Najlepsza Erotyka

Pani Johansson (Miss.Swiss)

Alexander Martynets (AlexMartynets), "Morning, coffee, cigarette.", CC BY-ND 3.0

Alexander Martynets (AlexMartynets),
„Morning, coffee, cigarette.”, CC BY-ND 3.0

Czasem zastanawiam się, czy w tym kraju ludzie w ogóle pracują. O dziesiątej rano w ostatni dzień roku warszawskie kafejki tętnią życiem. Z trudem znajduję stolik w modnej klubokawiarni, jak to ostatnio mówią, w modnej location. Czekam na przyjaciela, jednak Michał, jak zwykle zresztą, spóźnia się.

Zdejmuję płaszcz, zaznaczam nim terytorium krzesła naprzeciwko. To moje. Niech nikt nawet nie pomyśli, że z braku miejsc, może dosiąść się do wąskiego, chyboczącego lekko stolika.

Nie lubię siedzieć sama w kawiarni, szczególnie, gdy widać, że na kogoś czekam. Niestety, nie wzięłam żadnej gazety, więc uważnie studiuję krótką kartę śniadań.

Śniadanie francuskie, belgijskie, szwajcarskie… a ja chcę tylko zwykłą herbatę z cytryną. Zmarzłam, czekając na  tramwaj. Mina kelnera wyraźnie mówi, że bezproduktywnie zajmuję cenną przestrzeń. Cóż, trzeba to wytrzymać. Niech już wreszcie przyjdzie.

− Dzień dobry, pani Doroto! Cudownie panią znów zobaczyć! Ile to już lat? Pewnie z dziesięć. – Przy sąsiednim stoliku siedzi brunetka około trzydziestki i z wyciągniętą ręką pochyla się w moją stronę. Skądś ją znam, choć przez chwilę nie mogę skojarzyć.

− Pamięta mnie pani? Małgorzata T… Obecnie Małgorzata Johansson, to znaczy po drugim mężu, bo po pierwszym to Valentin. Był Francuzem, ale rozwiodłam się, bo życie z bankierem, wie pani, to po prostu koszmar, a pięć lat temu wyszłam drugi raz za mąż i wie pani…

Cholera! Pamiętam ją… pracowałyśmy kiedyś razem, tak z dziesięć lat temu.  Przemądrzała i ambitna stażystka, trochę za bardzo wyszczekana, absorbująca sobą otoczenie.  Żadna piękność, ale za to pozazdrościć można było pewności siebie . Tak, to ona. Zmieniła uczesanie, trochę się zaokrągliła, ale nadal nadaje jak nakręcona.

Witam się z rezerwą.

− Co u pani słychać? – pyta uprzejmie, ale nim zdołam sformułować odpowiedź, pędzi dalej w opowiadaniu swojego życiorysu. Studia w Belgii, Szwecji i USA i gdzie tam jeszcze, praca dla eurodeputowanego, jakieś artykuły, depresja, pierwszy mąż, drugi… Diabli nadali. Ani mnie to nie interesuje, ani nie chcę w rewanżu opowiadać jej niczego o sobie.

Nareszcie! Jest Michał! Całuje mnie w policzek, rzuca zaciekawione spojrzenie w stronę mojej rozmówczyni, więc nie mam wyjścia i przedstawiam ich sobie, a następnie wyraźnie zwracam się w stronę przyjaciela. Nie podoba mi się zaciekawiony, taksujący wzrok Małgorzaty ani to, że niby przypadkiem rozpina jeszcze jeden guzik bluzki. Tak patrzą kobiety zainteresowane, takie, które podjęły decyzję, że czas na nowego mężczyznę. No, niestety. Nie pozbędziemy się tak łatwo pani Johansson. Ledwo Michał zdołał się rozsiąść, ledwo ja – zamienić z nim kilka słów, gdy znów przypomina o sobie:

− Przepraszam, przepraszam! – Wychyla się w naszą stronę. – Mam ogromną prośbę… gdyby państwo zechcieli…

Uśmiecham się chłodno, mam nadzieję, że moje lekko zniecierpliwione skinienie głową będzie wyraźnym znakiem, żeby wreszcie zajęła się sobą, swoim cappuccino i ostatnim numerem Vogue, który leży na jej stoliku.

− Widzicie… – gładko przeskakuje do bardziej poufałego tonu, wychyla się głębiej zza blatu i szepcze konspiracyjnie: – Zaraz przyjdzie tu pewien mężczyzna… Nie ukrywam, że bardzo, ale to bardzo mi się podoba. Taki… znajomy. Pomagał mi pisać artykuł. Gdybyście mogli tak zerknąć… i powiedzieć mi, jak to wygląda dla osób postronnych . Czy on jest mną zainteresowany? Jako kobietą? Dobrze? Bardzo mi na tym zależy!

Co za bezczelna baba! Zawsze taka była, pewnie dlatego wyparłam ją z pamięci. Już chcę uprzejmie odmówić, ale Michał jest szybszy.

− Z przyjemnością postawię diagnozę! – uśmiecha się w jej kierunku – ale po prostu muszę zapytać: co na to wszystko pan Johansson?

No, jaja sobie facet normalnie robi. Chciałam z nim pogadać, ale tam, gdzie pojawia się pani Małgosia, raczej nikt nie ma szans. A ten zamiast elegancko babsko spławić, jeszcze ją podkręca. Zaczyna mnie to irytować.

Pani Johansson wcale nie jest oburzona niedyskretnym pytaniem mojego przyjaciela.

Już zaczyna się do niego przymilać.

− Widzi pan – wzdycha. Jasne, „widzi pan“, ja już nie jestem jej do niczego potrzebna. – Widzi pan, mój mąż jest Skandynawem i socjalistą, a nawet gorzej, czołowym działaczem ekologicznym.

Kąciki ust Michała drgają. Musi się mocno opanować, by nie wybuchnąć śmiechem.

− Zawsze zajęty, zawsze w drodze – wzdycha tymczasem żona skandynawskiego aktywisty politycznego. – Poza tym jest starszy ode mnie. Właściwie można powiedzieć, że dużo starszy. O, jessst! – wyciąga się jak struna w kierunku drzwi. Wygładza zbyt krótką spódniczkę, wypina biust w białej bluzeczce. Płynnym ruchem zgarnia Vogue do dużej, workowatej torby, a wyciąga z niej Financial Times, starannie plasując gazetę pomiędzy białą filiżanką, a talerzykiem z niedokończoną kremówką. Entuzjazm w głosie i błysk w bladoniebieskich oczach nie są bynajmniej skierowane do osoby pana Johanssona, skandynawa i działacza ekologicznego w jednej osobie, lecz przeznaczone tajemniczemu mężczyźnie, na którego Małgorzata zagięła parol.

Razem z Michałem dyskretnie taksujemy przybyłego. Przeciętnej urody, wysoki czterdziestolatek, w dużych okularach, które poprawia co chwila nerwowym ruchem, na palcu dyskretny pasek złotego metalu.  Ubrany zachowawczo, ale sweter i buty z wyższej półki. Z akcentu wnoszę, że Austriak, ale równie dobrze może pochodzić z południowych Niemiec. Pani Johansson eleganckim ruchem podaje dłoń, serwuje mu łagodny uśmiech doprawiony szczyptą melancholii. Jej oczy zdają się mówić: Jestem smutna, ale taka dzielna, znoszę ten ciężki los z godnością. Gdybyś jednak zechciał się mną zaopiekować…

Typuję kogoś z branży finansowej, ale okazuje się, że Małgorzata postawiła tym razem na kreatywność. Na celowniku znalazł się dziennikarz, korespondent bardzo ważnej gazety. Następuje wymiana powitalnych uprzejmości i każdy powraca do własnych spraw.

Powinniśmy zająć się sobą, mamy z Michałem swoje tematy do omówienia, nie widzieliśmy się już kilka miesięcy. On za parę godzin wyjeżdża na Sylwestra z nową flamą. Sporo się u niego zmieniło przez ostatni kwartał. Jestem lekko zawiedziona, miałam nadzieję, że znajdzie dla mnie więcej czasu.  Trudno, dobre i te dwie godziny, które może mi poświęcić. To znaczy, miał pewnie taki zamiar, ale pani Johansson zawłaszczyła już conajmniej kwadrans, a i teraz nie możemy skupić się na rozmowie, mimowolnie podsłuchujemy i co jakiś czas zerkamy w stronę sąsiedniego stolika. Tam już, obok kolejnej  kawy pojawił się szampan, zamówiony przez dziennikarza.  Wznosi smukły kieliszek i uśmiecha się do kobiety.

− Małgosiu, za następny rok! Za nasze wspólne projekty. Udał nam się ten artykuł. Za twoją przyszłą karierę! – ma przyjemny, ciepły i spokojny głos, taki, jakiego z przyjemnością słucha się w radio.

Pani Johansson wzdycha i sprytnie nawiązuje do toastu.

− Wiesz, kariera… pieniądze… to wszystko jest takie nieważne. Ja mam tylko proste życzenia. Skromne. Chciałabym poczuć się jeszcze kiedyś szczęśliwa… Spełniona jako kobieta… – Opiera się plecami o krzesło, wygina usta w podkówkę i kręci kieliszkiem. Oczywiście, w melancholijnym zamyśleniu. Powinna dawać lekcje uwodzenia. Wyjmie faceta, a on nawet nie będzie wiedział, kiedy.

Chwycił przynętę. Z lekkim zaniepokojeniem pochyla się do przodu

− Małgosiu, czy coś się stało? Coś w domu? Bardzo mi przykro, mam nadzieję, że to żadne poważne kłopoty? – w jego głosie pobrzmiewa autentyczna troska.

− Ach, nie… wszystko w porządku – podniesieniu niewinnych, niebieskich oczu zasnutych teraz leciutką mgiełką smutku towarzyszy tłumione westchnienie. Ton głosu wyraźnie przeczy słowom. Smuteczek. Jestem smutna, ale dzielna, widzisz? Dam sobie radę. Teraz powinno nastąpić dyskretne pociągnięcie nosem i otarcie łzy z kącika oka, ale takie, by nie rozmazać tuszu do rzęs. Jest! Chusteczka wygląda na suchą. Jakie to wszystko proste. Tricki prababek są najlepsze.

Żurnalista wpadł już w pułapkę, ale jeszcze pływa, nie widzi, że zaraz sieć się zaciśnie i zostanie wyciągnięty na brzeg jak pierwszy lepszy śledź.

Michał strąca łyżeczkę i natychmiast pochyla się, by ją podnieść. Trwa to o kilka sekund za długo, więc i ja, zaciekawiona, daję nurka między stoliki. Spektakl na dolnym poziomie właśnie się zaczyna. Łydka pani Johansson zbliża się powoli, acz zdecydowanie do długich nóg korespondenta. On siedzi w rozkroku, by zmieścić je pod mikroskopijnym stolikiem. Niby przypadkiem następuje jedno, drugie dotknięcie. To rzeczywiście może być przypadkowe, miejsca jest mało, przejścia wąskie. Nie, przypadków przecież nie ma. Obie stopy Małgorzaty wsuwają się w przestrzeń pomiędzy nogami mężczyzny. Chyba zrozumiał. Na beżowych, sztruksowych spodniach zostaje lekki szary ślad, gdy stopa kobiety sunie w stronę jego kolana. Wolnym, niemal pieszczotliwym ruchem. Teraz już nie ma żadnych wątpliwości. Dziennikarz zaciska nogi, tak że łydki Małgorzaty zostają uwięzione między nimi jak w imadle. Po chwili rozluźnia uścisk, ale z kolei wciska swoje kolano między odziane w błyszczące, grafitowe rajstopy nogi mojej byłej stażystki. I tak bawią się jeszcze dłuższą chwilę, nieźle im wychodzi ten podstolikowy balet.  Zimno, warszawskie bruki pokryte są stertami brudnego śniegu, ale pani Johansson nie założyła botków, tylko eleganckie pantofle na szpilce. Nie doceniłam jej. Teraz jej kolano podjeżdża lekko do góry i dotyka uda dziennikarza. Poszło łatwiej, niż się spodziewała. Nasza ocena jest zbędna, świetnie sobie radzą sami.

Siadam znów prosto na krześle i trącam Michała, który jednak nic sobie z tego nie robi i nadal śledzi rozwój sytuacji pod blatem kawiarnianego stolika. Chwilowo nie mam szans na jego uwagę.

Na drugim poziomie też robi się ciekawie. Policzki Małgorzaty zaróżowiły się od wypitego szampana oraz prawdopodobnie również z emocji. Jednak zawsze można przypisać te, dość mocne rumieńce ciepłu panującemu wewnątrz lokalu. Nie ma już wolnych miejsc, klienci tłoczą się przy barze, z nadzieją spoglądając na wypełnioną po brzegi salę. Jednak szczęściarze, którym udało się dopaść wolnego stolika, nie zamierzają szybko zrezygnować ze swojej wygranej. Śniadają długo i z przyjemnością, kelnerzy uwijają się teraz szybciej, serwując croissanty i tosty, omlety i tarty, pachnie bekonem, świeżą kawą oraz konfiturą z malin. Komu chciałoby się opuszczać tak bezpieczne i ciepłe miejsce? Wierzchnie okrycia schną, przewieszone niedbale przez poręcze krzeseł i wytartych kanap (znak czasów i modnego lokalu), uwalniając wilgoć i chłód grudniowego dnia. Gwar rozmów i tłok sprawia, że pani Johansson wraz z korespondentem Bardzo Ważnej Gazety mogą w spokoju trącać się kolanami pod stolikiem albo patrzeć sobie głęboko w oczy i prawić dusery. Nie zwracają na siebie niczyjej uwagi. Dziennikarz ostrożnie sonduje temat . Komplementuje intelektualne dokonania Małgorzaty, snuje plany możliwej współpracy, a nawet, jeśli w tym gwarze dobrze zrozumiałam, krótkiego wspólnego wyjazdu w teren, by zebrać potrzebny materiał oraz samemu się przekonać, „czy tam jest tak tragicznie jak mówią“. To ta chwila, ten moment, w którym mogą zdecydować, co będzie dalej. Jeszcze właściwie nic się nie zdarzyło i można się wycofać z twarzą. Korespondent Ważnej Gazety nie próżnuje. Z widocznym ukontentowaniem obserwuje kobietę, dłonią przemieszcza się ostrożnie w białym labiryncie talerzyków i filiżanek, by niemal niedostrzegalnie dotknąć opartego o kant stołu kobiecego nadgarstka.  Wycofuje się szybko, być może niepewny jej reakcji, ale nie ma obawy. Małgorzata uśmiecha się i przechyla głowę w bok.

Michał w końcu powraca do pozycji wertykalnej, poprawia się na krześle i mruga do mnie porozumiewawczo. Pewnie akcja pod stolikiem nadal rozwija się w interesującym kierunku.

Małgorzata rozpięła jeszcze jeden guziczek bluzki. Czy to przyzwolenie na coś, sygnał?

− Za chwilkę wracam – rzuca słodko i, obciągając kokieteryjnym ruchem spódniczkę, kieruje się w stronę toalet, umieszczonych w piwnicy.

Żurnalista dopija szampana.

− Mógłby pan zwrócić uwagę na rzeczy pani Johansson? – zwraca się do Michała, zakładając kurtkę. Idzie sobie! Wychodzi! Brawo, zuch chłopak, poznał się na tej żałosnej panience. Nawet wybaczam mu, że mnie nie zauważa. Powinno być mi to obojętne, ale ogarnia mnie brzydkie uczucie, trafnie określane przez Niemców jako Schadenfreude. Facet znika z wieloznacznym uśmieszkiem, a nam pozostaje opuszczony stolik, ciemny płaszcz i podniszczona workowata torba.

− Zamiast się nadymać, mogłabyś się od niej czegoś nauczyć. – Michał wie, jak mnie podpuścić.

− Niby czego? – pytam zaczepnie. – Tanich zagrywek? Laska jest nieźle zaburzona

− A w czym to niby przeszkadza? – Michał jest stanowczo zbyt tolerancyjny. – Dziewczyna wie, czego chce i pewnie to dostanie.

− Ale on sobie poszedł! – stwierdzam tryumfalnie.

− A ja myślę, że daleko nie odszedł. Ona mu się podoba. Zwróć uwagę na rzeczy. Zaraz wracam – Michał znika w tłumie.

Moje zirytowanie pogłębia się. Właściwie chce mi się płakać. To prawda, nie umiem tak. Nigdy nie umiałam bezczelnie przeć do przodu, pozwalałam się wyprzedzać wszystkim, którzy mieli choć nieco mniej skrupułów niż ja. Nie opanowałam sztuki uwodzenia, flirtu, nawet na tym, jak mi się wydaje, żenującym poziomie prezentowanym przez Małgorzatę.

Michał wraca po kilku chwilach. Uśmiecha się tajemniczo.

− Teraz ty…

− Co?

− Idź na dół. No, nos przypudrować, czy coś… – Wykonuje nieokreślony ruch ręką, widząc moje wahanie. – Leć! Poczekam tu.

Nie mam ochoty przeciskać się przez tłum, ale w jego głosie i oczach jest coś takiego, że podnoszę się bez protestu i przedzieram aż do schodów prowadzących do piwnicy. Są długie i kręte, kiedyś mieścił się tu sklep spożywczy z ogromnym zapleczem. Piwniczny korytarz rozdziela się na szerszą odnogę prowadzącą wprost do dwóch obskurnych toalet i węższy przesmyk zawalony kartonami oraz zgrzewkami napojów. Szum starego wentylatora zagłusza ciche popiskiwanie. Myszy! Może szczury. Dobrze, że nic tu nie jadłam.

W tej chwili jednak szelest kartonów każe mi się baczniej przyjrzeć, co dzieje się w załomie węższego korytarza. Przyklejona do ściany, posuwam się powoli w stronę, skąd dochodzą odgłosy. Wreszcie ich widzę, dwie postacie w zimnym świetle okropnej, starej jarzeniówki.

Pani Johansson rozpina powoli bluzkę. Nie spieszy się. Każe mu czekać. Dziennikarz stoi z pozoru spokojnie, ale w sposobie, w jaki na nią patrzy, można dostrzec napięcie. Jest czujny, jakby gotów w każdej chwili rzucić się na swoją zdobycz. Pochylony, opiera się jedną ręką o przeciwległą ścianę, uważnie obserwując ruchy kobiety.

Wreszcie bluzka zsuwa się z ramion Małgorzaty i śmiesznie zawisa na postrzępionym brzegu wysokiego kartonu. Przewidziała wszystko. Takiej bielizny nie nosi się na codzień. Koszulka z delikatnego, kremowego materiału połączona ze sztywniejszym stanikiem jest stworzona do zdobienia właścicielki. Na rozbierane randki.

Małgorzata nie ma ładnego ciała, ale stara się je zaprezentować w najlepszy z możliwych sposobów. Staje nieco bokiem, by ukryć zbyt szerokie ramiona, krzyżuje nogi, by wydały się dłuższe i mniej masywne. Odcięta pod biustem koszulka skutecznie skrywa zapewne niezbyt atrakcyjny brzuch. Można więc odsłonić piersi, jednocześnie nie pokazując gorzej wyglądających partii ciała. Sprytne.

Kobieta wsuwa kciuk pod cienkie ramiączko, znów się uśmiecha. Teraz jego kolej.

Te podchody wydają mi się dziwne, niemal pretensjonalne, jakby odgrywali sceny ze szmirowatego filmu.  Ale pewnie Małgorzata wie, co robi. Na pewno wie.

Dziennikarzowi wystarcza jeden krok i już jest przy dziewczynie i przy frywolnej, sprytnej koszulce. Wyciąga ręce pewnym gestem właściciela. Gładzi niewielkie piersi przez śliski materiał, ściska je i waży w dłoniach, co zostaje niezwykle przychylnie  przyjęte długim westchnieniem i jękiem. Obejmuje ją w talii i mocno przyciska. Teraz akcja przyspiesza, bo zaczyna być niecierpliwy. Przywiera wargami do ust, gwałtownie całuje dziewczynę po szyi, jednocześnie dość nieudolnie usiłując dostać się do piersi. Na widok dużych, ciemnych brodawek na chwilę zamiera, by  po chwili przykryć je dłońmi i mocno ścisnąć. Jest podniecony, podobnie jak partnerka. Małgorzata ociera się biodrami o krocze mężczyzny, dobiera się do rozporka. On jej w tym nie pomaga, całkowicie pochłonięty ugniataniem sutków. Bierze jeden z nich pomiędzy kciuk i palec wskazujący, pociera trochę za mocno, bo pani Johansson lekko krzywi się z bólu, najwyraźniej postanawia jednak tego nie okazać. Spodnie mężczyzny zsuwają się z oporem po szeroko rozstawionych, mocno owłosionych udach. Widać, że jest im obojgu niewygodnie, nie rozumiem, dlaczego muszą to robić tutaj, przecież na pewno mają lepsze możliwości lokalowe.

Przez chwilę myślę, że jest tak zdeterminowana, iż po prostu da się trochę pomacać i mu obciągnie. Ale nie. Pozwala przejąć inicjatywę mężczyźnie. Jego duże dłonie przez chwilę gładzą biodra Małgorzaty, by po chwili ześlizgnąć się na jej uda i zniknąć pod kusą, stanowczo zbyt kusą jak na jej wiek, ciemną spódniczką. To pozwala mi dostrzec, że kobieta nie ma rajstop, tylko mocno naciągnięte pończochy, krzywo przypięte do bieliźnianego pasa. Podkasana spódnica odsłania niedokładnie wydepilowane  krocze. Mężczyzna unosi ją za pośladki i sadza na brzegu wysokiego kartonu, jeśli wierzyć napisom z boku, znajdują się w nim puszkowane śledzie made in Sweden. Z mojego punktu obserwacyjnego dostrzegam wyraźnie, jak dziennikarz pieści wrażliwe miejsca Małgorzaty, bawi się ciemnymi, kręconymi włoskami, dotyka opuszkami łechtaczki, w końcu wciska w kobietę dwa palce. Ona wierci się niespokojnie, przesuwa jeszcze bardziej na brzeg chybotliwego kartonu rozszerza uda i otwiera coraz bardziej na pieszczoty kochanka. Nieme zaproszenie zostaje przyjęte, mężczyzna wpasowuje się biodrami w półobręcz ud uwodzicielki . Z gwałtownego ruchu bioder, z jej zdławionego krzyku i przymkniętych oczu kobiety, z tego, jak nagle mocno obejmuje go za szyję i wtula w niego, mogę się domyślać, że dotarł do celu.

Małgorzata opiera podbródek na ramieniu dziennikarza i poddaje się jego miarowym ruchom. Nieoczekiwanie otwiera szeroko oczy, przez chwilę mruga powiekami. Cofam się w momencie, gdy odnajduje mnie wzrokiem. W jej spojrzeniu jest wszystkiego po trochu: determinacja i tryumf. Na nowo odnaleziona, dzika satysfakcja z bycia pożądaną, chcianą. Małgorzata czuje się piękna. Jeszcze ją chcą. Gdzieś tam, tylko na dnie, przyczaił się zwyczajny, codzienny lęk. Że to wszystko jest tylko na chwilę, na moment wykradziony z codzienności obojga, który trzeba przeżywać w ukryciu, w zatęchłej piwnicy wśród kartonów ze szwedzkimi śledziami. A może to tylko moja złośliwa interpretacja. Czas się wycofać.

Wracam do stolika. Nie wiem, ile czasu minęło mi na podglądaniu, ale jest mi z tym źle. Przyjaciel przygląda mi się z uśmiechem.

− I jak było? Ta zaburzona laska jest niezwykle skuteczna, nie uważasz?

− Nie chcę o tym mówić – odpowiadam. Jest mi smutno. Dwie godziny zaraz upłyną. Mój przyjaciel, przepraszając mnie, włącza telefon i odbiera wiadomość. Od kobiety. Nie wiem, kim ona jest, ale widać kimś, przez kogo mogę go stracić. O ile to już się nie stało. Za chwilę odejdzie w swoją stronę. Ja za dwa dni wyjadę na drugą półkulę. Nie będzie mnie kilka kolejnych miesięcy.

Michał prosi o rachunek i podaje mi płaszcz.

− No to nie pogadaliśmy…

− Za to było wesoło. Podobało mi się, jak ciekawie określiła swojego męża. Skandynaw i socjalista, hmmm..

− No, wesoło było… – odpowiadam bez przekonania. Nie podzielam jego dobrego nastroju.

− Nie wiem, co ty tam widziałaś, ale pan Johansson pewnie by się nie śmiał…

− No nie, on nie ma ku temu powodów.

Chwilę jeszcze stoimy na parkingu, nasza rozmowa dotyczy ludzi, których pewnie nigdy już nie spotkamy, a którzy jednak zajęli nas dziś przez dwie godziny.

− Muszę już lecieć – obejmuje mnie serdecznie i całuje głośno w policzek.

− Wszystkiego najlepszego na Nowy Rok. – Poprawia mi czapkę. Odchodzi, ale odwraca się jeszcze raz w moją stronę. – Jej noworoczne życzenie już się spełniło. A twoje?

Nie proponuje podwiezienia. Zostaję sama na parkingu. Zaczyna padać śnieg.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

4.82 avg. rating (93% score) - 65 votes

18 Komentarzy

  1. 6 stycznia 2014    

    Jak zwykle u Miss.Swiss, krótko i treściwie 🙂

    Miss ma niekłamany talent do obserwacji naszych bliźnich, do zauważania wszystkich ich przywar, śmiesznostek i wad. Jej opowiadania mają czasem posmak satyry, krytyki obyczajowej, niekiedy wręcz – społecznej. Wszystko to podlane solidną porcją poczucia humoru – cóż, że nieco smutnego. Łączy je jeszcze jedno – bez względu na zawartą w nich dozę erotyki, czyta się je świetnie.

    Tym razem ostrze satyry wymierzone jest w: wielkomiejskich snobów, pretensjonalnych pozerów, kolekcjonerki mężów (i niemężów), ludzi, którzy żywią się uwagą innych i odbijają się w nich jak w zwierciadle, nie posiadając własnego, autonomicznego poczucia wartości. Można się spierać, czy krytyka nie jest w tym wypadku zbyt surowa, czy może nawet: okrutna. Prawda jest taka, że wszyscy znamy takich osobników. I nawet nie darząc ich sympatią, czasem łapiemy się na tym, że jednak czegoś im (obrotności, umiejętności odnalezienia się w życiu, tupetu) nieco zazdrościmy. No dobrze, może zbytnio uogólniłem. Przynajmniej ja tak mam 🙂

    Opowiadanie smaczne mimo swych skromnych rozmiarów, i sycące. Pozwoli nam jakoś wytrzymać do premiery kolejnego "Manhattanu" 🙂

    Pozdrawiam
    M.A.

  2. Anonimowy Anonimowy
    7 stycznia 2014    

    Fajny tekst. Zgoda z Megasem, mocno satyryczny. Dobrze pokazuje gry i zabawy warszawki:-)

    Absent absynt

  3. 7 stycznia 2014    

    Dzięki pierwszoosobowej narracji bardzo łatwo przyszło mi przyjąć punkt widzenia narratorki, z którym w pełni się zgadzam. Podzielam jej zniesmaczenie i zawód.
    Nie znam "warszawki" – nie wiem jak ludzie mieszkający w "wielkim mieście" spędzają wolny czas, co stanowi ich marzenia, jakie cele chcą osiągnąć. Ale kiedy czytam taki tekst cieszę się, że mieszkam, gdzie mieszkam, w miejscu gdzie może panuje małomiasteczkowa moralność, ale wszystko jest jakby prostsze, może trochę czystsze. Nie mówię, że problem samotności, lęku przed odrzuceniem, dążenia za wszelką cenę do akceptacji nie istnieje. Jasne, że istnieje. Ale może ludzie są bardziej szczerzy, mniej "fastfoodowi". Może relacje między nimi są głębsze. A może mi się tylko wydaje.
    W każdym razie, kiedy czytam o takich szybkich numerkach, to przede wszystkim widzę ich powierzchowność i niedojrzałość. Jakby ta pani Johansson i ważny pan z gazety byli nastolatkami na suto zakrapianej imprezie, a nie dorosłymi ludźmi, których związki powinny sięgać głębiej niż rozporek i krawędź sukienki.
    I w przeciwieństwie do Megasa – nie zazdroszczę. Bo w tym zachowaniu aż kipi desperacja, kompleksy i potworny strach przed uciekającym czasem. Czego tu zazdrościć – kilku chwil na piedestale, z którego kolejny "ambitny" zrzuci nieszczęśnika zanim ten zdoła się rozgościć?
    Bardzo dobra miniaturka. Naprawdę lubię Cię czytać, Miss. 😉

    • 7 stycznia 2014    

      Droga Rito,

      ja nie zazdroszczę pani Johansson jej zdobyczy czy też chwil na piedestale (to byłoby dopiero dziwne, biorąc pod uwagę ów "piedestał":-) – tylko zdolności do autopromocji i tupetu, którego sam, jako człowiek dość nieśmiały i do wychylania się nieskory, niestety nie posiadam… a to się jednak w życiu przydaje! Nawet jeśli irytuje wszystkich wokół…

      Pozdrawiam serdecznie
      M.A.

    • 7 stycznia 2014    

      Rito,
      "A może mi się tylko wydaje." Tak, tak Ci się tylko wydaje. Ludzie są wszędzie tacy sami, ino pęd życia może być inny, inne mody mogą panować itp. No i większa "wolność", bo człek w wielkim mieście jest anonimowy albo taki się czuje, a w małym grajdołku już nie.
      Ukłony,
      Karel

    • Anonimowy Anonimowy
      3 kwietnia 2014    

      A ja tu dostrzegam jeszcze jedno dno. Mam wrażenie że gdzieś głęboko pod przykrywką moralizatorstwa Małgorzata trochę zazdrości Pani Johanson. Może też chciałaby mieć trochę tupetu, pozwolić sobie na niezobowiązujący romans. Interesująca jest tez jej relacja z Michałem, który wydaje się być więcej niż przyjacielem. Być może gdyby Małgorzata miała tupet żeby ujawnić swój seksapil coś by z tego wynikło? Albo chociaż uwolniła by się od platonicznej sympatii.

      Pozdrawiam
      thegirlfromPraga

    • 4 kwietnia 2014    

      Miałem odczucia podobne do Twoich, Dziewczyno z Pragi. Spojrzenie Małgorzaty na Panią Johanson jest dwoiste – z jednej strony poczucie moralnej wyższości, z drugiej strony jednak zazdrość pewnych cech, których narratorce ewidentnie brakuje (tupetu, bezczelności, brawury, skłonności do ryzyka).

      Co zaś się tyczy relacji Małgorzaty z Michałem – polecam Ci lekturę cyklu Miss "Domek nad jeziorem". Tam jest trochę więcej wskazówek.

      Pozdrawiam
      M.A.

    • 5 kwietnia 2014    

      Moi drodzy, macie zapewne na myśli Dorotę – Małgorzata to pani Johansson właśnie.
      Oczywiście, że Dorota trochę też chciałaby mieć pewne umiejętności pani Johansson, złości się w duchu, jest zniesmaczona, ale te negatywne odczucia są przyprawione odrobinką podziwu dla pani J. Tak właśnie chciałam to przedstawić.

    • 6 kwietnia 2014    

      O przepraszam – faktycznie pomerdały mi się imiona, a raczej zdublowałem lekką pomyłkę GirlFromPraga 🙂 Oczywiście chodziło o Dorotę.

      Pozdrawiam
      M.A.

    • 27 kwietnia 2014    

      o, przepraszam od czytania do komentarza minęło trochę czasu i zdążyło mi się pomylić 🙂

    • 28 kwietnia 2014    

      Nic nie szkodzi, mi też się zdarza:-) Nawet własnych bohaterów pomylić, zwłaszcza, gdy w pewnym momencie dochodzę do wniosku, że powinni nosić inne imiona i zmieniam…

  4. Anonimowy Anonimowy
    7 stycznia 2014    

    Dobrze napisane, ostro ale bez nadmiernego moralizatorstwa. Na pewno opowiadanie warte uwagi i dobrych not.
    Julia

  5. 12 stycznia 2014    

    Super. Po prostu super. Mi tam najbardziej podobał się ostatni fragment. Taką Miss lubię.

    Tak na szybko i tylko w dwu zdaniach, bo już wychodzimy z portu…
    Pozdrawiam, s.

    • 12 stycznia 2014    

      Spokojnego morza, Marynarzu! I dobrego dostępu do internetu 😉

      M.A.

  6. 13 stycznia 2014    

    W 100% się zgadzam z Megasem. Smakowite, smutne, z nutą zazdrości tupetu. A może takim jest łatwiej? Bez tego obciążenia melancholią? Z prostymi celami i skutecznymi metodami?

  7. Anonimowy Anonimowy
    14 stycznia 2014    

    Bardzo smakowite!
    Eileen

  8. 18 stycznia 2014    

    Styl pisania Miss, jej umiejętność przedstawiania lepszych i gorszych stron bohaterów sprawiają, że czyta się jej teksty z przyjemnością. Czytałem już ten tekst na szybko wcześniej, więc wiedziałem o czym traktuje, a dziś zacząłem od niego ponieważ wczoraj na spotkaniu ze znajomymi miałem okazję widzieć w akcji "panią Johansson". Była może mniej wprawna w takiej grze, ale determinacji nie można jej było odmówić. I to działa!
    Brawa dla Miss, za udane pokazanie wycinka społecznych zachowań.

  9. 7 marca 2015    

    Mogę poanalizować? Mogę? Dziękuję.

    Na pierwszy ogień tak zwany warsztat. Bardzo mi się podoba. Lubię taki styl pisania, pierwszoosobową narrację, nieco "szarpany" tok opowieści, trochę nierówny, przypominający swobodną opowieść, nomen omen, przy kawoe.

    Natomiast jeśli chodzi o samą fabułę, jakoś za dużo, jak dla mnie, jest tu tego, co ktoś wyżej (ktoś, bo "Anonimowy") nazwał moralizatorstwem. Dla mnie Dorota ewidentnie zazdrości. Tyle, że w moim oglądzie spraw, to wcale nie tego, że "ma tupet" i "idzie do przodu". Ona zazdrości jej raczej tego, że tak niewiele potrzebuje, żeby "doszło do sedna". Mam wrażenie, że Dorocie momentami "a może wcale nie momentami" przeszkadza własne poczucie wartości i znacznie większy szacunek do tego, co dzieje się między kobietą i mężczyzną. Że pozwolę sobie na gastronomiczne porównanie – Dorota zazdrości Małgorzacie tego, że jest w stanie zaspokoić głód kaszanką pod płotem, naprzeciwko mięsnego, a ona do tego potrzebuje starannie nakrytego stołu, świec, lśniących sztućców, odpowiedniej oprawy, a przede wszystkim – szlachetnego dania i dobrego trunku. Zazdrości jej swoistego "erotycznego prostactwa".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

BĄDŹCIE Z NAMI NA FACEBOOKU

LOGOWANIE

NEFER POLECA

AKTYWNI KOMENTATORZY

(komentarze z ostatniego miesiąca)
  • Ania (10)
  • Radosky (10)
  • Foxm (9)
  • Mick (8)
  • Karel Godla (7)
  • Megas Alexandros (7)
  • Nefer (7)
  • Areia Athene (6)
  • Patrycja (4)
  • Czarna Kaczuszka (2)
  • Jan (2)
  • Mark Arturro (2)
  • NoNickName (2)
  • Roksana (2)
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje. Dowiedz się, jak je wyłączyć.