Aleja 69 (Areia Athene & Foxm)

Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, miejsc i zdarzeń – czysto przypadkowe.

Był mroźny majowy poranek. Czarny Chevrolet Impala przemknął przez dawną dzielnicę fabryczną i z piskiem opon zatrzymał się przed bramą do jednej z posesji. Widoczne za ogrodzeniem budynki wyglądały na całkowicie zniszczone i opuszczone wiele lat wcześniej. Na odrapanej ścianie największego gmachu z trudem można było odczytać namalowany farbą napis – Aleja… 69. Środkowa część adresu była niemożliwa do rozszyfrowania.

Po minucie zardzewiała brama drgnęła i otworzyła się zapraszająco. Samochód podjechał pod dawną halę produkcyjną. Kierujący nim młody, przystojny brunet kiwnął głową ochronie i niezatrzymywany przez nikogo spokojnie wjechał do wnętrza starej hali, pełniącej obecnie funkcję parkingu.

Wszyscy już są, pomyślał, rozglądając się w poszukiwaniu miejsca do parkowania. Ostatecznie zaparkował swojego lśniącego Chevroleta obok bladoróżowej Alfy Romeo.

Wysiadł z auta, zabierając ze sobą elegancką czarną teczkę. Przeszedł przez całą szerokość parkingu i dotarł do sprytnie zamaskowanej windy. Otworzył drzwi, wszedł do środka i szybko wystukał na klawiaturze swój ośmioznakowy kod dostępu. Winda drgnęła i powoli potoczyła się w dół.

Wyszedł z windy, gdy tylko zatrzymała się na najniższym poziomie i wkroczył w sam środek hałaśliwego piekła, zwanego Redakcją Najlepszego Bloga. Powitał go gwar rozmów, głośne stukanie klawiszy klawiatur, szum ekspresu do kawy i… buziak w policzek.

– Witaj, Leo! – powiedziała Minerwa, uśmiechając się wesoło. – Spóźniłeś się – dodała, żartobliwie kiwając palcem.

– Zaspałem – przyznał szczerze. – Pracowałem do późna.

– Wymyśl sobie lepszą wymówkę. Tę słyszałam już setki razy.

– Ale to prawda – zaprotestował.

– Dobra, dobra. Kawy?

– O tak, chętnie. Dużą, z podwójnym…

Nie dokończył. Przerwał mu odgłos gwałtownie otwieranych drzwi od gabinetu redaktora naczelnego. Stanęła w nich blondwłosa piękność, Marylin.

– I tak napiszę to po swojemu! – krzyknęła za siebie i trzasnęła drzwiami z taką siłą, że aż zatrzęsły się ścianki działowe.

Wszystkie rozmowy ucichły jak ucięte nożem, a autorzy nagle zaczęli sprawiać wrażenie bardzo zajętych autorów. Marylin stała przez chwilę pod gabinetem szefa, zbierając myśli i rozważając, czy nie powinna wrócić i przeprosić za swoje zachowanie. Zdecydowała się jednak na inne rozwiązanie – poprawiła rozwianą fryzurę, przeszła kilka kroków i zniknęła w gabinecie zastępczyni naczelnego, Lady France.

W tej samej chwili drzwi redaktora naczelnego otworzyły się ponownie. Julian (nie mylić z królem Julianem z popularnej bajki – Julian to zdrobnienie od Juliusza Cezara, sławnego rzymskiego wodza) powiódł surowym wzrokiem po swoich podwładnych.

– Lion, do mnie! – zarządził, zauważywszy spóźnialskiego i wrócił do gabinetu.

Wezwany spojrzał ze zdziwieniem na przyjaciółkę.

– O co mu może chodzić? – zapytał.

– Miałeś na dzisiaj skończyć ósmy rozdział „Dużej Stawki”.

Lion położył dłoń na czole i wyraźnie pobladł.

– Miałem skończyć? – spytał cicho. – Na dzisiaj?

– Nie skończyłeś… – domyśliła się Minerwa.

Pokręcił przecząco głową.

– Cóż – powiedziała, klepiąc go pocieszająco po plecach – w takim razie przed tobą najgorsze pół godziny w tym miesiącu.

Lion westchnął głęboko i nie odwracając się, ruszył powolnym krokiem w stronę gabinetu szefa.

– Trzymaj się – szepnęła Minerwa, odprowadzając go wzrokiem.

Lion starał się iść możliwie jak najwolniej, bez specjalnego entuzjazmu przebierając nogami. Podobne środki zaradcze na niewiele się jednak zdały – od drzwi prowadzących do gabinetu Naczelnego dzieliło go bowiem zaledwie dziesięć metrów. Zapukał nieśmiało i zastygł w oczekiwaniu na odpowiedź.

Dziesięciosekundowa cisza wydawała się trwać zdecydowanie dłużej. Młody autor zdążył trzykrotnie przekląć tamto nudne popołudnie sprzed dekady, kiedy to na ekranie jego średniowiecznego peceta pojawiły się pierwsze zdania „Dużej Stawki”. Wtedy to porzucił udawanie, że powtarza materiał do egzaminu dojrzałości, wygłosiwszy przy okazji tajemniczą filozoficzną sentencję o charakterze ogólnym:

– Pieprzę to!

Pitagoras razem ze swoim epokowym twierdzeniem poszedł grzecznie stać do kąta. I tak się zaczęło. „A po maturze degustowałem wino, rocznik bieżący”, opowiadał później. „Jednak zanim to się stało, wysłałem pierwszy tekst na Świetną Erotykę”.

Teraz miał straszną ochotę, by rzucić to wszystko w diabły. Już był niewiarygodnie zmotywowany, aby tak właśnie uczynić, gdy usłyszał przytłumione „wejść” Juliana. Przepełniająca go motywacja do działania zniknęła tak szybko, jak szybko się pojawiła. Przez tyle lat absolutnie nic się nie zmieniło. No, może mój zapał jest z roku na rok coraz bardziej słomiany, uświadomił sobie Lion.

Gabinet szefa zawsze kojarzył mu się z biblioteką. Człowiek miał wrażenie, że wchodzi do klitki wielkości komórki na miotły. Każdy centymetr wolnej przestrzeni był zajęty przez książki. Tysiące sztuk książek. Każdy egzemplarz – nie licząc drogocennych woluminów, pamiętających jeszcze czasy świetności Imperium Rzymskiego – był w idealnym stanie. Lion był jednak absolutnie pewien, że Julian zna zawartość całej swojej biblioteki na wyrywki.

Patrzył na jednego z czołowych zbereźników w tym kraju. I widział elegancko ubranego jegomościa o bladej cerze, z włosami zaczesanymi delikatnie ku górze, co zapewne miało maskować coraz większe zakola. Lion uważał, że Julian przypomina trochę dżentelmena starej daty, ze swoją oszczędnością w gestach, nabożną czcią dla regulaminów oraz wprawiającą w zakłopotanie większość rozmówców erudycją.

Ten człowiek pracował przez czterdzieści osiem godzin na dobę. Jego wkład w budowę potęgi Najlepszego Bloga był niekwestionowany. Służbista, pracowity ponad miarę, badacz historii starożytnej, profesjonalista w każdym calu. Poza tymi podstawowymi faktami w zasadzie niewiele wiedziano o Julianie na pewno.

Teraz Naczelny zetknął ze sobą końce swoich długich palców, łokcie oparłszy na nieskazitelnie czystym blacie małego biurka. Przez chwilę wpatrywał się w swojego gościa w milczeniu, a kiedy uznał, że nadszedł właściwy czas, zaczął bez zbędnych wstępów:

– Gdzie jest ósmy rozdział?

Lion poczuł jak duża kropla potu spływa mu po karku i płynie w dół, przez całą długość kręgosłupa. Już było nieprzyjemnie.

– Mam koncepcję – zaczął Lion. – Wiem już, jak to rozegrać.

– Koncepcję to ty miałeś w zeszłym miesiącu – wszedł mu w słowo Naczelny. – Dwa miesiące temu i… czekaj, sześć miesięcy temu też. Daj mi konkrety – liczba stron, liczba znaków, a najlepiej przybliżony termin oddania.

Oskarżycielsko wycelowany w jego kierunku długopis Juliana był niczym myśliwska flinta. Lion milczał jednoznacznie.

– Muszę zatem nanieść zmiany w Harmonogramie – oznajmił Naczelny takim tonem, jakim lekarze zwykle informują o tym, że operacja się udała, ale pacjent zmarł.

Harmonogram był absolutną świętością. Wszyscy nowi pisarze chcący pracować dla lidera na rynku wydawnictw erotycznych bardzo szybko i najczęściej boleśnie się o tym fakcie przekonywali. Teksty do publikacji planowało się tutaj z niepodlegającym dyskusji trzymiesięcznym wyprzedzeniem. Chętnych do pisania zawsze było więcej niż miejsc. Kolejki były długie. Liczyło się jedno – czytelnicy mieli dostać w swoje ręce nowe opowiadanie każdego wieczoru.

Jeśli trzeba było, autor miał stanąć na rzęsach, ale deadline stanowił świętość, której nie można było zbrukać.

Jeśli autorowi trzykrotnie powinęła się noga, Julian bez żalu składał swój podpis pod „dymisją z przyczyn osobistych” takiego delikwenta. Oficjalnie zasady były jednakowe dla wszystkich. Lion należał jednak do „Parszywej Siódemki”. Siedmiu autorów decydujących niegdyś o potędze Świetnej Erotyki, którzy tuż po jej upadku postanowili stworzyć prowizorkę, mającą zabezpieczyć artystyczną spuściznę portalu. Wyjątkowo trwałą prowizorkę, jak się później okazało.

Lion znalazł się w elitarnym założycielskim gronie właściwie przypadkiem. Wówczas był zaledwie początkującym debiutantem. Julian wypatrzył go jeszcze na starym portalu i udzielił kilku wskazówek, dokonując pierwszej gruntownej korekty jego „dzieła” naszpikowanego interpunkcyjnymi i ortograficznymi wpadkami.

To były czasy… Wtedy jeszcze nikt nie śmiał marzyć o zespole zawodowych korektorów, który pod kierunkiem Minerwy czuwał nad techniczną stroną publikacji.

Julian żywił do swego młodszego kolegi coś na kształt sympatii, czasem przymykając oko na nagminnie powtarzające się bumelanctwo. Nie tym razem.

– Daję ci czas do poniedziałku – oznajmił z pełną powagą, poprawiając jednocześnie okulary, które zsunęły się aż na czubek haczykowatego nosa. – Jeżeli się nie wyrobisz, zostaniesz usunięty z Redakcji oraz załogi.

– Ale ja mam plany na weekend – zaczął Lion. – Impreza… Znaczy rodzice przyjeżdżają.

– Nic mnie to nie obchodzi! – Usłyszał zdecydowaną odpowiedź.

– Moi fani na pewno poczekają, zrozumieją.

– Ty nie masz fanów. – Julian osadził w miejscu Lwa, nawet nie podnosząc przy tym głosu.

– Ale Julian… – Ostatnia próba ratowania sytuacji.

– Nie julianuj mi tu teraz. Bierz się do roboty. W poniedziałek tekst ma trafić do korekty. Czy wyraziłem się jasno?

Lion poczuł się nagle dziwnie mały i zagubiony. W końcu nadszedł ten dzień – postawiono mu ultimatum. Nie było zresztą w tym fakcie nic szokującego. Taki rozwój wypadków mógłby przewidzieć absolutnie każdy – poza samym Lionem.

Młodzieniec skinął tylko sztywno głową przełożonemu. Był zrezygnowany. Skończony.

– Mnie nigdy nie zdarzyło się nie oddać tekstu w wyznaczonym terminie – mruknął ni to do siebie, ni to do Liona Naczelny.

To była iskra, która podpaliła lont. Wybuchł bunt.

– Nie jestem tobą, wiesz? – warknął autor „Dużej Stawki”, bojowo poprawiwszy okulary oraz grzywkę. Teraz loczek kręcił mu się wyraźnie, co jeszcze bardziej uwypukliło uderzające podobieństwo do Clarka Kenta.

– Zdolny jesteś, ale obrosłeś w piórka – odparł ze stoickim spokojem redaktor naczelny Najlepszego Bloga. – Trzeba ukręcić na ciebie bat. Inaczej nie pokonasz swojego lenistwa. Bierz przykład ze mnie – ja od lat publikuję regularnie, ku uciesze moich drogich czytelników.

Była to prawda. „Opowieści Rzymskie” liczyły sobie już blisko tysiąc odcinków. Objętością przewyższały nawet „Dzieła zebrane Lenina”. Różnica była taka, że Lenin nie napisał swoich dzieł. Zebrano czterystu tekściarzy i powiedziano im: „Wiecie, towarzysze, napiszcie coś o Rewolucji, taki zbiór przemyśleń samego Włodzimierza Ilicza.” Tekściarze usiedli i napisali, a później wszystkich rozstrzelano za podszywanie się pod Wodza.

Julian za to osobiście stworzył każde zdanie w swych tekstach, zdecydował o umiejscowieniu każdej kreski i każdej kropki. Zarówno jego fani, jak i współpracownicy zastanawiali się, czy on w ogóle kiedyś sypia.

Lion uniósł ramiona ku górze i otworzył usta, gotów do dalszej kłótni. Emocje zaczynały się w nim gotować, koszula przylepiła mu się do ciała. Naczelny spojrzał na podwładnego. Nie trzeba było jego błyskotliwego umysłu, by stwierdzić, że w tym stanie wymiana argumentów nie ma najmniejszego sensu.

Postanowił odesłać autora „Marka Magnackiego” do pracy. Julian musiał się mocno wysilić, by nadać własnemu głosowi zdecydowany ton i jednocześnie ukryć ogarniającą go irytację.

– Możesz odejść – zakomenderował.

O dziwo, ten niesforny młody człowiek posłuchał i wyszedł.

Same kłopoty z tymi dziećmi, pomyślał Julian, ze smutkiem kręcąc głową. Sięgnął po gruby kalendarz leżący na brzegu biurka i ze znużeniem zaczął nanosić poprawki w Harmonogramie.

***

Odprowadziwszy wzrokiem Liona, Minerwa postanowiła wrócić do swojego gabinetu i tam na niego poczekać. Jej plany pokrzyżował jednak Bazyliszek, jeden z młodszych stażem autorów, dorabiający na ćwierć etatu jako korektor.

– Mogę zająć chwilę? – spytał, stając wprost przed nią i mnąc w dłoniach kartkę papieru.

– Jasne. Co tam masz?

– Znalazłem błąd w tekście Srebrnego.

Minerwa zmarszczyła czoło.

– Jesteś pewien?

– Tak, jestem. Sprawdziłem we wszystkich dostępnych słownikach, papierowych i elektronicznych. Nigdzie nie ma takiego słowa.

– Pokaż mi tę kartkę.

Minerwa spojrzała uważnie na podkreślone na czerwono słowo.

– Pytałeś innych korektorów?

– Wszystkich, którzy są dzisiaj w pracy. Nikt nie zna takiego słowa.

– A byłeś już z tym u Srebrnego?

– Właśnie… miałem nadzieję, że ty do niego pójdziesz… – powiedział cicho Bazyliszek, a na jego policzkach wykwitły rumieńce.

– Czy ja wyglądam jak osoba, która potrzebuje nagłego i silnego dopływu adrenaliny?

– Proszę cię… Na mnie nawet nie spojrzy…

Minerwa westchnęła głośno i pokręciła głową z dezaprobatą. Chwyciła trzymaną przez Bazyliszka kartkę i bez zbytniego entuzjazmu ruszyła w kierunku gabinetu Srebrnego.

Srebrny był jednym z najbardziej zasłużonych autorów Najlepszego Bloga. Napisał wiele tekstów, z których każdy był dowodem dogłębnej znajomości języka polskiego i obsesyjnej wręcz dbałości autora o najdrobniejsze szczegóły.

Jego gabinet znajdował się na końcu korytarza. Był znany z tego, że połowę jego powierzchni zajmowało ogromne biurko, które z kolei pokrywały tony słowników, leksykonów, encyklopedii i poradników. W centralnym punkcie stołu stała stara maszyna do pisania, która idealnie dopełniała wizerunku pisarza z pierwszej połowy XX wieku.

Minerwa zapukała do drzwi i weszła do środka, nie czekając na zaproszenie – którego, jak pokazywało doświadczenie, mogła się nie doczekać.

– Witaj, Srebrny. Możemy chwilę…

– Dobrze, że jesteś – powiedział, nie podnosząc głowy znad grubego słownika. – Znasz jakiś synonim do słowa „jeść”?

– Spożywać, konsumować, posilać się, sycić głód…

– Nie, nie, nie! Za mało oryginalne!

– To może żreć? – dorzuciła z lekko wyczuwalną ironią.

– Zbyt obcesowe. Trudno, szukam dalej – oznajmił i na powrót zanurzył się w lekturze.

Minerwa stała przez chwilę w milczeniu, przestępując z nogi na nogę. Gdy upewniła się, że autor najwyraźniej zapomniał lub – co bardziej prawdopodobne – ignoruje jej obecność, chrząknęła i zapytała:

– Możemy chwilę porozmawiać.

– Mów – odpowiedział, nie przerywając czytania.

– Korektor znalazł błąd w twoim tekście.

– Mało prawdopodobne, ale mogło się zdarzyć. Starość to jednak straszna przypadłość. Pokaż, co tam masz.

Minerwa podeszła do biurka i położyła na nim kartkę z tekstem.

– Chodzi o to słowo zaznaczone na czerwono.

Srebrny zdjął z nosa okulary i powoli, niemal z namaszczeniem przetarł je miękką szmatką, przez cały czas patrząc na koleżankę z niewzruszonym spokojem. Gdy proces czyszczenia dobiegł końca, autor ponownie wsunął okulary na nos i pochylił głowę nad tekstem.

– I co z nim jest nie tak? – zapytał, nie zmieniając pozycji.

– Nie ma takiego słowa.

Srebrny uniósł głowę i spojrzał Minerwie prosto w oczy.

– Zapewniam cię, moja droga, że takie słowo istnieje – powiedział z naciskiem.

– Dobrze wiesz, że nie zatwierdzę tekstu do publikacji tylko na podstawie twojego zapewnienia. Sprawdziliśmy we wszystkich możliwych słownikach. Nigdzie nie znaleźliśmy…

– Poczekaj chwilę – przerwał jej zniecierpliwionym głosem. – Zaraz ci to udowodnię.

Mówiąc to, Srebrny rozpoczął niespieszny przegląd znajdujących się na jego biurku woluminów. Przejeżdżał palcem po grzbiecie każdego z nich, odczytując pod nosem ich tytuły. Gdy natrafiał na tytuł napisany do góry nogami, zabawnie przekręcał głowę, by po chwili znowu ją prostować. Gdy odczytał tytuły wszystkich książek na biurku – a było ich kilkadziesiąt – zniknął pod biurkiem. Po chwili dobiegło stamtąd ciche mamrotanie, z którego można było wywnioskować, że autor kontynuuje swoje poszukiwania. Po kilku minutach wynurzył się na powierzchnię, oznajmiając:

– Nie, jednak musi być gdzieś tutaj.

Minerwa westchnęła głośno.

– Może poczekam na ten dowód w swoim…

– Nie, poczekaj, już mam – ogłosił triumfalnie i ze spodu jednego ze stosów wyciągnął cienką broszurę. Gwałtowność jego ruchu sprawiła, że książki rozsypały się na wszystkie strony, burząc przy okazji kilka sąsiednich stosów.

Srebrny zdawał się zupełnie nie przejmować rozgardiaszem, jaki zapanował na jego biurku, pod nim i obok niego. Szybko przewertował książkę i uśmiechnął się szeroko, odnalazłszy szukane słowo.

Odwrócił broszurę w kierunku Minerwy i wskazał palcem właściwy fragment. Kobieta pochyliła się nad tekstem i szybko przeleciała go wzrokiem.

– Masz rację – przyznała niechętnie.

– Dlaczego mnie to nie dziwi… – spytał retorycznie Srebrny, wznosząc oczy ku niebu i kręcąc głową.

– A co to w ogóle jest? – zapytała, otwierając książkę na stronie tytułowej.

– Mały słownik niepoprawnej polszczyzny z 1927 roku autorstwa Jana Kowalskiego – wyrecytował z pamięci.

– Pierwszy raz słyszę o czymś takim… – przyznała po chwili Minerwa.

– Twoja niekompetencja nie przestaje mnie zadziwiać – odpowiedział głosem zimnym jak stal.

– Ale przecież… – próbowała nieśmiało zaprotestować.

– Masz do mnie jeszcze jakieś pytania? – przerwał jej stanowczo.

Zrezygnowana pokręciła przecząco głową.

– Bądź zatem łaskawa zostawić mnie samego.

Minerwa chwyciła kartkę, z którą przyszła i bez słowa opuściła niegościnne wnętrze. Szybkim krokiem przemierzyła korytarz i również bez słowa oddała kartkę czekającemu na nią Bazyliszkowi. Ten nie pozwolił jej jednak odejść.

– I co z tym robimy?

– Zostaw tak, jak jest.

– Ale przecież…

– Rób, co mówię! – odpowiedziała nieco głośniej i bardziej stanowczo, niż zamierzała.

Bazyliszek kiwnął głową i bez słowa wrócił do swojego biurka. Minerwa obróciła się na pięcie i szybkim krokiem ruszyła w kierunku swojego gabinetu.

Ledwo zdążyła do niego wejść i z westchnieniem ulgi zanurzyć się w skórzanym fotelu, gdy drzwi otworzyły się z hukiem i do pokoju wpadł Naczelny.

– Mamy problem – powiedział lekko drżącym głosem i osunął się na stojące pod ścianą krzesło.

* * *

Traktują mnie jak niewolnika, myślał wściekły Lion już na korytarzu. A przecież do stworzenia naprawdę dobrego tekstu potrzeba iskry. Tej szczególnej kombinacji talentu i okoliczności. Tego się nie da tak na sucho… Nie da się i już!

Wściekły jak osa Leo wpadł do toalety. Musiał ochłonąć. Przed oczami stała mu przerażająca biel pustej strony Worda. Nie miał absolutnie nic! W pośpiechu przemył twarz i dopiero wówczas spojrzał w lustro. Coś było nie tak, ale bynajmniej nie z jego twarzą.

Problemem było… No właśnie co, zastanawiał się intensywnie. Wpadł na to po dłuższej chwili. Odgłosy dobiegające z zamkniętej kabiny tuż za jego plecami były jakieś dziwne. Stanął jak wryty i nasłuchiwał z uwagą.

Defekt instalacji? Budynek wydawnictwa przeszedł co prawda kapitalny remont przed kilku laty, bardzo możliwe jednak, że ktoś zapomniał o jakiejś przerdzewiałej rurze. Wyraźny mokry odgłos zdawał się tylko potwierdzać słuszność takiego rozumowania.

Ale nagle do uszu młodego pisarza doleciała kolejna porcja dźwięków. Ktoś znajdujący się we wnętrzu ciasnej kabiny bardzo ciężko oddychał. Zupełnie tak jakby był w trakcie bardzo dużego wysiłku, zupełnie nie będąc do niego przygotowanym.

A może po prostu ktoś zasłabł w środku, zastanawiał się Leo. Gdzieś na dnie podświadomości młodego pisarza zaczęła się rodzić jednak koncepcja zupełnie odmienna. Nim zdążył choćby przeanalizować taką możliwość, bezwiednie przeszedł kilka kroków. Jeżeli człowiek zamknięty w środku źle się poczuł, natychmiast należało mu pomóc. Leo już kładł rękę na klamce, już miał ją nacisnąć i wparować do środka, kiedy kolejne odgłosy osadziły go w miejscu. Dwa klaśnięcia sprawiły, że cofnął się o pół kroku.

Nikt raczej nie zaklaskał w dłonie, zwłaszcza że zaraz po nich rozległ się kolejny mokry odgłos, a finalnie jęk. Leo być może nie pisał regularnie, ale czynił to wystarczająco często, by rozpoznać coś, co wielokrotnie przecież starał się oddać przy pomocy odpowiedniej kombinacji słów.

W niepozornej kabinie zamknięte były nie jedna, a dwie osoby. Młody autor miał co do tego niemal stuprocentową pewność. Z chwilą kiedy to sobie uświadomił, wszystkie dziwne dźwięki, których pochodzenie przypisał wcześniej defektom instalacji, nabrały zgoła nowego sensu.

Leo nie postawiłby na to dużych pieniędzy, ale wydawało mu się iż usłyszał krótkie syknięcie, coś jakby „Ciszej!”. Kobieta, myślał coraz bardziej gorączkowo pisarz. Głos wydał mu się znajomy, ale nie miał pewności. Wiedział jedno – reprymenda odniosła marny skutek. Kilkadziesiąt sekund później od ścian toalety odbiły się echem donośniejsze niż poprzednio stęknięcia.

Lion stał i nasłuchiwał, a w jego głowie zapoczątkowany został bardzo rozległy łańcuch asocjacji – zupełnie jakby ktoś spuścił ze smyczy jego wyobraźnię. A ta zadziałała z werwą rottweilera, któremu w pole widzenia napatoczył się listonosz.

Wizualizował sobie dwójkę ludzi całujących się ze sobą zachłannie, ręce łapczywie i w pośpiechu badające ciało partnera. Jeśli to, co słyszał, było klasycznym szybkim numerkiem, spódniczka z pewnością została bezceremonialnie podwinięta do góry, a majtki odsunięte na bok. Stringi czy figi? Na potrzeby zapełnienia tej dziury w swej własnej w pośpiechu tworzonej wizji Leo wybrał figi. Pewnie w jakimś modnym w bieżącym sezonie pastelowym odcieniu – rozstrzygnął.

Rzeczywistość tymczasem zdawała się co najmniej o kilka długości wyprzedzać kreatywność młodego twórcy. Ciężki oddech stał się jeszcze lepiej słyszalny, a rytmiczne klaskanie bioder jeszcze częstsze. Teraz nie można było mieć wątpliwości, co też wyprawia się w toalecie najlepszego wydawnictwa erotycznego na rynku.

Mężczyzna, choć zdawał się nie wytrzymywać kondycyjnie, musiał wyprowadzać naprawdę głębokie i zdecydowane sztychy. Leo wysnuł taki wniosek, kiedy po raz pierwszy niski kobiecy jęk rozległ się na tyle głośno, iż Leo miał wrażenie, że stało się to tuż obok niego, a nie w odgrodzonej barierą drzwi kabinie. Poczuł znajomy dreszcz przemykający wzdłuż krzyża.

Kobieta gwałtownie zdawała się tracić panowanie nad swoimi emocjami. Potwierdzeniem tej spekulacji mogło być wyraźnie słyszalne mokre mlaśnięcie – zupełnie jakby coś dużego i grubego próbowało wbić się w doskonale nawilżone miejsce. Chłopak zaczął się zastanawiać, czy ścianki pochwy otuliły penisa, chcąc jak najdłużej zatrzymać go w obecnym położeniu. Jeżeli tak się stało, kimkolwiek był właściciel członka, nie miał w tym starciu najmniejszych szans na zwycięstwo. Finał był kwestią paru chwil.

Tak! Tak właśnie ująłby to w swoim tekście, gdyby teraz go pisał. Lion po raz pierwszy od wielu miesięcy naprawdę szczerze zapragnął coś napisać. Potrafił rozpoznać autentyczny przypływ weny. Muzy najwidoczniej były w tym sezonie łaskawe dla niesfornych autorów. Nagle świat wydał się piękniejszym miejscem, niż był jeszcze kwadrans temu.

Ach, jakże cudowne wydawały się dobrze słyszalne już jęki i posapywania! Ot, symfonia rozkoszy – kolejna znakomita fraza przyszłego tekstu. „Grafomania do kwadratu” – usłyszał gdzieś z tyłu głowy głos do złudzenia przypominający styl komentowania Srebrnego. „Masz potencjał, mały… Tylko wyjaśnij mi, do licha ciężkiego, dlaczego rozwijasz go tak powoli? Co i rusz wpadasz na mielizny egzaltowania. Zero szacunku dla piękna mowy ojczystej!”

Imaginacje na temat przyszłego komentarza przerwało mu wypowiedziane zdławionym głosem krótkie, ale dobitne zdanie:

– Rżnij mnie! Mocniej! Mocniej!!!

Kolejne uderzenie i towarzyszący mu pisk. Ktoś tu ma ciężką rękę.

– Och tak, tak, taaaak. Mocno!

Leo rozpoznał głos. Podejrzewał to w zasadzie od początku, teraz jednak miał stuprocentową pewność. Wielokrotnie słyszał ten sam kobiecy głos w zdecydowanie bardziej opanowanym i spokojnym, ale równie seksownym wydaniu. Kilkakrotnie nawet wyobrażał sobie, jak koleżanka w chwilach uniesień szepcze nieprzyzwoitości i prosi o więcej. Zdecydowanie więcej.

Nie dla Lwa rarytas. Stateczna mężatka, nie do wyjęcia. Jej nie w głowie erotyczne harce – zdawała się niewerbalnie komunikować. Na własne uszy słyszał jednak, jak mylna była powszechnie panująca opinia. Kolejny klaps zabrzmiał jak szyderstwo z powszechnie znanej nieskalanej reputacji autorki. A jednak! To był ten głos – zmieniony i zachrypnięty, ale żadna kobieta nie przyjmie ze stoickim spokojem penisa między nogami. Pożądanie zawsze wygrywa.

Nie inaczej było w przypadku najmłodszego twórcy Najlepszego Bloga. Utrzymująca się od kilku minut erekcja stała się jeszcze większa. Świadomość tożsamości kobiety strasznie go podkręciła. Ośrodek dowodzenia przesunął się zdecydowanie w dół. Być może dlatego Leo poczuł w sobie przypływ iście ułańskiej fantazji i odwagi.

Nagle przypomniał sobie o małym otworze w górnej części drzwi – pozostałości po niezbyt fachowo zamontowanym wieszaku. Ruszył zdecydowanie do przodu, jednocześnie ostrożnie stawiając stopy. Poruszał się bezszelestnie. Być może naprawdę miał w sobie coś z króla drapieżników? Kiedy dotarł do celu, pochylił się lekko i przyłożył oko do otworu w drzwiach do kabiny. Leżącą bezpańsko w kącie wściekle czerwoną szpilkę – tak wysoką, że chodzenie w niej najpewniej wymagało specjalistycznego treningu zręczności u mnichów z Shaolin – zobaczył jako pierwszą.

Ułamek sekundy później jego percepcja zarejestrowała szanowaną przez wszystkich autorkę klęczącą na zimnych kafelkach podłogi. Włosy miała rozczochrane, gustowna garsonka była potwornie wygnieciona. Jedno ramię miała kompletnie odsłonięte, ramiączko stanika musiało znajdować się gdzieś poza polem widzenia Leo. Jedno nie ulegało wątpliwości – ktoś dobierał się do nagości kobiety w wielkim pośpiechu.

Autorka wielu poczytnych serii i pojedynczych tekstów zdawała się być obojętna na swój obecny wygląd. Cała jej uwaga skupiona była na trzymanym w ręku sztywnym przyrodzeniu. Zaczęła klasycznie – od kilku posuwistych ruchów na trzonie. Góra, dół, góra, dół. Obdarzony pieszczotą, górujący nad kochanką wzrostem samiec zassał powietrze. Purpurowa żołądź, błyszcząca od nagromadzonej wydzieliny, została odsłonięta z wielką wprawą. Było widać, że dla tej damy robótki ręczne to nie pierwszyzna.

Odgłos splunięcia i porcja śliny znalazła się na czubku będącego w apogeum rozmiarowych możliwości członka. Pełne wargi z ochotą zajęły się penisem – spragniona kobieta już w pierwszym podejściu włożyła niemal połowę narządu w usta. Druga próba przyniosła sukces całkowity. Obciągająca na klęczkach pisarka dotknęła swym zgrabnym noskiem kompletnie wydepilowanego męskiego łona.

Dramatyczne oznaki krztuszenia bądź też głębokiego gardła były tak sugestywne, że dźwiękowcy z branży porno zzielenieliby z zazdrości. Kiedy po królewsku pieszczony organ znów ukazał się światu cały lepił się od śliny i wyglądał jakby zaledwie sekundy dzieliły go od wytrysku. Podglądający pod drzwiami Leo potrzebował nieco więcej, by skończyć – jego obecne położenie uniemożliwiało mu jednak strategiczne manewry w okolicach rozporka. Musiał siedzieć cicho, jeśli miał pozostać żywym obserwatorem całego zajścia. Martwy pisarz to często bogaty pisarz, ale bez szans na wydanie jakiejkolwiek nowości.

Mało brakowało, a wszystkie postanowienia dyskrecji wzięłyby w łeb. Wystarczyło, że zobaczył nagą, ciężką pierś swojej redakcyjnej koleżanki. Mężczyzna z całą pewnością był na ostatniej prostej do mety. Nie chcąc kończyć gwałtownie i bez choćby iluzorycznej kontroli, odsunął się dwa kroki w bok.

Podglądacz mógł sobie dokładnie obejrzeć uwolnioną z miseczki stanika lewą pierś. Skóra biała niczym mleko, zapewne niezwykle delikatna. I wyraźnie na tym tle odznaczająca się różowość sutka. Ach, jak przyjemnie byłoby je possać, zatoczyć malutkie kółeczko językiem wokół aureoli, a na końcu przygryźć delikatnie, ale stanowczo.

– Świetnie to robisz – odezwał się pewnym głosem pieszczony przed momentem mężczyzna, najwyraźniej komentując oralne umiejętności kochanki. Pochwała spłynęła po niej jak woda po kaczce. Leo jednak dokonał identyfikacji faceta.

Zdumiewające! Znana mu dość dobrze redakcyjna mapa sympatii i antypatii tej pary nie uwzględniała. Znakomicie się maskowali.

– Rozbierz się. Szybko! – Znów ten władczy ton głosu. – A teraz się odwróć. Ręce na ścianę. Musimy się pośpieszyć, zanim ktoś zauważy naszą nieobecność.

Napalona autorka bez słowa sprzeciwu zrzuciła z siebie sponiewierane części ubioru i odwróciła się tyłem do kochanka, kusząco wypinając pupę w jego stronę. Przyklejony do drzwi Leo nie mógł odżałować, że mężczyzna zasłania srom kochanki. Widział spory fragment wygiętych pleców i część pośladków. Bardzo podniecające, ale do pełni szczęścia sporo brakowało.

Kilka krótkich miarowych ruchów dłoni samca na trzonie i już był w pełnej gotowości bojowej. Zawiódł jednak oczekiwania Leo – zamiast włożyć swojego wojownika jak najgłębiej w oczekującą, mokrą do granic możliwości pochwę, obrał inną strategię.

Jego palec wskazujący musiał naprzeć na mocno zaciśniętego anusa autorki. Leo nie widział, ale słyszał zwierzęce niemal warknięcie, kiedy brutalna siła przełamała najbardziej oporny ze zwieraczy. Palec musiał wniknąć w jej ciało dość głęboko. Wiedziała, że za chwilę nadejdzie przyjemność, mimo to szarpnęła się, szukając ucieczki. Wydawało się, że palec posuwał ją przez niemal całą wieczność, jednak gdyby ktokolwiek w toalecie zajmował się liczeniem czasu, wiedziałby, że minęła niespełna minuta.

Po tej minucie mężczyzna wyprowadził zdecydowany sztych, najwidoczniej zagłębiając się na całą swą długość w ciasnej i mokrej pochwie. Oboje jęknęli z zachwytu, a biedny Leo zagryzł wargi. Nie chciał się zdradzić nawet piśnięciem.

Autorka doświadczała penetracji dwóch otworów jednocześnie i otwarcie manifestowała odczuwaną rozkosz. Kwilenie przerodziło się w jęk, a jęk w krzyk.

– Jest świetnie – bełkotała niczym chory w malignie – Jeszcze trochę… Bardziej… Jeszcze…

Gardłowy skowyt posiadaczki seksownego altu był niczym zwieńczenie, wielki finał. Kilka pośpiesznych ruchów bioder sprawcy całego zamieszania stanowiło dla Leo jedynie swoisty bis. Zaspokojona kobieta otrzymała ostatniego klapsa sekundę przed wytryskiem kochanka.

Mężczyzna cofnął biodra, a podglądacz przez sekundę obserwował sporą porcję białej gęstej cieczy, obryzgującej zgrabne plecy jednej z popularniejszych pisarek publikujących na blogu.

Lion, mimo że dryfował po oceanie własnej ekscytacji, zachował instynkt samozachowawczy. W niespełna pięć sekund oprzytomniał na tyle, by stwierdzić, że czas się ewakuować. Z erekcją wielkości Pałacu Kultury ruszył do drzwi. Jakimś cudem udało mu się zachować względną ciszę. Serce łomotało mu tak szybko, że prawdopodobnie był w stanie przedzawałowym.

Wypuścił koszulę ze spodni, aby choć trochę ukryć podniecenie. Szarpnął za klamkę, a do jego uszu doleciały jeszcze wypowiadane niskim głosem słowa:

– W następny weekend mama zabiera dzieciaki do siebie, a mąż wybiera się na coroczny turniej golfowy. Wpadniesz na kawę?

Lion wydostał się na korytarz i niezbyt pewnym krokiem ruszył z powrotem w sam środek rozdyskutowanego tłumu profesjonalnych literatów. Na szczęście, nikt nie zwracał na niego specjalnej uwagi – ferajna była pochłonięta swoimi sprawami.

Z jednej strony młody pisarz czuł, że przepełnia go wena, z drugiej – dobrze wiedział, że nie napisze ani słowa, dopóki nie opowie komuś o swojej przygodzie. Dlatego przemknął niepostrzeżenie przez główną salę redakcji i wpadł do gabinetu Minerwy, już w drzwiach krzycząc:

– Nie uwierzysz, co mnie spotkało!

– Cicho bądź! – zgasił go Julian.

Lion stanął jak wryty. Nie był przygotowany na to, że jego przyjaciółka będzie miała towarzystwo. Ale przynajmniej rozwiązało to problem kłopotliwej erekcji – widok Naczelnego podziałał na męskość Liona jak kubeł zimnej wody.

Minerwa wpatrywała się w ekran komputera i rozmawiała przez telefon – zapewne z Rozumnym, głównym informatykiem bloga.

Lion delikatnie zamknął drzwi i usiadł obok Juliana.

– Co się stało? – spytał go szeptem.

– Słoneczka przestały działać i blokują wyświetlanie bloga.

– Jakie słoneczka?

Naczelny zgromił go wzrokiem.

– Nasz system oceniania tekstów.

– Ach, te słoneczka…

System oceniania tekstów był jednym z filarów popularności blogu. Niemal doskonały, pozwalający na rzetelną ocenę pracy każdego twórcy. A ludzie uwielbiają oceniać. Możliwość obdarowania pięcioma słoneczkami swego faworyta czy też wychłostania jednym mniej lubianego pisarza zawsze była dla czytelników swoistą atrakcją. Awaria słoneczek oznaczała, że na stronie panował chaos. Setki tysięcy wyświetleń na dobę, tysiące potencjalnie straconych użytkowników. Jednym słowem – katastrofa!

– Ale co mnie obchodzi, że zepsuł się serwer w Stanach? Napraw to! – motywowała Rozumnego Minerwa. – To zrób tak, żeby działało!

– A nie można ich po prostu wyłączyć? – spytał nieśmiało Lion.

– Wyłączyć… – szepnął Julian i zlał się kolorystycznie z białą ścianą.

– A będziesz umiał je później włączyć? – spytała swojego rozmówcę Minerwa. – Dobrze, zrób tak.

– A nie mówiłem! – ucieszył się Leo.

– Nie, to lepiej tego nie rób – powiedziała kobieta, ścierając uśmiech z twarzy przyjaciela.

– A jeśli mu się nie uda? – Julian drżącym głosem wyraził swoją obawę.

– Spokojnie, Rozumny jest dobry w te klocki. Na pewno w końcu coś wymyśli.

– Ale tym razem nie mamy zbyt wiele czasu. Im dłużej…

– Masz rację, tak będzie lepiej. Dobrze, poczekam – zapewniła swojego rozmówcę Minerwa, po czym spojrzała na obu gości. – Chłopcy, naprawdę mi nie pomagacie, siedząc tu i jęcząc.

– Racja. Lion, idź do siebie – polecił Julian.

Odprowadził młodego autora wzrokiem i spojrzał na kobietę z porozumiewawczym uśmiechem.

– To dotyczy was obu – zauważyła chłodno Minerwa.

– Ale ja…

– Będę cię informować na bieżąco – dodała uspokajająco.

Naczelny wahał się jeszcze przez chwilę, ale jego zastępczyni patrzyła na niego nieustępliwie. Westchnął teatralnie i wyszedł z pokoju.

* * *

Godzinę później Minerwa wkroczyła do gabinetu Liona, niosąc kubek gorącego, aromatycznego napoju.

– Obiecałam ci kawę.

– Ach, już zapomniałem.

Minerwa podała mu kubek i przysiadła na brzegu biurka. Leo delikatnie upił łyk parzącej kawy.

– Skończyliście już? – spytał.

– Jeszcze nie. Ale muszę sobie zrobić pięć minut przerwy na rozmowę z kimś mówiącym po polsku, a nie po informatycznemu, bo zwariuję.

– Rozumiem.

– Jak ci idzie pisanie?

– Doskonale! Przez ostatnią godzinę napisałem prawie dwie strony! – pochwalił się młody pisarz.

– Super! Ile masz czasu?

– Jeśli w poniedziałek nie oddam gotowego rozdziału do korekty, Naczelny osobiście wyrzuci mnie z Redakcji.

– Już dawno powinien był to zrobić…

– Tak myślisz? – spytał Lion ze smutkiem.

Pokiwała głową, a potem uśmiechnęła się szeroko.

– Żartuję! – powiedziała i pieszczotliwie potargała go za ucho. – Pisz, pisz. Zobaczymy się na obiedzie.

Minerwa zsunęła się z biurka i ruszyła w stronę wyjścia. Nagle coś sobie przypomniała.

– Chyba chciałeś mi o czymś opowiedzieć…

Lion uśmiechnął się szeroko, a w jego oczach rozbłysły wesołe ogniki.

– Nie uwierzysz, co mnie spotkało!

c.d.n.

Przejdź do kolejnej części – Aleja 69 II

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

47 Komentarzy

  1. 11 lipca 2014    

    No, tego to się nie spodziewałam! Przygotowaliście wyborną niespodziankę urodzinową, debiut Arei i kolejne opowiadanie w duecie, drugie w historii bloga, ale pierwsze specjalnie dla NE.
    Teraz wiem, dlaczego tak ostatnio spiskowaliście po kątach!

    intrygujące jest to c.d.n… wnoszę z tego, że dowiemy się, która to koleżanka i który kolega:-) Już cieszę się na kolejną część:D

    Szczerze zaciekawiona
    Miss

    • 11 lipca 2014    

      … i oczywiście pięć sło… znaczy gwiazdek! za pomysł, płynność narracji, erotykę, humor no i za te wspaniałe perspektywy 😀

    • 13 lipca 2014    

      Droga Miss!

      Dziękuję za komentarz, dobrą ocenę i wszystkie miłe słowa 🙂 A co do tożsamości bezwstydników… Niczego nie mogę obiecać 😉

      Pozdrawiam – Areia Athene

  2. 11 lipca 2014    

    No Miss, nie wiesz jeszcze, o kogo chodziło? Ty? 😉
    Hmm, do pewnego momentu miałem nadzieję, ale nie, oczywiście Autorzy musieli o mnie kompletnie zapomnieć.
    Oficjalnie pochwalam debiut naszej Mi… tfu, Arei, gratuluję obydwojgu Autorom udanego duetu, ale mam jedno pytanie: skąd Wy tak dobrze wiecie, co się stało z towarzyszami-tekściarzami? Hę?
    Ja też pięć słoneczek, tfu… pięć tych, co się zepsuły, w oczekiwaniu na kolejne odcinki (i z małą nadzieją, że się załapię na mały epizodzik).

    Pozdrawiam wszystkich,
    seaman.

    • 12 lipca 2014    

      Ja? Ja… ja zawsze się na końcu o wszystkim dowiaduję, Seamanie, a już o takich bezeceństwach w czasie pracy, to w ogóle…
      Aż ze zgrozą myślę, co na to Naczelny…

      Autorzy, a ta toaleta to taka była jak u Ally McBeal, znaczy koedukacyjna?

      Nieskromnie jeszcze dodam, że Juliusz już był Juliuszem w Portalu Afrodyty, ale wtedy to przedsięwzięcie jeszcze taaakie maleńkie było, a teraz panie… niedługo trafi na giełdę!

      Oj Karelu, pochmurny poranek? Tym bardziej czegoś lekkiego potrzeba. U mnie po dniach pluchy wreszcie słońce wyjrzało…

    • 13 lipca 2014    

      Drogi Seamanie!

      Dlaczego sądzisz, że o Tobie zapomnieliśmy? Na pewno uważnie przeczytałeś nasze opowiadanie? 😉 Ale jeśli rzeczywiście zostałeś pominięty, obiecujemy, że któraś z kolejnych części Alei spełni Twoje nadzieje 🙂

      @ Miss: w siedzibie Redakcji Najlepszego Bloga każdy zakątek jest zgodny z ideologią gender 😉

      Pozdrawiam – Areia Athene

    • 13 lipca 2014    

      Hmmm, Areio, teraz zabiłaś mi ćwieka 🙂 Wydawało mi się, że rozpoznałem wszystkie postaci, a tutaj taka podpowiedź.
      Cóż, a więc 😉 wyliczmy:
      – Lion – oczywista oczywistość
      – Minerwa – patrz wyżej
      – Marilyn – ona może być tylko jedna
      – Naczelny – kłaniam się uprzejmie
      – Srebrny – tutaj miałem swój typ że tak powiem kruszcowy, ale teraz zgłupiałem…
      – postaci w łazience – ciiicho, ani słowa 😉

      Hm… Hm… muszę spytać Watsona 🙂

      Pozdrawiam, s.

    • 19 lipca 2014    

      Ja wiem, kto był w tej toalecie, ale nie powiem 😀 Seamanie, Ty nie zasługujesz na mały epizodzik, a na duży fragment co najmniej. 🙂 Zresztą Ty masz swoje zasługi dla tego tekstu, to Ty w jednym z komentarzy do Maxa Malyckiego, wyjawiłeś, że nasze biuro znajduje się przy Alei 69.

      Co do tekściarzy, tak twierdzą wysoko ustosunkowani towarzysze, mający szerokie pojęcie o ciemnych siłach kapitalistyczno – burżuazyjnej reakcji. 😀

      Srebrny? Myślałem, że sprawa będzie dość oczywista, ale skoro nie jest, pozostawiam Was z domysłami.
      Kłaniam się,
      Foxm

    • 19 lipca 2014    

      No właśnie mi też Srebrny wydawał się znajomy charakterologicznie, ale Areia lekko mnie z tropu zbiła sugestią, że powinienem uważniej tekst przeczytać i odnaleźć wzmianki o mnie, więc… zgłupiałem.
      I muszę do tego komentarza do Maxa wrócić, żeby móc się troszkę popysznić 🙂

      Pozdrawiam, s.

  3. 11 lipca 2014    

    Nio,. nio, nio…
    Strasznie mnie zaintrygował ten duet w nawiasie (zwłaszcza jego piękniejsza część – wybacz Lisie) .Rzuciłem się na tekst i wielce jestem ubawiony i ukontentowany. i jeszcze ro "c.d.n." na końcu. Wyszło sympatycznie i pięć sło… zdek, oczywiście.
    Pozdrawiam
    SP

    • 13 lipca 2014    

      Drogi Sinfulu!

      Dziękuję za tę "piękniejszą" część 😉 Cieszę się, że nasz tekst zdobył Twoje uznanie 🙂

      Pozdrawiam – Areia Athene

  4. 12 lipca 2014    

    "No, może mój zapał jest z roku na rok coraz bardziej słomiany, uświadomił sobie Lion."

    Cóż za udane i przekorne zdanie.

    Nie doczytałem do końca, bo pochmurny poranek nie nastraja mnie do lektury takich lekuchnych tekstów. Niemniej ze zgrozą znalazłem prosty błąd stylistyczny na samym początku tekstu. Jak to się mogło stać?

    Ale to tak mówię, żebyście nie uznali, że Was, drodzy autorzy, adoruję w kółku wzajemnym.

    Uśmiechu nigdy nie za wiele na tym padole i za to Wam dziękować.

    Karel ubawiony

    • 13 lipca 2014    

      Dzisiaj, skoro nieco słońca, a mecz zakończył się niemal zgodnie z moimi życzeniami, choć zwycięzca mógłby pokonanego dobić jeszcze kilkoma bramkami, przeczytałem opowiadanie do końca.
      Dzięki za tyle humoru i udanych fraz. Na gębie czytającego wielki banan – uśmiech od ucha do ucha. Ktoś tu ma talent niewątpliwy do pisania wesołych, radosnych opowiadań. Obyśmy z tego talentu mogli korzystać jak najczęściej.

      Pozdrawiam Autorów i Czytelników,
      Karel
      P.S. "żadna kobieta nie przyjmie ze stoickim spokojem penisa między nogami" 🙂 Ubawiło mnie, między innymi, te zacytowane zdanie. Jest wbrew oczywistości odkrywcze. Może tak zostać, lecz są jego dwie lepsze, moim zdaniem, wersje:
      żadna kobieta nie przyjmie ze stoickim spokojem penisa między nogi
      żadna kobieta nie przyjmie między nogami penisa ze stoickim spokojem

    • 13 lipca 2014    

      Zdanie to przypomina mi jedną linijkę z drugiej części kinowego Sherlocka Holmesa. Będę cytował z pamięci, proszę się więc nie śmiać:
      – Jaki człowiek o zdrowych zmysłach chciałby mieć między nogami rozbrykaną, obdarzoną własnym umysłem istotę?

      Dodam tylko, ze Sherlock wypowiedział te słowa, patrząc na konia.

    • 13 lipca 2014    

      Drogi Karelu!

      Pytasz, jak to się mogło stać, że w naszym tekście znalazł się prosty błąd stylistyczny… To oczywiste – albo jestem autorką, albo korektorką. No przecież się nie rozdwoję 😉

      Wielki banan na Twojej twarzy jest dla nas powodem do dumy i radości, a zachętę do dalszej wesołej twórczości obiecujemy rozważyć, gdy tylko skończymy się nacieszać premierą pierwszej części Alei 😉

      Pozdrawiam – Areia Athene

    • 19 lipca 2014    

      Karelu!
      Srebrny byłby z Ciebie dumny, on pewnie też miałby ze dwie propozycję stylistycznych poprawek. 🙂 Cieszy mnie niezmiernie Twój pozytywny komentarz. Czasem uda się zaskoczyć czytelnika, wskazując na rzecz zupełnie oczywistą. Zgadzam się z Tobą w zupełności, uśmiechu nigdy za wiele. Czasem przymrużenie oka jest bardzo mocno wskazane.
      Pozdrawiam,
      Foxm

  5. 12 lipca 2014    

    Witam,

    opowiadań autotematycznych było już na Najlepszej kilka, począwszy od "Portalu Afrodyty" Miss.Swiss, a skończywszy na cyklu "Nocy" Rity (niestety wciąż niezakończonym). "Aleja 69" wpisuje się w tą tradycję, łącząc elementy obydwu dzieł: humorystyczność "Portalu" oraz rozbudowaną kilkuodcinkową strukturę fabularną "Nocy" (tak przynajmniej odczytuję c.d.n. na koniec opowiadania, a także fakt, że nie wszyscy jeszcze zostaliśmy sparodiowani w tej części). Wyszedł koktajl smakowity, lekki i bawiący. Czytelnik nie znajdzie tu dramatów znanych z innych opowiadań i cyklów na stronie (największym jest awaria "słoneczek") ale sporo śmiechu – owszem. Zwłaszcza jeśli jest z nami od dawna i orientuje się trochę w realiach redakcyjnego życia.Tekst może być wprawdzie uznany za nieco hermetyczny, ale chyba na drugą rocznicę istnienia NE możemy sobie na taki pozwolić 🙂

    Oczywiście z radością witam debiut Arei Athene, która dotychczas była dobrym duchem Redakcji oraz moją osobistą Korektorką, która oczyściła z licznych błędów Opowieść helleńską, dokonując przy tym pracy iście tytanicznej. Nareszcie postanowiła wyjść z cienia i napisać coś swojego! Tym samym została naszą 33 Autorką. Gratuluję dobrego początku i czekam na więcej!

    No i przede wszystkim – na ciąg dalszy "Alei". Chętnie zobaczę parodystyczne przedstawienia pozostałych Autorów z naszej strony (bo w to, że "Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, miejsc i zdarzeń – czysto przypadkowe" ani trochę nie wierzę). Z przyjemnością dowiem się, jak zakończył się "kryzys słoneczkowy", lecz przede wszystkim – kim była tajemnicza para kochanków w służbowej łazience (a co to za zabawy w czasie pracy?! Już ja ich…). Za opis siebie się nie obrażam (bo w przeciwieństwie do "Naczelnego" mam jednak pewne, śladowe poczucie humoru oraz dystans do siebie), chętnie popatrzę, kto jeszcze oberwie satyrycznym piórem Współautorów 🙂

    Pozdrawiam serdecznie
    Nacz… znaczy się, M.A.

    • 13 lipca 2014    

      Drogi Aleksandrze!

      Dziękuję za komentarz i oficjalne powitanie w szacownym gronie Autorów Najlepszej Erotyki! 🙂

      Być może zakładasz, że skoro w kolejnych częściach Alei do głosu dojdą postacie dotąd pominięte, postać Naczelnego zostawimy w spokoju… O niedoczekanie Twoje! 😉

      Pozdrawiam – Areia Athene

    • 13 lipca 2014    

      Ja nic nie zakładam, może poza tym, że zawsze spodziewam się najgorszego i co najwyżej jestem potem mile zaskakiwany 🙂

      Pozdrawiam
      M.A.

  6. Anonimowy Anonimowy
    12 lipca 2014    

    Świetny pastisz 🙂 .

    Jak już jesteśmy przy historii i DE, to chciałbym zapytać kto pod sam koniec zaczął serię o nastolatku piszącym ostre opowiadania i koleżankach je czytających 😉 , i gdzie to zniknęło…?

    • 13 lipca 2014    

      Drogi Anonimowy!

      Dziękuję za miłe słowa! 🙂

      Niestety, nie kojarzę serii, o której wspominasz, ale pewnie prędzej czy później ktoś sobie ją przypomni 🙂

      Pozdrawiam – Areia Athene

  7. 13 lipca 2014    

    Świetne:) Nieźle się ubawiłem, czytając:)
    Czekam na obiecany ciąg dalszy. Ciekawi mnie kto tam baraszkował w tej toalecie:)

    • 13 lipca 2014    

      Ja tam mam swój typ na tajemnicza parę. Ale go nie zdradzę 😉

    • 13 lipca 2014    

      Drogi Kojocie!

      Cieszę się, że dobrze się bawiłeś, czytając nasze opowiadanie. Nie ukrywam, że właśnie o uśmiech i dobrą zabawę nam chodziło 🙂

      Ja na Twoim miejscu bardziej byłabym zaciekawiona tym, kogo w następnej części Naczelny przyłapie w schowku na odkurzacz 😛

      Pozdrawiam – Areia Athene

    • 17 lipca 2014    

      W schowku na odkurzacz to mógłby przyłapać słynnego tenisistę, Borisa:-) Jego ekscesy w schowkach na miotły są słynne na cały świat:-)

    • 19 lipca 2014    

      @Miss Wcale nie są takie słynne, ja o nich nie słyszałem. 🙂 Chcesz powiedzieć, że ten Boris był jakimś nie wiem… Miotłofilem? 🙂 Cóż, każdy ma własne zboczenia.
      Pozdrawiam,
      Foxm

    • 22 lipca 2014    

      @Foxm – Ten słynny schowek znajduje się w restauracji Nobu w Londynie, tam właśnie Boris… resztę sobie możesz wyguglać:P To było w zeszłym stuleciu, więc mogłeś faktycznie nie słyszeć o tym skandalu.

    • 22 lipca 2014    

      @Miss Dostałem zagwozdkę, z którą męczyłem się pół dnia. Ten Boris w tym schowku to podobno tylko seks oralny, a skoro tak, to skąd ciąża? Myślałem nawet, że w mojej edukacji seksualnej pojawiła się niebezpieczna wyrwa. Dumałem, dumałem i wydaje mi się, że znalazłem prawdopodobną metodę, którą panna zrobiła z bajecznie bogatego tenisisty tatusia.

  8. 13 lipca 2014    

    Drogie Czytelniczki! Drodzy Czytelnicy!

    Ponieważ po raz pierwszy mam okazję wypowiadać się pod własnym tekstem, pozwólcie, że zacznę od podziękowań 🙂

    Przede wszystkim dziękuję mojemu cudownemu współautorowi, Lisowi, bez którego być może nigdy nie zebrałabym w sobie dość odwagi, by opublikować opowiadanie na naszym blogu. Fox namawiał, przekonywał i roztaczał przede mną wspaniałe wizje świata widzianego oczami Autora, a nawet obiecał, że swą mężną piersią osłoni mnie przed całym złem tego świata. Taki współautor to skarb – polecam go każdemu, ale nikomu go nie oddam! 😉

    Korzystając z okazji, chciałabym także serdecznie podziękować Megasowi Alexandrosowi:
    – po pierwsze za to, że zdecydował się napisać i opublikować Opowieść helleńską, która stała się dla mnie bramą do świata literatury erotycznej,
    – po drugie za to, że zaprosił mnie do współpracy przy swojej Opowieści, dzięki czemu mogłam stać się malutką cząstką tego imponującego przedsięwzięcia,
    – po trzecie za to, że dwa lata temu zachęcił mnie do współtworzenia Najlepszej Erotyki, wciągając mnie tym samym w wir niezwykłej przygody w towarzystwie wspaniałych ludzi 🙂

    Dodatkowo, w imieniu swoim i Lisa (który aktualnie odpoczywa ode mnie poza zasięgiem cywilizacji) dziękuję Aleksandrowi za duchowe wsparcie, korektę naszego tekstu i przyozdobienie go odpowiednią ilustracją, a także za – jak sam to ujął – dystans do siebie i śladowe poczucie humoru! 😉

    Wszystkim tym, ktorzy przeczytali i skomentowali nasze opowiadanie – serdecznie dziękuję, a tych, którzy przeczytać i skomentować jeszcze nie zdążyli – gorąco do tego namawiam!

    Pozdrawiam – Areia Athene

    PS. Teraz, gdy już wiem, jaką frajdą jest dostawanie komentarzy, postaram się pisać ich więcej niż trzy rocznie 🙂

    • 13 lipca 2014    

      Za podziękowania dziękuję, cieszę się,że tak fajnie wyszło! No i czekam na kolejne niespodzianki tandemu Atena i Lis.

      Pozdrawiam
      M.A.

  9. 13 lipca 2014    

    😀 Ale czad!

    Mam nadzieję drodzy Lionie i Minerwo… ups.. znaczy się Foxie i Ateno, że macie już przynajmniej kilka stron kolejnej części. A zaraz zerknę sobie w harmonogram czy zaklepaliście już termin publikacji. Bo udała się Wam współpraca przednio. I ja, podobnie jak Seaman, robię proszące oczka do Was o jakiś mały epizodzik, taki tyci – tyciuni. No bo skoro mam urlop od pisania, to niech chociaż o mnie napiszą 😛

    Bardzo się cieszę, że u nas słoneczka działają, bo już klikam piąteczkę 🙂

    • 13 lipca 2014    

      RITO! Ty lepiej jeszcze raz przeczytaj:-)

    • 13 lipca 2014    

      Hehe – dobrze, że za moich czasów na maturze nie było tego nowoczesnego "czytania ze zrozumieniem", a zwyczajna radosna twórczość, bo bym pewnie nie zdała. Mówisz, że mam się lepiej wczytać kochana Lady France… ;P

    • 13 lipca 2014    

      Droga Rito!

      Jeśli czad, to fantastycznie! 🙂

      Kilku stron nie mamy, ale mamy koncepcję 😉 A terminu nie zaklepaliśmy, bo łączy nas z Lisem wrodzony wstręt do deadline'ów 😀

      Pozdrawiam – Areia Athene

    • 19 lipca 2014    

      Dodam tylko, że wiemy jak to rozegrać 🙂 Widzisz Rito, twoje proszące oczka poskutkowały. Co przyniesie przyszłość tego nie wiem, ale tak na moje oko piękna Marilyn jeszcze pokaże ma co ją stać. 🙂
      Pozdrawiam,
      Foxm

  10. 13 lipca 2014    

    Dobry wieczór!

    Ateno, skoro tak bardzo lubisz komentarze, spieszę z napisaniem własnego.
    Pogratulować już zdążyłam, więc nie chcę się powtarzać, ale… Nie schlebiałam jeszcze Lisowi. Dlatego przyjmijcie słowa pochwały. Mam nadzieję, Autorko :), że Lis ma w sobie wystarczająco dużo zacięcia i uroku, aby jak najszybciej nakłonić Cię do dalszej kolaboracji, bo wynik Waszej współpracy jest w pełni zadowalający. Z przyjemnością czytam teksty z przymrużeniem oka, przy których usta bezwiednie wyginają się w grymasie uśmiechu – ja takich pisać nie umiem.
    W przeciwieństwie do Seamana i Rity, nie oczekuję, że obejmiecie mnie swym piórem. I bez tego, opisana historia jest dla mnie satysfakcjonująca i niczego jej nie brakuje. Liczę, że na ciąg dalszy nie będziecie kazać czekać nam, Czytelnikom, zbyt długo.
    Życzyłabym sobie natomiast, aby uwikłać w ognisty romans Naczelnego… Oj, tak, bardzo bym sobie tego życzyła 🙂

    kenaarf

    • 13 lipca 2014    

      Droga Kenaarf!

      Dziękuję Ci za gratulacje i słowa pochwały! 🙂

      Zapewniam Cię, że ani Lisowi uroku, ani mnie ochoty nie zabraknie i naszą jakże przyjemną współpracę będziemy kontynuować. I właśnie dlatego, że niczego nie oczekujesz, obiecuję, że już wkrótce Cię swym piórem obejmiemy! 🙂

      Z ognistym romansem Naczelnego może być mały problem… Wyobraź sobie, jakich spustoszeń mogłaby dokonać choćby jedna mała iskra w jego wypełnionym materiałami łatwopalnymi gabinecie?! 😛

      Pozdrawiam – Areia Athene

    • 13 lipca 2014    

      Ależ Ateno! O mnie wszystko i wszyscy wiedzą. Napisana historia stałaby się bardzo nuuudna i przewidywalna. Ale odkrycie Naczelnego, jako człowieka pełnego erotycznej pasji… Tak! Tego sobie życzę 🙂 I kto powiedział, że musi oddawać się uciechom Redakcyjnego życia w obrębie własnego gabinetu? Z Lisem na pewno coś ciekawego wymyślicie. Liczę na Was!

      kenaarf

    • 19 lipca 2014    

      Myślę, że z nakłonieniem Ateny do dalszej współpracy nie będę miał większych trudności. Po samej lekturze komentarz widać wyraźnie, iż spodobało jej się po drugiej stronie barykady. 🙂

      Znacznie trudniejszym zadaniem było nakłonienie Arei, by w ogóle zechciała rozważyć moją propozycję współpracy. Było ciężko, wielkim sukcesem w tym procesie było tak "uwielbiane" przez czytelników moje opowiadanie walentynkowe. Dostałem za tamten tekst prestiżową nagrodę Marcepanowego Wacka. Ale prosta przygoda pewnego młodego człowieka, imieniem Kacper, spodobała się pewnej nieśmiałej Bogini Wojny na tyle, że nagrodziła moje wysiłki komentarzem.

      Zaraz, zaraz… Czy tamten facet, mający bardzo stresującą, ale dobrze płatną pracę nie wygląda znajomo? Hmmm….

      Ja tam nie mam nic przeciwko objęciu Kenaarf, a jak to się skończy, to się jeszcze okaże. 🙂
      Naczelny i romanse? E tam, przecież trzeba oddać na czas 1456753 odcinek "Opowieści Rzymskich". Nie ma czasu na głupoty, on zajmuje się tylko istotnymi sprawami. 🙂
      Pozdrawiam,
      Foxm

  11. Anonimowy Anonimowy
    14 lipca 2014    

    Całkiem niezła i dowcipna rzecz. Udana satyra na grono wzajemnej adoracji! 😀

    Absent absynt

    • 14 lipca 2014    

      Nie wzajemnej, a powszechnej. Nie od dziś bowiem wiadomo, że wszyscy nas uwielbiają:)

    • 15 lipca 2014    

      Drogi Absencie Absyncie!

      Cieszę się, że spodobało Ci się nasze opowiadanie! 🙂

      Szczerze mówiąc, trochę się obawialiśmy, że niektóre żarty mogą być niezrozumiałe dla osób spoza grona Autorów. Na szczęście, wierni Czytelnicy Najlepszej są dość dobrze zorientowani w zakulisowych relacjach 😉

      Pozdrawiam – Areia Athene

  12. 14 lipca 2014    

    Przeurocze. Obojgu Autorom należą się wielkie gratulacje. Nie mogę doczekać się ciągu dalszego 🙂

    • 15 lipca 2014    

      Droga Artimar!

      Dziękuję serdecznie w imieniu Lisa i swoim! 🙂

      A ciąg dalszy bez wątpienia nastąpi… Zwłaszcza że sama lektura Waszych komentarzy zaowocowała kilkoma nowymi pomysłami 😉

      Pozdrawiam – Areia Athene

  13. 19 lipca 2014    

    Witam Wszystkich!
    Wypada mi się po cichutku zameldować po powrocie z bardzo udanego urlopu. Powiem szczerze, że odetchnąłem bardzo głęboko ponownie zaglądając na Najlepszą. Aleja 69 spotkała się z Waszym bardzo ciepłym przyjęciem, za co dziękuję.

    Jestem z siebie dumny, gdyż pozyskałem dla Najlepszej bardzo sprawną Autorkę. Nie mogę się nie uśmiechnąć, kiedy widzę, że o wiele ładniejsza część naszego zespołu zadbała o odpowiedzi na wszystkie Wasze komentarze. Świetna robota. 🙂

    Pisanie we dwoję jest dla mnie nowym i cennym doświadczeniem, mając u swego boku kogoś takiego jak Atena pisanie opowiadań wydaje się dziecinnie proste. Nie mogę nie wspomnieć o drugiej rocznicy istnienia NE, w ten projekt wielu świetnych ludzi włożyło masę serca i czas. Pisać dla Was to sama przyjemność.
    Na koniec małe ostrzenie – my się dopiero rozkręcamy. 🙂
    Pozdrawiam,
    Foxm

  14. 31 lipca 2014    

    Bazyliszek, he? No ładnie, ładnie. Znając Bazyliszka, podejrzewam jednak, że nie sprawdzałby nic w słownikach, bo te, to on ma w głowie. Tak mu się przynajmniej wydaje, do czasu, aż ktoś mu wytknie to czy tamto. Ale, że nie znam go za dobrze to nie będę więcej
    Część bohaterów jakby brzmi znajomo, ale tajemniczość Autorów pozostawiła też miejsce dla domysłów. Bawiłem się przednio podczas lektury. Wydaje mi się, że Naczelny, przedstawiony w opowiadaniu mógłby bez kompleksów stanąć w szranki ze scenarzystami Mody na sukces. W kategorii ilości odcinków mieliby równe szanse 😀

  15. 1 sierpnia 2014    

    Drogi Smoku Wawelski!

    Cieszę się, że bawiłeś się przednio! 🙂

    Chociaż doprawdy nie rozumiem, dlaczego akurat postać Bazyliszka wzbudziła w Tobie największą sympatię 😉

    A Naczelny mógłby swobodnie rywalizować z dowolnymi scenarzystami… gdyby tylko nie był taki skromny 😀

    Pozdrawiam – Areia Athene

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

BĄDŹCIE Z NAMI NA FACEBOOKU

LOGOWANIE

AKTYWNI KOMENTATORZY

(komentarze z ostatniego miesiąca)
  • Nefer (37)
  • Mick (30)
  • Megas Alexandros (17)
  • Ania (12)
  • Radosky (9)
  • Anonim S (6)
  • Karel Godla (5)
  • Roksana (4)
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje. Dowiedz się, jak je wyłączyć.