem że tu macie swoje zwyczaje, obyczaje, normy. Ale my mamy też swoje. I do cholery, u nas jak facet chce dać kwiatka kobiecie, to wysiada z samochodu, a nie podaje jej go przez otwartą szybę. Nie wiem, czy w waszej kulturze to nietakt, czy mam jakieś dziwne wymagania, ale jak już chcesz wiedzieć, to u nas takie podawanie kwiatka to nawet nie nietakt, ale zwykłe…  – próbowała odnaleźć właściwe słowa – chamstwo i buractwo! Ufff – widać było że Laura się nakręciła. Ela tłumaczyła powoli rycerzowi, a ten słuchał w skupieniu. Ale jego twarz ciągle była naburmuszona. Na koniec Laura dodała: – A ty sobie zrób z tą wiedzą co chcesz!

Widać było, jak Marco chwile myśli nad tym co usłyszał. Zaciętość na jego twarzy z każdą chwilą znikała. Chyba nie był głupi i oporny na wszelkie argumenty. Po chwili zawrócił i z powrotem zbliżył się do płotu. Wyciągnął kwiat z słupka i patrząc ciągle w oczy Laury zsiadł z konia.

– Ale nie każ mu już klękać – Powiedziała zatroskana Alina. – Tyle żelastwa na sobie nosi bez wysiłku, to pewno ma sześciopak na brzuchu. To go już nie tłamś. Przynajmniej na razie, bo sobie pójdzie i tyle.

– No i nie ma problemów z przyznaniem się że nie ma racji – dorzuciła Ela. – Na ile znam ich zasady, to nawet nie wiesz, jak bardzo teraz się poświęca. I to na oczach swych podwładnych.

Tymczasem Marko wyciągnął dłoń z kwiatem w stronę Laury. Ta wyciągnęła swą dłoń przez lukę między drutami. Chwyciła kwiat i zabrała go.

– Dziękuje bardzo –  odpowiedziała sucho w ich języku.

Chwilę jeszcze stał patrząc na nią, następnie powiedział coś, wsiadł na konia i odjechał w swoją stronę.

– Co on powiedział? – Laura zapytała Elę.

– No mówże prędko – wtrąciła Alina

– Dokładnie tak:  Niestety… z bliska jesteś jeszcze piękniejsza niż z daleka. Ale na szczęście teraz też wiem, że jesteś harda, niesforna, zarozumiała  i za bardzo wyszczekana.

– Eee tam. – powiedziała Alina.  – Widziałam jego wzrok. Przylezie znowu.

– Marko!! – Zawołała jeszcze Laura za rycerzem. Ten odwrócił się na chwilę – możesz mu przetłumaczyć – powiedziała w stronę Eli – mam prośbę. Czy może wysłać giermka, żeby mi jeszcze korzeń od tego kwiatka znalazł, wykopał i przyniósł? Że mi bardzo zależy.

Marco odjechał, a jego giermek jeszcze przez ponad trzy godziny szukał korzenia. W końcu wydobył go na powierzchnię i niezwłocznie podszedł do płotu. Kłaniając się w pas oddał znalezisko, po czym oddalił się w nieznane.

Laura wieczorem zajmowała się konserwowaniem dzisiejszych znalezisk. W końcu wzięła w dłoń kwiat od rycerza. Już miała zacząć go opisywać, by potem włożyć do puszki z formaliną i skierować do wysłania, ale odłożyła długopis. Wyrzuciła korzeń do kosza, a kwiat wsadziła do wazonu obok swojego łóżka. Chwilę myślała o Marco, o jego oczach, o tym jak patrzył na nią. Przypomniało jej się także, jak ona sama patrzyła na niego, i jak ich spojrzenia krzyżowały się. Poczuła nawet coś w rodzaju dziwnej przyjemności. Zaraz jednak dotarło do niej, że takie rozmyślania są niedorzeczne. Że przecież on to i tak, jakby nie patrzeć, dzikus i co może jej mieć do zaoferowania? W końcu doszła do wniosku, że z drugiej strony to i tak nie miała tu za dużo do roboty, więc sobie może porozmyślać o romantycznym rycerzu i że to może być nawet zabawne. Gdzieś w głębi coś mówiło jej, że to może być nie tylko zabawne ale i niebezpieczne, lecz nie zwracała uwagi na tą refleksję.

* * *

– Ale ten twój amant gorący – powiedziała Alina, przegryzając kanapkę na stołówce. –  No, nie mogłam zasnąć zanim nie wyobraziłam sobie że wtargnął do mojego baraku i zrobił co chciał. Siłą – dodała.

– Ja ci dam. Chyba będę pobierać tantiemy, jak która będzie chciała o nim pofantazjować – odpowiedziała Laura, popijając kawę. Dziewczyny zaśmiały się.

– Eee spokojnie – Wtrąciła Ela – Ciacho nie ciacho, ale nie nasz świat. Zresztą, nie ma co owijać w bawełnę. To tylko  miejscowy…

–  …Dzikus – powiedziała Laura – tak wiem. Spoko. No przecież nie musisz mnie pocieszać. No serio, nic mi nie jest. – Rzeczywiście rycerz od tamtego czasu nie pojawił się. Jej koleżanki dostrzegały, że Laura czasem spogląda w stronę wzgórza i widząc je pustym, ma niezbyt wesoła minę. Dziewczyna  popatrzyła na swoje koleżanki. – Ale serio nie patrzcie tak na mnie. No przecież nie myślicie chyba, że mnie to jakoś obeszło.

W tym momencie do kantyny weszła Liza. Przeciągając się podreptała do swojego stolika. Gdy przechodziła obok Laury od niechcenia zapytała:

– A ten co cię tak zaczepiał, na co znowu tam czeka na tej górce?

– A nie wiem  – odburknęła Laura, kończąc jakby nigdy nic dojadanie śniadania. Dziewczyny obserwowały ją, ale nic nie dawała po sobie poznać. Popijała powoli kawę, delektując się nią. Jedynie dłoń lekko jej drżała.

– No weźże idź tam! – Powiedziała Alina – I tak wiemy, że już przebierasz nogami, żeby tam pójść. Ja bym przebierała!

– Już nie wyolbrzymiajcie – odburknęła Laura. – Co wy mnie tu z jakimś dzikusem chcecie wyswatać?! odbiło wam?

– No już się nie bocz tak – odrzekła Ela – I co się pieklisz. Wszystkie tu czasem znudzone jesteśmy, to przynajmniej możemy nacieszyć się twoim szczęściem. – Słowo „szczęściem” było mocniej zaakcentowane i zabrzmiało raczej ironicznie.

– Dobrze już. Skończcie ten temat – ucięła Laura, po czym ostentacyjnie poszła nalać sobie kolejną kawę, by pokazać, jak jej się nie śpieszy. – A mam ochotę dzisiaj na jeszcze jedną.

Kobiety jeszcze jakiś czas siedziały w stołówce. Laura spokojnie popijała kawę, czasem tylko zerkając w okno. Po śniadaniu jednak szybko zaczęła przygotowywać się do pracy. Przed wyjściem z baraku pośpiesznie poprawiła makijaż i fryzurę. Jeszcze raz zerknęła w lustro i zebrała swoje przybory.

Dziś postanowiła, że popracuje przy płocie i tam poszpera za czymś ciekawym.  Nie zdziwiła się, że dziewczyny akurat tam także zrobiły sobie dzisiaj miejsce pracy. On także tam był. Stał i patrzył z oddali. Laura nie zwracając na niego uwagi, wzięła się za swoją pracę, mierząc prędkość wzrostu sadzonek, zapisując dane w notatniku i przekopując łopatką ziemię. W ogóle nie spoglądała w stronę wzgórza. Jednak gdy kątem dostrzegła, jak jeździec powoli ruszył w jej stronę, serce zamarło w niej na moment.

Minęło parę chwil, nim dotarł do płotu w miejscu gdzie zajmowała się pracą. Siedział na koniu bez słowa. Kucając nad jakąś roślinką Laura niemal słyszała jego oddech . Czuła na sobie jego wzrok i ku własnemu zdziwieniu powodował on u niej ciarki. Jednak nie dała tego po sobie nic poznać. Cisza stawała się co raz bardziej krępująca. W końcu usłyszała, jak Marko zdejmuje hełm i zsiada z konia.

– Witaj Lauro – zrozumiała powitanie.

Skierowała na niego wzrok. Gdy znowu ujrzała jego wpatrzone w nią oczy lekko zadrżała, ale opanowała się momentalnie. Zdziwiła się, że tak reaguje na całą sytuację. Najtrudniejsze do zrozumienia było chyba to, że w środku czuła coś w rodzaju… odrobiny żalu wobec niego. Nie wiedziała, o co. Żalu że tyle go nie było?

– O, Marko – uśmiechnęła się. – Witaj. Co cię sprowadza do tej… nieznośnej, wyszczekanej?  – Niemal na pamięć nauczyła się wcześniej tego zdania w ich języku. Zresztą, ostatnie dni poświęcała nauce języka. Mogła już powiedzieć wiele, choć jeszcze nie wszystko rozumiała.

Odpowiedział coś ze skrzywioną miną. Ale nie rozpoznała jednego słowa na końcu. Na szczęście Ela pośpieszyła jej z pomocą:

– Powiedział że: na dodatek pamiętliwej  – przetłumaczyła.

– No dobra. Starczy tych czułości. Zapytaj co go tu sprowadza?

Marko nie odpowiadał. Przez chwilę patrzył na nią swym przenikliwym wzrokiem, tak że aż wstrzymała oddech. Była coraz bardziej zdziwiona tym, co się z nią dzieje. Dopiero po chwili odwrócił się i poszedł do swojego rumaka. Ściągnął z niego wielki wór wiszący u boku. Wrócił do płotu.

– Obserwowałem  cię wcześniej – powiedział, a Ela tłumaczyła jego słowa. – Widzę że dziwnie upodobałaś sobie wszelkie zielska. Ciągle tylko wykopujesz i zbierasz. Na waszej łące nie ma tego dużo. Przywiozłem ci trochę. – mówiąc to, otworzył sakwę . Gdy Laura zauważyła wiele różnych, niezwykle dziwnych kwiatów, zaświeciły się jej oczy. Na dodatek zauważyła że wszystkie one były nieucięte, a wykopane w całości. Pewno go to dziwiło, ale musiał zauważyć, że zawsze wykopuje rośliny z korzeniami i nie popełnił już tego błędu co za pierwszym razem. Nie mógł mieć pojęcia, że dla niej jako botanika czasem zwykła, mała zielona trawka mogła mieć takie samo znaczenie, jak taki czy inny piękny kwiat. Dlatego w worku mieniło się aż od kolorów. Ale fakt faktem, że od razu zauważyła wiele gatunków których próżno by szukać na terenie obozu. A tylko tu mogła przebywać. Czas spędzony na zajmowaniu się w kółko szukaniem i odkrywaniem nowych eksponatów sprawił, że wciągnęła się w swoje zajęcie. Marko pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy, jak cenny skarb jej przywiózł. Może i nie zdawał sobie sprawy, ale teraz dostrzegł to w jej oczach. Jego twarz nie okazała tego. Może tylko pojawiła się na niej odrobina dumy i zadowolenia.

Rycerz nie był zbyt wygadany. Zamknął worek i jednym ruchem przerzucił go przez płot. Chwile jeszcze popatrzył na Laurę, odwrócił się i wsiadł na swego rumaka. Dopiero gdy ruszył, Laura zawołała.

– Marko – ten odwrócił się na chwilę. – Dziękuję – Rycerz tylko lekko skinął głową i odjechał przed siebie, gdzieś w nieznane.

– Ale on na ciebie leci – powiedziała Alina.

– I… – Laura na chwilę zawiesiła głos – co z tego?

– No w sumie… – dodała Ela.

– Okej – ucięła Laura. Podniosła worek z roślinami i skierowała się do swojego baraku – to teraz mam trochę roboty.

* * *

Wieczorem gdy zamknęła oczy, widok jego twarzy znowu pojawił się w jej głowie. Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Przecież nie znała go wcale. Widzieli się kilka razy. W dodatku cała sytuacja i tak to była kompletna beznadzieja. Pochodzili z innych światów i wszystko co istniało i o czym tylko mogła sobie pomyśleć dzieliło ich. Ale jego obraz ciągle do niej powracał. To jak na nią patrzy, to jak wsiada na swego konia, jak obraca się, gdy ona woła go po imieniu. I wtedy pojawiło się w jej głowie pytanie. Czy teraz…  gdzieś tam … gdy on leży, próbując zasnąć…. czy w jego głowie też pojawia się jej obraz? Czy nawzajem myślą o sobie…?. Gdy to sobie uświadomiła, jej ciało przeszedł dreszcz.

* * *

Przyjeżdżał co jakiś czas, przywożąc nowe znaleziska. Laura z każdym dniem doskonaliła język miejscowych. Choć nie prowadzili długich dysput, wcale nie czuli się z tym niezręcznie. Wystarczyły proste sprawy, dźwięk jego głosu, jego spojrzenie, by  wszystko co ją otaczało przez chwilę znikało gdzieś jak za mgłą. Wystarczyło że wypatrzył na jej twarzy jakąś troskę i zapytał o nią, a już odlatywała.

Jednak w jego spojrzeniu pojawiało się coś jeszcze, czego zaczęła się bać. Z coraz większą złością patrzył na druty, które ich dzieliły. Pewnego razu przełożył dłoń przez szczelinę między drutami. Laura bezwiednie położyła na niej swoją. Wtedy dotknęli się po raz pierwszy. Jego palce były twarde, pełne odcisków, ale potrafił nimi delikatnie gładzić jej dłoń. Znowu poczuła dreszcze. Wtedy popatrzył na nią i powiedział:

– Mój gród jest dwie godziny stąd. Jedź tam ze mną. Teraz.

Laura zmieszała się. Wtedy zapaliła się w jej umyśle czerwona lampka. Zrozumiała, że pozwoliła sobie na zbyt wiele.

– Wiesz, że to nie możliwe  – odpowiedziała.

– Jesteś tu więźniem? – zapytał retorycznie.  Laura chciała odsunąć swą dłoń, ale on przytrzymał ją. – Wiesz jak na ciebie patrzę,  wiem, jak ty na mnie patrzysz. Może siebie oszukasz. Lecz mnie nie. Jak inaczej mam cię lepiej poznać?! – Patrzył na nią hardo – Gdybym tego nie widział w twych oczach, dawno by mnie tu nie było!

Laura czuła, jak mocno trzyma jej dłoń, tak że nie mogła jej cofnąć. Przestraszyła się. Dopiero wtedy uświadomiła sobie całą beznadziejność okoliczności, w których się znaleźli. Marko nie zrobił nigdy nic, co wzbudziłoby u niej lęk. Ale przecież pierwszy raz, gdy go zobaczyła był we krwi. Może swojej, może czyjejś. To jego późniejsze zachowanie uśpiło jej czujność. Przecież on pochodził z innego świata, świata, w którym pewnie panowało o wiele mniej zasad. Być może tylko to, że oddzielało ich ogrodzenie pod prądem sprawiało że on nie zrobił jej jeszcze żadnej krzywdy. Ale wcześniej czy później mogła wyjść z niego jakaś inna, prawdziwsza natura. Natura której nie da się rozsądnie wytłumaczyć, że coś jest niemożliwe. Tym bardziej, że ona się do tego także przyczyniała.

W końcu wyrwała swą rękę z jego dłoni.

– Zrozum! – powiedziała – To niemożliwe. Nigdy.

Czoło Marko zmarszczyło się. Myślał o czymś intensywnie, w końcu nie wytrzymał.

– Pokażę ci że to prostsze niż myślisz! – powiedział i wyciągnął swój miecz. Uderzył nim z całej siły w ogrodzenie. I padł momentalnie na ziemię, porażony setkami tysięcy wolt. Przez chwilę zwijał się z bólu, a Laura patrzyła na to przerażona. Dopiero po jakimś czasie wstał z wielkim wysiłkiem i spojrzał na nią.

– Wiem, co czujesz… gdybym tego nie wiedział .. nie zrobiłbym tego. Po prostu … chodź ze mną.

Laura zaczęła się cofać.

– Nie przyjeżdżaj tu nigdy. Rozumiesz? – powiedziała – przenigdy.  – Odwróciła się i pośpiesznie podążyła w stronę baraków. Widziała, jak przejęte koleżanki i inni pracownicy w obozie obserwują z daleka tą scenę.

– Chcę ciebie, a ty mnie – usłyszała głos Marko za sobą.

* * *

– Co tam się stało? – zapytała Alina.

Laura siedząc na swym łóżku patrzyła na ścianę.

– To nic… – powiedziała – to moja wina.  Chciał, żebym z nim pojechała. Utopia. Narobiłam bigosu i tyle.

– No, na chatę chciał cię zaciągnąć – odpowiedziała Alina – to nie zbrodnia. U nas też każdy facet na chatę chce nas sprowadzić – Alina nakręciła się. – A poza tym, ile normalny facet może z kwiatkami w te i we wte latać. Nie dziwię się, że się wkurwił.

– No tak – wtrąciła Ela – ale tu to pewno po „sprowadzeniu na chatę” tak się nie ciaćkają. Pewnie w pakiecie byłą by uczta, tańce, zabawa i ostry gwałt na drewnianym stole.

– No, to ja mogę jechać – zażartowała Alina – ten drewniany stół mnie przekonał.

Laury jakoś wcale to nie rozbawiło. Ciągle miała do siebie pretensję, że w ogóle dopuściła do tej sytuacji. Nie czuła złości na Marko, ale wiedziała że musi bardziej panować nad swymi myślami. Wiedziała też, że to już koniec tej znajomości, o ile tak mogła ją nazwać.

Przez kolejne dni postanowiła że w ogóle zapomni o sprawie i nie będzie myśleć o rycerzu. I nawet dobrze jej szło. Nie pracowała też na dworze, gdyż miała sporo zaległości z papierkową robotą. Czasem korciło ją, by spojrzeć w stronę wzgórza, gdy musiała gdzieś iść. Raz tylko to zrobiła i pożałowała. W oddali na wzgórzu zauważyła sylwetkę jeźdźca na koniu. Koleżanki też nie pomagały, gdy jedna czy druga wspomniała, że on czasem pojawia się tam na chwilę.

* * *

Jednak ogólnie zapominanie szło jej całkiem nieźle.  Aż do pewnej nocy, gdy jej się przyśnił. Był tak blisko, a ich usta spotkały się. Jego ramiona obejmowały  ją…  Cały poranek była rozbita. Znowu przypomniała sobie dotyk jego dłoni na swojej. Mijały dni, które może nie sprawiły, że zapomniała, ale czas nieco pomagał pogodzić się z losem. Jedynie wieczory były czasem tak puste.

* * *

Obudziło ją dudnienie i dobiegające z zewnątrz krzyki.  W oknie zauważyła migotający odblask ognia. Przerażona wstała z łóżka i skierowała się w stronę drzwi. Gdy je otwarła, widok jaki się jej ukazał sprawił, że wstrzymała oddech. Jeden z baraków płonął. Zauważyła wiele postaci na koniach pędzących wśród deszczu.  Wtedy dopiero pojęła, że zostali napadnięci.

Obserwowała jak najeźdźcy wyciągają przerażonych obozowiczów na główny plac. Zobaczyła także, jak płot w jednym miejscu przygnieciony był kilkoma ciężkimi konarami drzew. Wtedy także, pomimo zamieszania i deszczu zauważyła ich przywódcę. To był Marko. Laura zacisnęła zęby. Wiedziała, czego szuka i wiedziała, co zrobić, by uratować resztę naukowców.

Mimo ulewy i chaosu wyszła w samej koszuli i powoli, wśród kałuż, podreptała na bosaka w stronę dziedzińca. Nie miała nic, co mogło by jej służyć za obronę. Była przerażona, ale wiedziała że musi to uczynić. Prawie wszyscy mieszkańcy obozu już tam byli. Leżeli na ziemi przytrzymywani przez najeźdźców.

Siedzący na koniu Marko nagle ją zobaczył. Zawołał coś do swych ludzi, a oni zebrali się za nim. Patrzył na zbliżającą się Laurę spojrzeniem, które budził w niej grozę. Nie zważając na strach, powoli weszła na główny plac. Widziała twarze przerażonych kolegów i koleżanek. Stanęła kilka kroków przed Marko i wbiła wzrok w ziemię. Niemal nie zauważała deszczu. Na twarzy Marko pojawił się triumfalny grymas. Złapał za uzdę i niespiesznie podjechał do Laury. Stali tak przez chwilę w milczeniu. Jej koszula byłą co raz bardziej mokra i co raz bardziej przylegała do ciała. Czuła się przez to jeszcze bardziej bezbronna. Bała się go, gdy siedział przed nią na swym rumaku, ale jedyne co jej pozostawało, to czekać na swój los.

Czas mijał, a nic się nie działo. Dopiero po chwili Laura odważyła się i podniosła głowę. Spojrzała hardo na Marko. Zauważyła na jego twarzy zadowolenie z triumfu i siły, jaką rozporządzał, ale, gdy ich spojrzenia napotkały się, na ułamek sekundy ustąpiły one zmieszaniu. Dodało jej to odwagi. Popatrzyła na niego z wyrzutem, a on starł się nie uciekać przed jej wzrokiem. Siłowali się przez chwilę spojrzeniami, lecz żadne nie odpuściło. Wtedy właśnie to postanowiła, że weźmie się w garść.

– Może byś tak zszedł z konia, skoro chcesz się ze mną przywitać?! – zapytała podniesionym głosem.

Marko chwilę się zastanawiał, po czym uśmiechnął się hardo. Ciągle patrząc jej w oczy zeskoczył z konia. Widziała w jego wzroku poczucie władzy. To, jak czuje że teraz może wszystko. Jednak czas mijał, a on nie podejmował żadnych kroków. Stał przed nią. Miał ją na wyciągnięcie dłoni, miał ją w całkowitej swej władzy, lecz coś go trzymało w miejscu. Laura zauważyła wyczuwała w nim niepewność, która nasilała się z każdą chwilą.

– Na co czekasz? – zapytała pogardliwie. – Pokaż jaki to jesteś silny.

Zauważyła że jej słowa rozdrażniły go i przelękła się tego, co mogą wywołać. Ruszył powoli do przodu. Obszedł ją dookoła, wciąż nie spuszczając z oczu. Teraz czuła go za swoimi plecami. Jego oddech na szyi sprawił, że zamarła. Ale ciągle nie podejmował żadnego działania. Poczuła tylko delikatny dotyk jego dłoni. Przesunął ją po jej biodrze, delektując się tym dotykiem, ale cofnął się. Stanął znowu przed nią i ponownie spojrzeli sobie w oczy. Jego twarz była wciąż pełna determinacji ale… ale teraz to Laura poczuła własną siłę. Zrozumiała, że on nic jej nie zrobi. I on także powoli zaczynał to pojmować, choć jeszcze wzbraniał się przed tą myślą.

Miał wszystko, mógł wszystko, ale każda kolejna sekunda sprawiała, że pojmował, iż tak naprawdę nie jest w stanie wyrządzić jej żadnej krzywdy. Pragnął jej jak nikogo innego przedtem ale… nie w ten sposób. Spoglądając w jej oczy zapewne widział w nich wszystkie wspomnienia, w których uśmiechali się do siebie, czerpali przyjemność z wzajemnej obecności. Wspomnienia tych wszystkich chwil, w których po prostu byli blisko, wracały do niego z podwójną siłą. Myśl, że aby ją posiąść musiałby sięgnąć po przemoc, była nie do przezwyciężenia. Ciągle jeszcze łudził się, że panuje nad sytuacją, ale Laura już wiedziała, że jest bezpieczna. Miała naprzeciw siebie Marko w pełnym pancerzu, wspieranego przez gromadę uzbrojonych mężczyzn. I stała samotnie w deszczu, w jednej, przemoczonej do szczętu koszuli, niemal naga. Ale już wiedziała, że to ona tu rozdaje karty. Dostrzegła na jego twarzy zwątpienie. Poczuła że musi być twarda, przez wzgląd na swoich przerażonych kolegów.

– Jestem zła na ciebie Marko – powiedziała z żalem w głosie. – Bardzo zła – po chwili, widząc pierwsze oznaki poczucia winy dodała: – Będzie lepiej jak teraz zabierzesz swoich ludzi i odjedziesz…

Jego twarz wykrzywiła złość. Ale zaraz też pojął to, co Laura wiedziała już od pewnego czasu. Że nie jest w stanie zrobić niczego, co by sprawiło jej ból. Nie przejmował się tym, że okazuje słabość w obecności swych podwładnych. Miał to gdzieś. Stali w deszczu, naprzeciw siebie i on pierwszy opuścił spojrzenie. W jego sercu walczyły z sobą gniew, zagubienie, poczucie winy. W końcu złapał uzdę swojego rumaka.

– Jedź ze mną! – powiedział – chcę, żebyśmy mogli patrzeć na siebie tak jak dawniej. A nie jak teraz.

– Marko – powiedziała Laura, a on zamarł na chwilę przy swym koniu  – To niemożliwe – po chwili dodała ze smutkiem. – Za trzy dni opuszczam ten świat. Nigdy już tu nie wrócę. Ale … będę o tobie pamiętać.

Rycerz podniósł wzrok. Z jego twarzy zniknęły emocje. Wyciągnął ku niej dłoń. Laura z lekką niepewnością  wyciągnęła swoją. On ją uchwycił i poczuła dotyk, to jak czule ją trzyma, a po chwili jak nakłada coś na jej palec. Był to pierścień z wielkim brylantem, wartym zapewnie fortunę.

– Nie mogę, Marko – odparła, chcąc ściągnąć dar z palca, lecz mężczyzna ścisnął jej dłoń.

– Zrób dla mnie chociaż to! – zażądał stanowczo, nie pozwalając ściągnąć pierścienia, po czym odwrócił się na pięcie i wskoczył na rumaka – pamiętaj mnie dobrze. – Następnie zwołał swych ludzi. Powiedział jeszcze tylko jedno słowo –Żegnaj – po czym ruszył z kopyta i zniknął z pozostałymi, gdzieś w ciemności.

* * *

Cały następny dzień wszyscy uwijali się przy usuwaniu szkód spowodowanych przez najeźdźców. Tylko Laura była jakby nieobecna. Pomagała jak mogła, gdyż wiedziała że to wszystko przez nią, ale nie mogła się na niczym skupić. W końcu odesłano ją do baraku gdyż nie było z niej wiele pożytku. Każdy widział jej minę więc wieczorem koleżanki zawitały do niej z wizytą. Spodziewały się zastać ją w kiepskim stanie, jednak ona przywitała ich podniecona i pełna energii… zebrała je wokół swojego łóżka.

– Mam do was prośbę – oznajmiła. – A właściwie to nie prośba. Po prostu…. Musicie mi pomóc. Nie przyjmuję żadnej odmowy.  Jutro w nocy…

* * *

Już niemal świtało. Z bramą nie było problemów.  Najtrudniejsze było wypchanie jeepa poza teren obozu, tak by nikt nie usłyszał warkotu silnika. Ale we cztery jakoś sobie dały radę. Żadna nie próbowała odwieźć jej od tego pomysłu i wszystkie rozumiały, że po prostu inaczej skończyć się to nie może. I żadna nagana którą potem dostanie ona czy jej koleżanki nie miała w takich okolicznościach znaczenia.

Laura przedzierała się jeepem przez piaszczyste drogi i bezdroża. Pamiętała, w którą stroną kierował się zawsze Marko. Nie czułą strachu czy niepewności, że się zgubi lub że coś się jej stanie. Nie miała innego wyboru, musiała trafić we właściwe miejsce. Po jakimś czasie, gdy zaświtało dostrzegła chłopów wychodzący do pracy przy polu. Gdy do nich podjechała zapytała tylko jedno słowo:

– Marko?

Ci przestraszeni, kłaniając się prawie do ziemi, po chwili wskazali jej kierunek. Dała im w podzięce trochę słodyczy. Wiedziała że taki rycerz musiał być znany w okolicy.

Musiała jeszcze raz zapytać o drogę, a gdy zobaczyła w oddali gród otoczony murem zdrewnianych bali, serce w niej zamarło. Z daleka dostrzegła w nim kilkanaście domostw, a w środku największy budynek z kamienną podmurówką. Cały czas gaz miała dociśnięty niemal do samego końca i kilkakroć omal nie miała wypadku, ale nie przejmowała się tym. W końcu znalazła się przed główną bramą. Warkot silnika obudził strażników, którzy niepewnie wyglądali zza muru. Laura wyszła z Jeepa i zawołała do nich:

– Marko? Tu mieszka?

Przez dłuższą chwilę nic się nie działo, ale w końcu brama otworzyła się i wyszedł z niej lekko przestraszony strażnik.

– Czy tu mieszka Marko? Powiedzcie mu że, przyjechała Laura.

Na dźwięk jej imienia strażnik ukłonił głęboko z szacunkiem. Coś zawołał do swych kolegów, a ci pośpiesznie otworzyli bramę na oścież. Kobieta powoli ruszyła w jej stronę. Strażnicy kłaniali się głęboko, a ona nie przejmując się nimi, minęła ich idąc przed siebie.  Weszła na dziedziniec i skierowała się prosto w stronę kamiennych schodów prowadzących do wejścia głównego budynku. Obserwowała przejęte twarze strażników i mieszkańców. Patrzyli na nią pokazując sobie nawzajem i szepcząc. Wyłapywała jedynie często powtarzane: Laura, Laura, Laura… Gdy spojrzała w czyjąś stronę, miejscowi lekko skonsternowani składali głębokie, pełne szacunku ukłony. Znali dobrze jej imię, dlatego choć nie dostała jeszcze odpowiedzi,  wiedziała że to dom Marko.

Wiadomość o jej nadejściu wyprzedziła ją. Nie musiała dobijać się do wielkich, drewnianych drzwi, które otworzyły się przed nią na oścież. Słudzy zbiegali się do głównego holu, pośpiesznie nakładając części ubrań i składając kolejne pokłony. Pewno większość z nich dopiero co wstała z łóżek. Laura usłyszała dzwony z pobliskiej dzwonnicy… czyżby to na jej przybycie? Słudzy bez pytań wskazywali jej drogę dłońmi. Kolejne schody, korytarz i drzwi przed którymi stało dwóch wartowników. Gdy podeszłą, usunęli się bezszelestnie na bok, a jeden z nich otworzył podwoje.

Jej oczom ukazała się sypialnia Marko. Mężczyzna właśnie ubierał się pośpiesznie po porannej kąpieli. Miał na sobie tylko lniane spodnie . Laurze przyszło na myśl, że pierwszy raz zobaczyła go bez zbroi. Rzeczywiście miał sześciopak na brzuchu. Liczne blizny świadczyły o jego odwadze. W ogóle musiała przyznać, że był świetnie zbudowany, a  jego skóra wciąż mokra po kąpieli.

Zachowanie wszystkich, których mijała  po drodze wobec niej sprawiło, że zapomniała się na chwilę i  gestem dłoni nakazała strażnikom, by zamknęli główne drzwi jakby była u siebie. Jednak oni rzeczywiście posłuchali. Laura i Marko zostali w komnacie sami. Rycerz stał i patrzył na nią, aż zapierało jej dech w piersiach. Ona także nie mogła oderwać wzroku. Podeszła do niego i położyła dłonie na mokrych wciąż ramionach. Nie miała mu wiele do powiedzenia. Zresztą, w ogóle nie miała zamiaru rozmawiać. Jej dłonie przesunęły się w dół po torsie i brzuchu rycerza. Złapała jego luźne spodnie i osunęła je lekko w dół, a te same opadły do ziemi. Teraz stał przed nią nagi, tak blisko że ich oddechy mieszały się ze sobą. Jej dłonie błądziły po jego ciele. Dopiero wtedy poruszył się. Objął Laurę. Poczuła, jak bardzo jego dłonie są spragnione jej ciała i napawają się nim. Nie zamierzała protestować. Gdy jedna z nich wsunęła się pod jej bieliznę, niemal umarła. Gdy dotknął szparki, zauważyła jego zaskoczenie. Pewno pierwszy raz w życiu był z wydepilowaną kobietą. Zdumienie momentalnie przerodziło się w  ciekawość podniecenie mocno wezbrało w mężczyźnie. Uchwycił szorstką dłonią   jej delikatną muszelkę i znać było nie może nasycić się tym dotykiem. Laura zaś nie protestowała. Przyparł ją do ściany, jego oddech przyśpieszył. Zauważyła kątem oka, jak penis jest już w pełni gotowy…

Wtedy właśnie coś dotarło do jej świadomości. Jeszcze niedawno, przez tak wiele tygodni, to wszystko wydawało się zupełnie niemożliwe. Ona i on: to w ogóle nie mieściło się w jej myślach. Wszystkie okoliczności przeczyły takiemu rozwojowi sytuacji. Dzielący ich drut ogrodzenia był jedyną rzeczywistością, jaka była im dana. A teraz…. teraz on trzymał w dłoni jej szparkę, delektując się nią. Jego nagi penis sterczał, gotowy by w nią wejść. Nic nie mogło wygrać z tym, co ich do siebie przyciągało. Wszelkie przeszkody, argumenty przeciw, stały się w tym momencie tak mało istotne. Wtuliła się w niego, nadal czując jego dłoń między swymi udami. A on zaczął ją całować. Jej policzki, usta. Zamruczała cicho, po czym odsunęła twarz i uśmiechnęła się. Położyła dłoń na pieszczącej ją ręce.

– Wiesz… – powiedziała – wtedy, gdy najechałeś obóz ze swoimi ludźmi… chciała bym wiedzieć co… co wtedy zamierzałeś mi zrobić. – Na twarzy Marko na moment pojawiło zmieszanie i poczucie winy. Ale Laura nie odpuszczała – Serio chcę wiedzieć. Chcę żebyś … mi to pokazał.

– Nie wiem czy… – odpowiedział, lecz Laura nie odpuszczała.

– Oj nie bądź już taki porządny – drążyła temat – pewno już niejeden gród splądrowałeś i nie raz to zrobiłeś – Marko już miał odpowiedzieć, ale na jego twarzy pojawiło się jedynie zmieszanie. Laura położyła dłoń na jego ustach. – Nie odpowiadaj. Nie chcę słyszeć o tamtych. Chcę tylko wiedzieć, co chciałeś zrobić mi. Z jakimi zamiarami jechałeś po mnie … cały dzień o tym myślałam. Pokaż to mi teraz.

Marko zmarszczył czoło. Widać było, że bije się z myślami. Ciepło które czuł na dłoni uspokajało go, więc Laura odepchnęła jego rękę od siebie i zacisnęła uda. Nie chciała, by był teraz spokojny.

– Tak…  przyznaję. Czułem złość – powiedział w końcu –  zniknęłaś …. Chciałem…

– Jak? Jak chciałeś mnie ukarać? – wyszeptała, patrząc mu w oczy – pokaż… nawet jeśli będę się bronić.  – Marko wciąż stał nieruchomo. Laura zauważyła, jak irytuje go to że blokuje mu dostęp do siebie. Ale nie odpuszczała. Nie mogła się oprzeć pokusie, by dokręcić śrubę. – Nie – powiedziała stanowczo. Jednak jej oczy mówiły co innego. Widziała, że rycerz jest teraz w takim stanie, że nic go nie zatrzyma. Tym bardziej miała ochotę się bronić. Czekała na moment, w którym on straci przy niej zmysły. Nie trwało to długo..

Marko złapał ją silnymi dłońmi i rzucił na łoże. Laura spojrzała mu w oczy. Jego wzrok wywołał u niej ciarki.

– No to się doigrałaś! – powiedział. Gdy patrzyła, jak nagi i gotowy zbliża się do niej, bezwiednie zaczęła się odsuwać. Jednak on złapał ją za stopę i jednym ruchem przyciągnął do siebie. Nie zważając na to, że się wyrywa, przewrócił ją na brzuch. Nie wiedziała, co jej chce zrobić i budziło to w niej strach. Strach ale i ekscytację.

Nie rozbierał jej. Po prostu zdzierał z niej ubranie silnymi ruchami, rozrywając je na strzępy.

– Zostaw… – próbowała oponować, ale wiedziała że to na nic. Gdy już była naga przygniótł ją swym ciężarem. Nie mogła się ruszyć nawet odrobinę. Przytrzymał ją z całej siły…. Odwróciła głowę na ile mogła i zobaczyła na jego twarzy determinację. On ciągle ją przytrzymywał i… teraz dopiero pojęła, co chce zrobić. Przymierzał się, by wcisnąć się jej w tyłek.

– Nie… proszę… – błagała. Ale on już był w innym świecie. Pewno poczuł to co wtedy, gdy jechał po nią, a widok jej zgrabnych pośladków tylko zwielokrotnił żądzę. Teraz, po tym jak sama usunęła jego opory, był nie do zatrzymania. Nie bacząc na konsekwencje wszedł w nią. Wyładowywał wszystkie emocje i pragnienia, które nagromadziły się przez długi czas. Sprawiało jej to ból. Ale cierpienie pozwalało jej doświadczać czegoś, czego nie doznała nigdy wcześniej.

Przypomniała sobie te chwile, gdy najechał ich obóz i swoje późniejsze przypuszczenia odnośnie tego, co jej mogło grozić. Pewnie właśnie to by je wtedy zrobił. Poczuła się jak jedna z jego bezwolnych zdobyczy, służących  rozładowaniu prostych żądz najeźdźcy. Wyobraziła sobie, że inne zniewolone kobiety mogły leżeć pod nim tak jak ona. Poczuła wobec nich złość. Widziała jego twarz i emocje, jakie na niej się malowały. Teraz czuła, że nie jest jedną ze zdobyczy. Wiedziała że jest .. głównym trofeum. Ciągle próbując się wyrwać, wciąż szepcząc „ nie… nie…”  znosiła swój los, zaciskając zęby. Czuła jego twarde, męskie ciało na sobie, to jak przygniata ją i bierze w posiadanie. Jedyne, co mogła zrobić to zacisnąć dłoń na jego nadgarstku. W końcu poczuła, jak w niej eksplodował.

Wyszedł z niej i padł zdyszany obok. Dopiero po chwili otworzył oczy. Zobaczył łzy spływające po jej policzkach. Na twarzy rycerza momentalnie pojawiło się zmieszanie i troska. I znowu ta mina, jakby coś nabroił.

– Laura… – Objął ją dłonią. Ta zrzuciła ją ze swego boku. Jednak on nie poddawał się. Znowu objął ją, tym razem silniej. Mimo jej oporu przyciągnął i całując szeptał – Laura… Laura… – wyraźnie przejął się jej łzami. Ale ona dopiero po dłuższej chwili uspokoiła się i wtuliła głowę w jego tors.

Leżeli tak w milczeniu z godzinę. Jego dłonie znów zaczęły błądzić po jej ciele. Tym razem delikatnie. Całował niemal z nabożną czcią każdy centymetr jej skóry. A każdy dotyk jego ust, niezależnie czy na ramieniu czy na sutku, sprawiał, że drżała w jego ramionach. Ich usta spotkały się w końcu… języki owinęły się wokół siebie i tak smakowali się nawzajem., spragnieni wzajemnej pieszczoty. Byli tak blisko siebie i Laura wiedziała, że za chwilę  połączą w jedno. Ich nagie ciała zbliżyły się i zaczęły ocierać się o siebie. Czułą, jak twardy penis natarczywie dąży do tego, by w nią wtargnąć. Już prawie znalazł drogę do celu, ale wtedy Laura odwróciła się. Wsparta na kolanach i łokciach, zwrócona do kochanka pupą i świadoma swych pragnień, lecz lekko zawstydzona powiedziała:

– Tak chcę.

Na twarzy Marko pojawiła się na moment konsternacja.

– Nasze kobiety nie mają zachcianek.

– No nie marudź już. Chodź – odpowiedziała mruczeniem. Wypięła się zachęcająco w jego stronę, by teraz myślał tylko o jednym, a nie o zasadności kobiecych pragnień. Rzeczywiście nie musiała długo czekać. Złapał jej biodra i naparł. Laura mruczała i jęczała na zmianę, a Marko w zapamiętaniu robił swoje.

–  Mój ty zdobywco, taaaaak. – czuła, jak ją wypełnia. Jego mocne pchnięcia sprawiały, że zaczynała odlatywać. Dotyk silnych dłoni na biodrach doprowadzał ją do ekstazy. Trzymał ją tak jak lubiła: mocno i zdecydowanie, nadziewając miarowo na siebie. Oddała mu się w pełni, a on rewanżował się narastającą niemal bez granic rozkoszą. Znowu byli jednością. Gdy poczuła w sobie jego eksplozję, sama również poddała się ekstazie. Wszystko wirowało i nie panowała nad wrażeniami, które przeszywały jej ciało. Teraz pojęła, dlaczego nie wahała się ani chwili by tu przyjechać. Poczuła dobrze, co ją tak wiodło do małomównego rycerza.

Po wszystkim padli na łóżko, zmęczeni. Laura otworzyła jedno oko, uśmiechnęła się i powiedziała:

– To przerwa? – widok jego zmęczonej twarzy wzbudził w niej wesołość. Znowu przywarła do niego do niego i mocno się wtuliła. Nikt im nie śmiał przeszkadzać. Był to ich najdłuższy poranek w życiu. A może było już południe? Nie miało to dla nich znaczenia. On był blisko niej i to wystarczało za całe szczęście świata. Mijały kolejne kwadranse, a ciągle nie mogli nasycić się swym dotykiem.

Tym razem ona zaczęła całować jego ciało, a właściwie lizać. Jego tors, brzuch.

– Teraz – powiedziała – pokażę ci, co kobiety z naszego świata się nauczyły z  pornoli.

– Z czego? – zapytał.

– Nieważne. Leż. – Jej usta przesunęły się z brzucha jeszcze niżej. Zaczęła lizać penisa, a on niemal natychmiast podniósł się.

– Co robisz? – zapytał Marko.

– Cicho tam – odpowiedziała i ku jego zaskoczeniu złapała penisa ustami. Z wielką satysfakcją obserwowała jego konsternację, gdy powoli nasuwała się na członka, głębiej i głębiej. Ale czułą także jak z każdą sekundą męskość twardnieje w jej ustach. Poruszała głową w górę i w dół, patrząc ulegle na jego twarz. Czuła mrowienie na całym ciele, widząc jaką sprawia mu przyjemność. Wił się pod nią, a ona nie miała litości i nie odpuszczała ani na chwilę. Zapamiętale obciągała, składając mu hołd. Czuła każdą, najlżejszą nawet emocję, jaką w nim wywołuje. Nie mogła doczekać się, aż wybuchnie w jej ustach. A nie trzeba było już wiele by to osiągnąć. Dokładnie przewidziała ten moment. Grymas na jego twarzy, drżenie przeszywające ciało, pulsowanie penisa stanowiły jasne oznaki. Nie wypuszczała go z ust aż do ostatniej strugi…. Po wszystkim wylizała go dokładnie i uśmiechnięta znowu wylądowała w jego ramionach.

W końcu przyszedł ten czas. Marko leżał na brzuchu, z twarzą odwróconą w przeciwną stronę. Nie patrzył, jak nakłada na siebie strzępy ubrań, próbując je jakoś posklecać na sobie.

– I teraz znikniesz na zawsze? – zapytał tylko.

Nie widziała jego twarzy.  Dopiero gdy już była przy drzwiach  zatrzymała się na chwilę.

– Dałam ci więcej niż mogłam – opuściła wzrok i dodała – mniej niż bym chciała. Dużo mniej…

– Wiesz, że możesz tu zostać – odpowiedział.

– Nie mogę – Ciągle nie patrzył w jej stronę gdy zamykała drzwi. Być może chciał by ostatnim jej wspomnieniem, było to jak leży przy nim, a nie jak na zawsze go opuszcza.

* * *

Laura zakończyła wykład. Studenci powoli opuszczali salę. Jeden z nich podszedł do niej i poprosił o autograf pod książką jej autorstwa o niezwykle interesującym tytule: „Powinowactwo gatunkowe  traw pomiędzy alternatywnymi rzeczywistościami”.

Pośpiesznie opuściła budynek uczelni. Nie miała dziś wielu zajęć. Małemu Marko zostały jeszcze dwa dni kolonii, więc postanowiła, że odpocznie chwilę w domu i porobi zakupy w internecie. Przy młodym nic nie dało się zrobić w spokoju, gdyż był bardzo niesforny. Panie w przedszkolu zazwyczaj niecierpliwie wyglądały chwili, kiedy po niego przyjdzie, gdyż zawsze musiał coś nabroić. Szczególnie upodobał sobie plastikowy mieczyk, którym terroryzował kolegów, zaprowadzając swoje porządki. Gdy już była w mieszkaniu, zanim usiadła do komputera poszła do łazienki. Niechcący spojrzała na szufladę za koszem z brudami. Nie było to roztropne. Wiedziała że znowu będzie żałować, ale nie mogła się powstrzymać. Otworzyła szufladę i wyciągnęła z niej wielki pierścień. Założyła go na palec. Nie wiedziała, ile był wart i nie miała zamiaru tego nigdy sprawdzać. Po prostu chciała go czasem założyć na palec i za nic w świecie nie zrezygnowałaby z tego.

W jej mieszkaniu zwykle panowała cisza, gdy mały Marko był poza domem. Od powrotu miała jakieś dwa beznadziejne związki, które okazały się pomyłkami. Zresztą może Robert i Marcin nie byli tacy źli. Może po prostu nie pozwoliła im nigdy pokazać swej lepszej strony. Może tak naprawdę nie pozwoliła nigdy nikomu w pełni zbliżyć się do siebie i stąd te problemy.

Z pierścieniem na dłoni wyszła na balkon, odetchnąć świeżym powietrzem. Popatrzyła na ulice. Gdzieś tam, w dole właśnie podjechała taksówka. Wysiadł z niej jakiś mężczyzna w płaszczu. Wyglądał na bardzo zagubionego i dyskutował o czymś z kierowcą, pomagając sobie ruchami dłoni. W końcu skierował się w stronę wejścia do budynku. Przez chwilę, zanim wszedł do środka odwrócił głowę i Laura dostrzegła z daleka jego twarz. Wstrzymała na moment oddech i poczuła mrowienie na całym ciele.

– Ech… już omamy mam jakieś – westchnęła i poszła do kuchni, zaparzyć sobie kawę.

Próbowała tam wrócić, choć nigdy nie przyznawała się przed sobą, jak bardzo tego pragnie. Oszukując się łatwiej znosiła odrzucone wnioski. Patrząc jak ciemna ciecz leje się z ekspresu, rozmyślała o kolejnej odmowie, którą dostała parę dni temu. Może przez to miała omamy? Od kiedy zredukowano liczbę ekspedycji i zaostrzono kryteria, dostanie się tam graniczyło niemal z cudem.  Gdy ekspres zakończył swą pracę,  wzięła kubek i ruszyła do pokoju.

Nagle usłyszała pukanie do drzwi. Pomyślała o mężczyźnie który wchodził do budynku. Nogi się pod nią ugięły i wypuściła filiżankę z kawą na podłogę. Pukanie powtórzyło się. Wolnym krokiem podeszła do drzwi. Wstrzymała oddech gdy je otwierała. Patrzyła przejętym wzrokiem na postać, która ukazała się za nimi.

– Marko… – wyszeptała. Mężczyzna trzymał płaszcz w dłoni. Miał rozpiętą pod szyją koszulę, a marynarka świetnie na nim leżała.

– Mogę? – zapytał.

– Tak  – odpowiedziała  – Ale… jak?

Marko wszedł powoli. Spojrzał na nią i rzekł:

– Dogadałem się z szefem tamtego obozu i pomógł mi trochę. Już dawno nauczyłem się, że tam gdzie miecz nie daje rady, mieszek złotych dukatów czyni cuda. W waszym świecie także. A tego mam pełno w skarbcu  – na chwilę zawiesił głos. – Za złoto można wiele kupić – przysunął się do niej i pogłaskał po policzku. Laura patrzyła na niego chwilę, po czym wtuliła twarz w jego tors – Choć nie wszystko.

Z oczu kobiety pociekły łzy. Marko przytulał ją mocno. Po chwili przez łzy wydusiła z siebie

– Znalazłeś mnie. Znalazłeś – znowu spojrzała na niego i wzruszenie ustąpiło miejsca złości. – Dlaczego tak długo?! – niemal krzyknęła uderzając go piąstkami po torsie.

– Ufff – wysapał – wiedziałem znajdziesz coś do narzekania. Ale nie przypuszczałem że tak szybko! – Uśmiechnęli się do siebie. Marko otarł palcem łzę z jej policzka. – Długo, długo. Tak naprawdę szukałem cię już od urodzenia, ale skąd mogłem wiedzieć że jesteś dalej niż sięga moja wyobraźnia. W innym świecie…

.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

7 Komentarzy

  1. 7 sierpnia 2015    

    Co prawda było to pisane jako całość i tak można traktować, ale jest już kontynuacja, część druga przygód Laury i jej Marko którą można wygoglować. Szybko okaże się że nie jest tak różowo jakby wyglądało.

    A tak patrze na tagi to nie wiem czemu tam znalazła się uległość? 🙂 nawet w wymuszonej dominacji nie zachowywała się ulegle. No może potem jakieś tam elementy były ale wg mnie Laura ogólnie do uległych nie należała.

  2. Ruda Ruda
    8 sierpnia 2015    

    Korekta zasługuje na niezły opieprz! Ale mimo tego dobrze się czytało.

    • Megas Alexandros Megas Alexandros
      8 sierpnia 2015    

      Wierz mi, Ruda, Korekta zrobiła co mogła 🙂 Tekst wrócił do Autora czerwony od poprawek… jeśli jakieś błędy się przedostały, to tylko dlatego, że trudno je było dostrzec wśród już usuniętych. Ale możesz podesłać te usterki, które znalazłaś na megas_alexandros@gazeta.pl , postaram się niezwłocznie je usunąć.

      Pozdrawiam
      M.A.

  3. 9 sierpnia 2015    

    Nie wątpię, że Megas Alexandros zrobił, co było w Jego mocy. Mój krytyczny komentarz w podobnym duchu co powyższy Rudej pod cyklem miniatur Boobera dotyczył głównie usterek w rodzaju przecinków czy braku polskich diakrytów, które raniły moje uczucia estetyczne. 🙂
    Nie jest jednak rolą Korektora napisanie tekstu od nowa. Język opowiadania jest ubogi pod względem stylistycznym. Marku, zainwestuj w dobry słownik synonimów, popracuj nad warsztatem. Nadużywasz aż do zgrzytania zębami kompletnie płaskiego znaczeniowo dla tekstu fabularnego czasownika „być”. Monolog wewnętrzny czy potoczny styl rządzą się oczywiście swoimi prawami, ale bywa, że w trzech zdaniach z rzędu pojawia się wyraźnie niezamierzone konstrukcyjnie „może”. Nie mam nic przeciwko powtórzeniom, ale stosowanym świadomie jako figura retoryczna. Zresztą i tej potoczności u Ciebie brakuje wdzięku.
    Nie przemawia do mnie konstrukcja psychologiczna oblubieńca. Romantyk, co mieczem zetnie różę, tygodniami będzie z daleka obserwował pożądaną kobietę, kolejnymi tygodniami dialogował cierpliwie przez płot, a potem ni z tego, ni z owego gwałtownik, co tę upragnioną próbuje odbić siłą, by odejść z niczym; wreszcie bierze przemocą sprowokowany czym? Nie wiem. Owszem, trafiasz zapewne tekstem w fantazje wielu kobiet, które chciałyby jednocześnie kochanka czułego i gwałtownego, ale tylko wtedy, kiedy na jeden lub drugi modus przyjdzie im ochota; też takiego mężczyzny, którego mają całkowicie w swojej mocy. Do tego jeszcze zamożnego. Takie zwierzę w naturze nie występuje.
    I jeszcze jeep w dobie podróży międzywymiarowych? Autorze, wysil-że wyobraźnię!

    • 9 sierpnia 2015    

      No przejrzałeś mnie. Bohater miał być właśnie ucieleśnieniem takich niektórych marzeń kobiet. Jeśli wyszło to mnie cieszy. Właśnie takie założenie było aby stworzyć bohaterkę z która czytelniczka może się utożsamiać (współczesną kobietę), której losy krzyżują się z prawdziwym rycerzem i oczywiście zostaje ona panią jego serca:)

      Natomiast jeśli jeepy były 1941, są w 2014, to nie wiem dlaczego nie mogą być i za kolejne X lat.Ale raczej tu miała być nieodległa przyszłość ukazana. Tak by bohaterka była z naszego świata. Mogą jutro takie coś wymyśleć.

      • 9 sierpnia 2015    

        No tak, jeep, takie гнётся неламётся, trawestując skądinąd wdzięczną mowę potomków dawnych Rusów.
        Zgadzamy się zatem, że pod względem fabularnym Twój tekst to podwójna fantastyka, pisana ku pieszczocie marzeń niektórych kobiet. 🙂

  4. Nefer Nefer
    9 września 2017    

    Pomysł zderzenia różnych światów całkiem, całkiem ciekawy. Psychologicznych pobudek zachowania bohaterów nie oceniam, prawda, rycerz jakiś dziwny, ni to gwałtownik i zabijaka, ni to dworny kawaler. Jeep specjalnie mi nie przeszkadzał, przyjąłem to jako swego rodzaju nazwę własną pojazdu terenowego. Gorzej z tymi dwiema godzinami drogi, jak Marko określił odległość pomiędzy obozem, a własnym grodem. Czyżby przejęto tam już ziemskie miary czasu? Język… Tu poprzednicy powiedzieli, co się należało. Ale czytało się dobrze, a tekst dostarczył rozrywki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

BĄDŹCIE Z NAMI NA FACEBOOKU

LOGOWANIE

AKTYWNI KOMENTATORZY

(komentarze z ostatniego miesiąca)
  • Nefer (37)
  • Mick (30)
  • Megas Alexandros (17)
  • Ania (12)
  • Radosky (9)
  • Anonim S (6)
  • Karel Godla (5)
  • Roksana (4)
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje. Dowiedz się, jak je wyłączyć.