Pocałunek (Ravenheart)

SMS przyszedł wieczorem. Krótka wiadomość tekstowa, zaledwie kilka znaków. A jednak tych kilka literek sprawiło, że w jednej chwili spłynęło ze mnie zmęczenie całego tygodnia; cała monotonna, szara jak popiół codzienność. Rytuał XXI–wiecznego niewolnika. Praca, krótki obiad zjedzony w dzikim pośpiechu, uczelnia… i wciąż ten sam koniec – krótki szczęk klucza w zamku i głuche uderzenie drzwi, którymi po zmierzchu odgradzałem się od niewolniczego kieratu.

Jeszcze przed chwilą wydawało mi się, że mój dzisiejszy wieczór skończy się jak każdy inny. Kieliszek wina, kawałek zimnej, wczorajszej pizzy jedzonej w wystygłej pościeli, beznadziejnie rozgrzebanej od rana. Potem krótka agonia świadomości, poprzedzona gonitwą po kanałach kablówki. Setka idiotycznych propozycji, podobnych do siebie jak krople gęstego oleju.

Te telewizyjne wieczory to rozłożona na raty apoptoza neuronów; powolna, zabójczo skuteczna, postępująca martwica mózgu. Tak było jeszcze przed chwilą. Ale teraz w powietrzu rozbrzmiał cichy sygnał telefonu. Pod dotykiem palca, malutki ekranik rozjarzył się magicznym, błękitnym blaskiem. Gdzieś zza bezpiecznych ścian, odgradzających mnie od świata napłynęła krótka wiadomość, jak samotna kometa przybywająca zza granic znanego wszechświata. Moje życie rozbłysło, jak pod dotykiem żywego ognia. Jesteś. Czekasz. Tęsknisz.

Wstałem i rzuciłem okiem na matową, dawno nieczyszczoną powierzchnię lustra. Moje wymięte, nieogolone alter ego odpowiedziało mi melancholijnym, zmęczonym spojrzeniem. Gdzie się podział ten pełen nadziei i optymizmu dwudziestolatek? Sympatyczny, trochę zwariowany gość, którego nie dało się nie lubić, zawsze tryskający humorem i inicjatywą? Gdzie się podział ten – już trochę starszy – odpowiedzialny gość, świeżo upieczony przedsiębiorca i poszukiwacz własnego ja? Odeszli, zniknęli, stali się tylko widmami w mojej przeszłości. Przeszłości, z którą łączyło mnie tylko wspomnienie. Przeszłości, którą pamiętałem tylko ja – i Ty.

*

Poznaliśmy się w górach. Do dziś pamiętam to schronisko, w którym odpoczywaliśmy. Jezu, ale ja wówczas byłem zmęczony! Kilometry marszu w nogach, przemoczone buty i odciski – to był mój pierwszy poważny wypad. Przy palenisku siedziała najpiękniejsza dziewczyna, jaką kiedykolwiek widziałem. Zjawiskowa. Krótkie, czarne włosy opadały ci niesforną grzywką na czoło. Miałaś na sobie ciepły, puchaty sweter. Golf. W zziębniętych dłoniach, wysuwanych do wesoło trzaskającego ognia trzymałaś kubek pełen rosołu. Kubek był czerwony i miał lekko obity brzeg. Do dziś pamiętam zapach, jaki wtedy doszedł do mojego przemarzniętego nosa. Gorący, pikantny aromat zupy przygotowanej w górskim schronisku. Taki, którego nie da się porównać z niczym innym. Jest w nim dzikość i potęga gór, przenikliwy jęk wiatru, zacinający w oczy śnieg – ale i słodka obietnica wypoczynku. Blask ogniska. Podniosłem się na nogi, pokonując koszmarny ból mięśni. Ścięgna protestując wyrzutem skręcały się w postronki. Ile wtedy mnie kosztowało, żeby zachować kamienną twarz…! Dokuśtykałem do ławy i przełamując nagłą suchość gardła, spytałem, czy to miejsce jest wolne. Podniosłaś na mnie oczy i uśmiechnęłaś się. Poczułem, że ziemia usuwa mi się spod nóg. A potem zaczęliśmy rozmawiać…

*

Zbiegłem po schodach, przeskakując po kilka schodów na raz. W kieszeni kurtki czułem lodowaty ciężar puszek Red Bulla. Chwilę wcześniej, kiedy gorączkowo, w pośpiechu, otwierałem chłodziarkę, uzmysłowiłem sobie, że stałem się już nałogowcem. Porozrzucane po pokoju pogięte puszki stanowiły najlepszy dowód, że nie potrafię już egzystować bez zastrzyku skondensowanej energii. Gdzieś na życiowej drodze stałem się wypalonym wrakiem, działającym już tylko na sztucznym wspomaganiu.

Mój samochód jest w nielepszej kondycji. Stary, sfatygowany, ale wciąż wierny opel zaprotestował z wyrzutem, gdy próbowałem uruchomić silnik. Wybacz przyjacielu, że zakłócam ci wieczorny odpoczynek. Musimy ruszyć w drogę.

Światła miasta wolno przesuwały się przed moimi oczami. Na szczęście było na tyle późno, że miejskie korki rozpełzły się już po osiedlach. Smutny, ponury Koszalin żegnał mnie drobnym deszczem, rozbryzgiwanym przez koła sunących wokół mnie ciężarówek. Wreszcie pozostawiłem za sobą ostatnie miejskie zabudowania i przyspieszyłem. Nie, nie pędziłem na złamanie karku, jak osiemnastoletni idiota czy bezmózgi przedstawiciel handlowy, który w pogoni za żałosną premią co chwila nerwowo wyprzedza na trzeciego. Przede mną była długa droga, ale przemierzałem ją tyle razy, że potrafiłbym ją przejechać z zamkniętymi oczami. Silnik pracował miarowo, drzewa łagodnie odsuwały się w tył, żegnając mnie wyciągniętymi nad asfalt konarami. Lubię tak jeździć. Spokojnym, równym tempem, miarowym jak uderzenia serca. Monotonnym jak cichy szmer kropel, pozwalającym na bezpieczne ześlizgnięcie się we wspomnienia.

*

Wtedy, po tej długiej rozmowie przy gorącym rosole wymieniliśmy się adresami. Zapisanymi na podstawkach po piwie. Mam tę podstawkę do dziś. Przyznaję, wcale nie chciałem się wymieniać turystycznymi opiniami o górskich trasach. Chciałem rozmawiać z Tobą o wszystkim, poznać cię bliżej. Umówić na wspólną wyprawę. Obudzić się rano obok ciebie, pod zieloną płachtą namiotu. Patrzyć jak spisz. Czuć twój spokojny oddech na swojej skórze. Pilnować bezpieczeństwa twojego snu i obserwować, jak powoli budzisz się, otrząsając powieki z resztek marzeń.

Potworna, gorzka zazdrość chwyciła mnie za gardło, gdy – niepomna moich myśli – przeprosiłaś mnie i powiedziałaś, że idziecie już spać. Wiesz, jak wtedy zabolała mnie ta liczba mnoga? A potem zjawił się on – twój chłopak. Pomachałaś mi ręką, zostawiając na mojej duszy okrutne szramy, roześmiałaś się słodkim głosem, a potem, obejmując czule tego szczęściarza, pożeglowałaś w inny świat. Z nim. Mnie zostały gruzy marzeń i złość na siebie, że tak dałem się omotać.

*

Lubię jeździć samochodem. Spokojna jazda daje ukojenie, jest jak odprężający seans medytacji. Czasami zastanawiam się, co sprawia, że tak kocham takie samotne wyprawy autem. Czy ważniejszy jest Cel, czy może sama Droga? Wiem, to brzmi jak buddyjski koan. Ale tak to czuję. Tym razem jednak wiem, że na końcu drogi czekasz na mnie Ty. Uśmiecham się na samą myśl o tym.

Tak bym chciał jechać teraz razem z Tobą. Dokądkolwiek. Mieć cię obok siebie, na wyciągnięcie ręki. Na sąsiednim siedzeniu. Delektować się wspólnie światłami ulic, które mijamy. Cieszyć się swoją bliskością. Smakować każdą wspólną chwilę. Wiedzieć, że gdzieś na końcu drogi jest jakiś wspólny, malutki motelowy pokoik, w którym zamkniemy się na całą noc. A potem, rano, wstaniemy i przełamując niewyspanie zejdziemy napić się gorącej, gorzkiej kawy.

Deszcz pada coraz mocniej. Mijam Karlino, miejsce gdzie kiedyś w Polsce miała płynąć ropa. Gospodarczy cud PRL. Miało być tak dobrze. Tak dobrze jak nam…

*

Mimo wszystko napisałem do ciebie. Odpisałaś. I tak to się zaczęło. Listy krążyły między nami, rodziła się wspólna nić. I wreszcie się dowiedziałem, że go rzuciłaś. Boże, jaki ja byłem wtedy szczęśliwy. Pamiętam, że stałem na starym, zapomnianym moście kolejowym i krzyczałem z radości, płosząc zdziwione ptaki.

A potem były Bieszczady, wspólny namiot i szum krwi w uszach, gdy po raz pierwszy odważyłem się na pocałunek. Drżałaś. Może z zimna, może z zaskoczenia… A może z tej nieśmiałej nadziei, że stoimy właśnie na początku długiej, wspólnej drogi przez całe życie? Pamiętam każdy twój ruch, każdy gest, każde spojrzenie tamtej chwili. I były chwile szczęścia i zachwycenia sobą. Lato ze snów. I dwoje nastolatków, którzy uważali, że odkryli największą tajemnicę świata.

Jak to szło? ”Nie wiem ciągle, dlaczego zaczęło się tak… Czemu zgasło – też nie wie nikt”. Ile czasu ze sobą chodziliśmy? Rok? Marny rok, porozdzielany na krótkie weekendowe wybuchy radości. A potem przyszły studia, inne grono znajomych… Rozmieniliśmy się na drobiazgi, zajęliśmy się sobą. Które z nas pierwsze domyśliło się, że nie jest tak, jak powinno być? Pewnie ty. Zawsze byłaś inteligentniejsza ode mnie. Kto pierwszy poszedł sam na imprezę? Pewnie ja. Czarodziejka gorzałka… jakaś małolata nachalnie pchająca się do łóżka. I żal. I złość. I wstyd.

Straciliśmy się.

A potem było spotkanie, przypadkowe spotkanie w gronie wspólnych znajomych. I pocałunek, słodki jak krew. I rozmowa, jakby nic się nie zmieniło. Jakbyśmy znowu widzieli się po raz pierwszy, a otaczający nas ludzie byli tylko obcymi turystami w górskim schronisku. I była ta noc, gdzieś z dala od natrętnych oczu twojego faceta i mojej dziewczyny. Ciężki, korzenny zapach grzechu. Ostry blask poranka i przeprosiny. I pożegnanie.

Spotkaliśmy się jeszcze dwa, czy trzy razy. A potem powiedziałaś mi, że bierzesz ślub. I znowu było rozstanie i smak popiołu w ustach. Rzuciłem studia, wyjechałem za granicę. Praca, praca, praca… nowi znajomi. Angielka, która zakochała się do szaleństwa w zamkniętym w sobie, mrocznym przybyszu z Polski. Zimnym draniu, który wykorzystywał ją i kłamał, mówiąc, że jest dla niego tą jedyną. Moje myśli były wtedy w kraju, zawsze przy tobie. Czułem się, jakbym cały czas chodził twoimi śladami przed puste ulice, a Londyn był tylko ułudą i fantasmagorią. Jeszcze miałem nadzieję…

Nie widzieliśmy się dwa lata. Dwa puste, samotne lata. A potem – znowu przez przypadek – wpadliśmy na siebie w Warszawie. Nic się nie zmieniłaś. Zawsze tak samo piękna, tak samo uśmiechnięta, tak samo mi bliska. Oboje wiedzieliśmy, że to znak. Znowu między nami błysnęły snopy olśniewających, srebrnych iskier. I znowu szarpaliśmy się, spotykając się ukradkiem, dzieląc życie na dwie połowy. Pracowity, moralny Dzień i grzeszną, zakazaną Noc. Jak Ziemia i Księżyc okrążaliśmy się, zbliżając do siebie i oddalając jednocześnie.

Ile trwał nasz kolejny romans? Ile było powrotów i ucieczek. Kto by to zliczył…?

*

Mijają kolejne miasteczka. Rymań. Małe, smętne miasteczko. Przy wjeździe oślepia mnie nadjeżdżająca ciężarówka. Psiakrew, mógłby sobie ustawić reflektory. Lepiej uważać, droga jest mokra, a mnie zaczyna morzyć zmęczenie. Otwieram Red Bulla, metal pęka z cichym sykiem. To już trzeci węglowodanowo–kofeinowy koktajl podczas tej trasy. Przywraca jasność widzenia, choć czuję też, że serce w piersiach tłucze mi się oszalałe. A może to wspomnienia tak na mnie działają?

Przyglądam się obojętnie mijanym, odrapanym domom. O tej porze takie małe miasteczka są już jak wymarłe. Czasami zastanawiam się, jacy są ludzie w nich żyjący. O, choćby ten stojący pod murem ziomal. Czy byłby kimś innym, gdyby wyrwać go z tej zapadłej dziury i rzucić go w środek gwarnego, wielojęzycznego Londynu? A może jest już dla niego zbyt późno?

Droga biegnie dalej. W ciemność, w tańczące w światłach samochodu sznury kropel smętnego deszczu. Wreszcie, spośród ciemności wyłania się Goleniów. Mijam przejazd kolejowy, który od zawsze oznaczał dla mnie zwiastun radosnej chwili. To głupie, ale ta stalowa nitka rzucona w poprzek ulicy Nowogardzkiej jest dla mnie jak majacząca w oddali ziemia dla zagubionego żeglarza. Jak zapach domu. Jak twój zapach.

Do Twojego domu mógłbym trafić z zamkniętymi oczami. Wreszcie parkuję na podwórku przed blokiem. Podwórku, które tak dobrze znam. Patrzę na światło, które pali się w oknach twojego mieszkania. Przełykam ślinę. Nagle czuję, że w gardle pojawia się jakieś dziwne uczucie. Cholera, zaczynam się rozklejać? Sięgam po telefon, wysyłam krótki sygnał. Opieram głowę o okno i patrzę przez zaparowaną szybę w ciemność. Gdzieś tam, tak daleko i tak blisko twój telefon delikatnie da ci znać że już jestem. Że czekam.

Płyną sekundy. Minuty wydłużają się niemiłosiernie. W końcu, po nieskończenie długiej wieczności drzwi uchylają się i widzę twoją znajomą sylwetkę. Rozglądasz się po pustym parkingu i dostrzegasz w końcu mojego steranego życiem opla. Mam nadzieję, że się uśmiechasz. Tak jak zawsze. Spuszczasz Florę ze smyczy – niech się wybiega, kochane psisko. A potem biegniesz w stronę samochodu. Drzwi uchylają się i siadasz tuż koło mnie. Boże, jak pięknie wyglądasz…

Patrzymy na siebie, nic nie mówiąc. Po co mówić, powiedzieliśmy już sobie tyle słów… Więc milczę, patrzę tylko w twoje cudowne oczy. Są tak samo ciemne i błyszczące jak wtedy, gdy pozwoliłaś mi usiąść koło siebie na drewnianej ławie w górskim schronisku. Wyciągam nieśmiało rękę i delikatnie odgarniam kosmyk włosów z twojego czoła. Dotykam twego policzka… Przymykasz oczy i czuję, że na moją dłoń pada gorąca, serdeczna łza.

– Kochasz mnie jeszcze? – twój szept jest jak muśnięcie skrzydeł motyla. Tak się witamy. Od lat. Od czasu pierwszej wspólnej nocy.

– Zawsze i do końca świata – wiedziałaś, że tak odpowiem. Oboje wiemy, że to prawda. Dorośli ludzie, a przecież to wciąż powtarzamy to wyznanie nastolatka, jakby nic się nie zmieniło w ciągu tych minionych lat.

– Boże, nawet nie wiesz, jak tęskniłam za tobą…

– Wiem – uśmiecham się. – Przecież napisałaś. Dlatego przyjechałem.

– Zawsze przyjeżdżasz…

Przygarniam cię do siebie. W samochodzie nie jest wygodnie, ale nam to nie przeszkadza. Boże, jak dobrze znów czuć cię w ramionach. Jak cudownie móc zanurzyć twarz w twoich włosach. Przypomnieć sobie twój zapach. Tyle razy myślałem, co powiem ci tym razem. Tyle razy układałem sobie wcześniej wszystkie sprawy… I znowu nie wiem, o czym mówić. Mamy tak mało czasu… Milczę więc tylko i przyciskam cię do siebie, czując ciepło twego ciała, które tak dobrze znam.

Wzdychasz ciężko. Czy to już? Nasz czas już upłynął? Jak wyczekiwane widzenie więźnia, zawsze tak krótkie, zawsze tak gorzkie? Odsuwasz się ode mnie i patrzysz mi w oczy. Milczenie zawisa między nami, jak ciężka kurtyna. Wiem, że za chwilę chwycisz za klamkę i rozpłyniesz się w mroku, zagarniając tę jedyną iskrę z mojego ciemnego świata, którą znam.

– Jak twoje dzieci? – pytam, w żałosnej próbie usłyszenia jeszcze raz twojego głosu.
– Dobrze – uśmiechasz się, choć w kącikach oczu błyszczą ci słone diamenciki. – Jacek idzie w tym roku do szkoły. A Kasia do przedszkola. Muszę zrobić zakupy.

– A… jak ci jest z…. – imię twojego męża jakoś nigdy nie przechodzi mi przez usta
– Przecież wiesz – zamykasz oczy. – Ale… to jest… dobry człowiek.

Potwornym wysiłkiem woli uśmiecham się do ciebie. Wiem, ile taka rozmowa cię kosztuje.
– Muszę już iść – szepczesz cicho.

– Wiem.

Pochylam się do ciebie raz jeszcze. Wsuwam dłoń pod twoje włosy, opadające łagodną kaskadą na kark. Twarze zbliżają się do siebie, wolno, z namysłem, jak w ostatniej figurze kontredansa. Usta stykają się, zamykają w cudownym pocałunku. Smak twoich warg uderza we mnie z siłą rozpędzonego pociągu. Pod zamkniętymi powiekami eksplodują nagle wszystkie nasze przeżyte uniesienia. Pierwsza wspólna noc… Rozgwieżdżone niebo i twój cień nade mną. Przysłoniłaś mi wówczas cały świat. Na zawsze. Tym jednym pocałunkiem budzisz na nowo wszystkie nasze rozstania i powroty. Pasje, uniesienia. Rozkosz i ból. I smutek. I miłość. I żal, że nie wykorzystaliśmy naszej szansy. I radość, że możemy choć przypomnieć sobie to w tej krótkiej chwili. Bo za ten pocałunek oddałbym wszystkie noce ze wszystkimi kobietami tego świata.

– Kocham cię.

– Wiem.

Boże, tak chciałbym cofnąć czas… Albo chociaż zatrzymać. Zatopić tę chwilę, uwięzić ją – jak kropla tężejącego bursztynu więzi nierozważnego owada. Ale to się nie uda. Jedyne, co mi zostaje, to wilgotny ślad twoich warg na moich ustach. Znowu znikasz z mojego życia. Otwierasz drzwi i rozpływasz się w ciemności. Gdzieś tam jest Flora. I twój mąż. I twoje dzieci.

Uruchamiam silnik. Zdezelowany opel wolno toczy się po podwórku. Wyjeżdżam na drogę. Za jakieś dwie godziny będę w domu. Może załapię się na trochę snu, zanim dźwięk budzika przypomni mi, że czas do pracy.

i.ravenheart@gmail.com

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

11 Komentarzy

  1. 15 lipca 2013    

    Też chciałabym cofnąć czas….

  2. 15 lipca 2013    

    Spokojne, melancholijne opowiadanie. Nie znałem go wcześniej, więc tym milsza była lektura.

    Pozdrawiam, s.

  3. Anonimowy Anonimowy
    15 lipca 2013    

    melancholia, i dużo prawdy życiowej w niej tkwi

  4. Anonimowy Anonimowy
    16 lipca 2013    

    Jakie to prawdziwe…

    Pozdrawiam M.P.

  5. Anonimowy Anonimowy
    17 lipca 2013    

    dobre, bardzo dobre.
    jimmyg

  6. 17 lipca 2013    

    Smutne i emocjonalne. Zastanawiam się jednak, na ile treść opowiadania przystaje do wypranej z uczuć rzeczywistości XXI wieku…

    Pozdrawiam, Frodli 🙂

  7. 18 lipca 2013    

    Ładne, liryczne opowiadanie, przepojone smutkiem. Bardzo nastrojowe, ale przecież Ravenheart jest naszym mistrzem tworzenia nastroju.

    Nie jest to klasyczne opowiadanie erotyczne, ale i tak cieszę się, że znalazło się na naszej stronie.

    Pozdrawiam
    M.A.

  8. 18 lipca 2013    

    Przed lekturą zerknąłem na komentarze. Tak mało, tak zwięźle? Dziwne..
    Ale na końcu słów brakuje, nie ma co się rozpisywać; piękne opowiadanie, i tyle.

  9. 19 lipca 2013    

    Piękna, smutna opowieść. Nastrój wspaniały. Ech…

  10. 18 sierpnia 2013    

    Moje ulubione opowiadanie Ravenhearta, od pierwszego czytania trafiło mnie prosto w serce. Wybory, których nie da się zmienić… doceni to opowiadanie ten, który przeżył coś podobnego.

  11. Ania Ania
    22 czerwca 2016    

    Przejmująco nostalgiczne!
    Po prostu piękne…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

WYNIKI! WYNIKI!

BĄDŹCIE Z NAMI NA FACEBOOKU

LOGOWANIE

AKTYWNI KOMENTATORZY

(komentarze z ostatniego miesiąca)
  • Megas Alexandros (23)
  • Ania (21)
  • anonim S (17)
  • Nefer (12)
  • Czarna Kaczuszka (11)
  • Mick (11)
  • Radosky (11)
  • Roksana (3)
  • MRT_Greg (2)
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje. Dowiedz się, jak je wyłączyć.